FANDOM


PicsArt 1413669491887

UWAGA: PRACA ZOSTANIE PODDANA POPRAWKOM I MODYFIKACJOM Z DNIEM 18.03.2019.  pozdrawiam tych, którzy pamiętają ~ Astriś111



1. Dosyć tego.

Jako Czkawka

Moi rodzice musieli być pijani, gdy wybierali mi imię. Naprawdę zachodzę w głowę, jak mogli mnie tak upokorzyć. Może w ten sposób chcieli mnie przygotować na mój przyszły los? Może jak tylko się urodziłem, wiedzieli, że będę największym wyrzutkiem na naszej wyspie? Gdy byłem dzieciakiem, miałem nadzieję, że coś się zmieni. Do imienia przywykłem, tak jak do braku matki. Ale do bycia samotnym nie od razu.

Liczyłem na to, że ojciec pewnego dnia spojrzy na mnie z dumą, a nie z typowym politowaniem czy złością. Chciałem udowodnić wszystkim, a przede wszystkim sobie, że mam swoją wartość, że zasługuję na szacunek. Pracowałem w kuźni tak często, na ile pozwalały mi słabe, chociaż rozwijające się, mięśnie. Tworzyłem przedmioty, które rekompensowały moją mizerną siłę i byłyby w stanie służyć jako broń idealna dla mnie. Broń, którą zabiłbym smoka. Wtedy nikt by mi nie dokuczał, marzyłem tak każdego wieczora, leżąc w łóżku po ciężkiej pracy u kowala Pyskacza.

Jednak los bywa przewrotny i nieoczekiwany, ponieważ nie dość, że nigdy dotąd nie zabiłem smoka, jestem pewien, że już tego nie uczynię. Bogowie nie dali mi na tyle odwagi, by odebrać życie stworzeniu, które sam zestrzeliłem. Pragnąłem wyciąć serce czarnej kreaturze o skrzydłach nietoperza, zielonych ślepiach i okaleczonym przeze mnie ogonie. Oczami wyobraźni czułem, jak wódz ogłasza wszystkim, czego dokonałem. Zabiłem najbardziej niebezpiecznego smoka, chwała i duma przez wieki. Ale kiedy sztylet zbliżał się do falującej, aksamitnej skóry Nocnej Furii zrozumiałem, że najzwyklej w świecie nie potrafię… Nie jestem wikingiem, powtarzał ojciec i miał rację.

Żeby podkreślić moją odmienność, świat zdecydował, że nie da mi zapomnieć o zranionym zwierzęciu. Kiedy zakradałem się do skalnego zapadliska, gdzie utknął smok, i obserwowałem jego żałosne, nieudane próby lotu, budziła się we mnie rosnąca litość i coraz głośniejsze wyrzuty sumienia. W końcu się poddałem. Skoro go nie zabiłem, to nie mogę go teraz porzucić. Stałem się Panem jego losu, chociaż nie pragnąłem, by tak się to potoczyło.

Zaopiekowałem się czarnym smokiem, najlepiej jak mogłem. Przy dokarmianiu zauważyłem, że posiada wysuwane zęby, których używa tylko, gdy zajdzie potrzeba. Nadałem mu imię Szczerbatek. Zwierzę przywykło do mojej obecności. Wyczuwał z daleka, że nadchodzę, a nawet zapamiętał, o jakiej porze. Czekał na mnie przy wąskiej szczelinie, poruszając ogonem na boki. Zdobyłem jego zaufanie na tyle, że zacząłem myśleć nad tym, by pomóc mu latać na nowo. Wychodziłem z domu o świcie pełen energii, aby w największym sekrecie sporządzić w kuźni wynalazek, który uzupełniłby lotkę w ogonie smoka, a wracałem późną nocą cały w siniakach po próbach zamocowania i testowania protezy.

Szczerbatek był bardzo inteligentny, choć nieufny, ale po upływających tygodniach chyba obaj przypadliśmy sobie do gustu. Po raz pierwszy w życiu wydawało mi się, że znalazłem przyjaciela. Był moją największą tajemnicą, ale ukrywanie go przychodziło mi z łatwością, bo nikt się mną nie interesował. Byłem zawsze sam.

Najbardziej pokochałem chwile, gdy dosiadałem smoka i wzbijaliśmy się w szalony lot. Jesteśmy jak słońce i deszcz, jak niebo i ziemia, jak noc i dzień. Z dwóch oddzielnych wymiarów, ale połączeni przez krzywdę, samotność i potrzebę czyjejś obecności. Czytałem, że Nocne Furie prawie wyginęły. Co jeśli mój smok jest ostatni? I czy w ogóle mogę go nazywać swoim? Kiedy tak znikamy w chmurach, niemal rozumiem, co jego mruczenie i warczenie oznacza. Sam mu odpowiadam w podobny sposób, co go bardzo raduje, bo zaczyna robić dynamiczne obroty. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby ktoś mi go odebrał. Zemściłbym się w wyszukany, a przy tym okrutny sposób na tych, którzy chcieliby go skrzywdzić.

To był jeden z tych niepozornych wieczorów, kiedy wracałem po całodniowym locie do domu. W uszach wciąż słyszałem świst wiatru, a uda bolały mnie od zaciskania ich na bokach smoka. Natknąłem się na grupę rówieśników, którzy wracali z posiłku. Rozpoznali mnie natychmiast.

- O Czkawkunio - zakpił tłusty, czarnowłosy chłopak. Miał na imię Sączysmark i nigdy nie przepuścił okazji do przypomnienia mi, jak słaby i okropny jestem. - A gdzie to synek wodza się wybiera?

- Pewnie wraca, bo zabił smoka! - krzyknął Mieczyk, jeden z bliźniąt Thorston.

- Dajcie mi spokój - mruknąłem pod nosem.

Na mojej drodze znowu stanął Sączysmark.

- Kiedy mój miecz będzie gotowy? - Zapytał, oglądając paznokcie.

- O, i mój topór ? - dodała Astrid, blondynka o niebieskich oczach.

- Nie-e wiem.  – przyznałem osaczony.

- Zostaw go... I tak się zaraz poskarży ojcu - powiedział Śledzik, najgrubszy i najdojrzalszy z całej bandy. Nie lubił niepotrzebnej przemocy.

- Następnym razem po tobie! - powiedziała Szpadka, siostra bliźniaczka Mieczyka, chichocząc.

- No idźże, zanim się rozmyślę i ci jednak dołożę! Nikt cię tu nie chce! - Smark popchnął mnie, aż się zatoczyłem.

Wszyscy usiedli na beczkach pod ścianą i śmiali się głośno.

Do tej pory mam bliznę na karku, po tym jak rok temu rąbnąłem o głaz przez uderzenie Sączysmarka. Leżałem nieprzytomny na polanie cały dzień. Cała ich banda była bardzo zawiedziona, kiedy okazało się, że jednak żyję.

- Jeszcze pożałujecie... wszyscy - powiedziałem do siebie.

Nastała ciemna i zimna noc. Dotarłem w końcu do domu. Ojciec siedział przed kominkiem z kuflem jakiegoś aromatycznego alkoholu.

- Już jestem - mruknąłem.

I tak mnie nigdy nie słucha, więc pewnie nie zrozumiał, co do niego powiedziałem. Zniknąłem w swoim pokoju. Usiadłem na twardym łóżku, płacząc cicho, by ojciec nie słyszał. Skuliłem się i łkałem dalej. Gdybym miał mamę... gdybym ją miał może byłoby inaczej? Przytuliłaby mnie i obiecała, że wszystko będzie dobrze? Takie rozmyślania do niczego nie prowadzą, skarciłem sam siebie, odpychając nierealne marzenia. Otarłem twarz rękawem i po kilku minutach ciszy, usłyszałem donośny głos dobiegający zza moich drzwi. Mój ojciec nie przyznawał się otwarcie do przyjaźni z kimkolwiek, ale nie dało się ukryć, że Pyskacz był traktowany w wyjątkowy sposób, niczym członek rodziny. Wieczorami oboje rozmawiali głośno i popijali mocne wino. Podsłuchiwałem ich bardzo często, bo tylko wtedy mogłem dowiedzieć się czegokolwiek o mamie. Jak dotąd wiem tyle, że miała długie rude włosy i była piekielnie zawzięta.

- Pyskacz, zrozum nic z niego nie będzie.

W mym umyśle pojawiła się naiwna nadzieja, że ojciec ma na myśli kogoś innego. Na pewno chodzi o kogoś innego, powtarzałem.

- Nie mów tak, to twój syn - powiedział stanowczym głosem kowal.

Ale naiwność była jedną z moich najsłabszych stron.

- Czasem wydaje mi się, że nie mój. Ja w jego wieku zabiłem już swojego pierwszego smoka, a on? Włóczy się bogowie wiedzą gdzie. – Pauza. - Nie mogę na niego patrzeć, ani z nim rozmawiać. Udaję, że go nie zauważam, ale to na nic, a wiesz dlaczego? Bo cała wyspa mi o nim przypomina. Wypytują ciągle o to, co z nim nie tak. Czy jest chory, czy ktoś rzucił na niego klątwę?

- Jak tak możesz mówić? Co twoja żona by na to powiedziała?

- Nie wiem. Wódz nie może się wstydzić swego następcy. Najlepiej by było, gdyby nigdy nie pojawił się na tym świecie.

- Stoik, opanuj się. To twoja jedyna rodzina. Gadasz od rzeczy.

- Nie! Taka jest prawda. – Głos Stoika uniósł się i przypominał warczenie. - Nie chcę takiego syna! Zrozum... nie chcę.

- Co ty wygadujesz? – Pyskacz nie wierzył, że ojciec naprawdę tak o mnie myśli.

Ale ja wiedziałem. Domyślałem się, a teraz usłyszałem to, czego tak bardzo się bałem.

- Nigdy nie będzie wikingiem i na pewno nie zostanie wodzem. Nigdy. Przenigdy.

Dosyć tego, krzyknąłem rozpaczliwie. Złapałem się za głowę. Po policzkach płynęły mi gorące łzy. Świat, który od zawsze był wygodnym złudzeniem, właśnie zniknął. Byłem tak głupi, oczekując, że ominie mnie zmierzenie się z nienawiścią ojca. Nie ma tu dla mnie miejsca, nie ma tu nikogo, kto by mnie zatrzymał, nie ma tu niczego, za czym bym tęsknił. Znalazłem kartkę i w rytmie bijącego jak po wykańczającej ucieczce serca, zacząłem pisać.

Spełnię nie tylko Twoje największe marzenie. Zniknę na zawsze. Już nie będziesz musiał się wstydzić.

Ps. Moja krew nie jest ani trochę twoją krwią.

Przemyłem krwawiącą dłoń wodą z dzbanka, wrzuciłem do torby kilka ubrań oraz drobne przedmioty ze stołu i nie myśląc więcej, wyskoczyłem przez okno. Zimna rosa moczyła moje nogi aż po kolana, kiedy przedzierałem się w ciemności przez krzewy i drzewa. Łomot mojego serca był jedynym dźwiękiem, który towarzyszył mi w poszukiwaniach smoka.


2. Nie ma go i nie będzie

Jako Pyskacz

Coraz chłodniejsze wiatry przybywały na wyspę. Najbardziej można było to odczuć wczesnym rankiem, kiedy pianie koguta budziło osadę do życia. Otulając się futrzanym kapturem, szedłem do kuźni. Po wczorajszym wieczorze bolała mnie głowa. Wino wodza zawsze smakowało mi bardziej i szybciej ścinało z nóg niż jakiekolwiek inne. W końcu to wino samego wodza. Zamyśliłem się tak bardzo, że ominąłem miejsce, do którego zmierzałem. Dopiero gdy wszedłem do kuźni, zrozumiałem, że coś się zmieniło. Było za cicho i za ciemno.

- Czkawka? – spytałem, ale nie uzyskałem żadnej odpowiedzi.

Zmarszczyłem brwi i podszedłem do pieca, przy którym znajdował się sfatygowany stół zajęty zwykle przez chłopaka. Od zawsze walało się na nim mnóstwo różnych rzeczy: kartki, książki, węgle, igły, nici, sznury, zakrzywione hełmy i sztylety, rogi, dziwne i bezużyteczne znaleziska… Ale teraz nie zostało na nim nic poza opiłkami metalu. Poczułem dziwny skurcz żołądka. Przeniosłem wzrok na nierozgrzany piec i zdecydowałem, że poszukam młokosa. Coś musiało się wydarzyć. Ostatnim czasy przybiegał tu jeszcze przede mną i wracał do domu coraz później. Kiedy ja przeciągałem się leniwie na pianie koguta, z kuźni już unosił się dym i dało się słyszeć znajome brzdękanie metalu o metal. Znałem Czkawkę od niemowlęcia i wiedziałem, że jest bardzo skryty, więc każde jego tajemnicze zachowanie, miało jakiś konkretny cel.

Skierowałem się do największej chaty stojącej ponad innymi na wzgórzu. Zasapany po wspinaczce, spotkałem Stoika, który właśnie wychodził, by zająć się swoimi obowiązkami. Nie wyglądał, by dotknęły go jakieś dolegliwości wczorajszego spotkania. Zdziwił się na mój widok, ale po chwili uśmiechnął się na przywitanie.

- Co cię sprowadza? – zapytał wesoło, co wydawałoby się niemożliwym kontrastem w porównaniu do jego wczorajszego nastroju.

- Jest może Czkawka?

Stoik zmarszczył swoje rude, krzaczaste brwi.

- Nie mam pojęcia. Dlaczego pytasz?

- Nie uwierzysz, ale twój syn… - Nie dokończyłem.

- Wodzu! Znaleźliśmy dziwne ślady łap niedaleko zagród. Zaginęło nam dziesięć owiec!. - Zdyszany młodzieniec ocierał pot z rumianej twarzy. Pewnie biegł tu aż z najwyższej partii pastwisk. – Mój ojciec mówi, że to sprawka Nocnej Furii.

Wiedziałem, jak sprawy się potoczą. Oczy Stoika zalśniły jak żarzące się węgle. Zacisnął pięści i bez zbędnych uprzejmości odszedł prędko z chłopakiem, wypytując o szczegóły wydarzeń. Westchnąłem tylko, odprowadzając ich wzrokiem.

- Chyba nie mam wyjścia. – Popchnąłem drzwi i wszedłem do wnętrza domu.

W palenisku dogasał ogień, a słońce oświetlało rzeźbione, misterne głowy smoków umieszczone w ciemnych wnękach ścian. Wieczorami przyprawiały o gęsią skórkę nawet starych wikingów. Wahałem się przez chwilę i nasłuchiwałem, czy ktoś kręci się w którymś z pomieszczeń. Cisza. Niepokojący brak dźwięków świadczących o czyjejś nieobecności.

Wspiąłem się po schodach, a potem zastukałem w drzwi prowadzące do pokoju chłopca. Nikt mi nie odpowiedział.

- To ja, Pyskacz. Zaspałeś?

Znów odpowiedziało mi milczenie.

Uchyliłem drzwi i tak jak przypuszczałem, nie zastałem żywej duszy. Może coś z jego rzeczy podpowie mi, dokąd się udał. Jednak oglądając meble, wiklinowe kosze i skrzynie, nie zauważyłem niczego niezwykłego. Nie wiem, na co liczyłem. Nie mogłem tak szybko odpuścić.

W rogu między łóżkiem a skrzynią stała wędka, więc nie wybrał się na ryby. I tak za tym nie przepadał. Może to dobry trop? Co lubi Czkawka? Książki, szkice… Nigdy nie rozstawał się z notesem i kawałkiem węgla do pisania. Na biurku ich nie było. Wydawało się dziwnie uporządkowane. Wręcz puste tak samo jak stół w kuźni. Na blacie leżał zwinięty pergamin a obok gęsie pióro. Kiedy dotknąłem rulonu, od razu miałem złe przeczucia, ale ciekawość wzięła górę. Rozwinąłem wiadomość.

- Bogowie, coś ty Stoiku narobił?

Nie mogłem oderwać spojrzenia od szkarłatnych, pochyłych liter. Ten charakter pisma poznałbym wszędzie. W końcu sam nauczyłem pisać i czytać tego urwisa. Stoik był w zbyt wielkim smutku po stracie żony, by poświęcać czas na dobre wychowanie syna.

Czekałem na powrót wodza wpatrzony w szkic smoka, jakiego wcześniej nigdy nie widziałem. Smukły, długi, na pewno zwinny, lecz nie tak wielki jak Koszmar czy Zębiróg widoczne na innych rysunkach. Z minuty na minutę martwiłem się coraz bardziej.


3. To dobra decyzja 

Jako Czkawka

Odkąd wzbiliśmy się ze Szczerbatkiem w powietrze z lasu w Berk, minęła już niemal cała noc. Byłem zachwycony tym, że na tle granatowego nieba pozostawaliśmy niewidoczni i zupełnie wolni. Wdychałem pełną piersią mroźne powietrze. Co jakiś czas mój smok pokonywał warstwę najgęstszych chmur. Mruczał głośno i podnosił łeb ku górze, jakby chciał mi coś powiedzieć, więc i ja uniosłem wzrok. Nade mną rozsiane były miliony błyszczących punkcików, a przez moment wydawało mi się, że jest ich jeszcze więcej, bo łzy napłynęły mi do oczu. Nigdy wcześniej nie oglądałem gwiazd z tak bliska. Wyciągnąłem rękę, chcąc zamknąć w dłoni choć jedną z nich. Mogłaby oświetlać drogę i napawać nadzieją, że ciemność w końcu odejdzie. Przecież gwiazdy świecą tylko nocą. Najmroczniejsze dni mają swój początek i koniec. Wewnątrz dłoni poczułem jedynie chłód i pustkę. Otuliłem się szczelniej futrem i zamarłem w bezruchu.

W półśnie straciłem poczucie czasu i położenia. Na pewno byliśmy bardzo daleko od… od tej wyspy. Niech przepadnie na zawsze wraz z jej mieszkańcami. Jeśli to niemożliwe, to postaram się, by zniknęła z moich wspomnień. Nie będę wypowiadał nazwy wyspy, z której pochodzę, ani imion ludzi, których znałem. Tak zamknę tę część mojego życia. Oni już o mnie zapomnieli. Zapomnieli, bo nigdy nie dopuścili do siebie myśli, że jestem prawdziwy, żywy, z krwi i kości. Nie rozumieli, że się nie zmienię w takiego Czkawkę, jakiego by chcieli, w wyimaginowaną postać wzorowaną na bohaterach pieśni. Wierzyli, że pewnego dnia na arenie, w której zabijano smoki podczas widowiska, pojawi się odważny, mężny, silny, Czkawka z wypiętą piersią i mieczem w dłoni, natychmiast rozprawi się z bestiami i ogłosi z rozbawieniem, że przez lata zgrywał się, by ukryć swoje zdolności za nieudacznictwem i dziwactwami. Urządzono by wielką ucztę, grajkowie śpiewaliby piosnki na moją cześć, natomiast ojciec prawiłby pochwały, nie dowierzając w moją przemianę, a może nawet po wystarczająco obfitym w wino posiłku ogłosiłby mnie swoim jedynym następcą.

Jednak to wyobrażenie było wbrew naturze, wbrew mojemu wewnętrznemu ja. Pozostając tam, skąd uciekam, wciąż dławiłbym się oczekiwaniami, którym bym nie podołał.

W końcu zaczęło się rozjaśniać. Otworzyłem oczy z trudnością, ponieważ oślepiał mnie blask. Był to blask promieni słonecznych, które odbijały się od tafli bezkresnej wody. Przetarłem powieki i przeciągnąłem się. Każdy z moich mięśni drżał z zimna i z zbyt długiego przebywania w jednej pozycji. Przytuliłem twarz do szyi smoka. Jego czarna, aksamitna skóra była przyjemnie ciepła. Szczerbatek warknął kilka razy. Wyczułem w tym opiekuńczy gest. Znowu pochłonął mnie sen. Kiedy ponownie się przebudziłem słońce było już wysoko na niebie. Skręcało mnie z głodu, a obolałe od ściskania boków smoka uda również błagały o litość. Sięgałem po kawałek chleba schowanego w tobołku, ale powstrzymałem się, ponieważ na horyzoncie wyłonił się ląd. Wytężałem wzrok, ale byliśmy za daleko żebym mógł dokładnie ocenić, co to za miejsce. Nagle Szczerbatek zaczął mocniej i szybciej poruszać swoimi ogromnymi, błoniastymi skrzydłami. Mknęliśmy przed siebie tak, że wiatr gwizdał mi w uszach. Nachyliłem się, by zmniejszyć opór. Uwielbiałem, kiedy tak pędziliśmy i kiedy moje serce zaczynało szybciej bić, a świat wokół rozmywał się, tworząc bezkształtne plamy barw. W takich momentach wydawało mi się, że staję się smokiem, zwierzęciem, że jakaś dzika, obca, a jednak moja własna część duszy łączy się z tą Nocnej Furii.

Ląd nie okazał się naszym schronieniem na dłuższy czas. Na wyspie nie znalazłem śladu żadnego człowieka. W promilu kilkunastu metrów otaczały ją najeżone pasma czarnych skał wychylające się jak kły z paszczy czarnego oceanu. Fale zalewały piaszczyste plaże zależnie od gniewu wód. Drzewa i rośliny, jakich wcześniej nie spotkałem, rosły dziko i bujnie w sercu wyspy. Kiedy kroczyłem ze smokiem przez zarośla, czułem niezwykle słodki zapach kolorowych kwiatów. Konary drzew miały obwód połączonych w jedno pięciu, wielkich, dobrze wykarmionych wikingów. Te czarne, stare drzewa o złotych liściach tworzyły mur chroniący delikatniejszą roślinność przed ostrymi wiatrami, deszczami lub słońcem, zależnie od pory roku. Po spędzeniu całego poranka pośród nowej flory, dostałem napadu duszności. Łzy stanęły mi w oczach i wydawało mi się, że tracę grunt pod stopami. Spadam w przepaść, w otchłań. Jest zimna jak stal, ale gęsta… Mogłem zamknąć tę nicość w dłoni.

Obudziwszy się, nie od razu zrozumiałem, gdzie się znajdowałem. Dłonie zaciskałem tak mocno, że przebiłem paznokciami skórę. Ciepła, lepka ciecz błyszczała między moimi palcami. Rozluźniłem z trudem dłonie. Spomiędzy nich wysypał się zabarwiony krwią piasek. Każdy mięsień w moim ciele był boleśnie napięty. Skrzywiłem się, nie mogąc się podnieść. Nagły i bardzo silny podmuch bryzy orzeźwił mój zamroczony umysł. Zdziwiłem się, że dopiero dotarło do mnie, jaka była pora dnia. Wielki, biały sierp powitał mnie, gdy uniosłem głowę. Nie dawał za wiele światła. Księżyc jakby obraził się na tę myśl, bo zaraz schował się za chmurami. Potem znów się pojawił i znowu zniknął. Siedziałem i bezmyślnie obserwowałem to zjawisko. Szczerbatek musiał mnie tu przynieść, pomyślałem. Bogowie wiedzą, co by się stało, gdyby nie zabrał mnie od duszących woni tych trujących badyli. To nie było przyjazne miejsce dla nikogo, nawet dla dwóch wyrzutków szukających chwili wytchnienia.

Powinien był być bardziej uważać. Jesteśmy zdani tylko na siebie. Bez smoka byłem bezbronny i słaby, a on beze mnie stawał się zhańbionym kaleką. Król przestworzy, któremu odebrano zmysł. Pokręciłem głową. Próbowałem odrzucić przykre myśli, zamknąć je i wyrzucić klucz w ocean. Jednak bezradność dała o sobie znać. Gęsia skórka pokryła moje ciało, aż zacząłem się trząść. Westchnąłem, a obłoczek wydobył się z moich ust. Czy każdy wielki bohater miewał takie chwile powątpiewania jak ja? Nie uważałem siebie za jednego z nich, ale przecież oni tak jak ja kiedyś zaczęli swoje przygody. Mawia się, że początki są najtrudniejsze. Co to znaczy? Co mam zrobić? Muszę stać się Panem Wolności. Muszę mieć plan. Muszę być ostrożniejszy. Muszę być potężny jak smok i bystry jak najwięksi mężowie. Ci, którzy znaleźli Kraniec Świata i wrócili, by o nim opowiedzieć. Ja też go odnajdę, a tam założę swój dom. Przed tym dotrę do krain, w których nikt mojego pochodzenia przedtem nie był. Poznam rasy smoków, które sieją strach nawet wśród najmężniejszych wojowników…

Podskoczyłem na dźwięk podobny do łopotania ogromnych żagli. Zerwałem się, ale po chwili leżałem w piachu, bo nogi odmówiły mi posłuszeństwa. Zaśmiałem się gorzko z siebie samego. Przede mną stał czarny, niemal zlewający się z ciemnością smok. Jego ogromne zielone oczy wpatrywały się we mnie uważnie, błyszcząc hipnotyzująco. Podszedł do mnie i trącił łbem moje ręce. Widziałem w jego spojrzeniu, jakie ma zamiary. Wyciągnąłem drżące dłonie, a Szczerbatek polizał je, oczyszczając rany.

- Dziękuję, przyjacielu.

Ułożyliśmy się na plaży z dala od jakichkolwiek roślin. Smok schował mnie pod skrzydłem, układając się do wypoczynku. Zasłonił łeb błoniastym, oszpeconym ogonem. Nocne Furie śpią w dzień jak nietoperze zawieszone na ogonach i ukryte między swoimi silnymi skrzydłami. Kim więc jestem, że zmieniłem ten zwyczaj…

4. Księżycowy Chłopiec

Jako Serafin

Rybi smród i skrzypienie drewna prześladowały mnie od zawsze. Moja rodzina handlowała żywnością w przystani Księżycowych Wież. Wielcy, włochaci mężczyźni chętnie nabywali u nas ryby i chleb. Cenili sobie syte porcje, a mój ojciec doskonale o tym wiedział. Pamiętam, jak późnymi wieczorami zasiadał przed domowym paleniskiem i spisywał zyski, a także imiona klientów. Nie wolno mu było wtedy przeszkadzać. Tak powtarzała matka. Ale mimo jej gadania zajmowałem miejsce obok ojca i obserwowałem jego pracę, zadając czasem pytania. Nie odpowiadał, dopóki nie skończył strony księgi. Dobrze się nam wiodło, bardzo dobrze. Nie zapomnę również chwil, gdy o poranku i po południu ganiałem się z bratem między zatłoczonymi stoiskami, by jako pierwszy zająć wielki głaz na wzgórzu ustawiony do obserwacji statków. Nigdy nie przegrałem, ale staliśmy ramię w ramię, podziwiając najróżniejszych przybyszy na przedziwnych łajbach. Witaliśmy ich rankiem i żegnaliśmy z zachodem słońca, wymachując rękami jak opętani. Kilka razy ktoś krzyknął słowa pożegnania, a kilka razy przekleństwa.

Zaciągnąłem się, a aromaty przypraw, sprawiły, że ślina napłynęła do moich ust.

- Co tam chodzi ci po głowie, młokosie? – donośny męski głos ściągnął mnie do rzeczywistości.

Sterczałem z ogromną tacą w obu dłoniach i czekałem aż Gar, kucharz tej łajby, poda kolację dla korsarzy. Gar był wielkim mężczyzną, wąskim w pasie, lecz już nie młodym i nieco głuchym.

- Zastanawiam się, czy podać truciznę sobie czy tym na górze. – Uniosłem wzrok na deski znajdującego się nad nami pokładu.

Gar zaśmiał się głośno, łapiąc się przy tym za brzuch. Był bardzo wesołym człowiekiem. Ciekawe, czy kiedykolwiek płakał? Wrócił do mieszania wielką łychą w równie wielkim garze.

- Idź, napchaj im żołądki, bo się niecierpliwią. – Gar zaczął stawiać miski mięsnej potrawki na tacy.

Rzeczywiście, z góry spomiędzy szpar sypały się brudy od nieustającego, mocnego tupania. Wyszedłem na pokład tak szybko, jak pozwalały mi na to kajdany na nogach. W ciągu pory żywienia musiałem wykonać ponad pięć kursów do Gara po kolejne michy. Jakież to wyzwanie dla takiego robaka jakim mnie mianowano. Do kuchni prowadziło ponad piętnaście stopni schodów. Opanowałem poruszanie się jako niewolnik, lecz często mnie popychano i szturchano, przez co rozlewałem lub wyrzucałem jedzenie. Ryki śmiechu, które po tym wybuchały, wpędzały mnie w gniew, w furię. Gdybym nie miał tych przeklętych kajdanów, wyskoczyłbym za burtę i przepłynął wpław aż do Księżycowych Wież. Próbowałem zagiąć je, a najlepiej rozwalić w drobnym mak dłutem, ale były wykonane z bardzo mocnego metalu. Nic ich nie rozerwie, tak wtedy myślałem.

- Księżycowy chłopiec podał nam w końcu jedzenie, jaki dobry z niego chłopiec. – Tak samo cuchnący jak i gruby mężczyzna chwycił szybko miskę. Miał żółte zęby i paznokcie. Przynajmniej je miał. Ten sam ohydny człowiek poklepał mnie po głowie. – Uczynny chłopiec.

Nie wiem, kiedy dokładnie, ale cała załoga padła na ziemię. Słyszałem przekleństwa. Czułem strach tak intensywnie jak smród rzadko odświeżanych ciał. Ogłuszył mnie potworny ryk. Upuściłem tacę i zatoczyłem się na Gara, który wyszedł ze swojej nory. Chwycił mnie za ramiona i pomógł stanąć na nogach. Jego mina nie wyrażała typowego zadowolenia. Spokojne, ciemne niebo przecięły kolorowe cienie. Znowu rozległ się straszliwy ryk tylko głośniejszy, bliższy… Śmierć nadciąga nocą, mawiał mój ojciec.

- Jesteśmy zgubieni, chłopcze.

- Nie, nieprawda. Jeśli się pospieszymy, na pewno znajdziemy jakąś wyspę niedaleko... – Patrzyłem z szeroko otwartymi oczami na kucharza.

Mężczyzna uśmiechnął się delikatnie.

- Nic nie słyszę – powiedział.

Upadłem, gdy coś ciężkiego i rozpędzonego uderzyło mnie w plecy. Zaparło mi dech. Leżałem nieruchomo z twarzą przyciśniętą do ubłoconych desek. Miałem je jeszcze przed północą wyszorować. To już nieważne. Czekałem, aż odzyskam oddech. Jeden, dwa, trzy.. W górę. Uniosłem się na łokciach, a to co ujrzałem, spowodowało, że wrzasnąłem na całe gardło. Para wielkich niebieskich ślepi lśniła na tle nocy. Smok wpatrywał się we mnie uważnie. Bogowie, miejcie litość. Mierzyłem się spojrzeniem z własną śmiercią. Na długiej jasnej szyi stworzenia znajdowała się zardzewiała metalowa obręcz. Smok schylił łeb. Gorące powietrze z jego nozdrzy uderzyło w moją twarz. Ciało pokryła mi gęsia skórka. Mógłbym przysiąc, że zwierzę przeniosło wzrok na moje nogi i zauważyło łańcuch przy moich kostkach.

Bestia rozłożyła błoniaste, granatowe skrzydła i załopotała nimi. Nie odleciała. Prezentowała swoją siłę? Powtórzyła czynność. Tym razem trafiła mnie jednym ze skrzydeł a szpiczasty, zagięty szpon znajdujący się na nim rozdarł skórę na moim boku. Wypadłem za burtę, lecz wylądowałem na niewielkim twardy przedmiocie. Rozpoznałem go. Drzwi kapitana. Ślicznie zdobione złotymi wywijasami…

Pochłonęło mnie oślepiające pomarańczowo czerwone światło bijące od statku. Moją kołysanką stały się jęki załogi, dzikie, groźne warczenie bestii i skwierczenie żaru. Dobrze im tak. Zasłużyli sobie na taki los. Księżycowy chłopiec jednak nie jest dobrym chłopcem, jeśli cieszy się ze śmierci. Cieszę się ze śmierci? Fale ukołysały mnie do snu, a lodowate objęcia ukoiły smutek.

5. Strażnik Objęć Smoka

Jako Czkawka

Trujące Chwasty. Tak po naniesieniu na mapę nazwałem miejsce, gdzie rosły kwiaty o silnie paraliżującym działaniu. Na wspomnienie Trujących Chwastów zawsze spoglądam na wnętrze dłoni, w które wbiłem własne paznokcie aż do krwi. Kolejną wyspę podpisałem jako Niebieski Koszmar, ponieważ spotkałem na niej dwie setki koszmarów ponocników. Wykazywały one posłuszność jednemu samcowi. Miał intensywną niebieską barwę, czerwone ślepia i był nieco większy niż reszta smoków.

Niebieski koszmar wyszedł nam naprzeciw, gdy wylądowaliśmy na łące oddalonej od stada. Szczerbatek pochylił przed nim łeb. Zrobiłem to samo, pozostawszy jednak w siodle. Odetchnąłem z ulgą, kiedy samiec alfa w końcu odleciał. Rozpiętość jego skrzydeł była zdumiewająca tak samo jak ilość blizn, które je pokrywały. Można przypuszczać, że walczył i pozostawał niepokonany jako przywódca stada od bardzo, bardzo dawna.

Z dnia na dzień zauważałem zapowiedź zimna i ciemności, srogiej zimy. Szron okrywał roślinność nocą, tworząc srebrne dywany. Słońce coraz krócej przeglądało się w tafli wód. Futra, które zabrałem, już mi nie wystarczały. Podczas lotu wiatr zdawał się przenikać moje ciało aż do kości. Drżałem, nawet gdy zasypiałem przy ognisku lub pod ciepłymi skrzydłami smoka.

Gęsty las. Wąwozy. Wzgórza uprawne. A Potem ogromny obszar, jednak w większości zajęty przez ludzi. Chata na chacie. Płaskie dachy, na których namalowane były topory ustawione w znak krzyża. Wielkie wieże wartownicze majaczące w porcie. Co najmniej setka statków bujających się na falach w gotowości do wyprawy. Musieliśmy zatrzymać się na tej wyspie niepostrzeżenie. Nie miałem co jeść i pić, do tego od rana zmagałem się z gorączką. Po prostu nie było innego wyjścia. Ciężkie, ciemne, burzowe chmury przyjąłem jako sprzyjające warunki, a nawet jako znak, by zaryzykować i wylądować.

Ukrywaliśmy się ze Szczerbatkiem w lesie aż do zmierzchu. Pod osłoną nocy zaczęliśmy zakradać się w pobliże chatek przy krańcu zagajnika. Z nieba prószył śnieg, a okrutny wiatr porywał wiadra i inne drobne przedmioty. Płatki śniegu topiły się natychmiast podczas spotkania z moją rozpaloną od gorączki twarzą. Udało mi się zdobyć kilka bułek i wielkie, białe futro. Ale te zdobycze nie pomogły mi w chorobie. Słabą i trzęsącą się ręką naniosłem na mapę nowe współrzędne i podpisałem Krzyż Toporów.

Trzymałem się ledwo w siodle. Dreszcze wstrząsały mną nieustannie. Futra czy ich brak nie sprawiały mi różnicy. Moja skóra płonęła, choć wewnątrz zamarzałem. Oczy szczypały mnie, jakby ktoś posypał je solą. Powieki opadały ciężko, mimo że spałem do południa. Pragnienie mnie nie opuszczało. Nawet gdybym wlał w siebie całą studnię, to i tak nie ugasiłaby mojego pragnienia. Nie mogłem za wiele jeść. Moje gardło przypominało niegojącą się ranę. Każdy kęs równał się z cierpieniem. Traciłem siłę. Tylko dzięki wsparciu smoka chodziłem i siedziałem, a raczej wisiałem jak wór na jego grzbiecie. Myślałem, że najgorsze za mną, że będzie lepiej. Od zawsze byłem zbyt naiwny, zbyt słaby, zbyt nijaki. Potem przyszedł bolesny kaszel, a po nim zacząłem pluć krwią. Zielone oczy Szczerbatka wpatrywały się w moją twarz z niepokojem, ale ja tylko przytulałem resztkami sił jego łeb. Smok mruczał nieszczęśliwie. Chyba wyczuwał, w jakim byłem stanie.

Nie umiałem wytłumaczyć, dlaczego uważałem, że to mój ostatni lot, ostatni dzień, ostatnie tchnienie. Po prostu miałem takie wrażenie. Choroba odbierała mi resztki zdrowia i woli życia.



Jako Gemini



Nadchodzi. Nadchodzi. Przybywa.

Uniosłam dłoń ku zachmurzonemu niebu. Ołowiane obłoki rozpłynęły się. Promienie słońca rozświetliły mrok. Prastare, sięgające nieskończoności korony drzew wypuściły zielone liście i na mych oczach pośpiesznie rozwinęły się pąki. Skierowałam obie dłonie ku ziemi. Sucha, jałowa gleba wnet zmieniła się w sprężysty dywan trawy i kwiatów. Ruszyłam przez łąki i sady pospiesznym korkiem. Ile czasu minęło, kiedy ostatni raz czułam ciepło i ile bym dała, by naprawdę je poczuć, by poczuć cokolwiek? Biała, życiodajna kula umieszczona na niebie nie potrafiła wpływać na istoty w tej krainie. Nic co fizyczne nie mogło nas tu dosięgnąć.

Odnalazłam wydeptaną drogę do zatoki. Z każdym krokiem widziałam zarys potężnych wierzb płaczących, które wywijały swoimi gałęziami wyjątkowo niecierpliwie. Pan był już blisko. Kiedy ominęłam szalejące drzewa, ujrzałam wzburzoną jak nigdy przedtem czarną wodę. Z pęka kamieni zawieszonych na szyi wybrałam ten o błękitnej barwie i trójkątnym kształcie. Zamknęłam go w obu dłoniach, a po pulsujących wściekłością falach pozostała jedynie piana. W końcu tafla wody stała się gładka i spokojna jak lustro. W jej odbiciu ujrzałam kobietę o krwiście czerwonym spojrzeniu, długich do pasa białych włosach zarzuconych do tyłu przepaską z rubinem oraz o niemal przeźroczystej skórze, przez którą prześwitywały zarysy starych kości.

Pan już tu jest.

Puściłam błękitny kamień, aby woda pozwoliła przejść przybyszowi do tej krainy. Wyłonił się z morskiej piany jak cień, jak wiatr, jak smok. Niezwykłe. Tylko iście czyste i szlachetne dusze miały przechodzić przez pianę. To dobry znak. Zbliżyłam się do młodzieńca o gęstych, brązowych włosach i czujnych, zielonych oczach. Rozglądał się uważnie, jakby czegoś szukał. Jak młodo zaczął wypełniać swoje przeznaczenie? Nie mógł mieć więcej niż szesnaście wiosen. Poczuł, że był obserwowany. Gdy mnie spostrzegł, przeszedł go dreszcz. Na jego gładkiej twarzy zagościł zagubiony wyraz. Nie bał się, lecz martwił.

- Kim jesteś? – spytał ochrypłym głosem. – Gdzie jest mój smok?

- Wspaniale cię widzieć, panie. – Uklęknęłam.

- Kim jesteś? – przemawiał stanowczo – Gdzie ja jestem?

- Jestem Gemini, panie. Kapłanka Smoczego Objęcia. Nie musisz się mnie obawiać.

- Nadal niewiele rozumiem.

- Jestem tu, aby ci coś przekazać. - Pan zmarszczył brwi i nie spuszczał ze mnie wzroku. – Pozwól, że ci o tym opowiem.

Rozłożyłam szeroko ręce. Zawiała bryza, przypłynęła srebrzysta mgła. Wszystko co wokół znikło. Pozostały tylko myśli. Zapanowała ciemność.

- Moje plemię osiedliło Stały Ląd długo przed resztą innych plemion zamieszkujących północ, południe, z którego przybywasz, wschód i zachód. Nie było nas wielu, ale mieliśmy ten sam cel przekazywany przez pokolenia. Nazywaliśmy siebie Smoczymi Druhami, a nasze plemię Smoczym Objęciem, lecz po czasie nasi wrogowie zaczęli nazywać nas zdrajcami i szaleńcami. Pragnęliśmy poznać te niezwykłe istoty, żyć z nimi w zgodzie, ale nie dane nam było tego dokonać. Zostaliśmy znienawidzeni za uzdrawianie, ratowanie, studiowanie smoczego życia. Byliśmy gnębieni, mordowani, torturowani jak smoki, które sobie tak uwielbiliśmy.

- Tysiące ofiar oddało swoje dusze, aby wyprosić bogów o zesłanie Smoczego Pana. Nasza kraina była stale plądrowana i niszczona, a mimo to pozostawaliśmy wierni i pokorni. Oczekiwaliśmy nadejścia naszego przywódcy. Żyliśmy z nadzieją, że nadejdzie ktoś, kto poprze nasze myśli i pragnienia, kto poprowadzi nas ku przyszłości, w której zapanują szczęśliwe dni dla każdego gatunku. Jednakże bogowie są bezwzględni i posłali Smoczego Pana dopiero po erze Objęć Smoka. Nasze plemię wyginęło, ale Smoczy Pan weźmie pod swe skrzydła nowe, odpowiednie istnienia i dokona  tego, o co błagaliśmy. Smoczy Pan zapanuje nad ludźmi i smokami. Smoczy Pan przybył. – Uklęknęła, wcisnąwszy twarz w piach. Znowu znaleźliśmy się w zatoce. – Pan przemierza krainy na smoku nocy niepostrzeżenie. Czy mógłby ktoś przepowiedzieć coś podobnego? – Nie potrafiłam ukryć zachwytu.

Chłopak skrzyżował ramiona i przyglądał mi się z góry z zamyśloną miną. Jego umysł miał dar do analizowania zjawisk widoczny już za dziecka. Bogowie kazali nam tyle czekać, a tylko ja mogłam go podziwiać.

- Smoczy Pan? – odezwał się cicho.

Uniosłam się z pokłonu. Z mojej twarzy odklejał się mokry piach. Zdjęłam z szyi kamienie. Zawiesiłam je na jego szyi. Oprócz jednego. Czerwonego w kształcie migdała. Dałam go Panu do dłoni.

- Przemawiają przeze mnie bogowie, Smoczy Panie – wyjaśniłam – Divus.

Wszystkie kamienie zaiskrzyły jak ostatnie żarzące się w ognisku węgle. Najsilniej błyszczał czerwony migdał.

- Wybacz, ale nie wierzę, że mówisz o mnie. Jaki ze mnie Smoczy Pan? Prawie zabiłem swojego smoka.

- Ventus?

- Żałuję tego każdego dnia – wyznał. Z jego zielonych oczu wyczytałam złość jak i smutek.

- Przedziwna będzie twa historia, Panie. – stwierdziłam – Bogowie są sprawiedliwi. Za krzywdę wyrządzoną Ventus, Divus poniesienie taki sam koszt.

- Dlaczego nic nie rozumiem? – Znowu wydawał się bardzo zagubiony. - Wytłumacz mi, proszę, co się dzieje i co mam robić.

Nie mogłam nic więcej uczynić. Byłam tylko pośrednikiem.

- Pokierują tobą bogowie, bo oni cię nam zesłali. Trafiłeś tu, aby spotkać się ze mną. Jestem przystanią między tym, co było, a tym, co będzie. Porzuć wspomnienia, spełnij swe dzieło. Zadbaj o to, by nikt, nie poznał twojej przeszłości, ponieważ ten, kto ją usłyszy postrada zmysły. – Pauza. - Masz serce wodza i duszę smoka, kto stawi ci czoła?

Morska Piana sama otuliła przerażonego chłopca, który nie odrywał ode mnie swego zielonego spojrzenia. Spojrzenia nocnej furii.

Pan wyrusza w drogę.

- Divus ventus!

Moja moc odeszła, by służyć ponownie tam, gdzie słońce ogrzewa skórę, jedzenie syci i cieszy podniebienie, gdzie dotyk potrafi ukoić lub rozpalić silne emocje, gdzie dzień i noc są kochankami. Od wieków nie czułam nic. Teraz poczułam, że chciałabym zasnąć. Upadłam w ramiona piachu.








.............


Jako Czkawka

Po wspólnym śniadaniu postanowiłem, że polatamy sobie ze Szczerbatkiem trochę dalej niż zwykle ...Lecieliśmy naprawdę szybko. Śnieg na szczęście nie padał intensywnie, więc nie było aż tak zimno. Chciałem się zabawić więc skoczyłem ze smoka. Złapał mnie gdy prawie spadłem do wody.  Na chwile pomyślałem o .... nie ważne. Serce zaczęło mi bić z grubsza troszkę szybciej a w brzuchu miałem takie przyjemne i ciepłe uczucie. Miałem uśmiech jak na budyniu.

- Wrauu? - zapytał smok

- Nie nieprawda - odgryzłem się. Skończyliśmy temat. Ominęliśmy już dwie wyspy po 1/2 h zobaczyłem wyspę. Kolejną. Była fajnego spiralnego kształtu. Zaśmiałem się. Podleciałem nieco bliżej i niżej. W końcu odważyłem się wylądować w lesie. Patrzyłem z ukrycia na ludzi. U nich jak widać też będą święta. Małe dzieci oraz starsze ubierały wielką choinkę na środku osady. Popatrzyłem ja jakiś dom. Siedziała tam stara kobieta z dzieckiem na kolanach. Dziecko miało nie więcej niż 3 lata. Śmiało się i pokazywało na inne dzieci. A  kobieta uśmiechała się i zaczęła nucić. Ja ... chwila ja znam tą piosenkę. Patrzyłem uważnie na kobietę. Piosenka przechodziła mi przez mózg. Ja ją doskonale znam! Zszedłem ze Szczerbatka czy to dobra decyzja nie wiem. Po chwili zemdlałem.

Jako Astrid

Kolejny obrazek, który mnie urzekł to był... no ja znowu. Tym razem w lesie. Siedziałam na drzewie patrząc w chmury. Wzruszyłam się na dobre. Tak mi go teraz szkoda. Czy on w ogóle żyje? Czy nawet jeśli żyje to ujrzę go jeszcze raz i przeproszę? Tak ostatnie dni bardzo mnie zmieniły. Stałam się bardzo uczuciowa i wyrozumiała...

Jako narrator

Czkawka obudził się leżąc na ziemi. Bardzo bolała go głowa. Nad sobą ujrzał dziewczynę. Na pewno nie co starszą od niego.

- Ja tak cię przepraszam, myślałam, że jesteś jakimś złodziejem - tłumaczyła się. Miała średnio długie włosy. Taki przed ramiona, rude. Miała do tego brązowe oczy i dużo piegów.

- Nic się nie stało i tak właśnie miałem już spadać

- Ale czekaj czekaj - dziewczyna chciała więcej informacji

- Skąd jesteś? Jak masz na imię? Jak tu przybyłeś, łodzią? - pytała. Czkawce ulżyło, czyli nie widziała Szczerbatka

- Nie chce rozmawiać. Idę. - i pobiegł przed siebie, znikając w krzakach. Dziewczyna ruszyła za nim. Nie znalazła go. No i nie dziwne. Już leci w chmurach ponad wyspą.

- Uff nigdy więcej takich rzeczy - szepnął do smoka. Zaśmiali się oboje. Czkawce jednak przypomniała się melodia. Ta, którą tak dobrze zna.

na Berk ( dwa dni później [święta])

Astrid nie wiedziała w końcu co ma zrobić. Najchętniej przesiedziałaby w pokoju kolegi całe dni. Wahała się, lecz w końcu postanowiła. Czuła, że to może nie w porządku. Wzięła rysunki i jedną książkę Czkawki do domu. Gdy weszła do swojego pokoju schowała je od razu pod łóżko. Była radosna a zarazem trochę skrępowana bo nie powinna tak zrobić.

- Astrid no chodź do nas. Czas na prezenty - krzyknęła pani Hofferson do córki. Astrid nie miała ochoty na prezenty i zabawy. Przebrała się w cieplejsze ubrania. Zeszła powolnie na dół. Wyszła zakładając szybko buty. Na zewnątrz było jasno. Jasno.... od wspaniałych kolorowych lamp i światełek świątecznych tak naprawdę było około 19. A w zimę o tej godzinie ciemno. Dziewczyna podeszła do reszty swoich kolegów, przez których biedny Czkawka zamarza teraz w jaskini. Były też inne dzieci. Każdy stał przy Pyskaczu. To on co roku rozdawał prezenty. Wmawiał młodszym, że to od samego Odyna. A on ma to im przekazać. Astrid uwielbiała ten wspaniały czas świąt. Czekała na swój prezent. Kowal czytał imiona lub nazwiska i wręczał zapakowane prezenty. W końcu dziewczyna usłyszała swoje imię.

- Astrid ... Hofferson - powiedział z uśmiechem Pyskacz. Gdy Astrid odbierała prezent kowal Pyskacz powiedział - mam nadzieję, że Odyn dobrze wybrał. - Posłała mu uśmiech. Troszkę udawany. Dostała ciężki pakunek. Usiadła przy kolegach, którzy już rozpakowali prezenty. Smark dostał lustro, w którym się przeglądał

- Ojej jaki ja jestem piękny - mówił patrząc na siebie w lustrze

- Pfff bardzo - mruknęła Astrid i reszta się zaśmiała. Śledzik dostał książkę o przepisach kulinarnych. Zabrał się przeglądanie przepisów. Rodzeństwo Thorston dostali nowe hełmy. Nie dziwne, stare to tylko do wyrzucenia się nadają. Astrid w końcu zaczęła odpakowywać swój prezent. I co ujrzała?

Jako Astrid

O matko! To mój topór?! Wow jak się błyszczy. Przejechałam palcem po krawędzi. Jaki ostry. Super. Obejrzałam go i przeczytałam ślicznie zdobiony napis. Astrid Hoferson. Pyskacz za bardzo się wysilił. O właśnie do nas podszedł.

- Pyskacz wow dzięki jest świetny! - pisnęłam

- Ale to nie ja go zrobiłem - co?

- To kto ? - zapytałam szczęśliwa

- Czkawka....  najwyraźniej nie zdążył ci go oddać. - to on. To dla mnie? Taki wspaniały? Nie zrobił miecza dla Smarka, którego na pewno się bardziej bał tylko naprawił i ulepszył moją broń? Obejrzałam go jeszcze raz. Miał jeszcze piękną rączkę. Zielono złotą. Poleciała mi łza. Otarłam ją szybciutko żeby nikt nie zobaczył.

Jako Czkawka

Tak. Najgorsze te święta nie są. Zaśmiałem się i przykryłem ukradzionym kocem. Hy hy mi bardziej potrzebny. Mam gorączkę, boli mnie gardło i głowa. Leże tu od czasu gdy wróciłem z ostatniej wyspy. Śnieg, wiatr i ogólnie zima mi nie sprzyja najwyraźniej. Leżałem na moim "łóżku". Szczerbatek łasił się i starał się mnie pocieszyć.

- Spokojnie będzie dobrze, będzie dobrze... - wyszeptałem ledwo. Odwróciłem się głową do kamiennej ściany. Na środku jaskini rozpaliliśmy ognisko, które daje nam obu w miarę możliwości odpowiednią temperaturę. Czułem, że płonę. Że zaraz się rozpłynę i stopię jak lód. Zacząłem płakać. Łzy szybko wyparowały z mojej twarzy. Było mi okropnie źle. Myślałem, że lada chwila umrę. Nie jadłem od 1,5 dnia. Nie mam ochoty ani siły na to. Płakałem sobie dalej, było mi wtedy troszkę chłodniej. Na... mojej starej wyspie... pewnie rozdają sobie prezenty i śpiewają świąteczne pieśni. Jak ta co ta kobieta nuciła. Śpiewała ją zawsze Astrid na początku, a później reszta. Pamiętam, że moja mama mi też ją śpiewała. Byłem taki mały gdy ją straciłem. Położyłem się na brzuchu i pragnąłem by ktoś w końcu zakończył moje cierpienie. Złapałem powietrze i oblizałem sobie usta, które piekły niemiłosiernie. Moja poduszka, którą sam wykonałem była już całkiem mokra. Nie wiem jak, ale usiadłem. Powoli chwiejąc się wziąłem kubek z zimną wodą. Wziąłem duży łyk. Później polałem ręce wodą i przemyłem sobie twarz. A pewnie wam się nie chwaliłem? Obciąłem włosy. Heh tak humor nawet mi w takich chwilach dopisuje. A i jeszcze jedno. Jestem poszukiwany jako Jeździec smoków? Niektórzy w to wierzą tej rudowłosej dziewczynie a reszta ją olewa. Ale jakby nie patrzeć powstał mit o Jeźdźcu. He czyli wypatrzyła mnie wtedy w chmurach. Mam nadzieję, że nie poznała mnie na Szczerbatku. Położyłem się z powrotem na łóżku. Strasznie mnie głowa nawala. I gardło. Ratunku? Ciekawe kto mi teraz pomoże? Teraz już wiem jestem od dziś zdany tylko na siebie i ze wszystkim będę musiał radzić sobie sam. Szczerbatek nie zawsze będzie zdolny mi pomóc. Smok spał przy moim łóżku i chrapał głośno. Naprawdę głośno. Zaśmiałem się, głaszcząc gorącą dłonią smoka po łebku. Tak bym chciał ......

Jako Astrid

Nie miałam już ochoty na świętowanie. Od razu po śpiewach i składaniu sobie życzeń wróciłam ku zaskoczeniu rodziców do domu. Impreza migdaliskowa trwała w najlepsze. Ja wolałam pobyć sama. Weszłam do pokoju. Przebrałam się w piżamę. Mój topór położyłam na biurku. Siadłam na łóżku i wymacałam książkę spod łóżka. Zaświeciłam świecę i zaczęłam przeglądać książkę. Nie okazało się to książką. To notatniko-pamiętnik. Zaczęłam ryczeć.

C.D.N <33 wiecie, że sama płaczę ! *o*

5. Przepowiednia

Jako Czkawka

Błąkałem się po lesie. Rządziły mną różne myśli. Strach, który mnie przerażał i od którego zacząłem momentalnie płakać. Zaczęło mi się kręcić w głowie. Usiadłem na kamieniu przy jeziorze. Myślałem co będzie dalej. Przecież nie mogę tam wrócić. Najpierw uciekam  a teraz samodzielność dała mi po uszach i wracam .... Nie. Nie wrócę.

- Czkawka ? - usłyszałem męski, gruby głos za sobą. Odwróciłem się. Nikogo nie było, ale miałem dziwne wrażenie, że nic mi się nie przesłyszało. Krzewy jak krzewy, drzewa jak drzewa nic niezwykłego.

- Wyśmiewany, nielubiany... co? - zapytał ze spokojem. Popatrzyłem przed siebie i znów nikogo nie ujrzałem.

- Co ci do tego tak już jest ... - powiedziałem smutny. Hahah gaam sam do siebie świetnie.

- Ale wiesz, że jetseś bardzo wyjatkowy ? - nie zaprzątałem sobie głowy tym skąd pochodzi ten głos. Skupiłem się nad przekazem.

- Tak? - zapytałem, rzucając kamień do wody, w którym odbijało się zachodzące słońce.

- Masz bardzo ważne zadanie do wykonania. Musisz pogodzić świat ludzi i świat smoków - miałem wiele pytań już na starcie naszej rozmowy. Lecz nie pozwolił mi w przeszkadzaniu zbędnymi pytaniami.

- To nie będzie łatwe. Spotkasz wielu wrogów na swojej drodze. Głupie to ale będziesz wdzięczny, że ich masz. - aha fajnie - Miłość też cię czeka - uhu ... - Czeka tam na ciebie taka jedna dziewczyna. Bardzo ładna, troszkę straszna, lecz co to będzie dla ciebie w przyszłości? Wasze charaktery tak się różnią ... będą się wspaniale dopełniać - mówił z radością - Idziesz już wspaniałą zasadą. Licz tylko na siebie. Zawsze o niej pamiętaj, bo przyda ci się bardzo. Licz najpierw na siebie później na przyjaciół, będziesz mógł szybciej osiągnąć cel. Jesteś na razie zdany na

PicsArt 1413995244557

siebie ale na pewno dasz radę. Kieruj się instynktem, przeczuciami i własnymi zasadami a nie przesądami. Czkawka masz jeszcze dużo czasu. Powoli będziesz zbliżał się do celu. Spotka cię wiele złych a za równo dobrych rzeczy. Będziesz z siebie dumny zobaczysz. Smoczy Jeźdźcu mam prośbę i sugestię. Może na razie pozostaniesz anonimowy? - nie no nie głupi pomysł -  To twoja przyszłość. Nie musisz się jej bać.  Masz za zadanie od dziś bronić smoki i ludzi, którzy chcą ich skrzywdzić.

Uwierz Odynowi. I coś głupiego na koniec.  Twoją największa bronią będzie uśmiech.

To nie jest sen spowodowany gorączką. Będziemy się tak często porozumiewać. Pomogę ci zapamiętać to co usłyszałeś.

Obudziłem się zdyszany. Rozejrzałem się wokół. Jestem tu gdzie zasnąłem. Ale chwila. Ja ? Ja jestem zdrowy?! Wstałem szybko. Łał ! Świetnie.

PicsArt 1413995401653

- Szczerbatek .... wstawaj - i poklepałem mojego kumpla, który spał przy łóżku. - patrz jestem zdrowy - zaczął mnie obwąchiwać - przytuliłem się do mojego smoka - czekaj .... - zamyśliłem. Doznałem olśnienia. Cały sen .... Pamiętam.. słowo w słowo. Sięgnąłem na półkę po notes. Usiadłem na brzegu łóżka. Zacząłem pisać. Wszystko po kolei. Po napisaniu wszystko ... zapomniałem. Zamrugałem kilkakrotnie i spojrzałem w zeszyt. Przeczytałem to jeszcze raz. Super. Łał jestem jakimś obrońcą smoków ? Mam być anonimowy? Spotkam miłość, wielu wrogów? Moją bronią będzie uśmiech? Szkoda, że nic z tego nie rozumiem. Nie no oprócz tej dziewczyny. Uuu będzie ładna. Hy hy super. Uśmiechnąłem się. To moja przyszłość. Smoczy Jeździec !

Jako Astrid

Wstałam wcześnie. W ręku trzymałam zeszyt przez który płakałam pół nocy. To napisał on. Wszystkie swoje uczucia i kilka obrazków, które opisywały miejsce, w którym pisał lub jak się czuł. Podniosłam się nie chętnie. Notes czy tam zeszyt schowałam pod łóżko. Poczytam później jeszcze. Poszłam do łazienki. Wczoraj nie miałam ochoty na kąpiel. Po umyciu się wyjrzałam przez okno. Słońce wychylało się zza oceanu. Nie chciało jednak świecić mocniej. Śniegowe zaspy iskrzyły się pięknie. Na dworze było widać latające już blisko smoki. Dziś pewnie zaatakują. Podeszłam do szafy. Założyłam ciepły niebieski sweter i długie spodnie. Następnie siadłam przy lustrze i zaczęłam czesać włosy. Upięłam je  w koka. Naturalnie grzywka i opaska z którą nie mam zwyczaju się rozstawać. Uśmiechnęłam się i wstałam z krzesła. Popatrzyłam po pokoju. Prezent. Topór. Od niego. Taki piękny. Nie zasłużyłam .... Patrzyłam na mój topór. Wyszłam z pokoju. Ujrzałam mamę w kuchni. Coś gotowała.

- Cześć już wstałaś ? - zapytałam unosząc brwi do góry.

- Tak - odpowiedziała radośnie. Szkoda, że ja nie jestem tak wesoła.

- Co tam gotujesz ?  - zapytałam od niechcenia. - Nic takiego. Już kończę - powiedziała. Po chwili podeszła z talerzem i postawiła mi go przed nosem.

- Łał naleśniki ? - hmmm czego ona chce?

- Tak wiem, ze je uwielbiasz

- No ..  - usiłowałam się uśmiechnąć. Chyba mi wyszło. Mama wzięła sobie porcję śniadania i usiadła na przeciwko mnie. Patrzyła na mnie cały czas.

- Co ? - zapytałam, bo zauważyłam, że trudno jej zacząć.

- A nic - machnęła ręką.

- Mamo ?????? - zapytałam.

- Nic ... - spojrzałam na ni a porozumiewawczym spojrzeniem.

- Dlaczego wczoraj poszłaś tak wcześnie?  Zazwyczaj ciężko było  po 24 do domu zaciągnąć po imprezie w twierdzy. - hahah... taaa

- Nie miałam ochoty - powiedziałam cicho

- Coś się stało ? - zapytała

- Nie spokojnie ... nie ważne - mruknęłam

- Na pewno?

- Tak - odpowiedziałam sucho. Zamilkłyśmy. W jej  brązowych oczach widziałam troskę.

- A co dostałaś ? - zapytała. Pewnie chciała mi poprawić humor. Szkoda,że jej nie wyszło.

- Topór - powiedziałam przełykając ślinę.

- Oh wspaniale pokaż ! - wstałam od razu. W mgnieniu oka, wróciłam z moim świątecznym prezentem. Dałam go mamie. Uśmiechnęła sie bardzo szeroko. Ja wróciłam do mojego śniadania.

- Łał cudny ... prześliczny - szepnęła i zrobiła to co ja wcześniej. Przejechała po ostrej broni.

- Uuu naostrzony... trzeba cię z nim trzymać z dala od Sączysmarka - parsknęłyśmy obie głośno śmiechem.

- Hhah tak - otarłam łzy śmiechu z policzków.

- Pyskacz na pewno narobił się bardzo - powiedziała. Od razu ukuło mnie to w serce.

- Ale to nie od niego ...

- A od kogo? - spytała bardzo ciekawa

- Wiesz... ee .. od Czkawki - powiedziałam, a mama oddała mi w tym czasie prezent. - nie zdążył mi go oddać zanim... no wiesz - szepnęłam przez łzy.

- Ojej miło z jego strony, za taki piękny topór - nie dobijaj mnie. Spuściłam nisko głowę. Ehhh bardzo miło z jego strony.

- Coś się dzieje prawda ? - pokiwałam głową. Otarłam łzy. - Co się dzieje mów - powiedziała zachęcająco

- No więc - zaczęłam przez łzy - jest mi strasznie źle że nie ma go tu z nami - zaszlochałam głośno - czuję, że tyle złych rzeczy mu zrobiłam a teraz patrz. Już go nie przeproszę. On jak coś wymyśli to tak jest. Nie wróci. I go nikt już więcej nie zobaczy i i i jestem taka okropna!

- Astrid spokojnie

- Nie jak ja mam być spokojna? CO! Zobacz on, przecież niczym na to nie zasłużył

- Wiedz, że to nie twoja wina. Ale jakoś się nikt tym za bardzo nie przejął. Weź z nich przykład.

- Nie. Ja nie jestem jak inni! Ja mam uczucia

- Czyli innych ich nie mają ? - zapytała z uśmiechem. Jak ona może się uśmiechać?

- Nie wiem... przepraszam - powiedziałam i położyłam głowę na stole

- Nic się nie stało. Nie przejmuj się nim. Na pewno mu teraz dobrze. Sam tak postanowił.

- Ale to przez nas. Gdybyśmy byli inni to byłby tu.

- Nie wiem jak mam ci uświadomić, że on nie zasługuje na tyle chaosu

- Dobra ja zaraz przyjdę - powiedziałam płacząc. Weszłam do pokoju.

Ojej Astrid ;( jak pięknie broni go. Przynajmniej jedna rozumie, że źle zrobiła .... CDN może dziś ?????

Jako Czkawka

Minęło tyle czasu. A ja? Ja się nie zmieniłem. No może ....

~ mam 14 lat

~ bronie smoków wszędzie

~ moim największym wrogiem jest Drago Krwawdoń

~ kocham tego wroga zawsze mnie porywa i szantażuje a ja mu uciekam i on nie ma pojęcia jak ja to robię xD mam swoje sposoby

~ nie mam stałego miejsca zamieszkania

~ nikt nie wie jak mam na imię, ile mam lat

~ jestem tylko ja i Szczerbo

~ jestem szaleńcem kocham wpadać w pułapki

~ chodzą o mnie mega ploty ... i mam nowe ksywy: Pan Smoków, Smoczy trener, Obrońca Smoków itp.

~ podróżuję cały czas z moim smokiem

~ mam zamiar zostać na jakiejś wyspie na dłużej

~ pamiętam cały czas o moim śnie z przed 2 lat

~ jestem o wiele wyższy, mam więcej siły ;) ćwiczyłem ciężko i są tego efekty

~ nie wiem nic o moim starym domu i jego mieszkańcach ale jakoś za nimi nie tęsknie... tak jak obiecałem.

Siedzę i milczę. Zimno ogarnia moje ciało. Później umysł. Słuchać głośne kroki.

- No i co Smoczy Jeźdźcu ? Jak masz na imię ? Przypomniałeś sobie już ? - zapytał mój największy wróg. Niestety świrze ci nie powiem.

- Nie nie wiem. Daj mi spokój - mruknąłem agresywnie

- Ooo może teraz powiesz? - zapytał. Na nagich plecach poczułem okropny ból. Coś przecięło mi skórę pod wpływem mocnego uderzenia.

- Pacz to mój taki kolega - i pokazał mi zakrwawiony bat - pan bacik. Wiele razem przeszliśmy. Tak jak ty ze swoim smoczkiem - powiedział i zarechotał złowieszczo. Czułem okropne pieczenie. Nie daje nigdy, przenigdy po sobie tego poznać. Jestem twardy. Nie płaczę z powodu jakiś tam bólów.

- No fajny fajny - uśmiechnąłem się jak głupek... Twoją największą bronią będzie uśmiech...... Niestety nie mogłem się ruszyć. Byłem umocowany do ciekawego czegoś gdzie nie można się ruszać. Stoi się na baczność.

- No wiem - powiedział podchodząc znowu do mnie

- To dziś nic nie powiesz? - zapytał. No zgaduj deklu.

- Nie - odpowiedziałem ostro.

- Okejjj do lochu z nim ! - rozkazał swoim strażom. Dwóch facetów wzięło wypuściło mnie z tego okropnego narzędzia do tortur. Wzięli mnie za ramiona do celi. Było tam ciemno, zimno i brzydko. Rzucili mnie tam. Dosłownie. Podali mi też koszulkę. Moją. Taka czarna. Taa z krótkim rękawem.

- Dobranocccc !!!!! - krzyknąłem śmiejąc się jak debil. Lubię udawać głupka. Niestety oni myślą że nim jestem, przykro, że się mylą. Założyłem koszulkę i położyłem się przy kratach. Plecy piekły ale dawałem radę. Dasz radę. Przy celi na przeciwko siedział strażnik. Patrzyłem na niego dłuższą chwilę z uśmiechem.

- Hej - powiedziałem szczerzac się. Zdziwił się.

- Cześć - zaczął się rozglądać w końcu zaczął.

- I nie boisz się go ? - powiedział cicho

- Kogo? Drago? Pfff przecież wiem, że nie zabije mnie dopóki nie powiem mu jak tresuje się smoki, jak mam na imię, skąd pochodzę, ile mam lat...

- Łał wyglądasz na młodego i taka odwaga? Gdzie takich dzieciaków jak ty szukać - zaśmiałem się i spojrzałem w kamienny, ciemny sufit.

- Nie wiem - mruknąłem.

- Zrobisz coś dla mnie ? - zapytałem i spojrzałem na jego oczy

- Zależy - powiedział niezdecydowany

- Daj mi kredę ok? - zapytałem i przy okazji poprosiłem

- Eee ok - zaczął się rozglądać. Okey mam chwilę. Musi się udać. Wziąłem jakiś patyk. Podszedł do mojej celi. Zaczął grzebać w kieszeniach.

- Chwila - mruknął pod nosem

- Okej okej - powiedziałem. O a teraz tak ładnie stój. Wziąłem patykiem klucze z jego paska. Rzuciłem je za siebie.

- Masz - powiedział i dał mi dwa duże kawałki kredy

- Dzieki - i uśmiechnąłem sie. Odszedł do ściany, przy której stał. Ja się podniosłem i podszedłem do ściany, która jest w miarę równa i duża. Kluczem się nie przejmowałem, nie mogę zwracać na siebie uwagi. Zacząłem myśleć co by  narysować... wielkie malowidełko. Co by tu palnąć na tej ścianie? O mam. Hy hy to będzie dobre....

Hy hy ok kto zgadnie co narysuje Czkawka dedyk :3 mam nadzieję, że wam się podoba. DO PIĄTKU <33

No siema ! Hy hy to ja. Sory, że długo ale chciałam wam narysować ee tak jakby Astrid ( od tyłu) ale to bardzo pracochłonne i później wam pokażę. Rysuje na potrzebę opka xD

6. Ucieczka cz.1

Jako Czkawka

Moje dzieło, zacząłem od dołu. Strażnik cały czas na mnie zerkał. Było już późno i ciemno. Zimno i pusto. Strasznie i do tego czułem lęk. Światło dawała pochodnia w mojej celi. Hmmm jeszcze z godzinę zajmie mi to rysowanie. Myślicie jak reszta, że nie mam planu? Nie ... beep ... zła odpowiedź. Mam plan. W nocy około 2, wszyscy strażnicy śpią zamiast pełnić wartę, więc wezmę klucze i zacznę poszukiwania Szczerbatka. Muszę uważać bo chyba przenieśli go gdzie indziej. Tak byłem już tu. a żeby to raz... pfff. chyba siedzę już tu z piąty raz. Wstałem by kredowe dzieło zobaczyć w pełnej krasie. Wziąłem poprawiałem grube kontury.

- Ty młody co tam tworzysz? - zapytał strażnik i  ziewnął.

- Nic takiego. Ale trzeba jakoś pozbyć się nudy. Nie?

- Racja - odpowiedział i chyba się uśmiechnął. Ja wróciłem do rysunku naściennego.

Jako Astrid

Siedziałam i pozbywałam się emocji tam gdzie zawsze. W lesie. Było już trochę późno. Wyjęłam topór, który był wbity w drzewo. W dąb. Odgarnęłam moje długaśne włosy do tyłu. Nie obcinałam ich już od 12-tego roku życia i mają być prawo długie. Sięgają mi za daleko za plecy. ( tak to możliwe bo włosy rosną 12cm na rok ;)). Są w warkoczu do tyłu. Łażąc bez sensu po lesie zobaczyłam bardzo ciekawe miejsce. Taką jakby kotlinę. Było tam dużo krzewów. Na środku było piękne jeziorko. Odbijał się w nim księżyc. Uśmiechnęłam się patrząc w gwiezdne niebo. Nie było mi zimno. Mamy najcieplejszą porę roku na Berk. Byłam ciekawa tego miejsca. Podeszłam do skał. W nich była tarcza. Okrągła. Najwyraźniej komuś tu utknęła. Chwyciłam ją i od razu wyjęłam. Co za palant by jej nie wyjął? Coś mi od razu odpowiedziało : Czkawka. Przełknęłam ślinę. Spróchniałą tarczę rzuciłam na bok. Weszłam do wnętrza pięknego miejsca. Myśl, że mógłby być tu on nie dawała mi spokoju. Może gdy znikał tu przychodził. Może? Podeszłam do spiralnych konarów drzew, na których można było siedzieć, leżeć, spać .... Położyłam mój topór na kamieniu i podeszłam do jeziora. Zamoczyłam w niem rękę. Woda była naprawdę ciepła. Rozglądałam się dalej ale nic ciekawego nie widziałam. Przyjdę jutro może coś jeszcze tu zobaczę?

Jako Czkawka

Hyhy skończyłem. Podpisałem "do zobaczenia. Wątpię, że będę tęsknić" Hahaha. Narysowałem Drago. Był identyczny jak na żywo, postarałem się o wszystkie detale i szczegóły. Narysowałem mu za plecami Nocną Furię, która ucieka. Heh. Chyba nie będzie aż tak zły. Śmiałem się sam do siebie. U najgorszego wroga w lochach. Sam. Zimno tu i ciemno. Inni więźnie na pewno myślą, że już zwariowałem śmiejąc się tak. Zza krat w małym oknie, wyjrzałem i zobaczyłem księżyc. Świecił mocno i jasno. Jak tak patrzę na niebo i gwiazdy, myślę, że na pewno ktoś robi to samo co ja. Nie, że siedzi w lochach i rysuje portrety kredą. Że jest  tak samotny i niezrozumiały przez resztę, siedzi i myśli nad przeznaczeniem. Ja już je mam. Inni może jeszcze go nie poznali? Patrzyłem dalej. Teraz na ciemny ocean. Od razu pomyślałem o tak samo zimnych jak on uczuciach ludzi, jak tych co mnie chcieli się pozbyć. Znaczy na pewno nadal się z tego cieszą lub już o mnie zapomnieli. Wierzę tylko, że mój świetny kolega. Trochę starszy kolega, kowal o mnie pamięta. No bo kto więcej zatruwałby sobie mną głowę? Nikt. Raczej nikt. To takie oczywiste, że nikt. Poczułem, że zaczynam płakać. Nie miałem nic przeciwko. Oparłem łokciami głowę o kamienny " parapet".

- Głodny ? - zapytał ten spoko strażnik od kredy

- Nie .. - od razu poprawiłem struny głosowe, żeby nie wyglądało, że płaczę.

- Ekmm - chrząknąłem - nie dzięki - powiedziałem i odwróciłem się. Spojrzał na mnie współczująco.

- Wreszcie się zachowujesz jak normalny więzień - zaśmiał się. Ja też, nie moje wina, że cały czas się cieszę albo płaczę. Jest jeszcze opcja obojętności. Wtedy nie jestem ani zły, ani smutny, ani wesoły. Może tak wszystko naraz? Nie wiem trudno opisać.

- To płaczesz czy się śmiejesz? - zapytał w końcu

- To i to - powiedziałem. Uśmiechnęliśmy się i odszedł do ściany, przy której pełnił wartę. Teraz wziął sobie stołek. No więc sobie na nim klapnął. A ja przy kratach od wyjścia położyłem się i oparłem nogi o ścianę z zawiasami. Zamknąłem oczy. Zaraz je otworzyłem. Przy kratach stanął sam Drago. Dobrze, że nie zobaczył jeszcze swojego rysunku.

- Nie za wygodnie ci synek? -  zapytał złośliwie. Nie podniosłem się żeby udzielić odpowiedzi.

- Nie. I jestem twoim synkiem.

- Tak? A kogo ? - myślisz, że jestem na tyle głupi, że ci odpowiem. Może i leżę na ziemi ale to nie znaczy, że nie mam mózgu.

- Kogoś, kogo nie chce znać i kogoś kogo się wstydzę - powiedziałem. Bezuczuciowo i obojętnie. Miałem ochotę zapłakać ale nie wolno przeholowywać z płaczem i smutkiem.

- O ciekawa zagadka o wielki Panie Smoczków - zaśmiał się.

- No wiem ...  - ziewnąłem i położyłem sobie ręce za głowę.

- Jesteś nie do wytrzymania. Wiesz? - zapytał łażąc przy mojej celi.

- Wiem już się tego nasłuchałem wiele razy

- I patrz jak skończyłeś - nie odpowiedziałem temu wrednemu człowiekowi, który chce zapanować nad smokami.

- No co, mi tam pasi. Jestem wolny i szczęśliwy. A to, że mnie porywasz i torturujesz, wolę niż dawne życie.

- Och młody... kiedy ty zmądrzejesz - ejj ja już jestem mądrzejszy niż ty. Kto umie tresować smoki. No chyba nie ty?

- Kiedyś na pewno - zamknąłem oczy.

- To co, jutro nadal kolega bacik dla ciebie? - zapytał. Otworzyłem oczy i podniosłem się lekko.

- Obojętnie mi. Rób sobie co chcesz i tak ci nie powiem.

- Tak?

- Tak - warknąłem, już nie wytrzymuje z nim.

- O to fajnie. Jutro będzie cud jeśli usiądziesz na tyłku albo w ogóle przeżyjesz - powiedział bardzo złym głosem

- No i dobra. Możesz mnie zabić i tak ci nie powiem ! - krzyknąłem głośno a echo rozniosło się po całych strasznych, napełnionych strachem i lękiem lochach.

- O taki to jesteś odważny ?

- To nie odwaga tylko obietnica. Ty na pewno ich nie dotrzymujesz.

- O wielki wspaniały się znalazł ! - powiedział ze wściekłością

- Daj se siana - burknąłem i podszedłem do okna. Świeże powietrze może mnie trochę ukoi.

- Idź stąd. Daj mi chwilę spokoju. Zajmij się sobą, nie jestem twoją własnością. Chce ciszy ! - powiedziałem stojąc plecami do niego.

- Dobrze. Jutra nie przeżyjesz. Kolorowych snów.

- Nara... - mruknąłem. Nagle coś wbiło się w moje plecy.

- A to za to pyskowanie - powiedział odchodząc. Znowu poczułem okropny ból. Wyjąłem to okropieństwo z pleców. Było to metalowe kółko z ostrzami na końcu, które łatwo wbijają się we wszystko. Wystarczy pocelować. I już. Głęboka, boląca, bolesna rana gotowa. Do tego długo się goi.

- Dzięki - mruknąłem. Syknąłem z bólu. - najlepszy prezent jak na razie - zdjąłem koszulkę.

- Nawet nie wiesz jak to okropnie wygląda - szepnął strażnik. Odwróciłem się do niego twarzą.

- Aż tak źle ?

- No - powiedział. - matko skąd tyle w tobie agresji i do tego się go nie boisz. Łał nikogo nie widziałem, żeby ktoś mu się postawił. Niezłe z ciebie ziółko. Taka odwaga ? Matka powinna być z takiego syna dumna. - popatrzyłem z żałosnym smutkiem w oczach na niego - albo ojciec - dodał. Ta jeszcze lepiej.

- Masz - powiedział i podał mi butelkę z wodą.

- Spokojnie, nie zatruta. Moja, ja ją piję, znaczy miałem wypić. - tłumaczył się.

- Dzięki jestem ci dłużny. - powiedziałem i wziąłem butelkę.

Jako Astrid

Biegłam szybko przez las do domu. Już po 22. Muszę się pośpieszyć. Jeszcze chwila i.... Hop przez okno do pokoju. Jestem. Uff. Podbiegłam do łóżka. Topór, tak ten od Czkawki rzuciłam na łóżko. Spod łóżka wyciągnęłam jego zeszyt, które już prawie znam na pamięć. Jest tam też dużo informacji o smokach. Otworzyłam na ostanie strony. Tak! To to miejsce, które znalazłam. Na pewno też je znalazł skoro było na z pięciu obrazkach. Tylko mniej porośnięte krzakami i drzewami. Byłam dumna z tego, że je znalazłam. Przeczytałam wpis pod szkicem tego jeziorka i krajobrazu za nim. " Szkoda, że ludzie są zimni i bezuczuciowi. Liczą tylko na broń. A co z przyjaźnią? Ona daje nam szczęście. Nie tylko ludzka przyjaźń. Ja taką jedną przyjaźń zawarłem. Jest  ona wspaniała. Nie wiem czy zamieniłbym ją na dziewczynę. Poza tym która by mnie chciała? Właśnie. Dlatego dobrze, że go mam. Polubił mnie takiego jakim jestem. Czyli nie koniecznie wikingiem (...)" hyhy napisałam tu opis przyjaźni Czkawki ze Szczerbem

- Co ? - zapytałam i przeczytałam to jeszcze raz. Nie do końca zrozumiałam przesłanie tego. Zresztą jak zwykle. To co czytałam tylko w połowie docierało do mnie. Pisał tu samą prawdę. O wszystkim. Usiadłam na podłodze czesząc włosy. O nie a jednak ....

- Astrid ??? - powiedziała mama zaglądając do pokoju.

CDN :DD jak mi sie uda jtr dodam jakieś zdięcia robione specjalnie na tego bloga. Przepraszam za błedy orto :O wiem, że ich na pewno trochę ale mam nadzieję że przymrużacie na nie oko. Nie? hhy no cóż nie jestem ideałem ;p

- E co mamo ? - zapytałam, odkładając ksiażkę na bok. Spojrzała na mnie z miną, która nie była zbyt przyjemna. Wstałam i patrzyłam na nią.

- Sama dobrze wiesz. Gdzie byłaś ? - zapytała krzyżując ręce na piersiach.

- W lesie - odpowiedziałam krótko

- Po co ?

- Trenować - jak zwykle.

7. Ucieczka cz.2

Jako Czkawka

mam prośbę, czytajcie to wolno i powoli ... da to bardzo sycący efekt ok? ;))

Siedziałem skulony w ciemnym lochu. Kołysałem się na boki. Każdy już pozasypiał. Nawet straże. Za godzinę uciekam. Muszę mieć pewność, że każdy śpi. Podniosłem głowę, bo usłyszałem kroki. Przechodziła tamtędy jakaś dziewczyna. Szła wolno, jakby się skradała. Patrzyła po celach. Zatrzymała się przy mojej. Miała jasne blond włosy i niebieskie oczy. Była niższa ode mnie ale nie tak bardzo   niska .... Patrzyła na mnie, a ja na nią. Zamrugałem i zdałem sobie sprawę, że nie stoi tam żadna piękna dziewczyna tylko jakiś strażnik. Posłałem mu złe spojrzenie, kiwając głową na boki. Wystraszył się i poszedł dalej sprawdzając inne cele. Z mojego doświadczenia wiem, że to ostatni patrol cel na dziś, więc ucieczka będzie, mam nadzieję,  łatwa. Ale co to było? Jakieś zwidy?... Pomyślałem o tej pięknej blondynce... Miała takie piękne oczy. Gdy patrzysz na zwykłego człowieka musisz podejść blisko by sprawdzić jaki ma kolor oczu. A tu nie. Już z daleka rzucają się w oczy. Najpierw patrzysz na te niespotykanie piękne i wielkie oczy. Później na delikatne, lecz groźne rysy twarzy. Następnie na lekko różowe usta, i kąciki ust uniesione lekko do góry. Długi i piękny warkocz zwisający z wdziękiem po jej pięknej sylwetce. I ten jej topór taki jakbym już go gdzieś widział. Tylko gdzie? Patrzyła przez te kilka sekund na mnie mrużąc oczy i powoli się uśmiechając. Czułem, że mnie zna. A ja ją. Że chciałaby mnie przytulić. Że chciałaby żebym stamtąd wyszedł. Żebyśmy się dokładnie sobie przyjrzeli. Może my się skądś znamy? Jak mamy na imię? Ile mamy lat? By być razem wolni od tego złego miejsca i zmartwień. Ale co to było? Jakiś kolejny znak. Od Odyna? Po 2 latach milczenia, dostałem kolejny znak? Ale kto to? I po co mi tu ją na chwilę przysłano? Uśmiechnąłem się i wstałem. Na razie muszę porzucić te myśli. Czas na ucieczkę.

- Mam - szepnąłem do siebie, zabierając z kamiennej ławki klucze. Spojrzałem na świecący mocno już księżyc. Dobra teraz! Otworzyłem szybko kratowe xD drzwi. Klucz wziąłem do kieszeni. Zamknąłem z powrotem drzwi. Szedłem ciemnym korytarzem. Światło dawały pochodnie, które żarzyły się wściekle. Co 10 cel pod ścianą spał strażnik. Muszę teraz uważać by nikogo nie zbudzić bo już po mnie. Kocham to. Wyzwania!

Spojrzałem w cele, która najbardziej rzuciła się w moje oczy. W każdej obok był jakiś śpiący smok. A w tej nie. A teraz proste równanie. Mój smok+ciemność= ciemność. Mam przeczucie, że to tu. Kieruj się instynktem, przeczuciami ... Zajrzałem do ciemnego wnętrza.

- Szczerbatek ? - szepnąłem

Jako Astrid

Przyjaźń to naprawdę skarb. Lepszy niż dobra wikińska broń. Tak jak pisał. On. Od niedawna zaprzyjaźniłam się ze Szpadką. Przyznam to było trudne, ale zrobiła się normalniejsza, gdy nie spędza tyle czasu z bratem. Jemu też to na dobre wyszło. Więcej spedza czasu z kumplami ; Sączysmarkiem i Śledzikiem. Szpatka jest naprawdę śmieszną i super kumpelą. Nigdy bym tak o niej nie pomyślała. Wracamy do mojej rozmowy, a nie myśleniu o kumplach.

Tak to kontynuacja rozmowy jak wróciła z lasu

- Za miesiąc posyłam cię na Smocze Szkolenie - powiedziała mama, stając nadal w drzwiach

- O to super - powiedziałam. Łał to zaszczyt uczęszczać na te szkolenia.

- Była Szpadka - oznajmiła, wyrywając mnie z zaskoczenia i zachwytu

- Tak a po co ? - zapytałam z uśmiechem

- Nie wiem. Powiedziała, że jak wrócisz to żebyś do niej poszła.

- O to ja lecę - powiedziałam gotowa do ucieczki tylko po to by dowiedzieć się co chciała Szpadka

- Gdzie kochana? O 23 ? - zapytała stając mi szeroko w drzwiach na znak, że nigdzie się nie wybieram.

- A no może racja. Pewnie śpi. - mruknęłam pod nosem z myślą, że do siebie

- Tak. Dobrze to chyba tyle idź spać. - powiedziała i z uśmiechem zamknęła drzwi.

- Co ona chciała ? - zapytałam się w myślach. Znów sięgnęłam po książkę, notes, pamiętnik nie wiem to jest wszystko w jednym.

- Ok, ok to tu ...! - powiedziałam i przy okazjii zapaliłam świeczkę. Znalazłam piękny rysunek smoka. Od 2 lat szukałam go w każdym wydaniu różnych ksiąg o smokach. Nigdzie go nie było. Pewnie jest bardzo rzadki. Naszkicowany jest leżąc. Ma uchylone jedno oko, jagby coś go dopiero obudziło ze snu. Jednym skrzydłem zarazby zasłonił sobie mordkę. Nie nazwę tego mordą bo to nieładnie. Miał dużo pięknie cieniowanych łusek. I to! O to mi chodziło ! To miejsce za nim. Tak to na sto procent tam gdzie dziś byłam. Te skały, drzewa .... to samo. Na pewno. Czyli tam był ten smok? No kurczę, tyle jest pytań bez odpowiedzi. Kolejny wpis, który jest dla mnie z lekka nie do zrozumienia. Z resztą jak zwykle.

" Moje przeczucia są bardzo dziwne. Czuję, że już nie jestem wikingiem. Czy to dlatego, że jestem taki z wyglądu, czy z charakteru. Wszystko przez smoki. Ale ja nie potrafiłbym go zabić. To niemożliwe. Niegdy. Wolę juz nie być wikingiem, niż zrobić coś tak okropnego (...)"

Jako Czkawka

- Wrauu - była to także cicha odpowiedź. - Mój kochany ... juz uciekamy już ... - powiedziałem pewnie. Znalazłem śpiącego strażnika. Pfff ma gościu twardy sen. Serio. Zabrałem klucz. Pobiegłem jak najciszej do celi z moim przyjacielem.

- Chodź idziemy stąd - wszedłem i rzucił się na mnie, liżąc moją twarz.

- Sss - syknąłem cicho z bólu. Ból ran na moich plecach jest nie do wytrzymania.

- Dobra dobra nie przepraszaj teraz - poklepałem go po ... a tak to głowa. Usiadłem na nim.

- Do wyjścia - podrapałem go za uszami. To znak do startu. Zaczęliśmy biec przez ciemne korytarze. Wreszcie! Przed nami wielkie wyjście/wejście. Wybiegliśmy. Przed nami wielki księżyc i ocean. Świeże zimne powietrze. Zaczęliśmy teraz biec w stronę przepaści. Skoczyliśmy w nią. Spadaliśmy razem, kręcąc się wokół własnej osi. Znaczy wokół osi Szczerbatka.

- Wolność !!!!!! - krzyknąłem radośnie. Przed taflą oceanu wyprostowałem lot. Lecieliśmy szybko i wściekle. Po 2 latach latania na moim smoku jestem profesjonalistą. Muszę nadal sterować jedną nogą byśmy mogli latać, ale to jet do nauczenia. Nawet najtrudniejsze triki nam wychodzą.

- To gdzie teraz ? - zapytałem. Świadomość powiedziała mi, że snów jesteśmy sami. Ja i smok.

8. Dziewczyna ze snów

Jako Czkawka

Jeśli cię coś trapi to podziel się tym smutkiem z innymi a na pewno cię zrozumieją. Gorzej ze mną ja mam tylko smoka. A czy on mnie zrozumie? Nie wiem zawsze warto próbować. - To może tu? - wskazałem na mało już widoczną wyspę. A co ma mi tu wybrzydzać. Lądujemy i koniec. Chodzi tylko o to żeby się gdzieś zdrzemnąć. Zeszliśmy do lądowania. Zeskoczyłem na miękki piach. Wokół nas były różne drzewa a miejsce w którym staliśmy to była najwyraźniej jakaś mała plaża. Poszedłem do brzegu oceanu. Zamoczyłem dłonie w wodzie. Nie jest zimna. No nie dziwne mamy teraz dość duże tepmperatury.  A co powiedzieć później ? Już sie nie mogę doczekać lata. Zdiąłem koszulkę i spodnie żeby umyć sobie rany na plecach. ( ej ludzie żeby nie było on ma gacie -.-)  Nie polecam takich kompieli. Po pierwsze

- to słona woda

- jeśli masz wrednego i lubiącego dowcipy smoka to leżysz już na dnie

- i duże fale, które ci moczą włosy a miałeś już nadzieję, że będa suche

- Szczerbatek ! Oddawaj spodnie! - wrzasnąłem zły. Nachylił się czekając na mnie. No i tak zaczęła się zabawa w ganianego by odzyskać ubrania. Po pół godzinie ubrałem się i z pomocą mojego walniętego tak jak ja, smoka zaczęliśmy zbierać drzewo na ognisko.

- Na Odyna gdzie z tą kłodą mój ty barani łbie ? - powiedziałem machając rękami na widok Szczerbatka, niosącego całą kłodę. Była niewiele większa od niego.

- Hahah - pogłaskałem zmęczonego smoka po łebku - będę miał na czym spać. - Zrobił obrażona minę i pokazał mi język. Usiadłem na piachu i zacząłem budować domek z drzewek na ognisko. Będzie się lepiej i dłużej tlił ogień w ognisku. Ziewnąłem i poprosiłem smoka by zapalił nasze super, piękne ognisko. Usiadłem na kłodzie od Szczerbatej Mordki. Położył mi się przy nogach.

- Mój mały Szczerbuś - pogłaskałem go za uszami. To go odpręża i usypia. Tak jak mówiłem.

Usypiaaa. Zasnął. Wyciągnąłem ręce wkierunku ogniska by je ogrzać. Wreszcie mam czas by pomyśleć o niej.

Ciekawe kogo tam do jasnej ciasnej widziałem. No nie wiem, nic mi to nie mówi. Nie znam. A pozatym kiedy ja ostatnio widziałem człowieka przeciwnej  (tego  zdania nie miałam pojęcia jak napisać ale jakoś się domyślcie o co mi biega ok? No chyba że dobrze jest xD)  płeci? Hahah w sensnie że tak w ogóle? Jestem od nich odizolowany całkiem, że od ludzi nie tylko od dziewczyn. Zaśmiałem się do siebie patrząc w ognisko. Jestem jakimś dzikusem żyjącym ze smokami. Zabawne. Dotknąłem włosów. Wreszcie wyschły. Ułożyłem jakoś tak, że sam nie wiem jak. Znaczy tak jak lubię. Każdy włos w inną stronę. Bo po co mam chodzić ulizany jak jakiś laluś? W końcu dzikusem jestem. Hah. Taaa. Chyba coś mi odwala. Czasami mi się wydaje, że jestem nienormalny. Albo to inni są nienormalni? Nie mam pojęcia. Położyłem sie na kłodzie. Akurat się zmieściłem. Patrzyłem na gwiazdy. Świeciły tak jak w tę noc, kiedy uciekłem ... z .. no wiecie skąd. Księżyc wydawał się ogromny w porównaniu z tymi gwiazdami. Zamknąłem oczy by pomyśleć o. No dobra przyznam się. O domu. Nie, nie tęsknie. Zastanawiam się czy coś się tam zmieniło. Ludzie, domy, wioska, port, twierdza, farmy ... Może kiedyś jak będę w pobliżu to zerknę. Nie chce mi się teraz cofać by zobaczyć to miejsce z  moich koszmarów. W porównaniu z moimi 2 latami poza domem jest 1000 razy lepiej. Sam nie wiem gdzie lecę codziennie. Sam nie wiem co z tego będzie. Lecę za czymś. Tylko nie wiem za czym. Za przeczuciem. Czuję, że tam gdzieś niedługo coś mnie czeka. Osobiście liczę na jakąś przygodę. Położyłem się na boku. Patrzyłem na ciemne drzewa i krzewy.  Moim największym marzeniem jest żeby latać sam. Tak, jestem szalony.  Wiecie, że zaprojektowałem strój do tego? Tyle obliczeń, poprawek, projektowania. Ale jest. Wszystko zajęło mi rok. a to tylko projekt. Do jego realizacjii potrzebna była by oniecznie kuźnia. Hah no niezbędnie. Do tego wszystkiego : sterowanie do Szczerbatkowego ogona by latał sam, gdy ja będę także sam leciał przez chmury. Nowe siodło. Lepsze, lżejsze i szybsze. Nowa lotka, dzięki której będziemy latać sto razy szybciej niż teraz. Tyle planów. Ehh mam zamiar zanleść gdzieś jakiś postój. Bym mógł te projekty wykonać. Ale na to poczekam jeszcze moze z rok? Przekręciłem się w na brzuch. Ughh ale fajny wiatr. Zamknąłem oczy i naturalnie. Zasnąłem.

I znowu to samo miejsce. Ponownie siadam na głazie. Teraz czuję niepewność. Coś się kroi. Znowu dostanę przepowiednię. Przeszły mnie ciarki.

- Czkawka - powiedział radosny głos. Ten sam, który słyszałem te dwa lata temu.

- Tak to ja - powiedziałem pod nosem.

- Coś cię gryzie ? - zapytał głos, już przyzwyczaiłem się, że go nie widzę.

- Trochę tak i trochę nie

- Czyli? - hmm

- Boję się tego co mi chcesz dziś powiedzieć - wydusiłem wreszcie z siebie

- O nie ma czego - powiedział to tak, że od razu poczułem ulot strachu z serca

- Naprawdę?

- Tak - odpowiedział łagodnym tonem

- Ufff - parsknąłem i rzuciłem mały kamyczek w jeziorko

- Niedługo stanie się coś co będziesz musiał pokonać - heh ...

- I to jest to czego mam się nie bać ? - zapytałem z ironią

- No tak. Nie możesz się bać bo go nie pokonasz, ale ja i tak wiem, że się go nie boisz - już wiem o kim mowa

- Drago - wyszeptałem cicho

- Bingo

- Ale co on zamierza? Sam mam stawić mu czoła? - znowu miliony pytań

- Ze Szczerbatkiem

- A no tak ...

- Dasz radę - zaczął

- Jeszcze będę z siebie dumny - dokończyłem cicho

- No widzisz jaki z ciebie mądry chłopak - rozbawiło mnie to. Patrzyłem na drzewa, które zrzucały liście pod wpływem lekkiego wiatru.

- Mogę mieć jeszcze jedno pytanie, bo znając życie odezwiesz się znowu za kilka lat ?

- Pytaj chłopcze

- No a więc - zacząłem miętosić dłonie - ta dziewczyna. Ta dziś. To znak od ciebie czy... tak mi się przewidziało

- Nie to było specjealnie. Wiem że uwielbiasz patrzeć w księżyc. I wtedy zastanawiasz się czy jest ktoś taki jak ty. Czy ma swoje przeznacenie. Otóż ona czeka na coś. Albo na kogoś. I o tym jeszcze nie wie. Niestety musi jeszcze długo poczekać na tego  " ktosia "

- A kto to będzie ? - zapytałem ciekawy

- Ktoś. Nie mogę za dużo mówić.

- A jak ma na imię ?

- Też ci nie powiem. Nie mogę. Wiedzieć ci na dziś można tylko to, że kogoś jej bardzo brakuje. I sama jest zdziwiona, że to akurat tej osoby...

- Wybacz ale jestem chyba głupi i nie rozumiem - zaśmiałem się jak debil

- Nie, nie jesteś głupi. Przeciwnie. Nie myśl na razie o niej.

- No niby jak? Sam mi ją ukazałeś a teraz mam o niej zapomnieć ? - to głupie. Jak można zapomnieć o tak pięknej dziewczynie ?!

- Dobra nie ważne. Skup się na Drago, później na dziewczętach okej ?

- Hhaha bardzo śmieszne tak się składa, że jeszcze w ogóle nie myślałem o dziewczynie ( w sensie że partnerce czy coś takiego) - foch

- Sarkazm Smoczy Jeżdźcu sarkazm. A wiem, że ty lubisz żarty

- Hhahah tak uwielbiam. Szczególnie te moje i mojego smoka.

- A więc przesłanie na dziś ? - zapytał

- Drago. Jakaś napewno ciekawa walka!

- Tak dobrze. To do zobaczenia Panie Smoków

- Podobają mi się te ksywki

- To się cieszę

- Aaa no tak. Do zobaczenia za dwa lata za pewne - powiedziałem wesoło

- A skąd wiesz, że za dwa? - zapytał. Głos rozlał się po mojej głowie. Poczułem, że mam mokrą twarz.

- Szczerbatek !!!

CDN możę w środę ? :/ :) co myślicie o tym rozdziale ? :3

9. Czy Smoczy Jeźdźiec istnieje?

Jako Czkawka

Czasem myślimy, że nikt nas nie zna. Że nikt nie potrafi rozgryść naszego umysłu. Naszych uczuć, przemyśleń i planów. Ja też tak myślałem, że taki ktoś nie istnieje. A jednak okazuje się, że już nie dłogo mam tę osobę poznać. Że sam nie będę o tej osobie wiedział. Bedzie to przypadkowe poznanie. Nic więcej nie wiem. To moja kolejna lecz króciótka przepowiednia. Czekałem na nią tylko tydzień. Łał szybko co nie?  Na razie nie spotkałem Drago. I fajnie by było, gdybym go na razie nie spotkał. Ale tak ma być. Prędzej czy później się z nim zmierzę. Co z tego wyniknie? Skąd mam wiedzieć, jestem tylko człowiekiem. A  pozatym tylko czternastoletnim.

- Na drzewo - powiedziałem do Szczerbatka. Kolejna ciekawa wyspa warta rzucenia okiem. Schowałem się zwraz z moim smokiem w drzewach. Przyglądałem się ludziom w porcie. O! Johan! Johan Kupczy. Od razu podbiegło do niego dużo ludzi. Przywitali się i zaczęli się wypytywać o rzeczy, które by miał do sprzedania. Uśmiechnąłem się sam do siebie i patrzyłem na radosnych i pogodnych jak dzisiejsza pogoda, ludzi.

- Tak, tak jasne - usłyszałem jak Johann przytakuje. Chciałem usłyszeć, o czym rozmawiają. Ze Szczerbatkiem podeszliśmy troszkę bliżej nadal chowając się w leśnych drzewach.

- Tak ponoć lata na smoku - zaśmiał się Johann

- Ale niby jak ? - zapytał jakiś facet, który trzymał w dłoniach miecz, który na pewno chciał kupić.

- Nie mam pojęcia. Mogę wam powiedzieć - zaczął kupiec - że już wiele razy uciekł Drago Krwawdoniowi - każdy zamilkł na wymówione imię tego pacana, którego każdy się tak obawia.

- Niemożliwe - parsknął ktoś. Ejj ja tu jestem ....

- Tak to prawda. Nikt nie widział jego smoka, bo są szybcy jak burza - machnął przed siebie ręką na pokazanie szybkości lotu - nikt nie wie jak ma na imię ten Jeźdźiec, skąd pochodzi ale ponąć jest młody. Z wyglądu na 15 lat - hmmm pomyliłeś sie tylko o rok - Nienawidzi gdy ktoś robi krzywdę smokom - tak to prawda - jest szybki i przebiegły jak jego smok - ojej bo się speszę - Dobra koniec historyjek, ale strzeszcie się, bo moze znajdzie waszą wyspe i gdy zobaczy, że cos zrobiliście smokom to moze się źle skończyć

Jako Astrid

Za trzy tygodnie będę chodzić na Smocze Szkolenie. Tak się cieszę! Wreszcie będę mogła wykazać sie tym co ćwieczę prawie codziennie ; szybkość, zwinność i siłę. Już widzę jak zabijam mojego pierwszego smoka. Nie mogę sie doczekać. Kocham wyzwania.

- Widziałeś Szpadkę ? - zapytałam Mieczyka, który siedział na ławce przed swoim domem. Patrzył w chmury.

- Eeee kiedy ? - zapytał i zamknął oczy

- No dziś baranie, a kiedy ? - zapytałam ostro

- Dziś ...- powiedział cicho - eee .... - jeszcze raz się jąkniesz  się a przywalę ci tak, że się nie pozbierasz - a już wiem. Poszła do Pyskacza - powiedział wreszcie

- No wreszcie. Dzięki pa! - powiedziałam odchodząc od domu rodziny Thorston. Z daleka zauważyłam, że Szpatka rozmawia o czymś z Pyskaczem. Na mój widok zamilkli. Stanęłam w wejściu.

- Cześć wszystkim - przywitałam się

- Cześć Astrid - powiedziała Szpadka

- Dzień doberek - przywitał się uśmiechnięty kowal

- O czym rozmawialiście ? - zapytałam ciekawa

- O niczym - powiedział krótko Pyskacz i równocześnie ze Szpadką uśmiechnęli się

- Przecież widziałam, że rozmawiacie a jak weszłam to zamilkliście - stali jak dwa słupy i uśmiechali się.

- No co ?!! - powiedziałam głośno

- No bo jaa - zaczęła Szpadka - yhh nie wiem jak ci to powiedzieć ....

Jako Czkawka

Po niedługiej chwili podsłuchiwania ludzi z tej oto wyspy, postanowiłem, że lecimy dalej. Szybciej i szybciej ponad wodą. Rozchodziła się pod nami z wielkim chlupotem. AAAAAAAAAAAAA !!!! Ratunku ?! Pomocy ? Nagle czuję, że spadamy. Odwróciłem szybko głowę do tyłu. Ogon. O <kurczę> ogon! Przedziurawiony!

- Spokojnie. Spokojnie. - mówiłem do przerażonego jak ja Szczerbatka. Zacząłem podążać w kierunku jego lotki. Złapałem się mocno za jego ogon i jedną ręką siegnąłem lotki. Rozłożyłem ją. A teraz Odynie żeby tylko wylądować. - Szczerbo proszę lądujemy ... - wyszeptałem i pokierowałem nas na najbliższy brzeg. Zamknąłem oczy. Runęliśmy w jakiś las. Spadłem na glębę z mocnym uderzeniem. Spojrzałem na krzewy i na drzewa. Zaczęło mi migać w oczach. Złapałem się za głowę. Sss moja dłoń, była cała we krwi. Świat się stał czarno-biały a ja czułem, że zaraz stanie się coś gorszego niż to. No i zgadłem ostatnie słowa jakie udało mi się usłyszeć to :

- " Jest panie. Zestrzeliliśmy ogon smoka i spadli tu .... " - zamknąłem oczy, myśląc tylko o tym by mój smok uciekł. Mój najlepszy przyjaciel, który pomimo tego, że jest smokiem jest wszystkim czym mam. Moją radością, przyjacielem a nawet rodziną.

Jako Astrid

- No mów Szpadka mówcie mi szybko, bo .... - patrzyłam na nich oboje ze wściekłością

- Oj Astrid, bo ja no .... - zaczęła Szpatka miętosząc dłonie ze zdenerwowania

- Zepsuła twój topór - dokończył wcale nie przejmujacym głosem Pyskacz

- Czekaj, ten od - wkurzyłam się - niego ? - zapytałam patrząc na ziemię ze smutkiem

- Tak ten od Czkawki - powiedział znowu kowal

- Ale jak i kiedy ? - zapytałam zła

- No jak ostatnio byłaś w lesie to go nie wzięłaś i myślałam, że mogę go pożyczyć no i pożyczyłam

- Tak trochę bez pytania - wtrąciłam przyjaciółce w słowo

- No wiem. I szłam sobie z nim i jakiś smok wyszedł zza rogu, dosłownie. Rzuciłam topór, bo był ciężki - no jak dla kogo dla mnie to pióreczko - i smok na niego depnął. Pokrzywił go a ja uciekłam

- A najlepsze jest to, że smok nawet jej nie widział hahah - zaśmiał się Pyskacz. Spojrzałam na niego " serio, serio to jest dla ciebie śmieszne?" Nawet nie wiecie ile ten prezent dla mnie znaczył.

- Ja tak przepraszam - wyszeptała Szpatka i spojrzała mi w oczy

- A i ja mam go naprawić - dodał z uśmiechem Pyskacz

- Dobra ja idę. Pa - powiedziałam i wybiegłam pełna smutku i żałości. Biegłam przed siebie, nie patrząc na kolegów, którzy grzecznie się ze mną przywitali.

10. Oboje w trudnej sytuacji

podałam dla was tytuł kolejnego rozdziału ;)) jutro nie mam zajęć z panią od muzyki bo zachorowała ;) wiec zajrzę tu JUTRO :DD hyhy PRZEPRASZAM ZA BŁEDY ORTO. MAM NADZIEJĘ, ŻE PODOBA SIĘ TO, ŻE TRZYMAM W NAPIĘCIU XD A JEŚLI NIE TO MUSICIE CZEKAĆ Z NIECIERPLIWOŚCIĄ  na nexta ;p

Jako Czkawka

Ty nie wiesz co to znaczyć tęsknić. Nie wiesz co to samotność, strach lub cierpienie. Zostałem dziś dodatkowo wybiczowany, ale i tak nic nie powiedziałem. Po moim rozbiciu się w lesie straciłem dużo krwi, przez co jestem osłabiony i lekko niemrawy. Wtrącono mnie do malutkiego lochu. Nie ma tu ławki ani niczego co by poprawiło mój humor. Chcę uciec ale nie wiem jak. Zagrozili, że jak im nie ujawinię wszystkich informacji, których żądają to zrobią coś złego Szczerbatkowi. Tego też nie wiem gdzie jest, na pewno go przenieśli, tak jak mnie. Rozejrzałem sie po całkiem ciemnym lochu. Nie ma tu ani na korytarzu nawet najmniejszej pochodni. Czuję się tak źle. Słonce i ciepłe łzy nie oddają tego uczucia boleści i cierpienia, na które jestem wskazany. Usiadłem pod nieruwną ścianą. No i co ty zrobiłeś Czkawka? Może lepiej by było zostać na tym zakichanym. Ał. Ała. Nie mogę. Położyłem się na ziemi, zwijając się z bólu. Zacisnąłem ręce w pięści, lecz to nie pomogło uspokoić mojego bólu. Świat, a najbardziej mój umysł zaczął bez celu wirować. A ja się tak bałem. Bałem, że to koniec. Że już po mnie. Że nie będę mógł sie zemścić na nim. Na Drago, tym potworze.

Jako Astrid

Siedziałam pełna smutku. Na kamieniu. W moim i chyba nie tylko moim ukochanym miejscu. Nie mogę sobie tego wyobraźić, że tę jedyną rzecz, którą ceniłam jak najdroższy skarb ktoś zniszczył. Ten topór był dla mnie bardzo ważnym i miłym prezentem. Nawet jeśli Pyskacz go naprawi nie będzie taki sam. Otarłam łzę z policzka. Spojrzałam w niebo sama nie wiem kiedy zrobiło się ciemno. Lecz nie mam ochoty wracać. Wolę posiedzieć sama. To dziwne, ale gdy tu jestem nie czuję się samotna. Tyle rzeczy mi się tu udało rozgryść, że naprawdę to dziwne. Wszystko co czuję, ze mnie ulatuje i jestem wolna.

- Głupek, debil - mówiłam do siebie - daje mi prezent i jeszcze nie osobiście, bo ucieka, i zostawia to wszystko i gdzieś sobie idzie. Zostawia przyjaciół i rodzinę. - mruczałam pod nosem. Ale dlaczego go obwiniam? To nie przez niego to się stało. A ta ucieczka to przez nas wszystkich. Szczerze mówiąc to wiekszość już zapomniała o prawowitym następcy Berk. Ale ja nie potrafię zapomnieć. Czy wszystko sie na mnie uwzięło. Ja akurat ja, nie mogę sie pogodzić z tym, że go nie ma? Wybrano akurat Astrid Hoferson - nie moze pogodzić sie, że najgorsza ciamajda z Berk uciekła samowolnie. Co ja wygaduję? Rozryczałam się już na dobre. Rozpuściłam warkocz by zacząć go robić jeszcze raz. Oh, Czkawka wróć. Bez ciebie jest nam nudno. Nie mamy komu dokuczać. Nie ma kto robić tak świetnej broni. Podniosłam głowę w górę. Ciemne niebo przecięła spadająca gwiazda. Teraz życzenie. Szybko.

- Chcę by tu wrócił. Proszę

Jako Czkawka

Oddychałem świeżym powietrzem przez mały otwór w ścianie, którego nie można nazwać oknem. Moją uwagę przyciągnął spadający obiekt. Gwiazda. Dawaj stary teraz życzenie. Zanim zniknie.

- Chcę wrócić do domu - wyszeptałem ledwo. To naprawdę dziwne życzenie, ale tak bym chciał ujrzeć tych wszstkich mieszkańców, którzy na pewno się zmienili, zapewne na gorsze. Nie że chcę tam zostać bo bym nie umiał, nie potrafił. Nie wybaczyłem im niczego, nikomu. Chcę tylko tak z ciekawości ujrzeć to miejsce. Uśmiechnąłem się. I tak się nie spełni. Zsunąłem się po ścianie i usiadłem skulając sie jak małe dziecko. Zamknąłem zapłakane oczy.

Jako Astrid

Zamknęłam zapłakane oczy.

Jako Czkawka

Nagle przeszedł mnie zimny, ale przyjemny dreszcz. Moja wyobraźnia, ukazała mi wielkie niebieskie i zapłakane oczy. Później dziewczynę, która siedzi na kamieniu i płacze. Jest chyba taka jak ja? Smutna.

Jako Astrid

Smutek ogarnął mnie całą. Nie wiem kiedy ujrzałam, pięknie zielone oczy. Były smutne i szukały pocieszenia. Na pewno ja nie jestem aż tak smutna. W tych zielonych oczch widziałam także  cierpienie i ból. Później ukazała mi się postać siedząca przy ścianie. Płacząca cicho. Też zaczęłam płakać z nim. Na jego dłoni zauważyłam czerwony kolor. Krew? przeraziłam się. Istnieją na pewno osoby, które są w gorszej sytuacji niż ja.

Jako Czkawka

Mam już dość tych przepowiedni. Co one znaczą?! Głowa mi od nich pęka.

Smoczy Jeźdźiec. Piękna dziewczyna. Twoją największą bronią będzie uśmiech. Niedługo natkniesz sie no coś z czym będziesz musiał sie zmierzyć. Drago. Jakaś blondyneczka, o niebieskich oczach. Jakiś las w snach? Matko co to ma być? Przeznaczenie żeby zjednoczyć ludzi i smoki? To nie do wykonania. Przepraszam ja nie dam rady. Nie nadaję się. Ufff... dobra muszę. Z kieszeni wyciągnąłem nóż.

- A więc. - szlochałem cicho - Szczerbatek, będę tęsknił. - mówiłem przez łzy - byłeś dla mnie jak brat, jak rodzina. Dziękuje ci za to. I przepraszam za to co zrobię.

Jako Bert no wiem super imię ( strażnik)

Przechodziłem właśnie obok celi tego Smoczego Pana, miałem dla niego kolację bo Drago rozkazał trzymać go przy życiu. Widok, który ujrzałem był przerażający. Na środku tej małej celi leżał ten chłopak. Był cały zakrwawiony. Leżał na boku z bardzo poważną miną. W pewnym momencie z jego dłoni wypadł nóż, którego nie zauważyłem. Przestraszyłem się nie na żarty. Jedzenie rzuciłem na  bok. Chwyciłem klucze i zacząłem szukać właściwego. Cały czas zerkałem czy przypadkiem się nie rusza, ale nie dawał znaków życia. W końcu znalazłem właściwy klucz. Wszedłem do środka. Sam już nie wiedziałem co robić. Stanąłem jak wryty. Patrzyłem ze współczuciem na tego chłopca, który przez naszego pana sam zadał sobie najgorszy wyrok. Wyszedłem z celi by powiadomić resztę i samego Drago, o tym co się stało. Zapaliłem pochodnię i szybkim krokirm podążałem do głównego wejścia do sali jadalnej.

Jako Astrid

kilka minut wcześniej

Nie, nie człowieku co ty robisz? Nie. Nie! wydarłam się jak najgłośniej potrafiłam. Zielone oczy momentalnie się zamknęły a jego brązowe włosy opadły mu na twarz. Upadł na ziemię, oddychając minimalnie. Zaczęłam się trząść. Ostatnie co ujrzałam przed sobą to, jak leży na podłodze z kamienia. Wokół niego jest krew a w dłoni trzyma już niewładnie nóż. Którym sam zadał sobie żmiertelny cios. Zamrugałam i po chwili obraz zniknął. Rozejrzałam się przerażona wokół. Byłam na kamieniu. Siedziałam, a getry miałam całe mokre od łez, żalu i smutku. Cienie drzew straszyły mnie nie na żarty, po tym co ujrzałam. Ten. On tak jakbym go znała, ale nie wiem skąd. Nikogo mi nie przypomina. Ale gdy widziałam jego oczy, takie zielone i pełne smutku, czułam, że ja go tak znam, tak dobrze znam. Zamyśliłam się nad tym co przed chwilą się wydarzyło. A może to było naprawdę? A może to dopiero będzie? Za co on tak postanowił się skrzywdzić?

- Za co ? - szepnęłam, szlochając w pusty, smutny tak jak ja las.

11. To nie koniec

Jako Bert ;)

Wszedłem do sali. Każdy na mój widok zrobił dziwną minę. Byłem zdyszny i czerwony. Spieszyłem się. Drago już chciał na mnie warknąć, ale podszedłem do końca długiego stołu przy którym siedział. Ukłoniłem się w pół.

- Wielki o panie mam złe wieści - powiedziałem. Reszta strażników oraz tych co podają jedzenie patrzyli z zaciekawieniem.

- Jakie - ( i odgłosy mlaskania ) - mów - rozkazał, wycierając ręce, po kolacji.

- Oh Panie, chłopak nie żyje - momentalnie nastała cisza

- Co ? - zapytał zdenerwowany

- No tak, tak mi się wydaje - wstał zły od stołu odepchnął kucharzy na bok

- Prowadź - warknął do mnie. Zacząłem wyprowadzać nas z sali, a reszta patrzła ze smutkiem, radością lub zainteresowaniem za nami.

- Ale jak? Nie pilnowaliście go ?! - zapytał, gdy szliśmy korytarzem do jego celi

- Nie kazał pan nam do niego na razie przychodzić, żeby się wystraszył - odpowiedziałem cicho

- Ja tak kazałem ?

- Tak - przytaknąłem.

Jako narrator

Jestem :D ale nie na długo więc dzisiejszy next będzię, krótki :( no cóż dziś świeto i nasi bliscy zasługją na uwagę ....

Drago i jego strażnik weszli do ciemnej celi.

- O - wydukał tylko Drago. Miał takie plany, takie plany by zawładnać smokami by nauczyć się ich tresować. Od Smoczego Jeźdźca chciał te informacje, no wygląda na to, że ich nie dostanie.

- I co teraz, panie ? - rozległo się głuche pytanie Berta po pustce, którą powinien cały czas dokuczaniem przerywać Czkawka.

- Mam jeden pomsł - mruknął Krwawdoń cicho.

Pomysły złych ludzi i do tego szalonych są dziwne i lekko bez sensu. No ale cóż tego nie zmienimy.

Drago i jego straże pożegnali

Nocną Furię i Pana Smoków. Na zawsze? Nie. Nie na zawsze.

Minęło 3 dni

piszę nadal jako narrator Szczerbatek pilnował wiernie swojego Jeźdźca z nadzieją, że otworzy zielone, zawsze pełne radości oczy. Płynęli oboje łodzią w nieznane. Szaleniec tak pozegnał sie z nimi, wysyłając ich w rejs. Z pierwszymi promieniami słońca stał się cud. Druga szansa od bogów dla młodego chłopaka. Gdy promienie słoneczne oświetliły jego twarz, zaczął lekko poruszać klatką piersiową. A krew znów ruszyła żwawo do przodu, pulsując radosnym rytmem Jeźdźca. Smok patrzył na te drobne zmiany pełen radości. I stało się to na co Nocna Furia czekała już kolejny dzień. Jego pan otworzył swe oczy. Patrzył w chmury, po czym uśmiechnął się rumianie. Szczerbata Mordka liznęła delikatnie jego dłoń. Jeźdźcowi udało się wyszeptać.

- Jak dobrze znów cię zobaczyć - i posłał przyjacielowi największy uśmiech na jaki było go w tej chwili stać. Chłopak oddychał silnym tchem, był pełen snergii i życia. Ku zaskoczeniu smoka, wstał. Otworzył szeroko oczy i jęknął coś zdziwiony. Podniósł, czystą :0 koszulkę do góry. Spojrzał na brzuch. Nie było ani śladu jego śmiertelnej rany. Zaczął szukać ran na plecach, przy tym uśmiechał sie pod nosem z niedowierzeniem. Na plecach też nic a nic nie znalazł. Podszedł do burty od strony przy, której słońce oświetlało cały już statek, klękanął i powiedział skromnie i radośnie.

- Dziękuje - a jego słowa poleciały z rześkim rannym wiatrem do góry, niosąc pełną dumy wieść, że wielki Pan Smoków ma do wykonania jednak swą misję i nic nie może mu teraz przeszkodzic. Nawet śmierć.

Jako Czkawka

Nie docierało do mnie to co się stało. Gdy zamykałem oczy zanim znalazłem się tu, na statku, żałowałem swojej decyzji i tego, że nie mogę jej zmienić. Jednak bogowie mają mnie w opiece.

- No chodź tu - powiedziałem, klękając. Nie trzeba było tłumaczyć Szczerbatkowi o co chodzi. Rzucił się na mnie i zaczął mnie lizać jak szleniec. Dobrze, że nie jestem jakiś obolały, po tym ataku mojego przyjaciela będę.

- Weź, weź to się nie spiera ! - zaśmiałem się, głaszcząc energicznie smoka. Tak się cieszę, że go mam. Chwila może polecimy?

- Wrauu - pokazał mi swój ogon.

- Cholera - powiedziałem pod nosem, za co mój smok strzelił mnie uchem w policzek.

- Dobra nie będę klnął - mruknąłem. I co teraz, nie mamy dla ciebie lotki stary.

C.D.N. :( sory, że krótki ale same konkrety nie ? ;p xD muszę przyznać, że mnie zaskakujecie motywacjami przez co jednak ożywiłam Czkawkę ( miał być ożywiony później ale mam nową fabułkę ;) wiecej akcjii ) <3

O ludzie obejrzałam dzis 1 i 2 część JWS i jestem pełna weny ! :)  jakby ktoś chciał jws2 w pl to na    cda.pl za darmo i wgl ;D

Jako Czkawka

- Nawet nie wiesz jaki jesteś wspaniały przyjacielu, nikt nigdy mi ciebie nie zastąpi. Jesteś dla mnie wszystkim, i obiecuję, obiecuję, że już tak nie bedę robił. - przytuliłem go po raz drugi. Tak się cieszę, że żyję. Oparłem się o burtę statku i patrzyłem na horyzont.

- I gdzie teraz ? - pytanie, na które, mój przyjaciel ryknął cicho.

- Ta - mruknąłem - najlepiej byłoby znaleść jakąś wyspę. Prawda ? - usiadł obok i mruczał coś. Hmm ok. Wyjąłem z torby z pod jego brzucha : notes i moje notatki. Usiadłem przeglądając powoli kartki. Uśmiechnąłem się na mój kochany projekt. Strój do latania. Oraz lotka. Spojrzałem na szkic i na potrzebne nam rzeczy do jej wykonania. Strój to kiedy indziej teraz ważne jest to, żebyśmy mogli stąd uciec. Chcę planować zemstę. Zemstę i coś żeby uratować wszystkie smoki, które są zabijane i krzywdzone, na wszystkich wyspach. Nie mogę do myśli dopuścić, że te wspaniałe zwierzęta, czyli np. mój nalepszy przyjaciel, ehh że ktoś robi im krzywdę.  Nie mogę na to pozwolić. Czas by ludzie wzięli mnie na poważnie. Czas zrobić coś żeby zaczęto mnie się bać.

-  Czekaj ... mordka co to ? - zmróżyłem oczy. Podskoczyłem, łapiąc w ręcę liść.

- Tak! Szczerbatek wiesz co to znaczy ?

- Wrauu ?

- Już niedługo znajdziemy jakąś wyspę - podskoczyłem radośnie. Zszedłem pod pokład tego statku. Zaskoczyłem się. Korpus lotki. Ja to mam szczęście, teraz tylko jakiś materiał i już. Można lecieć. Wyszedłem spod pokładu. Słońce oślepiło moje oczy.

- Patrz, patrz co mam ! - Szczerbatek, leżał na jasno-drewnianym pokładzie do góry brzuchem i wygrzewał się na słoneczku.

- Twoja lotka - wyjąłem niespodziankę zza pleców. Smok usiadł i uśmiechał się.

- Taa i jeszcze jakiś materiał by się przydał -

Jako Astrid

Już niedługo. Smocze Szkolenie. Będę najlepsza. Ale pasowałoby jeszcze mieć broń. Pyskacz obiecał, że topór naprawi na następny tydzień. Przynajmniej jedna dobra wiadomość.

- A to za całą resztę - i przydzwoniłam Sączysmarkowi w łeb. Klapnął na tyłku aby zagrzmiało.

- Hahaha - reszta i ja się śmialiśmy głośno. Akurat od godziny 7 sprzątamy i naprawiamy zniszczone rzeczy po wczorajszym ataku smoków.

- Dzieciaki - powiedział głośno wódz. Rzuciliśmy na bok ciężkie drewniane pale. Stanęliśmy na baczność. Sączysmark wygrzebał się z kurzu i brudu. Stanął szybciutko obok.

- Tak ? - zapytałam

- A więc - zaczął

- O może znaleźli Czkawkę... - zaczął Mieczyk trząść się ze śmiechu

- O i, i musimy się go znów pozbyć ? - zapytała Szpatka. Zakryłam sobie twarz. Ale oni głupi. Serio aż mózg z ich głupoty boli.

- Nie weźcie, dajcie dokończyć wodzowi - powiedział dumnie Śledzik

- Dziękuje, Śledzik - pochwalił naszą chodzącą Smoczą Księgę, Stoik.

- A więc. Rzucajcie te pale i płyniemy na inną wyspę. - że co? Po co ? - zapytałam

- Macie uczyć sie z innymi dzieciakami na Smoczych Szkoleniach, tylko po prostu gdzie indziej. Będzie większa konkurencja. I tam smoki rzadziej atakują. Po zaszczycie zabicia smoka, wróciecie do domów.

- Jaka to wyspa ? - zapytał Smark

- Wyspa Gór - powiedział wódz uśmiechając sie na znak zachęty.

- O to świetnie ! Kiedy płyniemy ?  - zapytał Mieczyk

- Jutro wieczorem. A więc rzucać to i szybko pakować się.

- A na ile tam zostaje ... - zaczęła Szpatka

- Na miesiąc. Wódz was tam przyjmie z radością. A od czego to zależy?

- Eee no na przykład od tego ile ciuchów wziąść - powiedziałam patrząc na miny kolegów.

- Haha no chyba że tak. No muszę wracać do moich zajęć. Do zobaczenia. - pożegnał się z nami Stoik.

- Wow ludzie wbijamy na Wyspę Gór - powiedział zachwycony Sączysmark

- I ? - zapytałam

- A słyszałaś o Smoczym Jeźdźcu ? - zapytał Śledźik uśmiechając sie krzywo

- Coś obiło mi się o uszy - mruknęłam. No ba, że słyszałam ale to chyba tylko bujdy.

- No wiec ponąć, ostatnio tamtędy przelatywał - powiedział Jongerson krzyżując ręce na piersiach

- Ostatnio czyli ? - zapytałam

- Eee ze dwa miechy temu - no właśnie. Przewróciłam oczami, i zaczęliśmy zmierzać do swoich domów.

Jako Czkawka

Po długim rejsie, bez jedzenia i picia, w końcu dobiliśmy do małej wyspy. Nie mieszkają na niej ludzie. Nie ma na to miejsca. Hmmm? Smoki, rzuciły mi się tylko dwa Śmiertniki Zębacze w oczy. Z pomocą Szczerbatka, przycumowałem łódź do brzegu. Przywiązaliśmy ją grubą liną do drzewa, które rosło dosłownie na plaży. Wszedłem jeszcze raz na pokład, po torbę i lotkę, o której zapomniałem.

- No czekaj no ... - mruknąłem do smoka by czekał cierpliwie. Zszedłem pod pokład i zabrałem jakąś szmatkę. Czerwona, hmm mój ulubiony kolor zaraz po czarnym. Wyskoczyłem ze statku, prosto w ciepły piach.

- Głodny ? - kiwnęliśmy oboje głowami na tak. Wiecie łowienie ze smokiem to nie łatwe zajęcie. Ale po godzinie podzieliliśmy się, ja usmażyłem przy ognisku 2 ryby, a Szczerbatek wciągnął od razu 6 grubych sztuk. Co to? Za plecami usłyszałem jakieś odgłosy.

- Spokojnie. Zostań, Szczerbatku zostań - pokazałem przed smokiem rękami na znak pozostania na miejscu. Posłał mi zmartwione spojrzenie, swymi zielonymi oczami. Zabawne ma taki sam kolor oczu jak ja.

- Zobaczyłem przed soba dziwną postać. Zza jej pleców wyskoczył pomarańczowy, wielki, większy od Szczerbatka smok. Cofałem się szybko do tyłu. W końcu znalazłem się u boku mojego przyjaciela.

- Kim jesteś ? - zapytałem głośno.

- Drago ? - pokiwała głową na boki - jeden z jego strażników? - dostałem znak na migi, że nie. Podchodziła do mnie dziwnie się nachylając.

- Ej ej zostaw co, co ty robisz  ?!  - wrzasnąłem przerażony. Dłonią uśpiła mojego smoka. Klęknąłem przy nim płacząc.

- Zabiłeś go ? - zapytałem  z nadzieją, że to nieprawda. Pokiwała radośnie głową na boki.

- A więc kim jesteś ?! - krzyknąłem wstając od mojego nieprzytomnego przyjaciela.

- Kim i czego chcesz ? - zapytałem cicho i smutno. Otarłem swoje łzy. Smok o tej wspaniałej, rzadko spotykanej barwie podszedł do postaci, bliżej. Oboje świetnie kontrastowali w zielonym lesie, który rósł obok plaży. Czyli miejscu przy, którym się ze Szczerbatkiem rozbiliśmy.

- Powiedz, proszę - powiedziałem cicho. Patrzyłem uważnie na to co robi. Zaczęła podchodzić do mnie bliżej. Wystraszyłem się ale ufff. Wyciągnęła rękę w moją stronę. Odsunąłem się odruchowo. W końcu przyłożyła dłoń do mojej brody.

- Czkawka ? - zapytał żeński głos

- Czy ja cię, czy my sie znamy ? - Poczułem, że mój smok przyłożył pysk pod moją dłoń.

- Nie - powiedziała i zdjęła z głowy tę dziwną maskę. - Ale matka nigdy nie zapomina - że co, że kto

- Co ? - wyszeptałem z niedowierzaniem - Jak mogłaś. Ja myślałem, że ty nie żyjesz, dlaczego nas nie szukałaś. Co ? - wrzasnąłem

- Czkawka zrozum bałam się wrócić - zaczęła

- Wiem coś o tym - odwróciłem sie i usiadłem na jakiejś kłodzie.

- Nie rozumiem - powiedziała siadając na drugim końcu naszej "ławki". Przed sobą położyła kij, którego wcześniej nie zauważyłem. Stuknęła nim, po chwili i jej smok usiadł obok niej tuląc sie mocno. Patrzyłem na nich z radością. Mój smok nie chciał być gorszy i położył się przy moich nogach.

- Nie wiem, czy mogę sie z tobą tym podzielić - mruknąłem naprawdę cicho

- Wiesz, wiem, że to dla ciebie dziwne, ale ja jestem twoją mamą i jeśli chcesz będę twoją przyjaciółką. Mów śmiało.

- No więc, ja już nie nie mieszkam tam - patrzyła na mnie zaciekawiona. Już wiem po kim mam takie oczy, no i włosy.

- Dlaczego synek ?

- Nie chcieli mnie tam, zrozum nie mogę, nie chcę im powiedzieć, że...

- Smoki to nie są złe istoty stworzone do zabijania ? - chyba wyczytała mi w myślach

- Tak! Dokładnie, ale mnie tam nikt nie słucha i nie chce

- Jak tak można ? - szepnęła w jej oczach zauważyłem smutek

- No tak jakoś na mnie sie trafiło - zaśmiałem się. Spojrzeliliśmy na siebie równocześnie. Ja się usmiechnąłem przez łzy a ona patrzyła zachwycona na mnie.

- Wiesz to jak na ostatnie dni za dużo. Zabiłem sie a teraz odnajduję mamę, o której myślałem, że nie żyje

- Że co, zabiłeś się ? Nierozumiem

- Ja też, heh. Ale czekaj ja chcę wiedzieć. Najpierw mi wytłumacz, gdzie byłaś przez te lata gdy potrzebowałem matki, gdy każdy się ze mnie wyśmiewał a ja potrzebowałem się przytulić co?

- Ja Czkawka, chciałam wrócić ale myślałam, że dasz radę beze mnie. To on - wskazała ręką na swojego smoka - mnie chyba wybrał. Jestem przyjacielem dla wszystkich smoków. Moje zadanie to ich chronić. Nie chciałam wracać na Berk - i ta nazwa ... - Wolałam sie zająć smokami, które mnie potrzebowały. Tęskniłam za tobą najbardziej. - zączęła na mnie cały czas patrzeć - wyrosłeś nie do poznania. Wysoki, śliczny i tak podobny do mnie. Na reszcie jest któś kto widzi to samo co ja w smokach

- Przyjaciela - powiedzieliśmy równocześnie

- Widzisz! Nie dziwię się synu, nie pasujesz do nich. Jesteś taki jak ja. Tak sie cieszę, ze cię znalazłam - wstała szybko i klęknęła przede mną,przytuliła mnie do siebie. Oboje się rozpłakaliśmy.

- Nie sądziłam, że cię kiedyś jeszcze ujrzę - powiedziała przez łzy

- Ja, ja też - wydukałem, płacząc z radości

- Ile to ty kochanie teraz masz lat, co ? - zapytała radośnie, głosem który ukoił moje złe wspomnienia

- 14 - odpowiedziałem

- Kawał chłopa ! - powiedziała, chwytając mnie za ramiona. Potrząsnęła mną lekko

- No tak jakoś wyszło - zachichotałem. Mama wstała i podeszła do Szczerbatka

- Mogę ? - zapytała. Popatrzyłem w oczy Szczerbatka. Kiwnąłem do mamy na zank, że może.

- Ooo chyba ostatni z gatunku - powiedziała głaszcząc go pod brodą

- Nie wiem ... - mruknąłęm

- Hmmm ma tyle lat co ty ! - powiedziała szczęśliwa

- Wow - wyszeptałem cicho

- Widzisz twój smok jest wyjątkowy, chyba tak jak cała nasza czwórka - powiedział patrząc na swojego smoka

- Czy on ? - zacząłem

- Tak chyba, też ostatni z gatunku - zaśmiała sie, a jej smok jak na zawołanie podbiegł radosny i zaczął się łasić.

- Mam kolejne istotne pytanie - oznajmiłem troszke zawstydzony

- Mów, mów - powiedziała szybko i energicznie

- Gdzie ty mieszkasz?

- Właśnie, polecisz ze mną ! -wrzasnęła głośno

- Chciałbym - pokazałem na ogon Szczerbatego.

12. Nowe życie, życie z rodziną

Jako Czkawka

- Kto to zrobił ? - zapytała oburzona. Pogłaskałem  Szczerbatka za uszyskami.

- Eh, wiesz no - zacząłem rozglądać się po wszystkim. Drzewa, piach, gasnące ognisko, chmury, słońce no i w końcu mama - wstyd ale to ja go zestrzeliłem, przez co stracił lotkę. - patrzyła z pocieszeniem na mnie. Odszedłem trochę od naszej czwórki w stronę ogniska. Wziąłem popsutą lotkę. - Drago nam troszkę zepsuł plany - pokazałem podziurawioną lotkę

- Twój pomysł ? - zapytała radosna jak skowronek

- Tak, jest do tego siodło - pokazałem na grzbiet smoka -  kieruję nogą by zmieniać rozpiętość lotki. Tylko, że niezbyt to wytrzymałe. - zacząłem mieć wyrzuty sumienia - Gdybym, gdybym cię wtedy nie zestrzelił to ...

- Byś go nie poznał - nie to miałem na myśli, ale pocieszyło mnie to

- Dzięki, wiesz jesteś najlepsza - Szczerbatek podciął mi nogi i klapnąłem na tyłek - oczywiście, że zaraz po tobie kochany - zaśmialiśmy się

- Synu, chodź ze mną, pomgę ci z twoim smokiem i chodź ze mną

- Wiesz i tak nie mam domu więc ...

PicsArt 1414938700663

- Więc możesz zamieszkać ze mną !

Mija 2 LATA :) :o

Jako Czkawka

Hej, to ja Czkawka. Mam 16 lat i jestem najweselszym chłopakiem na ziemi. Moje życie z mamą jest wspaniałe. Mieszkam razem z nią w Smoczym Sanktuarium.  To miesjsce, w którym wszystko jest pięknie na swoim miejscu. Wiele się zmieniło odkąd postanowiłem mieszkać z nią. Nauczyłem sie porozumiewać ze smokami nie rozmawiając z nimi. Znam wszystkie gatunki i informacje na ich temat na  pamięć. Razem z matką wymyśliliśmy różnorodne znaki na migi, dzięki, którym szybko porozumiewamy się między sobą. Smoki to nasi najlepsi przyjaciele. Prowdzimy różne wyprawy i patrole, by chronić smoki. Z pomocą mamy zrobiłem to co tak chciałem. Swój strój do latania wzorowany na Szczerbatku xD ( szczególnie hełm ) oraz akcesoria dla Szczerbatka. Może latać bez mojej pomocy. Do swojego stroju  także hełm by nikt mnie poznał, dzięki temu zachwowuje anonimowość tak jak mama. Jestem wysoki i także mam dobrą kondycję. Mama śmieje, sie że nie wie skąd mam tyle siły w sobie żeby, w walce na miecze z dorosłym wikingiem wygrać. Co prawda mięśni w barkach i rękach nie mam, ale mam siłe taką wewnętrzną, która daje mi moje wielkie możliwości. Nie natknęliśmy sie na Drago ani na wrogów tego typu. Święta spędziliśmy w swoim towarzystwie naprawdę miło. Tak się cieszę, że ją zanalazłem. Nauczyła mnie całej swojej wiedzy o smokach, przy okazji poznałem ją. Ona też mnie, nie mamy rzadnych tajemnic przed sobą. Wie o mnie wszystko, wszyściutko. Nawet o moich snach, które jak do tej pory się nie dają we znaki. Wynaleźliśmy razem wiele pomocnych nam rzeczy. Ja naprzykład mam miecz, który płonie oraz bardzo ciekawe kule. Rzucasz taką i gdy spada na ziemię zapala się i przy okazjii wybucha. Szczerbatek zmienił się wraz ze mną nie do poznania, łaczy nas taka wspaniała nierozrywalna więź. Więź przyjaźni. Tyle razy ryzykowaliśmy życia dla siebie. Już chyba na każdej wyspie oprócz Berk, przełamałem sie i wymawiam tę nazwę, wiedzą teraz o dwójce jeźdźców. Taka to jest niesamowita rzecz. Codziennie patrzeć na wolne smoki, którym pomagamy. Oswajamy je i tresujemy. Ach, zamaskowani jeźdźcy z czego jeden to kobieta śiejący postrach. Po prostu kocham to. Czy może być coś lepszego. Nie, zakład, że na tym Berk jest beznadziejnie nudno? U mnie cały czas coś dzieje. Przeżyłem już wyklucia smoków, starcie z Wandersmokiem oraz z Drzewokosem. Te starcia zakonczyły się tresurą hyhy. Tak oto minęły w skrócie dwa lata z mamą.

- Idę - powiedziałem ziewając

- Zaczekaj na mnie, snek nie jestem taka szybka jak ty - powiedziała za mną Val

- Haha starość nie radość -  mama zrobiła obrażoną minę

- Nie mądraluj się synek, lecimy, bo trzeba pomóc

- Gdzie tym razem ? -zapytałem, poprawiając zbroję

- Wyspa Glom, zabawne pięć wysp od naszego kochanego Berk

- Tak zabawne, że boki zrywać - zakpiłem pod nosem.

- Nie zapomniałeś o czymś ? - zapytała machając moim hełmem. Rzuciła mi go. Złapałem i założyłem go na głowę.

- Dzięki - powiedziałem, wsiadając na Szczerbatka

- Nie ma za co -jednak jest szybka. Z pomocą swojego, super, mega kijka wskoczyła na Chmuroskoka. No to dwaj jeźdźcy gotowi do wymarszu. Na ratunek kolejnym smokom!

Jako Astrid

Hej to ja. Astrid. Astrid Hofferson. Mam już 16 lat.  Znowu wróciłam do moich krótszych włosów. Jestem wyższa i przy okazjii silniejsza. Po powrocie z Wyspy Gór razem z resztą walczymy ze smokami. Niestety żadnemu z naszej wyspy nie przypadł zaszczyt zabicia smoka, chłopak z tamtej wyspy wygrał sobie ten zaszczyt. Ale nie ma tego złego, teraz my będziemy patrzeć na młodsze pokolenia walczące i uczące się na Smoczych Szkoleniach, które odbywają się już u nas. Moi kumple nie zmienili się za specjalnie. Tylko wzrostem, a charaktery cały czas te same. Z resztą jak reszta wyspy. Nadal bezuczuciowi na punkcie ucieczki Czkawki. Tak bardzo chciałabym go zobaczyć, jeśli w ogóle żyje. A jeśli żyje, to gdzie jest i co robił przez te wszystkie lata? Tak mnie to dręczy. Szczerze to jego notatki znam prawie na pamięć, są takie mądre i pouczające. Nawet dorosłego nie stać by było na tak piękne słowa. Codziennie mam głowę w chmurach i to z jego powodu, mam takie dziwne  przeczucie, że on. Że on jednak żyje. Z tych chmur wyrywają mnie codzienne obowiązki, którymi trzeba się zająć. Szpatka nadal jest moją najlepszą kumpelą, wybaczyłam jej to, że pożyczyła mój topór bez pytania. Wiem, że Pyskacz starał się jak mógł by go naprawić, ale i tak nie przypomina jego orginalnej wersji. Szkoda.

- Ile można na was czekać ? - zapytał Sączysmark sterczący z chłopakami pod drzwiami, gdy ja i Szpatka wiązałyśmy mi włosy. Czekali chyba na nas minutkę. Wyszłyśmy na dwór. Nie było pochmurnie, było nawet dość ciepło. Ucieszyło mnie to lubię ładną pogodę. Słońce co prawda chowało się ciągle za białymi obłoczkami, ale chodzi tu tylko o to, że jest ciepło. Spojrzałam wreszcie na czekających. Mieli jakieś takie nie przytomne minki.

- Co ? - zapytałam, podpierając ręce na biodrach. Sączysmark zamrugał i się wyprostował.

- Nic. Ale opłacało się czekać. - powiedział rozmarzony.

- Ehh - westchnęłam. Ten nadal myśli, że ma u mnie jakieś szanse. Już Mieczyk jest lepszy od niego, bo nie zawraca mi gitary cały czas. Ale to dla mnie tylko przyjaciele. Nic więcęj, i niech tak na razie zostanie.

- Chodźcie, dziś będa Smocze Szkolenia - powiedział Śledzik

- Tak ! - krzknęła Szpatka. Uwielbiamy patrzeć na młodszych, gdy uczą się i walczą. Przypominają trochę nas. A więc cała nasza piątka ruszyła w stronę Areny. Rozmawiając przy tym i się śmiejąc.

13. Zostaw tego smoka

Jako Czkawka

- No proszę - zacząłem

- Nie - odpowiedziała mama znudzona cały czas moimi błaganiami

- Proszęęęę

- Nie

- PrOsZęęĘ - wiem, że nie wytrzyma i mi pozwoli

- Dobra, ale za chwilę lądujemy i masz wrócić - powiedziała cicho. To przez maskę.

- Tak ! - wrzasnąłem wesoły. Klepnąłęm Szczerbatka w głowę. I już nas nie ma. Zaczęliśmy nasze poranne wariacje.

- Łuhuhuhuuu ! - powiedziałem, skacząc z grzbietu Nocnej Furii.

- Tak ! - machnąłęm do smoka, lecącego na przeciwko mnie. I chopsa. Rozłożyłem skrzydła i lecieliśmy w lini prostej, przecinając pojedyncze chmurki. Dobra zaraz trzeba wracać do mamy. Lecimy na Glom. Zobaczyć czy są może jakieś smoki, które potrzebują pomocy czy ratunku. Bez różnicy. - Szczerbatek - smok po chwili znalazł się koło mnie, bym mógł na nim znowu zasiąść. Łiii .

- Chodź, wieczorkiem polatamy Mordko

- Wrauu - odpowiedział przytakując. Wrzuciliśmy najszybsze tempo. Obraóciliśmy się wokół własnej osi i zatarasowaliśmy Chmuroskokowi drogę.

- Jestem - oznajmiłem radosny

- Zauważyłam - mruknęła. Była nad czymś bardzo skupiona.

- Co ? - zapytałem lęcą teraz w jej wolnym tempie przy jej boku.

- Nic. Chyba nic.

- Czyli nic, czy chyba nic ? - ja i mój sarkazm

- Dobra zostań

- Dlaczego ? - jęknąłęm. Ejj ja kocham wyzwania i narażanie się.

- Bo tak

- Nie. Lecę z tobą - rozkazałem. Nie pozwolę, na to żeby narażała się beze mnie przy swoim boku.

- Dobra. Widzisz ? - zapytała wskazując, chpnotyzujacym kijem, na jakiś punkt na wyspie. Przybliżaliśmy sie do niego bliżej. AAA widzę, teraz widzę. Wrzeniec, płynący prosto na wyspę. Jak wyląduje na suchej plaży to po nim.

- O Wrzeniec! To ja chcę tam lecieć

- Sam ? Nie, ja będę pierwsza - krzyknęła, i zaczęła lecieć szybko w kieruku smoka, który był nieświadom drogi, którą płynął.

- Musimy ją dogonić ! - no ba. Kto by się tego spodziewał, wyprzedziłem ją ze świstem. Zaśmiałem się, dając jej znak, że znowu jetem lepszy. Smok miał nie typowy kolor. Fioletowy. Hmm ciekawy kolurek xD

- I co teraz zrobimy ? - zapytałem bo mamcia doleciała do mnie i już nie daleko oddalonego smoka. - Trzeba odwrócić jego uwagę by zmienił kierunek płynięcia - obmyśliła szybko plan

- Ok. Szczerbatek .... - oczywiście nie pozwoliłaby nam na to, ale już nas obok niej nie było. Podlecieliśmy do długiej szyji smoka, klasy wodnej.

Ok może wejdę później i wcale nie będzie nudno. Lecimy na Berk co wy na to? Pewnie : no na reszcie XD ? Hahah dobra i jeszcze jedno proszę was o to by mi nie przesładzać, bo znam wiele innych blogów równie dobrycha albo lepszych i nie przesładzacie mi serio. Wiecie, nigdy nie byłam w centrum czyjej kolwiek uwagi ale jest mi naprawdę miło patrzeć jak z dnia na dzień jest coraz więcej komów. Kopara aż po kostki opada, dopiero 12 rozdział a tu ponad 760 kom. WTF co nie :O to znak, że wam sie chce czytać i zerkać na bloga. Danke <33

Jako Astrid

Przy Arenie plątał się Pyskacz.

- Hej, Pyskacz, zajęcia się jeszcze nie zaczęły ? - zapytałam, podchodząc do kowala

- Cześć dzieciaki - przywitał się radośnie.

- Ale dziś będzie ostatni etap szkolenia - oznajmił dumnie

- Zabicie smoka ? - zapytał Mieczyk

- Tak - odpowiedział kowal

- Ale ja tych smoków nienawidzę - warknął Smark

- Jakbym takiego miał w garści to bym se z niego buty zrobił ! - dodał szybko

- O o o ja też bym chciał nowe butki, najlepiej jakieś takie ciemne. Może z Gromogrzmota by były ? - podzielił sie tym z nami Śledzik

- A nie lepiej od razu z Nocnej Furii ? - zapytał Pyskacz.  Zaśmiali się.

- Gdyby jeszcze ten smok tu sie zjawił, to tak - powiedział przez łzy śmiechu Smark

- Wypluj w ogóle takie słowa - powiedziałam woląc go z całej siły w ramię. Chyba zapomnieli jakie spustoszenie ten smok siał na naszej wyspie.

- Przyjcie za godzinę na widowisko ! - powiedział i odszedł od nas

- Okej ! - powiedzieliśmy wszyscy równocześnie. Ale będzie, ciekawe co z jakim smokiem będzie się musiał zmierzyć wybraniec.

Jako Czkawka

I udało się!  Tak odpynął. Troche się wystraszyłem, gdy chciał nas "dziabnąć" ale sie udało. Zaczął nas tak jakby gonić i wyprowadziliśmy go w pełen ocean. Odłynął celując jeszcze na koniec w nas wrząca wodą. Udało się nam ze Szczerbem ją ominąć.

- No co ? - zapytałem patrząc na mamę , zdięła maske i patrzyła na mnie jakby ducha zobaczyła.

- Ale mi stracha napędziłeś z tym Wrzeńcem, wiesz, że dzikie smoki są niebezpieczne! - krzyknęła lekko zła i lekko wesoła. Hmm mieszanka wybuchowa.

- No wiem, wiem, ale wiesz, że .... - zacząłem, przecież nie dane mi skończyć.

- Tak wiem, " że znasz się na smokach jak ja " - zacytowała prawie tak  to co, ja zawsze mówię

- No to co wracamy - powiedziała, zakładając maskę. Coś co mnie juz wcześniej, zatrzymywało nie dawało mi w tym momencie spokoju. Muszę.

- Mamo ...

- Tak ?

- Ja mam taki szalony pomysł, który jest moim także wielkim marzeniem i już kilka lat o nim myślę, i myślę, że jestem gotowy ....

- Jakie, co ... mów - zachęciła mnie, teraz na pewno się uśmiecha

- Ja chcę polecieć na Berk - wydusiłem to z siebie. Wreszcie. Zapadła cisza. Szczerbo coś mruczał nie zadowolony.

- Wiesz, ja nigdy nie czułam potrzeby żeby tam wrócić - wymruczała wreszcie

- Ale nie nie, tak na chwilkę. Chciałbym zobaczyć jak tam teraz jest. - wytłumaczyłem moje zamiary.

- Skoro ci tak zależy. Dobra co nam szkodzi zobaczyć nasz pierworodny dom ?

- No nic ! - krzyknąłęm głośno. Uniosłem chełm do góry, twarz mi się spociła z radości, cieszyłem sie jak małe dziecko, że wracam w miejsce, z którego uciekłem.

- Ale masz zaciesz - zaśmiała się

- No wiem ! - powiedziałem. Naciągnąłem znów swój hełm by nie było widać mojej twarzy.

- Lecimy ? - zapytałem

- Tak. Ale nie rzucamy się w oczy.

- Okej. Ja polecę pierwszy ! - powiedziałem głośno i radosny jak nie wiem co. Słońce wskazywało nam kierunek a wiatr pchał nas do przodu.

Ha Mierzwiak 123 mam nadzieję, że db napisałam prawie zgadłeś serio ! Prawie!

 A więc ten oto rozdział czy to c

o napiszę poniżej dedykuję CZYTAJĄCYM, BO BEZ WAS TO NIE MIAŁO BY SENSU ! <3

Jako Astrid

IMG 225029190769305

Astrid, 16 lat

- Smark - krzyknęłam. Spojrzał na mnie przestraszony.

- Ja tu siedzę - no i BAM. Spadło mu się z mojego miejsca. Miejsca w pierwszym rzędzie. Usiadł za mną. Hah mam najlepsze widoki. Zaraz zacznie się walka. Chyba calutka wioska już sie zebrała. Serio. JA siedzę obok Szpatki a za nami chłopcy czyli : Smark, Śledzik no i Mieczyk.

- No a więc czas rozpocząć ostatni etap twojego szkolenia. Jako jedyny ze swych ruwieśników dostałeś ten zaszczyt. Dziś zostaniesz jednym z nas. Wikingiem. Niech Thor ma cię w opiece. - po słowach Stoika, zaczęły się brawa oraz wiwaty.

Db nw jak u was jest z wyobraźnią, ale dodaje wam zdięcia jakby wyglądały postacie ok? :D ale bez pomalowanych twarzy -.- ;) a więc zdięcia pochodzą,tak myślę z jakiejś takiej; krótkometrażówki ;D. Astrid ma grzywkę na bok to info dla tych mniej spostrzegawczych, jest wyższa i ładniejsza hahh. Czkawka też się zmienił ;) zdięcia pochodzą z jednego odcinka, a kilka z JWS2

IMG 277656286555365

Czkawka, 16 lat

Zdięcia Czkawki macie też w rozdziale " Nowe życie, życie z rodziną" i jakieś tam Valki. Reszta się za bardzo nie zmieni by poświęcić im jakąś szczególną uwagę ;). Co by tu dodać .... O mam!

BŁAGAM WAS  czytajcie sobie komy poprzednie pod opkiem, bo piszę często, dlaczego nie mogę, kiedy next, o której i takie tam. I nie chce mi się tego powtarzać. A tak w ogóle skąd was tu tyle ? :D kiedyś pamiętałam mniej wiecej kto  czyta a teraz tyle was tu że aż mam ochotę zjeść tęczę, z radości. Nie no żart. Nie zjem tęczy. Na razie ;)) hahah

Kofam wasz wieczie ;3 ?

Do środy :)

Jako Czawka

Czasem trzeba ryzykować, a czasem odpuścić. Ale jeśli chodzi o mnie to niestety rzadko odpuszczam. Patrząc na krajobraz myślę o tym co się zmieniło. Już z tej odległości widzę całkiem nowe domy ale również stare, w jeszcze gorszym stanie niż ostatni raz kiedy tu byłem. Port widocznie jest lekko odnowiony. Widać to po jasnych deskach i lśniących w słońcu flagach ze znakiem Berk. Trawa wydaje się zieleńsza a ocean bardziej niebieski niż gdziekolwiek indziej. Wszystko nabrało momentalnie mocnych, żywych barw, które raziły oczy. Na najwyższych szczytach wyspy widać malutkie, ale widoczne białe zaspy, które nie roztopiły się jeszcze po zimie. Na wyższych polanach pasą się owce. Lasy zrobiły się gęstsze i wyższe a otaczające je domy wydają się mi bardzo dobrze znane. Już widzę co się zmieniło, ale gdzie wikingowie, którzy zawsze plączą się bez celu po osadzie? Leciałem powoli by wszystko dobrze zobaczyć. Chowanie się z czarnym smokiem, o rozpiętości skrzydeł 14 metrów nie jest łatwe, ale daję jakoś radę. Patrzyłem ze łzami na tę część mojego dawnego domu. Czyli także wyspy, bo dom to nie tylko budynek, w którym się mieszka. Dom to wspomnienia i rodzina. Chciało mi się płakać, ale od tego zamiaru oderwała mnie mama.

- Czkawka, wszystko dobrze ? - zapytała cicho. Wiem, że jest wyrozumiała w takich sprawach. Moje serce dusiło każde słowo, które starałem się wydusić.

- Ekehh - chrząknąłem sam do siebie - tak. Jest okej. - wymamrotałem. Wraz ze Szczerbatkiem, sam nie wiem kiedy zatrzymaliśmy się w powietrzu. Patrzyliśmy, znaczy ja, na wyspę, która tak znienawidziłem a jednak, tak pragnąłem ją znów ujrzeć.

- Wiesz, myślę, że tez zauważyłeś to. Gdzie są ludzie ? - zapytała za moimi plecami.

- Może w twierdzy ? - zapytałem

- Wątpie, wtedy dzieci by zostały na zewnątrz nie sądzisz ?

- Jakby tak się nad tym zastanowić to ... - jasne! Nie ma nikogo, ani żywej duszy, pustka w sercu osady. Cisza jak makiem zasiał.

- Ostatni etap szkolenia - wyszeptałem. Wtedy przychodzą wikingowie z calutkiej wyspy by patrzeć jak walczy się ze smokiem. Potem trzeba zabić smoka. I zostajesz wikingiem. Okropieństwo, jakby tak teraz na to patrzeć.

- Czyli co ?

- Wiesz, czuję, że musimy troszkę przyśpieszyć ale chodzi tu o to, że zaraz ktoś zabije smoka ! - powiedziałem głośno.

- Skąd takie podejrzenia, jesteś pewien ? - zapytała, lekko panikując

- Tak jak nigdy, leć za mną. - rozkazałem, trochę dziwnie rozkazywać swojej matce, ale to sprawa kryzysowa.

14. Kłótnia z tatą ....

Jako Astrid

Nie no chłopak świetnie sobie radzi jak na razie. Widać, że jest wysportowany i zwinny świetnie ucieka przed ogniem i kolcami. Tak wlaczy z Śmiertnikiem Zębaczem.

- Dawaj ! Teraz ! - myślałąm, że mi uszy odpadną.

- Sączysmark, czego się tak drzesz - zapytałam, odwracając się do rzędu za mną.

- Wiesz misiaczku, kocham się drzeć, a w domu mi nie wolno - odpowiedział głośno

- Nie jestem żadnym misiaczkiem - koledzy się zaśmiali, ale zemsta musi być słodka. Z ziemi wzięłam kamyk. Rzuciłam w Sączysmarka.

- Ha ma cię cela - śmiejąc się przybiłam piątkę ze Szpadką. Obrażony utratą swego majestatu, Smark zrobił obrażoną minę i patrzył spokojnie na dalszą część walki. Tak, masz szansę młody ! Krzyknęłam, przynajmniej w myślach, nie to co niektórzy przez których idzie ogłuchnąć.

Jako Czkawka

Nie ma nic niezwykłego w tym, że znowu czuję wielką nienawiść, mam nadzieję, że zdążę.

- Widzisz, widzisz ? Mówiłem ! - wrzasnąłem, pokazując dłonią na arenę.

- Czkawka on go zaraz zabije - wyszeptała wystraszona. Popatrzyłem na leżącego smoka. A nad nim stojącego chłopca, był zmęczony i zdyszany. Aż tu słychać dopingujący tłum.

- Nie ja się nie zgadzam - powiedziałem. Śmiertnik najwidoczniej nas zauważył, bo patrzył w moje oczy prosząc o pomoc. A przynajmniej tak zrozumiałem. Widziałem w nich strach tak jak wtedy gdy chciałem zabić Szczerbatka. Przeszły mnie ciarki.

- Okej .. - zacząłem. Mama zna mnie na wylot, więc jak to ona nie dała mi dokończyć.

- Nie nigdzie nie lecisz. Jeszcze coś ci zrobią i Szczerbatkowi. Wiesz, że są nieprzewidywalni.

- Ale nie mogę patrzeć na tego smoka. Zaraz on go zabije. Proszę nie będę stał bezczynnie. Zrozum

- Wiem co czujesz, ale - zaczęła. Zrobiłem słodkie oczka.

- Dobrze ale masz plan prawda? - zapytała w końcu

- Ja zawsze mam plan - znaczy wymyślam na bierząco xD. Dodałem sobie w myślach.

- No a więc ja lecę i uwalniam smoka i próbuję ich przekonać żeby mi nic nie zrobili, a w razie czego mam ze sobą Szczerbatka, piekło ( ten, miecz ) i kilka kul. Proszę zostań jakby coś się działo, dam ci nasz znak i pomożesz zgoda ?

- Zgoda, ale uważaj na siebie proszę - powiedziała niepewnie

- Dobrze. Niee mart sie, będzie dobrze, zobaczysz - powiedziałem z iskierkami w oczach.

- Myślę, że powinieneś się pospieszyć - powiedziała stając na Chmuroskoku i patrząc, chodź nie widać jej oczu w dół.

- To moje drugie imię ! - powiedziałem śmiejąc się.

- Okej mordka, włączam atomatyczny ogon i jak dam ci znak to przylecisz. Kapujesz co nie ? - warknął radośnie na znak " TAAK". Lecieliśmy szybciej niż wiatr. Szybciej, szybciej!

- Zarycz - krzyknąłem do smoka. Musimy zwrócić na siebie uwagę.

- Wrauuuuuuu ( taki kochany przeze mnie ryk Nocnej Furii, pełen agresji ! )

- Ooo pięknie - mruknąłem.

Jako Stoik

- Nocna

- Furia !! - krzyczeli przerażeni. Mój wzrok powędrował tak jak reszty w górę.

- Zabrać młodego z areny szybko ! - rozkazałem. Do pomocy rzuciłą się Hofersonówna. Wyprowadziła osłaniając chłopaka przed smokiem. Zapadłą cisza a dziewczyna wróciła powoli na swoje miejsce. Dzieciek wrócił do rodziców. Patrzyliśmy w niebo czekając na smoka.

- Na co my czekamy Stoik ? - zapytał Pyskacz

- Ciii czekaj ...

Jako narrator

Wikingowie nie czekali długo. Sami nie wiedzieli kiedy na "dachu" areny stanęła dziwna dla większości postać, ale po smoku ani śladu. Miała na sobie ciemno-zielone spodnie. Spod skórzanej, wyząbkowanej narzutki widać było czarną koszulkę. Od kalatki piersiowej aż po szyję miała metalową, najwidoczniej lekką zbroję. Na boku jednej ręki miała czerwoną czachę. Przy lewej ręce znajdował się przyczepiony nóż.  Ręce od łokci po nadgarstki miała schowane w skórzanych nakładkach. nie ludzie nie wiem jak to w ogóle nazwać trudno opisać jego strój z JWS 2 *o* ale postaram się. Na prawej nodze w kieszeni wystawał kawałek zdobionej broni. Na głowie miała ( no bo opisuję postać więc miała ;)) hełm. Od ust w dół skórzany a w reszcie metalowy. Na hełmie były szpiczaste, wystające, przypominające łuski smoka wypustki. Każdy patrzył jak zaczarowany na zamaskowaną postać. Nieliczne osoby zauważyły wystające spod hełmu brązowe, z rudym połyskiem włosy oraz dzikie, wściekłe, bardzo wyraźiste, zielone oczy.

- Kim jesteś i czego chcesz ? - przerwał ciszę, zdenerwowany wódz.

Jako Astrid

Chłopak zaczął łazić ze swobodą po gibiącym się dachu. Wyglądało to naprawdę dziwnie i niecodziennie.

- Smoczy Jeździec ? - wyszeptałam, ale że panowała głucha cisza moje słowa rozniosły się z echem. Zamaskowany chłopak odwrócił sie szybko i spojrzał na mnie.

- Tak - powiedział. Zapadła znowu cisza. A ja wsłuchałam się w jego odpowiedź była krótka, ale za to wspaniałym tonem przesłana. A więc, Jeźdźciec nie patrzył już na mnie tylko na Stoika. Ale za to ja patrzyłam na niego czując, że go skądś może znam. Te oczy. Takie zielone i pełne determinacji. Nie boi się najwyraźniej reakcji naszego wodza, ale tylka jakie ma zamiary?

- A czego tu chcesz ? - zapytał chłopaka wódz

- Smoka - odpowiedział krótko, konkretnie i na temat. Chyba niezbyt rozmowny.

- Którego ? - zapytał rudowłosy

- Tego - warknął powoli się denerwując chłopak. Wskazał dłonią na Śmiertnika, patrzącego na niego ze spokojem jakby rzucono na niego urok.

- Po co? - znów pytania, które denerwowały coraz bardziej go

- Bo nie chcę patrzeć jak go zabijacie

- To zamknij oczy - odpowiedział Smark. Spojrzał w jego stronę, spojrzeniem od którego serce ze strachu stawało w miejscu.

- Coś mówiłeś ? - zapytał krzyżując ręce na piersiach

- Nie, nie kolega tak się wygłupia - wytłumaczyłam za tego barna za mną. Dostałam miłe spojrzenie od tajemniczego Jeźdźca Smoków.

- Wiesz, synku to moja wyspa i to wszystko jest moje i to znaczy, że ten smok też jest mój ! - powiedział także wkurzony Stoik. Nie lubi sprzeciwów.

- Twój tak? Dobrze wszystko jest twoje. - mówił zły - Tak myślisz, że nad wszystkim co twoje panujesz ? - do tego tak wyraźiście machał rękami -  A co z twoją żoną, Valką ? - zapadła cisza, a nasz wódz spuścił brwi prawie po brodę - A twój syn, którego nie chcesz, Czkawka ? Patrz nie masz ich. Widzisz nie wszystko co twoje się ciebie słucha a widzę, że ten smok też nie chce tu być, więc albo pozwolisz mi go stąd zabrać albo .... - wręcz, krzyczał

- Co albo! Skąd w ogóle masz takie inforamcje ? Co, kim w ogóle jesteś ?

- Po pierwsze wiem o tobie więcej niż myślisz, po drugie nie mogę powiedzieć kim jestem, po trzecie jak mi nie oddasz smoka to zrobi się trochę smutno i strasznie - powiedział, a chyba nie tylko mi ciarki przebiegły po plecach i w ogóle po całej mnie.

- Czyli co zawołasz swojego kumpla co ? - zapytał Pyskacz.

Jako Czkawka

Zaśmiałem sie cicho, lecz każdy to usłyszał.

- Tak, jak tak bardzo chcesz - nikt się juz nie odezwał. Z kieszeni wyjąłem miecz. Podniosłem go nad głowę i zapaliłem. To nasz znak Szczerbatek. Gdy każdy się gapił na moje ogniste dzieło, usłyszałem najlepszy dźwięk, którego można się teraz spodziewać. W samą porę. Przede mną buchnął fioletowy pocisk, który zrobił nam dużo dymu. Poczułem powietrze   na plecach. To oddech Szczerbatka.

ok myślałam, że da się to szybciej napisać ale niestety nie skończyłam (foch) no cóż DO PIĄTKU :( <3

jęsli chcecie to może CO WYDARZY SIĘ DALEJ ? OSOBA, KTÓRA BĘDZIE NAJBLIŻEJ PRAWDY = DEDYKT :3 czekam do piątku zajrzę tu jeszcze jutro :** to nie znaczy, że napiszę ;p nie mam tyle czasu


Najgorszym każdego blogera jest czas. Czas, który leci zbyt szybko i każdą rzecz jaką chcemy wykonać zajmuje nam o wiele więcej niż przypuszczamy. I chodź każdy czeka i spamuje jak opętańce, za każdego kocham, nie umiem dogonić moich planów na dziś. Przez odwiedziny u babci mój plan dnia mi się rozleciał. Przkro mi z całego serca ale mam cztery dni wolnego sobota, niedziela, pon, wtorek. Nic nie obiecuję bo nie lubię a później jeśli coś źle pójdzie muszę łamać obietnicę. Więc jutro jak wstanę sobie wcześni to napiszę. Oczywiście jak najwięcej mi się uda. Bo muszę posprzątać, kupić prezent na uro kkoleżanki, pojsc na uro, i jeszcze koncert jakiegoś uczestnika The Voice of Poland *o* mam wejście VIP xddd. Nie chce pisać szybko bo będzie brzydko i nie dokładnie lepiej zaczekać i na spokojnie jutro wam napisać ;** dobranoc.


PS. NIKT NIE ZGADŁ xd ALE W POŁOWIE TAK I TROCHĘ NIE CHCĘ POWIEDZIEĆ, ŻE NIKT NIE ZGADŁ DALSZYCH ZDARZEŃ ... OJ TAMMM

15. Złość nie jest zawsze rozwiązaniem

Jako Czkawka

Nad emocjami trzeba panować i gdy posuwają się nam za daleko, musimy sami sobie z nimi poradzić. Pocieszyć i wspomóc może cię przyjaciel, lecz nie tylko on.

- Jak dobrze, że jesteś - szepnąłem radośie do Szczerbatka, głaszcząc go za uchem. Starał się żeby nie zamruczeć ale mu się nie udało.

- Jak, jak to zrobiłeś ? - zapytał taki troszkę grubszy chłopak z bardzo milutką twarzą.

- Normalnie, jeśli smok ci ufa moźe ci pozwolić na wszystko. Nawet na latanie na nim - powiedziałem, ściskając swoje dłonie.

- Wow, a czy on cię czasami nie chce zjeść  ? - zapytała jakaś mała dziewczynka z brązowymi włosami, stojąca obok jakiejś kobiety, prawdopodobnie swojej mamy.

- Haha jak chcesz to się go zapytam ? - uśmiechnąłem się pod maską. Odwróciłem się i spacerkiem podszedłem blisko Szczerbatej Mordy. Zacząłem z nim rozmawiać, trochę na migi, trochę po ludzku oraz trochę po smoczemu.

- Wrauu, wrauu wrauu - mruknął smok. Zmrużył oczy i udawał ważniaka. Odwróciłem się do dziewczynki.

- Czasami jak pachnę rybami - powiedziałem. Pojedyncze osoby się zaśmiały, dobra nie po to tu przyszedłem.

- Dobra, Stoik dawaj mi smoka - powiedziałem. Na mojej twarzy utrzymywałem uśmiech i chodź nie było go widać, dotrzymywał mi towarzystwa.

- Jak ci nic nie zrobi to możesz sobie go wziąść - powiedział, już uspokojony. Usiadł bokiem w wielkim krześle.

- Pffff gdyby smoki miałyby mi coś zrobić to już dawno by mnie na tym świecie nie było - parsknąłem. Skierowałem do Szczerbatka rękami, ruchy na migi, które znaczyły : " Ja idę po smoka. Ty zostań, jakby ktoś chciał nam coś zrobić możesz strzelać plazmą tylko nie śmiertelną ". No tak mniej więcej to oznaczało. Zeskoczyłem z dachu i stanąłem przed wejściem. Odetchnąłem z ulgą że nikt nie idzie mi pomóc lub mi przeszkodzić. Szczerbo został na górze by wszystkiego pilnować. Przy kratach stanęła blond, spostrzegawcza dziewczyna i przyglądała się jak wchodzę so wnętrza miejsca, w którym to wikingowie walczą ze smokami. Śmiertnik na mój widok podbiegł przestraszony do ściany i warczał groźnie. Szykował również kolce ze swojego ogona.

- No cześć smoku - każdy lampił się na mnie jak na jakiegoś aż tak wielkiego odmieńca. Nawet sam wódz wstał by widzieć co robię.

- Nie bój się nic nie zrobię. - mówiłem powoli i spokojnie. Podchodziłem swoim dzikim krokiem do przestraszonego smoka dzikim czyli tak jak Valka jak podchodziła do Czkawki w JWS, nachylając się i takie tam ;).

- Jestem przyjacielem - mówiłem dalej, ktoś z ludzi krzyknął coś co mi przekodziło

- Ale to jest super ! - smok wyrwał się z transu i jego źrenice znów się zmieniły we wściekłe, złe i niespokojne. Jedynym ruchem z jego ogona skierował w moją stronę pięć kolców. Nie było dla mnie trudnością ominięcie ich. Sapnąłem zły, smok już mi ufał! Spojrzałem złym spojrzeniem na tę sobę, która mi wszystko popsuła w tej chwili.

- Sory - powiedziała dziewczyna  Szpadka siedząca przed nim, obok tej ładnej blond Astrid . Wyglądała bardzo podobnie do tego barana który mi wystraszył smoka. Mieczyk ( napisałam imiona jakby ktoś się nie domyślił a jakby co to Czkawka ich nie poznał ;)

- Ohh - wzruszyłem ramionami. Wyciągnąłem z kieszeni miecz. Przed smokiem zrobił wielkie wrażenie i był bardzo zainteresowany ogniem. I dobrze. Z dymu Zębiroga Zamkogłowego i iskry zwyczajnego ognia powstała ognista mgła, w którą smok się zapatrzył. No i jest git. Poodszedłem do Śmiertnika Zębacza stojącego pod ścianą. Nie miał jak się ruszyć. Wyciągnąłem dłoń w stronę jego mordki. Warczał przez co nieco mnie zestresował. Nagle kłapnął zębami prubując ugryźć mnie w rękę.

- Proszę zaufaj mi - powiedziałem a miecz, którym walczył ten chłopiec kopnąłem jak najdalej od nas. Na swojej dłoni poczułem, szorstką, łuskowatą skórę niebieskiego smoka.

- Pięknie - powiedziałem. Z pomocą smoczymiętki już do końca okiełzanałem smoka. Stanąłem przy jego skrzydłach. Położyłem dłoń na jego grzbiecie.

- Mogę ? - zapytałem. Posłuszny smok kiwnął głową na znak, że się zgadza. Wskoczyłęm na grzbiet dotojnego przedsawiciela Śmiertników Zębaczy.

Stoik wyszeptał sam do siebie niemożlwe.

Wyleciałem ze środka, skacząc po to by wylądować przy Szczerbatku. Nie wiem czemu zaczęli mi bić brawo.

- Dosyć ! - krzyknąłem.

- Oto dowód na to, że smoki to dobre stworzenia, które pownny być naszymi przyjaciółmi a nie wrogami

- Albo wojownikami - powiedział ktoś

- Właśnie zamiast ludzi

- Są szybsze i silniejsze

- Tak - zaczęli się dzielić pomysłami ludzie.

- Ale mi chodziło o to, że to są przyjaciele nie maszyny do walki - zacząłem lecz nikt mnie nie słuchał.

- Nawet nie próbujcie ich tresować, bo zostaniecie bez ręki lub  nogi a w najgorszym wypadku możecie zginąć. Was niczego nigdy nie nauczę - westchnąłem załamany w duchu

- Na nas czas - powiedziałem do Nocnej Furii, która cały czas patrzyła z niespokojem na tłum i była gotowa do obrony. Usiadłem na moim smoku i warknął coś. Nachyliłem się zgodnie z prośbą a jeszcze do tego w rękę złapałem lecący w moją stronę topór. Smutno mi się zrobiło, że chcą mnie zabić. Zamachnąłem się rzuciłem broń jak najdalej umiałem. Nie w kierunku ludzi tylko w jakieś skały.

- Tak jak myślałem, nikt się nie zmienił - powiedziałem smutny.

- Nienawidzę was nadal, z resztą po co się tłumaczę ? - dałem małego kopa w bok Szczerbatka. Smok od razu wzbił się wysoko i pozostawił tylko wiatr, urywający normalnie głowy.

Jako Astrid

Wiatr rozwiał mi włosy a zdziwienie i zaskoczenie złapało mnie za serce.

- Po co w niego rzuciłeś ?! - wrzasnęłam na Smarka.

- A ty musiałeś mu przeszkadzć przy tym smoku ? - byłam zła na tych baranów.

- Jacy wy jesteście nienormalni, gdyby nam zaufał to może by zatrzymał się na Berk albo by powiedział nam jak ma na imię - wstałam zła z ławki i zaczęłam jako pierwsza podążać do domu. Wszyscy byli w szoku. Jak on to robi? Jednym spojrzeniem uspokaja smoka, słowami odstrasza niepewność a swoimi ruchami daje znak pokoju i zaufania, nie tylko smokom ale też ludziom. Świetnie umie walczyć z tego co zauważyłam. Ma świetną kondycję i orientacje. Do tego nawet wysoki, i ma bardzo tajemniczy głos. Ale zarazem taki wspaniały, każde uczucie potrafi nim przekazać. I ten smok. Nocna Furia,  straszny smok śiejący strach w najlepszym wojowniku, a traktują się jak małe dzieci znające się od dziciństwa. A o stroju nie mogę nic powiedzieć z wrażenia. Szczególnieten chełm, gdyby go zdjął. Może bym zobaczyła jak wygląda. Pierwszy raz go widzę, ale czuję, że znam go na wylot. Ale czemu ? Skąd go kojarzę .... czy w ogóle możliwe że go znam?

Jako Stoik

- Ło co to było ? - zapytał Pyskacz, zmierzaliśmy do twierdzy.

- Sam już nie wiem, co to było. Jaki zuchwały, pyskuje jak nie wiem co - zaśmiałem się.

- Ale dlaczego ci tak dokuczał ? - zapytał kowal

- Sam nie wiem. A skąd wie jak miała na imię moja żona nikomu starałem się o tym nie mówić. I o Czkawce, wiedziałem, że wodzowie z kilku wysp o tym wiedzą, ale, że taki Smoczy Jeźdźiec wie o takich rzeczach ? To aż jest przerażające, nie da się mieć żadnych tajemnic bo wszystko i tak będzie wiedział.

- A coś tam, mówił, że nas nadal nienawidzi...

- Może nie lubi naszej wyspy ?

- O pewnie tak, bo przecież raczej nie pojedynczych ludzi - mruknął Pyskacz, gdy już dochodziliśmy do celu.

- Co ty sugerujesz ? - zapytałem

- Że on ciebie nie trawi i chyba się powinniśmy lekko bać

- Tak bo nie mam co robić, tylko się bać jakiegoś gluta, bo lata na Nocnej Furii i umie panować nad smokami

- No właśnie chyba powinniśmy

- Niech ci będzie. Chłopak jest niesamowity. - kowal się ucieszył, że przyznałem mu rację.

Jako Valka

- Czkawka co to miało być ? - wrzasnęłam zła na syna. Właśnie przyleciał ze Śmiertnikiem.

- Nic - mruknął

- No dobrze, co mu tam nagadałeś synek ? - powiedziałam, zdejmując maskę.

- Nic - odpowiedział znowu. Zdjął chełm a na jego twarzy widiał smutek, i wcześniejsze łzy.

- No mów - zachęcałam go. Wiem, że trudno mu rozmawiać o uczuciach, szczególnie o tych które sprawiają mu przykrość.

- Bo jak leciałem tu, czułem, że się będę cieszył - mówił. Lecieliśmy w stronę naszego domu - a oni się wcale nie zmienili. A ja myślałem, że są inni, że będą inni. I się zawiodłem

- Czkawka niektórzy się nie zmienią. Dla nich to za dużo. Pokój ze smokami, dla nich to niemożliwe.

- Ale gdyby chcieli to by się udało

- Nie. Nie da się zrozum. Widziałeś, chceli cię zabić. Nie

- Nie ja zrobię co chcę !

- Nie jesteś jescze dorosły, a ja teraz czuję się za ciebie odpowiedzialna jako twoja mama

- Okej, to chcę pobyć sam - powiedział zakładając chełm.

- Zaczekaj - nie zdązyłam, bo uciekł zostawiając mnie samą z Chmuroskokiem. - Czkawka - szepnęłam. Niech sobie polata, może poczuje się lepiej. Drogę do domu zna więc co ja mam się bać?

16. A jednak żyjesz

Jako Czkawka

- I co ! Co jak zwykle mi się udało. Jestem do bani. Ale czego ja się spodziewałem, nawet mnie nie poznali ! Nienawidzę się. Jestem jedynym wielkim zerem, do nieczego, nie lubię się. No i co mam z sobą zrobić ? Było się nie nachylać to bym dostał w plecy i byłoby jak za czasów z Drago, super - krzyczałem w gęstych chmurach. Położyłem się by wreszcie zaznać spokoju.

- Czekaj - powiedziałem. Wziąłem stanąłem pewnie na siodle. Skoczyłem i patrzyłem w dół.

- Szczerbatek !!! - wrzasnąłem. Przed sobą ujrzałem skałę, wcześniej jej nie było. Smok rozłożył swoje łuski, dzięki, którym szybciej lata i złapał mnie w łapy. Nie widziałem za wiele, ale się potłukliśmy. Gdy wstałem z ziemi, byłem cały w liściach i igłach z lasu. Rozejrzałem się.

- Nie, nie miałeś gdzie polecieć ? - zapytałem. Szczerbatek powalił mnie zpowrotem na ziemię. Położył łeb na mnie i nie pozwolił się podnieść.

- Wredny jesteś wiesz ? - zapytałem, odpychając jego mordę. Stanąłem otrzepując się z darów lasu.

- Wrauuu

- No wyrosła normalnie z ziemi - zaśmiałem się  - ty też nie jesteś święty, przez ciebie wylądowaliśmy znowu na Berk ty gadzie ty ! - zaśmiałem się.

- No a z drugiej strony - mruknąłem sobie cicho.

Jako Astrid

- Nie nie prawda ! - wrzasnęłam do rodziców. Było już po 20.

- Astrid wracaj ! - krzyknęła mama za mną. Trzasnęłam tylko drzwiami. Z ławki przy domu wzięłam topór i zaczęłam uciekać. Nie obchodzi mnie, to że jestem najlepszą wojowniczką. Nie będę płynąć po to by walczyć dla zabawy. I kolejny rzut w drzewo. Wyjęłam topór i ruszyłam wolnym krokiem, w moje ukochane miejsce. Przeskoczyłam, ciemne skały i korzenie. Gdy znalazłam się w środku, kotliny z jeziorem, uśmiechnęłam się. Tak kocham to miejsce. Zaczęłam iść tyłem patrząc w gwiazdy.

- Nienawidzę .... - najdziwniejsze jest to, że nie powiedziałam tego sama. Nagle zderzyłam się tyłem z czymś.

- Głupie drzewoooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo - zamarłam patrząc na moje drzewo, które patrzyło tak jak ja na niego. Uśmiechnęłam się niepewnie, a on przesłał mi to samo wzrokiem, który nawet gdy księżyc świecił, przesyłał zieloną falę ciepła.

- Eeee sory, łajza ze mnie - mruknęłam, biorąc włosy do tyłu.

- No chyba nie taka jak ja - powiedział bardzo miłym głosem. Nie takim jak wtedy na arenie. Powiem, że się bałam ale nie dawałam tego po sobie poznać. Spojrzałam na głowę śpiącego smoka. Chrapał cicho przy jeziorku. Chwila ten rysunek. Ten sam smok.

- Co tu robisz ? - zapytałam. Zgasił, płonący miecz i podniusł się na wysokość moich oczu. Przygryzłam wargi.

- Nic szczególnego a ty ? - zapytał jakby nigdy nic.

- Jak mi smutno albo chcę pobyć sama to przychodzę tu - odpowiedziałam.

- Nie mogę wytrzymać i coś powiem zanim znowu gdzieś uciekniesz - oznajmiłam. Ale mam stresa.

- Mam się bać ? - zapytał i zaśmiał się.

- Nie wiem. Dobra mówię. Wiesz to takie durne ale czuję, że cię znam - mówiłam i nie wiem kiedy zaczęliśmy po małych, wolnach, krokach zmierzać w swoich kierunkach - że widziałam cie już wiele razy, ale dziś zobaczyłam cię po raz pierwszy - mówiłam dalej. Drzewa, krzewy i wszystko w lesie nam nie przerywało. Ciemność rozświetlał księżyc, który dawał nam światło dzięki, któremu widzieliśmy się. - Że jesteś kimś, kogo mi brakuje - staliśmy twrzą w twarz. Nie patrzyłam na jego oczy. Poczułam dotyk ciepła na swojej dłoni. Nie wytrzymałam i spojrzałam, równocześnie z nim w swoje oczy.

- Ehhhhh ja chyba. - zaczęłam mówić - Mi się chyba tak coś ubzdurało - dokończyłam. Nie odzywał się do mnie.  Ścisnęłam jego dłoń mocno. Niczego nie jestem pewna, ale do odważnych świat należy. Zabrałam dłoń z jego dłoni, chyba go tym uraziłam. Bardzo powoli, nie pochochopnie położyłam ręcę na zimnym chełmie. Od razu swoimi rękami chciał mnie powstrzymać. Uśmiechnęłam się podstępnie i odepchnęłam jego ręce w dół. Powoli podnosiłam hełm do góry. Zamknął oczy, w znaku zgody i że mu wszystko jedno co się zdarzy. Na początku ujrzałam jego usta. Nie wyrażały żadnych emocji. Później blade policzki, nos i ... I wreszcie oczy. Nadal zamknięte. Podniosłam nakrycie jego głowy do góry a z niego opadły mu na głowę brązowe włosy. Ułożyły mu się po prostu idealnie. Otworzył oczy i uśmiechnął się. Wow w hełmie jet straszny, tajemniczy i przerażający. A tak ma bardzo miły wyraz twarzy. Nagle coś mi przebiegło szybko przez głowę. Stare czasy gdy chciałam by Czkawka naprawił mi topór i tu ....... zatrzymałam się na oczach, później na tego chłopaka, który się zabił w lochach i jego zamykające się powlnie oczy i wszystko co się wydarzyło, powiązane z Czkawką i tym co mu zrobiłam. Zamrugałam szybko i znowu byłam tu gdzie byłam. Na przeciwko mnie ujrzałam tę twarz.

- Czkawka ? - wyszeptałam. Zatkało go tak jak mnie.

- Czkawka ! - krzyknęłam jak szalona.

Jako Czkawka

- Chwila co ? - zapytałem. Znowu wziąłęm jej rękę.

- A co nie, nie Czkawka ? - zapytała, uśmiechając się podejrzliwie

- No tak się składa, że tak - nagle przytuliła się mocno do mnie. Szkoda tylko, że ja cię nie znam.

- Wiedziałam, że sie jeszcze zobaczamy - powiedziała i chyba płakała. Trudno było mi coś powiedzieć.  Znowu stanęła blisko mnie a ja patrzyłam na nią dziwnie. - Nie znasz mnie ? - zapytała cicho - Nie pamiętasz mnie - szlochnęła

- Nie - powiedziałem spuszczając wzrok w ziemię.

- Astrid - wyszeptała. Co, że kto?

- Astrid ? - powtórzyłem - Ta Astrid? Astrid Hoferson ? - zapytałem patrząc na nią dokładnie.

- Tak ! - powiedziała. Coś mi się tu niespodobało. Złe z nią związane wspomnienia. Zauważyła że się nie uśmiecham na tę wiadomość.

- Nie cieszysz się prawda ?

- Tak nie za spacjalnie - powiedziałem i puściłem jej dłoń niechętnie. A było tak wspaniale.

- Wiedziałam, że mi nigdy nie wybaczysz, wiedziałam - zaczęła mi tu ryczeć.

- Nie spokojnie. Nie płacz to było dawno.

- Ale było!

- Nie płacz, nie masz powodu. Z mojego powodu nie powinno się płakać - taaa szczera prawda - i pewnie nikt tego niegdy nie robił ...

- Co żartujesz sobie ze mnie ? - zapytała - Prawie każdej nocy myślałam o tobie, o tym, ile ci złego zrobiłam. Byłam taka niepewna czy żyjesz? Czy może już  nie. Wiem że mi nie wybaczysz ... wiem

- Wiesz, już ci wybaczyłem - podniosła swój wzrok do góry na mnie. Uśmiechnęliśmy się.

- Przeczytałam wszystko co twoje i znam prawie na pamięć. I nareszcie zrozumiałam niektóre rzeczy wcześniej bez sensu. Chodziło ci tam o przyjaźń ze smokiem

- Inteligentna jesteś

- Ale jak to zrobiłeś ?

- Ale co ?

- No smoka jak wytresowałeś, kiedy, jak ?

- Ooo długa historia - zaśmiałem się. Wzięła mnie za ramiona i powaliła na ziemię. Upadłem jak długi na ziemię a ona usiadła obok. Usiadłem oburzony.

- Szkoda, że zdjęłaś mi hełm mniej by bolało - burknąłem

- Masz - powiedziała i oddała mi go.

- To teraz mamy dużo czasu - powiedziała z uśmiechem.

- Na to wygląda

Nie nie będzie mi tu żadnego Hiccstrid na razie ;p mahuhahha musicie czekać sobie troszkę dłużej. Do jutra ?  :D

Ja nie wiem co myślicie o parze Czkawka i Astrid mi osobiście przeszkadza tylko przesładzanie. Więc powiem tak, ci co mają już dosyć Czkastrid nie będę, tak jak mówię przesładzać. Będę pisać na podstawie JWS, że są bardzo nieśmiali więc nie widzę powdu by się przyczepiać. Jeśli są, bo wiem, że są osoby, którym się już przejadło Hiccstrid to ja postaram się zrobić to tak byście znów je polubili, albo przynajmniej na tym opku. Czyli jeśli ktoś nie lubi tej pary mam nadzieję, że polubi albo, i tak go zainteresują dalsze losy, a jeśli komuś nie przeszkadza ta para i wręcz przeciwnie, to się nie cieszcie bo ja dam im tak łatwo ;p :3 ... Więc liczę, że każdemu przypadnie i tak do gustu to co będzie. Ale to dopiero dalekooooooo ale ja was wielbie / Astriś111

Jako Czkawka

- No to opowiadaj - powiedziała, ocierając łzy, które nie zdążyły jeszcze wyschnąć. Spojrzałem na Szczerbatka. Leżał nadal przy jeziorze i chrapał. Najśmieszniejsze jest to, że coraz głośniej. Wiatr wreszcie zauważył, że musi poprzeszkadzać, rozwiewał korony drzew, poruszał wodą i bujał lianami, które wiły się, smętnie po głazach i kamieniach.

- Ale o czym ? - nie musiałem mówić głośno, przez panującą, nocną ciszę wszystkie słowa słychać było bardzo dobrze. Wziąłem kolana pod brodę i patrzyłem przed siebie.

- O wszystkim, nie było cię cztery lata, człowieku, - westchnęła - cztery lata - powiedziała siadając " po turecku ". Przed sobą, położyła swój topór i dotykała go palcem, od ostrza do rączki broni.

- No nie wiem od czego zacząć - patrzyłem teraz na jej bardzo ciekawą zabawę - może pytaj a ja postaram się odpowiadać ? - zaproponowałem. Podniosła wzrok.

- Dobrze - zamyśliła się mocno, aż zamknęła swe błękitne oczy. Nie przeszkadzało mi, że czas ucieka. W końcu teraz to się dla mnie nie liczy.

- Jak znalazłeś tą Nocną Furię ? - uśmiechnąłem się automatycznie

- Szczerbatka ? - zapytałem, unosząc jedną brew do góry. Astrid wyraziła zachwyt.

- Ło, ja tak nie umiem - zaśmialiśmy się oboje.. Wyproatowałem nogi i patrzyłem jak Hofferson, próbuje unieść tylko jedną brew do góry, a nie dwie.

- Ej nie potrafię - powiedziała obrażona.

- Pfff - jej usta cały czas się uśmiechały i przez to moje też.

- Wracając - zaczęła - Szczerbatek ? - zapytała, zdziwiona.

- Tak, wiem dziwne imię. Z resztą wcale nie lepsze od mojego

- Nie. Haha nie o to mi chodziło. Szczerbatek to takie słodkie imię, a on jest przecież przerażający.

- Chyba nie wiesz co mówisz. Szczerbo to najsłodsze stworzenie chodzące po tej ziemi - automatycznie, spojrzeliśmy na smoka.

- Jak chcesz to ci pokażę

- Nie. Nie lepiej nie. - za późno, już się podniosłem.

- Czkawka nie - powiedziała przestraszona. Nadal nie mogę się przyzywaczić do tego mojego, prawdziwego imienia. Tylko mama tak się do mnie zwracała przez te 2 lata. Inni nie, bo nie było żadnych innych.

Jako Astrid

- No weź -  powiedziałam jeszcze, ale nie przekonałam go. Klęknął przy smoku i spojrzał z złowieszczym, ale zarazem miłym uśmiechem do mnie.

- Szczerbata Mordo - powiedział klepiąc Nocną Furię po głowie. Przez ciemność ujrzałam mocny, zielony kolor. W końcu ujrzałam, siedzącego czrnego smoka a obok niego chłopaka o tak samo mocno zielonych oczach.

- Nie, nie czekaj - powiedział szybko. Stanął przd biegnącym w moją stronę smokiem.

- Nie - warknął - nic ci nie zrobi - powiedział kładąc dłoń na nozdrzach, złego smoka. Stworzenie zamknęło powolnie oczy. A gdy otworzyło je po długiej chwili, źrenice smoka były szerokie. Prawie jak koło, nie wściekłe lecz opanowane.

- Grzecznie - powiedział Czkawka. Szedł ze smokiem u boku, w moją stronę. Nadal siedziałam, ale z kolejnymi ich krokami coraz bardziej przestraszona.Usiadł, bardzo wesoły obok mnie. Patrzyłam na jego twarz.

- Nie bój się - powiedział, z uśmiechem. To chyba do mnie. Smok przyglądając mi się usiadł przy nogach swojego pana.

- Potulny jak baranek - powidział, głaszcząc zwierzaka za uchem. Smok spuścił łeb mrucząc. Potrząsł głową i spojrzał obrażony na Czkawkę.

- I kocha się ze mną droczyć - dodał a smok strzelił go ogonem w głowę. Zaśmiałam się.

- Widzę - dałam smokowi największy uśmiech jaki potrafiłam zrobić.

- No leć do niej - powiedział Czkawka. Smok wstał i skacząc jak zajączek podchodził powoli do mnie.

- Ale czekaj, co ja mam robić ? - szepnełam, ale nie uzyskałam odpowiedzi.

- Cześć Szczerbatek - smok otworzył szeroko oczy i uśmiechnął się na to co powiedziałam.

- Wrauu - zamruczał radośnie. I skoczył na mnie. Wystraszyłam się.

- Czkawka !!! - krzyknęłam. Ktoby pomyślał cztery lata temu, że to od niego będę chciała pomocy.

- Szczerbatek nie - powiedział głośno. Mało widziałam, ale poczułam, że mam mokrą rękę.

- No weź, przestraszysz dziewczynę - śmiał się Czkawka.

- Wrau wrau - warknął smutno i zszedł ze mnie. Podniosłam się. Spojrzałam na przestraszoną minę chłopaka i na przepraszającego smoka.

- On nie chciał. Tak się ze mną bawi zawsze. Ślini mnie

- Spokojnie nic - upadłam znowu na zimię - mi nie jest - zmknęłam oczy.

Jako Czkawka

Głupio wyszło.

- Astrid ? Astrid ? - mówiłem do nieprzytomnej dziwczyny. Nie reagowała.

- Wrau

- Wiem, że nie chciałeś. Dla niej to za dużo jak, na jeden dzień - Położyłem głowę na jej mostku. Oddychała równo, a serce pulsowało energicznie.

- Odstawmy ją do domu - mruknąłem do siebie. Założyłem hełm. Wziąłem nieprzytomną na ręcę. Powiem, że jest leciutka. Nie będę ryzykował i leciał z nią na rękach. Zacząłem iść powoli, zastanawiając się co mam powiedzieć jak będę chciał ją oddać. Szczerbatek trzymał się mojej lewej strony. Idą przez ciemny las czułem, że nie powinienem iść do ludzi. Miałem słabą, ale jakąś nadzieję, że nikogo nie spotkam. Która godzina ? Po północy? Zapewne.

17. Kara

Jako Czkawka

Wyszedłem z lasu, nareszcie. Przy niektórych domach, świeciły się pochodnie. Usmiechałem się cały czas sam jeszcze nie wiem dlaczego. Kurczaczki gdzie ona mieszka? Coś mi powiediało, zapewne pod tym domem pod którym stoi piętnaście, nie szesnaście osób.

Jako narrator

- Jeszcze nie wróciła - powiedziała zła pani Hoferson

- No nie. Jak wróci to będzie miała przchlapane - oznajmił ojciec zaginionej. Każdy był nietyle co zły tylko zaniepokojony i zmartwiony. W końcu Astrid Hoferson oczko w głowie rodziców.

- Hyhy - śmiali się Mieczyk ze Szpatką, dla nich nie spanie po dwudziestej-czwartej i zbiegowiska pod cudzymi domami to  kochana zabawa. Sączysmark, kłócił się Śledzikiem wmawiając mu, że jego dziewczyna uciekła. Wódz uspokajał wszystkich i już chciał kazać iść spać do domów gdy każdy zamilkł. Z mroku od strony lasu zobaczyli swego ukochanego gościa. Patrzył, zielonym spojrzeniem po twarzach wikingów i nic nie mówił. Szedł powoli z nieprzytomną nadal dziewczyną na rękach, która nie sparawiała mu w ogóle ciężaru. Obok tajemniczego chłopaka szedł wolnym tempem smok, czarny jak mrok. Od ciemności, smoka odróżniały soczyście zielone oczy, chłopaka zaś strój, któy  odbijał w połowie światło pochodni. Nic nie mówił nadal. Tak szczerze to się bał. Może zechcą znowu go zabić?

- Astrid ? - zapytała matka nieprzytomnej. Smoczy Jeźdźiec skinął głową. Powoli podszedł do niego Hoferson i Czkawka nieśmiało oddał mu córkę w ramiona. Cofnął się do swojego smoka. Podszedł do mamy Astrid i dał jej, topór córki.

- Gdzie była ? - zapytał Smark, krzyżując ręce na piersiach.

- W lesie - odpowiedział zimno.

- A czy to nie przypadkiem zadrapanie ? - zapytał zinteresowany Pyskacz. Przypałętał się tam Śledzik, bliżej dziewczyny.

- Hmmm jakby pazur Nocnej - nie dokończył, bo każdy spojrzał morderczym spojrzeniem na Czkawkę i Szczebatka.

- A może ją porwałeś i chciałeś zabić ? I - nie dokończył wódz

- Tak! Jasne ! A teraz wam ją oddaję, tak macie rację. Matko po co tu przyszedłem, mogłem ją tam zostawić ! Wiecznie wam coś nie pasuje. Nienormalni jesteście - powiedział zły jak licho chłopak

- Co my nienoramlni ? - zapytał Mieczyk

- Ty braciszku, szczególnie - powiedziała Szpatka

- A no tak, no to masz rację - przybili sobie piątkę. Głowami. Osunęli się na ziemię, plecami do siebie.

- Nawet dziękuje. To nie tak dużo - mruknął pod nosem chłopak. Nagle, poczuł dłoń na swoim ramieniu.

- Ja dziękuję - powiedziała, szcześliwa pani Hoferson. Chłopak też się uśmiechnął się, oczywiście niewidocznie. Odsunął się nerwowo, nie chciał bowiem okazywać uczuć.

- Gdzie lecisz, późno jest może - zaczęła miłym głosem mama Astrid

- Do domu, tam gdzie moje miejsce - odpowiedział, siadając w siodle. Usiadł wygodnie i milcząc odwrócił się wraz z przyjacielem. Wystrzelił szybko a fala wiatru uderzyła najbardziej w wodza.

- Czy coś jeszcze jej jest ? - zapytał zmartwiony Smark

- Nie widzę - szepnął wódz, patrząc na dziewczynę. Po tych słowach, rozległ się świst i dwa strzały fioletowego ognia, zapliły, słupy oświetlające Berk. Tak to Czkawka, wszystko słyszy. Potem, lekko rozjaśnione niebo przeciął czarny cień, i poleciał w stronę oceanu w bardzo szybkim tempie.

Jako Czkawka

- Szybciej, szybciej proszę - mówiłem, cicho do Szczerbatka. Co ja dziś narobiłem? Nie powinien tam w ogóle wracać. Zimna woda przy, której leciałem pluskała, mocząc mi nogi. Ustawiłem ogon Mordki na najszybszye ustawienie. Nachyliłem się, chowając głowę za łebkiem Szczerbatka, inaczej mi głowę urwie. Rzadko tak latam, ale teraz to wyjątek. Mama. Na horyzoncie, ujrzałem lodową pokrywę Smoczego Sanktuarium. Najgorsze jest to, że powrót zajął mi około godzinę. Wleciałem w szaparę, czyli drzwi do wnętrza tego niezwykłego miejsca. Wylądowałęm na skałach, pokrytych mchem. Smoki słodko spały na swoich miejscach. Zacząłem się zakradać do mojego pokoju. Oczywiście nie jest on w domu, że w budynku tylko w pewnej przytulnej jaskini. Mam tam wszystko co powinno być w zwykłym pokoju. Zrobione wszystko jest przeze mnie, własnoręcznie. Machnąłęm ręką do Szczerbola by wszedł do naszego pokoju. Zasłoniłem wejście zasłoną z roślin. Podszedłem do skrzyni, z ubraniami. Zdjąłem strój do latania i przebrałem się tylko w spodnie, bo niestety stało sie to, co miałem nadzieję, że zdarzy się jutro.

- Czkawka - warknął, zaspany głos

- Mamo ! - krzyknąłem, pokazując na nią dłońmi ze sztucznym uśmiechem. Uniosła brwi niezadowolona. A ja przestałem się uśmiechać.

- Gdzieś ty był ? - zapytała, krzyżując ręcę

- Polatać sobie

- Aż tak długo ?

- Nommm

- Nigdy nie miałeś przede mną żadnych tajemnic, synek. Dlaczego teraz się nie przyznasz ?

- No bo ... nie - powiedziałem smutny

- Nie ufasz mi, tak ? - zapytała, smutniejszym głosem

- Nie, znaczy ufam. - spojrzałem ze smutną minką na nią - możemy pogadać jutro ? - i tak wątpie, że usnę ale ok

- Dobrze, ale nie odpuszczę. Kara też będzie nie uciekniesz od niej. I nawet nie próbuj kłamać - powiedziała chyba lekko zła. Też jestem na siebie zły.

- Dobranoc - rzekła wychodząc. Po jej wyjściu, zasłoniłem znowu wejście i usidłem na łóżku. Jest z ciemnego drewna. Duże i wytrzymałe, skad wiem, bo Szczerbatek czasmi tu śpi a on chudy nie jest. Mam cieplutki czarny kocyk i twardą poduszkę do kompletu. Obok łóżka stoi półka z moimi książkami i notesami.

Dziś się troszkę rozpisałam hyhy ale muszę już iść :( boszz dla tych niektórych nadal niepewnych Czkastrid będzie .... nie będę tłumaczyć "za" i "przeciw" bo już pisałam.  SORYYY ZA TE BŁĘDY JĘZYKOWE ORAZ ORTO

Paa do jtr ? :3

Jako Czkawka

Chyba nic ciekawego tu nie ma, co warte jest jeszcze uwagi. Szczerbatek, położył głowę na moich kolanach. Mruczał coś, że będzie dobrze.

- Wiesz, że to też twoja wina ? - zapytałem, uśmiechając się do smoka.

- Wraułłl (czyt. przepraszam ) - gładziłem go delikatnie po głowie, przecież wiem, że nie leciał tam specjalnie. Smok zaczął zamykać oczy. Pacnąłem go w ucho.

- Idź na swoje miejsce, spać - nie musiałem powtarzać. Odszedł ode mnie i położył się z drugiej strony łóżka na podłodze, gdzie ma posłanie. Przeciągnął się i ułożył się na miękkim miejscu. Spojrzał jeszcze na mnie i zamknął oczy. Tak, dziś był bardzo wyczerpujący dzień, zarówno fizycznie jak i psychicznie.

Jako Astrid

Otworzyłam oczy. Zobaczyłam twarz taty. Spojrzał na mnie i na to, że się tak na niego gapię.

- Gdzie ja jestem ? - zapytałam rozglądając się. Byłam przed domem, a wokół stało dużo osób

- W domu - powiedziała zła mama.

- Możesz mnie postawić - powiedziałam do taty. Odstawił mnie szybko na ziemię. Popatrzyłam po twarzach.

- No, co ? - zapytałam zdziwiona.

- No właśnie nic, gdzie byłaś ? - zapytała mama. Położyłam rękę na rękę. Syknęłam z bólu. Spojrzałam na rękę, od łokcia w górę miałam wielką rysę. Patrzyłam na nią zdezorientowana.

- Nigdzie - odpowiedziałam cicho.

- Z kim ? - zapytał Smark

- No sama - warknęłam, nie patrząc już na ranę.

- To co robiłaś, że aż zemdlałaś ? - zemdlałam ?

- Nie wiem, nie pamiętam - powiedziałam przesraszona. Oczywiście, że wszystko pamiętam, oprócz incydentu z zemdleniem.

- To nieźle się tam bawiła - zachichotał Mieczyk do siostry. Posłałam mu mordercze spojrzenie.

- A jak wróciłam ? - zapytałam wreszcie

-  Przyniósł cię ...

- Przyniósł ? - zapytałam wchodząc Pyskaczowi w słowo.

- Tak, przyniósł cię Smoczy Jeźdźiec tutaj, sami nie wiemy jak cię znalazł ale widocznie masz szczęście - odpowiedział wesoło.

- Czk ...- chciałam powiedzieć Czkawka, ale się powstrzymałam. Przygryzłam mocno wargę.

- Co ? - zapytała mama

- Nic już nic - dodałam szybko.

- Dobra, ludzie do domów. Koniec zbiegowiska. - oznajmił głośno wódz. Sączysmark uśmiechnął się i wysłał mi całusy a ja pokiwałam z obrzydzeniem, głową na boki. Mieczyk ze Szpatką zgarbili się jeszce bardziej i niechętnie ruszyli do domu, śmiejąc sie cicho. Śledzik pomachał mi i poszedł. Kowal też szybko zniknął, jak reszta.

- Do domu, ale to już - powiedział zły ojciec.

- Już, już ... - mruknęłam do siebie. Weszłam jako pierwsza do domu, wszystko było czarno-białe i przerażające. Ruszyłam automatycznie do pokoju.

- E młoda damo - powiedziała mama. Odwróciłam się, żałośnie.

- Będzie kara - powiedziała zła, brunetka patrząc na mnie wrogo.

- Możemy jutro ? - zapytałam patrząc smutna w podłogę

- Nie, kara będzie i się ... Czekaj, czyli nie kłócisz się z nami ? - zapytał tata

- Yhmm - skinęłam głową. Poszłam do swojego pokoju, zostawiając rodziców w osłupieniu. Weszłam z głową pełną myśli, które potrzebowały ucieczki. Osunęłam się po drzwiach. Siadłam przy nich ze spuszczoną głową. Spojrzałam na księżyc, który patrzył na mnie swoimi białymi oczami. Czyli, jednak żyje. Tak się cieszę. Ale przecież to mógł być tylko sen! Złapałam sie za głowę, przecież nie mam żadnych dowodów. Podniosłam się niechętnie. Postanowiłam się przebrać. Zdjęłam prawego buta. Wyleciała z niego karteczka. Zamarłam. Po chwili osłupienia uśmiechnęłam sie, pełna nadzieji. Nachyliłam się i podniosłam ową kartkę.

Jako Czakwka

Hej mam do was istotne pytania

Wena bardzo mi sprzyja co jest dziwne i mam cały czas pomysły na to opko i wiem, że będzie bardzooooo długie i tu do was pytanie

Czy historię podzielimy na dwa blogi ? Drugi będzie kontynuacją tego tylko palnę inny tytuł. Chcę żeby wam się wygodniej czytało a wiem, że im dłużej sie piszę trzeba więcej przesuwać w dół, szczególnie na fonie.

Tu macie odpowiedzi

A. Spk podzielmy na dwa

B. Zostaw na jednym blogu

Liczę, że mi doradzicie. Nawet jeśli podzielimy to na dwa blogi to napewno nie odrazu tylko jakoś po 20 rozdziale ;)

ODPOWIADAĆ / licząca na was autorka <3

Mój kumpel zasnął, a ja nie mogłem. Strasznie zacząłem przeżywać to, co się stało. A jednak zanalazła się osoba, która za mną tęskniła, a ja za nią, nie za specjalnie. Tak szybko się to wydarzyło. Mogłem przecież jeszcze z nią pogadać, zapytać się o pewne rzeczy. Ale nie, musiała zemdleć. Ale gdy mówiła, że mnie skądś zna to skąd. Przecież nie spotkałem przez te 4 lata żadnej blondynki o niebieskich oczach, imieniem Astrid ..... Albo chwila. Chwila. Tam, wtedy w lochach to była ona ! Te oczy, wszędzie bym je teraz poznał. To na pewno ona, czyli tak na mój rozum, ona też mogła mnie widzieć ! Kurczę, dlaczego dopiero sobie teraz o tym przypomniałem ? Nie sądziłem, że to akurat ona będzie chciała żebym wrócił. Takie to do niej nie podobne, jak to, że płakała. Astrid i płacz ... Dużo musiało się jednak zmienić pod moją nieobecność. Tak, szczerze to nie czułem, że jej wybaczyłem. Chciałem żeby się uspokoiła i nie płakała. Ale później jakbym o wszystkim zapomniał. Że jestem w najgorszym miejscu we świecie, że miałem nie wrócić, że nigdy nikomu nie wybaczę. Czułem, że jest dla mnie nieznajoma i zaczynamy wszystko od nowa. Tak jak powinno być. Bez bicia, chociaż i tak było, bez kłótni i po przjacielsku. Mam nadzieję, że znajdzie kartkę ode mnie, bo inaczej będzie klops. Moja anonimowość zgaśnie.

Jako Astrid

Wzięłam się szybko podniosłam. Zapliłam świeczkę na biurku, parząc sobie przy tym palce, usiadłam na krześle. Byłam sama i tylko księżyc wraz ze mną poznał zawartość kartki.

Głupio wyszło, że zemdlałaś. Nieźle nas nastraszyłaś. Szczerbatek przeprasza i ja też. Cieszę się, że się z tobą spotkałem. Tak to jest dziwne, bo nigdy o tobie nie myślałem i o tym żeby się skimś z Berk powtórnie spotkać. Dziękuję, że tęskniłąś. Przepraszam za to, że trzymałem cię w niepewności. Ale na pewno rozumiesz, że nie chciałem zostawiać po sobie jakiej kolwiek nadzieji, że żyję. Tak po prostu jest lepiej. Niczego Ci nie obiecuję. Nie wiem, czy wrócę. Może spotkamy się dopiero w Valhalii? Znając mnie to bardzo prawdopodobne. Nie martw się o mnie, zajmij się sobą i nie płacz więcej z mojego powodu. Tak, jak wspomniałem niczego nie obiecuję. A jeśli nawet mamy się spotkać to nie za szybko. I ostatnie o co chciałbym Cię poprosić : Nie mów nikomu o mnie. Że spędziliśmy miły wieczór ze sobą. Bardzo cię o to proszę, nie chcę by ktokolwiek się o mnie dowiedział i tak już przesadziłem z pokazywaniem się. I do tego jeszcze mówiłem przy innych i wytresowałem przy was smoka. Głupi jestem, ale nie ważne. Nie próbuj tresować smoków bo skończy się to źle serio. A teraz zrób co chcesz z tą kartką, zapomnij, że w ogóle mnie spotkałaś.

Do zobaczenia, mam nadzieję

                                                                                                                                      Czkawka

Zamknęłam na chwilę oczy, przmyślając wszystko co mi przekazał. Ale on jest wredny. Jak można tak po raz drugi mnie zostawić nie wiedząc co z nim teraz będzie ? Olśniło mnie i zdjęłam drugiego buta. Niestety nic nie znalazłam. Zrobiłam obrażoną minę. Wzięłam liścik z biurka i podeszłam do półki z książkami. Wzięłam notes Czkawki i na samym końcu umieściłam list. Nie mogłam się znowu powstrzymać i spojrzałam na szkic smoka. Szczerbatek, uśmiechnęłam się w duchu. Miał rację jest przeuroczy, szczególnie na rysunku, gdy leży w gęstej trawie i próbuję łapkami złapać motyla.

- No i Czkawka, jak ja mam o tobie zapomnieć ? - zapytałam sama siebie, siedząc już na łóżku.

Jako Czkawka

Miło że ci stary się dobrze śpi, ale mógłbyś tak głośno nie chrapać ?!

- Ughh - jęknąłem zły. Wstałem i wyszedłem na zewnątrz. Było chłodniej i ciemniej. Postanowiłem się przejść z mojego spania chyba nic nie będzie. Po drodze do mojego bardzo, tajnego miejsca w Sanktuarium kopałem każdy kamień na jaki się natknąłem. Wreszcie znalazłem dziurę w skale. Wszedłem tam powoli. Teraz kamienna pokrywa, zmieniła się w lodową, tę która pokrywa naszą kryjówkę od wieszchu. Lodowy klif wystawał z widokiem na ocean. Usiadłem, tak by nogi latały swobodnie. Patrzyłem, odychając zimną bryzą, na Księżyc, któy ma zaraz zamienić się miejscami na niebie, ze Słońcem. Ciekawe, jaką karę dostanę ? No co, ale przynajmniej sobie trszkę pobyłem sam. No znaczy nie do końca sam. Ze Szczerbatkiem i Astrid. Najchętniej bym chciał o niej zapomnieć, ale nie mogę. Tak, jakby się zastanowić dzieją się teraz przeciwieństwa, tego co było wcześniej. Zamiast uciekać z domu, wróciłem tam. Zamiast być zdanym na siebie, mam teraz mamę. Zamiast walczyć z wrogami, siedzę sobie na dupie i nic nie robię ! Gdzie czasy, kiedy cierpiałem i byłem sam !? Gdzie ludzie, którzy mnie skrzywdzili, przecież nie rozpłynęli się w powietrzu. Gdzie choroby, które się mnie trzymały. Mój mizerny wygląd i beznadziejna kondycja ? Gdzie tamten ja, któego mi barkuje ? Jestem dziwny, ale brakuje mi czegoś. Jestem z siebie dumny, z tego jak się zmieniłem ale mi tego też brakuje. Tamtego ja. Wziąłem lodową bryłkę i rzuciłem daleko przed siebie. Poleciała szybko do lodowatej wody. Chyba wrócę już. I tak nie zasnę, ale mama pomyśli, że uciekłem. Jak pomślałem tak zrobiłem. Wstałem i ruszyłem, żółwim, naprawdę żółwim tempem do swojego miejsca, w któym śpię, leżę, płaczę, rysuje, planuje, jem, rozmawiam.

Jako narrator

Gdy Czkawka wracał zamyślony do swojego pokoju, nie wiedział że wszystkie utęsknione rzeczy, niedługo wrócą. Jego najwększy wróg, Drago dokonał bardzo przełomowej dla niego rzeczy. Nie umiał tresować smoków ( hmm  tak jak Alchrecht Perwidny ). Nie ma pojęcia, że największą, potrzebną reczą, a bardziej można rzec, potrzebynym uczuciem jest miłość. Z którą łączy się zaufanie, przyjaźń oraz wspólny cel. To jest potrzebne do tresowania tych stworzeń. Drago znalazł inną drogę. Strach oraz nienawiść do tych istot. Wykorzystał to, że nie czuję strachu do smoków i panuje nad nimi, bo się go boją. Przez to, że zmarł, a tak przynajmniej nadal myśli, Smoczy Jeźdźiec postanowił sam sobie poradzić. Ale to nie to samo co tresura smoka, to jest zastraszanie. Krwawdoń tego nie wie. Tworzy powoli i w tajemnicy Smoczą Armię zarówno z smoków jak i ludzi. Ma zamiar atakować wszystkie wyspy, ale jego celem teraz jest zdobycie, jak największej ilości smków. Nigdzie mu się nie spieszy. Jest z siebie dumny, że ma takie świetne plany, szkoda, że ktoś będzie musiał mu je zniszczyć.

                   PAN SMOKÓW

Jako Astrid

Przebrałam się w piżamkę i nie mogłam zasnąć. Położyłam się na lewym boku : źle

Na prawym boku : źle

Na brzuchu : źle

Na prosto : źle

Na siedząco : źle

Ohh jak mam usnąć ? To przez ciebie Czkawka ! Przez ciebie, nie mogę zmrużyć oka. Mogłeś napisać, że na pewno wrócisz, albo, że lecisz do domu. Że jesteś bezpieczny, że nic ci nie będzie. Ale co będzie jeśli tak by się nie stało. Gdybyś mi obiecał, że wrócisz a nie wróciłbyś ? To by było chyba gorsze. Posmutniałam, niczego teraz nie jestem pewna. Można mieć nadzieję, że się jeszcze spotkamy ? Mogłam nie mdleć, mogłam z nim siedzieć tam do jutra. Chciałabym znów z nim tam siedzieć i rozmawiać. We dwoje i tak na luzie. Nie dowiedziałam sie od niego za wiele. Miał mi przecież opowiedzieć co się działo przez te cztery, smętne lata, gdy go nie było. Powędrowałam w myślach, do przedgródki ze zdarzeniami z dzisiejszego dnia. To jak się z nim zderzyłam. Ale się go wystraszyłam, wtedy myślałam, że zemdleję. A teraz mi się przypomniało, że to też jego ulubione miejsce, w którym lubił przebywać. A teraz ta chwila, kiedy patrzę w jego oczy, i czuję, że jednak go znam. To jak chwyta moją dłoń, to do niego nie podobne. Następne ważne dla mnie wydarzenie, w którym dokonałam tego, że zdjęłam mu hełm. Gdy położyłam dłonie na zimnym, metalowym nakryciu głowy, poczułam taki jakis dziwny lęk. A co jeśli to nie on? Chciał mi przeszkodzić, ale w końcu zdjęłąm powoli hełm. Wiedziałam od razu, że to on, po tym jak jego włosy opadły mu na twarz. Brązowe włosy, zielone oczy nawet jeszcze bardziej niż pamiętam i jego uśmiech. Nie do pomylenia. Wiem, że to dla niego szok, że tak go nagle, ni stąd ni z owąd, przytuliłam do siebie. Tak się cieszyłam! "To on, to on, to on. " W tamtej chwili pulsowało mi w głowie. Najbardziej zabolało mnie to, że mnie nie poznał i że się nie cieszył, że to ja. I jeszcze to nieprzyjemne uczucie, gdy niechętnie puszcza moją dłoń i przyznaje że nie tęsknił. Sama bym też za sobą nie tęskniła. Dobrze, że wiem że żyje. Jak na razie. Zamknęłam w końcu oczy, myśląc jeszcze o moim przytulasie, i od czterech lat, najpiękniejszym dniu.

NA dziś wystarczy ;D DO JUTRA ;p a może nie ? Mauhahha ;p

Oczy z głębokiego snu, otworzyłam późno. Słońce świeciło już mi po twarzy. Zmrużyłam oczy i przeciągnęłam się leniwie. Ziewnęłam i pomyślałam : trzeba wstać. Wyszłąm z pod ciepłego koca i zaczęłam wybieranie ubrań na dziś. W szafie byłotyle tych rzeczy, że sama już nie wiedziałam co mogę na siebie założyć. W końcu wzięłam czarne getry, niebiesko-fioletową koszulkę i buty. Udałam się po cichu do łazienki. Po drodze nikogo nie spotkałam, ani w kuchni, ani w jadalni. Rodzice pewnie jeszcze śpią po wczorajszej przygodzie. Odetchnęłąm na razie z ulgą, ale bez kary się nie obędzie. Po umyciu się i ubraniu, przyszedł czas na związanie włosów, któych mam do groma. Co tam będę wymyślać ? Warkocz do tyłu, grzywka na bok i opaska na włosy. Bez tych rzeczy, czuję się dziwnie. Ucieszona swoim wyglądem otworzyłam gwałtownie i mocno drzwi.

- Dobrze, że się zatrzymałem - powiedział tata. Gdyby stanął krok bliżej, dostałby w twarz, i to tak porządnie.

- Przepraszam, ale wy na górze też macie toaletę - powiedziałam, ściskając do siebie piżamę, którą mam zamiar zanieść do pokoju.

- Mama zajęła - mruknął

- I wszystko jasne - odpowiedziałam, wesoło. Przesunęłam się i wyszłam z łazienki zanieść moją piżamę spowrotem do szafy. Gdy wyszłam ponownie z mojego pokoju, mama szykowała coś na śniadanie, a tato siedział przy stole rozmawiając o czymś głośno. No to idziemy po porcję śniadania, kary i tłumaczeń.

Jako Czkawka

Tak jak myślałem, nie zasnąłem. No chyba, że godzinę niespokojnego spania można nazwać snem to tak. Czułem się jak trup, nie miałem na nic siły. Byłem obolały i oczy zamykały mi się samowolnie. Odkładając notes, w którym zaznaczyłem dokładne miejsce Berk na mapie, obudził się Szczerbatek. Przeciągnął się i oblizał się.

- Znowu się rybki śniły co ? - zapytałem się, odwracając się do przyjaciela. Pokiwał radośnie głową i podbiegł do mnie. Cały Szczerbo. Powalił mnie na zimię i położył łeb na moim brzuchu.

- Nie tylko - nie liż. A czego można się po nim spodziewać jak nie lizania z samego rana ?

- Ciesz się, że się jeszcze nie przebrałem, bo byś prał mi ciuchy - powiedziałem wstając. Pokręciłem głową na boki, patrząc na Szczerbatka. Usiadł przede mną i patrzył tymi zielonymi, oczyskami na mnie prosząc o wybaczenie.

- Na ciebie nie potrafię się gniewać - powiedziałem a smok skoczył wesoło do góry. Przewróciłem oczami i postanowiłem, że czas się ubrać i iść po karę do mamy. Wiecie nie zawsze muszę chodzić w stroju do latania. Założyłem spodnie, koszulkę z krótkim rękawem i czarne, materiałowe przed łokcie, nakładki z metalowymi ćwiekami. Wyskoczyłem szybko z pokoju. Mój smok wyszedł za mną. Pognał do przodu do innych smoków, któe już dawno wstały. Idąc do mamy, ukłonłem się do Alfy. Dmuchnął mi śniegową mgłą, która osiadła na moich włosach. Strzepałem śnieg z włosów. Uśmiechnął się , wstając. Patrzyłem na nasze zielone królestwo z podziwem. Smoki patrzyły na mnie jak zwykle zaciekawione. Chyba nie mogą się do mnie tu przyzwyczaić. Nagle przebiegł mi przez drogę Chmuroskok ze Szczerbatym. Ganiali się. Pomarńczowy smok trzymał w pyszczku rybę a mój czarny wariat ganiał za nim. Od samego rana marzy o rybie, więc nie dziwne. Wszedłem do kochanego miejsca mamy. Tu gotuje. Zastałęm ją, napełniającą dzban wodą. Spojrzała na mnie z radosnym uśmiechem.

- No dawaj co już zrobiłaś ? - zapytałem, machając przed sobą rękami. Lubię gestykulować, gdy mówię. Zaczęła się smiać. W dłonie wcisnęła mi dzbanek. A po chwili w drugą rękę dała drewniany talerz, z jajecznicą.

- Słuchaj, to było coś ! - krzyknęła wesoło. Usiadłem na kamiennym stołku przy kamiennym stole, w kształcie koła. Zrużyłem oczy i próbowałem rozgryść mamy wyczyn.

- Nie, nie wiem, mów - powiedziałem wreszcie

- Wiesz, że jestem szalona prawda ? - zapytała.

- Tak już od dwuch lat

- No to słuchaj, w nocy jak wróciłeś nie mogłam zasnąć. Myślałam o smokach i o tym, że na Berk wykorzystują je do walki z nimi. No i poleciałam z Chmuroskokiem na Berk - kopara mi opadła

- I nie wzięłaś mnie ? - jęknąłem żałośnie

- Było późno i spałeś - tak spałem.

- No i powypuszczałam im wszystkie smoki, uwięzione na tej arenie i wszystkie smoki, złapane w pułapki w lasach. A njalepsze jest to, że wszyscy spali i na razie o niczym nie wiedzą ! - mówiła podkscytowana

- Tak, super - powiedziałem drapiąc się brodzie

- Coś nie tak ?

- Tyle, że pomyślą, że to ja - powiedziałem

- Nie mów mi, że jak cię nie było to tam poleciałeś ? - powiedziała nerwowo

- No tak jakoś wyszło ...

- Tak jakoś, czyli jak ? - nie chcę wam wszystkiego opowiadać jescze raz. Bardzo szczegółowo opowiedziałem jej o wszystkim. Była na początku zła. Ale gdy zacząłem opowidać o Astrid chyba się romarzyłem. Mama podparła sobie rękę głowę i patrzyła na mnie wzruszona. Później dokończyłem opowieść o tym, że ją odniosłem do domu. I powiedziałem o karteczce.

- A co tam napisałeś ? - zapytała nadal z ręką na poliku i patrząc na mnie zaciekawiona.

- Nic, ważnego

- Gdyby nie było ważne, to byś nie pisał do niej - wtrąciła

- No nic takiego

- Ja już wiem, wiem co tu się kroi - powiedziała wstając

- No niby co ? - zapytałem unosząc brwi do góry

- Nasz Ckawka się zakochał - co ?

- No chyba nie - mruknąłem

- Ale to jest głupie. Ja ją kocham - powiedziałem przewracając oczami

- Przed chwilą sam powiedziałeś, że ją kochasz

- Nie nie prawda powiedziałem, że ją nie kocham. I nigdy nie będę - powiedziałem, jak można w ogóle na taki głupi pomysł wpaść.

- Uuu Czka-wka ko-ch-a As-trid - naśmiewała się. Nie wiadomo skąd przyszedł Szczerbo i słuchał tego co mama prubóje mu wmówić.

- Nie słuchaj jej. Wymyśliła sobie coś - powiedziałem, odstawiając pusty talerz

- No nie, nie Szczerbatku twój Jeźdźiec się zakochał rozumiesz ? W tej blondynce z Berk, pamiętasz co nie ? - wredne gadzisko kiwnęło głową. Zaczęli rechotać ze sobą.

- Ale ja jej nie kocham, nawet jej nie znam - tłumaczyłem na darmo. Wstałem od stołu i wyszedłem szybko od mamy i mojego przyjaciela, który wierzy mojej matce zamiast mi. Nie mogą zrozumieć, że ja nie chcę mieć zadnej dziewczyny. Ale wymyśliła. Nawet przez chwilę tak nie pomyślałem o niej. Nie chcę żadnych dziewczn dajcie mi spokój ! Po co ja w ogóle ja jej opowiadałem o tym. Hmm może dlatego żeby dostać mniejszą karę ? Tak, dlatego. Szedłem właśnie do Alfy, by usiąść i popatrzeć na cudowne smoki i pomyśleć w spokoju. Trafiłem tam gdzie chciałem. Usiadłem na pniaczku, porośniętym roślinami i zacząłem myśleć nad wszystkim.

- Wrauuuu - warknął za mną Szczerbatek.

- Skoro, uważasz, że nic do niej nie czujesz to przepraszam - powiedziała mama, kładąc rękę na moim ramieniu.

- Nie nic się nie stało. - powiedziałem nadal siedząc.

- To dlaczego tak uciekłeś od nas ? - zapytała Val

- Nie wiem, bo mi dokuczliście ?

- Wybaczysz nam prawda ? - zapytała. Szczerbo palnął mnie łapą w głowę, żebym się odwrócił. Widok był po prostu prześmieszny. Mama ze Szczerbatym robili maślane oczy i uśmiechali się do siebie.

- Wybaczam - odpowiedziałem. Wesoły smok zaczął mnie lizać po ręcę.

- Wiesz mamo nie chcaiłbym nigdy tego wszystkiego zostawiać, z powdu jakiejś dziewczyny. A szczególnie Szczerbatka. Nie zależy mi na nikim oprócz was i na tym co robimy razem. Nie chcę i nigdy nie będę chciał mieć dziewczyny, i już - powiedziałem

- Ciekawe co mi powiesz za parę lat ? - zaśmiała się

- Co ? - zapytałem

- Oh, i tak kiedyś ją znajdziesz i zobaczysz będziesz się śmiał z tego co teraz wygadujesz - powiedziała

- Pamiętaj o swoich przepowiedniach - powiedziała cicho.

wejdę koło 17 a i Czkawka serio się NIE zakochał  hahah ale beka z Val i Szczerbatego

jestem moi wierni fani :D

Jako Astrid (jedziemy z tym koksem)

Sidziałam cicho wyglądając z nad talerza na mamę, a później powoli na tatę. Napiłam się soku z jeżyn ( te z lasu .

- No to wybraliście już karę dla mnie ? - zapytałam wreszcie, albo ja zacznę temat albo nikt. Mama spojrzała na zdziwionego tatę.

- Chyba tak - powiedział tata.

- No dawaj - okazało się, że nie powiedziałam tego w myślach, przez co tata spojrzał dziwnie na mnie. Odgarnęłam blond grzywkę na bok. Jestem gotowa na wszystko. Niczym mnie zaskoczysz. Uniosłam brwi do góry. Chciałabym jedną, ale tak potrafi tylko Czkawka.

- Zakaz wychodzenia i szwędania się z kumplami po godzinie piętnastej oraz

- Oraz ... - powtórzyła mama, zastanawiając się.

- Wiesz chyba nie ma żadnego oraz. Nic aż takiego się nie stało, a pozatym zawsze byłaś grzeczna, więc na razie tlko ten jeden warunek. I będzie przez okrągły - rok? - miesiąc - dokończył ojciec. Ufff. Skrzywiłam się.

- Ale, żeby córeczko jasne było, zakaz po godzinie piętnastej na wychodzenie wszędzie - dodało mamuś., posmutniałam. Wpadłam na pomysł, że i tak posiedzieć sobie w domu i rozmyślać rozmawiając przez okno z Księżycem.

18. Straciłem wszystko co miałem

Jako Czkawka

przepraszam zasmucę was tym rozdziałem ale tak muszę, takie moje zadanie. Pisać to co wena mi nakaże

- Niewyspanie to nie powód dla, którego miałbym z tobą nie lecieć - usprawiedliwiłem to, że mama nie pozwala mi ze sobą lecieć na codzienne patrolowanie.

- Jeszcze mi zaśniesz na smoku. Nie, zostajesz

- Ale Szczerbatek, będzie smutny - hah umiem znaleść argumenty - że sobie nie polatamy - mama znalazła już jakieś wyjście z tej sytuacji, rozpoznałem to po jej nieświadomej twarzy i tajemniczym uśmiechu.

- To mam pomysł. Ja polecę ze Szczerbatkiem ty zostaniesz z Chmuroskokiem. Popilnuje cię - powiedziała głąszcząc swego przyjaciela.

- Nie no, patrz Szczerbatek się nie zgadza - powiedziałem w miejsce, w którym powinien stać mój smok. Niestety tam go nie było. Stał obok mamy, łasząc się.

- Wredny jesteś - powiedziałem do Pana Nocnej Furii, wskazując na niego palcem. Uśmiechnąłem się.

- Niech będzie, ale uważaj bo on kocha wariować - uprzedziłem

- Wiem, znamy się na tyle

- Czyli ja zostaję z twoim smokiem a ty lecisz z moim ? - podsumowałem

- Tak - odpowiedziała

- Wracamy po południu. Albo nawet wcześniej, nie widzę powodu dla, którego nie zrobiłabym ci dziś obiadu - zaśmiała się

- Fajnie, lećcie to szybciej przylecicie na owy obiad  nie mam pojęcia, jak napisać to zdanie ale chyba zrozumieliście ? - powiedziałem

- Okej do zobaczenia synek

- Pa, a ty bądź grzeczny - pogłaskałem Szczerbatka, na którym siedziała już zniecierpliwiona mama. Założyła najważniejszą część swojego stroju. Maskę. Po chwili wzbili się w powietrze. Rozejrzałem się. Chmuroskok patrzył na mnie a ja na niego.

- To co zostaliśmy sami ? - zapyatłem. Smok skrzywił się, później uśmiechnął i poleciał na drugi koniec Smoczego Sanktuarium.

- Czyli sam ? - powiedziałem sam do siebie. Dosłownie.

Godziny leciały szybko a ja łaziłem bez celu po wszystkich skałach i głazach. Myślałem nad swoim losem. Czyli to co zawsze.

Jako Valka

- Proszę nie ! - krzyknęłąm złą. Grubas, zdjął lotkę Szczerbatka i rzucił w morze, do wody.

- Co ty wyprawiasz ? - zapytałam, podszedł do mnie i zdjął moją maskę. Nie mogłam się ruszyć i siedziałam związana na pokładzie wielkiego statku. Nie wierzę jakim cudem mnie złapano.

- O kobietka ? - zdziwił się - pozwól że się przedstawię - powiedział biorąc mój kij do ręki - Drago, Drago Krwawdoń a pani ? - kiwałam głową na boki że nic nie powiem

- Widzę, że ma pani Nocną Furię bez połowy ogonka. Gdzieś już taką widziałem i chyba nawet to ta sama. Ale niestety nie powiem skąd ją kojarzę, tajemnica - wiem, skąd znasz Szczerabtka i mojego syna

- Taki wspaniały smok przyda mi się do Smoczej Armii - powiedział i rzucił mój kij daleko za burtę

- Co ? - wyszeptałam

- Od pewnego czasu to jestem panem smoków - powiedział. Podszedł do leżącego na przeciwko mnie, związanego Szczerbatka. Nadepnął na jego pyszczek. Starał się jak mógł, wyrwać się z pod silnej nogi mężczyzny. Zaczął się na niego drzeć. Szczerbo się wystraszył i spuścił łeb w dół.

- Teraz ja tobą rządzę - powiedział, śmiejąc się złowieszczo - i on - po tych słowach z wody , wyłonił się czarno-siwy alfa.

- Czy to ? - zapytałam

- Tak, alfa. Cóż przyda sie do panowania nad smokami - powiedział. A wielki smok zaczął chipnotyzować Szczerbatka

- Nie słuchaj go ! Słyszysz ! - krzyknęłam. Niestety alfa ma za duży wpływ na inne smoki. Źrenice Nocnej Furii się zwężyły i patrzył na swojego pana. Drago.

- Widzisz, ja teraz nad nim panuję. A ty ? Może się przydasz ? Gotujesz ? - zapytał. Kiwnęłam głową, a co miałam zrobić.

- To będziesz kucharką - powiedział do straży. Zaczęli bić brawo i śmiać się. Tylko żeby Czkawka był teraz bezpieczny.

- Płyniemy do domu ! - krzyknął a wiatr popchał żagle do przodu. Zaczęłam się smucić ale nie płakać. Valka nie teraz, nie teraz.

Jako Czkawka

Już po piętnastej a mamy nie ma. No rozumiem, że z obiadem to żartowałaś i zrobiłem sobie sam. Co tu będę siedział.

- Chmuroskok ! - krzyknałem do smoka. Wiem, że mu sie nie chciało ale przyleciał do mnie.

- Musimy poszukać twojego Jeźdźca i mojego smoka - powiedziałem siadając na grzbiet smoka.

db nie będę pisać " na chama" bo będzie brzydko i krótko jak dam radę to next jtr jak nie to w czwartek jescze powiem ! :)

Wiem, że są osoby, które błędy ortogarficzne kłują w oczy, ale staram się jak mogę. Chcę was poprosić byście skupili się nad sensem a nie ortografią, bo mistrzem ortografii to ja nie jestem. Stylistykę i ortografię często staram na bierząco poprawiać ale zdarza mi się, że brakuje liter albo są jakieś niedokładności za co przepraszam z góry, to przez pośpiech. Nie chcę być wredna czy coś ale są opowiadania, na których niektórym się nie chce znaków interpunkcyjnych używać . , ! ? - itp. wielkich liter  ...... więc ja i tak staram sie by było wam dobrze. Nie jestem maszyną, która nie robi błędów tylko zwykłą nastolatką, która pisze o czymś co bardzo kocha.  Bardzo bardzo przepraszam nie moja wina że nie zostałam obdarzona ortograficznym mózgiem, ale staram się .... Jescze raz przepraszam / blogerka / Nati ;p (my name)

Haj tu ja nie dam wam dziś nexta nie mam nastroju, złapałam jakiegoś mega doła ale na pewno da się to we wspaniały sposób przelać na opowiadanie. A więc, nie mam chumora i nie napiszę dziś nic miejmy nadzieję, że jak jutro moje zajęcia muzyczne się nie przedłużą to wstawię nekscika, bo was bardzo kofam. Wiem, że mnie zrozumiecie i moje ciężkie sparwy szkolne do jutra ;** / Astriś111

Przejąłem się nie na żarty. Mam nadzieję, że nic im nie jest. Gdyby coś im się stało, nigdy bym sobie nie wybaczył. Strasznie zatroskany, dałem znać Chmuroskokowi, żeby ruszył. To nie to samo co loty na Szczerbatku, on jest mniejszy. Wzbiliśmy się powolnie w górę. Uśmiechnąłem się do siebie z nadzieją, że zaraz spotkam mamę całą i zdrową oraz Szczerbola. Wylecieliśmy nad zimny i ciemny ocean. Niebo nad nim, było zachmurzone i ciemne, co znaczyło, że może lada chwila padać.

- W prawo - powiedziałem do pomarańczowego smoka. W prawo, czyli na wschud. Rozglądałem się sam nie wiem, za czym. Miałem jakieś złe przeczucia. Lecieliśmy, nie za szybkim, równym tempem.

Jako Valka

- No więc kobietko, zostajesz na razie z nami - powiedział, Drago idąc przodem przed strażami i smokami. Szczerbatek, pobiegł szybko w stronę innych dzikich smoków. Nie zwrócił nawet uwagi na to, że się o niego martwie. Moc, która każe mu być pod władzą smoka alfy jest zbyt duża, by się jej sprzeciwić. Muszę jakoś stąd uciec, tylko niby jak ? Idę pilnowana przez dwóch, silnych strażników i kierujemy się ku wielkiemu, szaremu zamczysku. Nie do końca to zamek, lecz potężny budynek, który wydaje się już z tej odległości straszny i przerażający. Mam związane ręcę, zosatałam pozbawiona maski i kija. Najchętniej bym się stąd wyrwała, ale jak mam uciec ? Szczerbatek jest teraz nie do oswojenia. Może nawet zabić, bo jest nieświadomy i nieposłuszny. Co ja mam robić ? Ciekawe co robi Czkawka ? Rozmyślałam idąc przed siebie.

Jako Czkawka

Czułem, że jesteśmy blisko. Że już niedługo na coś się natknę. Słońce już całkiem nam zniknęło z pola widzenia i schowało się za oceanem. Zrobiło mi się zimno, ale przeczucie nie pozwalało mi się teraz poddać i zawrócić. Taka straszna niepewność mnie teraz dopadła. Gdzie oni są ? Żyją ? Teraz rozumiem Astrid. Co czuła gdy nie widziała mnie te cztery lata. A ja mamy i przyjaciela nie widzę  dopiero od kilkunastu godzin, a co tu poruwnywać do czterach lat ?

- Hej przyjacielu, gdzie lecisz ? - zapytałem smoka, bo zaczął lecieć szybko w dół. Warknął coś cicho. Spojrzałem na powierzchnię wody. Nie, nie, nie ! Pomyślałem.

- To jakiś głupi żart prawda ? - zapytałem cicho. Smok zatrzymał się nad, ciemno-granatowymi drzwiami oceanu. Nachyliłem się, wyciągając z wody dwa dobrze znane mi przedmioty. Lotkę, od ogona mojego przyjaciela, Nocnej Furii i laskę, z którą mama się nie roztaje, szczególnie gdy nie jest w domu. To nieprawda, co nie? Co się stało ? Nie oni muszą gdzieś być ! Byłem zły i smutny. Nagle zaczął padać deszcz. Kropił na mnie i smoka, drobnymi kroplami i jakby płakał za mnie. Moje złe przeczucia się sprawdziły.

- Leć dalej - powiedziałem, załamnym głosem. Może gdzieś są w pobliżu ? Czy ja zawsze muszę mieć takiego pecha. Wszystko co kocham, nagle mi ucieka z rąk i to tracę. Niekoniecznie z mojej winy. Przez głowę przebiegły mi wszystkie chwile związane z moim smokiem. To, że zawsze przy mnie był. Czy to w zdrowiu czy w chorobie, był przy mnie. Często się narażał by mnie uratować. Jeszcze częściej mi dokuczał i poprawiał chumor. Był i zawsze będzie moim lekarstwem na szczęście. Pamiętam gdy leciałem na nim, i wtedy czułem, że ja też jestem smokiem. Bo nie wikingiem. Pokazał  mi co to przyjaźń i dobro. Jak odróżnić dobro od zła i jak radzić sobie, gdy ludzie, których tak dobrze znałeś, cię opuścili. Traktowałem go jak brata i tak pozostanie. Ścisnąłem mocno, czarną lotkę z nadzieją, że go odnajdę. Ty też byś mnie szukał prawda? Teraz przez myśli, przebiegła mi tak uwielbiona postać. Mama, którą znalazłem po czternastu latach smutku i samotności. Myślałem, że odeszła, bo tak mi przynajmniej wmawiano. Nie powiedzieli mi, że porwały ją smoki. Powiedzieli, że ona nie żyje i nie pamiętam tego, bo byłem mały. Nie pytałem o powody jej śmierci, bo nie wypadało, a ojciec nie lubiał mi o niej opowiadać. Nawet mi przecież nie powiedział jak się nazywa. Do czasu, gdy jej nie poznałem, zastanawiłem się co by było gdyby była z nami na Berk. Czy było by inaczej ? Sięgnąłem pamięcią do mojego pierwszego spotkania z mamą. Poznała mnie po małej bliźnie, którą mam na brodzie. Zrobił mi ją przez przypadek Chmuroskok, gdy bawił się ze mną. Dokładnie przed tym jak chwycił mamę i zabrał z Berk. Chciałbym usłyszeć jej radosny matczyny głos, który potrafił uspokoić mnie jak lizanie po twarzy przez Szczerbatka. Uśmiechnąłem się i podjąłem decyzję, że ominę teraz wielką lodową skałę i udam sie na północ. Gdzie i po co lecę ? Gdzie nie mam zielonego pojęcia, ale lecę po to co kocham i po to co mam. Swoją rodzinkę.

Jako Astrid

Jakieś dwie godziny temu wróciłam z przechadzki z kolegami, czyli o piętnastej. Oni pewnie się jeszcze razem dobrze bawią. A ja siedzę w pokoju. Z nudów zaczęłam, czyścić mój topór. Nie jest taki cudny jak wtedy, gdy dostałam go od Czkawki. Był idealny i piękny. Proporcionalny i lekki. Wytrzymały jak na moje potrzeby i ślicznie zdobiony. I ten napis.

Astrid Hoferson.

To pokreśliło, że ten przedmiot jest mój i jest tylko i wyłącznie dla mnie, dla nikogo innego. Był po prostu wspaniały, ale stało się co się stało i nie da się tego cofnąć. Ciekawe, czy jakbyśmy się jeszcze spotkali to czy by się zgodził by go zrekonstruktować, ponownie? No jakbym miała pewność, że się spotkamy, nie? Ale marzyć mi nikt nie zabroni. Mam do tego pełne prawo, jak do tego żeby bić każdego kto mnie wkurza. Uśmiechnęłam się, dumna ze skończonej pracy. Odłożyłam broń w róg, pomiędzy biurkiem a ścianą. Wyjrzałam przez okno. Nie działo się nic ciekawego, oprócz tego, że zaczęło lekko kropić. Lekki desczyk zaprosił wszystkich do swoich domów, ponieważ zaczął być coraz gęstszy. Chłodny, paraliżującą mnie w ciepłym domu, wiatr wiał radośnie szepcząc coś do liści i zapraszał je do tańca. W oddali nad ciemnym oceanem latał Gronkiel i Koszmar Ponocnik, którzy ziali ogniem i walczyli najwyraźniej ze sobą. Ostatnio dziwną rzeczą, która jest nowa na nszej wyspie jest to, że smoki bardzo rzadko atakują. Nie porywają tylu zwierząt, szczególnie owiec starego, narzekającego dziadka imieniem Pleśniak.

uwaga ten, wątek zapoczątkuje wahanie się Astrid co do Czkawki. Miłego czytania :

Jakby wszystkie smoki, zaczęły znikać. Może to przez Czkawkę? Gdyby tak rozmyślać cały dzień to by można zwariować. Niczego nie jest się pewnym.

- Astriś chodź - powiedziała mama z kuchni. Nie miałam nic  lepszego do roboty, więc poszłam do miejsca, z którego mama mnie zawołała. Siedziała przy stole a przed nią stało drożdżowe ciasto. No, teraz czego ode mnie chcą? Patrzyłam podejrzliwie na matkę. Nie zraziła się tym.

- Co ? - zapytałam siadając na moim krześle. Moje, bo ja zawsze przy nim siedzę. Od razu zauważyłam, że się czymś denerwuje i boi się zacząć.

- A nic, chciałam z tobą porozmawiać - wydusiła wreszcie z siebie. Uśmiechnęłam się lekko i wręcz niezauważalnie by zrozumiała, że nie lubię czekać. No mów, mów. Myślałam patrząc cały czas na nią.

- Na jaki temat ? - zapytałam

- Taki bardzo dziwny - bardzo ciekawie się zapowiada, naprawdę

- O fajnie - mruknęłam z uśmiechem - zaczynaj - dodałam do tego impulsywny ruch ręką.

- Jesteś już duża i myślę, że dobrze by było ci o tym powiedzieć - o wspaniale się zaczyna, serio. Przeszły mnie ciarki oraz zaczął mnie ściaskać żołądek. Pod masywnym, drewnianym stołem zacisnęłam ręcę w pięści.

- Za parę lat a za dokładnie trzy na naszą wyspę, przypłynie - przęłknęła głośno ślinę - twój można rzec, że narzeczony - na brodę Odyna. Że co ? Zatkało mnie zupełnie.

- Kto ? Że kto ?! - krzyknęłam po długiej chwili ciszy.

- No taki chłopak - mruknęła

- Ale dlaczego ja nic o tym nie wiem? Skąd pochodzi powiedz i wytłumacz mi wszystko - powiedziałam zła.

- No więc, jakieś trzy lata temu Wyspa Gór, ta ze Smoczym Szkoleniem, na którym byłaś wypowiedziała Stoikowi wojnę. Nie chcieliśmy pod żadnym pozorem tej wojny i dlatego nasz wódz ustalił z tamtym wodzem, że zostawią naszą wyspę w spokoju, jeśli  wyjdziesz za jego syna - prawie wyszeptała.

- Nie, nie proszę nie mów, że mówimy o ... - zaczęłam się domyślać o kogo chodzi.

- Tak ma na imię Paluch - załamałam się totalnie.

- Ale ja nie chcę - powiedziałam ze łzami w oczach.

- Przykro mi chcieliśmy uchronić naszą wyspę, to było dla naszego wspólnego dobra. A wiesz, że z nimi nie dalibyśmy rady wygrać wojny, kochanie - pocieszyała mnie na swój sposób mama.

- Ale ja nie chcę zrozum ja nie chcę - zaczęłam szlochać cicho. Ten cały Paluch jest jeszcze gorszy niż Sączysmark. Na szkoleniu chciał mi włosy obciąć ale nie dałem mu tej przyjemności. Powaliłam go z hukiem na ziemię. Nie, nie ... Nie chcę.

- Od tego bardzo dużo zależy słoneczko - powiedziała smutna mamusia. Spojrzałam na nią oczami pełnymi smutku i żałości.

- Ale może pocieszy cię wiadomosć, że - zaczęła z uśmiechem.

- Że ? - powtórzyłam.

- Że nie musisz wyjść za syna naszego wodza - zaśmiała się do mnie, ale ja już nie.

- Czkawkę ? - zapytałam cicho

- No tak. - cały czas się śmiała - Wiesz przez to, że uciekł nie da się ...

- Co kolejnej osobie mnie obiecaliście?

- Nie my. Ojciec Stoika Ważkiego umówił się z twoim dziadkiem, że możemy osiedlić się na Berk jeśli nasza córka lub syn poślubi córkę lub syna Stoika. Jak widzisz my mamy córkę, ciebie ...

- A Stoik ma Czkawkę - dokończyłam

- Miał - poprawiła mnie mama.

- Ale załużmy tak ... - chrząknęłam przez łzy - Że Czkawka żyje i wraca na Berk w przeciągu tych trzech lat, i co wtedy? - zapytałam. Wywołałam zaskoczenie na twarzy mamy. Zamyśliłą się.

- Wtedy masz pełne prawo wyboru - przymnajmniej tyle, pomyślałam - jeśli wybrałabyś Czkawkę - tu mama się uśmiechnęła od ucha do ucha - to Wyspa Gór nie ma prawa atakować naszej wyspy i mieć pretensji o to, że nie wyjdziesz za Palucha. Ponieważ wcześniej zostało ustalone, że jesteś przeznaczona dla phiii Czkawki - dokończyła. Mi nie jest do śmiechu!

- O Tohorze - złapałam się za głowę.

- Nie zawracaj sobie teraz tym głowy, ale musisz mieć świadomość, że nie powinnaś się zauraczać innymi chłopcami jasne ?

- No ciekawe kim? - powiedziałam unosząc brwi do góry. Otarłam łzy i zaśmiałam sie razem z mamą.

- Dziękuję, że mi powiedziałaś

- Musiałam, pomyślałam, że gorzej by było zwlekać ciągle. - mama wstała i ukroiła mi kawałek ciasta. Uśmiechałam się, ale tak naprawdę moje serce przepełniał krzyk i złość. Jadłam szybko i miałam przez to policzki napchane jak Gronkiel skałami.

- Ja idę do ... - westchnęłam - do pokoju - dokończyłam. Odsunęłam powolnie krzesło i pełna złości weszłam do mojego królestwa trzaszkając drzwiami. Zaczęła mnie boleć głowa. Usiadłam na krześle i zaczęłam płakać.

towarzyszy mi ta oto piosenka :3   http://www.youtube.com/watch?v=m65jhGwtWrg :D nw czy pasuje ale tak sb słucham

Wszystkie złe myśli powróciły. Ja nie chcę żadnego męża. Dlaczego Szpatka nie ma takich problemów? Akurat ja muszę być taka ładna? Ale naprawdę Paluch? Nie no już jego imię powala na łopatki nie, że Czkawka jest lepsze ale jakoś bardziej jest urokliwe. Tak po prostu do niego pasuje. A ten cały Paluch to taki wredny i niemiły chłopak. Do tego niski i ma okropny charakter. Jest rozwydrzony i rozpuszczony przez swojego ojaca, który jest wodzem. Sam by nawet muchy nie zabił a co powiedzieć o walce, już nie ze smokiem, ale z takim Smoczym Jeźdźciem. Czkawka skopałby mu tyłek. Ja nie chcę być z kimś z przymusu lub rozkazu. Nigdy jeszcze się w nikim nie zakochałam i nie chcę żeby to było z czyjegoś rządu. Teraz już sama nie wiem na co liczyć. Ale nie dopuszczę do tego żeby się z kimś związać na całe życie, jeśli nie wyraże na to zgody. Jestem nawet zdolna uciec. Czkawce to na dobre wyszło więc mi może też? Jeszcze nie będę nigdzie uciekać, za bardzo bym tęskniła za tym co tu mam. Jeszcze nie. Poczekam, łodzie z portu mi nie ucieknął. Położyłam głowę na moim stoliku do tworzenia, czyli biurku. Ale chwila, a jakby tak Czkawka też wrócił? I był tu na Berk? Czy zmieniłabym zdanie? Zastanowiłam się nad tym argumentem. Już zapomniałam jak wygląda z bliska, jak brzmi jego głos, jak się uśmiecha. Znowu pozostało mi tylko po nim jego imię. To spotkanie z nim było za krótkie, nic mi nie powiedział. A pozatym widać, że jest inny. Nie jest nieśmiały tylko skryty i trzeba go do wszystkiego namawiać. Ale jest odważny i hardy. Ile ja bym dała żeby wrócił tu chodźby na jeden dzień. Chociaż tym razem bym go nie wypuściła, i to dosłownie. Przywiazałabym go do drzewa i nie dawała jeść aż w końcu obiecałby, że zostanie.

19. Zadanie cz.1

Jako Czkawka

Ofiarą losu trzeba się urodzić. Ja w przeciągu czterech lat : uciekło mi się z domu, zyskałem przyjaciela, byłem więziony bardzo regularnie, znalazłem mamę, zachaczyłem na chwilkę do domu, porozmawiało mi się z Astrid, pozwoliłem na to by mama i Szczerbatek polecieli sami, sam nie wiem gdzie, tylko dlatego, że zasypiałem żywcem! To sie nazywa ofiara losu. Deszcz zmoczył mnie tak, że nie znajdzie się na mnie suchej nitki. Do tego dostałem w prezencie zimny wiatr wiejący mi w twarz. Zamarzałem chyba powoli. Nie miałem wyjścia w takim stanie nie polecę dalej. Nie mam po co, przecież sam nie wiem gdzie zmierzam. Zawróciłem z Chmuroskokiem i lecieliśmy w drogę powrotną. Tym razem szybko, ponieważ krople deszczu biły mnie i przy okazji mroziły krew w żyłach. Byłem załamany. Nie znalazłem ich. Pozostało mi tylko po nich kij i lotka. Świetnie. Sam nie wiem, w którym momencie znaleźliśmy się przed naszym tajemniczym domem o, którym nikt nie wiedział. W wejściu, czyli w wąskiej grocie, dygotałem z zimna jak galareta. Trzymałem dłonie na łokciach i na zmianę na ramionach. Znaleźliśmy się w zielonym sercu Smoczego Sanktuarium. Tu przynajmniej nieco cieplej. Rozejrzałem się dookoła pełen minimalnej nadzieji, że może wrócili. Nie widziałem nic co przypominałoby mi mojego smoka lub moją matkę. Podbiegły do mnie młode smoki. Dwa Koszmarki i trzy małe Gronkle. W różnorodnych, bardzo wyjątkowych kolorach. Pogłaskałem maluchy po ciepłych, wilgotnych mordkach. Zaczęły łaśić się i gryść mnie lekko po nogach. Małe szkodniki.

wiem, ze może mało ale nasycił was na pewno wątek z naszą kochaną Astrid? Heahuhee ;p no kochani jesteście najlepsi i najukochańsi :D nw czy są takie słowa ale udajmy, że są ;p paa do juterka / Astriś111, albo Nataliaaa :3

Pożegnałem się z małymi słodziakami. Bez żadnych zastanowień poszedłem do swojego pokoju. Chmuroskok poleciał na skalną pułkę, na której najczęściej śpi. Na nic już nie zwracałem uwagi idąc do mojego miejsca, w którym śpię. Wszystko było szare i smutne. Rośliny i smoki straciły swoje cudne, cieszące oczy kolory. Otarłem mokre czoło, z którego cały czas kapały krople deszczu. Krzemieniem zapaliłem świecę, no bo Szczerbatek mi teraz nie pomoże. Przebrałem sie w suche ubrania i usiadłem na łóżku, kuląc się jak za dawnych czasów. Kto powiedział, że chłopaki nie płaczą? To nie prawda.

Grrr idę na obiadek, człowiek nie kamień najeść sie musi :d

Przykryłem się kocem po same uszy i łapałem bodźce ciepła, które przyjemnie mnie ogrzewały, po zimnym locie na smoku. Przez to, że nie przespałem wczorajszej nocy, oczy zaczęły mi się same zamykać. Nie miałem nic przeciwko. Zasnąłem z nadzieją, że znajdę matkę i smoka, lub sami wrócą.

Jako Astrid

Obudziłam się zdyszana i przerażona. Zdrzemnęłam się z godzinkę temu, lecz z błogiego snu, który mi jest bardzo potrzebny, wyrwał mnie okropny sen. Tak szczerze z jednej strony był piękny, ale później zamienił sie w okropieństwo. Usiadłam na łóżku i otarłam pot z czoła.

Byłam znowu z Czkawką i Szczerbatkiem przy jeziorku, lecz mieliśmy po 12 lat. Czarny smok spał i mruczał coś przez sen. Ja siedziałam z nim i rzucaliśmy kamienie do wody, patrząc, który więcej razy się odbije od tafli wody. Nie odzwaliśmy się do siebie. Z uśmiechem spojrzałam na nasze dłonie, które po chwili trzymały się razem. Zdziwiona spojrzałam do góry, na jego twarz. Nie siedział tam dwunastoletni Czkawka tylko szesnastoletni. Ja też nie miałam lat dwunastu. Jego zielone oczy były skrępowane i nie patrzyły na mnie. Słońce rozświetlało jego brązowo-rude włosy i nieliczne piegi. Przytuliłam go mocno, nawet gdy zasypiam tęsknie za nim, więc dlaczego mam sobie nie podarować przytulasa w śnie?

Miśki przykro mi, ale jadę na imieniny do wujka, którego bardzo lubiem hyhy lubimy rysować. A więc nie wiem cz będzie next dziś

Ej jak wrócę to jak zwykle poczytam komy dawajcie piszcie co myślicie , że sie przyśniło Astrid :D

najprawdopodobniej next w pon ale jeszcze nw :(

Nic nie miało nam prawa przeszkadzać. Panowała nadal wokół miła i ciepła atmosfera. Widziałam niewiele przez zamknięte oczy. Wiem, że nadal siedział a ja w niego wtulona. Poczułam, że gładzi moje włosy a ja wtuliłam się w jego dłoń. Spojrzeliśmy w tym samym momencie w swoje oczy, uśmiechając się. Nie zależało mi na rozmowie tylko na tym żeby był przy mnie. Równocześnie z ostatnimi zachodzącymi promieniami Słońca nasze twarze się zbliżały. W końcu byliśmy na przeciwko siebie, tak blisko bym mogła dotknąć czołem jego czoła. Chwycił delikatnie moją dłoń a ja go chwyciłam za drugą. Zamknęłam na chwilę oczy by przemyśleć przez chwilę to co robię. Postanowiłam co postanowiłam. Otworzyłam wesoła oczy. Nie byłam już w moim kochanym miejscu z nim. Ale nadal trzymałam kogoś za ręcę. Spojrzałam w lewo. Wódz trzymał w dłoniach białą, zdobioną na rogach złotem, księgę. Księgę Ślubów i Zaślubin. Przestraszona popatrzyłam w prawo. Poznałam dużo twarzy : mamę z tatą, stojących w pierwszym rzędzie, kolegów, Pyskacza, Gothi i resztę wioski. Teraz zrozumiałam, że są tu wszyscy. W ciemnym rogu pomiędzy drzwiami a oknem stał, schowany w metalowej masce Smoczy Jeźdźciec. Światło oświetlało tylko jego prawą część ciała. Patrzył smutny w moim kierunku, jak na najgorszą rzecz jaka go mogła spotkać. Przesłałam w jego stronę pytające spojrzenie na co spojrzał na podłogę. Wahałam się, lecz podniosłam powoli wzrok do góry. Stał tam wysoki lecz o tekiej samej twarzy i sylwetce chłopak. Nie, nie. Na mojej dłoni błyszczał złoty pierścionek z błękitnym kamieniem. Puścił moją jedną dłoń i pociągnął w kierunku wyjścia. Cała ludność ruszyła za nami. Gdy doszliśmy do drzwi wskazał palcem na Czkawkę.

- Związać go - powiedział wesoły.

- Nie - zaprotestowałam lecz nikt nie posłuchał. Pięciu mężczyzn podeszło do niego. Odsunął się od ściany i wystawił ręcę, by mu je związano. Nikt w ogóle nie był tym zdziwiony. Patrzył tylko w jednym i jedynym kierunku. Na mnie. Wyprowadzono nas przed wejście do twierdzy. Ja z Paluchem staliśmy po lewej stronie a ludzie i sam wódz po prawej.

- Zostawcie go w spokoju! - krzyknęłam widząc, że Jeźdźciec jest obwiązany liną także w pasie. Mój mąż, którego nigdy nie chciałam i nigdy nie będę chciała, chwycił mnie za brodę i skierował prosto na ludzi. Machnął coś w ich kierunku ręką, porozumiewawczo. Czkawka klęknął dobrowolnie i bez sprzeciwów.

- Jeśli nie będziesz dla mnie miła to też cię to czeka - powiedział do mnie cicho, nadal trzymając mnie za podbródek. Nagle jakiś człowiek kopnął związanego w bok. Nic sobie z tego nie zrobił. Klęczał nadal milcząc.

- Co on ci takiego zrobił ? - zapytałam zła.

- Dużo - mruknął. Nie mogłam patrzeć na to co oni mu robili.

- Zsotawcie go! Proszę - jęknęłam płacząc. Zamknęłam oczy. Zacisnęłam ręcę w pięści i z całej siły, a mam jej dużo skierowałam ją w brzuch stojącego za mną chłopaka. Syknął z bólu. Ucieszyło mnie to przez chwilę. Gdy otworzyłam po chwili oczy nie było nikogo, a przynajmniej tak się wydawało. Słychać było różne głosy. Zmartwiona rozejrzałam się dookoła. I ujrzałam rzecz straszną. Leżącego obok chłopaka, czarnego smoka. Przy nich była mała kałuża krwi. Podeszłam bliżej, smok podniusł smutne ślepia na mnie i trącił delikatnie nosem rękę swojego Jeźdźca. Nie ruszył się. Kucnęłam przy nim. Z jego boku wyciągnęłam umazany w krwi nóż. Po moich policzkach zaczęły płynąć intesywnie łzy, które piekły mnie i szczypały.

- Nie możesz mnie zostawić po raz kolejny! Słyszysz nie możesz! - krzyknęłam głośno, lecz mnie nie usłyszał. Zdjęłam jego hełm. Sama nie wiem kiedy położłam jego głowę na moich kolanach. Płakałam nad nim cicho, wypominając i opowiadając mu jak za nim tęskniłam i jak chciałam żeby wrócił do domu. Gładziłam go po brązowych, miękkich w dotyku włosach. Słone krople lały się z moich oczy jak strumień z górskiego potoku. Nagle moją dłoń pokryło uczucie mrowienia. Spojrzałam na nią besilinie. Było na niej mało czerwonej cieczy, którą się nie przejęłam. Po wpatrywaniu się w moją dłoń, czerwone krople zaczęły same się poruszać. Zmieniały szybko swoje położenie. Przybarały kształty liter, które zmieniały się później w słowa, następnie w całe zdanie.

Będę tęsknił, kocham cię

Zamknęłam dłoń i wstrzymałam oddech. Nie da się opisać ile łez uroniłam, bo tego się nie da policzyć. Dalej gładziłam jego włosy i płakałam. Niestety stało sie coś jeszcze gorszego. Jego ciało zaczęło znikać.

- Nie, proszę, zostań - powiedziałam cicho. I tak nie udało mi się zmienić tych działań. Ostatnia moja kropla łez, kapnęła na jego twarz.

- Też cię kocham - szepnęłam zanim na zawsze miał zniknąć. Po nim nic mi nie zostało oprócz wspomnień. Siedziałam na zimnej podłodze, która się okazała podłogą z kamienia, znajdującą się przed wejściem do twierdzy. Moją uwagę przykuł błyszczący przedmiot na mojej szyji. Zdjęłam go. Był to srebny łańcuszek z zawieszką w kształcie smoka. Na jego odwrocie pisało.

Dla mojej kochanej Astrid.

Patrzyłam na ten przedmiot jak na grom z jasnego nieba. Słowo, które mnie ukuło w serce to było : kochanej. Czyli wie, że ja też go kocham. Otarłam łzy i wstałam powoli. Sprawiło mi to bardzo dużo wysiłku. Ale dałam radę, w końcu jestem Astrid Hoferson.

No i tu się przebudziłam przerażona. Spoglądałam po pokoju, uspokakajając się, że to tylko sen. Bardzo realistyczny sen. Schowałam głowę w dłoniach i dalej płakałam, ale teraz tak naprawdę.

Matko to był koszmar nad koszmarami ! :O  przeczytajcie to jeszcze raz bo tu jest w pewnym sensie przepowiednia dla niej. Przykro ale idę dziś na nowe zajęcia: z pianina ;/ ;) ale się cieszę będę mogła wreszcie nauczyć się piosenek z JWS :D ok moi mili jak wrócę to zajrzę naturalnie i może coś wycpykam co wy na to ? :d

Spokojnie to tylko sen, to tylko sen. Powtarzałam dla uspokojenia. To było tak okropne, że gorzej się nie da. Nie dosć, że wyszłam za Palucha to na moich oczach zginął Czkawka.  Wszystko było tak realistyczne, że myślałam, że to prawda najszczersza prawda. I przyznał, że mnie kocha i to nie jeden raz. Ale dla mnie to tylko przyjaciel albo nawet kolega. Przecież go nie znam. A to, że w jakimś śnie powiedziałam, że też odwzajemniam jego uczucie, któym mnie darzy to nie znaczy, że go kocham. To to sobie wytłumaczyłam. Ulżyło mi troszeczkę.

Jako Czkawka

Chyba boję się zasypiania. Zawsze nie mam pewności czy nie dostanę bardzo istotnej rzeczy do wykonania. Jakby nie wystarczało to co mam zrobić. Najgorsze jest to, że jeszcze połowa przede mną. Nie mam zwykłych snów za każdym razem coś znaczą i każdy jest wyjątkowy. Coś kazało mi się spodziewać złego, gdy zamknąłem oczy by zapaść w sen. Tak ja i te moje wszechwspaniałe przeczucia.

'I znowu sam w lesie. Siedzący na kamieniu. Liście trzepoczą na wietrze a ja jestem sam. Szum wiatru próbuje przekazać mi coś, ale go nie rozumiem. Zapach świeżej od deszczu trawy i młodej jesieni. 'Piękny krajobraz i samotność. Gorący uśmiech Słońca i rumiane obłoczki.

- Dzień dobry czy dobry wieczór? - zapytałem z przeczuciem, że zaraz się odezwie.

- Dobry wieczór - odpowiedział ten sam głos co zawsze. Moje sny są takie realistyczne, że mogę się założyć, że nikt takich nie ma. Wyprostowałem nogi, patrząc przed siebie z resztą jak to mam w zwyczaju.

- Co teraz? - zapytłem cicho

- A co chcesz wiedzieć? - odpowiedział mi pytaniem

- Gdzie moja mama i mój smok - odpowiedziałem, rzuczając kamień mocno do wody.

- Zauważyłeś? Poleciał dalej niż ostatnim razem - powiedział a ja patrzyłem na jezioro

- Co mi sugerujesz?

- Że nie tylko ty się zmieniłeś, inni też się przez dwa lata rozwijali.

- A jaśniej? - o czym mówisz

- Drago - odpowiedział. Kiwnąłem głową.

- To on? - zapytałem

- Tak. Wiem, że ci zależy na rodzinie i zaskoczę cię, chyba aż za bardzo i możesz się przerazić. - unosiłem brwi coraz wyżej

- Twoje przeznaczenie - powiedział wreszcie - już dosłownie zaraz się wypełni w kolejnej części Czkawka.

- Nie no proszę znowu?- mruknąłem. Po chwili jakby czyjaś dłoń klepnęła mnie w głowę.  Zaśmiałem się.

- Dobrze a gotowy jestem? - zapytałem

- A wiesz na co masz być gotowy? - i znowu odpowiedź w formie pytania.

- Nie tak się skałada, że nie - mruknąłem pod nosem.

- Patrz może to się na coś zda - moją uwagę przykuła tafla wody. Zaczęła lekko wirować. W jej odbiciu zaczęły pojawiać się coraz wyraźniejsze cienie. Uśmiechnąłem się.

Jako narrator

pfff lecę mordki na dziś mało ale dobre i tyle nie mam tyle czasu na dziś ale mam całą środę chociaż ze kończę po siedmiu :P Dobraa niczego teraz nie będziecie pewni mauhahah tak jak Czkawka pilnujcie majtek bo mogą się obsunąć hyhyhy tak tak będzie coraz ciekawiej paa ;0 :) ;)

Chłopak patrzył w swym śnie na rzeczy, które działy się w tej chwili u Drago Krwawdońa. Przy dużym stole siedzieli najważniejsi pomocnicy i wojownicy Drago. Jedli wieczerzę rozmawiając o czymś zawzięcie.

- Skoro armia jest na tyle duża by zatakować dzięsięć wysp to może od razu ruszyć do działania? - zapytał siedzący po prawej stronie Krwawdonia, żołnierz. Drago zamyślił się i odpowiedział wesół.

- No dlaczemuż to nie? - zapytał. Pstryknął palcami a jego sługa podał mu w dłoń mapę. Odsunął puste naczynia po kolacjii i zaczął rozwijać mapę. Żaden ze zebranych nie ważył się zapytać o co chodzi. Po ułożeniu dużej mapy  każdy zaczął się jej przyglądać. Były na niej wyrysowane sąsiednie wyspy, krainy i osiedlenia smoków, danego gatunku. Spod czarno-siwej skóry wyciągnął nóż i z zamkniętymi oczami rzucił w mapę. Gdy usłyszał, że nóż wbił się w stół, otworzył oczy. Popatrzył po twarzach ludzi i rzekł.

- Przeczytaj, że no, jaką to wyspę weźniemy na pierwszy ogień - powiedział czarnowłosy mężczyzna, pocierając przy tym rękoma z podekscytowaniem. Najwyższy z siedzących przy stole odsunął delikatnie krzesło i spojrzał na mapę. Wyjął ciężki i głęboko wbity nóż ze stołu. Przekręcał głową by przeczytać małe znaczki.

- Be... - Czkawka widząc to wszystko w ciemnej tafli wody przęknął głośno ślinę. Bowiem wiedział już o jaką wyspę chodzi.

- Berk - dokończył mężczyzna. Podał nóż swojemu władcy.

- To świetnie, jakie możemy stamtąd smoki przejąć? - zapytał Drago siadając wygodnie w wielkim krześle.

- Śmiertniki Zębacze, Gronkle oraz Koszmary Ponocniki to najczęściej spotykane tam smoki - odpowiedział siedzący po lewej stronie, gruby wojownik.

- Ujdą - mruknął Krwawdoń drapiąc się po brodzie.

- Zgoda, Berk! Za tydzień tam płyniemy. - podsumował szybko, lecz po chwili dodał - Szykować powoli ludzi i smoki. Powiększymy armię smoków jak i ludzi po tym ataku. Mam nadzieję.

- Ponąć panuje tam Stoik Ważki bardzo waleczny i dobry wódz - szepnął ktoś

- Co to dla mnie? Teraz to ja mam władzę nad smokami i nikt mi jej nie odbierze. Ja jestem panem smoków - powiedział, śmiejąc się. Po chwili reszta zaczęła rechotać złowieszczo.

Jako Czkawka

Obraz zaczął się rozmywać, a ja czułem się wstrząśniety tym co się stało.

- Czekaj, czekaj co dalej?- zapytałem zły.

- Jak zobaczysz to nie będzię niespodzianek - odpowiedział mi lekceważąco głos. Zirytował mnie tym.

- A co z mą matką i przyjacielem?

- Będzie dobrze, nie chcę ci nic mówić, bo nie będziesz miał z tego żadnej przyjemności

- No tak, ale ... - zacząłem ale naturalnie nie dokończyłem.

- Nie ma żadnych ale. Zrobisz to co powie ci dusza teraz serce nie może decydować o tym co czujesz. Szykuj się. Żegnaj uwierz w siebie i bądź zdany na siebie.

- Do zobaczenia - pożegnałem się smętnie. Czy mam pewność, że się spotkamy?

Otworzyłem oczy przenosząc się w rzeczywistość. Tę rzeczywistość, która płata mi ciągle figle i nie daje szczęścia na dłużej. Ciągle mi zabiera coś i nie chce oddać. Lecz ja nie poddam się teraz i muszę wziąść się do pracy. Lekko zmartwiony przyszłością przetarłem zaspane nadal oczy. Spojrzałem na mój pokój, naprawdę nie jest tu za porządnie. Ale jakoś nie mam ochoty na porządki. Postawiłem prawą nogę a później lewą. Zastanowiły mnie słowa Drago, że jest teraz panem smoków. Pewnie chodzi mu o to, że przez to, że nie żyję został Panem Smoków. Ciekawe jak? Nauczył się je tresować sam? I teraz  ma zamiar przejąć inne smoki oraz ludzi? No i po co? Nie lepszy jest pokój i dobro? Po co siać niepotrzebny strach i cierpienie? Nie powiem, bo mnie ludzie się obawiają ale ja nigdy nie miałem zamiaru im zrobić krzywdy i nigdy jej nie zrobiłem. Nogi miałem ciężkie a ręcę odmawiały mi posłuszeństwa. I oto kolejny dzień, który zbliża mnie do swojego przeznaczenia.

Jako Valka

Stałam za ścianą podsłuchując wszystko. Chciałam uciec stąd jak najszybciej się da. Okazało się, że rozwiązanie jest prościutkie. Zabiorę się z chłopakami na Berk. Miałam zamiar uciec ze Szczerbatkiem. Drago pozwolił mi zrobić dla Szczerbatka nową lotkę tylko, że mam tylko na to całą noc. Myślał, że nie dam rady. Poradziłam sobie w niecałe trzy godziny. Nie miała okazji być sama ze smokiem by uciec. Zawsze ktoś plącze się w pobliżu. Poza tym trudno dogadać z nieposłusznym smokiem. Po prostu nie da się czasem nad nim zapanować. Przynoszę Szczerbatkowi nieco więcej jedzenia niż innym smokom. Może to i niesprawiedliwe ale to także mój przyjaciel nie tylko mojego syna. Wychowywał się z nim bardzo długo i jest pewne, że jakby coś mu się stało nie wybaczyłby sobie. Wzięłam się w kupę i wyszłam zza ściany z wielkim talerzem. Było na nim dużo ryb, które doprawiłam znaleźonymi ziołami. Gdy weszłam na salę każdy zamilkł. Postawiłam talerz i szybko wyszłam. Dosłownie od razu po moim odejściu ponownie zaczęli dyskutować. Stanęłam pod ścianą w wąskim korytarzu i słuchałam dalej.

- Na pewno nam się uda? - nie mam zielonego pojęcia kto to powiedział, bo nic przecież nie widzę.

- Jak ja mówię, że tak to znaczy, że tak - ten głos ropoznam wszędzie. Niski, zachrypnięty, straszny, mroczny. Drago. Stałabym dłużej żeby dowiedzieć się jak najwięcej, ale usłyszałam, że ktoś idzie korytarzem. Rzuciłam się do ucieczki. Skręciłam do pomieszczenia, w którym gotuję. Usiadłam na ławce przy płonącym ognisku. Dookoła było obłożne kamiennymi bloczkami a obok nich leżało dużo popiołu. By zachowywać się naturalnie gdyby ktoś miał zamiar wejść, wyciągnęłam ręcę w kierunku ognia. W końcu zaczęłam myśleć nad planem. Co mam zrobić jak już będę na Berk? Najlepiej byłoby udać się po Czakwkę i pomóc wygrać tę wojnę. Wyjęłam zza rogu moją odzyskaną maskę, którą bardzo lubię. Zasmucił mnie fakt, że staraciłam moją laskę, kij czy jak tam to nazwać. Jest bardzo przydatna. Szczególnie do smoków ze Smoczego Sanktuarium, tresowałam je z nią. Ciekawe co teraz robi synek, może się aż tak nie martwi?

Jako narrator

Blondwłosa dziewczyna siedziała na łóżku myśląc cały czas o rzeczy, która ją straszliwie dręczyła. Nie potrafi zrozumieć tego, że ma wyjść za któregoś z tych dwóch. Albo prawdopodobniej jednego. Ta wiadomość sparaliżowała ją i do tego ten sen. Astrid nie chciało się jescze wstawać a, że dziś siódmy dzień tygodnia leżała i udawała, że śpi. Marzyła teraz o tym, że tylko głupi sen, z którego zaraz może się obudzi. Przez głowę przebiegały jej dwie wersje zdarzeń. Ślub z Paluchem lub Smoczym Jedźcem. Nie zdaje sobie sprawy, że myśli więcej o ślubie z synem Stoika niż synu wodza Wyspy Gór. ( ahhah jakie to to skomplikowane xDD). Jej hardy i trudny charakter nie do puszczał do myśli, że jest po prostu, najzwyklej w świecie zauroczona Smoczym Jeźdźcem. Czyli Czkawką. Na tę chwilę uważa, że długo go niewidziała i dlatego cały czas o nim myśli. Że nie śpi do późna w nocy, że marzy o chwili gdy go znów ujrzy, o tym jak będzie mogła z nim znów pomówić, popatrzeć w jego oczy, pośmiać się razem. Bardzo jej na tym zależy a każdy Hoferson zwykle dostaje tego co chce. Tyle, że ona jest inna. To Czkawka ją zmienił. Chodź, że go nie było z nią to ona zrozumiała dużo, bardzo dużo ważnych rzeczy, o których wcześniej w ten sposób nie myślała. Między innymi o uczuciach. Gdy pomyśli o jego zielonych oczach ma ochotę wleść pod łóżko, bo wtedy ma minę jakby ujrzała gwiazdę w kształcie siebie. A jak opisać ją jak myśli o nim tak ogólnie? Nie da się opisać tego jak bardzo się waha i wstydzi. Dziewczyna przyłożyła lodowate jak zwykle ręcę, do twarzy by ochłonąć, ponieważ dała się ponieść marzeniom. Postanowiła już wstawać. Wyjęła z szafy czarną materiałową bluzkę, (czane) getry oraz jasną futerkową spódniczkę. Uczesała swoje włosy tak jak zwykle (  czyli fryzura z : Down of Dragon Races nw czy poprawnie napisałam ;p). Żeby wiązać je inaczej musi mieć chumor. Przebrała się szybko i poszła do kuchni na śniadanie, które zje najwyraźniej sama. Rodzice na pewno wyszli na spotkanie do twierdzy, które odbywa sie raz w miesiącu. Usiadła z ciepłą herbatą sama, w pustej kuchni, w pustej ciszy, w pełnej samotności.

19. Zadanie cz.2

Jako Czkawka

czytajcie powoli żeby sie skupić bo strasznie poplątane xD

I jak można spać po nocach gdy masz pewnosć, że za trzy dni wybierasz się na wojnę, która nie wiesz jak się skończy. Postanowiłem, że skoro on ma smoczą armię to ja też! Może nie ma przy mnie Szczerbatka i mamy ale posłucham się mojego głosu ze snów. Jak ma być dobrze to będzie dobrze.  Nic ciekawego i zaskakującego nie udało mi się wymyślić jeśli chodzi o taktykę walki. Na początku postanowiłem, że będę tylko ja i Chmurosmok a później jeśli będzie potrzeba a napewno będzie, to pomogą inne smoki. Jest jeszcze to, że nie chcę narażać wszystkich smoków na niebezpieczeństwo, więc nie wezmę wszystkich. Moją super bronią będzie nasz alfa. Wiem, że może powinienem go zostawić ale mama powiedziała mi kiedyś, że w razie każdego, każdego niebezpieczeństwa poprośić o pomoc białego smoka. Boję się jescze tego, że spotkam milionową armię i do tego smoki Drago. Przyda się wtedy wielki smok ciskający lodem. Nic nie przemyślałem do końca. Będę improwizował jak zwykle i nie pozwolę podbić Berk ze względu na smoki jak i ludzi, do których nadal pałam nienwiścią. Taką bardzo szczerą nienawiścią. Sam nie wiem jak wytrzymuję bez Szczerbatka. Brakuje mi wspólnych, szybkich, szalonych, często niebezpiecznych lotów z przyjacielem. Skończyłem właśnie uzupełniać potrzebne rzeczy w mojej broni. A więc w lewej pierwszej kieszeni mam lawę Gronkla, który najadł się wapieni, w proszku. O dziwo usypia to smoki na jakąś dobę. Wystarczy dosłownie szczypta. W dwóch pozostałych, kilka niezbędnych zasłon dymnych. Na prawej nodze schowany w głęboką, podłużną kieszeń ognisty miecz. Jest już naładowany śliną Koszmara Ponocnika tak szczerze to może być inna ale od tego smoka najlepiej się pali. A także gaz Zębiroga Zamkogłowego uzupełniony. To co czas na relaks? Czemu nie. Położyłem się na ciepłej zielonej trawie. Bawiłem się włosami i patrzyłem... Nie patrzyłem. Leżałem z zamkniętymi oczami myśląc nad tym co będzie. Głupie to moje zadanie. Sam sobie wymyśliłem, że polecę na Berk i tak zrobię. Chcę się zemścić na Drago. Najgorszy człowiek jakiego do tej pory spotkałem. Pozsplatałem sobie włosy w drobne warkoczyki. Podniosłem się i roztrzepałem moje kłaki tak jak zwykle. Wstałem na równe nogi i poszedłem do małych smoków bawiących się wysokimi roślinami. Gdy mnie zobaczyły zaczęły radośnie skakać. Kucnąłem i wyciągnąłem rękę do małego Gronkla. Myślałem, że się po prostu do niej przytuli. Ale nie musiał mnie ugryść.

- Ostre masz zębiska, urwisie - powiedziałem machając ręką, na której był odbity ślad zębów małego, słodkiego smoka. Pogłaskałem go po główce a ten zmróżył oczy i coś mruczał. Nagle otworzył oczy szeroko i zaczął kręcić nozdrzami. Odsunąłem się. Smoczek wypluł dużo czerwonej, żarzącej się lawy.

- Na zdrowie - po tych słowach małe rozrabiaki poleciały do swoich rodziców. Chyba będą jeść. Idąc do swojego pokoju przyłączył się do mnie Chmuroskok.

- Cześć jak forma? - zapytałem idąc dalej. Mruknął coś i stanął na drodze prowadzącej do mojego pokoju.

- Co? - zapytałem. Pomarańczowy smok spojrzał na swój grzbiet. Przecież wiem, że chcesz polatać. Ja też. No to czemu nie?

- Tylko minutkę - powiedziałem odchodząc kawałek od smoka. Wróciłem w oka mgnieniu. Założyłem hełm i wdrapałem się na grzbiet smoka.

Jako Astrid

Czas pozwala zapomnieć nam o naszych zmartwieniach i przykrych rzeczach. Najgorzej mają osoby te, które zmartwienia i te przykre rzeczy dopiero czekają. Na szczęście jeszcze trzy lata. Jakby nie patrzeć to kupa czasu, prawda?

- Zaniesione - powiedziałam do kowala, któremu dziś troszkę pomagam. Wiem, że nie zastąpie mu Czkawki ale widać, że ma lepszy chumor, gdy ktoś plącze się po zapleczu.

- Dobra robota mała - pochwalił mnie. Kuł właśnie miecz.

- Czy coś jescze mogę pomóc? - zapytałam chętna do poracy.

- Nie jak chcesz to masz przerwę - odpowiedział podziwiając lśniący miecz.

- Mogę? - zapytałam stojąc w wejściu do pomiesczenia Czkawki.

- Jasne. Nic tam nie ruszałem odkąd... no wiesz

- Wiem - odpowiedziałam z pocieszjącym uśmiechem. Ja i Pyskacz jako jedyni pamiętamy o nim. Ale by się cieszył gdybym mu powiedziała, że on żyje. Miałby radochę i na pewno zacząłby tworzyć utwór na swoją fletnię. Weszłam do zakurzonego pomieszczenia. Usiadłam wygodnie przy biórku i patrzyłam dookoła na szkice, które cały czas mnie zachwycają! Spod grubej książki o lasach na naszej wyspie, wyjęłam plan. Plan wpunkatach wytłumaczony, jak zrobić gon dla smoka. Wszystko było po kolei wytłumaczone. Położyłam go na wierzchu. Następnie w moich rękach znalazły się projekty skomplikowanych wyrzutni broni. No i coś ciekawszego. Kolejny! Następny! Notes! Tak! Przytuliłam go do siebie. Ale duże prawdopodobieństwo jest też, że jakbym poszła do jego pokoju w domu to znalazłabym takich jeszcze z pięć. Oj tam. Otworzyłam i zaczęłam przenikać przez kartki z zainteresowaniem. I kolejny dzień bez ciebie oraz z tobą w formie pamiętnika.

- Astrid - powiedział kowal. Mruknęłam coś cicho pod nosem i niechętnie ułożyłam wszystkie rzeczy tak jak były. Później się "pożyczy".

- Tak? - zapytałam

- Koledzy - powiedział wskazując na Mieczyka, Szpatkę, Sączysmarka i Śledzika.

- O cześć - przywiatałam się.

- Cześć - przywitał się Śledzik

- Strzałeczka - powiedział Mieczyk

- Witam moją najpiękniejszą - coś zapewne by dodał ale ja mu nie pozwoliłam podchodząc do niego szybko i dając lekkiego kopniaka w łydkę. Nie powiem troszkę się pośmialiśmy.

- Leć już - oznajmił Pyskacz uśmiechjąc się.

- Na pewno? - zapytałam.

- Tak i tak już dziś wytarczająco się narobiłaś. - spojrzeliśmy równocześnie w skrzyknę, w której były trzy miecze. Wykonane przeze mnie. O przez tę panią. Mnie! Może nie są wspaniałe ale złe też nie są.

- Do zobaczenia - pożegnałam się.

- To gdzie idziemy? - zapytałam reszty

- Może ... - zaczął ciągnąć Mieczyk nie mogąc nic wymyślić.

- Zróbmy zawody kto złowi więcej ryb! - krzyknął Smark

- Pff za łatwe - powiedziała Szpatka z głupim uśmieszkiem.

- Rękami! - krzyknęłam proponując nie lada zabawę

- Niech będzie. Kto pierwszy na plaży ma jedną rybę na plusie! - powiedział Smark biegnąc szybko. Nie myśl sobie będę pierwsza. Biegliśmy przepychając się razem. Sąsiedzi na nasz widok śmiali się i rechotali. Z nas, bandy szleńców. Dobra biegnę szybciej. Wystrzeliłam jak strzała do przodu. Poczułam że stoję już nan miękkim piachu. No czyli wygrałam. Stanęłam sapiąc leciutko.

- Wolniej, wolniej! - krzyknęłam do kumpli biegnących z górki. Prosto na mnie. O nie, nie. Niestety moje nogi mnie zawiodły i stworzyło się nam zderzenie czołowe. Leżałam na samym spodzie góry nie do końca normalnych przyjaciół.

- Hahah - zaczęliśmy się śmiać. W końcu wszyscy po kolei powstali. Miałam się ponieść ale ktoś podał rękę. No czemu nie skorzystam z pomocy. Po tym jak trzytonowe stado mnie przykuło do ziemi. Przyjęłam pomocną dłoń i wstałam. Podniosłam wzrok by zobaczyć twarz dżentelmena, który mi pomógł. Mieczyk? Uśmiechnęłam się w podzience. Za nim stojący Smark miał minę jakby ktoś mu kamień na nogę upuścił. Zaśmiałam się.

- Dzięki - powiedziałam żeby do reszty Sączysmarkowi pogorszyć dzisiejszy dzień. Mieczyk odsunął się do siostry i miał niezłego rumieńca na twarzy.

- No to ja mam rybkę na plusie - oznajmiłam przyjaciołom.

- Na to wygląda i masz też bluzkę w piachu, o i spódnicę - dogryzł mi Smark.  Tak sama sobie poradzę z otrzepania się z piachu. Szczególnie ze spódnicy. Zmróżyłam oczy i zaczęłam otrzepywać drobinki, złotego, ziarnistego piachu z siebie. No ja byłam na spodzie piramidy więc piach oczywiście jest na mnie!

Jako Czkawka

Zaczynam zastanawiać się co robią tacy zwykli ludzie. Bo ja na przykład mam trudne życie. Ale oni? Jedzą wspólnie, świętują byle okazję, śpiewają, bawią się, rozmawiają, tańczą, sidzą w ciszy ale razem, śmieją się i płaczą razem, przytulają się, biorą śluby, urządzają swoje urodziny, chodzą na spacery, walczą, ćwiczą, rysują, są razem. Mają swoje towarzystwo i w nim przebywają czując się w nim dobrze. Chciałbym przez jakiś czas pomieszkać z ludzimi, więcej niż jedną osobą, z którymi bym się potrafił dogadać. Wyjść gdzieś z kimś i porozmawiać. I wspaniale by były gdybyśmy mieli podobne zainteresowania. Wrócić bym chciał do czasów ciepłych miłych świąt, które tak uwielbiałem. Dopóki nie dowiedziałem się, że jestem niechciany i nie jestem nikomu potrzebny! Że nigdy mnie nikt nie chciał, tylko ukrywano to za wszelką cenę! Nie mogli powiedzieć wprost.

- Słuchaj jesteś do niczego i nic z ciebie nie będzie, wynoś się i nie wracaj, bo przynosisz wstyd naszej rodzinie - powiedziałem na głos. Nie prościej? O wiele. Poszedłbym sobie i na to samo by wyszło. Ale ja usłyszałem to przez przypadek. I ... lepiej tam beze mnie. Chodź czy tylko Astid się zmieniła? Pffffff, sapnąłem. Po świetnym locie ze smokiem nie mam na nic siły. Złapałem katar z zbyt dużego wysiłku na niezbyt ciepłej pogodzie. Wróciliśmy z ulubionym smokiem mamy ze dwie godziny temu ze wspólnego lotu. Zjedliśmy kolacyjkę i teraz siedzę przy biórku. Z rękami na głowie. A w tej głowie same zmartwienia, złe wspomnienia i okropności, o których czasami myślę. Już niedługo. Niedługo... no za trzy niecałe dni. Wojna o ... Nie mogę tego ukrywać dłużej. Czuję się odpowiedzialny za Berk. To mój dawny dom. Może i nic tam mnie dobrego nie spotakło ale są tam ludzie typu Pyskacz czy tam... Astrid... lub taka Gothi. Do tego smoki, które na pewno wolą wolność niż służenie w Smoczej Armii, psychopaty Drago. Szczerze mówię, że nie myślałem wcześniej co będzie jeśli wygram. Bo do myśli nie dopuszczam przegranej. Moje wrażenie jest takie, że zginę. Głupie to, ale takie mam przeczucie i nie wiem jak sobie  z nim poradzić. Ale przed tym chciałbym ujrzeć mamę i Szczerbatka. Moje marzenia nie są tak nie do zrealizowania. Więc może ich spotkam jeszcze na tym świecie? Mam nadzieję. Najfajniej by było jakby udało mi się przeżyć no ale to takie przewidywalne. Najgorsza ciamajda wraca ratować dom i ginie. Tak to do mnie podobne. Ale by mieli radochę nie? Hura pozbyliśmy się go na zawsze. Dobrze, że nie żyje to nie zostanie tu i nie będzie wodzem uff. Hura uczcijmy to zabawą w twierdzy. A moje ciało nie zaszczycą wsłaniem łodzią w ocean lecz rzucą do oceanu by pozbyć się na zawsze najgorszego przekleństwa swojej wyspy. Czkawki. Moje serce ścisnął żal i kompletne załamanie. Jeśli mam zginąć to jako Smoczy Jeździec a nie jako oferma.

- O bogowie o czym ja w ogóle myślę?- Powiedziałem kładąc się na zimnym blacie, biórka.

jak myślicie Czkawka zginie czy przeżyje a może kto inny zginie? albo nikt i wszystko będzie pięknie i wspanialne??hahahah niepewność główna podstawa tego opka

Jako Stoik

next prawdopodobnie jutrooo ;p

strzałeczka to jam :D chcę wam życzyć bardzo zacnych snów

no jako Stoik piszę ....

Siedziałem i akurat skończyłem jeść ciepły gulasz. Do drzwi mojego domu ktoś zapukał. Echo rozniosło się po każdym zakątku pustego domu.

- Proszę - zaprosiłem do środka. Kogo niesie o tej porze do domu?

- Dobry wieczór! - przywitał się uradowany Pyskacz. Nie zdziwiło mnie, że to on. Bo kto inny przyszedłby o tej godzinie.

- Cześć, siadaj - powiedziałem. Kowal zdjął z pleców kosz i otworzył go.

- Gotowe, pięć mieczy dla naszego wodza - oznajmił wyjmując dwa.

- Dziękuję jak zwykle na czas - podziękowałem przyjacielowi, na którego mogę zawsze liczyć.

- Zdążyłeś sam? - zapytałęm zdziwiony.

- No co ty - podszedł do mnie wesołym tanecznym krokiem - patrz - powiedział na wskazując na miecz.

- No broń jak broń - mruknąłem

- A wiesz kto ją zrobił?

- Czkawka tak?

- Nie, nie Czkawka. Astrid, przychodzi często mi pomagać i dobrze jej idzie

- Zdolna dziewczyna - powiedziałem

- Tak tylko szkoda, że za trzy lata się z nią pożegnamy. Dobre dziecko z niej jest

- Przykro, ale jej rodzice się zgodzili

- Bo nie mieli tak jakby wyjścia - odpowiedział kowal siadając przy stole.

- Jakby ...

- No tak. Wszystkie dzieciaki, które mi dotrzymują towarzystwa znikają - powiedział smutno

- Nie chisteryzuj ja miałem rodzinę i straciłem najpierw żonę a teraz syna i to z własnej głupoty - nie masz najgorzej ja straciłem całą rodzinę.

- Czy mnie uszy nie mylą czy wreszcie zrozumiałeś, że źle zrobiłeś? - zapytał z szeroko otwartymi oczyma

- Wiesz nastaje taki moment kiedy zdajesz sobie sprawę, że jednak trudno jest żyć bez osób, które były twoją rodziną. Nie mam tyle zajęć co z Czkawką. Zawsze coś psuł a ja naprawiałem. A o Valce nie chcę wspominać była dla mnie wszystkim. I ją straciłem. Zdałem sobie sprawę, że Czkawka jej wiele razy potrzebował a ja nie umiałem zastąpić mu matki. Byłem zbyt surowy i okropny. Po prostu za dużo wybrażałem sobie. Że każdy wiking musi być silny, odważny ... Ale no weźmy takiego chłopaka jak ten Smoczy Jeździec. Nie wie nikt kim jest, skąd pochodzi i każdy się go boi. Zyskał szacunek wielu wodzów i to tylko dzięki jednemu smokowi. Nie użył siły by kogoś do tego zmusić. Po prostu swoim charakterem zmusza ludzi do tego co chce. Widziałeś, że mu pozwoliłem zabrać smoka. Byłem pewny, że smok go zabije.

- Tęsknisz za nimi? - zapytał przerywając ciszę

- Tak. Pusto tu mi...

- Może się przyzwyczaisz - pocieszał mnie

- Przyzwyczajam się już cztery lata i jakoś mi to nie wychodzi. To moja wina.

- Może i twoja ale co się stanie to się nie odstanie przyjacielu. A może twój syn żyje i jest mu lepiej? A może jest mu lepiej w Valhalii? Tego nie wiemy ale kiedyś się dowiemy. Czas sprawi, że na pewno będzie lepiej ale nie zapomnisz o tym nigdy. Nie da się.

- Masz rację. Dosyć użalnia się. Trzeba się wziąść w garść.

- Prawidłowo

Jako narrator

Na Berk wiczór był wyjątkowo spokojny. A może jednak nie? Dopiero do domów wracają chłopcy, którzy szwędali się po wyspie. Astrid musiała wracać przed piętnastą do domu. A jej dobra przyjaciółka postanowiła ją odprowadzić. Po długim plotkowaniu siostra Thorson, musiała wracać do domu na kolację. Jej brata jeszcze nie było.

- Haha no i Smarkuś patrz podałem jej rękę i co? - śmiał się Mieczyk. Czuł sie wyróżniony. W końcu niedostępna Hofersonówna jest tylko marzeniem dla chłopców z jej wieku.

- Oj tam ona mnie kocha tylko jeszcze tego nie wie - burknął pewny siebie Sączysmark.

- Mój blondwłosy aniołek z błękitnymi oczami - westchnął

- Tak, bardzo twój - odezwał się wreszcie Śledzik.

- No nie mów, że ona nie jest piękna, najpiękniejsza na Berk! - krzyknął Smark

- Nie powiedziałem tak przecież. Chodzi o to, że ona na ciebie uwagi nie zwraca - zaśmaił się do Mieczyka a ten zaczął rechotać na cały głos.

- No wiesz ja przynajmniej to jestem fajny nie to co Czkawka - powiedział Jorgenson do kumpli, idąc żwawo ścieżką z lasu. Ciemniało już a sowy huczały w dziuplach.

- Nie porównuj nikogo do Czkawki. Do niego to nikt nie chce być porównany - powiedział jeden z bliźniaków i otarł łzy śmiechu z oczu.

- No nie? - zapytał Śledzik

- Jak myślicie on jeszcze żyje? - dodał po chwili pytanie Śledzik

- Serio się pytasz? - odpowiedział rozbawiony Sączysmark

- No - Śledzik powiedział głośno

- Wątpie. Niby jak? - powiedział pewnie Mieczyk. Ostatnio zrobił sie nieco bardziej rozgarnięty. Szczególnie gdy nie ma przy sobie siostry. Zapadła cisza ale przerwał ją Mieczyk, swoim śmiechem. Przypomniało mu się coś bardzo śmiesznego. Kumple patrzyli na niego żeby wreszcie wydusił z siebie coś i żeby podzielił się tą informacją z nimi.

- No weź powiedz nam pośmiejemy się razem! - zaproponował Smark

- O ... o ... okej. A więc przypomniało mi się jak ... Szpatka. Hahahha. Po tym jak na naszej wyspie był wiecie Smoczy Jeździec to siora nie spała w nocy. No i w końcu zaczęła mnie dręczyć. I opowidała - tu brat zaczął parodiować siostrę.

- O matko widziałeś jaki on jest boski? - chłopcy patrzyli na Mieczyka z minami pełnymi śmiechu ponieważ świetnie grał kobitkę.

- I takiego miał wspaniałego smoka. I, i , Mieczuś on jest taki idealny. Mądry i inteligentny. I wydaję się troszkę nieobliczalny ... podoba mi się w nim toooo - już nie wytrzymywali ze śmiechu i aż stanęli przed swoimi domami. Mieczyk zachodził się śmiechu, ze swojej parodii siostry. Śledzik nie mógł uwierzyć, że dziewczyny tak się zachwycają chłopakami a Sączysmark śmiał sie najgłosniej z nich wszystkich.

- Ej ciszej tam jutro trzeba rano wstać! - krzyknęła jakaś pani przez okno. Chłopcy śmiejąc się automatycznie ciszej pomachali sobie i weszli do swoich domów. Nikt już nie ukrywa, że Astrid jest ich najpiękniejszą. Aco teraz robi ich najpiękniejsza?

20. Bolące serca

rozdział 20 a że to okrągła liczba to dedykuję go czytającym ( których mi ubyło ;/ ) bo was bardzo lubię i kofam <3 i liczę, że nie obraźicie się jeśli Szpatka będzie po uszy zakochana a nie Astrid. As oczywiście też ale ona jest bardzo zmknięta w  sobie teraz i nikomu o tym nie mówi.

Jako Astrid

Obawy można zaspokoić jakąś miłą rzeczą. Gdybym wiedziała wcześniej co będzie za dwa dni  to wszystko by się na pewno potoczyło inaczej ale nie wiedziałam. Na pewno się dowiecie ale na razie jeszcze nie jesteśmy dwa dni do przodu.

Patrzyłam przez okno ze śmiechem. Sączysmark, Śledzik i Mieczyk śmiali się głośno a jakaś pani krzyknęła coś na nich. Uspokoili się w try miga. Weszli do sowich domów i znowu nastał spokuj w wiosce. Obserwowałam przez chwilkę gwiazdy, które świeżo pojawiły się na niebie. Każdy człowiek na pewno marzył przynajmniej raz by latać. Czasem chciałbym wzbić się w powietrze i zapomnieć o wszystkich obowiązkach, zasadach, prawach, nakazach, zakazach... Poczuć wiatr we włosach. Chwila trzeba dopisać to do listy rzeczy, które można zrealizować jak wróci Czkawka. Dopisałabym tam też pokój ze smokami, przyjaźń z nim, wspólne spacery, rozmowy i ewentualnie ten nieszczęsny... ślub? Nie wiem. Złapałam się za głowę. Nigdy tak okropnie się nie czułam. Nie chodzi już tylko o ten ślub tylko o niego. Wcześniej nic o nim nie wiedziałam. A teraz widziałam się z nim i nawet rozmawiałam. Nie dopuszczam do głowy myśli, że go już nie zobaczę.Taka opcja dla mnie nie istnieje. Musimy się spotkać jeszcze raz, musimy. Oddam za to wszystko co mam. Naprawdę tylko: ja chcę go. Czy obecność drugiej osoby to tak dużo? To za duże marzenie? Jak już kiedyś mówiłam jak tylko go spotkam to nie wypuszczę. Położyłam dłoń na lewe rękę. Pod palcami poczułam małą ale długą rysę. Była to rana, którą przez przypadek zrobił mi Szczerbatek. Będę miała po nim pamiątkę. Naprawdę Szczerbuś jest taki słodziutki. I tak wspaniale się łasi jak jakieś zwierzątko, które chce przyjaźni a nie maszyna do zabijania. A propo smoków coś ich mało na Berk. Kiedyś trzy ataki w tygodniu to minimum. A teraz trzy razy na miesiąc? Dziwne. Jakby ktoś je pozabiarał i tworzył smoczą armię. Haha. Szkoda, że dopiero później sie dowiem, że tak jest. By wreszcie się czymś zająć podeszłam do lustra. Najlepszy przyjaciel kobiety nie? Rozplotłam warkocz i przeczesałam włosy grzebieniem. Rozdzieliłam je na dwa pasma i się nimi bawiłam.

- No hej piękna - powiedziałam śmiejąc się. Zrobiłam sobie z kosmyków moich blond włosów  wąsy. Unosiłam zabawnie brwi do góry. Następnie zrobiłam koka. I wygłupiałam się dalej.

- No tak jestem blondynką i co? - tak szczerze to chciałabym być brzydsza. Większość dziewczyn tego nie zrozumie, ale to naprawdę jest męczące jak lata za tobą mnóstwo adoratorów. Ale z drugiej strony jeśli tobie się ktoś podoba to uroda nie zaszkodzi nie prawda? No zależy. Niektórzy patrzą na charakter a nie wyłącznie na wygląd. Puściłam włosy z uścisku i opadły na moją twarz.

- Nudzę się - powiedziałam wreszcie. Odgarnęłam roztrzepane włosy z buzi i już nie ruszałam. Niech sobie wiszą jak chcą. Podeszłam do biurka i wzięłam dużą kartkę. Następnie kawałek ostrego węgielka. Wiecie skoro mam już zaplonawany ślub to może sobie narysuję w co chcę się ubrać? Usiadłam oparta o drzwi do mojego pokoju. Siedziałam na podłodze. No to może co by tu....

Moje szkicowanie zajęło mi godzinkę. Przy okazji nie chwaliłam się o łowieniu tych ryb, prawda? No a więc po zmoczeniu kostek w zimnej wodzie lekko się zniechęciliśmy. Ale oczywiście ja muszę być pechowcem. Ochlapano mnie najbardziej. Gdy tylko wróciłam przebrałam się w suche, cieplejsze ubrania. I nadal w nich siedzę. Z łowienia nic nie było ale i tak świetnie spędzilismy razem czas. Wracając do szkicu to wygląda mniej więcej tak. Sukienka z lekkiego niebieskiego materiału, bez ramiączek, sztywna, idealnie dopasowana. Na środku przez talię jest pociągnięty malutki, cieniutki pasek z białego futerka. Na rękach naturalnie moje ukochane ozdoby. Ale zamiast berzowych materiałów zawiniętych od łokcia po dłonie, to białe. Do tego włosy upiętę w wysokiego koka z którego wystają nieliczne białe, malutkie różyczki. To chyba najlepsze moje dzieło jeśli chodzi o szkic z wyobraźni. Bardzo mi się podoba. Szkoda, że nie wiem z kim ten ślub. Ja to mam problemy. Teraz możecie się śmiać sama nie wiem jak to zrobiłam ale zasnęłam. Pod drzwiami. Siedząc z ołówkiem na kolanach, kartką na twarzy i włosmi niczym jakiś człowiek, który nie wie co to grzebień. Czy się wyspałam? No raczej, że nie. Czy miałam piękny sen? Ooo tak.

Jako Czkawka

Spałem przez całą noc jak głaz ale obudziłem się (o trzeciej) nad ranem. Pytanie dlaczego? Bo na mojej twarzy znalazłem kartkę?! Jak można tak budzić ludzi, którzy za dwa dni ( licząc z tym dniem co jest. Czyli pojutrze idzie na wojnę ... chyba że coś pomyliłam ale ma iść pojutrze i koniec kropka.) wybierają się na wojnę? Przetarłem oczy. Przez pięć minut starałem się zapalić świecę. No i jest, świeci się. Co to za? A no też prawda, do góry nogami to trzmam. Zaśmiałem się z mojego debilstwa. Podrapałem się po głowie. Położyłem się na brzuchu na łóżku. Gdy przyłożyłem drugą rękę do szkicu zrobiło się wszędzie ciemno. Nagle białe swiatło przecięło mrok. Ujrzałem kilka liter od których biło to światło. Znikały i pojawiały się za szybko. Udało mi się zrozumieć. " Tęsknię, wróć, kocham cię". I coś jeszcze, że ... To naj...większe marzenie? Otworzyłem oczy a moje serce biło tak szybko, że myślałem, że zaraz ucieknie ze mnie. Już zpomniałem co było na rysunku. Spojrzałem na niego ponownie. Nie był niestety podpisany ale umiem poznać szkic mężczyzny a szkic kobiety. To rysowała dziewczyna.

tak jak już mówiłam w pon mam teraz pianinko więc przykro ale mogę pisać ( i tak dużo ) : środa, czwartek, piątek, sobota, niedziela) co wy na to?  Wiem wiem jesteście niecierpliwi ale proszę wierzę dacie radę;p a ja i tak mam też naukę wiec gratulacje dla debilki która się "uczy" i ma pały (ja) .... no ewentualnie trzy xD hehheu  No moi mili idę sobie ... kto wymyślił szkołe? ( foch)

INFO:

Nie nie nie Czkastrid będzie się tak wlekło, ze aż głowa boli. A mowa o pierwszym pocałunku? Pfff to sobie trzeba poczekać xD  serio chcę żebyście się natęsknili za tym cudownym Hiccstrid bo ja wiem, że ono wyszło lekko z mody i się przejadło ale będzie stopniowo. Aww sweet już widzę złe miny, gdy przybędzie Paluch do swojej ukochanej Astrid teraz pytanie co z tym zrobi Czkawka, moze nic?

Dobranoc

Jako Astrid

Promyki różowego jeszcze niedobudzonego Słońca oświetliły mi twarz. Zdziwiło mnie to oczywiście, ponieważ nigdy mi się nie zdarzyło by Słońce oświetlało moje łóżko. Przetarłam oczy i ujrzałam coś dziwnego, bardzo dziwnego. Ja nie leżę, przepraszam siedzę na łóżku lecz na podłodze. Próbowałam wstać ale wszystko mnie balało. Nie mogłam sobie przypomnieć co robiałam zanim zasnęłam w tym miejscu. Nieopodal mnie leżał węgielek, którym często rysuję zamiast ołówka. Usiadłam wyprostowana nadal opierając się drzwi. Przypomniało mi się szybko co robiłam i zaczęłam szukać wzrokiem kartki z rysunkiem. Nigdzie jej nie było.

- To na pewno wiatr - tak to sobie na tę chwilę wytłumaczyłam. Szkoda, że się zgubił, bo był naprawdę śliczny. Dotarło do mnie, że całą noc spędziłam pod drzwiami. Najbardziej na chwilę obecną bolały mnie plecy. Załamana swoim stanem starałam się podnieść. Po ciężkich staraniach się udało. Oczywiście musiałam skorzystać z pomocy moich mebli. Odłożyłam mój przyrząd do rysowania a sama fiknęłam na łóżko. Wydawało mi się wyjątkowo miękkie i puszyste. Położyłam sie na brzuchu a twarz schowałam w poduszce. Astrid, Astrid chyba się dziś nie podniesiesz. Zaśmiałam się w myślach. Ale nie było aż tak źle. Przy spaniu na siedząco towarzyszył mi tym razem bardzo miły i słodki sen, o którym nie chcę mówić, ponieważ jest bardzo dla mnie osobisty. Mogę tylko uprzedzić, że był mój wymarzony... sami się domyślcie. Dosyć marzeń! Postaram się jeszcze zdrzemnąć. Zamknęłam ponownie oczy by zaspokoić nieokiełznane napady bólu i coś na podobieństwo skurczy. Szczególnie karku i pleców. Nagle drzwi do mojego pokoju się otworzyły. Nie miałam takiej zdolności ruchowej żeby ujrzeć osobę, która mnie odwiedziła tak wcześnie.

- Cześć - powiedziałam by podpuścić gościa aby także odpowiedział

- Hej córciu co to tak wcześnie? - a to tylko mama

- A nic... - mruknęłam zasłaniając całkiem twarz włosami.

- Po co przyszłaś? - zapytałam no, bo mnie to zaciekawiło.

- Chciałam wziąść ubrania od ciebie, które można uprać i takie jeszcze na ciebie już za małe, bo nie są ci do szczęścia potrzebne. Miejsce w szafie zajmują.

- A tak, jasne. Otwórz szafę i ten cały, pierwszy, wysoki rządek to są za małe rzeczy. Już dawno je posegregowałam. A te, które pasuje odświeżyć to drugi rząd ten taki... na wierzchu leży niebieska koszulka - naprowadzałam mamę. Zgaduję, że na pewno była zachwycona porządkiem w mojej szafie. No cóż jak ma się nadal karę to się wikingowi nudzi.

- I jescze jedna sprawa - dodała a ja nadal leżałam jak połamana.

- Tak?

- Próbowałam wczoraj wieczorem tu wejść a nie mogłam - oznajmiła z lekko podejrzliwym tonem. Zaśmiałam się cicho do siebie.

- Zabrałaś klucz znowu? Przecież wiesz, że odkąd urządziłaś sobie z kolegami...

- I koleżanką - przerwałam mamie, podnosząc jeden palec do góry.

- Wspaniałą zabawę klucza nie wolno ci używać. - upomniała już bardziej zdenerwowana

- Wiem ale...

- Oddaj klucz Astrid - rozkazała mama

- Ale ja go nie mam! - wrzasnęłam w poduszkę.

- No to czemu mnie nie wpusciłaś jak pukałam kwadrans do drzwi? - spytała spokojnie

- Oj niech będzie... powiem. - mruknęłam - Gdyż, iż, ponieważ zasnęłam pod drzwiami - wytłumaczyłam się. Nastała głucha cisza. Podniosłam głowę w górę i spojrzałam na niewyraźną minę mamy.

- Słaba wymówka - powiedziała w końcu.

- Ale to prawda. Spójrz, podnieść się nie mogę, bo wszystko mnie boli - jeknęłam

- Naprawdę?

- Tak naprawdę - po sekundzie uśmiechnęłam się i dodałam - nie to wcale nie jest śmieszne - nic jednak to nie dało. Mama zaśmiała się wzięła stos ubrań i wyszła.

- Zaraz do ciebie zajrzę! - powiadomiła mnie gdy wyszła już za drzwi. Głowa opadła mi ponownie na poduszkę. Mam strasznie upartych rodziców, którzy mi nie chcą nigdy wierzyć. Pewnie myślicie, że trudno im skłamać? Przeciwnie, gdy mówię prawdę to mi nie wierzą a gdy kłamie to wierzą w każde słowo. Jednak rzadko kłamię, nie lubię mieć sekretów. Chyba, że są typu Czkawki i Szczerbatka wtedy kłamstwo jest nawet konieczne.

Jako Czkawka

Po tym tajemniczym rysunku, który znalazł sie na mojej głowie myślałem dużo. Ale przepowiednie, tajemnicze sny, znaki oraz inne rzeczy nadzwyczajne to w moim życie już normalka. Co z tego, że ich nie rozumiem? Wiele czasu myślałem po co to. Słowa "wróć" przemówiły tylko do mnie. Zakładam, że chodzi o Berk. Co do "tęsknie" to znam tylko dwie osoby, które za mną tęsknią, na mojej starej wyspie. Astrid i Pyskacz. Ale to jednak chyba chodzi o Astrid. A jeśli chodzi o "kocham cię" to mam mętlik w głowie. To przecież logiczne, że nikt z Berk prawda? Nie znam za bardzo ludzi, którzy byli by zdolni mnie... kochać? Nawet głupio to brzmi. Może chodziło o mamę, Szczerbatka...  ( Czkawka ty baranie to Astrid :p ) Nie mam pojęcia. Ale czuję, że jakbym poznał twórcę rysunku wszystko by się wyjaśniło. O dziwo później jeszce zasnąłem. Co prawda się jednak niewyspałem, ale grunt, że zmrużyłem oko, bo w moim przpadku zmęczenie daje się bardzo we znaki. Z samego rana tuż po moim śniadaniu dopadł mnie stres przed jutrem. Chodziłem po całym naszym Smoczym Królestwie i myślałem co będzie jeśli... Czyli przyjmowałem wszystkie możliwe wersje na potoczenie się wydarzeń z jutrzejszego dnia. Najgorsza wersja była taka, że mi się nie uda. Zacznąłem coraz bardziej wątpić w wygraną. Moją duszę po raz pierwszy pochłoną strach przed czymś czemu nie dam rady. Zmartwiony krążyłem bez celu. Brakowało mi pocieszenia. Odzwyczaiłem się od pocieszeń a teraz znowu ich potrzebuję. Moja "wiara w siebie" zniknęłą gdzieś w odmętach mojej inteligencji, wrażliwosci, szybkości, uśmiechu, smutku... Coś mi cały czas powtarzało i dokuczało. "Nie poradzisz sobie". A ja głupi mu wierzyłem i się posłuchałem. Spojrzałem na wszystkie smoki, które są bezpieczne i latają wesoło. Przecież nie będę ich tak narażał... Ale przypomniało mi się coś, ktoś... Astrid. Ona teraz bardzo kojarzy mi się z Berk. Jeśli tylko pomyślę o domu od razu myślę o niej. Ona też będzie narażona i nie poradzą sobie bez niczyjej pomocy w walce z Drago. A tym bardziej jeśli ma on Smoczą Armię. Dotarło do mnie, że życie mieszkańców tej wioski jest w moich rękach, ponieważ tylko ja chyba wiem o tej wojnie. Nikt nie pomoże im. No, bo kto? No cóż wyglądałoby na to, że jednak trzeba im pomóc i powstrzymać mojego największego wroga raz na zawsze. Wziąłem głęboki wdech oraz wydech i czułem, że już jest mi lepiej. Głupie ale jak tylko pomyślałem o blondwłosej, egoistycznej, rozpieszczonej, chudziutkiej, kruchej, niebieskookiej dziewczynie imieniem Astrid moja "wiara w siebie" odbudowała sie w oka mgnieniu. Ma ona jednak w sobie coś dziwnego co jest bardzo magiczne i tajemnicze. Tylko sam nie wiem jeszce co. Przy naszym ostatnim "przypadkowym" spotkaniu, mogę się założyć, że to było przeznaczenie, wracjąc wydawało mi się że ja mam ze dwadzieścia lat a ona jest namolnym dzieciakiem, które jest zaintrygowane wszystkim co istnieje. Wypytywała się o wszystko a przez to, że się rozpłakała ukazała swoją słabą stronę, której myślałem, że nie ma. Jej łzy przemianiały się w uśmiech, śmiech lub znowu łzy i smutek, naprawdę jak małe dziecko. Dało jej to wielkiego uroku. Nie, że wcześniej go nie miała. Straszna wojowniczka raczej ukrywa wrażliwe strony by nie wyjść na zbyt uczuciową.

Jako narrator ( spodobało mi się narratorowanie xD)

Młody ( bo on jest młody, jak dla mnie) chłopak zapomniał już o tym co go trapiło. W jego sercu otworzyła się szufladka z imieniem pewnej blondynki, której imię przypominało chłopakowi o domu. Gdzie tam jaka wojna go teraz interesowała. Miał wszystko dopiętę na ostatni guzik. Smoki widzą co mają robić, jakie znaki im ewentualnie poda jeśli będzie potrzebna ich pomoc. A on jest także przygotowany. Pozbył się kataru i dużo, często ćwiczył. Teraz tylko czekać. Jego serce biło szybciej ilekroć pomyślał o spotkaniu z jego śliczną przyszłą żoną, albo nie jego. On o tym przecież nie wie, bo nie ma skąd o tym wiedzieć. Nie wyobraża sobie na tę chwilę jej miny, gdy go zobaczy. Tak bardzo ma ochotę na przyjaźń z nią. Bardzo tęsknił też za swoim kochanym smokiem oraz matką ale wiedział, że będzie dobrze.

do pisania daje mi kopa mój kochany zespół i mam wielkom nadzieję, że jeszcze wróci na listę przebojów xD Kocham Was chłopcy http://www.youtube.com/watch?v=QUaJF5faWBU

Chociaż, że nie wiedział co się dzieje w jego dawnym domu na pewno nie spodziewał się i tych kilku rzeczy.  Że tata zrozumiał, że go stracił i bardzo chce go znów ujrzeć lub odzyskać. Że dziewczyna, o której myśli coraz częściej i nie umie się od tego pochamować myśli o nim o wiele więcej, i że jest najbardziej w świecie nim zauroczona. A także nie ma pojęcia o ustalonym ślubie potmków Hofersonów i Haddoc'ków* ( *sorcia za nazwę angielską ale ładnie ona brzmi i osobiście bardzo bardzo mi się podoba w opkach ! ). A i oczywiście nie podejrzewa Szpatki, że wpadł jej w oko. A co do ojca to nadal go nie uważa za ojca. Jak o nim mówi nazywa go po imieniu lub stara się wymigać od wymówienia słów: ojciec lub tata. Z roku na rok bez ojca zapominał o nim. Z resztą po co maiłby o nim teraz pamiętać. Przecież go niewybaczalnie skrzywdził. Czy aż tak niewybaczalnie to się okaże. Chłopak tak jak i dzielna wojowniczka z Berk nie dali sobie wmówić, że to miłość. Widać jednak, że do Astrid troszkę to dociera. Tak, troszkę. Tyci, tyci. Czasem z tym walczy a częściej ulega. Czemu ulega? Pięknym widniejącym na kilometr, miłym, tajemniczym, pięknym, zielonym oczom czy może rzadko spotykanemu szczerym, słodkim uśmiechu lub wyjątkowym uczuciowym charakterze albo jeszcze wspaniałemu wyglądowi. Pięknym, rozwianym włosom, wyglądającej na silną sylwetce, dość wysokiemu wzrostowi i do tego bardzo pięknemu głosowi? Można pomyśleć również, że podoba jej się jego talent do szkicowania dosłownie wszystkiego oraz pisania pięknych głębokich, mądrych i bardzo dorosłych słów i przemyśleń. Chyba jednak bardzo często ulega tym wszystkim rzeczom. No czemu się tu dziwić, dziewczyna pierwszy raz tak o kimś myśli i sprawia jej to nie lada radość. Tylko malutka szkoda, że Smoczy Jeździec nie myśli dokładnie tak samo. Stara się wykręcać z myśli na jej temat ale coraz gorzej mu idzie.

21. Jedna wielka niewiadoma

że jestem chora to dlatego tak dużo dziś .... dobranoc misie

PS. się troszkę rozpisałam o uczuciach naszych bohaterów sory głupek coraz bardziej naciągam was na to Hiccstrid -.- sorcia xD bywa ;p

Jako Astrid

Każdy powinien w życiu znaleść szczęście. Na początku mamy go nieco więcej później gdzieś nam ucieka. Ale nie zawsze szczęście zostaje na zawsze czasem zdarza się, że gdy ucieknie nie wraca. Szukamy szczęścia we wszystkim co istnieje. I nie zdajemy sobie sprawy, że nasze wielkie szczęście najczęście znajdziemy w przyjaciołach. Kolejny dzień na Berk. Kolejne sekundy, minuty i godziny, które zbliżają nas do rzeczy strasznej, o której nic nie wiemy. Wczorajszy dzień przeleżałam tak szczerze w łóżku. Kto by pomyślał, że przez zaśnięcie pod drzwiami można się czuć jakby ktoś pogruchotał nam wszystkie kości. Mama przynosiła jedzenie do łóżka. W odwiedziny przyszła Szpatka. Rozmawiałyśmy do późnego wieczora. Nasunął nam sie także temat o Czkawce. Naprawdę jej się spodobał. Nie, że to dziwne ale nietypowe. Ja jestem od niej o tyle do przodu, że wiem jak ma na imię i ogólnie wiem o nim naprawdę sporo. Nie, nie jestem zazdrosna. I do tego nie mam pewności czy go jeszcze zobaczę. Marzyłam żeby wreszcie się wymknąć z domu i pójść do lasu. Tak to tylko marzenie.Zawsze ktoś mi popsuć plany prawda? Z samego rana wybiegłam na dwór. Pogoda jak na tę porę roku sprzyjała i to bardzo. Śłońce świeciło na porannym niebie a nad nim unosiły się gęte chmury. Nie zjadłam śniadania żeby wymknąć się z domu. Z drewnianej ławki, która stoi tu odkąd pamiętam wzięłam mój topór. Obok niej zasadzone są różne kolorowe kwiaty, które już przekwitły. W wysokich górach na wyspie widniały drzewa, które uginały się pod ciężarem wiatru. Cieszyłam się jak dziecko. Biegłam w stronę klifów, które wiodą w stronę oceanu. Są bardzo strome i wysokie. Gdy się na nich długo stoi można się przestrzszyć tą wielka przepaścią, która kończy się kilka metrów w dole. Dno przepaści jest płaskie i leży nieco wyżej niż brzeg lodowatego oceanu. Rozciaga się na bardzo dużą kamienną powierzchnię 1/5 północnej części wyspy. Berk od strony północnej jest bardzo górzyste. Uśmiechałam się z nadzieją, że wreszcie siądę sama w ciszy na dworze i będę mogła pomyśleć nad pewnymi sprawami. Omijałam coraz więcej domów i wikingów. Wreszcie ominęłąm najważneijszą budowlę na wyspię. Twierdzę. Zwolniłam troszkę. Wiatr wreszcie mnie dostrzegł i chłodził moją zmęczoną twarz chłodnymi podmuchami. Westchnęłam coś i postanowiłam iść dalej.

- Astrid! - krzyknęła Szpatka. No nie naprawdę oni to znajdą mnie wszędzie.

- Cześć - przywitałam się odwracając. Za mną byli wszyscy koledzy. Uśmiechaliśmy sie do siebie.

- Gdzie idziesz? - zapytał Śledzik

- Chciałam iść nad klify - wytłumaczyłam. Zacisnęłam mocno dłonie na toporze.

- Możemy z tobą? - zapytał Mieczyk. Przewróciłam oczami patrząc na niebo, które sie rozchmurzało. Zamyśliłam się przez chilę.

- Skoro i tak tu jesteście to chodźmy - zgodziłam się w końcu. Szpatka od razu stanęła obok mnie w jej oczach widziałam radość. Cieszy się na pewno, że się zgodziłam. Ma ona pecha, bo zawsze jak gdzieś znikam to musi ńańczyć chłopców. Szliśmy powoli. Ja i Szpatka szeptałyśmy sobie coś na ucho. Biedni idący z tyłu nie mieli pojęcia o czym rozmawiamy. I dobrze.

Jako Smoczy Jeździec

Od godziny siedzę na Berk. Ktoby pomyślał, że tu jeszcze wrócę. Patrzyłem na ocean czekając chyba na pierwsze statki, które mają dać znak do wojny. Największy ze smoków pływał wokół wyspy tak by nie zwrócić na siebie uwagi. Tak ogółem to żaden smok się nie pokazuje. schowały się tak jak poprosiłem. Wiadomo, że jak zobaczą je wikingowie to będą wlczyć z nimi zamist z Drago. Dodatkowo by się przeraźili, bo jest ze mną dużo gatunków smoków jakich oni nie znają. Drzewa iglaste otaczały mnie i chroniły przed zauważeniem. Wątpie jednak, że ktoś będzie się plątał teraz po tej stronie wyspy. Nie przejmowałem się teraz jak to się skończy. Wiem, że mam wygrać i koniec. W dłoń złapałem żółty liść. Bawiłem się nim przekładając go z ręki do ręki. Dotykając jego wypukłych części. Chmuroskok szalał sam gdzieś w chmurach. Humor mu dziś dopisuje po obfitym śniadaniu. Byłem ubrany tak jak ostatnim razem kiedy tu byłem. Nie wyrażałem żadnych szczególnych emocji. Czekałem w spokoju i ciszy.

Jako narrator

- Astrid czy nadal się gniewasz o to, że popsułam ci twój prezent? - zapytała Szpatka. Przyjaciele szli przez las. Był gęstszy niż kiedyś. Drzewa w nim były wyjątkowo wysokie i szerokie. Przez konary przecinały się białe promyki światła. Krajobraz ten wyglądł naprawdę magicznie i tajemniczo. Nie widomo skąd przezd blonwłosą Astrid przeleciał niebieski motyl. Za nim leciał zielony. Każdy podążał wzrokiem za tymi wyjątkowo dziwnymi motylami.

- Nie. Stało się trudno. Dobrze, że ty żyjesz - odpowiedziała przyjaciółka miłym głosem. Nie chciała żeby Szpatka była smutna i się tym przejmowała. Astrid się z tym pogodziła chodź trudne to było.

- Ej kobiety! - krzyknął za dziewczynami Sączysmark

- Co? - zaśmiała się piękna Hoferson

- A czy to tu się nie skręca? - zapytał na zarośnietą dróżkę. Astrid się zamyśliła. Tak się zagdała z kumpelą, że poszłby w całkiem inne miejsce.

- No tak, tak tędy - przypomniała sobie Astrid. Siostra Mieczyka znów szła na przodzie z Astrid. Gdy drzewa zaczęły być coraz gęstsze a dróżka skończyła się przy kamiennym podłożu, każdemu zabrało mowę. Astrid nie mogła uwierzyć w swoje szczęście. Inni byli przestraszeni. Uradowana dziewczyna dała krok do przodu.

- Gdzie idziesz? - szepnęła cicho Szpatka do Astrid. Była zdziwiona i zmartwiona. Dziewczyna nie potrafiła odpowidzieć. Odwróciła się z uśmiechem od ucha do ucha do swojej paczki. Złapała pewnie powietrze i dała Mieczykowi swój topór.

- Zaraz - wyszeptała - ja zaraz wrócę. Wy zostańcie - powiedziała wesoło do przyjaciół, którzy patrzyli na nią bardzo, bardzo dziwnie. Młoda pani Hoferson zakradała się jak najciszej umiała. W  końcu była tak blisko chłopaka, że aż nie mogła się powstrzymać z radości. Usidła i przytuliła go od tyłu. Chłopakowi przez chwilę serce stanęło w miejscu i nie chciało ruszyć. Siedział nad stromym urwiskiem myśląc kto to. Odkręcił się powoli i ujrzał swoją największą fankę. Patrzyła ze łzami w oczach na jego oczy. On się uśmiechał ale znów tego nie było widać. Z jej policzka pociekła wesoła łza. Przytuliła go po raz drugi. Wtuliła się w niego pełna radości i przekonań, że marzenia się jednak spełniają jeśli się bardzo ich pragnie. Wileki Pan Smoków nie chciał być gorszy i przytulił chudziutką dziewczynę mocniej do siebie. Siedzieli razem bardzo uśmiechnięci. Najbardziej w tej chwili zszokowany był Smark. Nie rozmumiał dlaczego Astrid tak bardzo się wtula w tego nieznajomego chłopaka. Był zazdrosny o najpiękniejszą panią jego serca. Prawdą jest, że każdy z trzech przyjaciół tej blondynki był zazdrosny. Szpatka patrzyła razem z kolegami z dalekiej odległości na to urocze zjawisko. Dziewczyna w końcu wypuściła z mocnego objęcia swojego utęsknionego. Patrzyła zapłakanymi niebieskimi oczami na Czkawkę. Chłopak się zaśmiał cicho.

- Wróciłeś. Wiedziałam, że cię jeszcze zobaczę. - wyszeptała

- Umiesz przewidywać przyszłośc? - zapytał śmiejąc się z niej. Nikt się nie spodziewał, że ten chłopak moze mieć tak miły głos.

- Nie o to mi chodziło - odpowiedziała lekko oburzona Astrid i sprzedała chłopakowi o brązowych włosach, delikatne uderzenie w ramię.

- Wiem - odpowiedział bardzo wesoły

- Co ty tu robisz? - zapytał się Czkawka dziewczyny.

- O to samo zapytałabym się ciebie - powiedziała z uśmiechem. Syn Stoika zerknął na przyjaciół Astrid. Otworzył szeroko usta.

- No nie mów, że to Mieczyk, Szpatka, Sączysmark i Śledzik - powiedział radośnie. Wszystkim wymienionym osobom włosy stanęły dęba.

- No tak to oni! - pisnęła. Czkawka przewrócił oczami i znowu chciał powstrzymać Astrid by zostawiła jego maskę w spokoju.

- Nie - powiedział pewnie, ściskając mocno jej dłonie

- Tak - zaprzeczyła Astrid

- Nie

- Tak - Czkawkę już doprowadzało to do szału. Połaskotał  siedzącą na przeciwko niego dziewcznę. Zaśmiała się i opuściła ręce na kolana. Chłopak zmrużył oczy z dowodem zwycięstwa.

- Widzisz ja wygrałem - Smoczy Jeżdziec wstał i podał rękę Astrid, która cały czas patrzyła na niego jak na ducha. Dziewczyna nie zastanawiała się czy przyjąć pomoc. Od razu chwyciała silną dłoń i podniosła się. Stała bardzo blisko, aż za bardzo blisko chłopaka. Odsunęła się od niego powoli.

- Gdzie twój smok? - zapytała zainteresowana Astrid. Zapomniała o swoich przyjaciołach, którzy patrzyli bardzo ciekawi na tę dwójkę.

- Nie wiem - powiedział smutny

- Uciekł? - zapytała smutna Astrid. Pomyślała, że mogła się o to nie pytać, bo chłopak posmutniał.

- Sam nie wiem. Może. Nie ważne. Chcesz poznać mojego drugiego koleszkę?

- Tak - pisnęła zachwycona dziewczyna. Chłopak nadal i jeszcze bardziej zachwycał się jej urokiem. Urokiem, które posiadają tylko małe dzieci i ona.

- Tylko mi tu nie zemdlej - odszedł na brzeg klifu i klasnął w dłonie dwa razy. Dziewczyna zaśmiała się ze wcześniej powiedzianego zdania. Była w niebie. Wreszcie on jest przy niej tak w rzeczywistości. Spod długiej krawędzi wyłonił się wielki smok. Był pomarańczowo-żółto-berzowy. Miał cztery skrzydła. Długi ogon, małe oczy i piękny ciekwie zbudowany łepek. Usiadł obok Czkawki. Tylko dzielna Astrid Hoferson zachowała zimną krew.

- Jaki on piękny, twój? - zapytała. Stanęła po lewej stronie Czkawki i wyglądała zza jego ramienia patrząc na smoka po jego prawej stronie.

- Można powiedzieć. Stracił chwilowo jeźdzca. - odpowiedział ale dziewczyna zauważyła, że go to boli. Położył dłoń na pysku smoka i zamknął oczy.

- Przykro mi - chciała pocieszyć go Astrid

- Nie nic się jej ... - wydał się chłopak i zatkał sobie dłonią oczy.

- Jej? - zapytała zaciekwiona Astrid. W jej oczach błysnęła iskierka zazdrości.

- Nie ważne - chciał skończyć temat.

- Powiedz - powiedziała bardzo poważnie i chwyciła jego rękę.

- Kiedyś, może, jak wróci - powiedział smutny

- Wiele dla ciebie znaczyła, tak?

- Była dla mnie wszystkim tak jak Szczerbatek - szepnął. Astrid chciało się trochę płakać.

- Ale co się stało?

- Powiem ci kiedy indziej - spojrzał ponownie na przyjaciół Astrid

- Nie bójcie się. Podejdźcie.

- Yyyyy na pewno? - zapytał Mieczyk

- Tak. Spokojnie już nie jestem zły, że smok przez ciebie prawie mi zjadł rękę a, że przez Sączysmarka prawie umarłem - zaśmiał się

- Nic się nie zmienili - powiedziała Astrid do Czkawki

- Nic a nic - odpowiedział chłopak. Spojrzał na ich dłonie, które trzymały się razem. Nikt nie zauważył, że tam zerknął. Odruchowo ścisnął jej rękę mocniej. Uśmiechnął się do siebie.

- Czekaj czekaj a co tu robisz? - zapytał Mieczyk. Był zaintrygowany Czkawką. Podobało mu się, że z nimi rozmwia. Chciałby też podokuczać wodzowi tak jak on. Chmuroskok nie był przekonany do ludzi odleciał.

- Pomóc.... przyszedłem tfuu przyleciałem

- Pomóc? - zapytała Szpatka

- Tak

- W czym? - Śledzik jak i reszta nie mieli pojęcia przecież o żadnej wojnie. Czkawce do głowy dotarło teraz, że oni nie wiedzą co się dziś ma stać. Spojrzał przestraszony na Astrid.

- Wy o niczym, nie wecie tak?

- No tak jakby  - odpowiedziała Szpatka uśmiechając się do niego.

- Nie, nie, nie - mówił Smoczy Pan łażąc w kółko. Astrid bez skrępowania złapała go za ramiona i spojrzała mu w oczy.

- Mów o co chodzi - chłopak czuł się teraz jakby ta dziewczyna była jego matką. Wziął się w garść.

- Słuchajcie to będzie dla was i dla nas wszystkich straszne. Na Berk dziś przypływa Drago. Drago Krwawdoń. - każdy się przeraził

- Ma on wielką armię ludzi i również smoków. Ja nie mam pojęcia jak je wytresował. Nigdy mu nie powiedziałem jak to zrobić, bo to właśnie by się tak skończyło.

- Znasz go? - spytała Szpatka

- Nie raz się siedziało u niego w lochach

- Super - swój wielki zachwyt wyraził Mieczyk

- Byłoby gdybyś dostwał jeść i mógł położyć się spać. Ale nie mogłeś, bo plecy i ciało na to nie pozwalało. Rany za nic w świecie nie chciały się goić po jego bacie, mieczach czy tych innych. - wyjawnił im całą prwadę chłopak.

- I ty żyjesz? - zapytał Śłedzik z zachwytem

- Jak widać - uśmiechnął się pod hełmem chłopak

- A tak wracając musicie chyba ostrzec innych co?

- No tak ale dlaczego chcesz nam pomóc? - Sączysmark się odezwał wreszcie. Czkawka się zamyślił.

- Bo zależy mi na tej wyspie i na smokach, które tu żyją

- Zależy ci na nas? Po tym wszystkim co ci zrobiliśmy? - Astrid chciało się znowu zapłakać

- Tak. Muszę też się zemścić na nim. Zbyt dużo krzywd mi zrobił.

- Jesteś najlepszy - szczerzyła się Szpatka.

- Czyli co mamy zrobić? - wypytywała Astrid Hoferson

- Iźdzcie powidomić resztę a szczególnie, Stoika

- Nie możesz pójść z nami? - i znowu głos drobnej i ślicznej Astrid

- Nie. Wolę zostać tu.

- A myślisz, że wygramy? - po chwili milczenia zapytał Mieczyk

- Myślę, że tak wziąłem dużo przjaciół i razem damy mu radę. Nie wolno nam się poddać. Mówiłem ja wam pomogę, tylko idźcie już. Weźcie broń i czekajcie.  - rozkazał Czkawka. Wszyscy skineli głowami gotowi do działania. Odwrócili się i ruszyli do drogi. Jednak Astrid nie chciała iść. Wzięła swoją broń od Mieczyka i powiedziała by poszli sami. Nie sprzeciwiali się i tak nie rozumieli skąd Astrid tak dobrze zna Czkawkę. Następca Berk był pewien, że jest już sam. Zdjął hełm i zastanawiał się nad reakcją wikingów. Uwierzą w to a może będzie musiał sam pójść do nich i im to ogłosić? Siedział i patrzył przed siebie. Wziął kamień i rzucił go daleko. Przedmiot plusnął trafiony w taflę wody. Chłopak spojrzał w swoją prawą stronę. Znowu strasznie się przestraszył. Zaśmiał się po chwili.

- Zawału chcesz żebym dostał?

- W życiu - odpowiedziała siedząca obok Astrid. Patrzyła cały czas na niego. Liczyła właśnie tylko na to aż zdejmie maskę, która zasłania jego twarz. Nie rozumiała po co ją nosi. Wygląda tak przecież lepiej. Odwzajemniła uśmiech chłopakowi gdy zrozumiała, że on cały czas na nią patrzy i się uśmiecha. A ona nie daje znaku życia.

- Dlaczego z nimi nie poszłaś?

- Ponieważ wolę zostać z tobą - odpowiedziała pewnie Astrid. Czekała na jego reakcję. Nie zaregował. Zrobiło jej sie przykro, ale na co ma liczyć. Zaraz wielka wojna.

- Ile wziąłeś ze sobą smoków? - zapytała ciekawa dziewczyna. Siedziała tak blisko, że zaczęła sie bawić strojem chłopaka. Dotykała palcem jego boku.

- Troszkę

- Czyli? Troszkę dużo czy troszkę mało - podniosła wzrok spod grzywki i uśmiechnęła się uroczo.

- Dużo - odpowiedział. A że nie lubi być dłużny podarował jej najwspanialszy uśmiech. Według Astrid był najwspanialszy. Zachwycała się cały czas jego oczami, jego uśmiechem i bardzo uczuciowym głosem. Nadal bawiła się jego ubraniem. Czkawce to nie przeszkadzało może nawet przeciwnie. Czuł się przy jej boku jakby znali się od zawsze.

- Tęskniłaś? - zapytał nieśmiało. Na Astrid wywarło to ogromne wrażenie.

- Nawet nie wiesz jak. Zawsze za tobą tęskniłam a teraz jeszcze bardziej, bo

- Nie porozmawialiśmy - wypowiedzieli w tym samym momencie.

- List znalazłaś tak?

- Jasne. Dziękuję bałam się, że to tylko sen - zaśmiała się delikatnie przy tym poprawiając swojego warkocza, który dziś był na boku.

- Ta. Sny. - mruknął Czkawka

- Też za nimi nie przepadam. Chodź są wyjątki

- Serio a jakie? - zapytał niespodziewnie

- Nie mogę ci powiedzieć - odgryzła się tą odpowiedzią za to, że Czkawka nie chciał powiedzieć jej o tej dziewczynie. Mamie.

- Nie? - zapytał z podejrzanym uśmiechem.

- Nie - odpowiedziała z podobnym uśmiechem. Chłopak zarzucił swoje ramię na jej barki. Astrid to zdezoriętowało.

- Przykro mi - odpwiedział widząc, że szesnastolatka jest nie do końca przytomna w tej chwili. Zabrał rękę ukazując, że to tylko żart. Nagle do ich uszu doszedł dźwięk rogu. Czkawka wstał. Na dalekim horyzoncie ujrzał miliony małych puntkcików.

- Płynie już - powiedział bezuczuciowo. Nachylił się podnosząc swój hełm i założył go szybko. Spojrzał na sidzącą i rechoczącą Astrid. Patrzyła wyczekująco na niego. Zaśmiał się z jej wpływu na niego. Podał jej ponownie rękę by mogła wstać z jego pomocą.

- Dziękuję. Jesteś prawdziwym dżentelmenem.

- Szanuję kobiety. Szczególnie te piękne. - odpowiedział. Dziewczynie odjęło mowę. Czkawka był świdomy tego co powiedział. Spojrzał jeszcze na nią.

- Idź szybko do wioski. - dziewczyna nie była w stanie nic powiedzieć. Chłopak jej snów zasalutował jej dwoma palcami, żegnając się z nią. Stał tyłem do wielkiej przepaści. Skoczył w nią (tyłem).

trzeba coś słodkeigo przed wojną nie? Okej na dziś tyle żegnam moje najukochańsze mordełki :* papa jak myślicie Czkawka tak na poważnie?

22. Wojna cz.1

Jako Czkawka

Zastanawialiście się kiedyś nad bardzo prostym pytaniem. Co by było gdyby ... Nie potrzebnie. Lepiej zaczekać na brzebieg zdarzeń i zobaczyć co wyniknie z twoich starań. Zostawiłem biedną, zaskoczoną Astrid "na górze", że tak to ujmę. Nie mam pojęcia co we mnie wstąpiło, że tak jej powiedziałem. Nie mam teraz co prawda czasu na to  żeby zastanawiać się nad moimi głupotami. Teraz czas na wojnę. Skoczyłem z klifu rozkładając swój strój do dosłownego szybowania. Znów czułem wiatr wiejący w moją twarz oraz szybki obraz, który pod wpływem tego szybkiego spadania rozmywał się. Już sam nie wiem o czym myślałem. Chyba o niczym. A przynajmniej się o to starałem. Wylądowałem bardzo w bezbolesnej pozycji. W klęku. Podniosłem się patrząc na morskie fale, które się wzburzały się wraz ze zbliżającymi się statkami. Czas rozpocząć bitwe o mój znienawidzony dom.

Jako narrator

Astrid wróciła szybko do wioski gdzie krążyli mieszkańcy Berk. Każdy miał w ręku różnego typu broń. Pytali się siebie nawzajem. "Czy to prawda?" "Z nim przecież nikt nie wygrał!" "Poddajmy się od razu". Dziewczyna już nie przejmowała się miłym incydentem, bała się teraz o swoje życie i jej bliskich. Trzymała mocno swój topór i chodziła, przepychając się przez tłum. Chciała dojść do wodza. Stał na środku i starał się wysłuchać wszystkich zmartwionych ludzi. Przez duży tłum wreszcie przedarła się dziewczyna. Każdy spojrzał się na młodą dziewczynę dziwnie. Rozejrzała się nieśmiało, bo zauważyła, że każdy patrzy  na nią dziwnie, ponieważ przerywa dyskusję dorosłym. Spojrzała pewnie na Stoika zbierając w sobie odwagę by otworzyć buzię.

- To prawda - powiedziała przekonująco.

- Skąd wiesz? - zapytał zamyślony, rudobrody, silny i bezlitosny wódz. - Smoczy Jeździec? - zapytał po chwili spoglądając na resztę rówieśników Astrid. Wpadł na ten pomysł, bo oni też tak tłumaczyli.

- Tak

- Musimy go zchwytać - powiedział wódz. Przy tym w jego oku można było zauważyć iskierkę. Jak to by było gdyby Stoik Ważki złapałby Pana Smoków? Zyskałby chwałę. Na odpowiedź ojca Czkawki, Astriś opadły ręcę. Jej brwi zamarszyczyły się bardzo a oczy zezłoszczone patrzyły na reakcję ludu.

- Przestańcie się z tego cieszyć! - krzyknęła głośno. Mieszkańcy wyspy patrzyli na młodą potomczynie klanu Hofersonów z pogardą. Jak może ona krzyczeć do nich.

- Nie możecie go złapać. Przyszedł nam z pomocą, a nie musiał. Mógł nas zostawić byśmy zginęli pod wielką armią ludzi i smoków. A przyleciał i - mówiła zaskoczona i zachwycona. Rodziców Astrid wstyd przerodził się w dumę.

- Z jego pomocą możemy wygrać. Ma on plan i na pewno nas nie zostawi.

- Jesteś tego taka pewna? - z tłumu wyłonił się Sączyśliń. Prawa ręka Stoika, ojciec Sączysmarka.

- Tak, bo go znam i wy wszyscy również - odpowiedziała z chytrym uśmieszkiem. Nikt na razie tego nie zrozumiał. Sczególnie drugiej części zdania.

- Bierzcie broń i do walki. Nie możemy dać zniszczyć naszego domu.

przepraszam dotrzymuję obecności mojej prababci i nie miałam czasu by wejść. Jest dla mnie ważna i brakuje jej towarzystwa. Mam nadzieję, że spotkamy się jutro :D ;)

Każdego zatkało tym co powiedziała dziewczyna, która kocha całym sercem ich wybawcę. Wódz położył dłoń na prawym ramieniu Astrid.

- Jesteś bardzo dzielna - pochwalił ją. Uśmiechnęła się lekko, ale zaraz spoważniała.

- Słuchać się młodej brać broń, musimy wygrać! - rozkazał głośno. Dziewczyna odeszła na obrzeża i patrzyła na zbliżające się szybko statki. Tak jak planowała osoba, której bardzo brakuje chłopakowi zabrała się z "kolegami" na statek. Weszła niezuważona i planuje szybkie sprowadzenie pomocy. Schowała się w głównym statku pod pokładem. Valka wybrała akurat łódź z Nocną Furią. Smok stał się jeszcze bardziej nieokrzesany i szalony. Matka Czkawki wzięła swój cały strój by być nie do poznania. Płynęła pełna nadzieji, że zaraz uda jej się sprowadzić swojego kochanego syna, za którym stęskniła się jak przez te lata gdy nie miała z nim kontaktu. Statki coraz bardziej dawały się ruchom fal co znaczyło, że są coraz bliżej brzegu. Valka patrzyła na zielone oczy smoka i szukała w nich pocieszenia. Czekali razem na przybicie do brzegu. Ona po to by ratować Berk a smok po to by je zniszczyć. Nie z własnej woli, z woli Drago. Astrid stała wysoko w porcie i patrzyła. Na swoim ramieniu poczuła coś dość ciężkiego. Była to głowa tak samo zdenerwowana jak jej. Była dziwnie na tę sytuację nastawiona. Tak przy wszystkich? Rodzice...

- Boisz się? - zapytał w końcu cicho szepcząc jej do ucha. Znowu czuła się jak w siódmym niebie i nie dała rady odpowiedzieć. Westchnął i dodał.

- Co ja się pytam. Ty byś się bała - mruknął zabierając głowę. Nadal miał swoją maskę, która podkreśla tylko jego oczy.

- Obraziłaś się, no wiesz? Tak przed wojną? Mój humor dzięki temu na pewno będzie lepszy - zarchechotał i powiedział to bardzo sarkastycznie.

- Na ciebie się nigdy chyba nie pogniewam. Chodzi mi o gapiów. - odpowiedziała to tak cicho, że na pewno nikt oprócz  nich tego nie usłyszał.

- Gapie są od tego żeby się gapić, takie życie - powiedział Czkawka specjalnie głośno do wikingów, którzy patrzyli troszkę tak dziwnie na Smoczego Jeźdzca, który jeszcze nie dawno był ich nieoficjalnym wrogiem. Chłopak nie odwracał się także by nie pozwalać sobie za dużo. Za swą odpowiedź zapłacił kopnięciem w łydkę z czego ucieszyli się adoratorzy Astrid Hoferson.

- No dobra może się jeszcze zobaczymy

- Może? - zapytała z troską

Jako Astrid

Nie rozumiem go. Mówi o jakiejś dziewczynie, że jest dla niego wszystkim a teraz się tak przymila? A może ja sobie to tak wyobrażam? Może to po prostu na znak naszej przyjaźni i znajomości? No tak pewnie tak, przecież to ja sobie wymyślam za dużo. To tylko mój przyjaciel i to okazuje po przyjacielsku. Proste. Powiem, że bardzo mnie trapi jego zachowanie. Boję się, że zrobi sobie ten szaleniec krzywdę.

- Nie będę nic obiecywał proste - to takie do niego podobne. Trzeba mieć wspaniałe serce żeby nie myśleć tylko o sobie. Kiwnęłam głową. Szedł wolno wzdłuż długiego, brązowego, portowego mostu. Promienie Słońca, które już wstało w pełni podkreślało jego sylwetkę. Odchodził ode mnie ze spuszczoną głową. Myślał pewnie o swoim smoku i tej dziewczynie. Widzę to po jego zachowaniu. Nikt nie miał odwagi by podejść do niego a co powiedzieć zaatakować. Jest teraz tu bezpieczny. Każdy gwałtownie odwrócił głowę na wielki huk przy brzegu. Szczególnie on. Staliśmy wryci w zieloną trawę lub podest w porcie. Połowa licznej armii była już przy naszej wyspie. Wódz rozkazał każdemu iść za nim. Niezuważona szłam z resztą. Wtedy widziałam go ostatni raz. Stał i cały czas patrzył na coś. Stoik sprowadził nas nisko. Nisko czyli blisko brzegu daleko od cumowanych łodzi. Fale od statków odbiły się w naszą stronę, w stronę wszystkich ludzi z Berk. Wielka fala akurat wylądowała przed nami i nielicznym osobom mocząc buty. Starsi i najsilniejsi z wikngów wraz z wodzem stali z przodu chroniąc całą resztę, w której były kobiety inni mężczyźni no i ja i przyjaciele. Ponieważ skończyliśmy piętnasty rok możemy i mamy prawo do walki. Młodsze dzieci zostały z jeszcze mniejszymi by ich pilnować, pocieszać, uciszać być przy nich. Każdy miał broń nie ważne jaką, nie ważne w jakim stanie ale miał. Gdy już ostatni statek przybił do brzegu zapadła głucha cisza. To była cisza przed burzą. Piasek, na którym staliśmy oblepił mi buty sporą warstwą. Mama stała daleko przede mną a ojciec zajął honorowe miejsce w pierwszym rzędzie. Martwiłam się o nich ale się przecież nie mogę teraz się rozpłakać. Zerknęłam na Szpatkę. Uśmiechnęła się niepewnie i przełożyła włócznię w lewą dłoń i podała mi prawą. Chwyciłam ją. Porozumiewawczo przekazaliśmy sobie: " Będzie dobrze". Tłum mi zasłaniał ale ujrzałam zeskakującego ze statku umięśnionego mężczyznę. Miał długie czarne włosy, ubrany był na siwo i czarno, na długą tunkię obwiązaną w pasie grubym pasem, zażuconą miał czrną skórę. Widocznie smoka. Skórzana peleryna sięgała mu aż po buty. W dłoni trzymał długi metalowy kij zakończony naostrzonym szpikulcem. Nikt oprócz niego nie wyszedł na ląd. Szedł naszą, największą, długą i najlepszą plażą. zbliżał się w naszym kierunku. Zatrzymał się przed naszą małą, w porównaniu z jego, armią. Świat teraz wydawał się siwo-czarny i pozbawiony szczęścia. Stał tak w pionie około 10 metrów od nas.

Jako Czkawka

Drago raczył wreszcie przemówić. Stąd aż słychać jego okropnie przerażający głos. Taki suchy i skostniały. Wiecie co robię by nie przeraźić się jego głosu? Wyobrażam sobie, że zamiast tego straszliwego głosu posiada on głosik dziewczyneczki lub kobitki. Poprawia mi to bardzo humor przy okazji. W życiu mam tak, że spotykają mnie złe rzeczy. Staram sobie w każdy sposób poprawić humor. Siedziałem wysoko na klifie z widokiem na ten cały cyrk z jego strony. Świetne miejsce na walkę. Ogromna plaża. Czy on w ogóle posida mózg? Dobra co ty tam im próbujesz wmówić?

- Widzę, że naszykowani jesteście na walkę - oznajmił wreszcie. Patrzył na wodza z podstępną miną. Stoik jak to on nie wyrażał emocji.

- Ale chwila nie przedstawiłem się - złapał się jedną ręką za głowę. - Jestem Drago

- Drago Krwawdoń - dokończyłem jego charakterystyczne powitanie w parodyjnej własnej wersji. Wygrzeźniałem się i śmiałem. Usiadłem wreszcie znowu patrząc w kierunku Drago.

- Myślę, że lepiej by było gdybyście się podalli od razu - powiedział już mniej przyjemnym głosem.

- Nigdy - powiedział cicho Stoik.

- Nigdy? - zapytał Krwawdoń. Puściły mi nerwy a pozatym i tak niedługo bym musiał się ujawnić.

- Nigdy! - krzyknąłem ze śmiechem. Pierwsza spojrzała w górę, na mnie Astrid. Następnie Draguś i reszta ludzi.

- Czy to możliwe ... - zamyślił się.

- Jak, jak! Jak przeżyłeś?! Kazałem cię się pozbyć kto tego nie wypełnił? - krzyknął zły. Uśmiechnąłem się do siebie. Kocham jak się wnerwia. No przyznam szczególnie z mojego powdu.

- Możesz podejść nic nie słyszę. Ogłuchłem po tym jak spędziłem martwy kilka dni na statku! - wrzsnąłem. Wstałem zły i patrzyłem na niego z taką nienawiścią...

- Zajęty jestem, sam se przyjdź - odpowiedział.

Jako narrator

Zachowywali się oboje jak małe dzieci. Za szesnastoletnim pogromcom smoków pojawił się pomarańczy smok. Chmuroskok. Pomógł mu zlecieć na tę smą plażę, na której jest teraz haos nie do ogarnięcia przez umysł bez strategii. Smoczy Pan, ten prawdziwy, ten jedyny, stanął tyłem do klanów z Berk. Wyglądało to tak jakby chciał własną piersią obronić wszystkich. Spojrzał prosto w oczy wrogowi. Z czystą odwagą, która w tej chwili każdemu w buty poszła. Smok Valki siedział gotowy do ataku przy brzegu oceanu. Z dala od obu nienawidzących się Panów Smoków.

- Obrazek się podobał? - zapytał młodzieniec. Przez głowę przedmówcy przebiegło wspomnienie "kredowego portretu naściennego".

- Nawet nie wiesz jak - odpowiedział świdrując niższego już o niewiele, jeźdzca.

- Fajnie - odpowiedział z dziwnym, charmonijnym spokojem. Czkawka wiedział, że zaraz dowie się jakiejś rzeczy.

- Widzę, że zmienił Pan Smoków hmm smoka

- Spostrzegawczy to zawsze byłeś. Umiesz odróżnić pomarańczowy od czarnego - z ostatniego rzędu armi Berk wydrały się na przody odgłosy śmiechu. Bliźniaki - pomyślał Czkawka. W tym momencie Stoik spojrzał w prawą stronę. Przyjrzał się smokowi, który patrzył ze spokojem w jego oczy. Syn Stoika to szybko zauważył. Teraz Stoik Ważki znalazł się w odmęcie swych koszmarnych wspomnień.

Noc. Atak smoków, które niszczą i stratują całą wyspę. Pomaganie potrzebującym aż tu nagle krzyk dziecka. Jego dziecka. Wskakuje do domu a tam ten sam smok. Chwila, w której ma zanik ale zaraz powraca pamięć. Smok chwyta jego jedyną żonę która błaga o pomoc. Odlatują. Stoik trzyma na rękach swojego syna, następcę na jego wyspie i patrzą razem na porywaną... miłość, przyjaźń, żonę, matkę... Zamyka płaczące oczy i jest w rzeczywistości. I widzi tego samego smoka. To on zabrał mu żonę. Część jego malutkiej rodziny.

- A wiesz, że ja mam twojego - Czkawce błysnęła łza w oku - smoka - dodał cichutko potworny człek bez uczuć.

- Teraz już wiem - powiedział chłopak bardzo uradowany. Ujrzał kogoś dzięki komu znów zyskał swoje szczęście. Swoimi spojrzeniami wymienili się radością, tęskonotą, szczęściem, miłością. Wystarczył tylko wzrok i to, że się widzą. A już byli szczęśliwi. Walka nie wygrana a pół trudności za Czkawką. Znalazł mamę i smoka.

- A ty co tu robisz głupia kobieto? - zapytał zły męszczyzna patrząc na przywłaszczoną kucharkę. Nikt by nie pomyślał, że to kobieta. Miała na sobie straszną maskę oraz strój, który w ogóle nie podkreśla czy wyróżnia kształtów kobiety.

- Jak śmiesz obrażać kobietę? - zapytał Czkawka i "strzelił" Drago delikatnie w czubek głowy.

- A ty co mi tak wymyślasz nie rozumiem ona by mogła być twoją matką, przecież to nie jest jakaś młoda dziewczyna warta uwagi. - Wszyscy po kolei wymiękli. Valka ominęła dużym kręgiem Drago i stanęła obok syna.

- I co teraz? - zapytała syna w jego ulubionym języku. Języku jego smoka.

- Sam nie wiem. Wziąłem dużo smoków ale teraz improwizuję - odpowiedział radośnie nadal językiem Nocnej Furii

- Czyli jak zwykle - mruknęła prawie jak Szczerbatek. Miny tych ludzi co nie rozumieją tej rozmowy są bezcenne.

- Mama mi się wydaję, że ojczulek cię poznał - oboje sie odwrócili przez ramię i spojrzeli na Stoika. Stał za nimi raptem 5 metrów.

- Wy sobie kombinujcie mili Jeźdźcy Smoków a ja zbieram armię do wojny - rzekł Drago odwracając się. Matka z synem wrócili do rozmowy.

- Myślisz?

- Tak ja bym mu powiedział - zaśmiał się odwracając się. Krwawdoń zdenerwowany wszedł na łódź i kazał szybko uwolnić pierwszą turę armii smoków. Oboje z Jeźdźców spoglądali niechętnie po twarzach. To były chwile przerwy i nabrania siły do walki. Trudnej walki.

- No mów - zachęcił Czkawka mamę i stuknął ją łokciem. Spojrzała na męża i wszystkie miłe wspomnienia, bo ludzie nie posiadają samych złych wspomnień, zaczęły się odtwarzać. To jak byli młodzi i biegali razem po lasch zbierając liście, które pasowały do koloru ich włosów, wspaniałe dziecinne przygody, ślub, przejęcie przez Stoika tytułu wodza, przyjście na świat jej, ich jedynego syna, który teraz stoi tu. Są teraz razem w jednym miejscu. Jedna rodzina. Zawsze dla tej kobiety nie do sklejenia. Ma na to szansę. Czy on się zmienił? Zerknęła na Chmuroskoka, który nie mógł usiedzieć na miejscu.

- Valka? - zapytał cicho Stoik patrząc na żonę tak jak ona na niego. Każdy pomyślał, że on zwriował w najgorszym momencie. W momencie wojny.

- Na Odyna. Tak to Valka twoja żona, którą porwał - mówił Czkawka i podszedł do Chmuroskoczka - o ten, właśnie ten smok! - dokończył i ukazał dłońmi wielkiego smoka. Matka patrzyła na syna jak na głupka.

- No tak nie poznajesz jej - mruknął Czkawka zasłaniając sobie oczy jedną dłonią a drugą opierajał się o smoka. Był załamany i rośmieszony reakcją rodziców. Valka się ocknęła i zdjęła maskę. A wszystkim zatkało gardła. Dla Stoika nie zmieniła się nic a nic. Tak samo cudne oczy i włosy. Wyjątkowe kości policzkowe i miłe rysy, które dodają bardzo kobiecego wyglądu. Pytanie po co ją zdemaskowano? Po to żeby może nie przyszłoby Stoikowi zabicie Valki i Czkawki. Drago może zechciałby zamienić wojnę za życie tej dwójki?

- Val ... to .. naprawdę ty - powiedział zachwycony. Wyszedł z tłumu wikingów, hełm rzucił na bok. Klęknął przy jej nogach.

- No jak miło jaka rodzikna. A teraz mamo czy ty mu wybaczasz? - zapytał Czkawka. W mózgach przytomnych wreszcie się ułożyło równanie. Mama+tata=jeździec. Aaaa to ich syn. Valka zapomniała o przykrościach i ujrzała zapłakane oczy skostniałego jak do tej pory Stoika.

- Tak - szepnęła cichutko. Stoik wstał i chwycił rękę najpiękniejszej i utęsknionej żony. Chłopakowi zakręciła się łza w oku.

- No to wy sobie porozmawiacie ... - zaczął mówić i wyjął miecz z kieszeni - a wasz synek musi iść po smoczka - dokończył odchodząc. Dla tych wszystkich to było za dużo jak na jednen dzień. O wiele za dużo. Czkawka we wszystkich swoich zdaniach używał sarkazmu. Nadal nie trawi ojca. Pyskacz pierwszy wpadł na taki jeden pomysł. To co mówiła Astrid, że go też wszyscy znają...

- Czkawka! - krzyknął wesoło kowal. Szalony Jeździec odwrócił się delikatnie ale szedł dalej. Do łodzi. Do smoka. Szpatka spojrzała na Astrid, której twarz przybrała twarz niewiniątka.

- Nie powiedziałaś nam? Ale jesteś! - powiedziała nadal niewierząca przyjaciółka.

- Nie mogłam. Obiecałam, że nie powiem. - wytłumaczyła szybko.

- Ale jak, skąd się domyśliłaś, że to on? - spytał Śledzik nie lada ciekaw.

- To nie jest rozmowa na ten moment nie sądzisz? - warknęła Astrid. Wiedziała, że jak to się wyda, czyli że Smoczy Jeździec to Czkawka to będzie musiała wszystko tłumaczyć. Ciągle, ciągle wszystkim po kolei. Stary wódz zmienił się w rozczuloną owieczkę.

- Tyle lat marzyłem by znów cię zobaczyć. Tyle bym oddał za was. A wy po prostu się tak zjawiacie. Czy to sen Valka? - mówił jak najęty Stoik.

- Nie. Nie to nie sen. - kobieta odpowiedziała, rozmowę przerwał cofający się Czkawka.

- Boję się, że to będzie jeszcze koszmar - dodała Val patrząc na statki, na których wyłaniały się ciemne postacie.

- Tym razem nie dam was mi odebrać - powiedział pewnie Stoik trzymając żonę mocno za dłoń. Kolejna łza kapnęła z oka posiadacza Chmuroskoka.

- Zmieniłeś się. - wyszeptała zanim ich syn doszedł wolnym krokiem do ich dwójki.

- Dla was. Valka dla was - odpowiedział wódz z uśmiechem. Tę rozmowę trzeba było koniecznie przełożyć na później. Nad wyspą zaczęły krążyć smoki, których oczy mieszkańców Berk nie widziały. Miały metalowe maski, które zakrywały im łby. W Valce się coś gotowało. Nie wiadomo kiedy syn podał matce w wolną rękę jej kij, który znalazł na środku oceanu. Posłała mu pewne spojrzenie. On jej też. Ze statków wyskoczyli dobrze uzbrojeni ludzie. Maczugi, miecze, topory, włócznie, młoty, łuki i tarcze sprawiały wrażenie takie, że na sam widok lśniących, nowych przedmiotów włos jeżył się na głowie. Drago stał za wojownikami i dał znak do ataku. Gdy tylko jego ludzie szli wolnym krokiem w kierunku wikingów, Czkawka wyszedł na przód. Nie martwił się o siebie nic a nic. Obawy Astrid się spełniały, to jednak jest szaleniec (Czkakwa) i dzisiaj stanie się cud jak nie umrze.

- Nocną Furię, proszę - powiedział zdenerowanym głosem. Nie dostał odpowiedzi. W ciszy i ciężkich oddechach zabrzmiał głos jakby czyjegoś szeptu. Był to odgłos przemieszczjących się drobinek piasku w kiju Valki. Teraz i po stronie Berk zjawiła się duża chmara smoków gotowych do obrony oraz zaciętej walki. Drago dał znak do ataku. Również Stoik dał znak do atakowania. Omijając stojącego Czkawkę każdy ruszył do walki. Chłopak nigdzie nie widział swojego przyjaciela. Cóż poradzić nikt nie lubi wojen. Ale ludzie też muszą ginąć na wojnach. Najlepiej szło Pyskaczowi, który wlaczył wielkim młotem, który ma na imię : Jagódka. Innym też szło śiwtnie nielicząc bliźniaków, którzy się wygłupiali i dokuczli wojownikom na wszelkie możliwe sposoby. Smoki w powietrzu również walczyły o swoje. O to do kogo należą. To wyglądało dizwnie lecz Czkawka stał pośród walczących. Stał w bezruchu. Patrzył na pierwszy statek. Słyszał coś. Nawet brzdęki broni nie zagłuszały tego dźwięku.

- No i mam cię - wyszeptał. To co słyszał to pomruki niezadowolonej Nocnej Furii. Czarny smok wyskoczył na ląd. Spojrzał na Drago i wraz z kilkoma smokami szli nieść postrach na lądzie, nie w powietrzu. Szczerbatek jako jedyny nie miał metalowej zbroi czy tam hełmu. Jeździec najchętniej rzuciłby się na swojego przyjaciela. Po to by go prztulić. Jednak smok był inny to nie ten sam, który jest najlepszym przyjacielem chłopaka. Skradał się z zwężonymi mocno źrenicami. Szczerzył do tego zęby i warczał. Czkawka pierwszy raz go widział w takim stanie i przestraszył się.

- Mordko! - krzyknął wesoło. Nad jego głową ze świstem przeleciała strzała. Dobrze, że ma dobry słuch i szybko się nachylił. Smok zbliżał się prosto na niego.

- Słyszysz mnie? Szczerbatek, Mordko to ja - mówił ze spokojem.

- Jak widzisz on się cię nie słucha. Słucha się jego - jakby znikąd rozległ się głos Drago. Rzucił swóją włócznię. Wylądowała przy brzegu.

na chwilę przerywam ale wiem, że myślicie że was tą wojną zanudzę .... co to, to nie. Musi ktoś umrzeć, trzeba odsyskać Szczerbatka i pocieszać rodzinę poległego. A i oczywiście spektakularny ratunek prawda ? W najlepszym połączeniu Czkawka+Szczerbatek nie długo może przyjdę

22. Wojna cz.2

Jako Czkawka (czytamy wolno, tak jak ma nastrój Czkawka)

Dotychczas myślałem, że to ja mam najgorzej. Że jestem jednym wielkim zerem, który nic nie znaczy. Zdałem sobie sprawę już jako dziecko, że jestem inny. Że jestem słaby i... jakiś inny. Jednak najogrszą rzeczą nie jest być najgorszym. I nadal serce mnie boli, że stało się jak stało. Że nikt mnie nie akceptował ale teraz jestem tu by im pomóc. Dlaczego? Bo jestem szalony i głupi.

W moich oczach było zero strachu. Niech się dzieje co chce ale zrobię tak, że Berk będzie wolne. Stopy i nie tylko moje się trzęsły. Woda na oceanie jakby zaczęła się poruszać. Powoli z niej wychylały się długie, czarno-siwe wypustki, które mają smoki alfa. Tak już widzę. Małe oczy i gigantyczny kieł, a później widzę drugi kieł. Do tego mina Drago, któa się śmieje. Nie widziałem przez chwilę nic prócz Szczerbatka, Drago i wielkiego smoka. Panowała cisza i spokój w mojej głowie. Byłem bliski zemdlenia. No i teraz otwiera mi się w głowie mój jeden z najważniejszych notesów. A tam zapisana pierwsza przepowiednia. Mój mózg nasiąka całą zawartością. Licz na siebie, na siebie. Otworzyłem oczy a energia jakiej dostałem była zaskakująca. Oszołomostrach wyszedł na ląd. Zaczął ryczeć głośno. Spojrzałem za siebie. Nie wiem dlaczego ale Astrid zaczęła biec szybciej w moją stronę. Obejrzałem się w stronę, w którą powinienem patrzeć. Było za późno. Szczerbo strzelił fioletową plazmą. Prosto we mnie. Warczał groźnie i nie przejął się tym co zrobił. W mojej głowie śmiech Drago i ryki alfy. Nie upadłem tylko powolnie się położyłem. Głowa zaczęła mnie boleć i mięśnie szczególnie. Zamknąłem oczy i zapomniałem o moich planach. O tym, że mam wszystkich uratować. Żegnaj świecie.

Jako Astrid

- Nie! - krzyknęłam i podbiegłam do niego. Upadłam od razu na kolana.

- Nie jak mogłeś! Nie zostawiaj mnie! Słyszysz! Czkawka! Nie zostawiaj! - krzyczałam

- Nie, proszę! No weź. Nie możesz! Nie teraz! - zaczęłam się dusić z płaczu. Przypomniał mi się mój sen, w którym też zginął. Nie widziałam już jego oczu. Dawały mi zawsze uśmiech nawet przed wojną. Dotknęłam jego dłoni i podzieliłam się z nim moimi łzami. Były na pewno słone. Nie wpadłam na pomysł, że ktoś może zajść mnie od tyłu i zabić. Jak tak to ja też chcę nie żyć. Jak on to i ja. Nie obchodził mnie już mój wygląd. Byłam w ziemi i piachu, bo pomogłam obronić się Smarkowi. Dlaczego on? Chciał nam pomóc!

- Zabierzcie ją - rozkazał mój ojciec.

- Nie tato ja... - poczułam czyjąś rękę na mym ramieniu. Zobaczyłam twarz mojej matki.

- Ale ja nie chcę. Zostawcie mnie! Ja chcę być przy nim! - wrzasnęłam lecz mama z ojcem podnieśli mnie za ramiona do góry.

- Nie, mamo nie! - płakałam już tak, że cała armia jak ludzi z mojej wyspy jak i Drago patrzyła na mnie. Czarny smok siedział u boku Drago a on głaskał po głowie.

- O synku - powiedziała ta kobieta, o którą byłam raptem zazdrosna. Pochyliła się nad swoim synem i położyła głowę na jego klatce piersiowej. Zamknęła oczy i słuchała, a ja nadal płakałam. Po zbadaniu sytuacji wokół nikt nie walczył tylko patrzył się tu. Moi przyjaciele mieli miny tak samo żałosne jak Stoik.

- Proszę. Miałeś mnie nie zostawiać - powiedziałam a mama zaczęła głaskać mnie po włosach.

http://youtu.be/UeH6qocdXJs przeczytajcie jeszcze raz z tą muzyką ... może się popłaczecie

Wyłażę, już ze skóry. Wątpie, że jakby do was dzwoniła cały czas matka, która was zostawiła mielbyście humor. OMG nie chodzi o kom może się przejęłąm ale mnie teraz wszystko dołuje i tak nie zrozumiecie bo ja jestem nie doogarnięcia przez ludzki rozum. Przepraszam ja nie mam ochoty się dzielić wszystkim co mnie trapi i dlaczego jestem agresywna i miałam zamiar zawiesić opko. Przepraszam. A teraz idę chcę pobyć sama a jutro obiecuję, że powiem co i jak. Bardzo was lubię i nie zrobię wam krzywdy typu, że idę i nic nie mówię.

A więc, myślałam bardzo długo i to serio długo, w nocy. Nie mogłam zasnąć i wywnioskowałam, żenigdzie się nie wybieram. Zostaję tu z wami i będę pisać póki nie skończę tego opka tak jak chciałam. Wiem, że zrobiłabym źle gdybym miałA TO SKOŃCZYĆ  tak szybko. Dziękuję za wsparcie z waszej strony. Nie wiem jak będzie raz będzie db raz będzie źle, ale zostaję. Nie wytrzymałabym w szkole z głową, która ma cały czas tylko informacje o Czkawce,Szczerbatku i Berk. Myślę, że nie dałam sobie rady z emocjami wczoraj. Sory, nie będęsię rozczulać. Trzeba się brać do pracy i nie myśleć o złych rzeczach. Nie umiem was teraz zostawić <3

dalej Astrid

Sama nie wiem na co liczę. Szleniec zawsze będzie szaleńcem.

- Spokojnie on żyje - powiedizała kobieta z długimi warkoczami. Przetarłam szybko oczy. Ale się skomporomitowałam. Teraz już będą wiedzieli, że coś do niego czuję. Uśmiechnęłam się i spojrzałam na Drago. Jego mina zmieniła się znowu w pełną złości.

- Tego chłopaka nic chyba nie zabije - usłyszałam głos Pyskacza. Powiedział to do wodza.

- Nic - potwierdził Stoik. Zanim się zorientowałam na mnie patrzyły te zielone oczy, o które tak się bałam. Patrzył na mnie jak na największego głupka na świecie. Chwila... on odzyskał przytomność! Trzeba mieć szczęście żeby po strzale Nocnej Furi żyć. Matka chciała go powstrzymać ale usiadł zgarbiony. Patrzył na swojego smoka i wroga. Spojrzał znów w moim kierunu.

- I po co tak histeryzować? - zapytał a ja poczułam się jak ostatnia idiotka. Narobiłam niepotrzebnego haosu. Powoli chciał wstać ale nie mógł. Każdy patrzył z podziwem na to jak Czkawka po tym jak dostał strzałem najgroźniejszego smoka, wstaje o własnych siłach. Najwyraźniej smok nie trafił go w bardzo czułe miejsce, przez które mógł umrzeć. Niech Thorowi będą dzięki. Pomyślałam.

- Czy ciebie zawsze jest tak trudno się pozbyć? - zapytał Drago prostując się. Walka została zatrzymana i nic się nie działo. Oczywiście oprócz rozmowy, która jest teraz naprawdę ważna.

- Nie wiem - odpowiedział osłabionym głosem. Valka podparła go za biodra,bo by się znowu spotkał z podłożem. Oddychał ciężko. Ale gdy tylko zebrał siły spojrzał z odwagą i wszystkimi uczuciami, którymi darzył Krwawdnia i powiedział. Ale za nim coś powiedział zepchnął dłonie swojej mamy. Przrwał mu znowu Drago zanim zadążył otworzyć buzię.

- Nadal wierzysz, że to przyjaźń jest najważniejsza. Twój przyjaciel mógł cię zabić. Smoki są tylko maszynami do zabijania i tego nie zmienisz. Daj mi je wszystkie zabrać a zostawię wszystkich w spokoju. - zaproponował.

Jako Czkawka

To, że pożegnałem się ze światem nie znaczy, że umarłem. Byłem obolały i straciłem dużo siły. Nie mogę uwierzyć, że gdyby bym wyższy o kilka centymetrów to mój smok, któy był dla mnie bratem, mógł mnie zabić. Co mam mu odpowiedzieć? Tyle się dzieje, że sam nie wiem co mam zrobić.

- Hej cokolwiek postanowisz my ci pomożemy - powiedziała cicho Astrid przerywając szum myśli w mojej głowie.

- Właśnie! - usłyszałem czyjś głos

- Mów co mamy robić

- Jesteśmy z tobą - tego typu rzeczy mówili wikingowie, którzy liczą na mnie. Mama jak to ona umie mnie przekonać.

- No więc, wszyscy słuchamy - zachęciła z uśmiechem. Kiwnąłem głową.

http://youtu.be/Uep_kGPArso - obejrzmy heh bardzo to kocham :d

- Chwila, zaraz a co my z tego będziemy mieli jeśli zabierzesz wszystkie smoki? Nie mamy przecież pewności, że nie wrócisz, prawda? Nigdy nie zostawisz nas w spokoju, bo cię znam. Wykorzystasz smoki żeby nad wszystkim panować. Ja mówię nie. Ja się nie zgadzam. Ze względu na mojego smoka. Może i jestem głupi i chcę mojego przyjaciela. Myślisz nadal, że to maszyny do zabijania? To dlaczego mnie nie zabił jak pierwszy raz się poznaliśmy? Dlaczego wtedy mnie oszczędził? - podszedłem ze dwa, trzy kroki do przodu. Patrząc na mojego smoka.

- Mógł ale uświadomił mi, że to wspaniałe zwierzę, które ma uczucia i jest taki jak ja. Nie jest taki jak każdy myślał. Jest wspaniały. Inteligentny, mądry, słodki, lojalny, groźny i jest wyjątkowy. Tak, tak jak ja - szepnąłem. Od mojego smoka dzieliło mnie już niewiele. No i od Drago. Szczerbatek patrzył na mnie ale już nie warczał. Mężczyzna w czerni zmarszczył brwi i próbował swojej sztuczki z Oszołomostraczem. Alfa za jego poleceniem wydawał różne dźwięki, które drażniły Szczerbatą Mordkę a swoimi turkusowymi oczami chciał rozkazać coś smokowi. Muszę go powstrzymać drugim razem na pewno nie będę miał tyle szczęścia.

- Szczerbatek ja wiem, że ty mnie znasz. Nie słuchaj go - mówiłem cicho a smok skupił się na mnie i na tym co próbuję mu przekazać. I dobrze.

- Spójrz - pokazałem na siebie a ludzie pomyśleli, że zwriowałem. To widać po ich minach. Zarówno i tych z Berk jak i tych od Drago.

- Mordko tyle razem prześliszmy to ty byłeś ze mną jak uciekaliśmy stąd, tylko dzięki tobie się tak zmieniłem, to dzięki temu, że byłeś przy mnie. Ludzie, którzy mnie tak skrzywdzili... - westchnąłem cicho - zastąpiłeś mi ich. I nawet, że nie jesteś człowiekiem dla mnie zawsze byłeś. Szczerbo pamiętasz? Jak brat, jesteś moim bratem - smok zaczął mruczeć coś próbując przypomnieć sobie coś. Uśmiechałem się. Trzeba mówić dalej może przypomnę mu więcej wspólnych chwil?

- Szczerbatek widzę, że coś pamiętasz. Czekaj, czekaj. - zamyśliłem się. O mam. Drago był zbyt pewny siebe nie pozwole teraz mi zepsuć tego. Chcę mojego smoka!

- Pamiętasz ten las? Ja cię nakarmiłem a ty zwróciłeś rybę i kazałeś mi ją zjeść?

- Suuuper - westchnął Mieczyk. Dużo osób się śmiało z tego co powiedziałem i z tego co powiedział Mieczyk.

- Albo jak byłem chory w święta a ty zamiast cieszyć się wolnością pilnowałeś mnie i troszczyłeś się o mnie? - przez chwilę źrenice smoka zrobiły się okrągłe ale ponownie przybrały ten przerażający kształt. Zacząłem krążyć obok pana Nocnej Furii, przypominając sobie wszystko by pomóc mu znaleść swoje wspomnienia.

- Ile razy zabierałeś mi gacie a ja musiałem cię ganiać po plaży, czasami godzinami, bo za nic nie chciałeś oddać. - nikt już nie powstyrzymał się od śmiechu.

- Ratowałeś mnie a ja ciebie. - nie wiem sam jak to zrobiłem ale stałem już przy jego czarnej mordce.

- I tak może być znowu. Tylko wróć. - zielone oczy smoka zamknęły się. Wyciągnąłem dłoń w kierunku łuskowtej, czarnej, mordki mojego przyjaciela.

- Jesteś moim najlepszym przyjacielem - powiedziałem przez łzy. Głos mi się łamał. - najlepszym - wyszeptałem do jego uszu. Otworzył nagle te swoje oczy, które są podobne do mych.

- Tak. Właśnie tak. - powiedziałem radośnie. Szczerbatek nigdy się nie zmieni. Każdy pomyślał, że chce mnie zabić. Ale to ten smok, którego znam.

- Nie, nie, wiesz, że to się nie spiera - zaśmiałem się głaszcząc go po mordce. Wikingowie poczeli się śmiać ale ja nie patrzyłem na ich miny i wrażenia.Zabrał swój dość ciężki łeb ze mnie i jego pomocą wstałem z ziemi.

- Widzisz! To jest panowanie nad smokami. Ty tego nie potrafisz, bo nie masz pojęcia o przyjaźni. - w tym momencie Szczerbo głożył głowę pod moją dłoń.

- I nigdy nie będziesz miał - dodałem.

- Ale to ja mam armię smoków i ludzi - wrzasnął

- A wiesz co ja mam? Mam jednego smoka i się tym nie chwalę - zaśmiałem się - nigdy nie byłeś skromny - nie mogłem się powstrzymać więc mu troszkę dokuczyłem.

- Nie a teraz na poważnie. Może się dogadamy? - zapytałem w końcu.

- Z tobą? Nigdy. - tak tego się spodziewałem. Nagle mnie olśniło. Po prostu włosy mi aż stanęły do góry. Odwróciłem się po raz pierwszy do tyłu. Spojrzałem do wszystkich ludzi bez wyjątków czy to tych "dobrych" czy "złych".

- Skoro wasz władca nie chce się poddać lub dać spokoju Berk to może z wami się dogadam? - zapytałem z wielką radością.

- A więc... mówię od razu. Czy zgodzicie się przeciwstawić Drago w zamian za wolność? - zapadła cisza a po niej szepty

- Zastanówcie się. Wygramy z nim a wy.. a wy pójdziecie sobie. Może wrócicie do domów? Do rodzin? Rodziców? A może znajdziecie swój dom dopiero tutaj? Wszystko da się rozwikłać bez tej bezsensownej wojny o biedne smoki. Co wy na to? Rzucimy broń i podamy sobie dłoń? Niekoniecznie z Krwawdoniem tylko z wami. Bo każdy zasługuje na wolność ludzie jak i smoki - skończyłem przekonująco moje przemówienie. Zatkało im gęby a ja byłem skołowany. Co dalej?

23. Lepiej się nie cieszyć, prawda?

no cóż nie wiem jak wy na to zareagujecie ale next dopiero w środę i raczej krótki ;p no niestety czas do szkoły

Jako narrator

W różnych głowach różne myśli. Astrid podziwiała zielone oczy, najwspanialszego chłopaka bliskiego jej sercu, Szpatka nie mogła uwierzyć w głupotę Smoczego Jeźdźca, Mieczyk bardzo chciał znaleść się pod Nocną Furią aby i jemu wylizała twarz, Sączysmark rozmyślał jakby to by mieć własnego smoka, Śledzik myślał o tej mądrości, którą przekazuje im Czkawka, Stoik tyle przeżył tego jednego dnia, że nie wie o czym myśleć. O czym myśli Czkawka? On teraz myśli o... w tej chwili (dosłownie) o Astrid. Dojrzał wreszcie przez moment spokoju, piękne blond włosy oraz mądre niebieskie oczy. Chudziutkie ręce i bladą skórę. Delikatną jak płatek róży. Jak dobrze, że nie zdjął hełmu. Bo uśmiecha się szeroko. Od pięknej wojowniczki oderwał go męski głos, o bardzo miłym brzmieniu.

- Zgadzamy się - powiedział do Czkawki wojownik Drago. Zdjął ciemny hełm z głowy i rzucił go przed siebie tak jak swój miecz. Uśmiechnął się niepewnie a chłopak kiwnął radośnie głową. Inni zrobili to samo. każdy zaczął plotkować do siebie zadowolony.

macie pomysł co się stanie ? he he KA-BUMM nikt się tego nie spodziewał :o

Czkawka w wielkim tryumfie odwróćił się by znowu przekonać Drago, że walka nie ma sensu, bo stracił wojowników. Nie było go tam gdzie chłopak widział go ostatni raz. Zaczął się rozglądać a reszta również.

- Uciekł - powiedział zły młodzieniec o brązowych włosach

- Ale tchórz - zaśmiał się Smark

- Po raz pierwszy się z tobą zgodzę - wyszeptał nieusłyszalnie Czkawka. Pytanie dlaczego on uciekł i kiedy? Na tę chwilę Pan Smoków wytłumaczył sobie to tak: Stracił armię czuł, że już po nim. Wystraszył się, wziął nogi za pas i uciekł. A nikt nie zauważył tego przez rozmowy i ustalenia. Daleko w głębi oceanu ruszył się smok alfa. Płynął gdzieś. Może ze swoim okrutnym właścicielem? Statki i większość smoków została i osiadła na wszystkich górach, klifach i stabilnych powierzchniach na Berk. Nieliczne, około dziesięć leciało za już niewidocznym w oddali Oszołomostrachem.

- Stchórzył, zero godności - zwróciła się do syna Valka, i jak to miała w zwyczaju zaczęła gładzić go po włosach. Tych nielicznych, wydostających się spod hełmu. Patrzyli chwilę w ciszy na ocean. To koniec?

- Co teraz? - zapytał Pyskacz. To pytanie było skierowane, najprawdopodobniej do wszystkich.

- Nie wiem - odpowiedział Stoik. Miał ochotę porozmawiać z synem ale nie miał odwagi podejść do niego.

- Jak na razie koniec. Wygląda na ten moment, że wygraliśmy tę wojnę. - oznajmił nawet wesoło Czkawka. Zawahał się przez chwilę. Ale ...

Jako Czkawka

Zdjąłem powoli hełm. ( Stoi tyłem ) Miałem ochotę znowu poczuć wiatr na twarzy i ten miły chłód, który nie dostaje się przez maskę. Pierwszy widoczny uśmiech podarowałem Szczerbatkowi. Zamruczał radośnie.

- Też tęskniłem za tobą - odpwiedziałem kucając i kładąc hełm obok siebie.

- No dawaj wiem, że chcesz - zachęciłem Mordkę sympatycznie.Na oczach reszty przytuliłem się do niego jak nigdy.

- Na Odyna czuję się jakbym cię z rok nie widział - powiedziałem nadal tuląc mojego smoka. To uczucie przez, które doznawałem załamamywań to był brak... tego co odzyskałem. Moją przyjaźń, mój największy skarb. Wychodzi na to, że bez niego nie potrafię żyć. Mój brat, mój smok, mój przyjaciel, moja rodzina, mój opiekun, mój skarb po prostu Szczerbatek. Z zamyśleń wydarł mnie do rzeczywistości mój smok. O nie! Wstałem, bo zauważyłem, że Szczerbo zaczął szykować się do wysuwania języka w stronę mojej twarzy. Wziąłem hełm pod pachę, rozgarnąłem swoje włosy i popatrzyłem na tych ludzi. Ludzi wygranych. Czy ja mam coś na zębach, czy aż tak się zmieniłem? Nie miałem wyboru i się lekko, sympatycznie, delikatnie i niepewnie uśmiechnąłem. To co ja teraz lecę do domu czy co ... Dobra nie mam zielnogo pojęcia co ze sobą zrobić. I dlaczego oni sie tak na mnie patrzą?!

wiem marne zakończenie wojny ale to nie koniec smutnych wątków, tak schodzę na coraz niższy poziom, sory. Ale mam zamiar znów dać czadu. Hmmm na święta. :3 no w pewnym sensie. Zobaczycie ;)

Jako Astrid

Nie musiałeś teraz? Teraz się odwrócić? O mój Thorze. Czy w ciągu tak krótkiego czasu można tak się zmienić? Ma takie piękne rysy twarzy, serdeczny uśmiech i tajemniczy wzrok, który jest dla mnie jedną wielką zagadką. A do tego te włosy. Ta, ta jego cała sylwetka i wysokość. Mogę się tak na niego patrzeć całe dnie i noce i nigdy mi się nie znudzi. Podeszłabym tam teraz i walnęła za to, że mnie nastraszył. A później pocałowała za to, że wrócił. Hmm. To pierwsze można by wykonać, ale drugi pomysł jest do bani. Nie. W ogóle o czym ja myślę? O nie... On się na mnie patrzy! A ja "ślinię" się teraz na jego widok. Głęboki wdech i wydech. Lekki, niedostępny uśmiech, plecy proste i już. Jestem zakryta płaszczem niedostępności dla wszystkich. Mam to wyćwiczone. Ale on nadal na mnie zerka... Westchnęłam cicho i nic nie poradzę, patrzyliśmy na siebie a ja mu na to pozwoliłam. Bez żadnych przeszkód, masz moje pozwolenie. Patrz na mnie tymi oczami, patrz.... Uśmiechnęłam się w końcu w naturalny sposób.

- Valka zostaniecie ze mną? - przez wpatrywanie się w niego, czas stanął w miejscu i wszystko dookoła co się działo było dla mnie niewidoczne. Wódz stał na przeciw tej kobiety i trzymał jej dłoń. Ona była bardzo zmieszana. Zaczęła krążyć wzrokiem po twarzach innych. Spojrzała w końcu na Czkawkę. Na jego twarzy pojawił się lekki grymas.

- Jak tam chcesz - mruknął cicho, w formie odpowiedzi. Wysoka i szczupła kobieta nadal się zastanawiała głęboko.

- Nie musicie zostawać tu na zawsze. Przynajmniej na obiad. - oznajmił nieco ciszej Stoik biorąc drugą dłoń swej żony, w swą silną dłoń. Gdy ponownie spojrzała na syna, uśmiechnął się.

- Zgoda - powiedziała z wielkim uśmiechem Valka. Wikingowie ruszyli powoli do domów za rozkazem wodza. Mieli przyjąć i nakrmić nowych ludzi i w razie  potrzeby zapewnić im nocleg. Moi rodzice chcieli już żebym z nimi poszła. W życiu! Powiedziałam, że za godzinkę przyjdę. Nie mogę przepuścić okazji do rozmowy z nim. Ze mną zostali także Sączysmark, Śledzik i jak się okazało Mieczyk i Szpatka. Rudowłosy mężczyzna chciał już iść ze swą odzyskaną rodziną do domu. Nie pozwolę mu sobie pójść. Jak ja nie mogę jeść to on też. Spojrzałam na niego groźnie.

- Eee ja nie jestem głodny - powiedział Czkawka odchodząc od Stoika, Valki i Pyskacza. Stoik odwrócił się i spojrzał na syna.

- Nie zmuszaj go i tak on je tyle co nic - zaśmiała się kobieta.

- Przyjdź później do domu - powiedział wódz. Bardzo niepewnie. Dom to jego chyba do końca nie jest. Przez tyle lat mieszkał gdzie indziej. Odeszli powoli z pola bitwy, która zakończyła się sukcesem. Szczerbatek patrzył na naszą piątkę dziwnie.

- Mordko, Astrid. Pamiętasz? - zapytał swojego smoka

- Wrauuu ( czyt. No tak, a jak? )

- Wra wruu wr ( czyt. No leć tylko delikatnie ) - odpowiedział do Nocnej Furii. To warczenie to dla mnie czarna magia. Piękny smok, którego już zdążyłam polubić znów zaczął się skradać do mnie. Usiadł przed moimi nogami i patrzył swoimi wielkimi oczami. Coś kazało mi go dotknąć. Wyciągnęłam dłoń w kierunku łuskowatej mordki. Zamknęłam oczy.

- Mówiłem, że nie jest straszny. - odpowiedział mi głos po, którym po moich plecach biegały ciarki. Otworzyłam oczy patrząc na to co udało mi się dokonać. Moja dłoń dotykała ciepłej skóry smoka. Chuchnął ciepłym powietrzem ze swoich nozdrzy.

- Jest najsłodszy - odpowiedziałam uśmiechając się.

- Jak to zrobiłeś, że on do ciebie wrócił? - zapytał Śledzik wychodząc przede mnie. Był tak podniecony, że prawie skakał z radości.

- Sam nie wiem. Takie - tu się zaśmiał - przeczucie - odpowiedział w pełni

- Przeczucie? - zapytał Mieczyk. On to głuchy czy co?

- Tak przeczucie. Głuchy czy co? - zapytałam głaszcząc Szczerbatka po mordce. Mruczał coś sympatycznie. Czkawka stał już bliżej nas. Zmarszczył czoło.  Patrzył na smoka z oburzoną miną.

- Co ci nagadał? - zapytałam. Domyśliłam się, że smok coś mu powiedział. Machnął ręką.

- Pfff nie ważne. Jeszcze to odszczeka - wytłumaczył ( nie wytłumaczył ) z szyderczo-słodkim uśmieszkiem.

- Jesteś niesamowity - wyszeptała mi za uchem Szpatka. Położyła swoje dłonie na moim ramieniu, a na swoich rękach oparła głowę. No jest niesamowity. Bardzo, bardzo niesamowity. Mój wysoki przyjaciel spojrzał się na nas obie, przyglądjące się mu. Uniósł jedną brew do góry. Dał jakiś znak na migi chłopakom, bo zaczęli z nas chichotać. Poczułam się gorzej niż głupio.

- To przecież Szpatka powiedziała - zrobiłam złą minę i patrzyłam teraz na resztę.

- No tak, tak - zaśmiał się Smark, wycierając przy tym łzy śmiechu z oczu. Pokazałam mu język mróżąc oczy. Jak myślą, że on się mi podoba, to się mylą. No to może tylko przez to, że za nim tęsknię/tęskniłam? Nie będę się pogrążać nie raz mówiłam o nim ukochany lub chłopak z mych snów, więc ... nie ważne. To mój przyjaciel, koniec i wielka kropka.

- Gdzie byłeś przez te lata? - zapytałam. Moja kolej na pytanie.

- Wszędzie i nigdzie - Szczerbatek posłusznie podszedł do swojego pana, któy odpowiedział mi bez sensu.

- No weź powiedz. - nie przekonują go moje proźby?! - proszę - przeciągnęłam o minutę ostatnią głoskę. A żeby mi powiedział prawdę zatrzepotałam rzęsami. Patrzył na mnie z taką miną jak zazdrosny Sączysmark. Moje usta uniosły się do góry pod pewnym kątem, który w rezultacie dał uśmiech. Mrugnęłam, czyli "póściłam oczko" mu. Prawie się zaśmiał. Przewrócił oczami dając do zrozumienia, że ma mnie dosyć.

- No tak więc na początku ... - zaczął opowieść, ale jeszcze przed tem przerwała mi przyjaciółka.

- Nie mam pojęcia jak ty to robisz, ale mnie naucz - szepnęła cicho do mojego ucha. Wzruszyłam ramionami. Ma się te sposoby na chłopców. Zawsze działają. Szczególnie na tych, którzy w tym momencie na ciebie patrzą. Po dziesięciu minutach opowieści każdego zaczęły boleć nogi, lecz przybyło pytań. Usiedliśmy na ziemi w prowizorycznym kółku. Ja siedziałam obok.... Aaaaa obok niego. Po chwili mojego szczęścia pomiędzy nas, że tak ujmę wrył się Szczerbo. Domogał się by na niego też zwrócono uwagę. Przy opowidaniach, których słuchaliśmy z zapartym tchem z moimi przyjaciółmi, na zmianę raz ja raz Czkawka głaskaliśmy smoka. Z tego co rozumiem pan Haddock mieszka ze smokami. Dosłownie. Aha fajnie. I kolejne co mnie zaintrygowało to... może to w formie pytania. Na Thora jak on jeszcze żyje?! Poopowidał troszkę o śmiertelnych przygodach. I tak wiem, że mi wszystkiego nie mówi. Ale ja się dowiem. W końcu kto stanie mi na drodze by dowiedzieć się wszystkiego o nim zostanie, usunięty. Na dobre. I raczej nie żartuję. 

łahaha Astrid oh Astrid Czkawka  twój tak? Hyhy nie zapomnij, że na drodze stoi ci największy złodziej gaci. :D

Next jutro. "Chyba" ...'' - Czkawka Jak wytresować smoka

Od pewnego czasu moje dni są weselsze. Po spotkaniu w lesie nie martwię się tym co będzie. Budzę się z uśmiechem i poczuciem, że nie muszę już nikomu imponować. Żeby tego każdego kolejnego dnia stawać się sobą.

- Tyle rzeczy się wydarzyło, stary ty to masz życie - Mieczyk był zaintrygowany Czkawką. Patrzył na niego jak w obrazek swojej podobizny. No cóż każdy zuważył na pewno w nim zmiany. Szczególnie wyglądu. Za mało go znamy żeby oceniać zmianę jego charakteru. Chodź wiem, że jest twardszy i odważniejszy. Nie raz to nam ukazał. Śmiałam się z siostrą Mieczyka, ponieważ Szczerbatek postanowił się rozciągnąć po krótkiej drzemce. Wbił pazury w ziemię i zamknął oczka. Przeciągnął się i usiadł trącając głową o swojego jeźdzca.

- Wrauuu - zamruczał zaspany. Jeżdziec odpowiedział mu złym wzrokiem. Widocznie mu dokuczył.

- Trudny charakter ma - stwierdziłam z zamyśloną miną.

- I to jak. Do tego kocha się ze mną droczyć i wmawiać rzeczy które są nie prawdą. NIE PRAWDĄ. Słyszysz Szczerbuś nie prawda to nierealne. - mówił po "naszemu" do czarnego smoczydła z uśmiechem, klepiąc go po głowie. Smoczy Jeździec wstał. Wyprostował się pożądnie po długim siedzeniu. Do ręki wziął hełm.

e ludzie wiecie co zauważyłam ( może widzieliście) że Czkawka ma taki jakby bagażnik w siodle! No bez kitu ... tam gdzie siedzi. I tam chowa hełm :3 no chyba, że mi się przewidziało -.- no ale załużmy, że ten bagażnczek jest ;) xD

Schował go w siodło swego smoka.

- No to na nas chyba czas? - nie powiem przykro mi.

- Co? A twoja mama? - zapytałam wstając po chwili.

- A no to może powiedz, że czekam w domu. Albo nie... powiedz, że dziś nie nocuję w domu - cały czas zmieniał zdanie

- A gdzie będziesz nocował? - zapytał Smark z miną jakby jego odpowiedź była oczywista i wcale nie dziwna.

- Nie wasza sprawa. - znowu jego charakter zmienił się w zimnego i bezlitosnego jeźdzca.

- No tak trochę nasza - odparła Szpatka zakładając dłonie na zewnętrzną stronę łokci.

- Przekażecie? - zapytał w końcu

- Jasne - zbierał się już. Staliśmy jak słupy nie wiedząc co zrobić. No i się przełamałam. Ruszyłam te kilka kroków przed siebie.

- Czkawka? - zapytałam cicho. Spojrzał na mnie. Myślał chyba o niecnych lub szalonych planach. To wrażenie daje jego mina. Po niedługiej chwili zmienił wyraz twarzy na przjaźniejszy.

- Co? - odpowiedział mi nieco weselej

- Uważaj na siebie, zgoda? - zamknął oczy i nie wyrażał nic.

- Zawsze uważam - siadł na smoka, który warknął wesoło

- A zobaczę cię jeszcze? - tak to oczywiste, że to ja się zapytałam

- Nie wiem. Myślę, że nie mam wyboru - oh ty, ty nie masz wyboru, nie masz. Nie odpowiedziało już żadne z nas. Milczeliśmy jak kamienie. Kamienie, które boją się o siebie. Nie opowidając więcej... Dał szybki znak swojemu smokowi i ruszyli szybkim truchtem w stronę krawędzi. Zniknęli.

24. Zaginiony... nie na długo

Jako Astrid

Dlaczego uczucia są tak skomplikowane? Ja sama nie wiem co o kim myślę. Martwią mnie czyny ludzi, których kocham. Martwią mnie ich decyzje i postanowienia. Martwi mnie ich samopoczucie. Tak mi na nich zależy.

jestem zła mauhahhaah xDD i nie powiem tych ważnych rzeczy teraz. Nie wiem czy będzie coś więcej hah imponująca długosć. Jadę na urodziny dziadzia i wgl będzie św. Mikołaj xD no wreszcie. I nie wiem kiedy wrócę. Zobaczę jeszcze. Zostawiam was z niechęcią. Kocham was. xD i czy ktoś widzi ... hahahha przypomniało mi się wczoraj. Astrid i Szczerbatek hahaha ale beka. Do zobaczenia. Chyba. Kofam was <3( jak jakieś rodzeństwo :D)

- To co idziemy do domów? - zapytał Sączysmark.

- Tak

- No głodny jestem - przytakiwali a ja stałam patrząc przed siebie. No i znowu pozwoliłam mu uciec. Głupia ja. Miałam go uwiązać do drzewa! Przyjaciele rozeszli się patrząc na mnie dziwnie. Załamana poziomem swojej inteligencji ruszyłam do domu. Wlekłam się jak nigdy. Po centrum Berk plątali się radośni wikingowie. Wojownicy Drago dziękowli pięknie za jedzenie i rozmawiali z ludźmi, chyba o wszystkim.

- Na brodę Odyna! - krzyknęłam wesoło. Gustav przechodzący obok zaśmiał się ze mnie. Odpłaciłam jego wrażenie uśmiechem. Mieliśmy przekazać mamie Czkawki, że już poleciał. Nakręciłam w przeciwną stronę. Ruszyłam do domu wodza. Przed budynkiem spał smok Valki. Stanęłam przed drzwiami z pewnym pomysłem. Ciekawe, czy uda mi się  namówić żonę Stoika by wróciła z Czkawką do domu? Wiecie raz kozie śmierć. Zapukałam. Rozmowy dochodzące zza drzwi ucichły.

- Proszę - powiedział wódz. Chciałam otworzyć drzwi. Aż tu nagle same się otworzyły. Dobrze, że się odsunęłam, bo bym dostała centralnie w twarz. Serce zaczęło mi walić szybko a ja dziękowałam refleksowi, że kazałmi odskoczyć na bok.

- Pyskacz dziewczyne zabijesz. Mówiłem żeby weszła sama. - powiedział Stoik, siedział przy stole. Obok uśmiechnięta pani Haddock patrzyła ze śmiechem na przepraszającego mnie kowala.

- Gdzie Czkawka? - zapytała kobieta odkładając łyżkę na bok. Wśliznęłam się do środka. Było tu jak zwykle ciepło i przytulnie.

- No ja właśnie po to - mruknęłam w odpowiedzi.

- Kazał pani przekazać, że już leci.

- Gdzie, powiedział? - zapytała podejrzliwie

- A no tak. Powiedział najpierw, że leci do domu a później jednak dodał, że nie śpi dziś w domu.

- Mówił coś więcej? - pytała zmartwiona matka

- Nie. Ale wydawał się zamknięty w sobie. Nie chciał ze mną rozmawiać. - powiedziałam to na głos? Zabrzmiało to jak narzekania małej dziewczynki. Popatrzono na mnie z miną. " Eee a co miał ci więcej powiedzieć?". Poczułam się jak ostatnia idiotka.

- Idziesz go szukać? - zapytał Stoik żony. Chyba sie zaczęli dogadywać.

- Nie. Duży jest da sobie radę. Widocznie chce pobyć sam. Ma strasznie trudny charakter.

- A nie boi się pani, że zrobi coś głupiego? - spytałam się

- To u niego jest tak zwyczajne, że staje się oczywistością - uśmiechnęła się do mnie w taki sposób jak On. Tylko nie tak samo. Jego uśmiech pozwala mi o wszystkim zapomnieć i zawiesić się w stanie niewaszkości. No, Astrid pytaj się. Musisz im dać taki temat. Czy zostaną? Teraz!

- I na ile zostaniecie na Berk? - zapytałam z moim promienistym uśmiechem. Pyskacz wyszczerzył się, a ja trzymałam kciuki. Matka i ojciec Smoczego (Przystojnego) Jeźdzca spojrzeli na siebie.

- A jak bardzo zależy ci na tej odpowiedzi? - zapytał mnie wódz. Położył  obie ręce na stole.

- Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo ... - chciałam mówić dalej ale śmiejący się Pyskacz mi przerwał.

- A dlaczego? -  Siedział przy kominku zerkając na mnie. Każdemu spodobało się to pytanie. Tylko nie mi.

- Bo go lubię - tak ....odpowiedź za kapustę Pleśniaka. Słaba wymówka ale jest.... prawda?

- No dobrze. Wiesz o tym pierwsza i nikomu nie mówisz. Może zostaną u nas do świąt. - zachwiałam się po tej odpowiedzi. Takkkkk!

- Mówiłam jak twój syn się zgodzi. Zrobię co mogę żeby postarał się wam wybaczyć. - wytłumaczyła szybko Valka.

- Ja mogę pani pomóc - zaoferowałam się z uśmiechem od ucha do ucha. Ale się cieszę!

- Jeśli chcesz to jasne. Masz na niego pozytwny wpływ Astrid.

- Opowiadał pani o mnie?

- Tak trochę, nie miał wyjścia - uniosła pewnie  brwi do góry. Bardzo mądra kobieta. Żeby go do czegoś zmusić to naprawdę trzeba mieć podejście.

- Hehehe ( cichy śmiech, w którym wspominam moje wspaniałe tracenie przytomności) - nie będę już tu im przeszkadzać dowiedziałam się tego co chciałam.

- Ja już pójdę ...

- Zostań może na obiad? - niepodobne. Wódz i uśmiech.

- Nie. Rodzice na mnie już długo czekają. Dziękuję za wszystko. - powiedziałam i ruszyłam w stronę wyjścia.

- Do widzenia! - krzyknęłam opuszczając znów pełen radości dom. Wyrosły mi skrzydła i szłam do domu lekka jak piórko. No wreszcie przełom w mym życiu! Tym razem biorę sznur i wiążę go do drzewa. To nie będą żarty! Mój mózg trochę źle się czuje. Dotarłam do domu. Nareszcie.

Jako Stoik

Jak mogłem pozwolić na to by stracić ich oboje? Teraz muszę to naprawić. Nie mogę staracić ich po raz drugi. Są wszystkim. Nie chcę być tym samym człowiekiem.

- Myślisz, że mała się zakochała? - zapytał Pyskacz grzejąc ręcę przy ognisku

- Na pewno nie z wzajemnością - odpowiedziała Val

- Dlaczego tak uważasz? - zapytałem

- Pytałam go o to - uśmiechnęła się pięknie. Zabrałem puste talerze. Ochodząc od stołu także rozmawialiśmy.

- I myślisz, że odpowiedział szczerze? - zapytałem ze śmiechem

- Ufam mu, on mi też, raczej nie kłamie - w tym czasie wróciłem na swoje miejsce

- Val chłopcy są trudniejsi do zrozumienia. Myślę, że nikt oprócz niego nie wie co ma dnie serca. Dam sobie rękę uciąć, że najpierw wyznałby miłość dziewczynie a później by nam o tym powiedział.

- Tak uważasz? - zapytała pewnie Valka

- Tak

- Dobrze jeśli powie nam pierwszy, to ja wygrywam i to ty wtedy mu powiesz, że i tak i tak musi wziąść ślub z Astrid. A jeśli powie nam później to ja powiem mu prawdę. Wierzę, że będzie ze mną szczery i powie mi taką ważną rzecz.

- Nie sądziłem, że pamiętasz o tym ślubie. A ja jestem mężczyzną i wiem, że nie wyzna takiej rzeczy, wygram i ty mu to powiesz. - zaśmialiśmy się niechętnie.

- Miejmy nadzieję, że sami się w sobie zakochają. A nie z przymusu. Wiesz Stoik, Hofersonówna ma wybór - odezwał się Pyskacz

- No ma, ma. Co będzie to będzie do miłości nie można zmusić. - odpwoiedziałem. Trzeba wytłumaczyć teraz Valce o co chodzi... O tej małej ile to ona ma do zrobienia. Małżeństwo albo z tym albo z tym.

A te ważne rzeczy to takie:

1. Podzielę jednak bloga na dwa ;/ wiecie ja was rozumiem i wam źle się przesuwa i wgl mi też to przeszkadza. Wiecie nawet nie wiem czy nie będą z tego trzy blogi xD. Co do 3 tysiące kom to co tam. Znam was na tyle, że i tak tam będziecie spamować tak jak tu i będzie drugie tyle komów. Na koniec całej tej historii podliczę wszystkie komentarze ;) na wszystkich blogach o kontynuacjach tej fabuły. I tak mi na komach nie zależy tak jak na was <3. Dobra, dalej. Podział będzie za jeszcze troszkę. Od razu jak zacznę drugą część bloga to napiszę i dam link żeby nikt nie zapomniał lub żeby nie zgubił mojego opka :D. Kolejna część będzie bardziej ... obyczajowa. No mniej przygód taka sielanka na Berk ... do czasu... :D xD' Postaram się o ciągłe nowości i dziwne rzeczy. 'Nie będzie nudno, nie. Okej nie mam pojęcia jakie macie zdanie na ten temat ale podjęłam decyzję.

2*. ( Jeśli chcecie to jest ciekawostka) Od świąt zacznę pisać tego bloga do zeszytu. Będzie to ręcznie pisana książka z obrazkami własnej roboty xD. Pisane czarnym piórem, szkicowane ołówkiem. Taki bonus dla ciekwaskich. I może zaniosę pani od polaka xD :D ciekawe czy mi się uda? :) ''"Nadzieja matką głupich(..)"- Czkawka

Jako Astrid

Co tam obiad, co tam sen.... Skoro jutro jeden z najtrudniejszych dni w moim życiu.

- Gdzie tata? - zapytałam rozglądając się po kuchni.

- Poszedł odpocząć - odpowiedziała cicho mama. Coś chyba się dzieje.

- Coś nie tak?

- Nie. Nie wszystko dobrze. Głodna? - widzę, że coś ukrywa. Stałam wybierając dwie możliwe drogi.

- Nie ja nie jestem głodna. Idę do siebie. - apetyt schował się w kąt. Muszę odetchnąć po całym dzisiejszym dniu. W pokoju panowała cisza, którą przedzierał spokój. Pomyślałam, że może porobię coś godnego uwagi. Gdy nachyliłam się po atrament zabolała mnie ręka. Szczypała trochę. Zdjęłam karawaszyk z prawej ręki. Pod nim była głęboka rana. Skąd się tam wzięła nie mam pojęcia. Pomyślałam, że najlepiej będzie umyć ją w zimnej wodzie a brudny karawszyk uprać. I znowu coś niesamowitego. Uśmiechnęłam się. Zapomniałam od razu o bolącej ranie. Nigdy mu się to nie znudzi, nigdy. Jak i kiedy on to zrobił? I mu na mnie zależy? Czemu znowu to zrobił?

" Nie porozmawiałem sobie z tobą za bardzo. Chciałbym się z tobą spotkać i zapytać o kilka rzeczy. Bardzo ważnych. Zakładam, że nie masz nic przeciwko, prawda? Jeśli będziesz chciała i miała ochotę to przyjdź w twoje ulubine miejsce. Będę czekał. Nawet jak się nie zjawisz to i tak będę szczęśliwy. "

Kolejny list? Panie Haddock o co panu chodzi? Nie ważne co chcesz! Tylko bądź. Serduszko mi pukało wesoły rytm. I jak to ostatnio zrobiłam karteczkę włożyłam do notesu. A więc plan na jutrzejszy dzień.

Zajdę do Pyskacza po sznur. Pójdę na spotkanie i spróbuję... Nie spróbuję to nie to słowo. I zmuszę go by został z Valką do Migdalisk na Berk. A jeśli się nie zgodzi to zostawię go przy tym drzewie. A co mi tam? Liczy się to żeby został. Poproszę też żeby wybaczył nam wszystko. albo przynajmniej część. To na pewno trudne ale realne. Czuję taką dziwną więź, która mnie z nim łączy. Nie znam go tak dobrze jak jego matka ale darzę go niezwykłym zaufaniem. Może czuję coś więcej oprócz przyjaźni ale nie narzucam się. Bardzo uwielbiam jego "trudny" charakter. Przez to ma wyjątkową osobowość. Niepotarzalną i niezwykłą. Oferowałam pomoc i zrobię co mogę żeby został. Nie widzieliśmy go tyle czasu. Trzeba to nadrobić. I chodź wiem, że każdy zauważył to jak się o niego martwię to staram się nie zwracać na to uwagi. I jeśli to on potrafił mnie zmienić to wierzę, że na naszej wyspie udałoby się wprowadzić pokój ze smokami. Ja nie powiem boję się tych besti ale gdy mam pomyśleć, że te istoty mogą być wspaniałymi przyjaciółmi takimi jak Szczerbatek, to czuję się dobrze. W tym momencie mam świadomość, że to początek wspaniałej przygody i przyjaźni. Teraz trzeba czasu, poświęcenia i pomocy by zrealizować moje marzenie. Moim marzeniem nie jest żeby on mnie kochał tylko żeby wrócił.  Nie zależy mi na miłości. Ja cieszę się nawet tylko jego widokiem. Jego głos wlewa mi się do umysłu i zatrzymuję się tam nie pozwalając pracować mojemu ciału. Za każdym razem gdy mam okazję go przytulić, czuję się w jego ramionach jakby to właśnie on był cząstką, która mnie uzupełni w całości. Jego oczy są po prostu źródłem spokoju i dziwnej przyciągającej siły.  Cały jest jak dla mnie idealny. Przesadzam ale tak czuję. Że jest ideałem, którego wcześniej nie zauważałam.

Jako Czkawka

- Ciesz się, że nie zna smoczego, bo byś zginął marnie - zaśmiałem się cicho. Żartujemy ze Szczerbatkiem cały czas z rzeczy minionych. Nie chcecie wiedzieć co on wygadywał na Berk. Cieszyłem się jak dziecko, że nas nikt nie rozumie. Szczerbatek to najpodlejsza bestia na świecie. Za to go mniej więcej kocham. Nie będę taki, powiem co tam wygadywał.

- " Stary weź ona cię kocha. Patrz jaka piękna. Zagadaj. " tłumaczę to tak w miarę możliwości, bo trudno przekazać dosłownie te zdania w języku Nocnej Furii. A najlepszy tekst od mojego smoka... " Patrzy na ciebie... patrzy... weź ją pocałuj " Moja reakcja była świetna. A najlepsze jest to, że mówił o Szaptce. Na Thora nie powiem wyładniała i nie przypomina tamtej głupiej blondynki, ale to nie to co... miłość? Jeszcze jakbym wiedział co to słowo znaczy. Uśmiechnąłem się do siebie, spadając ze smoka. Brakowało mi tego jak nie wiem co. Szybowaliśmy wolni i szczęśliwi. Nie chcę wracać do domu dzisiaj. Trzeba nadrobić moje zaległości. Czas poświęcony dla Szczerabtka znaczy się. Zastanawia mnie jedna rzecz. Po co ja znowu chcę się z nią ( Astrid ) zobaczyć? Już sam nie wiem. Bardzo ją lubię i mam wrażenie, że jest wyjątkowa. Inna niż wszyscy. Tak jak ja. Zniżałem lot przy boku mojego najlepszego przyjaciela. I kolejna sprawa. Szczerbo chciał mnie zabić! Czy to ta magia Odyna, że żyję? No raczej nie inaczej. Byliśmy na jakiejś wysepce. Stanąłem sobie przy brzegu patrząc na chmury. Zmieniały położenie z jasnymi obłoczkami by nastała noc. Czarny przyjaciel zerkał na mnie z uśmiechem.

- To co zaznaczymy ją na mapie? - zapytałem. Smok swoim ogonem zmusił mnie to położeniu się na piachu. Zezłościłem się lekko. Wytrzepałem małe, uporczwe drobinki piachu z włosów. Jak to świetnie, że znowu ma kto mi dokuczać. Spod koszulki wyjąłem zeszyt. Rozłożyłem go, otwierając mapę znanych mi miejsc. Wziąłem ołówek i zaznaczyłem nasze położenie z pomocą kompasu, który mam zamocowany na karawaszu. W duchu czułem się źle. Tyle się stało dziś, że aż głowa boli. Mama zdołała wybaczyć ojcu. A ja nie wiem czy potafię. To czemu wybaczyłeś Astrid? Wziąłem głęboki oddech opierając się rękami przed sobą. Na chłodnym piachu... Szukałem odpowiedzi na to pytanie.

Najbardziej oczekiwany jak do tej pory rozdział.  Liczę, że się spodoba. Astrid i Czkawka macie swoje pięć minut, że tak to ujmę. I tak to się schrzani... Hahaha wiem, że bardzo spodobał wam się pomysł, który był na początku metaforą zostania i złożenia obietnicy... teraz będzie dosłowny heh... No to chodźmy go przywiązać! --->

25. Drzewo

Jako Astrid

Noc była dla mnie męczarnią, którą można porównać do spędzania swojego życia w lochu. Spędzona na rozmyślaniu i trapiących mnie rzeczach. Tak bardzo marzyłam żeby w końcu zamknąć oczy. Żeby odpocząć. Odlecieć w błogi stan nieobecności. I udało się... zasnęłam w przekonaniu, że jutro zrobię coś głupiego. Do snu otulił mnie wspaniały wzrok, który przyrywały brązowe włosy. Miły uśmiech i odchodząca postać. Zaprowadziła mnie do moich snów.

- Hej. Wstawaj już południe. - poczułam szturchanie za ramię. Uniosłam się powoli do góry. Zobaczyłam osobę, która miała mnie zwyczaj budzić gdy śpię nieco za dużo. Uśmiechnęłam się.

- Jeszcze pięć minutek - wydukałam z siebie przecierając oczy. Zanim opadłam na poduszkę mama zdążyła mi ją zabrać. Dało to w rezultacie upadek na twardą konstrukcję łóżka.

- Nie, nie pięć minutek. Już marsz na śniadanie, które będzie dla ciebie również obiadem i kolacją! Może w ogóle przestaniesz jeść?

- Nie no dobrze już idę. - swoją odpowiedź matka wynagrodziła mi miłym uśmiechem.

- Czekam - oznajmiła cicho wychodząc już z mojego pokoju. Przewróciłam oczami i podłożyłam poduszkę ponownie na jej prawowite miejsce. Zamykałam oczy. Już drzemię...

- Czkawka! - podniosłam się automatycznie. No tak zapomniałbym o nim. Poprawiłam pościel na łóżku i postanowiłam okiełznać kołtuna. Czyli w prostym tłumaczeniu uczesać włosy. Muszę wyglądać na pozór normalnie więc przebrana i uczesana tak jak zwykle wyszłam zjeść. ( przypomnienie wygląd'y Dawn of Dragon Races czy jak to tam szło )

- Coś szybko jak na ciebie - wymruczała mama stawiając przede mną kubek z ciepłym napojem.

- Tak? A nie wiem dlaczemu tak. Tak się uwinęłam szybko. Bo tego... nie, że mi się gdzieś śpieszy, nie? Tylko ja ten... no... - plączesz się Astriś, plączesz!

- Spokojnie nie musisz się tłumaczyć Astrid.

- No nie muszę - uświadomiłam sobie to teraz. Głupia ja. Nie odzywaliśmy się więcej. Zapomniałam też, że tata normalnie powinien jeść z nami. Nie da się opisać tego jak szybko jadłam. Wyglądałam jak napchany Śledzik pięć lat temu na Migdaliskach. Zrobił z pomocą mamy pyszne ciasta. I nawet nie zdążyłam gębą kłapnąć a już ich nie było. Z pomocą Smarka pyszności rozpłynęły się w powietrzu w ciągu pięciu minutek.Wspomnienia, wspomnieniami ale muszę się ruszyć.

- Mamusiu ja idę...

- Gdzie? - ucięła mi. Co tu wymyślić? Nie lubię kłamać.

- Do Szpatki? - pytanie w formie odpowiedzi, bardzo orginalnie Astrid.

- Jasne... Baw się dobrze.

- Dzięki - ta konwersacja była bardzo stresująca. Nigdy więcęj. Założyłam buty. Nie te co zwykle co jest nietypowe. Takie nieco dłuższe. Takie prawie po kolana. Moja matka rodzicielka coś chyba podejrzewa. Nie mogę zawracać sobie tym głowy.

- Pa - rzekłam zanim wyszłam z domu. Na zewnątrz było ciepło. Umiarkowanie i dosłownie w sam raz. Leciutki wiaterek powiewał delikatnie. Po najbliższej okolicy kręcili się wikingowie, którzy pracowali dzielnie. Tak jak co dzień. To teraz do Pyskacza. Po sznurek a po co? Miałam wielką nadzieję, że tym razem nikt za mną nie pójdzie. Ujrzałam już z oddali kowala. Jak zawsze panował u niego harmider. Gdy akurat stanęłam w wejściu trzymał ślniący, świeżo wykuty topór.

- W czymś pomóc panience? - zapytał jak zwykle miłym głosem

- No wiesz tak właściwie to tak. - założyłam nogę za nogę. Stałam w wejściu/wyjściu starej przybudówki, w której pracuje Pyskacz.

- Masz może pożyczyć sznur lub sznurek? - uniósł brwi przeczesując do tego swoje wąsy. Odwrócił się podchodząc w kierunku jakiejś półki.

- Mocny ma być ten sznurek? - zapytał przeglądając swoją szufladę z rupieciami.

- Hmm... tak raczej tak - odpowiedziałam z przerwą na śmiech.

- A po co ci taki sprzęt? - odwrócił się i zaczął kuśtykać w moją stronę. Zapomniałam w ogóle odpowiedzieć.

- Jakieś poważne polowanie - stwierdził. Otworzyłam szeroko oczy i zaczęłam się śmiać jak wariatka.

- Bardzo poważne polowanie. A moja zdobycz... szkoda gadać - machnęłam ręką. Odebrałam potrzebną mi rzecz. Przyczepiłam sznur do boku.

- Nie zostaje mi nic tylko życzyć ci powodzenia Astrid - uśmiechnął się i odszedł do wielkiego stołu by przyszykować nową broń do odnowy lub naprawy.

- Dziękuję. A mogłabym mieć jeszcze jedną prośbę?

- Jasne. Mów.

- Nie mów gdzie idę chcę trochę prywatności i samotności - wydusiłam to z trudem

- No dobrze jesli chcesz. Trudno mi będzie trzymać język za zębami...

- Wiem...

- Ale nie powiem nikomu - dodał. To sprawę samotności mamy z głowy.

- Lecę. Do zobaczenia! - pomachałam odchodząc szybko od kuźni do której zmierzał wódz. Przywitałam się grzecznie i szłam dalej do przodu. Nie zwracając na siebie uwagi. Naturalnie, powoli, niech nikt się nie domyśli, że coś kombinujesz....

o ja! co za okazja... dzisiejszy next jest moją 1000 edycją na wikia :D kolejna rzecz do świętowania :D w ciągu ostatniego 1,5 tygodnia ( 3000kom  i 1000 edycja :) )

Coś za łatwo poszło. Ale dlaczego to chodź raz nie może być łatwo? Może mam okazję? Na to by... by zmusić go do porotu. Tak naprawdę to z tym sznurem to w połowie żartuję. Zależy od jego odpowiedzi.

- Tak, zostanę.

- Dobra. Jest fajnie...

- Nie nie zostanę. Nie mogę... bla bla bla....

- Przykro mi ale jestem zmuszona zmusić cię do zostania... tylko stań przy tym drzewie... - tak mniej więcej to będzie wyglądać. Ciekawe co sobie o mnie pomyśli? Ciekawe co powie?

- Zabierzcie tę wariatkę ode mnie! - na przykład to. Chłodny wiatr pchał mnie do przodu każąc iść ciągle przed siebie. Nie oglądając się do tyłu. Idź i nie patrz tam. Nie myśl co ktoś pomyśli. Szłam leśną, zarośniętą ścieżką. Wysokie leśne meble, (drzewa) które są rzeczą oczywistą w lesie, patrzyły z góry na mnie. Patrzyły na każdy mój pewny krok. W leśnej ciszy przedzierały się cichutkie pomruki ptaków. Teraz w prawo, tak w prawo. Dawno tu nie byłam przez moją karę. Wcześniejsze żywe kolory straciły swój dawny urok. Były bardziej smutne i ciemniejsze. Pod stopami wyczuć dało się już małe kamyczki. Takie znaki oznaczają. Nie daleko będą jakieś klify lub góry albo przeciwnie. Jaskinie, doliny i głębokie dziury ( takie po Szeptozgonach, lecz  Astrid nie wie po czym one są. Bo nie wie, że jest coś takiego jak Szptozgon ). Zbliżałam się do celu mojej wyprawy. Ujrzałam wychylające się z nad leśnego krajobrazu głazy, porośnięte mchem. Jesteśmy już. Ominęłam wielkie kamienie i zaczęłam szukać wejścia do tego kochanego miejsca. Po pięciu minutach błąkania się wokół wyskoich skał znalazłam dziurę, którą tu zawsze wchodziłam. Trudno ją teraz dostrzec, bo jest zarośnięta przez dzikie róże i jeżyny. Jak zrobi się cieplej będą pięknie pachnąć. Postarałam się o to by nie wydeptać roślin i przecisnęłam się między skalną szczeliną. Zdawała mi się mniejsza. Więc albo ona się zmniejszyła albo ja urosłam. Tak raczej to drugie. Jak tak dalej pójdzie to się tu nie dostanę. Przed oczami błysnął mi jasny promień światła. Wygląd tego miejsca zapiera dech w piersiach za każdym razem. Z wizyty na wizytę jest tu coraz więcej roślin i krzewów. Są wyższe i bardziej rozrośnięte. Jezioro, które jest główną atrakcją tego miejsca było chyba nieco mniejsze. Uśmiechnęłam się zdając sobie sparawę, że stoję w miejscu. Podziwiałam każdy drobiazg. Pięknie kontarstujący mech z kamieniami, trawę uciekającą od wody, Czkawkę siedzącego na gałęzi i patrzącego na mnie... Chwila co? Patrzyłam na niego i myśląc nad tym jak mogłam go wcześniej nie zauważyć. Po chwili znalazłam i Szczerbatka. Siedział pod drzewem, na którym siedział jego jeździec. Zanalazł sobie wytrzymałą gałąź i siedział na niej oparty placami do kory drzewa. Zerkaliśmy na siebie. Nie wytrzymałam i zaśmiałam się cicho i postanowiłam udać się na drugi brzeg jeziorka. Nie zajęło to dużo czasu. I ta cisza.

- Cześć - powiedziałam w końcu patrząc ciekawa na jego odpowiedź.

- No hej - zeskoczył i wylądował pięknie i idealnie za smokiem. Mówiłam, że on jest idealny. Raczył zdjąć hełm. Musiałam coś powiedzieć żeby nie zapatrzeć się na jego idealność. To słowo do niego pasuje, moim zdaniem. Ideał. Dobra nie miałam teraz się tak patrzeć. Jesteśmy sami.

- Po co chciałeś się ze mną zobaczyć? - pytanie od czapy. Brawa dla Astrid.

- A bez okazji nie można? - cięta riposta. On jest przebiegły chyba lepszy ode mnie.

- Nie.. ja nie wiem - zestresowałam się. Swoją dłonią ugładziłam za uszy kosmyki włosów, które zawsze się pałętają bez powodu. Podniosłam wzrok spowrotem na jego oczy.

- Chciałem porozmawiać... chyba wspomniałem w liście?

- Nawet nie mam pojęcia kiedy ty je piszesz

- Na bierząco

- Taaa? - uśmiechnęliśmy się do siebie jak nigdy.

- Możemy naszą rozmowę zacząć ważnym pytaniem? Masz dwie odpowiedzi. Tak i nie.

- No skoro ci tak zależy. Pytaj. - podstępny uśmiech i ważne pytanie niosące dzisiejszą przygodę.

- Zostaniesz na Berk? - do tego pytania podarowałam mu największy uśmiech. Nigdy się tak nie uśmiecham, bo na niczym tak mi nie zależy.

- Nie - sucha odpowiedź poruszająca moje szare komórki. Nie? A no tak już pamiętam konsekwencje tej odpowiedzi.

- A ufasz mi? - nadzieja w moim głosie zmusiła go do odpowiedzi tak.

- No pewnie, że tak. Jak nikomu. Tobie dałbym się zepchnąć z urwiska. - zaśmiałam się. Nie to nie będzie konieczne. Nocna Furia otworzyła szeroko oczy. Też nie wiedziałam, że jego pan darzy mnie takim zaufaniem.

- No to dobrze się składa. Prośba do ciebie, bo mi ufasz, tak?

- Tak

- Stań sobie pod tym drzewem gdzie jest twój smok. Dobrze? - zdziwił się ale spojrzał na mnie darząc mnie swoim pełnym zaufaniem.

- Po co?

- Zobaczysz - nie śmiej się teraz, nie śmiej Astrid.

Jako Czkawka

Nie wiem co ona wymyśliła ale się boję.

- No stoję i co dalej? - pytanie a czy uzyskam odpowiedź od niebioskookiej pani Astrid? Zaczęła iść w moim kierunku. Robi się coraz dziwniej...

- Zamknij i oczy i nie otwieraj aż ci pozwolę. Zrozumiałeś?

- No dobra... Niech będzie... - mówiłem jest coraz dziwniej. Boję się. Zamknąłem oczy i chciałem je po chwili otworzyć.

- Nie podglądaj! - wrzasnęła obrażona. Ale w jej głosie było pełno śmiechu. To jest głupie ale poczułem coś na sobie. Nie jest to ciężkie ani też lekkie. Ściska mnie w pasie. Emm... ratunku? Matko jedyna co ona robi? No tak, pewnie... Przywiąż mnie do drzewa. Że jest szalona to wiedziałem ale, że aż tak?! Nie dam się tak wyrolować. Nie będzie się czepiać. Przecież nie podglądałem. Teraz zaczekamy na jej reakcje aż zobaczy moje dzieło, które wymyśliłem na szybko.

- Już? - zapytałem ze znudzeniem.

- Tak - otworzyłem oczy i ujrzałem piękną Astrid bardzo blisko mnie. Wyjątkowo blisko. Jak nigdy.

- Spodziewałem się tego - powiedziałem z chytrym uśmiechem. Uniosła brwi do góry.

- Tak? Brzebiegły jesteś i spostrzegawczy. - stwierdziła z przekonaniem. To teraz się odsuń ode mnie. No i właśnie mam to o co prosiłem. Postanowiła się odsunąć o parę kroków. Chyba też zauważyła, że stoimy bardzo blisko siebie. Zanim się zorientowała się, że nie może ruszyć do tyłu było nieco za późno. I bum! Zderzenie czołowe, czołami. Co się stało? A nic przywiązałem ci nogę do drzewa. Ale się opłacało.

- Ała? - zaśmiała się. Co mi szkodzi też otworzę oczy. Nie mogłem się ruszyć nawet o milimetr. Mocno mnie tu trochę przygwoździła. Moja inteligencja uświadomiła mi, że stoimy jeszcze bliżej niż wcześniej. Dotykaliśmy się czołami. Tak ja i moje pomysły. Patrzyłem bez skrępowania w jej oczy. Uciekała od mojego spojrzenia.

- No i po co to? - zapytałem cicho z uśmiechem dosłownie od ucha do ucha.

- Zebyś został - powiedziała to tak cicho, że ledwo usłyszałem tą odpowiedź. No wreszcie dziewczyno. Spojrzała mi w oczy.

Nie nie pozwolę na tak szybkie Hiccstrid ale od czasu do czasu każdy lubi troszkę rozmatyzmów hehe szczególnie jak w opku jest tego mało. Nie myślcie, że oni będą od razu razem. To taki wyjątkowy rozdział. Ale w przyszłości na pewno się na takie natkniemy. Nie jestem wredna nie.... Będzie ciekawiej :*

https://www.youtube.com/watch?v=4pu-lKgm-dg - emmm LoL super ksywa hahah nie wiedziałam, że znajdę kogoś takiego :D a jednak mamy Palucha w dziesiejszych czasach i to z Polski! Jakby co nie był moją inspiracją co do omienia  wroga małżeństwa Czkawki i Astrid to imię było przypadkowe :P Humor wraca ale blog nadal zawieszony. Odezwę się naturalnie niedługo.

Kiedy wracam do pisania?   -->  https://www.facebook.com/blogi.opowiadania.arty?ref=hl  dałam posta :) z taką podopwiedzią :3

Jako Czkawka

Westchnąłem tylko.

- Słuchaj ja rozumiem, że ci na mnie zależy - otworzyła szeroko oczy. - ale ja nie chcę. - nie odzywała się tylko patrzyła na mnie ze smutkiem.

- No ale dlaczego? - zapytała jakby nie dotarło do niej, że nie chcę. Nie i już.

- Zrozum ja obiecałem sobie, że nie wrócę. Czy to tak trudno zrozumieć? - patrzyłem na wystające korzenie drzew pod moimi stopami.

- Czyli tylko dlatego, bo nie pozwala ci na to twoja męska godność?

- Ha ha. Bardzo śmieszne.

- Przestań i porozmwiajmy normalnie. Twoje obietnice mnie nie przekonają do prawdziwego powodu odpowiedzi nie. - inteligentna zołza. Piękna, śliczna zołza... Zaptrzyłem się ponownie w jej oczy. I w jej zaciętą minę, którą przykrywają jasne włosy, które sprawjają, że wygląda jak najpiękniejszy zachód Słońca. Wiecie, może to nawet wyglądać jakbyśmy się przytulali. Zapomniałem poprosić o to żeby mnie odwiązała. Uśmiechnąłem się i wydusiłem z siebie prośbę. Nie chciałem żeby sobie poszła ode mnie. Było bardzo przyjemnie ale plecy mnie bolą.

- Chcesz normalnie rozmawiać to zrób tak żebyśmy w normalnej pozycji rozmawiali. - zaproponowałem a po chwili się odsunęła ode mnie. Ma refleks, naprawdę. Przecież kilka centymertów, może trzy i bym ją pocałował. Nie, że chcę czy mam taki zamiar. Kobieca inteligencja jest wileka lecz działa z opóźnieniem. A może jej to pasuje?

- A no tak. Jasne. - odpowiedziała cicho. Kucnęła i myślałem, że gdy odwiąże swoją nogę uwolni przy okazji mnie. Nie oczywiście ma asa w rękawie. Znaczy w bucie. Wyciągnęła z niego poręczny sztylet. Odcięła linę, która trzymała jej nogę. Schowała spowrotem swoją broń i uśmiechnęła się. No proszę... Chyba zostanę tu na zawsze.

- Ej a co ze mną? - zapytałem powstrzymując się od śmiechu.

- Nic. Ja siąde i będziemy rozmawiać aż w końcu obiecasz, że zostaniesz. - przedstawiła mi swój plan na mnie. Usiadła na przeciwko mnie na trawie. Zdrajca Szczerbatek usiadł obok Astrid. Zaczęła go głaskać. Teraz żadna siła go od niej nie ruszy.

- Nie mam zamiaru zostać. Mam ci przeliterować? - ponoszą mnie emocje. Głodny jestem.

- Nie. Nie musisz. Nie myśl, że cię wypuszczę. - prawy łokieć na prawe kolano, lewy łokieć na lewe kolano, dłonie pod brodę, zmrużonne oczy i prześwietlanie mojego umysłu swoim wzrokiem. Siedziała tak i po chwili oznajmiła cicho.

- Zdaję sobie sprawę, że trudno jest wybaczać ale my naprawdę się zmieniliśmy.

- Tak? Powiedz to mojej lepszej stronie. - spojrzałem w ziemię udając, że tej strony wcale nie mam.

- Jak ja ci zaraz przmówię do lepszej strony to na tyłku nie siądziesz przez tydzień! - warknęłą bardzo poważnie. Lubię ją denerwować.

- Aż tak?

- Aż tak. - wymamrotała przez zaciśnięte groźnie zęby. Robi się jeszcze gorzej niż wcześniej. Pomocy...

- Przeczytałam kilka twoich notesów. Nie no dobra... jeden w całości. Resztę zaczęłam ale nie dane było mi skończyć. - na początku się uśmiechnąłem opuszczjąc głowę w dół.

- Taa... czekaj co? - zapytałem. Moje bardzo osobiste rysunki też znalazła spryciara zapewne. Módlmy się, że nie...

- I są bardzo piękne.

- O. Dziękuję. - bardzo miłe podziękowanie, od których od razu spojrzała w górę. Jakby chciała uciec od mojego spojrzenia. Ile nas dzieli? Około dwa metry.

- I piękne też szkice i obrazki. - westchnęła drapiąc mojego smoka po szyji.

- Znalazłaś? - wyszptałem.

- Wiesz przede mną nic nie zdołasz ukryć.

- Nic?

- Nic. Często mnie śledziłeś? - kurdę. Wszytkiego potrafi się domyślić.

- Nie. Często bywałem w lesie i ty też. No więc jak miałem okazję to rysowałem cię. - to jest niebita odpowiedź.

- I że nigdy cię nie zauważyłam?

- Wiesz jestem nieobliczalny.

- Zdążyłam zauważyć... - mruknęła patrząc na zasypiającego Szczerba. - nie sądziłam, że będę za kimś tęsknić tak jak za tobą.

- Szczere wyznanie. A ja za tobą nie. - zaśmiała się cicho. Mam niewyparzoną buzię niestety. Może sprawiłem jej przykrość?

- Nie dziwię się. Byłam dla ciebie okropna. I chcę cię jeszcze raz przeprosić. Nie pamiętam kiedy ostatnio normalnie spałam. Zmieniłeś mój świat w jednen wielki znak zapytania, z którym nie dawałam sobie rady. Każdego dnia liczyłam, że się spotkamy. A gdy już się zobaczymy to poproszę cię o to żebyś mi wybaczył. I ja czułam, że żyjesz. Czułam, że gdzieś jesteś. Nie mogłam spać po spotkaniu z tobą. Myślałam, że to piękny sen, z którego się obudziłam dopiero pod moim domem. Okazał się prawdą przez list od ciebie. Za który dziękowałam ci jak wariat.  Ale o tym nie wiedziałeś. - przełknęła wreszcie ślinę i zaczęła dalej. - Gdy było mi ciężko wystarczyło, że pomyślałam o tobie i myślałam tak : "On ma ode mnie milion razy gorzej. Przetań użalać się nad sobą!". Chciałam czasami uciec tak jak ty z domu i być wolna i szczęśliwsza ale ja tak nie umiem. Jeteś dla mnie przykładem i osobą, z której biorę przykład. Byłeś przez lata i nadal jesteś jedną wielką zagadką, której nie umiem rozwikłać. Jesteś kimś kto mnie zmienił. Nie martwią mnie moje łzy i to, że je ktoś może zobaczyć. Nie martwi mnie moja reputacja czy względy u innych. Przez ciebie jestem całkiem inną osobą. Czuję, że jestem sobą. I ja wierzę, że z innymi zrobisz to samo. - o mamciu. W życiu nie spodziewałem się, że ktoś a szczególnie ona umie powiedzieć coś tak cudownego. Zatkało mnie totalnie i patrzyłem tylko z uśmiechem w jej zapłakane oczy. Chciałbym ją przytulić, bo tak mi jej szkoda.

- I teraz myślisz, że jestem jakaś dziwna. Że to nie ja. Ale to przez... przez ciebie. - wydukała ocierając łzy z policzków a następnie przecierając oczy. Uśmiechnęła się lekko.

- Przepraszam nie miałem pojęcia, że ktoś tyle nie spał przeze mnie. - tak Czkawka brawo. Tylko na tyle mnie stać...

- Należało mi się. - odpowiedziała jakby się tłumacząc.

- Nie naprwadę ja nie przemyślałem do końca swojej dycyzji. Ale chyba też byś nie wytrzymała z takim traktowaniem. Ja przez tą moją ucieczkę też się zmieniłem. Nie jestem tym Czkawką co kiedyś. Nie umiem rozmawiać, bo zraz palnę coś głupiego. Gubię się w tym co mówię... Jestem jakimś dzikusem. Wątpie, że przyzwyczaiłbym się do ludzi. Ja żyłem ze smokami. Smokami! - no wreszcie coś z sensem. Chyba. Zaśmialiśmy się mimo poważnej rozmowy.

- Ale ze mną rozmowy idą ci naprawdę dobrze.

- Ogólnie z nikim tak nie rozmawiam jak z tobą. - znowu stworzyłem swoją odpowiedzią niezręczną ciszę.

- Ja też. - uśmiechnęliśmy się równocześnie. Lubię jak się do mnie uśmiecha. Co tu mówić więcej rozmowa leciała dalej. Astrid przestała płakać a ja słuchałem ją z podziwem. Opowiadała o wybrykach bliźniaków a ja o moich głupich przygodach u Drago. Ona o tym, że zaraziłem ją szkicowaniem a ja o tym, że Szczerbatek to też dusza malarstwa. Ona o tym, że często o mnie myśli a ja, że myślałem nie raz o odwiedzinach na Berk. Ona o tym jak umiem dogadać się ze smokami a ja na to, że mogę jej pokazać jak mnie puści. Jednak nie udało się. Nadal stałem pod drzewem. Panna wygodnicka położyła się na zielonej trawce i patrzyła na mnie śmiejąc się, że wszystko jest z tej perspektywy dziwne. No to ja odpowiadam:

- Jakbyś mnie odwiązała.... - ona pokazuje mi język i nie daje za wygraną. To bym też z tobą poleżał. Opowieści o tym jak to ona świetnie umie robić broń mnie urzekły jednak założyliśmy się o to kto umie lepiej zrobić miecz. Ten zakład trzeba kiedyś zrealizować. Co prawda dawno nie byłem w kuźni, ale dziewczyna na pewno nie jest lepsza ode mnie. Zapominieliśmy o czasie. Wodziliśmy w ciszy wzrokiem za dwoma motylami. Niebieskim i zielonym. Nietypowe a takie piękne. A. Hoferson położyła głowę na brzuch śpiącego Szczerbatka i patrzyła na mnie. Zaczęła mi mówić, że jak nie zostanę to przywłaszczy sobie Szczerbatka zostawiając mnie pod drzewem. Chciała mi uświadomić, że smok ją lubi głaskaniem go ale mój przyjaciel jest leniwy i nie zwraca śpiąc na pieszczoty większej uwagi. Nie chciało mi się wierzyć przy następnym opowiadaniu, że człowiek jest zdolny usnąć pod drzwiami. Już widzę jak leży następny dzień na łóżku jak połamaniec. Co ja opowiadałem? Wszystko jak leci. Wypytywała mnie o najmniejszy nieistotny szczegół. Dla mnie nieistotny. Dla niej to może być ważne, więc grzecznie odpowiadałem na ciekawe pytania. Było już późno. Znaczy tak po godzinie piętnastej.

- Twój ojciec jest z ciebie dumny ale boi  ci się to powiedzieć. - nasza rozmowa stała się już całkiem luźna. Poznałem ją lepiej i chyba tak, że lepiej się nie da. Wiem, że na pewno czegoś mi nie powiedziała ale kiedyś jak mi dobrze zaufa mi powie.

- Wiem. Jestem bardzo zamknięty w sobie.

- Nie zauważyłam. - zaśmiała się perliście.

- Nie. Nie wiem jak powiedzieć prawdę. Tobie mógłbym wszystko powiedzieć. Tobie wybaczyłem.

- A więc i jemu wybacz.

- Nie mam pewności, że się zmienił. - dodaje do tego minę obrażonego szczeniaczka.

- Ale ja to po nim widzę. - podarowała mi szczery uśmiech.

- W jaki sposób to ujawnia?

- Weselszy troszkę jest i wiesz... jest bardziej wyrozumiały. Taki... no inny. - czyli się zmienił? Ja mam w to uwierzyć? Dobra tym oczom nie da się odmówić.

- Astrid?

- Tak? - zapytała z zapartym tchem.

- Odwiążesz mnie? - widocznie nie tego się spodziewała. Jej brwi wróciły znowu na takie samo położenie. Nie wyrażały zachwytu tylko znudzenie.

- Głodny jestem! - krzyknąłem. - chyba mnie nie porzucisz? Prawda? - musiałem w końcu przekonać ją żeby mnie uwolniła. Moje plecy zaraz pójdą w niepamięć.

- No to umrzesz śmiercią głodową. - powiedziała wstając od mojego kumpla. Wstał i się przeciągnął. Zamruczał mi. Powiedział, że jestem nieudacznik, bo dałem związać się dziewczynie. Oczywiście to był żart. Ten to ma poczucie humoru. - No to co wałkuję kolejną godzinę. Zostaniesz? - a ta nadal tylko o tym. - Zrób to dla mnie. - dla ciebie? - chyba nie powiesz mi, że się dla ciebie nie liczę? - zrobiła smutną minę. Poddałem się.

- Jasne liczysz. Jesteś moją przyjaciółką.

- I?

- I zostanę na trochę dla ciebie. - pisnęła coś głośno. Podbiegła do mnie i zaczęła szukać znowu nożyka.

- Wiesz.... jestem najszczęśliwszą dziewczyną pod Słońcem.

- Super. Ja nie do końca.

- Czemu? - zapytała stojąc za drzewem i luzując liny. Poczułem, że mam wolne ręce.

- Wspomniałem, że jestem głodny?

- Ty to tylko o jedzeniu. - obszedłem drzewo na około i znalazłem ją szybciej niż myślałem.

- Dziękuję, że zostaniesz. - powiedziała cicho. Ona sama... tak jakoś wyszło.... położyła głowę na mojej lewej piersi. Serce mi się zatrzymało. Nogi zapadły.

- To nic wielkiego. - odpowiedziałem. Lina spadła na ziemię a ja przytuliłem ją do siebie. Mogłem tak stać do wieczora. Nie czułem, że jestem głodny czy chcę mi się pić.

to było najdziwniejsze co kiedykolwiek w życiu napisałam ;/ :) ☺ he he


ogłoszenia parafialne

pamiętacie jak pytałam czego można spodziewać się dalej? Od razu pierwsza odpowiedź haha poprawna nie chciałam mówić, żeby was nie smucić może pamiętacie jak brzamiała odpowiedź. Jeśli nie to zobaczycie co będzie się działo.

rzodział dedykuję za odgadniecie jako pierwszej Astrid2000 brawo :D ---->

26. Spoźnione pożegananie

Jako Astrid

Valka i Stoik pewnie się ucieszą, że go namówiłam. Przytulałam głodomora tak długo na ile mi pozwolił.

- Puścisz? - zapytał. Nie myślę nawet o tym. Mogę cię trzymać tak wieki...

- Tak. Jasne. - powiedziałam odsuwając się szybko. Dlaczego uciekłam? Mogłam powiedzieć: Nie czekaj jeszcze 5 minut. Założę się, że nie dyskutowałby. Patrzyłam niepewnie i miałam nadzieję, że on zacznie rozmowę. Bałam się tego co mi może teraz powiedzieć. Czułam się onieśmielona. Nigdy bym się nie poznała... Co ja wyprawiam? Zakochuję się w kimś w kim nie powinnam. Jeszcze będą z tego kłopoty. Na pewno. Już to czuję. Patrzyłam na jego oczy, które obrazowały jego duszę. Pełną przygód, tajemnic i bólu. Tęskniłam za ich widokiem. Załamana jetem tym o czym myślę. Ciekawe czy nasza szamanka ma jakieś lekarstwo na myślenie w kółko o jednej osobie?

- Nad czym tak myślisz? - wyrwał mnie z transu głęboki, zaciekawiony głos. Odsunęłam się, dając trzy kroki do tyłu. Zamrugałam szybko żeby powrócić do marnej rzeczywistości. Zrozumiałam coś istotnego. Skoro stoję teraz tu... a powinnam stać tu wcześniej... to gdzie stałam myśląc o nim? Stałam przy nim?

- Nie mrugasz prawie w ogóle. - zaśmiał się cicho. Szczerbatek stał przy boku swojego jeźdzca. Smok patrzył na mnie w taki sposób jak i jego pan.

- Tak? Ja się po prostu zamyśliłam. Przepraszam.

- Nie masz za co przepraszać. Nic się nie stało. - zmieszana całym zajściem cofnęłam się jeszcze bardziej w tył.

- To co ja będę już leciał? Mama pewnie czeka i...

- Nie, nie, nie. Zanim dolecisz do tego swojego domu to uschniesz. Idziesz ze mną. - powiedziałam łapiąc go za rękę. Pociągnęłam go do siebie.

- Nie.

- Tak.

- Nie.

- Tak. - złapałam go za "kołnierz". Przewrócił oczami. Uśmiechnęłam się podstępnie wiedząc, że postawiłam na swoim. Przez chwilę natchnęło mnie uczucie szczęścia i radości. Znów mogłam z tak bliskiej odległości się mu przyjrzeć.

- Ja nic nie mówiłem. - powiedział udając, że przekomarzania nie było.

- A Szczerbuś idziesz z nami. Znajdę coś na ząb i dla ciebie. - smok zaryczał radośnie. W górę, ponad nasze głowy strzelił fioletowym, świecącym pociskiem. Gdzieś w górze rozszedł się z hukiem. Z nieba spadło kilka iskierek.

- Miła jesteś.

- Tylko dla was.

- Nie naprawdę? Tylko dla nas?

- Nie na niby.

Przez las szliśmy nawet nie rozmawiając. Zapytał się mnie tylko czy chcę polecieć z nim na jego smoku. Puknęłam go w czoło. W życiu. Szliśmy na piechotkę. Bardzo wolno. I kolejna godzina za mną. Czekałam na jedną rzecz. Bo to jest ważne. Nie jestem jakaś wielce doświadczona ale kiedy on zrozumie, że nadal trzymamy się za dłonie? Nie przeszkadzało mi to ani trochę. Tak naprawdę to nie jestem już nieczego pewna. Przecież za kilka lat mam poznać drugą osobę. Może też się zmienił i co wtedy zrobię? Ja nie chcę żeby ktoś panoszył się w mojej głowie tak jak Czkawka. On ma na to tylko prawo. Nigdy tak się nie wahałam. Chciałam poznać także tego drugiego. Ale przecież muszę dobrze poznać Czkawkę. A co jeśli Czkawka okaże się inny? Nie będzie moim ideałem? A może nie będzie czuł tego samego co ja do niego? Tak mnie to teraz dopadło, że chciało mi się płakać. Spojrzałam na niego. Ale jak tu można myśleć o nim, że nie jest ideałem? Uśmiechnęłam się zza ramienia. Patrzyłam zawstydzona tym jak uniósł brwi do góry. Znowu ruszyłam w głąb głowy. Szukałam odpowiedzi. I nie tylko odpowiedzi. Chciałam również takiej prawdy. Którego ja kocham, którego ja chcę? Przecież następcy Wyspy Gór nie widziałam już trochę czasu. Najgorzej będzie jeśli będzie on lepszy od Czkawki. Do tej pory myślałam, że to on i tylko on może być tym jedynym.

- Hej panno zamyślona. - odezwał się głos, który ukoił moje złe myśli.

- Co? - zapytałam rozglądając się w okół. Drzewa się przerzedzały. Między odstępami, które nie zansłaniały drzewa, dostawało się ciepłe, zachdzodzące Słońce.

- Doszliśmy do osady? - odpowiedział pytaniem, które mnie rozśmieszyło.

- O świetnie. Nawet szybko.

- Serio? Jak uciekałem przed tobą to w piętnaście minut byłem nad Kruczym Urwiskiem bez pomocy Szczerbtaka. - zaśmiał się przechwalając się. Chciałam się odgryść ale coś mi na to nie pozwoliło. Sytuacja przy domach. Po osadzie panoszyli się wikingowie. To nie są oczywiście zazwyczaj dobre znaki.

- Chodź. Coś się stało. - powiedziałam pewnie zapominając o romantyczności, o którą się strałam.

nie owijam w bawełnę

ten rozdział będzie ostatnim rozdziałem na tym blogu ; więc jak tylko wszytko przygotuję ( czyt. zdjęcie na bloga, jakieś może pomocnicze szkice to zaczynam drugi blog kontynuację tego ) to będę zaczynać.

nie podam wam nazwy do drugiego bloga, bo chcę żebyście mieli niespodziankę :) tak jak mówiłam druga część bardziej życiowa ale przygody też będą. Czy wam się spodoba?

Szczerbiś jak myślisz po wczorajszej rozmowie na FB będzie się podobać ? szczególnie o Paluchu?

Na pewno nie spodziewcie się wielu rzeczy. To będą moje słodkie tajemnice. ( Szczerbiś zna 2 -.- hyhy )

oczywiście od razu wam powiem jak zacznę drugi blog :O mam nadzieję, że nikt się nie zagapi i nie zapomni o podziale :D

Dziękuję, że czytacie. Jesteście the best. Myślę, że stać  nas na wiele! :D

i czy ktoś ma pomysł na prezenty migdaliskowe dla bliźniaków? :P nie mam.... kurczę co im dać?

Zapomniałam już o nim. Liczyłam zawsze, że uczucie, którym go darzę będzie wieczne i nigdy nie zgaśnie. Że pozostanie tak jak jest. Nie tak naprawdę to chodziło mi jeszcze żeby czuł to co ja : miłość. Ale ja nie będę mogła się pogodzić z tym, że go zmusiłam. Czułam nieszczęście wiszące w powietrzu. Całą duszą to czułam. Moją głowę przepełniał lęk. Dlaczego się bałam i czy to odpowiednie uczucie? Może nic się nie stało. Nadal ciągnęłam za sobą chłopaka, który był mi posłuszny jak wierny piesek. Ludzie patrzyli na nas dziwnie ale też ze smutkiem. A jednak coś się stało pod moją nieobecność. Szczerbatek szalał tuż za nami. Biegał i podchodził wąchając wystraszonych ludzi.

- Zostaw. - mruknął Czkawka gorączkowo. Obróciłam się przez ramię. Smok wypluł bułkę i ruszył szybciej by nas dogonić. Przeszłam obok kuźni. Pyskacz wychodził ale stanął jak wryty na mój widok. No tak nie na mój tylko dwóch przyjaciół za moimi plecami. Uśmiechnął się w końcu aż i ja stanęłam patrząc na kowala. Jego mina była żałośnie zdziwiona.

- Cześć. - przywitałam się.

- Witam. Co was sprowadza? - w jego głosie ukrywało się jeszcze milion pytań. Spojrzałam szybko na Czkawkę, był w transie. Patrzył po całej w kuźni z zainteresowaniem. Nie będę mu przeszkadzać.

- Nic. Ale czy coś się stało? - opuścił brwi i spojrzał na Szczerbatka.

- Synek zabierzesz mu mój młotek? - zwrócił się do Czkawki. Uśmiechnął się szeroko i puścił moją dłoń.

- A moje pytanie? - wiedziałam, że kowal mi nie chce czegoś wyznać.

- Myślę, że lepiej jak pójdziesz Astrid do domu. Ja ci tego nie powiem. - przeraziły mnie jego słowa. Zapomniałam o przyjaciołach i odwróciłam się. Ruszyłam od razu przed siebie. W stronę domu.

- Hej. - zatrzymał mnie zielonooki przyjaciel. Ten, który potrafi mówić po naszemu - Czkawka.

- Co? - mruknęłam.

- Będę z tobą. - uśmiechnęłam się mimowolnie. Nie dam rady zaprzeczać.

- No to rusz się. - wiedział co mam na myśli, bo trzymał już moje równe, szybkie tempo. Szłam w ciszy. Bardzo nieprzyjemnej ciszy. Co mogło się stać? A poza tym dlaczego ten obok na mnie zerka?

- Czy to nie twój dom?

- Em. A no tak. - zamyślenie to moja słaba strona. Tak samo jak strach i troska. Ostatni z nielicznych schodów i... Czkawka złapał mnie i przyciągnął do siebie. Tylko po co? Zanim zdążyłam się zapytać dlaczego to zrobił drzwi z hukiem się otworzyły. Stał w nich wysoki, rudowłosy wiking - Stoik. Ma coraz lepsze wejścia i wyjścia. Jak tak dalej pójdzie to całą wioskę drzwiami powybija. A ja będę pierwsza. Czkawka pewnie usłyszał kroki za drzwiami i pomyślał, że miło by było jakby moja twarz uniknęła zderzenia z drzwiami. Jako poważny wiking otrząsnęłam się szybko z marzeń. Wyrwałam się z rąk następcy Berk, które trzymały mnie nie za mocno od tyłu.

- Dzień dobry. - stwierdziałam, że grzecznie byłoby się teraz przywitać.

- Dzień - spojrzał na swojego syna - dobry. - westchnął głęboko i dodał.

- Astrid idź do domu. Czkawka zostań. - drugą część wypowiedzi powiedział nieśmielej.

Jako Czkawka

Nie czuję się głupio, nie. Dobra kogo ja oszukuję.

- Eee. Co się stało? - czy ja to powiedziałem na głos? Tak.

- Ojciec Astrid podczas walki został zraniony strzałą. Była nie za głęboko jednak zanim Gothi znalazła potrzebne zioła... Niestety... nie ma już go wśród żywych. - chyba nogi mi się ugięły. Mruknąłem cicho do Szczerbatka żeby stanął obok mnie, bo bym chyba przewrócił się. Ale jak ona sobie z tym poradzi? Zapiekły mnie oczy.

- I co... teraz? - wyszeptałem głaszcząc mojego smoka za uchem.

- Nie wiem. Trzeba żyć dalej.

- Coś postanowiłem. - no i po co to mówisz? Co ty Czkawka robisz?  Zamknij się głosie w mojej głowie.

- Tak? - nasza rozmowa opierała się na wzajemnym zainteresowaniu.

- Postanowiłem mianowicie, że chciałbym wrócić na jakiś czas na Berk. Ale oczywiście z mamą. Bo bez niej nigdzie nie idę. - przez chwilę ojciec trafił w inne miejsce, jakąś krainę marzeń. Wiecie, że Stoik Ważki słynie z swojej siły. Możecie wyobrazić sobie jego uścisk? Możecie tylko gratulować mi, że żyję.

- To wspaniale. Ja nie wiem co powiedzieć. Zaskoczyłeś mnie szczerze. Astrid cię namówiła prawda? - otworzyły mi się klapki przed oczami.

- Prosiłeś ją o to? - zapytałem. Chciało mi się śmiać.

- Nie ja, twoja mama. - a to sprytni ludzie.

- Czyli wy już wszystko postanowiliście? Mama też chce zostać? - nie liczyłem na długą odpowiedź. Skinął mi tylko głową.

Chciałem się cieszyć ale nie mogłem. Coś w moim sercu mi na to nie pozwoliło. Astrid... jej tata nie żyje a ja mam się cieszyć? Tak zależało jej żebym wrócił a gdy już wracam to jej ojciec umiera. I już nawet z nim nie porozmawia. Mój ojciec powiedział, że nie długo wróci i chce ze mną porozmawiać. Umówiliśmy się, że pogadamy w domu. Odszedł w swoją stronę. Za moimi plecami usłyszałem płacz i szłochy. Moim oczom ukazała się zapłakana i skołowana dziewczyna. Gdy przecierała oczy przytuliłem ją.

- Ja nawet nie zdążyłam się z nim pożegnać. - wyszlochała wtulając się twarzą we mnie.

- Tak mi przykro... och Astriś - nie jestem z kamienia i z moich oczu poleciało kilka łez.

- To moja wina. Gdybyś była w domu zdążyłabyś z nim jeszcze porozmawiać. - wyszeptałem to z wielkim wyrzutem sumienia.

- Nie obwiniaj się. Nie możesz. - wiem, że to nic nie zmieni ale i tak czuję się winny. Powinna być przy ojcu a nie dotrzymywać mi towarzystwa.

- Tak go kochałam. - nic więcej już nie mówiliśmy. Czułem dziurę w sercu. Taką, której już nie da się załatać. Nic się już nie da poradzić, że pana Hoferson'a z nami nie ma. Tego dnia nie wiedziałem, czy to był piękny czy też koszmarny dzień. Wracam a inni tylko przez to tracą. Ale przecież nie mogę teraz odejść. Jak nigdy zrozumiałem, że moje miejsce jak na razie jest tutaj. Na Berk.


Nikt nie może pominąć :

Blog podzielony :O :D

Zapraszam wszystkich, którzy trzymali mnie przy wenie, czytali, komentowali, po rostu byli

http://jakwytresowacsmoka.wikia.com/wiki/Blog_u%C5%BCytkownika:Astri%C5%9B111/Jak_wytresowa%C4%87_%C5%BCycie%3F

link powyżej druga część :D

od razu żeby was zachęcić : Będzie Paluch :D

Myślę, że będziemy ponownie dobrze się bawić <3

Przypominam to jest kontynuacja :3

Zapraszam :**

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.