FANDOM


Chciałam podziękować każdemu, kto zagłosował na moje opowiadanie, to dzięki wam, drodzy czytelnicy, przy owym opowiadaniu widnieje złoty medal. Jestem równie wzruszona co szczęśliwa widząc, że to co pisze podoba się innym i mogę tylko obiecać, że będę się starła dalej rozwijać pisarsko . Gratuluję również tym, którzy zajęli miejsca drugie i trzecie, oraz tym, którzy mimo nie stanięcia na podium pokazali, jak wiele radości daje pisanie. Rozwijajcie dalej swoje umiejętności i nigdy się nie poddawajcie bo jedynymi przeciwnikami w dążeniu do sukcesu nie są inni, ale my sami. Jeżeli nie będziemy się poddawać, osiągniemy to czego pragniemy.

Jeszcze raz ogromne, smocze: Dziękuję!



Snoggletog
"A po niebie ciągnąć się będzie orszak Niebiański, niczym światło pochodni spłynie na spienione fale i odbijać się w nich będzie udając jutrznię poranka. Zmarzniętą ziemię i śnieżne zaspy roztopi blaskiem tak mocnym, że aż do najgłębszych korzeni sięgających Krain Podziemnych czuć będzie jego spiekotę. Ciepło, które ogrzeje każdą z żywych istot, a w szczególności ludzi, wkradnie się do ich serc i umysłów nawet gdy pogrążeni będą w śnie zasłużonym. Gwiazdy z pokorą ustąpią miejsca ośmionogiemu Slepinirowi na którego grzbiecie zasiadać będzie władca Gladsheim dnąc w róg tak donośnie, że sam księżyc drżał będzie na nieboskłonie.
Kto żyw, komu serce w piersi wciąż bije spojrzy w górę widząc Odyna w swym rydwanie a za nim setki dusz krnąbrnych i swawolnych za życia uwięzionych w pośmiertnym orszaku aby przestrzegały każdego, kto stąpa po ludzkim świecie. Kto serce przepełnione ma pychą i nieposłuszeństwem porywany zostanie by towarzyszyć duchom i zjawom w płonącym orszaku..."


Zamknąłem księgę i przez chwilę wpatrywałem się w jej wytartą przez czas i użytkowanie oprawę. Przesunąłem palcem po nierównym brzegu stron czując wyraźnie każde rozdarcie papieru, tak ostre, że tylko milimetry dzieliły mnie od tego, by na jej stronice spadły szkarłatne krople krwi.
Gdzieś z oddali dobiegał rwetes i skrzypienie śniegu. Ktoś śpiewał już pierwsze pieśni, a ktoś inny ze śmiechem zaganiał dzieci do domów by nie plątały się pomiędzy zabieganymi dorosłymi. Odsunąłem krzesło i z cichym jękiem drewnianych belek podszedłem do okna wychodzącego na zachodnią stronę osady. Mimo wczesnej pory słońce chyliło się ku horyzontowi, powoli znikając za równą linią oceanu barwiąc niebo na czerwono. Z czerwieni przechodziło w pomarańcz, następnie w fiolet, granat a później ponad nami rozciągała się już tylko czerń nocy. Tak czysta i przejrzysta, tak pełna gwiazd zdających się zapraszać nas do radosnego świętowania, do wspominania i dziękowania.

Tej nocy pożegnamy ciemność i chłód zimy bawiąc się i radując przy dźwiękach fletów, lurów i rogów a co odważniejsi zasiądą przy lirze karmiąc nas poetyckimi opowieściami o poległych wikingach.
Tej nocy wspomnimy każdego, który odszedł zasłużenie do Valhalli ufając, iż i oni siedząc przy Stole Królów myślą o nas i wyczekują naszego nadejścia.

Zachodni wiatr uderzył o drewniane okiennice wydając przy tym głuchy stukot i świst jakby chciał coś przekazać. Otworzyłem oczy spoglądając ponownie w niebo, tym razem już niemal całkowicie pochłonięte przez ciemność.
Nie było na nim ani jednej chmury, zatem gwiazdy i księżyc rozświetlały drogę wikingom zmierzającym powoli na ucztę.
Wziąłem głęboki oddech i odkładając na brzeg parapetu swój hełm skierowałem się w stronę schodów. Tym razem nie potrzebowałem ukrywać się za jego maską.
Mimo iż dzień był całkiem ciepły, gdzieś na dnie serca wisiał uczepiony z całych sił sopel lodu, kłujący boleśnie przy każdej myśli i przy każdym słowie.
Sopel, który nie mógł się roztopić i który będzie tam już zawsze.
Westchnąłem.


Tego dnia nie spadł ani jeden płatek śniegu.

Snoglettogg to święto najważniejsze dla wikingów, dla nas. Tej jednej nocy przestajemy być wojownikami, przestajemy kłócić się o codzienne sprawy i uśmiechamy się częściej niż w ciągu całego roku. Tej nocy jesteśmy tacy, jacy zawsze chcemy być.
Przechodząc przez osadę słyszę coraz głośniejsze melodie, pierwsze delikatne tony już odeszły ustępując miejsca śmiałym, radosnym dźwiękom fletów i bębnów. Kąciki ust lekko uniosły się w górę na widok przebiegajacej grupki dzieciaków i ich młodych smoków.
- Niech żyje Odyn!
- Szczęśliwego Snoggletog!
- Sto lat Wodzu!
Machałem im jeszcze chwilę, a kiedy ostatnie z nich zniknęło za rogiem pobliskiego domu opuściłem dłoń i poprawiając kołnierz ruszyłem dalej przed siebie brnąc w śnieżnobiałym, skrzącym się mrozem i blaskiem nocy śniegu.
Przygotowania do święta trwały od tygodnia a już od samego miesiąca ludzie rozmawiali głównie tylko o nim. O wspaniałych potrawach i ich zapachu unoszącym się daleko poza granice wioski, o niebiańskiej muzyce najpiękniejszych pieśni i legend wkradających się po cichu do serc, o spokojnych rozmowach już nie tak poważnych jak w ciągu pełnego pracy roku...
Dopiero po jakimś czasie uświadomiłem sobie, że moje usta wciąż rozciągają sie w szerokim uśmiechu. Chciałem wzruszyć ramionami, ale z drugiej strony, dlaczego miałbym się nie uśmiechać, szczególnie wtedy, gdy serce samo kieruje naszymi odczuciami?
- Nie idziesz na ucztę?
Odwróciłem się i zobaczyłem pulchną, uśmiechniętą twarz Śledzika. Pod pachą trzymał ogromny bochen chleba. Po głębszym przyjrzeniu się stwierdziłem, że nie był to jeden chleb ale przynajmniej kilkanaście. Poczułem w duszy jakieś przyjemne ciepło na ten widok.
- Idę, ale najpierw chciałem coś załatwić.
Śledzik kiwnął głową nie pytając o szczegóły. Zanim odwrócił się i odszedł w kierunku łuny powstałej od blasku pochodni obdarzył mnie przyjaznym uśmiechem
- Nie spóźnij się. Jako wódz rozpoczynasz ucztę.
- Wiem. Przyjdę niedługo.
Śledzik skinął mi głową i odszedł szurając stopami po zmarzniętym śniegu a ja skręcając w jedną z ciemniejszych uliczek przystanąłem na chwilę opierając się o drewnianą ścianę. Kątem oka zauważyłem, że okno po mojej lewej stronie jest zasłonięte co oznaczało, że domownicy są już na uczcie. Westchnąłem kilka razy i pochylając się rozmasowałem obolałe kolano u lewej nogi. Wciąż nie mogłem się przyzwyczaić do protezy a każda zima dawała o sobie znać tępym bólem w pozostałościach kończyny. Szczerbatek pewnie też musi odczuwać podobne skutki mojej dawnej decyzji.
Odepchnąłem się od ściany i ze wzrokiem skierowanym przed siebie ruszyłem wąską, stromą ścieżką uważając, by nie poślizgnąć się na lodzie przykrytym przez śnieg.


Słońce całkowicie zniknęło za horyzontem jednak cień księżyca padał prosto na miejsce w którym się znajdowałem. Stojąc na skraju skarpy mogłem ogarnąć wzrokiem niemal całą wioskę, a szczególnie jej serce, jej punkt centralny dzisiejszej nocy. Jako wikingowie nie baliśmy się zimna, więc ucztowaliśmy na polu. Patrząc w dół widziałem miliony mniejszych i większych światełek, choinki sięgające niemal moich stóp udekorowane były tak kolorowo jak tylko się dało. Zapach igliwia mieszał się z zapachem pieczonego mięsa i ciepłego mleka.
To nawet przyjemne, pomyślałem.
Do uszu dobiegały wesołe krzyki, składane naprędce ale ze szczerością życzenia urodzajnego roku oraz śpiewy sięgającego samego nieba.
- "Żeglować mogę w sztormie też
Nie czując wcale lęku
I fali życia dam się nieść..."

Po moim kręgosłupie przebiegł dreszcz, jednak było to przyjemne uczucie. Przymknąłem lekko powieki i oparłem dłoń o czarną, łuskowatą skórę smoka stojącego obok mnie. Pojawił sie niemal znikąd.
Szczerbatek po prostu wiedział kiedy i gdzie się pojawić.
Czułem wyraźnie jak jego skóra naznaczona jest różnej długości i głębokości bruzdami, jak szorstka i spękana jest w dotyku ale mimo to ciągle przyjemna i dająca poczucie bezpieczeństwa.
Mimo tylu lat wciąż mam wrażenie, że zaraz wzbijemy się stromo w ciemność  i przecinając chłód nocy odbędziemy swój pierwszy lot.
- "...Pierścieni, złota dam ci trzos
Zaśpiewam przy ognisku.
Nie spadnie z twojej głowy włos
Gdy będziesz przy mnie blisko..."

Powoli czułem jak zapadam się gdzieś głęboko, że coś wyrywa moje stopy od ziemi i kieruje ku dalekim, odległym wspomnieniom teraz tak wyraźnym jak jeszcze nigdy dotąd.
- "...Pierścieni, złota nie chcę mieć
O serenady nie dbam też
Chcę swoją dłoń czuć w dłoniach twych..."

Niewyraźnie poblaski cieni układały się w coraz pełniejszy obraz. Gdzieś zza mgły wyłaniała się smukła sylwetka kobiety w średnim wieku o piegowatej twarzy trzymającej za ręce niewiele starszego mężczyznę z bujną rudą brodą i wesołymi, rozbieganymi oczami.
- "...Żeglować mogę w sztormie też
Nie czując wcale lęku..."

Szum fal. Skowyt wiatru w bezlistnych koronach drzew i odległe, bardzo odległe śmiechy.
- "...I fali życia dam się nieść
Gdy dasz swą rękę mi..."


Uśmiechając się patrzę w górę wyobrażając sobie Odyński Rydwan sunący przez niebo niczym drakkar kołyszący się na wzburzonych głębiach oceanu. Chwilę tak stoję chłonąc każdy pojedynczy dźwięk nocy a później unoszę przed siebie prawą dłoń jakbym chciał sięgnąć najdalszych gwiazd.


Tej nocy spadł tylko jeden, jedyny płatek śniegu.


- Wesołego Snoggletog, tato.


KONIEC

Adnotacje wyjaśniające:
Księga którą czytał Czkawka na samym początku (urywek wymyślony przeze mnie) odnosi się do Roku Księżycowego, (jedenaście dni) rozpoczynającego w kulturze skandynawskiej Jul, a więc czas ucztowania, zabawy i dziękowania Bogom za mijający rok (później po przyjęciu chrześcijaństwa uznawane za Boże Narodzenie). Snoggletog wydaje mi się właśnie tym dniem, dlatego zawarłam w nim owe święto.

Gruzategori
Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.