FANDOM


BIAŁE COŚ

Nexty w niedzielę

Biała furia







To nie jest zwykła historia. Ta historia nie jest o miłości i nie specjalnie o przyjaźni. Jest to historia o małym smoku, który urodził się inny.







  Wstęp

Żyła sobie raz pewna zdrowo kopnięta smoczyca z gatunku Nocna Furia. Nazywała się Olivia. Jej ojcem był Zmiennoskrzydły, a dziadkiem Wandersmok, na którego jakaś ludzka wiedźma rzuciła urok. Związała się ona z równie kopniętym Stormcutterem o imieniu Ralf, którego matka w niewiadomy sposób związała się z Oszołomostrachem. Był więc prawie cały biały.

Mieszkali w północnej kolonii smoków na Oceanie Centralnym. Nie smoków, które wykazują jakieś specjalne zdolności, zwyczajnych niezbyt mądrych smoków źle reagujących na odmienność choćby gatunkową. Od kiedy jajo Olivii się wykluło nikt jej nie odwiedzał.

Z jajka wykluł się mały śnieżno biały smok. Wyglądał jak Nocna Furia. Miał wysuwane zęby i podwójne płytki na grzbiecie. Miał też jednak podwójne skrzydła i dodatkową lotkę jak Stormcutter, ale o wiele wiele mniejszą. Gdyby tego było mało to małe smoczątko doskonale władało piorunami i potrafiło znikać jak Zmiennoskrzydły. Smok ten nie był głupi jak jego rodzice, przeciwnie był mądrzejszy niż jakakolwiek istota na ziemi w tamtych czasach! Pewnie myślicie, że to wybryk natury. Mylicie się, była to pierwsza od tysiąca lat Biała Furia, którą już dawno uznano za wymarłą i mówiono, że to mit(Jeśli ktoś wiedział co to mit).

Wyobraźcie sobie przerażenie smoków! Oprócz matki i ojca, którzy byli na to za głupi. Nie potrafili nawet nadać mu imienia, więc inne smoki wołały na niego „Coś”.

Coś nie miał łatwego życia. Wszyscy trzymali się od niego z daleka. Tylko nastolatki wyśmiewały się z niego, gdy w pobliżu nie było dorosłych. Coś miał jednak zajęcie któremu oddawał się codziennie. Było to latanie. Kiedy latał zapominał o wszystkich smutkach. Wykonywał rozmaite akrobacje ot tak dla przyjemności. Niektóre smoki podziwiały z zachwytem te podniebne harce, ale trzymały się z daleka, bały się go bowiem i wolały nie zbliżać.

Łucznik

Pewnego razu, kiedy Coś miał 3 lata i spacerował dumnie po klifie, podleciały do niego 4 pięcioletnie Stormcuttery.

-Hej pokrako nie jesteś alfą żeby mieć powód do takiej dumy. - wrednie uśmiechną się pierwszy.

-Właśnie może głupie stare smoki boją się ciebie i schodzą ci z drogi, ale my nie zamierzamy się ciebie bać. Nas boją się wszystkie młodsze smoki. - rykną drugi

-Tak! He he. - zaśmiał się trzeci.

-Ja się was nie boję i wy też nie musicie się mnie bać. - odparł lekko Coś. -Nawet nie chcę żebyście się mnie bali. – dodał.

-Nie martw się nie będziemy. - warkną niezbyt przyjaźnie lecz nie wrogo trzeci.

-Tak, chcemy żebyś dołączył do naszego klanu. Jeśli do nas dołączysz zyskasz uznanie wszystkich Stormcutterów. - szyderczo zachichotał pierwszy.

Coś nie wiedział co robić. Bardzo chciał mieć przyjaciół, ale wiedział, że ta czwórka terroryzuje wszystkie smoki poniżej swojego wieku bez względu na gatunek. Postanowił się jednak zgodzić.

-Dobrze dołączę do was. - westchną.

-Najpierw musisz przynieść nam kusznika Oraków. - powiedział z wyższością czwarty wychodząc zza reszty.

Był to Brzytwa, przywódca stworzonego przez siebie klanu, do którego należał on i trzech jego przygłupich kolegów.

-Chyba, że się boisz.

Coś zawahał się. Wiedział, że Orakowie są niebezpieczni dla smoków, wiedział też, że jeśli się teraz wycofa rzucą się na niego wszystkie smoki z kolonii. Stwierdziły by one, że Coś trzymał ich w szachu przez strach, a okazał się tchórzem.

-Zgoda. - odparł niechętnie lecz dumnie.

Nie miał wyjścia, poleciał na południe, na drugi koniec Oceanu Centralnego do plemienia Oraków.

Zadanie wyznaczone przez Stormcuttery było niemożliwe do wykonania. Orakowie bowiem słynęli z tego, że w ich plemieniu byli tylko ci, którzy zabili Nocną Furię. Najstraszniejsze było to, że do plemienia Oraków należało kilka tysięcy wikingów, a niektórzy mieli na koncie kilka, a nawet kilkadziesiąt Nocnych Furii.

Coś leciał jakieś 5 minut, chociaż musiał przelecieć około 5000 kilometrów. Leciał szybko. Ukryty wśród chmur z rozłożoną drugą parą skrzydeł mkną przed siebie. Nie leciał pełną prędkością, chciał zostawić sobie trochę czasu na obmyślenie panu. „Nie mogę tak po prostu tam przylecieć.” Myślał „Muszę stać się niewidzialny.” Coś nie lubił być niewidzialny, czuł się wtedy nieswojo. Nie miał jednak wyjścia.

Doleciał wreszcie. Stał się niewidzialny i zaczął krążyć nad osadą. Nie mógł nic wypatrzeć. Którego by nie porwał z ciągnął by na siebie uwagę innych. Postanowił więc przeszukać skałki rozrzucone na morzu. Wreszcie wypatrzył łucznika gdzieś na uboczu. Podleciał do niego od tyłu i porwał w powietrze. Tylnymi łapami ściągną mu broń. Nie przewidział jednak, że łucznik ma ukryty róg, którym zatrąbił na alarm. Niewidzialność na nic mu się zdała gdy widać było wikinga, którego trzymał. Chciał ominąć wyspę, ale Orakowie wypłynęli już na Ocean. Ich statki były znane ze swojej szybkości. Nie mogłyby dogonić Cosia gdyby nie miał obciążenia. Wiking, którego niósł był niezwykle masywny i warzył 250 kilogramów. Coś, warzył 600 kilo. To prawie 2 i pół razy więcej niż wiking. Nie żeby mu to przeszkadzało, ale wiking miotał się ostro. Gonili ich. Strzelali w nich z kusz i rzucali w nich żelaznymi siatkami na smoki. Coś robił uniki, ale miotający się wiking strasznie mu przeszkadzał. W końcu nie wytrzymał. Puścił na prawe górne skrzydło plazmę wzbogaconą o pioruny, żeby od razu wszystkich załatwić i pokierował ją jego końcem w sam środek oddziału w zasadzie oddzialiku złożonego z trzech statków. Wszyscy spłonęli. Coś wyrwał mu róg i wbił pazur w kark. Myślał, że to już koniec kłopotów. Mylił się. Nie doleciał do połowy drogi i napadł go Wiloribus. Wielki morski potwór zabijający smoki bez wahania i bez zastanowienia. Złapał za nogę Oraka i chciał go wyrwać ze szponów smoka. Coś jednak nie chciał puścić, tak się szarpał, że zwichną sobie lewe skrzydło. Nie był w stanie dalej walczyć nagle uwolnił się od trzymającego go w miejscu potwora. Głowa wikinga oderwała się od reszty ciała. Oswobodzony smok wzbił się na tyle szybko na ile pozwalało mu bolące skrzydło. W łapach miał już tylko głowę. „No trudno, musi wystarczyć.” Myślał. Stracił wysokość. Zobaczył pod sobą wysepkę. Była to wysepka, która leżała na samym środku Oceanu. Od tej wysepki nazwano go Centralnym. Przysiadł na niej wyczerpany i szybko zasnął.


Kiedy się obudził zobaczył, że głowę łucznika zabiera jakiś Straszliwiec. Poderwał się do lotu. Bez problemów dogonił złodzieja. Ten niespodziewawszy się pogoni stracił równowagę i runął w dół. Coś chciał go ratować, ale sam się wyswobodził. Poleciał na wyspę i począł wykrzykiwać jakieś straszne bzdury na jego temat.

Wreszcie doleciał do kolonii. Wszyscy wiedzieli, że Coś poleciał do plemienia Oraków i myśleli, że nie wróci. Zaskoczenie było nieziemskie. Wlepiały w niego patrzały jakby był jakimś bóstwem. Leciał podrapany z głową wikinga wymalowanego w barwy Oraków.

Wylądował w części Stormcutterów, przed jaskinią bandy. Wszystkie smoki wyszły ze swoich jaskiń. Przyleciały też  inne gatunki. Wódz, który był na codziennym obchodzie zaintrygowany zaistniałą sytuacją, wyleciał zza skały kiedy przywódca tej bandy łobuzów wychodził z jaskini. Przyspieszył. Wylądował przed jaskinią, tworząc z nimi trójkąt. Minę miał poważną i trochę zdziwioną na widok białego smoka.

-Co tu robisz bestio – ryknął donośnym głosem – nie możliwe, że udałoby ci się wyjść z takiej walki z kilkoma zadrapaniami i zwichniętym skrzydłem. Widać było, że jest zwichnięte, ponieważ smok przechylał się na lewą stronę,  gdyż ciążyło mu z powodu nadużywania go.

-Zwichnięte skrzydło to przez Wiloribusa. Zabrał resztę ciała – wyjaśnił pokazując głowę Oraka.

-Po coś tam polazł – warknął gniewnie.

-To był warunek dostania się do ich bandy. – To mówiąc wskazał na Stormcuttera.

-Doceniam, że chcieliście się go pozbyć, ale następnym razem postarajcie się lepiej. – Rzekł i odleciał.

Zgromadzeni odprowadzili go wzrokiem.

-Dobra przyniosłem wam to czego chcieliście. Zapoznajcie mnie z waszymi zasadami.

-Nie przyjmiemy cię. – Powiedział znacząco Brzytwa.

-Dlaczego?! – Oburzył się Coś podnosząc łeb.

-Bo przyniosłeś tylko głowę. – Odrzekł śmiejąc się szyderczo. Bawiło go niezmiernie, że wyprowadził swojego niedoszłego podwładnego w pole.

-Jesteś chory. – Warknął ostro Coś.

-Ty jesteś chory. Nie potrafiłeś donieść mi całego wikinga - uśmiechnął się pod nosem.

Widzowie cofnęli się bojąc się reakcji wściekłego smoka.

Coś syknął krwiożerczo. Brzytwa przestraszył się trochę i wycofał się do jaskini z łbem przy ziemi. Biały smok, puścił w jago stronę powietrze z chrap na co ten podskoczył, a potem odleciał. Przyglądający się temu zdarzeniu, postali jeszcze chwilę i rozeszli się rozmawiając, poważnie podekscytowani tą że sytuacją. Nikt z nich nie sądził, że można wrócić z takiej wyprawy żywym i jeszcze z łupem. Od tej pory zaczęli się go bać jeszcze bardziej. Obserwowali jednak jego podniebne występy chętniej i uważniej. Myśleli, że odkryją w ten sposób, jak udało mu się przeżyć.

Białe łuski

                Coś linieje. Wiadomość ta obiegła już całą północną kolonię smoków na Oceanie Centralnym.

Coś siedział w jaskini. Wokół niego leżały sterty już lekko brązowych łusek (przez napad na Oraków), a w miejscach, z których odpadły widniały tak śnieżno białe, że dawały po oczach nowe łuski. Tylko jego babcia ulitowała się nad nim, bo jego mama zachowywała się tak, jakby w życiu czegoś takiego nie widziała, a przecież każdy smok musi przez to przejść co najmniej kilka razy. Jego babcia bała się swojego wnuka, ale zrobiło jej się go troszeczkę żal i postanowiła mu pomóc. Potrafiła ocenić sytuację, więc szybko się skapnęła, że nie musi się obawiać swojego wnuka no chyba, że kichnie… Postawiła na straży swoją córkę, jej męża i swojego męża, żeby pilnowali by nikt nie dostał się do jaskini, bo Coś był bardzo osłabiony i babcia jak to babcia bała się, że coś mu się stanie. Miała rację. Koło jaskini kręciły się smoki, które chciały zkorzystać z okazji i pozbyć się go.

Kazała mu wstawać co godzinę, aby mogła sprzątnąć łuski walające się po ziemi. Było ich naprawdę dużo, bo Coś miał gęsty pancerz.

Mijał dzień za dniem. Coś leżał w jaskini i tęsknił za lataniem. No właśnie, nie mógł latać!!! Przytłaczał go  brak ulubionego zajęcia. Czuł się jak ptak, któremu obcięto skrzydła, jak piękna rybka, którą wyjęto z wody i pozostawiono samą sobie, jak dumny wilk co dzień stojący na klifie w blasku słońca, którego nagle zabrano do niewoli i sprzedano do cyrku. Marny był jego los. Naprawdę kochał latać…

-Za kilka dni będziesz mógł wyjść – oznajmiła jego babcia Monika.

Dziwne imię jak dla smoka. Co począć, ona jako jedyna w tej rodzinie nie była stuknięta oprócz Cosia oczywiście.

-spoooooooookooooooo… - mruknął niechętnie.

-Nie cieszysz się, że będziesz znów latał? – zapytała zdziwiona.

-Taaaaaaa. Czekaj co? – zerwał się na równe nogi, ale widząc minę babci położył się  z powrotem. – Skąd wiesz, że lubię latać?

-Widziałam cię. Chciałabym tak latać… – rozmarzyła się.

-Wiedziałem, że mnie obserwują. Nie wiedziałem tylko dlaczego? – podekscytowany czekał na odpowiedź.

-Pamiętasz jak w zeszłym roku poleciałeś do Oraków? Nikt nie wierzył, że może  stamtąd wrócić nasz wódz, a co dopiero trzyletnie smoczątko ze słabym pancerzem. Wszyscy myślą, że znajdą odpowiedź w twoim lataniu. Myślą logicznie, nieprawdaż? – zagadnęła go babcia.

- Masz rację. Dobrze się przyglądając sposobowi lotu smoka, można ocenić jego umiejętności, nastrój i wiele innych rzeczy jak np. charakter.

- Fajnie jest porozmawiać z kimś kto nie jest głupi. Dorastałam wśród kompletnych idiotów. Cała nasza rodzina taka jest, pełna smoków chorych na głowę. Ty możesz to zmienić. Tylko ty możesz to zmienić. – przemawiała słowami pełnymi podniecenia. W tej chwili zrozumiała, że Coś może wszystko zmienić…

-Ale co. Co mogę zmienić? – spytał zdziwiony.

-Nasza rodzina jest zhańbiona przez swoją głupotę, ty jesteś najmądrzejszym smokiem jakiego znam. – Babcia patrzyła mu w oczy. Widać było, że pokłada w Cosiu wielkie nadzieje.

-Jak! Wszyscy mnie unikają! Nie mam żadnych przyjaciół! – widząc lekko przestraszoną babcię ściszył ton – przepraszam.

-Nie masz za co, a teraz idź już spać – powiedziała troskliwie.

Coś położył głowę i natychmiast zasnął. Kiedy się obudził był już ranek następnego dnia. Babcia stała tuż obok niego.

-Mam dla ciebie niespodziankę – powiedziała uśmiechnięta.

-Jaką? – spytał wyraźnie podniecony Coś.

-Dziś będziesz mógł wyjść z jaskini! – Krzyknęła rozradowana Babcia.

Coś nic nie powiedział. Wybiegł z jaskini i błyskawicznie wzniósł się w powietrze robiąc potrójną beczkę. Leciał dookoła kolonii uradowany. Nad każdą częścią latał chwilę robiąc rozmaite akrobacje. Kiedy był już prawie na końcu wpadł na niego jakiś młody Zembacz. Stracił równowagę i runął w dół. Ustawił się przodem w dół, rozłożył skrzydła, ale nie mógł się zatrzymać. Wyprostował lot, odbił się od ściany i runął na ziemię. Podniósł się z lekkim trudem. Przed nim stał Zembacz, który na niego wpadł. Był gotowi do walki. Coś nie miał na to najmniejszej ochoty. Ryknął tylko gniewnie i odleciał. Przeleciał parę metrów i usłyszał przeraźliwy ryk ginącego Zembacza. Zawrócił. Jak błyskawica poleciał z powrotem na półkę skalną. Wyleciał zza klifu i natychmiast schował się za niego i uciekł przerażony do domu. Na półce leżał martwy Zembacz. Na nieszczęście Cosia, zaaferowana mama Zembacza widziała jego ogon znikający za klifem. Dobrze wiedziała czyj to ogon.

Coś wpadł przerażony do domu i wtulił się w zdziwioną babcię.

-Co się stało skarbie – spytała troskliwym głosem babcia.

Smok opowiedział jej o wszystkim.

-Jeśli to nie ty, to nie masz się czym przejmować – powiedziała – Prawda zawsze wychodzi na jaw. A teraz śpij już, musisz odpocząć po takich wrażeniach.

Coś zasnął. Męczyły go straszne sny. Widział martwego smoka. Widział jak zatapia kły w jego szyi. Obudził się. Była północ. Wyszedł na dwór. W krzakach szeleściły Straszliwce. Usłyszał wycie wilka. Zląkł się i uciekł z powrotem do jaskini. Położył się na boku. Mrugając, widział księżyc w pełni. Zamknął oczy. Zobaczył białego wilka. Wilk stał na klifie. Nagle się poruszył i odwrócił tak, że Coś widział jego pysk. Zaczął warczeć. Słychać było, też ryk umierającego smoka. W tym samym czasie obraz zaczął wirować zbliżając się do wilka. Coś obudził się zdyszany ze strachu. Nad nim stała zdziwiona babcia.

-Co się dzieje? Miałeś koszmar? Opowiedz mi o wszystkim – mówiła zatroskana babcia.

-Tam był… - Coś nie zdążył dokończyć.

-Choć tu morderco! Tak, do ciebie mówię! Doigrałeś się! – wrzeszczał zły Śmiertnik Zembacz, który bez ostrzeżenia wparował do jaskini. Był to starszy aspirant smoczej kontroli.

-Ale o co chodzi? – Zdziwił się Coś lekko przestraszony.

-O co chodzi?! O CO CHODZI?!!! – darł się na całe gardło – ZABIŁEŚ KALĘ BARBAŻYŃCO!!! – rozpłakał się, a jego łzy były tak szczere, tak wielkie i tak rzewne, że babcia Cosia mało się nie rozpłakała. Poleciała jej tylko jedna łza.

Wtedy wszedł komendant. Był to potężny Stormcutter. Jednym skrzydłem przytulił pocieszająco aspiranta i zwrócił się do Cosia.

-Jesteś oskarżony o zabójstwo – powiedział stanowczo.

-Ale dlaczego?! Na jakiej podstawie?! – Coś był zdruzgotany. Patrzył na nich z szeroko otwartymi oczami.

-Na miejscu przestępstwa, zostały znalezione twoje łuski i mama Kala widziała twój ogon. A teraz chodź czeka cię rozprawa.

Zembacz warkną gdy Coś ruszył do wyjścia.

-Zrób sobie wolne, nie wiem, wyjedź gdzieś, odpocznij z żoną, no ogarnij się po prostu – powiedział komendant do swojego podwładnego.

-Tak jest szefie – powiedział posłusznie z lekkim smutkiem i wyszedł.

-Chodź – powiedział sucho.

Coś wyszedł, a komendant za nim. Przed wejściem czekały tłumy smoków. Wściekłych smoków. Kiedy go zobaczyły zaczęły warczeć i ryczeć na biednego białego smoka. Chciały się na niego rzucić, ale na miejscu byli chyba kontrolerzy z całej kolonii i eskortowali go do sądu w części Stormcutterów. Tam czekał na niego sędzia Stormcutterów z wodzem. Sędzia ten był znany z tego, że nie miał litości i nigdy się nie mylił. Wiedział, że to nie Coś zabił Kala. Nie widział jednak ciała i nie wiedział kto go zabił, musiał więc skazać go na wygnanie. Niby nic takiego, ale zawsze wysyłają pościg i dopóki nie otrzymają informacji o zgonie nie odpuszczają.

-Więc ten oto biały smok nieznanego gatunku jest oskarżony o zabójstwo, tak?

-Tak wysoki sądzie – powiedział komendant, który stał za Cosiem.

-Powiedz na jakiej podstawie jest oskarżony – spytał sędzia.

-Na miejscu znaleziono jego łuski i matka Kala widziała jego ogon znikający za klifem – odpowiedział komendant.

-Skąd pewność, że to jego ogon – zagadnął sędzia.

-Noooo nie ma u nas białego smoka – tłumaczył się komendant.

-Dobrze. Poślijcie po nią, chcę ją przesłuchać – powiedział z niedowierzaniem w głosie.

Komendant skinął na jednego ze swoich najszybszych podwładnych, a ten natychmiast popędził po matkę zmarłego smoka. Po chwili wrócił razem z nią.

-Pani widziała biały ogon. Skąd pewność, że to ogon Cosia? – spytał przeszywając ją wzrokiem.

-Był to ogon Nocnej Furii, tylko biały, jestem pewna – zapewniała zrozpaczona matka.

Sędzia wiedział, że mówi prawdę.

-Są jacyś inni świadkowie?

-Tak, Stefan Kot zeznał, że widział, jak Kali popchnął Cosia, a ten spadł na półkę skalną. Później poleciał po mamę Kala i nie widział co się dalej działo –odpowiedział komendant.

-Wezwijcie go – zagrzmiał sędzia.

-Nie ma go, wyjechał do babci.

-Dobrze. Wszystkie dowody wskazują przeciwko Cosiowi. Os… – nie zdążył dokończyć.

-Stooop!!! – krzyknął jakiś Zmiennoskrzydły, który dopiero co się pojawił – to nie on. To był Róg. Biegał po całej kolonii i zbierał łuski Cosia. Potem jak go widziałem, miał krew na zębach.

-Gdzie on jest!? – krzyknął sędzia.

-U siebie w domu – oznajmił inny Zmiennoskrzydły pojawiając się niedaleko w tłumie.

Sędzia, wódz i Coś eskortowany przez kontrolerów w towarzystwie nieco bardziej ciekawskich smoków, polecieli do części Zmiennoskrzydłych. Wylądowali przed jaskinią Roga. Wódz ryknął tak jak zwykle ryczy karząc smokowi wyjść z jaskini.

Róg wyszedł z jaskini, gdy zobaczył kto przed nią stoi, to zrobił się niewidzialny. Coś użył echolokacji. Za pierwszym razem nic nie usłyszał, bo nigdy jej nie używał. Udało mu się to dopiero za trzecim razem. Zobaczył Zmiennoskrzydłego, którego kontur był podświetlony na czarno-niebiesko-fioletowy. Rzucił się  na niego przytrzymując łeb przednimi nogami, zanim reszta dźwięku nie doleciała do jego uszu. Jakieś kilkaset km dalej, cała armia Oraków, po roku szykowania się, ruszyła zgładzić całą północną kolonię smoków.

-Orakowie się zbliżają!!! – ryknął Coś na całą kolonię.

-Co ty wygadujesz dzieciaku – oburzył się wódz.

-Słyszałem! Są jeszcze bardzo daleko. Dotrą tu wieczorem. Musimy się przygotować! – darł się zbulwersowany Coś.

-A jak daleko są? – spytał wódz.

-Kilkaset km – powiedział trochę uspokojony.

-Bzdury! Nocne Furie nie mają takich zdolności. – zadrwił wódz.

-Pamiętaj, że on nie jest Nocną Furią – zauważyła babcia Cosia.

Wódz uwierzył. Podniósł alarm. Wyszkolone do walki smoki otoczyły wyspę. Stare smoki i smoczątka do 5 lat schowały się w największej na wyspie jaskini. Wszystkie oprócz Cosia, który poleciał w stronę, z której jak słyszał płyną Oracy.

Stanął z przodu klifu patrzył w horyzont.

-Powinieneś się schować – powiedział generał Stormcutter, który właśnie przyleciał.

-Nie. Wiem, że to przeze mnie i chcę to naprawić – nastała cisza. Po chwili dodał – Zresztą, będzie wam lepiej beze mnie.

-Tak myślisz? Teraz skoro nie chcesz się schować pomożesz mi ustalić jakąś strategię i poustawiać tę hałastrę – powiedział generał.

Udali się do jaskini, w której czekali generał Wandersmok, Nocna Furia, Gnatochrup, Szeptozgon, Rumblehorn i Zmiennoskrzydły.

-Dobrze, że jesteś, ale po co go tu przyprowadziłeś? – spytał generał Rumblehorn.

-Przyda nam się. Jest mądry i silny – obronił Cosia generał Nocna Furia.

Do wieczora siedzieli i uzgadniali strategię. Cztery Szeptozgony miały stać na straży przy wielkiej jaskini, a reszta miała zająć pozycje we wszystkich kryjówkach jakie były na wyspie. Okoliczne wody miały patrolować Zmiennosrzydłe, na wierzchołkach wzniesień miały stać Wandersmoki, które miały trafiać piorunami pociski wroga.

Nocne Furie patrolowały wyspę i Ocean. W razie czego miały od razu atakować. Gnatohrupy i Rumblehorny otoczyły wyspę.

Wreszcie nastała noc. Coś stał na klifie wpatrując się w horyzont, gdzie zaczęła się pojawiać smuga dymu. Rozległ się ryk wodza, którym poinformował wszystkie smoki o pojawieniu się Oraków. Informacja ta wzbudziła lekką grozę, ale to smoki, gotowe na wszystko.

Bitwa „Niebieskiego Pioruna”

Niektóre Nocne Furie wracały na wyspę, inne zbijały się w wielkie klucze i nacierały na przeciwnika z ogromnym impetem na oddziały wroga. Do wody skoczyły Gromogrzmoty i popłynęły za Wrzeńcami w stronę statków. Mimo wysiłków nie udało im się ich zatrzymać. Potężne okręty wojenne płynęły do przodu, jakby niczym nie hamowane. Wreszcie zaczęły strzelać w wyspę. Coś, Wandersmoki i Nocne Furie zaczęły strzelać w pociski czym tylko mogły. Generał Stormcutter ryknął dając znak swoim żołnierzom, by przystąpili do ataku. Stormcuttery, wraz z Gnatochrupami i Rumblehornami wystartowały siejąc pogrom i zniszczenie. Jednak to nie zdołało powstrzymać napastnika. Cienki, prawie niewidoczny w ciemności, niezwykle ostry harpun z jadem Szybkiego Szpica i Wrzeńca, przeleciał niezauważony i trafił w ogon generała Stormcutterów. Coś podbiegł do niego szybko.

-Nie pozwól żeby nas podbili - wymamrotał ostatnim tchem – Jesteś silniejszy niż myślisz.

Sparaliżowało go do końca. Coś przepełniony nienawiścią wzbił się w powietrze. Leciał trochę po ukosie w górę, prosto w chmury. Z każdym ruchem skrzydeł wzbierała w nim złość. Gdy znalazł się centralnie na środku zawisł w powietrzu. Stał wściekły. Przed oczami miał obraz generała. On, pierwszy spoza rodziny odezwał się do niego normalnie. Spróbował go wesprzeć. Teraz go już niema. Nagle wezbrała w nim taka złość, że nie był w stanie jej opanować. Z nieba rozległ się ogromny ryk walka ustała a wszyscy patrzyli, na pikującego pionowo w dół smoka.

W Cosiu złość przemieniła się w czystą energie. Płytki na grzbiecie, podstawa lotek na końcu i początku ogona, oczy, nos, pazury oraz paszcza od środka, zapaliły się na niebiesko. Z daleka wyglądał jak niebieski piorun, który najpierw rozświetla niebo, a później spada ze świstem. Smok w połowie drogi puścił w dół plazmę wzbogaconą o pioruny, która trafiła prosto w statek przywódcy. Razem z nią zeszło z niego światło. W chwili zderzenia ze statkiem plazma pochłonęła wszystkie statki, rozchodząc się pierścieniem i podpalając je niebieskim ogniem. Coś przeleciał dookoła floty zbierając ze sobą część ognia. Zrobił tornado zamieniając ogień na pioruny. Gdy wyszedł z tornada i zawisł w powietrzu. Z kości skrzydeł sterczały nitki z niebieskich piorunów. Machnął skrzydłami i pioruny oderwały się od skrzydeł trafiając najmniej zniszczone statki. Zanurkował powtórnie i wyłowił z wody ciało generała, który jak się okazało był najstarszym synem wodza oraków. Poleciał do kolonii. Stanął na podwyższeniu i ryknął tak, jak smoki ryczą po wygranych bitwach. Wszyscy zgromadzeni ryknęli radośnie. Przyleciał wódz.

                -Dziękujemy ci za uratowanie o wielki i potężny Biały Piorunie – skłonił się wódz.

                - Nie musicie mi dziękować i nazywać Białym Piorunem – odparł Coś.

                -Wedle twojej woli. Mimo wszystko jednak chcę ci podziękować za uratowanie mojej kolonii – mówił wódz.

                -Nie masz mi za co dziękować. Sam bym zginął, gdybym tego nie zrobił – ciągną Coś.

                -Dobrze, więc. Obiecuję, że nikt nie będzie cię już źle traktował – zapewnił go wódz.

Wygnanie

Jakiś miesiąc po wielkiej bitwie

Coś spędził ostatni miesiąc bardzo milo. Bardzo dużo smoków go odwiedzało i podziwiali jego zdolności. Coś nauczył się prawie kontrolować swoją silę. Potrafił prawie na zawołanie wywołać „Stan Niebieskiego Pioruna”, (stan który Coś aktywował napadem gniewu) ćwiczył go codziennie przez ostatni miesiąc, więc nauczył się kontrolował go dość nieźle.

Pewnego dnia gdy Coś leciał na szkolenie dalej od kolonii by nikomu nie przeszkadzać, nagle zza niego wystrzeliła plazma Nocnej Furii. To był wódz, więc smok się zatrzymał. Kiedy się odwrócił przeraził się. Zobaczył wodza i kilka innych Stormcutterów i Wandersmoków. Wszystkim leciała para z nozdrzy (wodzowi nawet lekko niebieska) oczy mieli nabiegłe krwią z wściekłości. Były to same najważniejsze smoki, znały najskrytsze tajemnice kolonii. Wiedziały o najtajniejszym skarbie północnej kolonii, sztylecie pierwszego wodza Oraków, którym pokonano pierwszą zabitą przez człowieka Nocną furię. Sztylet ten otwierał pewne drzwi do pewnego pokoju a w pokoju pewną skrzynię, głęboko w środkowych podziemiach potężnego fortu Oraków. Legenda głosiła że w tej skrzyni znajdują się dwie maleńkie szkatułki. W jednej tajemniczy proszek z innego świata, a w drugiej czysty magiczny wiatr.

- GDZIE! JEST! SZTYLET! – wydyszał wściekle krzycząc przez zęby wódz – GADAJ!!!

- Jaki sztylet?! –z trudem odpowiedział Coś. Był okropnie przerażony.

- NIE! UDAWAJ! ŻE! NIE! WIESZ! O! CO! MI! CHODZI! – dyszał z wściekłością wódz. Robił się coraz bardziej niebieski i świecący – WIEM! ŻE! UKRADŁEŚ! SZTYLET! POTĘGI! (tak się nazywał ten sztylet).

I nie wytrzymał. Rykną przeraźliwie. Na chwilę rozbłysnął oślepiającym niebieskim światłem i wystrzelił prosto w Cosia super mocną plazmę. Wszystkie smoki zaczęły w niego strzelać. Niebo przecięły błyskawice, jedna z nich trafiła lecącą w stronę Cosia plazmę. Wybuchła, a wybuch był naprawdę potężny. Smoki straciły równowagę i runęły w dół w kłębach dymu. Coś od razu opanował sytuację i osiągną maksymalną skierowawszy się na południe. Na swoje nieszczęście zabrał ze sobą trochę ognia z wybuchu, czego nie zauważył i zostawiał za sobą długą świetlistą kreskę. Smoki ją zobaczyły i ruszyły w pościg.

Kiedy Coś ochłonął. Zwolnił do dość optymalnej jak na zwykłe smoki prędkości, zobaczył, że jest w górach. Leciał dalej prosto szukając jaskini bo zbierało się na burzę.

Znalazł jakąś dziurę i postanowił sprawdzić czy da się w niej przeczekać burzę. Położył się na ziemi na środku jaskini i poszedł spać. Gdy się obudził burza szalała w najlepsze, a nad nim stał i przyglądał się trochę zaskoczony biały Stormcutter. Coś zerwał się przerażony na nogi z głową przy ziemi. Nie agresywnie raczej z poczuciem winy stał i patrzył z szeroko otwartymi oczami i dużymi źrenicami.

- Kim jesteś? – spytał trochę przestraszony Coś.

-Mógłbym Ci zadać to samo pytanie. Smoki z twojego gatunku wyginęły już dawno temu. Powiedz mi skąd pochodzisz, co tu robisz i dokąd zmierzasz? – Stormcutter był wyraźnie ciekawy co mu Coś odpowie, nie doczekał się jednak na razie odpowiedzi.

- Powiedz najpierw kim ty jesteś – Coś zrobił się podejrzliwy.

-Dobrze. Mam na imię Runwid. Pochodzę ze starożytnego rodu Stormcutterów wywodzącego się z pierwszych Białych Furii. Umiem czytać i pisać(Coś dopiero teraz zauważył, że są w bibliotece). Białe Furie nauczyły tego pierwszych z mojego rodu. To zaszczyt Cię poznać – pokłonił się.

- Ja jestem Coś. Pochodzę z północnej kolonii smoków na oceanie Centralnym. Pochodzę z rodu głupich smoków. Moim dalekim przodkiem jest Oszołomostrach. Dobrze latam i strzelam. Nie wiem jakiego jestem gatunku. – powiedział biały smok.

- Ale ja wiem. Jesteś Białą Furią. Najpotężniejszym, najszybszym, najmądrzejszym i najniesamowitszym smokiem na ziemi. Nie miałeś jak widzę rodziny swego gatunku i nie wiesz o sobie zbyt dużo. Nauczę cię więc jak kontrolować swoją moc, chodź – Stormcutter wykonał piękną zwrotkę w miejscu podrywając się do lotu pracując czterema skrzydłami prawie szorując nimi po ziemi poderwał wraz z sobą tumany kurzu. Coś trochę pod wrażeniem poleciał za nim. Wylecieli przez dziurę w ścianie, której Coś wcześniej nie zauważył. Był tam duży pokój. Przelecieli przez niego i kilka innych(Runwid robił niesamowite sztuczki na zakrętach) i znaleźli się w czymś na kształt areny, półokrągłej, porośniętej trawą z naturalnymi przeszkodami, otwartej u góry. Ogromne to było miejsce. Nawet nie wyobrażacie sobie nawet jak ogromne. Stormcutter wylądował na półce skalnej z dość dużą wnęką(maleńką w porównaniu do areny).

- To miejsce zostało stworzone przez twoich przodków, pierwotne Białe Furie, do treningów swoich potomków. Zostało przekazane mojej rodzinie kiedy opuszczały to miejsce. Będę cię tu trenował. – i popatrzył na arenę, przypominając sobie dziecięce lata, kiedy sam tam trenował.

Coś rozejrzał się i z zachwytem otworzył szeroko oczy.

- Zaczniemy od sprawdzenia twoich umiejętności. Pracując czterema skrzydłami wzleć w powietrze, zrób zwrotkę w miejscu i zawiśnij. – zażądał Runwid.

Coś zrobił to jak tylko umiał najlepiej. Nie wyszło mu z zwrotką i trochę się zakołysał. Popatrzył na smoka, ale ten nie zmienił wyrazu mordki.

- Z dwoma skrzydłami rozłożonymi zanurkuj do tyłu. Podczas lotu w dół obryć się i przy samej ziemi wzbij się do lotu płaskiego i wykonaj naj szybciej jak umiesz slalom między kolcami (poprzewracanymi i połamanymi drzewami gęsto wyściełającymi dno w tym miejscu).

Coś wykonał pięknego nurka do tyłu, ze slalomem poszło jednak gorzej. Coś nie leciał zbyt szybko. Drzewa były dla niego za gęsto porozrzucane. Ostatecznie przedarł się trochę poobijany. Przeszedł jeszcze kilka wyczerpujących prób, gdy wreszcie Stormcutter powiedział:

- Dość. Nie wiesz bardzo wielu rzeczy, myślę jednak że jesteś utalentowany i niewiele smoków mogłoby się poszczycić takimi umiejętnościami. – powiedział dumny z Furii Stormcutter.

Trening u Stormcuttera

Dni mijały na ciężkich treningach. Stormcutter najpierw nauczył Cosia czytać i rozumieć ludzką mowę. Nie było to najłatwiejszym zadaniem, bo Coś prócz prowadzenia wojny z Orakami nie miał styczności z ludźmi, więc nie był osłuchanym z językiem. Na szczęście był Białą Furią, a one mają wrodzone zdolności do języków. Kiedy go nauczył kazał mu czytać mnóstwo książek za swej biblioteki. Coś dowiedzą się z nich o kierowaniu energią w swoim ciele. Gdzie najlepiej ją magazynować i jak nią kierować. Poznał z teorii kilka układów skrzydeł do różnych sztuczek. Dowiedział się o mięśniach na krańcach skrzydeł. W książkach były opisane manewry z ich wykorzystaniem. Mięśnie te dawały wielkie możliwości(ale o tym później). Kazał mu również czytać książki o magii. Najpierw Coś oburzył się tym stwierdzeniem, ale dał się przekonać. Wciągnęły go potężne zaklęcia i ruchy. W końcu po kilku tygodniach teorii przyszedł czas na praktykę.

-Nauczyłeś się już dość. Teraz przypomnij sobie kierowanie energią. Zamknij oczy i skup się. Bardzo dobrze. Wiele skondensowanej energii w jednym miejscy wywołuje świecenie. Poczuj jak czysta energia pulsuje w twoich żyłach. Skup się na niej i pokieruj nią na pierwszą płytke tak by się świeciła, ale pamiętaj, zbyt dużo energii w jednym miejscu powoduje wybuch zawsze o tym pamiętaj i uważaj na to. – pokierował go Stormcutter.

Coś wykonał jego polecenia. Zamkną oczy. Skupił się na energii w swoich żyłach. Poczuł jej przepływ. Najwięcej jej było w skrzydłach. Skupił się na energii ze skrzydeł. Skierował ją na pierwszej płytki na grzbiecie. Robił to już wcześniej, ale tylko gromadząc moc i ją uwalniając nie pozostawiając ją jako zwyczajne źródło światła. Płytka zapaliła się na początku dość słabym światłem, a potem silniejszym. Stormcutter kazał Cosiowi otworzyć oczy. Płytka przygasła, dalej się jednak świeciła. Smok machną skrzydłami mocno w podłogę. Wszystkie światła w bibliotece zgasły. Płytka znów trochę przygasła. Za chwilę jednak rozświetliła się bardziej niż wcześniej. Świeciła tak, że coś widział w jej świetle pysk smoka stojącego naprzeciwko niego i patrzącego na niego z dumą.

-Dobrze. Widzę, że robiłeś to już wcześniej. Zaświeć resztę płytek – przemówił Runwid.

Coś pokierował energią do reszty płytek. Zaświeciły pięknym blaskiem.

-Zaświeć teraz całe ciało. – poinstruował smoka.

Coś westchną. Zamkną oczy i skupił się na najgłębszych pokładach energii. Zaświecił się. Było wydać poruszanie się energii. Przepływała szybko, ale na tyle wolno, by można było ujrzeć strużki i tor po jakim się poruszają. Nagle otworzył oczy. Były zupełnie białe. Świeciły niesamowitym światłem. W tym samym momencie całe jego ciało rozbłysło jeszcze bardziej, a na skrzydłach pojawiły się… pazury. Wielkie, ale poręczne. Wyglądały jakby były zrobione z czarnych piorunów( w istocie były, ale miały normalny krztałt).

Coś przyjął najbardziej majestatyczną postawę jaką mógł. Runwid schylił błagalnie głowę i zrobił najpiękniejszy i najniższy ukłon na jaki było go stać. Wiedział bowiem, że on będzie rządzić na tym świecie jako alfa, a nawet teraz czół się pod jego władzą i łaską.

Coś zaczął powoli gasnąć. Gdy zgasł już do końca zaczął ciężko dyszeć. Otrząsnął się. Zobaczył kłaniającego się Stormcuttera. Przekrzywił głowę. Smok podniósł się z ukłonu.

Dedyk dla użytkownika Lodowa Smoczyca



-Teraz jesteś więcej niż zwykłym smokiem. Jesteś czymś w rodzaju króla. Białe Furie są królami smoków. Każda panuje nad wszystkimi smokami i wszystkie są dobre, nie ma wyjątków. Zostały do tego stworzone. Teraz, gdy osiągnąłeś pełną postać jesteś jednym z wielkich królów. – oznajmił mu Runwid.

Coś stał z wybałuszonymi oczami gapiąc się na niego jak na wariata. Gdy Stormcutter pokazał na skrzydła Coś zauważył, że się zmieniły. Przestraszył się, że są na nich pazury.

-Twoi przodkowie mieszkali w górach, więc musieli umieć czepiać się skał. Nie zastanawiałeś się nigdy dlaczego masz takie ostre pazury? Twoi przodkowie wbijali je w skały. Nie mogli jednak utrzymać się na ścianie samymi nogami, więc wykształcili pazury na skrzydłach. Były one wytrzymałe, więc zbyt ciężkie, a w dodatku hamowały lot. Skorzystali więc z umiejętności magicznych stworzyli wysuwane pazury z czarnych piorunów. Nic nie ważyły i nie zwiększały oporu powietrza. W dodatku ładnie komponowały się z resztą ciała. – tu zachichotał – Od czasu stworzenia tych pazurów Białe Furie przyczepiały się do pionowych ścian i sufitów. Mogły więc zakładać jaskinie w bardziej niedostępnych miejscach. Teraz pora na naukę posługiwania się nimi. Za mną. – poderwał się i polecieli na arenę.

Przysiedli na półce skalnej.

-Najpierw pokaż, czy umiesz ruszać pazurami. -  kazał Cosiowi je pozginać(jak mówiłam były zręczne i przypominały te Stormcuttera) na początku mu nie szło, ale po kilku minutach to opanował – Dobrze. Wbij pazur w ziemie i lekko go zegnij. – Coś zdziwił się z jaką łatwością go wbił – Teraz wbij trzy pozostałe, dwa na wysokości przednich nóg i dwa na wysokości tylnych. Dobrze. A teraz podnieś się na skrzydłach.

Coś wybałuszył oczy, ale szybko wykonał polecenie, a raczej próbował. Trudno mu było się podnieść na skrzydłach. Kołysał się na wszystkie strony. Raz nawet upadł. Zatrzymały go przytwierdzone do ziemi szpony i  o mało co sobie czegoś nie naciągną. Po tym upadku wykurzył się. Staną idealnie na środku między skrzydłami, zrobił wdech i wydech i zaczął się podnosić pracując mięśniami równomiernie. Podniósł się, a gdy był już na górze wywalił język ze szczęścia.

-Bardzo dobrze! Teraz opadnij na ziemię i powtarzaj dopóki tego nie opanujesz. – zakomenderował Stormcutter.

Coś popatrzył na smoka z miną „Co?!!!”, ale wykonał jego polecenia. Po trzydziestu powtórzeniach wychodziło mu jakoś. Nie najlepiej, ale też nie najgorzej.

-Wystarczy. Opadnij i wbij pazury przedniej łapy w ziemie. – Nie spodziewał się, że pójdzie tak łatwo – Zegnij je trochę. Dobrze. Wbij resztę łap. Skrzydła też. Teraz trzymaj się mocno. – Wzleciał w powietrze i zawisną nad Cosiem.

Furia nie wiedziała o co chodzi Runwid złapał go szponami za skrzydła, rozdwoił swoje i machną nimi jak najmocniej w dół. Coś był trochę zaskoczony, ale nie dał się oderwać od ziemni. Stormcutter powtórzył tą czynność. Tym razem jednak nie machną raz, ale próbował odlecieć. Coś trzymał się mocno. Odpuścił i złapał Smoka za ogon i spróbował odlecieć. Coś dla lepszego podporu przesuną dolne skrzydła do tyłu. Runwid przestał ciągnąć. Wylądował obok smoka patrzącego na niego krzywo. Nie spojrzał na niego tylko powiedział. Tak ćwiczyli twoi przodkowie. To sprawdzian umiejętności. Zdałeś. Teraz mogę cię nauczyć przyczepiać się do skały. – powiedział i poleciał na jedną ze skalnych wieżyczek.

Wieżyczka miała jeden dość mały szczyt, który w przeciwieństwie do większości nie był płaski. Pod szczytem była jednak dość duża półka. Wylądowali na niej. Od strony szczytu ściana była pionowa. Runwid kazał mu wylądować na ścianie. Coś zawisnął przed ścianą. Wyciągnął łapy i złapał ścianę. Zawahał się. Przestał machać skrzydłami. Ześlizgnął się trochę ze ściany, ale szybko się złapał skrzydłami. Wisiał. Obrócił głowę i popatrzył na Stormcuttera. Ten patrzył na niego z lekkim zadowoleniem.

- Oderwij się od tej ściany i spróbuj szybciej. – pokierował smoka.

Coś Oderwał się od ściany. Przez chwilę spadał. Szybko się jednak podniósł lot i w rezultacie walną tylko ogonem o ziemie. Wzbił się w powietrze nie dając nic po sobie poznać. Odleciał trochę dalej, zawrócił i podleciał do ściany płaskim lotem. Tym razem poszło mu lepiej. Oczywiście też się ześlizgnął, ale znacznie szybciej opanował sytuację. Znowu popatrzył na Stormcuttera. A on się uśmiechał. Nagle spoważniał.

-W bojowych warunkach już byś nie żył. Pokaże ci jak to się robi…

Stormcutter wzbił się szybko w powietrze. Leciał w górę, potem do góry nogami następnie zanurkował składając skrzydła i osiągając ogromną prędkość. Tuż przed skałą rozłożył wszystkie cztery skrzydła. Odbił się od ściany do tyłu i powoli opadł na ziemię.

-Teraz ty! – zaśmiał się widząc, że Coś patrzy na niego jakby zrobił coś niemożliwego – nie odbijaj się tylko złap ściany.

Biały smok nie miał wyjścia. Wzbił się w powietrze szybciej niż Stormcutter i zanurkował z ogromną szybkością. Natychmiast tego pożałował. Spanikował. Ściana zbliżała się zbyt szybko. Zamknął oczy. Wyciągnął nogi do przodu. Rozłożył skrzydła. Poczuł szarpnięcie oporu powietrza. Ku swemu przerażeniu nie zatrzymał się. Pędził na skałę. Skierował skrzydła do przodu w ostatnim momencie. Zderzył się ze ścianą. Otworzył oczy dysząc ciężko z przerażenia. Był przyczepiony do ściany. Przywarł do niej jeszcze mocniej.

-Możesz już zejść. Nic ci nie grozi. – powiedział lekko rozbawiony widokiem smoka przytulonego do ściany.

-Mogłem ZGINĄĆ! – krzyknął wściekły Coś. Strach już minął.

-Prędzej odblokował byś jakąś nową umiejętność niż coś by ci się stało. – zaśmiał się smok.

-Jeszcze jedną?!

- Białe Furie ukrywają wiele niespodzianek… - na mordce Runwida pojawił się tajemniczy i chytry uśmieszek. – Ale dosyć tych pogaduszek. Bierz się do roboty jest południe, do wieczora masz to opanować.

Coś zrobił głupią i wzbił się w powietrze. Trenował do wieczora. Latał z mniejszą prędkością mając w pamięci pierwszy lot. Do wieczora umiał to wykonać poprawnie z prędkością prawie równą tej pierwszej.

- Teraz idź się przespać. Jutro pogrzebiemy się w ziemi. – zakomenderował Stormcutter.

Coś popędził do swojej jamy tak szybko, jakby się bał, że Runwid zmieni zdanie. On tylko zaśmiał się pod nosem, pokręcił głową i poleciał za mim.

Cztery żywioły

Powietrze

Następnego dnia Coś wstał wcześnie. Chciał poćwiczyć „bojowe lądowanie na ścianie”, okazało się jednak, że Runwid już na niego czeka. Zaczęli więc trening od czegoś innego.

- Dziś dowiesz się o żywiołach jakimi władały Białe Furie.

- Żywiołach? – zdziwił się młody smok.

-Tak. Smoki twojego gatunku zdolne są do władania ogniem, powietrzem, wodą i ziemią, którą się dzisiaj zajmiemy. Tak więc zaczniemy od czegoś prostego…

Niestety nie mogę zdradzić metod nauki żywiołów, ponieważ jest to sekretem gatunku i dlatego w książkach, które czytał Coś nie było mowy o żywiołach ( dziwne, że Runwid o nich wiedział).

Po kilku godzinach nauki Runwid powiedział:

- Nie jesteś gotowy na nauką magii ziemi. Jesteś zbyt oddalony duchem od rzeczywistości. Zanim to zmienimy, trzeba wykorzystać twój potencjał do oddalenia się od świata. Następnie nauczymy cię zmienności  i weźmiemy się za ziemię. Zaczniemy od powietrza…

Przepraszam za te wycinki, ale nie mogę wam zdradzić metod nauki. Są owiane najskrytszą tajemnicą i w przeszłości Białe Furie strzegły ich jak oka w głowie. Mogę wam tylko przytoczyć objaśnienia co umożliwia magia powietrza. A więc słuchajcie…

- Magia powietrza umożliwia duchowe oderwanie się od świata materialnego. Nie wygląda na niebezpieczną, ale jest bardzo potężna. Wyobraź sobie, że dookoła ciebie znajduje się ciało stałe. Porusza się  wraz z tobą. Dopasowuje się do ciebie. Możesz je kontrolować. Zmieniać jego bieg. Kierować tak, by ci służyło. Zabierać je z miejsc, w których są twoi wrogowie i przemieszczać w inne. Możesz sprawić, że kogoś lub coś popchnie, przetnie, skrzywdzi… . Powietrze jest potężnym żywiołem. Pozwala ci w chwilach zmęczenia swobodnie szybować. Uzyskiwać większą prędkość zmieniać kierunek pocisków przeciwnika. Powietrze daje wielkie możliwości…

-Runwid do Cosia.

Coś nauczył się kierować powietrzem tak, żeby móc szybować w nieskończoność, osiągać większą prędkość, ciąć skały, zmieniać bieg wiatru, rozrzedzać je, zagęszczać ( Chodzi o zawartość tlenu w określonych miejscach) i tworzyć próżnię. Wszystko to wydawało mu się niewyobrażalne. Nie marzył o takiej potędze. Postanowił szkolić się dalej ( nie wiecie dlaczego to była ciężka decyzja, a była bardzo poważna…)

Woda

Po tygodniu opanowywania powietrza i medytowania, przyszła pora na przekierowanie energii na bardziej przyziemne sprawy.

-Woda jest żywiołem zmienności, zmienia swój bieg zgonie z upodobaniem. Raz jest przyziemna i bezlitosna, raz oderwana od świata, piękna i łagodna. Woda jest potężnym żywiołem. Uczy jak przystosować się do sytuacji i poradzić sobie w każdych warunkach. Po poznaniu żywiołu  wody, będziesz mógł topić swoich wrogów, pozyskiwać picie ze wszystkich dostępnych źródeł, przecinanie wodą przedmiotów, zamrażanie, trwożenie wodnej tarczy i wywoływanie deszczu. Wodę można pozyskiwać nie tylko z jezior, rzek, mórz, oceanów i deszczu, ale także z roślin, powietrza i potu. Jest jeszcze jedno źródło, żywe ciało. Najmroczniejsza strona magii wody, magia ciemności i władzy absolutnej, magia księżyca ( nie pytajcie). Opanowując tą magię można panować nad krwią lub innym płynem w ciele jakiejkolwiek istoty żywej istoty. Ta magia daje ogromną władzę. Jest przy tym tak nieprzyzwoita, że rzadko kiedy jest używana. Jej nazwa wzięła się  stąd, że odkryta została przy pełni księżyca. Oczywiście nikt ci nie każe się jej uczyć teraz. Jeśli opanujesz magie wody dostatecznie dobrze, to pewnego dnia, gdy magia księżyca będzie ci potrzebna będziesz potrafił jej użyć. Magia wody jest twoją szansą na nauczenie się magii ziemi. Będziesz mógł przekierować swoją energię z oderwania się od świata na przywiązanie do ziemi. Magia Wody daje ogromne możliwości…

- Runwid o magii wody.

Coś ćwiczył bardzo długo i jeszcze ciężej, gorzej znosząc treningi. Nikt jednak nie mówił, że będzie łatwo .Nauczył się dużo (wszystkiego co było wymienione, a jeśli coś pominęłam to na pewno dowiecie się później) i gdy po dwóch tygodniach był gotowy do nauki magii ziemi stał się zupełni inny. Lecz to nie koniec jego metamorfozy…

DSC 0509

Obrazek mojej koleżanki

Ziemia

Coś czekał już na miejscu. Runwida na razie nie było. Obawiał się tej lekcji. Nie czół przywiązania do ziemi. Nawet nie chciał go czuć. Czytał, że przywiązanie do Ziemskich spraw czynie słabym. Nie miał jednak wyboru. Próbował kierować energią w stronę przyziemnych spraw. Przez ostatnie kilka dni skupiał się na czynnościach codziennych bardziej niż zwykle. Starał się znaleźć coś co trzyma go na tym świecie, ale nie potrafił. Nigdy nie miał przyjaciół. Jego rodzice, choć ich kochał, nie byli smokami do których można by było się przywiązać. A babcia? Właśnie babcia Monika! Zupełnie o niej zapomniał! Zaczął okropnie za nią tęsknić i zastanawiać się jak mógł ją tak po prostu opuścić. Ona w niego wierzyła, a on ją zawiódł. Poczuł ucisk w klatce piersiowej. Z lewego oka poleciała mu jedna łza. Zaczął świecić. Przyleciał Runwid lecz Coś go nie zauważył. Smok schował się za ścianą i obserwował. Ziemia wokół Cosia zatrząsała się i zapadła. Z nozdrzy buchała mu para. Dyszał ciężko. Nagle wydał z siebie przerażający ryk. Wszystko wokół się rozpadło i wystrzeliło do góry. Pył skalny przysłonił światło. Zaległa ciemność. Runwid Zaniepokoił się o smoka, który teraz był widoczny w ciemności jako niebieska świecąca plama dość wyraźnie ukazująca kształt smoka. Zaczęła świecić coraz mocniej i mocniej, aż rozświetliła całą jaskinię i nagle buchnął ogień. Jedna fala. Krótka fala ognia zrodzonego z nadmiaru bólu i cierpienia. Mrok trochę się rozwiał rzucając smugę światła na smoka, który nie był już niebieski. Był czerwony. Dyszał generując ogromne ilości pary wzniecając przy tym opadły przed chwilą pył. Runwid podleciał do niego.

-Wszystko jest w porządku jesteś bezpieczny. Musisz być silny. Zaszedłeś już daleko. Jesteś potężny i nic ci nie zagraża. Potrzebujemy cię, nie możesz się tak wykończyć. Wróć do mnie. Proszę…

Z lewego oka Cosia poleciała jedna łza. Zgasł. Padł na ziemie zimny i nieprzytomny. Oddychał szybko, a po chwili przestał. Runwid przeraził się. Lżący smok drgnął gwałtownie, wciąż jednak nie oddychał. Za trząsł się jeszcze raz i jeszcze raz. Nagle otworzył oczy i wstał kiwając się na boki. Wciąż nie oddychał. Z jego paszczy wystrzelił ogień. Zaczął oddychać ciężko i szybko. Miał zaciśnięte oczy. Otworzył je i pojawił się w nich tajemniczy błysk. Odwrócił głowę i zobaczył mordkę Stormcuttera, na której malowało się strach, zdziwienie i radość. Coś uśmiechnął się.

Następnego dnia rozpoczęli bardzo ciężkie szkolenie. Ponieważ Coś uwolnił swoją magię ziemi ( a przy okazji i ognia) najtrudniejszą część miał już za sobą. Wciąż było jednak dużo do zrobienia.

-Ziemia jest żywiołem stałości i przywiązania. Opanowanie jej uczyni cię niezwykle potężnym, ale też słabym. Ta magia czerpie energie z przywiązania do rzeczy materialnych oraz istot żywych. Musisz być jednak twardy i niewzruszony. Jeśli poddasz się smutkowi z powodu utracenia ich i zamieni się on w energię, twoje przywiązanie zostanie zerwane przez żądze zemsty i stracisz moc władania nad ziemią. Władając nad ziemią możesz przenikać przez nią, trwożyć z niej zbroję, budować schronienie. Ziemia daje ogromne możliwości…

- Runwid o magii ziemi.

Jeśli coś pominęłam na pewno dowiecie się potem.

Ogień

-Teraz czeka cię najtrudniejsza próba. Żywioł ognia. – mówił z powagą Runwid.

-Dam radę i tak już wiele przeszedłem. – Coś chciał grać pewnego siebie. Tak naprawdę bardzo się obawiał. Runwid wiedział o tym.

-Nie bądź taki pewny. Odblokowałeś już umiejętność władania ogniem. Będzie więc trochę łatwiej, ale i tak okropnie trudno. Opowiem ci trochę o tym żywiole…

-Żywioł ognia jest potężny i niebezpieczny nie tylko dla przeciwnika, ale i także dla istoty nim władającej. Potrafi zniszczyć wszystko. Władając ogniem będziesz mógł zrobić z niego tornado i pokryć się nim. Ale uważaj! Ogień jest niestabilnym żywiołem. Niektórzy za jego źródło uważają gniew. Ich ogień jest potężny, ale niezbyt podatny na kontrolę. Lepiej pozyskać ogień z (nie mogę podać). Jest potężniejszy i podatniejszy na kontrolę. Pozyskanie go z gniewu jest czasem mimowolne. Podczas wyzwolenia wielkiego gniewu powstaje niekontrolowana fala energii wybuchającej wielkim ogniem. Jeśli jednak fala będzie zbyt duża stanie się coś okropnego…

-Runwid o magii ognia.

Latanie

Następnie Runwid kazał Cosiowi ćwiczyć latanie. Był trochę oburzony, bo twierdził, że lata świetnie, ale Runwid był innego zdania. Kazał mu czytać księgi i ćwiczyć na sucho układy skrzydeł. Po długim czasie zabrali się do treningów praktycznych.

Nie będę się tu rozpisywać. Powiem tylko, że to wszystko zajęło mu 7 miesięcy.

Magia

Owiana tajemnicą sztuka magiczna jest potężna i niebezpieczna. Ściśle związana z układem skrzydeł. Jest zarówno destrukcyjna, jak i twórcza. Dzięki magii możesz przywoływać przedmioty, tworzyć je z niczego, stawiać czoła wrogom i zmieniać swoją postać( nie wszyscy to potrafią w tym Coś).

-Runwid o Magii.

Nie mogę wam przytoczyć tych treningów (wybaczcie). Były bardzo męczące i trwały rok. Potem przez następne dwa lata szlifował swoje umiejętności do perfekcji.

Wyspa „Berk”

Coś był teraz najpotężniejszym smokiem na świecie ( przynajmniej na tym ). Nie bał się niczego. Czół się w stanie stawić czoła wszystkim przeciwnościom losu.

Jednego popołudnia, gdy dwa białe smoki jadły obiad w bibliotece wleciał do niej ranny Straszliwiec. Nie był w stanie wydobyć z siebie głosu. Nagle usłyszeli ryk Nocnej Furii. Coś od razu go poznał. To był ryk wodza jego rodzinnej wyspy. Do biblioteki wtargnęły smoki. Było ich naprawdę dużo. Coś stworzył osłonę na półkach. Do jaskini wleciał wódz północnej kolonii na Oceanie Centralnym. Cos spojrzał w jego nabiegło krwią oczy.

-Uciekał – powiedział spokojnie biały Stormcutter.

-CO?! MAM CIĘ TU ZOSTAWIĆ?! – Coś był oburzony, przerażony i wściekły.

-Poradzę sobie z nimi. Uciekaj, znajdź sprzymierzeńców, przydadzą ci się. Nie wracaj tu. Nie musisz. Nauczyłem cię wszystkiego, co musiałeś wiedzieć. Nie będę ci więcej potrzebny. Uciekaj. I ani słowa.

Cosiowi poleciała łza z lewego oka. Wyleciał przez świetlik w hali treningowej. Odleciał trochę dalej. Obejrzał się. Cała góra wybuchła białym  światłem. Coś ryknął przeraźliwie. Chciał tam wrócić, ale jakaś dziwaczna siła spowodowała, że wszedł do maksymalnej prędkości. Znalazł się na morzu. W oddali majaczył ląd. Skierował się tam. Leciał przy wodzie. Magią sprawił, że wody się nie rozstępowały. Na wyspie zauważył wioską. Stał się niewidzialny. Wzleciał nad wyspę i… osłupiał z wrażenia. Na środku wioski stał posąg. Posąg Białej Furii. Cały z diamentu bielszego niż śnieg. Oczy miał z diamentu czarnego jak noc i błękitnego jak wiosenne niebo. Coś wylądował przy nim. Przyglądając mu się mimowolnie stał się widzialny. Patrzył na posąg zdał sobie sprawę, że zgromadziła się w okuł niego cała wioska. NA czele zgromadzenia stał postawny mężczyzna ze średnio umięśnionym chłopcem. Coś wyprostował się, usiadł, lekko oblizał i spojrzał najpierw na wodza, a potem na chłopca przekrzywiając łepek.

-Witam cię o wielka i potężna Biała Furio – przemówił mężczyzna – na mojej skromnej wyspie zwanej „Berk”. Jeśli będzie ci czegoś potrzeba spełnimy twoją zachciankę.

-Mam na imię Coś. Dziękuję za waszą gościnę – skłonił się w stronę wodza, jednak wciąż patrzy na chłopca, który również patrzył na niego – ale niczego od was nie chcę, prócz schronienia i odwzajemnionej współpracy. Mam tylko pytanie. Czemu w środku waszej wioski stoi posąg Białej Furii?

-O wielki i czcigodny Cosiu. Nasz lud czci plemię smoków nad smokami, od czasu ich pojawienia na tym świecie. Otaczamy je czcią i szacunkiem. – wódz skłonił się.

-Dziękuję za uznanie dla mego plemienia. Zanim udam się na spoczynek, muszę się jeszcze zapytać o imię – Oczy wodza rozjaśniły się, czy zapyta o jego imię? – chłopca stojącego obok – wódz zbladł.

-Mam na imię Tsuwamono ( Po Japońsku wojownik, żołnierz (warrior, solider)) – odpowiedział chłopiec – Jestem najmłodszym synem wodza.

Wódz zdębiał. Jak jego syn śmiał się odezwać!!!

-Czy przyjdziesz do mnie wieczorem? Będę na tamtym urwisku.

-Dobrze. – powiedział i odleciał.

Coś spał do wieczora. Tsuwamona w domu ukarano za śmiałość, ale ostatecznie wysłano go nad urwisko. W końcu kiedy przyszedł Coś właśnie się obudził.

-Dobrze, że jesteś. Usiądź – polecił smok.

Chłopiec wykonał rozkaz szybko i posłusznie. Usiadł na trawie po turecku i wpatrywał się w smoka.

-Po co mnie tu wezwałeś? – powiedział spokojnie chłopiec.

-Jesteś inny niż wszyscy z twojej wioski. Nie obawiasz się mnie i uważasz za równego sobie.

-Przepraszam jeśli cię tym uraziłem.

-Nie. Po prostu nigdy nikt mnie tak nie traktował. Zawsze albo byłem pośmiewiskiem, albo się mnie bali, albo…

-Czy coś się stało? – spytał trochę zmartwiony chłopiec.

-Nie. Tylko, dzisiaj opuściłem mojego przyjaciela, gdy zaatakowały nas smoki z mojego poprzedniego domu. Kazał mi stamtąd odlecieć i nigdy nie wracać. Teraz pewnie już nie żyje. – Cosiowi z lewego oka poleciała łza.

-Nie obwiniaj się. Nie mogłeś nic zrobić. Był z twojego gatunku? Był w twoim wieku? Jak długo z nim byłeś? Gdzie to było? – chłopiec zadał mnóstwo pytań

-Nie. Był ode mnie starszy. Dużo starszy. I był Stormcutterem. Uczył mnie jak walczyć. Mieszkaliśmy tylko we dwoje przez pięć lat w miejscu, w którym dawno temu mieszkały Białe Furie. – mówił ze smutkiem Coś.

-Umiesz dobrze walczyć?

-Bardzo.

-Nie obwiniaj się. On chciał, żebyś zrobił to co zrobiłeś. Nauczył cię walczyć. Zrób użytek z jego nauki. Pamiętaj o nim. Pamiętaj, że on wciąż żyje w twojej pamięci. Zawiedziesz go tylko jeśli o nim zapomnisz i pozwolisz umrzeć. Walcz. Tak jak ci wskazał. Wtedy będziesz szczęśliwy.

-Jesteś bardzo mądrym chłopcem.

-A ty bardzo mądrym smokiem. Ile masz lat?

-12.

-To tak jak ja. Powiedz, Dlaczego masz na imię „Coś”? – spytał zaciekawiony chłopiec.

-Smoki z mojej wyspy mnie tak nazwały.

-Myślałem, że Białe Furię same wybierają sobie imiona.

-Być może. Nigdy nie spotkałem żadnej. A ty?

Chłopiec zaśmiał się. Jego śmiech był tak szczery i radosny jak słońce jaśniejące na niebie majowym porankiem. Takiego Coś nigdy nie słyszał. Uśmiechną się do chłopca.

-Nie chciałbyś go zmienić? – zapytał chłopiec.

-A masz jakiś pomysł?

Chłopiec uśmiechnął się.

Dedyk dla użytkownika Ilit015 za imię dla Białej Furii i dla użytkownika Lodowa Smoczyca za imina dla ojca i braci Tsuwamona.

-Może Ventus? – Co o tym myślisz?

-Podoba mi się. – uśmiechnął się Ventus.

-A czy to nie jest tak. – powiedział nieśmiało chłopiec – Że jeżeli nadałem ci imię, to cię oswoiłem?

-Wydaje mi się to bardzo prawdopodobne.

Tsuwamono wyciągnął rękę do smoka. Ten poruszył noskiem i przybliżył łepek. Chłopiec zamknął oczy i położył rękę na zimnych łuskach smoka. Odetchnął z podniecenia. Po chwili podniósł głowę i otworzył oczy. Powieki smoka były opuszczone, ale podniosły się gdy tylko chłopiec w nie spojrzał. Teraz wpatrywał się w błękitne oczy smoka. Jego również błękitne oczy lśniły jak dwa świetliki, a brązowe włosy powiewały na wietrze.

Po czasie, którego żaden z nich nie był w stanie określić Tsuwamono cofną rękę.

-Teraz już na pewno mnie oswoiłeś. – powiedział trochę poważnym acz pełnym radości głosem Vetus – Czy w twojej wiosce wolno posiadać smoka?

-Wszyscy je czcimy i pozwalamy ze sobą mieszkać. Nie dotykamy ich i nie wykorzystujemy uważając za święte. Nikt u nas nie słyszał o posiadaniu smoka na własność, a co dopiero takiego jak ty.

-Myślisz, że daliby się przekonać?

-Przez ciebie na pewno. Czekaj co chcesz zrobić?!

-Zostać tu. Przynajmniej na jakiś czas. Nie chcę się nudzić podczas pobytu tutaj i spać w lesie. Przygarniesz mnie? – w oczach Ventusa pojawiła się nadzieja.

-Jeśli zechcesz. Będzie mi bardzo miło. Muszę już wracać. Idziesz ze mną? – Zaproponował Tsuwamono.

-No pewnie, ale nie na piechotę. – na grzbiecie smoka pojawiło się kryształowe siodło – wskakuj.

Chłopiec na początku był trochę przestraszony, ale powoli na jego twarzy zagościł uśmiech podniecenia i bez dłuższego namysłu ruszył w kierunku smoka. Stanął u jego boku i zawahał się, ale po chwili już na nim siedział. Zanim smok ruszył Tsuwamono zdążył wymamrotać „Rodzice mnie za to zabiją”.

Ventus wzbił się w powietrze w czerwieni wschodzącego słońca. Skierował się w stronę oceanu. Leciał nisko nad wodą tak, że na chłopca, który utrzymywał się w siodle jakby był do tego stworzony, spadło kilka kropel wody. Przed sobą spostrzegli łudź rybacką.

-To łudź mojego najstarszego brata! – krzyknął chłopiec.

Smok podleciał do niej począł nad nią krążyć.

-Tsuwamonooo!!! Tu mały czorcie!!! Co ty tam robisz???!!! – krzyczał wściekły brat dwunastolatka.

-Nie krzycz tak bo wystraszysz ryby. – odpowiedział za śmiechem chłopiec.

Ventus skręcił w stronę wyspy wzlatując w górę. Podleciał z boku na drugą co do wielkości górę i zanurkował  w stronę wioski z ogromną prędkością. Tsuwamono schował głowę. Kiedy ją podniósł byli w wiosce. Wszyscy wyszli z domu i patrzyli na smoka z dzieckiem wodza na grzbiecie.

-To gdzie mieszkasz? –spytał Ventus.

-Tam na górze. – wskazał dom najbliżej wielkich wrót w górze.

Smok skręcił lecąc bokiem. Wylądował przed domem na którego podwórzu stał wściekły ojciec i przestraszona matka chłopca.

-CO TY TU, JAK W OGÓLE!!! – dyszał z wściekłości wódz – Wybacz mi o wielki Cosiu zachowanie mojego niemądrego syna.

Wiking padł na kolana.

-Nic nie szkodzi. To był mój pomysł. Swoją drogą to muszę przyznać, że pana syn całkiem dobrze utrzymuje się w siodle i zaznaczyć, że nie nazywam się już Coś lecz Ventus, czyli Wiatr.

Wódz zdziwił się.

-Ja mu je nadałem. – wypiął dumnie pierś Tsuwamono.

-Ale jak to? – wódz zbladł.

-Oswoiłem go.

Wódz zemdlał.

Obudził się w swoim łóżku. Nad nim stało trzech jego synów i biały smok.

-Ojcze obudziłeś się! – powiedział najstarszy o imieniu Trevor.

-Nareszcie! – ucieszył się ten w średnim wieku o imieniu Mistyc.

-Co się stało? – zapytał zdezorientowany wódz.

-No już, odsuńcie się. – do pomieszczenia weszła żona wodza – Meridian wypij to – podała mężowi rumianek.

-Dziękuję Scarlet. – oparł się o ramę lóżka i zaczął pić.

-Zemdlałeś przez tego nieznośnego Tsuwamona – Trevor był wyraźnie zły.

-Przepraszam cię za mego niesfornego syna o wielka i potężna Biała Furio.

-Nic nie szkodzi. Nie nazwałbym go tak. Jest całkiem miłym chłopcem. Chciałbym się zatrzymać u w domu.

-Jak sobie życzysz.

- Dziękuję. Pozwól, że odpocznę w pokoju Tsuwamona.

Poszli do pokoju położyli się spać. Chłopiec w łóżku, smok na ziemi. Spali mniej więcej do 15.01. Gdy się obudzili weszła mama chłopca z kanapkami i koszem świeżych ryb na śniadanio-obiad. Kiedy wyszła chłopiec schodząc z łóżka wziął kanapki i usiadł na podłodze koło Ventusa i zapytał:

-Jak ci się spało?

-Bardzo dobrze, a tobie?

-Mnie  też dobrze.

Roześmieli się. Chłopiec złapał się za ramiona i zatrząsnął z zimna.

-Chodź tu bliżej.

Smok podniósł skrzydło. Tsuwamono przeszedł na czworaka pod nie i oparł się o Ventusa. Smok opuścił skrzydło i położył głowę.

-Nie wiem jak ty, - powiedział białas – ale ja wciąż jestem zmęczony.

Zamknął oczy. Chłopiec wtulił się w ciepłą skórę smoka. Zasną. Obudził ich przerażony krzyk Meridiana.

-Co się stało tato?!

Mężczyzna wskazywał palcem na niego leżącego pod smoczym skrzydłem. Miał otwarte usta. Do pokoju wpadł zaaferowany Mistyc. Jemu też szczęka opadła prawie do samej ziemi. Żaden z nich nie wierzył w to co widział. Nie byli w stanie sobie wyobrazić dlaczego Biała Furia otacza uczuciem przyjaźni osobę taką jak Tsuwamono. Nie mogli tego pojąć.

-Czemu ten smok cię… cię przytttulla? – wyjąkał Meridian.

-Bo było mi zimno.

Tata ze średnim synem nie mogli w to uwierzyć. Nie wyobrażali sobie, żeby smok mógł się zatroszczyć o człowieka i to jeszcze takiego jak on.

-Zupełnie nie wiem w czym widzicie problem. Czy normalny chłopiec nie może się przyjaźnić z normalnym smokiem? Poza tym, jako Biała Furia, chyba mam prawo przyjaźnić się z kim chcę.

Wódz spuścił oczy, a jego syn wyglądał na wykurzonego. Opuścili pomieszczenie. Smok przewrócił kosz z rybami i za pomocą magii włożył jedną do ust. Tsuwamono jadł kanapkę z Dorszem.

-Lubisz Dorsze? – zapytał chłopiec.

-Tak. To moje ulubione ryby.

-Moje też. Mogę cię pogłaskać?

-Hmmm… myślę, że tak.

Ventus przybliżył łepek tak aby Tsuwamono nie musiał się podnosić. Chłopiec położył spiętą rękę na chropowatej skórze smoka. Pogłaskał go. Rozluźnił się. Gładził jego łuski. Smok wyglądał na zadowolonego. Chłopiec zniżył rękę i drapał go pod brodą. Białas podniósł głowę zaspokojony, do pokoju weszła mama z herbatą i wodą dla smoka na drewnianej tacy. Tsuwamono właśnie w tym momencie trafił w czuły punkt i Ventus padł na podłogę. Żona wodza krzyknęła z przerażenia i wypuściła tacę z rąk. Na górę natychmiast przybiegł Trevor.

-Co się stało matko?! – powiedział trochę przestraszony mężczyzna.

Kobieta pokazała w stronę dwójki niebieskookich przyjaciół.

-Co się stało z Białą Furią?!

Chłopiec wyglądał na przerażonego, ale smok tylko zamruczał i wykrzywił się kładąc głowę na kolanach bruneta. Ten zaczął go głaskać.

-Nie wiem o co wam chodzi. Nie bulwersujcie się tak. Wszystko jest w porządku.

Goście wyszli z pokoju a Ventus z Tsuwamonem poszli spać.

Obudzili się koło 10:23 wtuleni w siebie. Chłopiec ogarnął swój wygląd i przywdział najwygodniejsze ubranie jakie miał, przewidując dzień pełen wrażeń.

Rano około 11:16 niebieskoocy przyjaciele wyszli z domu. Poszli się przejść po wiosce. Wszyscy witali ich z uśmiechem na ustach. Jeden pan ukłonił się przed smokiem i podał mu piękne, duże, czerwone jabłko. Ventus poruszył noskiem, skłonił się jak najpiękniej umiał, (Był to naprawdę piękny ukłon) chwycił za ogonek jabłka i podał go chłopcu. On zaś „poczochrał” go po głowie, a smok trochę uciekł z pod jego ręki jednak wyszczerzył zęby w zawadiackim uśmiechu. Po obiedzie, który ku przerażeniu domowników zjadł u chłopca. Zjadł swoje ryby, po czym uznawszy, że wciąż jest głodny, a Tsuwamono się nie obrazi porwał mu rybę z talerza. Słysząc jednak jego reakcję wypluł pół ryby na stół. Chłopiec wzdrygnął się, lecz widząc minę smoka ukroił kawałek zjadł. Ventus zaczął skakać po całym pomieszczeniu. Po kolacji Ventus kazał Tsuwamonowi wsiąść na grzbiet. Polecieli szybko prosto w górę robiąc kilka beczek. Mystic widział jak odlatują. Był wściekły, że smok tak faworyzuje jego brata a nie jego.

Ventus wzleciał ponad chmury. Słońce już zaszło. Niebo oblewała zorza. Poprzez białe obłoki było widać ciemne morze. Chłopiec zachwycał się tym widokiem. Złapał mocno za coś służące do kierowania smokiem (nie wiem jak to się nazywa) i spróbował pokierować smokiem. Nie wyszło mu najlepiej, bo Ventus prawie zanurkował do wody. Polatali jeszcze z 2 godziny. Tsuwamono był zachwycony widokami i nauczył się prawie kierować smokiem.

Przez następne 6 miesięcy niebieskoocy przyjaciele zacieśniali więzy. Wszystko robili razem. Dużo rozmawiali i śmiali się. Ich życie nie było szczęśliwe i to ich zbliżało. Niektórym się to nie podobało. Uważali to za niezdrowe dla smoka spoufalać się z takim prostakiem. Niebieskoocy przyjaciele nic sobie z tego nie robili, aż do momentu, kiedy Ventus został wezwany do twierdzy na jakieś ważne zebranie…

Znowu

-Wielka i potężna Biała Furio. Jesteśmy pod wrażeniem twej potęgi. Uważamy jednak, że powinieneś opuścić to miejsce. Tak będzie lepiej dla ciebie i dla Tsuwamona – powiedział wódz do Ventusa gdy ten wszedł do twierdzy sam (chłopcu kazano zostać przed drzwiami) i usiadł przed stołem – Chcemy, żebyś opuścił to miejsce do jutra rana. W przeciwnym razie dołożymy wszelkich starań by cię zgładzić.

Po tych słowach Ventus spuścił głowę. Siedział tam jeszcze długo po tym jak wszyscy wyszli. W końcu pozwolono chłopcu wejść do wielkiej sali. Szybko podbiegł do smoka. Przytulił go. „Co się stało?” zapytał smutny i przestraszony. Smok chciał powiedzieć „wyjeżdżam” ale nie mógł. Jakaś dziwna siła ściskała mu gardło i serce. Z lewego oka poleciały mu łzy, rzewne łzy. Teraz chłopiec przestraszył się nie na żarty.

-Powiedz mi co się stało?!

Ventus popatrzył w oczy Tsuwamona. Nie musiał nic mówić. Jego spojrzenie mówiło „wybacz przyjacielu, opuszczam cię”. Chłopiec rozpłakał się. Jego serce ścisnął bul. Wtulił się w smoka i krzyczał „Nie zostawiaj mnie!”. A on jakby rozpływał się w jego rękach. Objął go skrzydłami.

W domu chłopiec od razu zaczął się pakować.

-Co ty robisz? – spytał Ventus.

-Jak to co? Nigdzie się beze mnie nie ruszasz.

Smok uśmiechnął się.

Gdy się spakowali i Tsuwamono siedział już na niebieskookim przyjacielu do pokoju wszedł również spakowany Mistyc. Na ten widok wybuchł gniewem. To on zasugerował tacie wypędzenie smoka, by mógł z nim uciec z dala od młodszego brata. Przyjaciele szybko uciekli przez okno. Gdy do pomieszczenia wpadł Trevor Mistyc powiedział, że Ventus porwał Tsuwamona. Natychmiast rozpoczęła się pogoń.

10 lat

Wiem, że ominęłam 10 lat z życia naszej dwójki bohaterów, ale możecie się za jakieś dwa lata spodziewać dziennika obejmującego te 10 lat, z perspektywy Tsuwamona. To bardzo ciężkie przedsięwzięcie, więc wstawie je dopiero jak skończę (jeśli wyjdzie). Jedyne co Musicie wiedzieć, to to, że niebieskoocy dużo podróżowali i znaleźli sobie towarzyszki. Były dzikie i zielonookie. Dziewczyna miała Nocną Furię, z którą Ventus miał jajka. Bezpiecznie ukryte w najgłębszej jaskini świata. Przez cały czas goniła ich flota Berkijska z Mistyciem (nie wiem jak to napisać) na czele oraz smoki z kolonii. Kiedyś się spotkali na wyspie z wygasłym wulkanem. Rozegrała się wielka bitwa…

„Dziękuję ci za wszystko. Żegnaj przyjacielu.”


Niebieskoocy przyjaciele dotarli na wyspę. Było na niej mnóstwo roślin najróżniejszych gatunków i wygasły wulkan. Wylądowali na niej i odetchnęli z ulgą. Od kilku tygodni ścigały ich smoki z północnej kolonii smoków na Oceanie Centralnym. Nagle usłyszeli wycie rogu. Rozpoznali je. To rogi floty Berk. Polecieli bliżej, by się jej przyjrzeć. Ukryli się w buszu. W pobliskiej zatoczce znajdowały się chyba wszystkie statki, czyli jakieś 1000 (mieli sojuszników). Rozbijali obóz na brzegu. Niektóre z wielkich namiotów już stały. Większość ludzi krzątała się na brzegu, ale wielu pozostawało na statkach. Wszyscy byli uzbrojeni po zęby. Jakby na coś czekali. Nagle z krzaków wykurzyły niebieskookich pociski wściekłych smoków. Wpadli między Scyllę a Charybdę. Ich wrogowie natychmiast rozpoczęli ostrzał. Smoki gdzieś zniknęły. Wszystko wyglądało jakby to zaplanowali. Ventus stworzył burzę, która zniszczyła niektóre statki rażąc je piorunami i rozbijając o siebie. Wciąż jednak w jego stronę leciało mnóstwo strzał i siatek na smoki. Ventus stworzył wokół siebie osłonę i wykonywał najprzedniejsze uniki. Zaczął strzelać i wykorzystywać swoją moc władania nad żywiołami. Stworzył tornado z ognia płonących strzał. Puszczał pociski z czystej energii. Bitwa pozornie miała się ku końcowi, gdyż białas zniszczył ponad połowę statków. Lecz wtem zza góry i z gąszczu wylała się prawie cała północna kolonia smoków na Oceanie Centralnym i nie tylko. Byli tam, chyba wszyscy wrogowie Ventusa i Tsuwamona.  Na czele ich wszystkich stał wódz kolonii na Oceanie Centralnym, Nocna Furia. Smoki bombardowały Ventusa pociskami. Jego osłona ledwo wytrzymywała to obciążenie.

-Użyj niebieskiego pioruna! - Krzyknął Tsuwamono.

Ventus wzbił się jak najszybciej, z każdą chwilą stając się coraz bardziej świecący i niebieski. W końcu osiągną odpowiednią wysokość. Zawrócił i zanurkował z ogromnym hukiem. Na jego nieszczęście na jednej z półek skalnych stał najznakomitszy tucznik jakiego znał świat. Brat Tsuwamona, Mistyc. Ventus nie leciał zbyt szybko. Przynajmniej jak dla niego. Naciągną strzałę. Wymierzył… puścił. Grot przeciął powietrze. Smok do tego triku musiał zrezygnować z osłony. Strzała trafiła prosto w cel. Prosto w serce niebieskookiego chłopca. Ventus wypuścił energię zatrzymując się i rozwalając flotę i większość smoków. „Dziękuję ci za wszystko. Żegnaj przyjacielu” zdążył jeszcze powiedzieć Tsuwamono i runą w ogień.

Koniec

Ventus poleciał za nim. Złapał go zanim wleciał w ogień, a gdy ten opadł położył przyjaciela na ziemi. Z lewego oka leciały mu łzy. Trącał głową martwe ciało chłopca. Wiedział, że się nie obudzi, ale coś w środku nie pozwalało mu zaakceptować tej myśli. Nie mógł w to uwierzyć. Nie chciał w to uwierzyć. Jego serce pękło na tysiąc kawałków. Każde z nich ścisnął ból i strach. Co on zrobi bez swojego przyjaciela? Nie chciał już żyć. Dookoła niego zgromadziły się smoki. Ziemia się za trzęsła. Niebo przeciął przeraźliwy ryk niemocy, rozpaczy, strachu i wściekłości. Dało się go słyszeć na całym świecie. Odbił się też w innych… Podłoże pokryło się lawą i ogniem. Istoty pozostałe przy życiu pochowały się jak najgłębiej mogły. Z wulkanu wydobywał się dym. Ciało chłopca zniknęło w jednej z jego jaskiń. Tak samo jeszcze żywy Mistyc. Ze smoka wybuchł ogień. Pochłonął całą wyspę. Nie zostawił na niej śladu życia prócz smoków. Niebo powtórnie przeciął ryk i błyskawice. Biała Furia stała się ogromnym smokiem panującym nad tymi, którzy przeżyli. Czerwoną Śmiercią. Przez następne 100 lat zmuszała niedobitków do napadania na pobliskie wyspy i pustoszenia wiosek mieszkających tam ludzi. Tak skończył wielki i potężne Coś zwany Ventusem. Ale czy na pewno…?

Epilog

Ventus rządził smokami póki potomek wodza północnej kolonii smoków na Oceanie Centralnym go nie zabił. Ale czy jesteście tego pewni… Mistyc został skazany na życie wieczne i spędzenie go błąkając się po wulkanie bez jedzenia i picia. To on był odpowiedzialny za cały atak. Z nienawiści do brata i smoka postanowił ich zgładzić. Tsuwamono został bezpiecznie ukryty w jednej z jaskiń wulkanu i czuwa nad duszą swojego smoka i nad wszystkimi innymi smokami, które straciły swoich przyjaciół. Kilka jajek Ventusa wchłonęło jego krzyk. Żony Ventusa i Tsuwamona zostały zabite broniąc jajek, które wykluły się po 50 latach odnalezione przez (bez spoilerów). To tyle. Mam nadzieję, że się wam podobało. Żegnajcie! :)

Chciałabym podziękować mojej pani od geografii za wspieranie mnie oraz użytkownikowi Stormer.Natura za podbudowywanie mojej nadziei, Użytkownikom Lodowa Smoczyca i Ilit015 za czytanie najdłużej i wytrwanie do końca i wszystkim, którzy to przeczytali, lub przeczytają. Jesteście wspaniali.

Przeczytałeś? Wstaw komentarz!

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.