FANDOM


Zapraszam także do notatnika, gdzie szerzej zostaną opisane postacie: Skrzydło Smoka - postacie

Niekiedy pod rozdziałami znajdą się przypisy mające za zadanie wyjaśnić pojęcia, wymawianie słowa itp.

Prolog

Północne Rynki od zawsze były głównym ośrodkiem handlu Archipelagu. Niewielka skalista wyspa porośnięta iglastym lasem, leżąca na północ od Berk, zwabiała handlarzy wszelkiej maści – od uczciwie zarabiających kupców, aż po handlujących na lewo, prowadzących ciemne interesy oszustów. Jeszcze kilka lat temu można tu było natknąć się na łowców smoków, jednak po śmierci Drago Krwawdonia, myśliwi zniknęli i wszelki słuch o nich zaginął. Mimo to, jeśli ktoś miał znajomości, a tym bardziej dobre kontakty i więcej niż dwie sakiewki pieniędzy, mógł oprócz broni, skór i jedzenia, oraz innych przedmiotów ważnych i mniej ważnych, zakupić smoczą skórę, albo wypchanego smoka pokroju Straszliwca, którego mógł postawić sobie przy okiennym otworze lub palenisku.

Odkąd łowcy wynieśli się stąd, interes kwitł w najlepsze. Jeźdźcy od czasu do czasu przylatywali na Północne Rynki, w celu drobnych zakupów, wyłącznie na cele wioski; ponieważ wódz nie pozwoliłby nigdy wydawać pieniędzy ze skarbca na byle błahostki. Wkrótce przyjaciele smoków zyskali sobie zaufanych sprzedawców, którzy godzili się na wszystko, nawet obniżenie ceny towaru, tylko po to, aby „ich najlepsi klienci nie szukali tego nigdzie indziej".

Wszystko układało się dobrze, przynajmniej w oczach jeźdźców, którzy nie dostrzegli czarnych chmur zachodzących nad Archipelag i zagrożenia kryjącego się w cieniu wyspy, czekającego na okazję, by wypełznąć z nory jak wąż, w której dotychczas się kryło. A była to przeszłość... czychająca, by o sobie przypomnieć.

Eret leciał w ciszy. Słychać było jedynie miarowy ruch skrzydeł Czaszkochrupa i szum spokojnego morza. Przez trzynaście lat oboje zżyli się ze sobą i stali się nierozłączni. Stary Gruchotnik nie zapomniał o swoim poprzednim jeźdźcu i tak samo jak kiedyś Stoicka, równie silną lojalnością i zaufaniem obdarował byłego łowcę.

Co miesiąc odwiedzał Północne Rynki w celu zakupów u znajomego kupca Arna. Zawsze to było zboże, ryby lub suszone mięso dla Czaszkochrupa oraz kilka sztuk broni, zwykle noży lub krótkich mieczy. Często również korzystali z okazji przyjaciele Ereta, proszący go o małe przysługi. Tym razem smoczy jeździec otrzymał nietypową prośbę. Przyjaciel poprosił go o łuskę Piaskowej Zjawy. Mimo świadomości, realnego niebezpieczeństwa wejścia do smoczej jaskini i stanięcia w oko w oko z agresywnym zwierzęciem, obiecał zdobyć łuskę z czystej sympatii do proszącego.

Gruchotnik powolnie wylądował na głównym placu,  otoczony niewielką chmurą kurzu wzniesioną uderzeniami skrzydeł. Mężczyzna zeskoczył z grzbietu swego wierzchowca i rozejrzał się wokół. Atmosfera unosząca się nad straganami była inna niż zwykle. Można było wyczuć w niej strach, pochodzący od handlarzy.

Mimo to, Eret zaryzykował i ruszył przed siebie drogą pomiędzy stoiskami i kramikami. Z każdym krokiem towarzyszyły mu nieprzyjazne spojrzenia miejscowych. Gdy dostrzegli nadchodzącego mężczyznę, natychmiast kończyli rozmowę, prowadzoną szeptem i wracali do swoich spraw. Eret od razu wyczuł wrogość kupców, którzy zawsze byli przyjaźnie nastawieni. Natychmiast dało mu to do zrozumienia, że coś jest nie tak.

Kilka metrów dalej od głównego placu, doszedł do miejsca, gdzie z drogi wychodziła druga, idąca w lewo. Stając na środku rozwidlenia, jeździec dostrzegł rozmawiających ze sobą dwadzieścia kroków dalej dwóch łowców. Pierwszy z nich nie wyróżniał się od innych, będących niegdyś pod komendą Czarcioustych, czy Krogana. Drugi zaś zwrócił szczególną uwagę Ereta. Wyższy od swego towarzysza, postury niedźwiedzia mężczyzna był z tych, którzy nie należeli do przyjemnych ludzi. Był łysy, nie posiadał zarostu, a lewe oko zasłaniała postrzępiona, czerwona opaska z kawałka materiału. Miał na sobie czarną, łuskowatą koszulę bez rękawów, skórzany, brązowy pas, ciemnoszare karwasze, brudnozielone spodnie i czarne buty. Do pasa z lewej strony miał przymocowany miecz wykonany z smokoodpornej stali, prawdopodobnie jeden z dwóch, które kiedyś należały do Rykera, choć było to mało możliwe.

– Jesteś pewien, że to opłacalne? – spytał niższy łowca, najwyraźniej wątpiąc w to, co powiedział mu towarzysz.

– Na żywym inwentarzu zarobimy więcej niż na skórach, czy kościach. – odpowiedział pewny swego wyższy; wierzył w to, co mówił.

Żywy inwentarz? Ereta zaniepokoiły słowa łowców. W jego głowie zaczęły kłębić się myśli, że ludzie kiedyś należący do armii Drago, idą w ślady swego przywódcy i ponownie tworzą smoczą armię do podboju świata. Skoro to robią, to musi im ktoś przewodzić. Tylko zachodziło pytanie: Kto? I kim, że jest ów człowiek?

– Eret! – z myśli wyrwał go znajomy głos.

Mężczyzna obrócił się i zobaczył Arna. Niestety łysawy mężczyzna zwrócił na siebie również uwagę łowców, którzy nie byli zachwyceni widokiem jeźdźca, który ewidentnie ich podsłuchiwał. Oboje wycofali się drogą w głąb rynku, odprowadzani wzrokiem przez Ereta, który po kilku sekundach spoglądania za odchodzącymi podszedł do stoiska starego przyjaciela.

– Dopiero co tu przyszedłeś, a już pakujesz się w kłopoty? – powiedział na przywitanie handlarz. Najwyraźniej był z czegoś niezadowolony.

– Ci łowcy – Eret zrobił pauzę, jakby się zastanawiając co powiedzieć – Co tutaj robią? Odkąd Drago nie żyje, przestali się tu pokazywać.

Arn podparł się rękami o blat stołu swojego kramu. Minę miał nietęgą, jakby zjadł cytrynę. Jeździec domyślił się, że to z ich powodu jego przyjaciel jest w nie najlepszym humorze.

– Pojawili się kilka dni temu – zaczął, ściszając głos do półszeptu, na tyle, aby Eret mógł spokojnie usłyszeć, co mówi – i rozpanoszyli się jak szczury po spiżarni. Inni kupcy, pamiętając stare czasy, zaczęli obsługiwać tylko ich, a niektórzy nawet robią za donosicieli, za co łowcy dużo im płacą. Założę się, że już wiedzą o twoim przybyciu.

– Kto nimi dowodzi? Przecież muszą mieć jakiegoś przywódcę. – spytał Eret chcąc dowiedzieć się jak najwięcej.

Arn odchylił głowę w bok i przygryzł wargę, wpatrując się w stół. Po chwili znów spojrzał w oczy Eretowi.

– Zwą go Drakor, Podrzynacz gardeł i Poskramiacz Smoków. Człowiek pokroju Krogana. Bez zastanowienia poderzną jednemu ze swych ludzi gardło, gdy ten nie zgodził się z jego przekonaniami. Na dodatek dosiada Mroziczorta, którego nazywa Upiorem. To nie są już ci sami łowcy smoków, co kiedyś Eret. Co więcej, Drakor zabija wszystkich, którzy niegdyś służyli Drago, co znaczy, że na ciebie również wydał wyrok śmierci.

Ostatnie słowa przyjaciela wstrząsnęły jeźdźcem, po plecach przeszedł mu dreszcz. Nowy dowódca wydał mu się okrutny i bezwzględny. Zdziwiło go jednak, że człowiek ów nie zamierzał kontynuować dzieła swoich poprzedników, a wręcz przeciwnie – zacierał po nich wszelkie ślady i podejmował całkowicie inne działania. Musiał natychmiast zrezygnować z celu swojego pobytu na Północnych Rynkach i czym prędzej powiadomić Czkawkę. Jednak jeśli Arn mówił prawdę, to wydostanie z wyspy, było prawie... niemożliwe.

Nagle do jego uszu dobiegły niepokojące hałasy. Spojrzał w prawo i zamarł. Ujrzał bandę łowców zmierzających w jego kierunku. Gdy tylko go dostrzegli, stanęli, przyglądając mu się bacznie, czekając na ruch mężczyzny. Eret bez zastanowienia ruszył pędem w przeciwną stronę, a myśliwi pognali za nim, krzycząc, żeby się zatrzymał.

Jeździec biegł ile sił w nogach. Przy pierwszym zakręcie skręcił w boczną uliczkę i schował się za straganem rybnym. Odczekawszy chwilę, wyjrzał zza drewnianej ściany i zobaczył, jak prześladowcy zatrzymują się, po czym ich dowódca ubrany w czerwoną tunikę rozkazuje się rozdzielić. Po chwili grupa zniknęła, rozbiegając się w różne strony.

Gdy Eret myślał, że jest już po wszystkim, poczuł nagłe uderzenie z tyłu głowy. Mężczyzna upadł na ziemie, tracąc przytomność.

Nastała ciemność.

Kiedy się obudził, był zdezorientowany, wszystko wokół było rozmazane i towarzyszył mu pulsujący ból w głowie.

Po chwili zmysły odzyskały równowagę, obraz zaczął się wyostrzać i pierwsze co zobaczył, to biały smoczy pysk i intensywnie niebieskie oczy patrzące na niego wściekle. Wtedy także zorientował się, że jest przywiązany do drzewa grubymi linami, a ręce ma skrępowane z tyłu. Za smokiem zobaczył grupę łowców, na czele, której stał jednooki mężczyzna. To dało jeźdźcowi do zrozumienia, że znalazł się w nie lada tarapatach.

– Mroziczort – powiedział i jak na zawołanie smok ryknął mu prosto w twarz, ukazując kolczasty język, mogący zedrzeć skórę z ciała.

– Zgadłeś – odezwał się ktoś stojący obok smoka. Eret spojrzał w bok i w górę. Zobaczył lekko umięśnionego mężczyznę wzrostu Czkawki. Na głowie miał założony hełm, jaki nosili kiedyś Lotnicy Krogana, również zbroja i karwasze wyglądały na takowe. Spodnie były jasnobrązowe, buty zaś skórzane, ciemnobrązowe. W prawej ręce trzymał zaś sztylet z ozdobną rękojeścią, na której wydrążony był wizerunek Śmiertnika Zębacza. Drakor, jak domyślił się Eret, spoglądał na niego z góry, z uśmiechem i dziwnym błyskiem w oczach, niczym u dziecka, dostającego zabawkę, o której zawsze marzyło.

Mroziczort warknął na jeźdźca, najwyraźniej miał niepohamowaną chęć zatopienia kłów w jego szyi.

– Spokojnie Upiór, spokojnie – przywódca łowców zaczął głaskać gada po białej szyi. – Przecież nie chcemy go zabić... Jeszcze.

– Gdzie mój smok? – spytał Eret.

– Gruchotnik? Sztywny. Tak jak ty za chwile. – odpowiedział Drakor bez cienia jakichkolwiek uczuć. – Ale najpierw odpowiesz mi na parę pytań. – dodał, kucając.

– Nawet jakbyś mnie torturował, to nic ci nie powiem! – zaprotestował jeździec. Od lat był wierny wodzowi i przyjaciołom, i nie zamierzał tego zmieniać.

Poskramiacz Smoków westchnął głośno.

– Słuchaj. W przeciwieństwie do Krwawdonia i jemu podobnym mam swój honor i nie cierpię tortur. Jeśli już kogoś zabijam, to zadaje mu lekką śmierć. – mężczyzna odparł, spoglądając na sztylet, który obracał w dłoniach.

Eret w pierwszym momencie miał wrażenie, że ma do czynienia z osobą niezrównoważoną psychicznie. Jednak po chwili zrozumiał, że człowiek ten różni się od wszystkich łowców, z którymi kiedykolwiek miał do czynienia. Coś w nim było. Coś... co próbował ukryć.

– Czego ode mnie chcesz? – spytał jeździec spokojnym głosem.

– Czternaście lat temu, jeźdźcy smoków uratowali z rąk łowców jajo Oszołomostracha. Następnie oddali je Skrzydlatym Pannom, które potem przekazały je Valce. Niestety po tym, jak matka Czkawki wróciła na Berk, jajo znikło, a wraz z nim jej smok Chmuroskok. Więc pytam: Gdzie ono jest?

Jajo? Valka? Skrzydlate Panny? W głowie Ereta pojawiło się mnóstwo pytań. Dlaczego Czkawka nic mu o tym nie powiedział? Może sam nie wie, co się stało z jajem? Dlaczego Valka nie wyjawiła nic własnemu synowi? I po co łowcom Oszołomostrach? Nagle Eret przypomniał sobie Krwawdonia i jego smoka – olbrzymią, niszczycielską machinę. Spojrzał z nienawiścią na Drakora i powiedział:

– Nic nie wiem o żadnym jaju, a nawet gdybym wiedział, to i tak nic bym ci nie powiedział. Nie zdradzę moich przyjaciół, nigdy! – ostatnie zdanie wykrzyknął mu prosto w twarz.

Mężczyzna westchnął.

– Szkoda. Myślałem, że pożyjesz dłużej, ale skoro nic nie wiesz. – Drakor wstał i obrócił się do jeźdźca tyłem. – Najwyraźniej Czkawka nie ceni cię tak bardzo, jak mi się wydawało.

Gdy dowódca łowców wypowiedział imię wodza Berk, Eret wyczuł w nim niechęć, zawód, złość, głęboki żal. Wszystko wyglądało na to, że Drakor zna skądś Haddocka.

– Wybacz, że spytam. – jeździec powiedział ostrożnie, bojąc się, że naruszy drażliwy temat. – Ale odnoszę wrażenie, że znasz Czkawkę.

Drakor uniósł, sztylet wpatrując się w ostrze.

– Owszem – przyznał. – Znałem.

Podrzynacz Gardeł zamachnął się ostrzem, wykonując obrót w stronę jeźdźca i jednym, płynnym ruchem, zrobił cienką, czerwoną linię, z której zaczęła sączyć się ciemna ciecz.

Eret umarł, dusząc się własną krwią.

Rozdział 1

Wyspa Lodowców była najmroźniejszą z wysp Archipelagu i niczym nie odróżniała się od pływających po morzu lodowców. Gdzie okiem nie sięgnąć wszędzie lód i śnieg. Zero skał, zero roślinności. Jedyną faunę stanowiły tu i Mroziczorty. Miejsce nieprzyjazne dla nikogo.

Jednak na jednej z lodowych półek dostrzec można było ślady czyjegoś przybycia, na tyle świeże, że nie zdążył ich zasypać padający śnieg.

Prowadziły do jednej z jaskiń nieopodal. Ślady należały do człowieka i smoka o wężowatej budowie ciała, bez nóg, poruszającego się jedynie za pomocą skrzydeł. I faktycznie stał przed wejściem do jaskini Drzewokos o barwie drzewnego brązu i kremowym podbrzuszem. Tuż za jego rogami znajdowało się siodło, a obok smoka, na środku wejścia stał jego jeździec.

Mężczyzna był wysoki, szczupły, dobrze zbudowany. Miał ciemne blond włosy i zielone oczy o szorstkim spojrzeniu. Brodę pokrywał subtelny, prawie niewidoczny zarost. Odziany był w brązową z czerwonymi znaczeniami koszulę z długim rękawem. Skórzane, brązowe karwasze schowane były pod takimi samymi rękawicami. Jasnobrązowe spodnie i brązowe buty. Plecy okrywała mu długa do kostek, czerwono-czarna peleryna ze smoczej skóry. Pod nią miał ukryty miecz o ząbkowanych krawędziach, wykonany z Gronkielowego Żelaza. Ostrze było przymocowane do założonego w poprzek, na lewym ramieniu, czarnego pasa.

Mężczyzna stał tak przez chwilę. Wpatrywał się przenikliwym wzrokiem w tunel, do którego miał zaraz wejść. Wokół panowała cisza. Słyszał tylko oddech swój, swojego smoka, świst wiatru targającego jego pelerynę i ryki Mroziczortów rozlegające się w oddali.

Drzewokos zniżył głowę i zamruczał niespokojny. Nie podobało mu się to miejsce. Jeździec spojrzał na niego i poklepał go po szyi, dając mu tym samym znak, żeby został na miejscu. Sam ruszył tunelem do jaskini, w której znajdował się cel jego pobytu na wyspie.

Tunel wyrzeźbiony z lodu przez naturę był tak samo nieprzyjazny, jak reszta wyspy. Tak samo zimny, przywodził na myśl gardziel Oszołomostracha. Jednak mężczyzna nie przybył tu by podziwiać surowe krajobrazy wyspy Lodowców. Szedł do przodu, nie oglądając się za siebie, a jego kroki odbijały się głośnym echem o ściany tunelu. Miał jeden cel, zdobyć to, co kryło się w lodach wyspy.

W końcu dotarł do sporej jaskini, czy raczej komory, która stanowiła leże Mroziczortów.

Nie zastał żadnego smoka. Zresztą było mu to obojętne, nie bał się ich; i tak nie zrobią mu krzywdy, gdy zdobędzie to, po co przybył. Wyciągnął z kieszeni mapę, by sprawdzić, gdzie dokładnie jest ukryte. Mapa wskazywała wyraźnie, że jego cel znajduje się w ścianach leża, skryty za bryłą lodu. Schowawszy mapę, zaczął chodzić wzdłuż ścian, badając wzrokiem każdy skrawek lodu, centymetr po centymetrze.

W końcu natrafił pod jednym z łuków na kupkę śniegu, która wydawała się być poza wszelkimi podejrzeniami. Mimo to, tknięty przeczuciem, mężczyzna ukląkł i odgarniając śnieżny puch, odkrył skrywającą się pod nią bryłę lodu, wsuniętą w szczelinę. Jeździec obejrzał ją dokładnie. Upewnił się, że oprócz jej wagi nic nie stoi na przeszkodzie, żeby ją wyciągnąć. Powoli wysunął bryłę ze szczeliny. Zgrzyt trącego się lodu o lód odbił się echem w leżu, gdy odsunął ją na bok. Wsadził rękę w głąb szczeliny.

Mimo że jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, serce waliło mu jak szalone, gdy sięgał po swoją zdobycz. Zamarł, wstrzymał oddech, kiedy palce zetknęły się z owalny przedmiotem. Chwycił go obiema rękami i powoli wyjął.

Jajo pokryte kolcami było niewielkie, ale cenniejsze od złota. Kącik ust jeźdźca uniósł się w lekkim uśmiechu, wewnątrz rozpierała go radość. Mógłby trwać w tej chwili przez wieczność, jednak musiał stąd odejść, zanim wrócą smoki. Wstał, trzymając swój skarb w rękach. Odwróciwszy się, chcąc wrócić do tunelu, na którego końcu czekał jego wierzchowiec. Odkrył wtedy, że został przyłapany przez jednego z właścicieli jaskini.

Mroziczort taksował intruza wrogim spojrzeniem, wydobywając z gardła złowrogi pomruk. Jednak na mężczyźnie nie zrobiło to wrażenia. Spojrzał na jajo.

– Wiesz, co to jest, prawda? – spytał spokojnym, pewnym siebie głosem, patrząc smokowi prosto w oczy. Mroziczort najwyraźniej wiedząc, co jeździec trzyma w rękach, cofnął się kilka kroków do tyłu, dając mu wolną drogę. – Tak myślałem.

Jeździec szybkim krokiem opuścił leże i wrócił do swojego smoka. Z dumą pokazał Dzewokosowi jajo. Gad obwąchał je z zainteresowaniem, po czym zamruczał leniwie. Zwierzę miało dosyć panującego tu zimna i chciało wrócić do domu, co jeździec dobrze rozumiał. Włożył jajo do torby, którą miał przy siodle, po czym dosiadł swojego wierzchowca i odlecieli w nieznanym kierunku.

Rozdział 2

Przepraszam za tak długą nieobecność, ale sprawy studenckie się kłaniają. W prawdzie miałam gotowy rozdział, jednak po jego skończeniu stwierdziłam, że mi zgrzytał, więc postanowiłam napisać go od nowa. Tak więc, życzę miłej lektury.

Tydzień później...

Trzynastolatek siedział na beczce w porcie na Północnych Rynkach. Ubrany był skromnie; w kremową koszulę z długim rękawem mającą dziurę na prawym ramieniu, szare spodnie i brązowe, lekko zmierzwione, futrzane kozaki. W pasie zaś miał zawiązany sznurek. Kosmyki potarganych, ciemnych blond włosów kołysały się lekko na wietrze, nad lodowatobłękitnymi oczami, które w całkowitym skupieniu obserwowały ruchy ołówka, pozostawiającego na kartce notatnika kreski, powoli układające się w kształt Zmiennoskrzydłego. Chłopak ignorował ruch panujący w porcie, oddając się swojej pasji – tworzeniu własnej smoczej księgi. Obserwował smoki, z którymi codziennie miał styczność. Szkicował je i zapisywał ich warianty kolorystyczne, charakterystyczne cechy, typy ognia, klasę oraz rozmiary. Najpierw umieszczał to wszystko w notatniku, a potem przepisywał na czysto.

Gdy obrazek był skończony i miał zabrać się za spisywanie informacji o gatunku, usłyszał dobrze mu znany męski głos.

– Glac! – Chłopiec obejrzał się za siebie i zobaczył swojego jednookiego opiekuna. Hektor Frothgarson zajmował się nim od kiedy Glac* – bo tak nazywał się trzynastolatek – mając pięć lat, stracił matkę w ataku smoków. Wówczas trafił pod jego skrzydła i zaczął pracować dla Drakora, który powierzył mu rolę opiekuna smoków. Glac zajmował się zwierzętami podczas powrotu z łowów na wyspę Poskramiaczy. W ten sposób połączył swoją pracę z pasją. Choć nie miał żadnych przyjaciół, był tolerowany przez wszystkich Poskramiaczy. Z początku słyszał rozmowy innych na swój temat i przejmował się nimi. Z czasem jednak zaczął je ignorować.

– Długo cię nie było – rzucił na przywitanie.

– A ty jak zwykle nie marnowałeś czasu – zauważył mężczyzna, podchodząc do swojego wychowanka i spoglądając na notatnik.

– Zrobiliście to, co zamierzaliście z Drakorem?

Hektor przytaknął skinieniem głowy.

– Tak i nawet mam coś dla ciebie – powiedział...

Zmiana częściowa...

________________________________________________________________________________________________

° czyt. Glas.

°° Wielorybem zabójcą określa się orkę. Archipelag leży na terenie występowania tych morskich ssaków, więc jest możliwe, że na Lodowych Pustkowiach mogli je spotykać.

°°° Ten kolor to tzw. "jungle green". Kolorystykę zaś wzorowałam na tej bohaterce z serii "Skrzydła ognia".

Rozdział 3

Do zmiany...


Rozdział 4

Do zmiany...


Rozdział 5

Do zmiany...

Rozdział 6

Do zmiany...

Rozdział 7

Do zmiany...

Rozdział 8

Do zmiany...


Nie zapomnijcie zostawić komentarza ;)

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.