FANDOM


PicsArt 1419458812384
Kontynuacja
http://jakwytresowacsmoka.wikia.com/wiki/Blog_u%C5%BCytkownika:Astri%C5%9B111/Nienawi%C5%9B%C4%87,_przyja%C5%BA%C5%84,_mi%C5%82o%C5%9B%C4%87,_b%C5%82%C4%99dy_-_los_Czkawki

Informacje o nextach i wgl. tutaj --> https://www.facebook.com/blogi.opowiadania.arty?ref=hl

Cześć, obiecałam i jest podział na dwa blogi. A więc więcej przygód na Berk. Dużo namieszam :D. Wiem, że czekacie na Hiccstrid czekajcie <3 a będzie wam dane. Myślę, że poznaliście mój styl pisania. Dam tu wam dwa kolaże, które będą na początku bloga, żeby przypomnieć kształty i wyglądy głównych postaci.


Blog o zasteżonych prawach autorskich, liczę na zrozumienie.

PicsArt 1419428496069














Prolog

    ***Czkawka***

Chciałem żeby było dobrze. żeby było normalnie. Mam matkę, mam ojca, mam przyjaciela. Jednak nie to mnie martwi. Martwi mnie Astrid. Moja najlepsza z najlepszych przyjaciółek. Od śmierci jej ojca minęły zaledwie dwa miesiące a także od mojego powrotu do domu. Nic się kompletnie nie układa. Migdaliska się zbliżają a ja z ojcem jesteśmy nadal na "ty". Biedna Astrid nie wychodzi z domu i nie chce z nikim rozmawiać, nawet z matką. Czuję się nadal nieswojo. Ludzie się mnie boją. Ale czy ja jestem aż tak straszny? Z mamą każdy się dogaduje... Pana Hofersona pożegnali wszyscy wikingowie. Astrid ciężko to przeżyła. Próbowałem być przy niej, wspierać ją ale ona nie widzi nic poza stratą ojca. Siedzę czasami tak ze Szczerbatkiem i myślę : co dalej? Trzeba biedną dziewczynę wyciągnąć z domu. Szpatka powinna mi pomóc. W końcu ona i Astrid to wspaniałe koleżanki a może nawet przyjaciółki... Jak mam wspomnieć o reszcie rówieśników to boją się mnie. Nie rozmawiają ze mną tylko przytakują i patrzą na mnie jak na ich władcę. Schlebia mi to ale ja nie jestem jakiś inny. Jestem normalny i nie zasługuję na wyższość.

1. Wyjdź do nas

  ***Czkawka***

Na nic niezwykłego dziesiejszego dnia nie liczyłem. Marzyłem tylko o tym żeby wyjść jak najszybciej na zwenątrz i polatać wraz ze wschodzącym Słońcem. Każde marzenie jest przecież do spełnienia, szczególnie te moje bezsensowne i szalone. W moim pokoju panował niesłychany porządek. No cóż mieszkam tu już okrągłe dwa miesiące więc miałem czas posprzątać po mojej czteroletniej nieobecności. Nie ma tu kurzu są wszędzie szkice i mapy. Sam nie wiem jak ale przekonałem tatę żeby Szczerbatek spał u mnie w pokoju. Wolę mieć tego gada na oku. Lubi grasować po okolicy i siać postrach. Oczywiście nic strasznego nie robi. Zabiera szuszące się ubrania, zjada pieczywa, czasem strzeli plazmą tam i ówdzie... Przecież nikogo jeszcze nie zabił. Jeszcze.

- Tak moja kochana pięć minut i wydoję naszego jaka. - wymamrotałem cicho. Schowałem twarz w miękkiej poduszce. Przykryłem się kocem po sam nos.

- Wstawaj już. Gdybyś nie wrócił wczoraj o północy do domu to byś się wyspał. Wyłaź z łóżka i za pięć minut to masz być na śniadaniu. - rozpoznałem ten głos. Wszędzie poznam głos ojca, który powstrzymuje śmiech ale grozi surowo. Drzwi od mojego pokoju kłapnęły. Podniosłem się i rozejrzałem. Nadal nie mogę przyzwyczaić się do otoczenia, w którym się budzę i zasypiam. Odnalazłem Szczerbatka, który przeciągał się.

- Mówiłem żeby wracać szybciej do domu to ty: nie sztywniaku chodź jeszcze na Smoczą Wyspę skoczymy. - wstałem lekko zły. Sześć godzin snu to jednak lekko za mało. Nie miałem za złe nocnej furii, że za długo latamy wieczorami. Wieczorami tak... w nocy! Pierwsze co mogłem zrobić to ubrać się. Jak pomyślałem tak zrobiłem. Co ja będę się stroił? Spodnie, buty, koszulka, karwasze. Po prostu charakterystyczny strój wikinga z Berk. Nie jestem jakiś wybredny ale gustuję w ciemnych barwach. Nie ważne... Potargane włosy są, Szczerbatek z siodłem jest, Szpatka idąca ze mną do Astrid... Zapomniałem na Thora, zapomniałem! Muszę powiedzieć siostrze Thorson, że ma iść ze mną do Astrid. Wyskoczyłem z pokoju na dół tworząc tak zwane wejście smoka.

- Cześć. - rzuciłem krótkie przywitanie.

- Hej a tobie nie zimno? Lada moment pierwsze śniegi. - mama i ta jej spostrzegawczość. To jej chwała a dla mnie przekleństwo.

- Nic mi nie będzie. Lecę! - czekałem tylko na mojego smoka.

- Czekaj gdzie idziesz, a śniadanie?

- Nie jestem głodny. Później powiem co robiłem. - uśmiechnąłem się uchylając drzwi. - Pa. - rzuciłem przez ramię. Gdybym nie wyszedł dręczyliby mnie dalej. Na dworze nie było zimno ale ciepło też nie. Powiem umiarkowanie, pogoda umiarowana.

- Mordko teraz musimy złapać gdzieś Szpatkę. - oznajmiłem nasze plany klepiąc smoka po głowie. Po co mam latać na smoku i szpanować? Szedłem powoli rozglądając się.

- Dzień dobry. - przywitałem się z panią Linos, która zbierała ubrania.

- Dzień dobry. - uśmiechnęła się a ja szedłem dalej przed siebie. Najgorszy osobnik na jakiego mogę trafić to... wykrakałem.

- Czkawka! - krzyknął Sączysmark wyciągając ręce przed siebie. To był znak, że ma ochotę mnie przytulić. Przewróciłem oczami. Chyba tęsknię za tym jak mnie bił. Chociaż teraz nie dałby mi rady.

- No hej. - mój głos był znudzony a oczy koncentrowały się na pejzarzu za tym tu, który zasłania mi dom bliźniaków.

- Co tam kumplu? - doceniam, że chce żebyśmy byli kolegami ale nie mam czasu teraz na przyjaźnie.

- Nic idę do Szpatki... kumplu - sam nie wierzę w to co mówię.

- Uuu - wymruczał chichocząc. - a po co? - powstrzymywał się od śmiechu. Założył ręcę na łokcie.

- Muszę z nią pogadać o Astrid. - odpowiedź była taka oczywista. Uśmiechnąłem się. Nie będę tu stał. Nie mam czasu.

- A no tak... Astrid, kiedy ja moją kochaną widziałem? - zamyślił się. Bardzo rzadki widok.

- Dobra ty marz dalej a ja idę. Narka! - zostawiłem go i poszedłem przed siebie. Chwila, stop.

- Szczerbatek! - wrzasnąłem. Odwróciłem się. Widok był taki jak zazwyczaj. Smok zrobił wielkie, smutne oczy i wessał bułkę. Oblizał się i podszedł do mnie ze spuszczaoną głową.

- Żarłok. - westchnąłem. Jak oduczyć go zjadania bez pozwolenia? Nie zastanawiałem się za długo.

- Szpatka? - to było pytanie w formie stwierdzenia. Stała razem z bratem przy swoim domu. Odwróciła się i stanęła niemalże na baczność. Uśmiechnąłem się pogodnie. A ci nadal się boją mnie jak diabła.

- Tak? - zapytała cicho patrząc na brata. Chyba coś przeskrobali, bo patrzyli przestraszeni na siebie.

- Pójdziesz ze mną do Astrid? - skrzywiła się i uniosła brwi do góry. Wygląda na to, że mój pomysł jej nie odpowiada.

- Wiesz. Byłam u niej wiele razy i zawsze to kończyło się niczym...

- Ale nie może tam siedzieć całe wieki!

- To jej to powiedz nie mi.

- Właśnie chciałem ale skoro nie zależy ci na przyjaciółce to idę tam sam. Pa. - jeśli nie to nie łaski mi nie robi.  - chodź Mordko sami sobie damy radę. - poklepałem czarną skórę na grzbiecie mojego przyjaciela. Myślałem, że bardziej się lubią... Cóż mówić więcej nie patrzyłem już za siebie. Nie będę okazywał, że Szpatka mnie zdziwiła to nie w moim stylu. Wziąłem potwornie głęboki wdech i spojrzałem na jasne niebo. Raziło trochę po oczach. Jakoś nudno na tym Berk. Ale czego miałem się spodziewać? Ludzie tu, to nie ja. Przecież dla mnie normalne życie to było siedzenie w lochach i latanie, bieganie i ciągłe przygody. Rozsadza mnie energia, której nie mam na co wykorzystać. Mam ochotę przenieść wszytkie góry na wyspie żeby w końcu cała moja moc się ulotniła. Doszedłem do drzwi domu pań Hoferson.

- Zostań chyba nie długo wrócę. - uśmiechnąłem się niepewnie. Ciekawe czy w ogóle ją zobaczę? Pożyjemy zobaczymy.

  ***Astrid***

Wszytko mnie tak boli. Moje serce chce uciec jak najdalej od duszy. Cierpię ciągle i nie rozumiem jak mogłam z nim się nie pożegnać. Był wspaniałym człowiekiem i nigdy nie myślałam coby było gdyby mi go zabrakło. Nie obchodzą mnie przyjaciele. Nie zasługuję na przyjaźń... Chcę być sama. Staram się zapomnieć o tym, że go już tu nie ma. Ale wszytko mi go przypomina. Puste krzesło, wolny miecz, zostawione niepotrzebne teraz ubrania... Wszytko w tym domu za nim tęskni.A szczególnie ja. Zastanawiam się czy miałby mi coś do powiedzenia...

- Dzień dobry. - usłyszałam tylko głos mamy. Pewnie wódz, Valka albo Pyskacz. Nie przejęłam się i usiadłam na łóżku opierając się o ścianę. Podciągnęłam kolana pod brodę patrząc tylko wystającymi znad kolan oczami na drzwi. Zamknęłam oczy. Siedziałam tak z dziesięć minut. Serce mi stanęło otwierając oczy ponownie.

- Wyjdź. - powiedziałam cicho. Szczerze nie chciałam żeby sobie poszedł. No to po co to powiedziałam? Usiadłam na krawędzi łóżka. On siedział pod drzwiami czyli na przeciwko. Udawał, że nie słyszy prośby. Parzył tylko na mnie nie mówiąc nic.

- Wyjdź - powtórzyłam zaciskając dłoń mocno. Uśmiechnął się podstępnie. - mam powtórzyć? - i nadal nic. Zero reakcji. Zezłościł mnie.

- Albo wyjdziesz sam albo... - przerwał mi w pół słowa.

- Albo? - spytał cicho wstając. - przyjaciela skrzywdzisz? - oczywiście, że nie. Chciałam go najwyżej wypchnąć za drzwi. Jednak nie potrafię. Za dużo dla mnie znaczy nie mówiąc już o tym, że mi się strasznie podoba. Szczególnie jego oczy i włosy. Nie wyobrażam sobie innego połączenia niż zielony i brązowy.

- Wyjdź do nas - od razu z takim tekstem. Jak Szpatka. - potrzebujemy cię. Ja cię potrzebuję. - zaschło mi w gardle.

- Nie, nie potrzebujecie. - usłyszałam tylko załamany wydech. Lada moment siedział przy łóżku na podłodze. Bez wahania położył dłonie na moich kolanach.

- Słuchaj teraz kochana. - nie wiem w jakim sensie to powiedział ale zaczął boleć mnie w dziwny sposób brzuch. Tak samo jak wtedy kiedy zdałam sobie sprawę, że on jest kimś więcej niż przyjacielem. Uśmiechał się mimo iż wiedział, że ja nie mam na to najmniejszej ochoty. - jest źle nie powiem, że nie. Ale jeśli będziesz tak tu siedzieć będzie tylko gorzej. Ja wiem, że tęsknisz i cierpisz ale będzie później tylko lepiej. Nie chcę czekać każdego dnia aż cię zobaczę albo, aż w końcu raczysz się uśmiechnąć. Chcę żebyś była taka jak wcześniej: wesoła, pogodna, radosna, uśmiechnięta, promienista... ogarnięta. - zaśmiałam się cicho. Zawsze widziałam, że jest moim przyjacielem. Teraz widzę, że jest moim wielkim wsparciem. - jeśli masz ochotę popłakać to płacz ale nie obwiniaj się za to co się stało. Ja czuję się również winny. Jesteś Astrid Hoferson. Najstraszniejsza wojowniczka jaką znałem. Myślisz czemu zrobiłem topór dla ciebie a nie miecz dla Smarka? Bo ciebie się bardziej bałem. Nieugięta masz być teraz i twarda. Nie, że taka jak za czasów kiedy biłaś mnie regularnie tylko te trzy, dwa miesiące temu. Wróć Astrid Hoferson do mnie, wróć. - każde słowo płynące z jego ust było coraz wolniejsze, cichsze i wspanialsze. Patrzył centralnie w moje oczy a ja w jego. Co mam odpowiedzieć?

- Serio jestem taka straszna? - zaśmialiśmy się oboje cicho.

- Tak i to jak. Szczególnie jak się tak na mnie patrzysz jakbyś się zakochała -zamarłam. Zauważył, zauważył! I co teraz wymyśl coś. - żartowałem.

- Ha ha - to nie był śmiech tylko wypowiedziane sylaby - śmieszne. - przetarłam oczy. Usta bolały mnie już od uśmiechu. Walnęłam go z całej siły w ramię. Patrzył na to z radością. Złapał mnie za dłoń i podniósł do góry co kazało mi wstać.

- No i wróciłaś. - nie mogę przecież się teraz wydać i chodź bym go teraz z chęcią pocałowała nie mogę. Coraz częściej stoimy blisko siebie a to mnie dużo kosztuje.

- Przytulas?

- Marzyłem już o nim dwa miesiące. - wymamrotał i już byłam w jego ramionach. Tak czułam się bezpieczne i dobrze. Jego ciepły oddech wnikał w moje włosy i kark. Wtuliłam się w jego miękką, ciepłą koszulkę. Cały mi pachniał sobą. Czyli mieszanka lasu, świeżej bryzy i letniego wiatru. Kiedyś spróbuję powąchać jego włosy, głupie marzenie ale jakie wariackie.

Na dziś to tyle myślę, że do jutra. Jeśli ktoś wyhaczył błędy orto to przepraszam możecie podać w komie wyraz to poprawię ;) Dziękuję za czytanie. Miły początek prawda? Szkoda, że później sprawy się skomplikują :3

Aww patrzcie Piotrek się o was troszczy :d -->

nie spamujcie za dużo bo to złe adminiki kasują :d  - from troskliwy Piotruś xD LoL  / nie chce on nikogo oczywiście urazić /

Wszystko co piękne nie trwa wiecznie. 

- Czkawka? 

- Tak Astrid ...

- Możesz mnie już puścić chciałabym się przebrać i odświeżyć. 

- Nie przekonałaś mnie do wyjścia... - poczułam się dziwnie ale to był na pewno żart. Speszył mnie. Puścił mnie i się uśmiechnął. - wiesz, że to był żart prawda? - uniósł brew do góry. Ten jego talent brwiowy.

- Tak, jasne. - odpowiedziełam starałam się ukryć, że to kłamstwo. Przekręcił zielonym, błyszczącymi w cieniu szafy oczami.

- Zaczekam na dworze.

- Co? - zapytałam otwierając drzwi od szafy.

- No musimy nadrobić twoje siedzenie w domu. Każdy ucieszy się na twój widok. Czekam. - powiedział to tak kuszącym głosem, że mogłabym już za nim wyjść. Ale nie mogę wyglądam jak potwór. I dałam się w takim stanie widzieć Czkawce. Włosy potargane, oczy jak podbite a ubrania ; szkoda gadać. Wyciągnęłam czarne spodnie, czerwoną ( do 1/4 uda) tunikę i czyste beżowe karawasze. 

     ***Czkawka***

I co przekonałem? Przekonałem.

- Szczerbo udało się. - powiedziałem do Szczerbatka. Mój smok pogratulował mi liżąc mi dłoń. No cóż teraz tylko czekać na królewnę. Znając dziewczyny to wyjdzie wieczorem.


- Jak poszło bardzo pobity? - tak Mieczyk bardzo.Odwróciłem się do reszty. A w tej reszcie jak zwykle : Szpatka. Mieczyk, Smark i Śledzik. Spojrzałem w ziemię a później na kolegów.


- Tak po prostu... to było straszne. - wyszeptałem. - tak straszne, że aż byłem zmuszony wyjść.


- To był żart tak? - zapytał Śledzik śmiejąc się cicho.

- Tak. Zaraz przyjdzie.


- No cóż umiesz przekonać ludzi do wielu rzeczy. - wywnioskowała Szpatka. - ciekawe co zrobiłeś, że przyjdzie? - i wszystkie oczy na mnie. Nie wytrzymałem i się zaśmiałem. Dziewczyny wy tylko o jednym. Zasłoniłem twarz dłonią.


- Pogadałem a co miałem zrobić?


- Ja tam nie wiem. Sam z dziewczyną, bardzo ładną i atrakcyjną, w pokoju. Wiesz Czkawka poza tym to sypialnia. - Szpatka powalasz mnie. Zasłoniłem brodę dłonią śmiejąc się.


- Ja tak myślę, że potrzebowalibyśmy więcej czasu na takie rzeczy i najważniejsze : my mamy szesnaście lat. - już każdy był czerwony jak burak pomyślałem, że to dobry moment żeby skończyć temat na temat spraw nieco prywatnych.


- Moja księżnisia kochana kiedy ujrzę jej piękno? - zapytał Sączysmark z miną biczowanego niewolnika. Odkąd pamiętam stara się o względy u tej dziewczyny. Z tego co wiem nie idzie mu najlepiej.


- Niedoczekanie twoje. - usłyszałem wspaniały dziewczęcy głos. Wszędzie poznam ten groźny i zarazem pociągający, słodki głosik. Odynie o czym ja myślę? To przez Szpatkę.


- Astrid! - krzyknęła siostrzyczka Mieczyka i przytuliły się mocno. - myślałam, że nigdy już mnie nie przytulisz.

- To masz bardzo miłą niespodziankę dzięki Czkawce. - obie spojrzały zza swoich włosów na mnie. Uśmiechnąłem się radośnie. No a co mogłem zrobić.

- No to co my sobie już pójdziemy? - zapytałem czarnego smoka. Warknął wesoło. Wiedziałem, że Astrid chciała jeszcze ze mną porozmawiać ale coś mnie powstrzymało od kolejnej rozmowy z nią. Czasami wydaje mi się, że lepiej mieć do ludzi dystans. Nie oglądałem się za siebie. Usiadłem na grzbiet mojego smoka i wzbiłem się w powietrze, a że to nasz pierwszy lot od rana to wystrzeliliśmy w górę z najlepszą, najszybszą prędkością nocnej furii. No to czas na poranne szaleństwa... Podsumuję sobie tak ten dzień. Fajny. Co dodać? Odzyskałem przyjaciółkę przecież.

2. Wyjątkowe Migdaliska

   ***Czkawka***

Pyskacz twierdzi, że te święta będą wyjątkowe. Dlaczego tak uważa? Bo jestem ja i mama. Za oknami pierwsze białe, iskrzące w promieniach Słońca śniegi. Przed domami i na drogach śliska zamarznięta woda. Czyli po prostu lód. Jak to u nas na Berk grzeczne dzieciaki dostają prezenty od Odyna. Tak jasne od Odyna. Rodzice, albo sami nawzajem w tajemnicy robimy prezenty i przekazujemy Pyskaczowi. On wieczorem przy wspólnym ognisku je rozdaje.Następnie idziemy do twierdzy na ucztę. Już nie wiem co gorsze to, że tak trudno ukryć przed Astrid to, że ja robię dla niej prezent czy to, że zaraz będę miał siedemnaście lat. Czas leci a ja stoję w miejscu. Nie ważne... Ale bym chciał znowu w swoim śnie spotkać ten głos. Gryzie mnie coś w sercu. Tyle rzeczy się spełniło a ta moja miłość? Nie wiem dlaczego jej tak jej potrzebuję. Bardzo mi zależy by ją znaleźć. To nie jest do wytłumaczenia dlaczego. Czemu ludzie mają i zawsze mieli poukładane życie? Ja jestem pełny zagadek, tajemnic i innych niewiadomych. Chcę być normalny ale nie mogę. Jestem Panem Smoków a do tego jestem synem wodza. Jak mi kiedyś powie, że mam być jego następcą to chyba skoczę z urwiska. Jakoś nie ciągnie mnie do tych wszystkich spraw, którymi stary się zajmuje.Jestem na skraju załamania. Nie będę się chwalił, że ten dzień stanie się jeszcze piękny... No cóż pora na śniadanie. Kilka schodków w dół i siedzę przy stole.

- Nie. - jęknąłem. Mama coraz bardziej się na mnie uwzięła. - ja nie zjem przecież tyle.
- Jedz nie gadaj. - poranne przekomarzanie nawet w święta. Zacząłem grzebać w mojej porcji. Ale ja nie lubię jeść. Wolę już poślizgnąć się i upaść na tyłek niż jeść jeśli nie mam ochoty. Zjadłem 1/4. Spojrzałem na tatę.


- Idź już i nie psuj nam humoru. - powiedział w końcu.


- Nic wam nie poradzę, że nie lubię jeść. - mruknąłem zakładając lewego buta.


- Wróć szybko. - powiedziała mama zanim udało mi się opuścić dom.


- Spróbuję muszę prezent skończyć. - powiedziałem to w taki sposób, że zrozumieli, że i tak będę później. Nie powiedziałem dla kogo robię prezent, bo po co. Ja się nie pytam kiedy się pierwszy raz pocałowali? Nie moja sprawa. Ja jestem sobą mam swoje sprawy. Lubię mieć wszystko ukryte w głowie. Nie lubię okzywać uczuć. Nie lubię mówić o moich bardzo osbistych rzeczach. Gdybym wiedział, że to się zmieni...

- Cześć Pyskacz. Tylko proszę powiedz, że nie ruszałeś prezentu. - może nie było to miłe przywitanie ale przecież nie mam czasu żeby robić prezent od początku. Wszedłem szybko do mojego pomieszczenia. które też zostało już uporządkowane.

- Spokojnie, spokojnie jest nietknięty jak na razie przez nikogo prócz ciebie.

- Świetnie, cieszy mnie to. - mruknąłem nawet wesoło. Cóż poradzić dawno się nie bawiłem w ozdabianie, więc tak jak przypuszczałem zajęło mi to sporo czasu. Nic nie poradzę, że lubię by wszytko było idealne i dopięte na ostatni guzik. Przegarnąłem już lekko mokre włosy i odsunąłem się od gorącego pieca. O matko kochana moja, tylko nie ona!

- Astrid! - krzyknąłem wychylając się z okna w kuźni. Okno, w którym się składa zamówienia.

- Hej co robisz? - też cię lubię Astrid. Echh dobra trzeba spławić dziewczynę.

- Wiesz z tobą zawsze chętnie pogadam ale Szpatka cię szukała. - piękna Czkawko wymówka, piękna... jak jej oczy, które mi nie wierzą!

- Serio? - uniosła jedną brew do góry.

- Nie na niby - westchnąłem i uśmiechnąłem się po chwili. - idź już. - dodałem.

- Mogłeś powiedzieć, że nie chcesz ze mną gadać. Pa. - rzuciła przez ramię i odwróciła się. Zabolało mnie to. To nie miało tak wyglądać. Ale teraz za nią nie pójdę, bo jeszcze ktoś zobaczy prezent. A jakby dostał się w ręce Sączysmarka to bym się chyba załamał. O Odynie ile bym dał żeby pobyć teraz sam. I jeszcze ta świetna pogoda. Nienawidzę zimy a szczególnie śniegu. Zimno cały czas i w taki czas łatwo popaść w ślęczenie na łóżku myśląc nad sobą.

- Echhh - westchnąłem po dwóch godzinach. Miałem dosyć pracy na dzisiaj. Powiedziałem kowalowi, że prezent jest gotowy, i że może go zabrać. Pożegnałem się i wyszedłem z kuźni. Gdy tylko znalazłem się z dala od drewnianej budki zawiało mocno mroźnym, zimowym powietrzem. Drgnąłem lekko. W środku było ciepło i przytulnie. Wikingowie zawsze chętnie angażują się w ozdabianie swoich domów. Większość chodziła i podziwiała ustrojone domy. Dotarło do mnie, że zgubiłem Szczerbatka. Gdzie ten gad może być? Stanąłem w miejscu i zacząłem się rozglądać za zgubą. Jak wychodziłem już go nie było. Może jest z Chmuroskokiem?

- Czkawka! - usłyszałem wesoły wrzask. Śledzik...

- Tak? - ciekawe czemu tak się drze.

- Słuchaj - mówił zdyszany. - moja mama się pyta - westchnął łapiąc powietrze. - o której rozpoczyna się impreza migdaliskowa?

- Czekaj, chwila dlaczego jesteś taki zdyszany? - odbiegłem od tematu ale to bardzo istotne. Wygląda chłopak jakby go stado smoków goniło.

- Bo uciekałem przed Szpatką. Dręczą mnie razem z Astrid żebym powiedział kto komu robi prezenty ale nie powiem, bo nie będzie niespodzianek. - uśmiechnąłem się wesoło a zarazem podejrzliwie. Czyli Śledzik wie kto komu szykuje prezenty... świetnie.

- O Śledzik nie wiesz przypadkiem kto robi prezent dla mnie? - zapytałem patrząc w jego oczy. Nagle zaczął patrzeć w innym kierunku. - Śledzik?

- Em może i wiem. Dajcie mi spokój. Odbiegliśmy od tematu. To o której się wszystko zaczyna?

- A skąd mam wiedzieć? - zaśmiałem się cicho.

- Twój ojciec to wódz. - mruknął. A no też prawda.

- Chciałbym ci odpowiedzieć ale nie wiem. Przykro mi. Ja tak w ogóle muszę iść Szczerbo dał nogę a mieliśmy polatać.

- Szczerbatek? Biegał przy domu Astrid.

- Dzięki do zobaczenia.

- Pa Czkawka. - pożegnanie godne Śledzika. A ten gad to nie miał gdzie pójść?


***Astrid***

- No i moim zdaniem chciał się mnie pozbyć.

- A może chciał coś przed tobą ukryć? - spojrzałam nieświadomym wzrokiem na koleżankę. No pewnie! A ja myślałam, że ma mnie już dosyć.

- Jesteś genialna! - wrzasnęłam.

- Dzięki nikt mi takie czegoś nie powiedział.

- No to ja jestem pierwsza. Chodź odprowadzę cię już do domu, bo Mieczyk na pewno się stęsknił za tobą.

- Nie przesadzaj pięć minut poza domem bez Mieczyka to nie koniec świata.

- Tak, tak... wracamy. Zimno trochę a ja się nie ubrałam za ciepło. - wytłumaczyłam.

- Niech będzie chodźmy. - zmieniłyśmy ze Szaptką kierunek drogi. Szłyśmy patrząc na każdy dom. Wyglądały jak co roku pięknie. Nie chcę mówić Szpatce dlaczego tak mi się spieszy. Gdy szłam do kuźni chciałam dać Pyskaczowi prezent dla Czkawki. No i się nie udało, bo tam był. Gdy tylko o nim pomyślę robi mi się cieplej. Naprawdę miłe uczucie, szkoda tylko, że on nie czuje tego samego. Nigdy w życiu mi nie było łatwo, więc czego ja oczekuję? Na pewno coś zepsuje się wkrótce. Za chwilę siedemnastka na karku i ten głupi Paluch. Przypłynąć miał gdy będziemy mieli po dziewiętnaście lat... gdybym wiedziała na co się szykować powiedziałabym Czkawce o wszystkim, ale ja wszytko psuję. Koleżanka Thorson skręciła już w stronę swojego domu a ja musiałam iść kilka domów dalej.

- Moja piękna! - przywitania Smarka są naprawdę zawsze wtedy gdy ich nie potrzebuję.

- Proszę cię nie mów tak do mnie.

- Ale jesteś przecież.. no wiesz piękna to jak mam mówić, brzydka? - zastanowiłam się jakby tak na to patrzeć to lepiej piękna.

- Mów po prostu : cześć. - nóż otwierał mi się w kieszeni jak tak na mnie patrzył. - złaź mi z drogi idę do domu. - odskoczył na bok a ja szłam dalej.

Miałam mieszane uczucia co do dzisiejszego dnia. Trącałam nogą każdą śnieżną zaspę. Biały puch iskrzył się w Słońcu. Pod stopami czułam kruchy i gruby lód. Zwolniłam by się nie przewrócić. Starałam się ale oczywiście gdy myślisz, że jest dobrze życie płata ci figle.

- Na brodę Odyna... lecę. - powiedziałam do siebie i zamknęłam oczy. Ciemność pomaga mi zapomnieć o bólu i strachu. Spostrzegłam, że lądowanie nie było aż takie złe. Może to przez moją puszystą spódnicę? Nie jednak to nie to, bo zrobiło mi się cieplej. I ten zapach. Żeby go rozpoznać muszę być bardzo blisko niego. Otworzyłam jedno oko później drugie. Ujrzałam wybawcę mojego zadka. Jego kąciki ust uniosły się delikatnie do góry tworząc piękne zjawisko, które zwą bodajże uśmiechem. Zsunęłam jego ręce z moich bioder.

- Byłoby słabo gdybyś jednak upadła.

- Myślę, że wytrzymałabym. - odpowiedziałam obojętnie. Chłopak nadal się uśmiechał a do tego drapał swojego przyjaciela "za uchem".

- Nie wątpię. - mruknął. Jest zawsze bardzo pewny tego co mówi. Pewny siebie to nie do końca.

- I nigdy nie wątp.

- Jasne... - czy nie jest zbiegiem okoliczności, że cały czas na kogoś wpadam? Ja chcę tylko dostarczyć prezent! Później mogę wpadać, upadać i lecieć na każdego. Westchnęłam niechętnie.

- Ja już muszę lecieć. Widzimy się na Migdaliskach no chyba, że jeszcze na siebie wlecimy. - mówiłam jak nakręcona. - pa. - zakończyłam krótko. Nie patrzyłam więcej na niego. Odwróciłam się i usłyszałam tylko.

- Pa. - to słowo było smutne, głuche i zarazem żałosne. Nie przejmuj się teraz nim, nie teraz. Dziś twoje ulubione święto, ciesz się. Każde dotychczas święta były wspaniałe. Te będą pierwsze bez taty. Ale też pierwsze z Czkawką. No cóż Migdaliska zapowiadają się ciekawie. I to pytanie, które mnie dręczy.

- Co i od kogo dostanę? - jak to co roku nie mam zielonego pojęcia cobym chciała dostać w prezencie. Ze wszystkiego będę się cieszyć. No chyba, że ktoś da mi Jorgenson'a to oddaję go od razu. Podążałam w takim zamyśleniu do domu. W domu jak zwykle cieplutko a w powietrzu unosi się zapach ciepłych dań. Usiadłam w fotelu taty, który stoi przy kominku. Wiem, że przez chwilę gawędziłyśmy z mamą.

''''Było cichutko i ciemno. Przed moimi oczami widniał wielki, okrągły, błyszczący wraz z gwiazdami Księżyc. Widziałam chytry uśmiech i ciemniejsze od moich, niebieskie oczy. Bałam się go. Ciarki przechodziły mnie całą. Był za blisko i chciałam uciec ale mi nie pozwolił. W końcu mnie pocałował a ja płakałam cichutko. Chciałam być teraz z Czkawką. U jego boku zawsze jest dobrze i bezpiecznie. Zacisnęłam pięść i tę scenę przerwał biały błysk. Otworzyłam oczy. Doznałam ukojenia. Byłam w swoim pokoju. Siedziałam na łóżku i czułam okropny ból wszędzie.

- Ale kto to Ci zrobił? - usłyszałam głos, który potrafi mnie uspokoić. Nie znałam odpowiedzi i nie wiedziałam co się takiego stało. Zamknięta w jego silnych ramionach zapomniałam o bólu. Odchyliłam głowę żeby się czegoś upewnić. Zielone, zmartwione oczy, zatroskana mina i niepoukładane kasztanowe włosy. Tak to on. Oparłam głowę o jego bark przez co puścił mnie z uścisku. Było cichutko lecz jasno. Cieszyłam się, że jest ze mną. W tym momencie tę chwilę przerwało to samo światło. Smuciło mnie to, że muszę uciec od tej chwili. Jednak nie pożałowałam przerwania tego przytulasa. Byłam teraz gdzie indziej. Na pewno nie u mnie. Pokój wydawał się większy i było w nim mniej mebli. Ciemne kontury dały mi do zrozumienia, że to meble i kartki.

- Wiedziałem, że mnie kochasz. - jego głos był bardzo radosny. Nigdy go takiego nie słyszałam. Później wszytko zawirowało. Stało się to o czym marzę przez ostatnie noce. Pocałował mnie. Z jakiegoś powodu jednak czułam, że tego nie chcę. Ale dlaczego!? Przecież o tym marzę. Patrzyłam w jego oczy i słychać było tylko nasze oddechy. Było cichutko i ciemno. Blask to ostatnie wspomnienie.'''' Zerwałam się na równe nogi. Mama spojrzała się na mnie jak na głupka.

- No pospałaś trzy godzinki. - zaśmiała się. Zapytała swojego warkocza. Przez okno wpadało ciemne światło. Już wieczór?

- Ale miałam sen... - machnęłam ręką.

- Dziś mamy wyjątkowy dzień. Uważaj, bo się spełni. - otworzyłam szeroko oczy. Stałam tak bite pięć minut.

- Za pół godziny wszystko się zaczyna.

- Za pół? - jęknęłam. Mało czasu.

- Tak. Zbieraj się i wyjdziemy razem. - kiwnęłam głową.

Next, który się pojawi jeszcze dziś będzie bardzo słodki, ale to tylko na razie. Myślę, że spodoba wam się lecz później musicie się naczekać na więcej takich chwil. Co za dużo to nie zdrowo ( zleży dla kogo ) dziękuję, że czekacie.

Poszłam od razu do swojego pokoju. Zapaliłam największą świecę i spojrzałam na biurko. O Thorze! Prezent... Podskoczyłam aż z przerażenia.Sen, który krążył mi po głowie postanowiłam odłożyć na później. Zmieniłam koszulkę na taką z długim rękawem. Wzięłam przedmioty, które są dla mojego najlepszego przyjaciela.

- Chodźmy. - powiedziałam energicznie wychodząc szybko z pokoju.

- Już?

- Tak. Zapomniałam przekazać Pyskaczowi prezenty dla Czkawki... - byłam zła na siebie. O najlepszym przyjacielu zapomnieć... Mama nie zadawała więcej pytań. Szłyśmy we dwie w stronę wielkiego ogniska. Biło od niego piękne, zachęcające światło. Tliło się nieopodal wielkiego świątecznego drzewa. Rozglądałam się za naszym kowalem. Patrzyłam na liczne hełmy wikingów by znaleźć nakrycie głowy Pyskacza. Może rozpoznam po nogach?

- Mamo idę dać prezent. - oznajmiłam wchodząc w wielki tłum. No cóż ma prawo być z okazji takiego święta. Znalazłam po chwili miejscowego kowala.

- Em. - mruknęłam cicho - przepraszam. - mówiłam mijając wielkich wikingów. Dobrze być małym. Udało mi się nawet szybko dostać do osoby, do której mam sprawę wyższej konieczności.

- Pyskacz! - wydusiłam z siebie. Odwrócił się i uśmiechnął krzywo. - nie jest za późno? - spytałam podając mu kilka drobiazgów.

- Na to nigdy nie jest za późno. - odpowiedział zabierając ode mnie upominki. - a dla kogo są?

- Dla twojego ulubionego kowala. - przez krótką chwilę się zastanawiał, ale zrozumiał. Pyskacz spojrzał w bok. Kazał zrobić mi to samo. Przy swoim domu stał mój ukochany przyjaciel. Ciekawe połączenie ukochany i przyjaciel. Zauważył mnie. Mimo, iż jest ciemno dostrzegam, że się uśmiecha. I coś chyba mówi. Zobaczyłam kolejną parę zielonych oczu. Ciekawe o czym rozmawia ze smokiem...

     *** Czkawka ***

No to czas chyba na ten wyjątkowy dzień. Znalazłem sobie wolne miejsce na ławce obok Mieczyka. Nie żebym wybrzydzał... Strasznie rozgadany człowie dłuższa, była dla mnie obrzydliwa. Szczerbatek spał przy moich nogach i chrapał. Uśmiechnąłem się do mamy siedzącej po drugiej stronie ogniska, obok taty. Ich relacje są lepsze niż moje.

- Czkawka. - Mieczyk stuknął mnie w ramię.

- Co? - mruknąłem. Pokazał mi, że idziemy po prezenty. Tylko żebym to było coś "normalnego". Co rozumieć przez "normalnego"? Coś nie od bliźniaków w skrócie. No a więc najpierw najmłodsi. Teraz można tylko wyobrażać sobie słodkie uśmiechy maleństw. I tych starszych maleństw. O. A więc kolej na nas. Mieczyka i Szpatkę ogarnęła radość. Osobiście uważam, że lepiej było im dać po patyku. Szpatka z ostrą włócznią a Mieczyk z maczugą? Śmierć gwarantowana. Śledzik i nowa, niedotykana, bardzo ilustrowana księga o smokach... Ciekawe od kogo. Mogę się założyć, że prezent dla Sączysmarka to od Mieczyka. Dostał małą owcę z kokardką na głowie. Każdemu ze śmiechu leciały łzy. Smark trzymał białą owieczkę na rękach i mamrotał coś do siebie. Czyli zostałem tylko ja i Astrid.

- Astrid. - czyli ona pierwsza. Po jej minie wnioskuję, że moja ciężka praca nie poszła na marne. Czkawka, jesteś mistrzem. Ale jestem skromny. Gdybyście wiedzieli co uda mi się zrobić w przyszłości... Teraz bym nie wierzył.

- I ostatni kolega bez prezentu. - no tak to ja. Śmiałem się z reakcji innych a sam nie byłem lepszy. Uśmiechnąłem się patrząc po twarzach innych. Mieczyk, Szpatka, Śledzik, Smark.... Astrid no jasne. W jej oczach tkwił słodki, czarowny błysk. Nie każdy go posiada. Znowu ktoś walnął mnie z łokcia w ramię. Tym razem Szpatka. Po dostaniu prezentów taki jakiś ruch i poruszenie się zrobiło. Stałem w miejscu a ludzie mnie mijali. Chciałem po prostu zaczekać aż wszyscy się rozejdą do twierdzy, żeby zabrać się ze Szczerbatym w odwiedziny do Smoczego Sanktuarium. Czułem, że jest coraz zimniej. Coraz chłodniej. Coraz mroźniej.

- Śpiąca królewno. - zachichotała Astrid, która stała przede mną machając mi przed oczami prawą dłonią. Chwyciłem jej rękę a mój prezent położyłem na ławce.

- Od kiedy jestem dziewczyną? - oboje się zaśmialiśmy. Kocham gdy się razem śmiejemy, uśmiechamy lub po prostu cieszymy.

  ***Astrid***

- Wiesz odważnie postąpiłeś dając mi kolejny topór.

- Czemu? Widziałem ostatnio twój poprzedni. Nie wyglądał najlepiej. - uśmiechnął się bardzo pewnie.

- Bo ty się znasz. Po prostu dużo go używałam.

- Znam się w końcu to ja siedzę w kuźni Pyskacza od małego. - przewróciłam oczami.

- A jak cię nie było to kto siedział w kuźni?

- Ty? - prawie radosny jak w moim śnie. Tylko, że teraz jest bardziej rozbawiony.

- Ja.

- To kiedyś może razem popracujemy?

- Chętnie. - uśmiechnęliśmy się lekko do siebie.

- Hmm. - zamyślił się. - Będę sobą? - zapytał otwierając pierwszą stronę swojego prezentu.

- Żebyś o tym pamiętał. - dosłownie o prezentach i pracy w kuźni rozmawialiśmy pół godziny.

- A ty mistrzu mój, ten topór przynajmniej ostry? - uniósł brwi do góry.

- Sprawdź mądralo. - to przezwisko przez naszą dyskusję kto umie lepszy miecz zrobić. Położyłam palec na ostrej krawędzi. Okazuje się, że poza pięknym ( ponownie ) napisem

Astrid Hoferson

broń jest pięknie naostrzona. Z mojego palca wskazującego poleciał strumyczek krwi. Zmarszczyłam brwi. Trochę szczypie. Patrzyłam na broń a później na rękę.

- Ojej. - westchnął. Wziął moją dłoń i zanim się zorientowałam pocałował mnie w niewidoczną ranę. Chyba się zarumieniłam. - powinno się zagoić. - uśmiechnął się w taki sposób, że bym go przytuliła i nie puściła.

- Byłem pewny, że pierwsza krew jaka się tu pojawi to krew Smarka. - zaśmiałam się cicho.

- A ja byłam pewna, że twoja. - obok nas nie było nikogo. Tylko płatki śniegu wiedziały o czym mówimy.

- O matko, ja? - na te słowa pomiędzy nas wszedł Szczerbatek.

- Często mnie denerwujesz. - lubię grymasić. Pokazałam mu język i klęknęłam przy czarnym, pięknym smoku. Sama bym chciała mieć takiego smoka. Przyjaciel i do tego przewoźnik. Głaskałam go po ciepłej skórze. Ogrzewała moje dłonie.

- Astrid? - lubię jak mówi do mnie po imieniu a nie bezosobowo.

- Mów wkurzający mistrzu mieczy. - mruknął coś pod nosem na moją odpowiedź.

- Ja na razie lecę...

- Gdzie? - zasmucił mnie. To mają być piękne święta!

- To nieistotne, ale będę za godzinę może dwie.

- Dziękuję. - teraz zastanowiłam się nad przełomem w moim życiu.

- Za co?

- Za to, że jesteś... a no i za prezent - przeskoczyłam ogon Szczerbatej Mordki. Astrid wojowniczko gdzie jesteś? Za blisko, za blisko! Głupota. Uniosłam się lekko na palcach. Pocałowałam go! Ja.... że jak? Nie myślcie sobie... w policzek. Moje ręce były na jego lewym przedramieniu. Mam super tekst dla niego. Odgarnęłam jego miękkie włosy za ucho.

- To było jednorazowe. Pa. - szepnęłam cicho. Powiedziałam to tak żeby pomyślał, że będę miała dla niego jeszcze jakieś sto zdań. Astrid jesteś po prosty wspaniała. Rzuciłam się do ucieczki. Durna Astrid pocałowała Czkawkę. To bardzo dużo dla mnie znaczy. Nie całuję byle kogo i każdy o tym wie. Było tak pięknie. Jego bliskość, jego oczy, jego włosy... Teraz trzeba pomyśleć co będzie jak pocałujemy się tak jak w moim śnie. Przygryzłam wargę. W usta. Serce biło mi zdecydowanie za szybko. Gdzie ja tak biegłam? Do twierdzy.

== 3. Księżyc tak chciał ==


   ***Valka****

Czy może być gorsze połączenie niż osiemnastoletni wiking i własny smok? Cóż syn coraz starszy i pewny siebie. Buntownik zupełnie jak ojeciec. Stoik traci już z nim głowę. Kłócą się o wszytko. Młody wtedy ucieka i pojawia się na następny dzień. Życie z dwoma mężczyznami to nie lada przygoda. Powrót do domu chyba wyszedł nam na dobre. Mam rodzinę w komplecie, mam smoka, mam przyjaciół, mam wszytko czego potrzeba.Często z Chmuroskokiem odwiedzamy Smocze Sanktuarium. Smoki dają sobie radę beze mnie. Tak teraz myślę, że Czkawka tam ucieka na noc, gdy pokłóci się z ojcem. Na Berk smoki nie są zabijane, ale ludzie nadal się ich boją. Trzeba im pokazać, że to przyjaciele i wspaniałe istoty. Z Czkawką namówiliśmy Stoika na pewien bardzo zacny plan. Oczywiście namowy trwały bardzo długo, ale się udało. Syn mu zagroził, że jak się nie zgodzi to ucieka jeszcze tego samego dnia z domu. Dodaliśmy też argument, że smoki będą nas chronić i pomagać. Nie miał wyjścia. Tylko szkoda, że to miało zepsuć życie naszemu synowi... Czkawka jest bardzo uczuciowy i ciężko wszytko przeżywa. Naturalnie zawsze razem z Astrid. Oni to prawdziwy przykład na, to że przyjaźń damsko-męska jest możliwa. Dogadują się jak rodzeństwo. Ale niestety gdy razem są to są jak bliźniaki. Nie słuchają nikogo. Łażą gdzie chcą, robią co chcą... Reszta ich paczki również, ale oni szczególnie. Cóż młodość i niewinne przygody. Pamiętam jak biegałam ze Stoikiem po lesie szukając drewna na opał. Zawsze zajmowało nam to połowę dnia. Na Berk mamy wiosnę. Jest naprawdę znakomita pogoda nawet jak na Berk. Stoik wesoły i szczęśliwy. Z resztą cały czas jest taki. Zupełnie lepszy człowiek.

*** Czkawka *** 

Wyspa Berk. Jakaś przeciętna dla was może wyspa. No tak się składa, że dla mnie nie. Jestem już dorosły a nadal myślę, że Berk jeszcze z czegoś zasłynie. Tylko z czego? Zobaczymy w przyszłości. Moje życie jest prowadzone bez żadnych zobowiązań wobec innych. Zakazy, nakazy... jestem specjalistą od uciekania i unikania rodziców. Taty szczególnie. Za bardzo chyba szalejemy z kolegami i cały czas jest zły na cały świat. Osiemnaście lat to nie mało i nie dużo. Mogę już na zabawach siedzieć do późna. Zawsze z Astrid wychodzimy na końcu chociaż, że najmniej pijemy. Jesteśmy jak wszy. Ciężko nas się pozbyć. Pamiętam ostatnie Migdaliska... Astrid była wyprowadzona przez mojego tatę. Nie chciał żeby następnego dnia leżała płacząc z bólu głowy. Szalona dziewczyna, naprawdę. Od ostatnich opisanych przeze mnie świąt każdy się zmienił. Mojego taty zdaniem na gorsze. Nie dziwię się ale jesteśmy młodzi, chcemy szaleć. Mój kochany smok też się angażuje, jak mało kto. Pomaga często w ucieczkach. Jest najlepszy na świecie. Przyjaciel, jak przypuszczałem od początku, na zawsze. Lotka w ogonie to jednak jego słaby punkt. Ale przecież ma mnie. Ja jestem przy nim. Nie pozwolę żeby ktoś mi go odebrał. Szczerbatek ... to głupie określenie ale zciemniał... Czyli jego skóra ma ciemniejszy odcień czerni a jego oczy są bardziej nasycone zielenią niż wcześniej. Mam ostatnio po dziurki w nosie nauk rodziców o tym co jest dobre a co złe. Dobre jest zbieranie kapusty a złe całowanie z dziewczyną i takie tam inne rzeczy... Wiem, wiem, wiem. Mama powtarza, że powinienem spoważnieć. Ale jak? Nie umiem zapanować nad szaleństwami w mojej głowie. Wracając do naszej paczki; również się zmieniliśmy z wyglądu. Ja jestem wyższy. Najwyższy z całej naszej szóstki. Nie wiem jak jeszcze się opisać. Może tak, że mam lekki zarost, którego i tak nie widać? I jednego warkoczyka. Malutki taki na włosach. Zrobiła go As po to żebym o niej pamiętał. Obiecała, że jak coś się zmieni zaplecie drugi. Za trudna ta zagadka dla mnie. Astrid wiele dla mnie znaczy. Nie wyobrażam sobie życia bez niej. Jest prawie taka jak ja a jednak nie jest. Tak trudno to wytłumaczyć. Ona jest nieśmiała a ja raczej przeciwnie. Ona jest pewna siebie ja niekoniecznie. A jednak szaleństwo to nasze drugie imię. Z mamą bardzo zależy nam na dobru na naszej wyspie. Chodzi tu o pokój ze smokami. Nasz wspaniały plany zgody jest gotowy i bardzo prosty. Jeśli mamy przekonać wikingów, że te zwierzęta są dobre i naprawdę przyzwoite to najlepiej to pokazać. A żeby udało się wybić na delikatnie dalszą skalę niż tylko Berk zaprosiliśmy po cztery osoby w moim wieku z największych i najwspanialszych wysp. Czyli Wyspa Gór oraz Ramon. Będę prowadził zajęcia. Lekcje będą odbywać się na starej, nieużywanej Smoczej Arenie. Na początek tylko pogadamy o smokach, pobawimy się w jakieś proste zgadywanki. Na koniec chce żeby każdy kto chodzi na lekcje umiał wytresować smoka. Oczywiście na miarę swoich możliwości i danego gatunku smoka. Kiedy przypłynął? Nie mam zielonego pojęcia.

wiem, że mało ale to dopiero początki prawdziwych przygód :D myślę, że Czkawka w takim stylu wam się spodoba. Dobrze next nie wiem kiedy dokładnie myślę, że w czwartek. Nie pytajcie się co dalej będzie, bo macie tu dużo przypuszczeń. Dobrze to tyle. Myślę, że kolejny next wpadnie wam w oko.

Wstajesz jak najwcześniej żeby urwać się od kolejnej głośnej rozmowy. Następnie myślisz czy to dobrze, że zostajesz tu na stałe. Potem zakładasz ubranie i wyskakujesz przez okno by zacząć dzień kolejną przygodą. Jednak moje prawdziwa przygoda miała zacząć się dopiero wieczorem. Od prawdziwego początku wiosny minęły dwa tygodnie. Zielona trawa zmieniła miejsce, w którym leżał biały śnieg. Słońce daje coraz więcej ciepła...

- Świetnie. - pogratulowałem Szczerbatkowi po kolejnym, profesjonalnym locie. Zszedłem z siodła i pomyślałem, że wreszcie przywitać się z kolegami...

- Astrid! - odwróciła się osoba, do której się zwróciłem. Przytuliliśmy się.

- Dobra zawsze to samo? - mruknął najwyraźniej znudzony naszymi, jak zwykle przywitaniami Sączysmark.

- Ja tam nie lubię przytulać się. - powiedział Mieczyk gdy po błaganiu Jorgens'ona puściłem As.

- Ja szczególnie z tobą. - dopowiedziała z otwartymi szeroko oczami siostra. Każdy zachichotał cicho. Oni tak zawsze. Przecudne, rześkie powietrze chętnie wlatywało do gardła a lekki wiatr rozwiewał każdemu włosy. No Szczerbowi nie, bo on nie ma włosów.

- Jakieś plany na dziś? - spytał widocznie niecierpliwy Śledzik. Myślę, że mam świetny rekreacyjny pomysł dzięki, któremu pójdzie im kiedyś lepiej na zajęciach o smokach.

- Mam taki jeden. Jest na pewno niebezpieczny co dla niektórych. - zaśmiałem się z nadzieją: nie będzie tak źle. Jeśli się skupią i przyłożą to będzie jeszcze dla nas wszystkich zabawą. Chyba. - tylko musimy się zaopatrzyć w kilka niezbędnych rzeczy. - prawdopodobnie każdy miał błysk w oku. Nawet ja. Będzie zabawa... Szczerbatek trącił mnie łbem w dłoń. - nic mi raczej nie będzie - pogłaskałem jak to zwykle zmartwionego o mnie przyjaciela. Nie lubi moich głupich pomysłów. - bałbym się raczej o bliźniaki. - zamruczał coś w stylu: ja zawsze się o nich boję. Nic więcej nie musiałem mówić. Wszyscy rzucili się po potrzebne rzeczy. Pomyślałem, że dziś stawię czoła swoim wybrykom i przyjmę karę. Wrócę do domu wcześnie. Muszę przecież czasem się poddać niż ciągle się buntować.

      • narrator***

Rodzice przyszłego następcy tronu Berk czekali na niego w domu. Valka niecierpliwa latała trochę za swoim smokiem za synem. Niestety jeszcze nie wrócił. Ani na obiad ani na kolację. Sprawę mają dość pilną. Stoik z uśmiechem siedział przy stole. Słuchał długich i bardzo ciekawych ( tylko dla Val ) opowieści. Miał nadzieję, że przyjdzie syn i rozluźni atmosferę. Żona Ważkiego podała kolację. Nikt nie ukrywał głodu.

- Stoik nie wiesz kiedy wróci? - matka wydawała się zmartwiona, jak każda matka. Oboje od wczorajszego jego cienia na schodach nie widzieli nic więcej. Przy jedzeniu nie toczyła się już rozmowa tylko wymiana uśmiechów i miłych spojrzeń. Na zewnątrz niebo przybrało piękne połączenie kolorów. Tam gdzie jasne wiosenne niebo znikało kolory były od różowego aż po fioletowy natomiast ze strony, z której nadciągał wieczór barwy były ciemniejsze i głębsze. Wspaniały widok, urzekający każde oczy. Valka czuła, że nie liczy się już ostatnia ucieczka syna. Wódz nie miał zamiaru puścić płazem tych nieposłuszeństw. Nadal w domu panowała cisza. Przy kończeniu posiłku za ścianą było słychać śmiechy. Czyżby wielki Pan Smoków raczył pokazać się rodzicom? Valka i Stoik wymienili ze sobą porozumiewawcze spojrzenia. To na pewno on. Coraz głośniejsze, chwiejne i niepewne kroki zbliżały się do wejścia. Później wielkie drzwi uchyliły się delikatnie a do środka wpadł cichy, lekki i perlisty śmiech młodego chłopaka, który odbijał się od głuchych ścian i docierał do uszu każdego wewnątrz domu.

- Sączysmark jak ci przy - zaczął ze śmiechem i poprawiał coś przy swoim bucie. Podniósł się z pozycji klęczącej i dokończył swoją wypowiedź w inny sposób niż chciał - przywale. - wyprostował się z uśmiechem jak na budyniu. Osiemnastoletni brunet troszkę zamarł. Nie takiego widoku się spodziewał. W jego pokoju jadalny było za dużo osób niż zwykle. Pomyślał, że to na pewno koledzy na zajęcia. Niestety zielonooki mężczyzna nie miał czasu na przywitania. Był poważny. Stał w miejscu. Każda z osób patrzyła na niego od góry do dołu. Uśmiechnął się patrząc spod włosów zachodzących na jego czoło, po twarzach nieznajomych. Nie wytrzymał i wydusił z siebie szybko.

- Ymm - wymruczał cicho - dobra walę bezpośredenio. - uśmiechnął się niepewnie i nieśmiało. Przeszkadzało mu na sobie osiem nowych par oczu. Przełamał się.

- Mamo potrzebne mi są dwie strzały do średniego łuku najostrzejsze jakie mamy, szmatka i zimna woda. - patrzył na swoją matkę i uśmiechnął się głupkowato. Nikt się nie odzywał. Dziewczyny patrzyły na jego uroczy uśmiech i piękne nadal tajemnicze, tak jak dla Astrid, oczy.

- Po co ci te rzeczy? - odezwał się w końcu wódz wyspy. Syn przekręcił oczami jakby odpowiedź była oczywista.

- Strzały na Smarka a reszta przedmiotów na moją nogę. - i wszytko jasne. Jego niepewne, nierówne, chwiejne kroki to przez zranioną nogę w łydce. Valka zamknęła oczy. Znała się na ranach i na ziołach. Często sama musiała się wyleczyć ze skaleczeń lub przeziębień. Czkawka jest dla niej jedynym dzieckiem i zawsze ma urwanie głowy z synem. Była pewna, że coś mu się stanie. Miała rację.

- Sączysmark ci to zrobił? - zapytała w końcu matka zbierając puste ( w większości ) talerze i miski.

- A to! Nie to Astrid. - zaśmiał się podchodząc do wielkiego kosza z bronią. Na imię tej dziewczyny w jednym z chłopaków przy stole pojawiło się wielkie zainteresowanie. W jego ciemnych, granatowych oczach świdrowało to jak może ona wyglądać. - wiesz jak to jest... ty strzelasz w jabłko a ona w twoją nogę. Nie ważne... - przeczesał palcami swoje włosy. Wziął dwie strzały i ruszył do wyjścia. Po jego minie widać było, że noga nadal go boli.

- Czekaj a noga? - Valka nie dawała za wygraną. Patrzyła z wyczekaniem w oczy synka.

- Dajcie wy mi spokój nic mi nie będzie. Teraz powinniście się bać o tego pie - zatkał buzię dłonią. - pierniczonego kuzyna. - stał gotowy do wyjścia. - Jorgenson'a. - wymamrotał przez zaciśnięte zęby. Kłapnął drzwiami i tyle go widzieli. Ośmioro par oczu poleciało na Stoika.

- Zwykle jest milszy. - zaczął tłumaczyć rudowłosy. Wygląda na to, że osobnik płci przeciwnej, który przed minutką pojawił się w pomieszczeniu stał się obiektem westchnień nowych dziewczyn.

- Wiecie po prostu lubi oddawać jeśli ktoś zasłuży. - ta wypowiedź była skierowana bardziej do męża niż do reszty.

- I często robi to z radością. - dokończył z wyraźnym uśmiechem Stoik.

Jest mi bardzo przykro i smutno, ale muszę wam powiedzieć, że odchodzę. Nie mam czasu na mojego bloga. W ogóle nie pamiętam kiedy wychodziłam z koleżankami. Myślę, że powinnam się wziąć za naukę i inne sprawy. To była ciężka decyzja, ale na pewno słuszna. Moim zdaniem macie też inne opowiadania warte uwagi. Nie wiem czy wrócę. Może w wakacje coś będę pisać. Nie chcę pisać na czas i na przymus, przykro mi ( ile ja wczoraj płakałam w telefon ;c )Mogę tylko powiedzieć, że nie kończę z pisaniem, ponieważ będę pisać coś na czym szczerze mi zależy. Jeśli ktoś zainteresowany to mogę zdradzić co to będzie. Z wikia także nie odchodzę, bo nie widzę powodu dla, którego bym nie miała zaglądać tu. Składam wielkie jak Rysy, w Tatrach podziękowania za uwagę i marnowany dla mnie czas. Jesteście wspaniali i bardzo mili, dziękuję. Nie uważam, że macie się mną przejmować i płakać. NIE NEVER przeze mnie płacze tylko siostra. Pisanie dla was to była czysta przyjemność. Wielkie, gorące dzięki. Co mogę powiedzieć... hmm... żeby was nie załamać mogę powiedzieć co miało się dziać na opku, ale gdybym wróciła to byście wszystko wiedzieli -.- Dobra, bo się rozkleję. Idźcie z Bogiem. Zawiodłam was, ale życie osobiste jest górą. Żegnam was kochani zostaniecie w moim sercu jak i również na Facebook'u. Jeśli ktoś chce to zapraszam na FB. :c :c :c pisanie to wszytko co mogłam dla was zrobić, nie chciałam żeby tak to wyszło... pisanie będzie nadal dla mnie pasją kiedyś się z wami na pewno nią podzielę :*. Pa kochani do zobaczenia nie wiem gdzie ......

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.