FANDOM


Mam zaszczyt przedstawić wam moje opowiadanko ^_^

Mam nadzieje że się wam spodoba...  

I nie będę mówić co się wydarzy by trzymać was w niepewności :3

Prolog

Miałem cztery lata kiedy to się wydarzyło. Pierwszy raz widziałem smoka z tak bliska. Był dosyć duży, podobny do sowy, miał dwie pary skrzydeł i swobodnie opadał z nieba na ziemię, jakby był baletnicą. W zębach trzymał jakiś materiał. Mieszkańcy rzucili się do ataku lecz smok nie zareagował. Wylądował i ostrożnie położył to co trzymał na ziemi. Nim się spostrzegliśmy smok odleciał. Zawiniątko poruszyło się. Ojciec ostrożnie podniósł szmatkę i zobaczyliśmy, być może ok. trzyletnią dziewczynkę. Jej malutka kępka włosów miała kolor płomieni smoczych. Przyczepiona była do niej kartka. Tatuś otworzył kopertę.

"Stoiku... Jej imię to Sara." V

Popłakał się. A malutka zaczęła chichotać. Była przesłodka. Pocałował ją w czoło i powiedział. -Oto moja córka. Od dzisiaj jest jedną z nas! Wiwatom nie było końca, a ja pierwszy raz zobaczyłem jak mój tata płacze jak małe dziecko.

"Nareszcie mam siostrę"

Pomyślałem sobie. Dał mi ją na ręce. Taka kruszynka, ale patrzyła na mnie z taką mocą, że aż się zdziwiłem. Na pewno będzie silna, ale nie zdawałem sobie wtedy sprawy że wszystko tak się potoczy...




Rozdział 1

"Pierwsze spotkanie"

Witajcie. Jestem Sarabella "Ognista Truskawka" I. Jestem córką Stoika Ważkiego i smoków. Moje przezwisko... Wspaniałe prawda. Nienawidzę go z całego serca. Moja wina że jestem jaka jestem? Ludzie od początku szeptali że jestem dziwna. Taka zwariowana smocza księżniczka. Dosyć często przebywam w lesie. Nie lubię ludzi wole podglądać co robią smoki. Wiecie, że smoki mają słabość do trawy?

No i jeszcze ten mój wkurzający braciszek. Nie że go nienawidzę ale czasem działa mi na nerwy tym swoim myśleniem. No, ale dość na razie o mnie, kiedy indziej wam opowiem.


Raz tak się wkurzyłam na Smarka i Podwójną Głupotę, że uciekłam w wysokie góry.

Było zimno i to strasznie. Dodatkowo nie wzięłam nic do okrycia. Wzięłam tylko dwie ryby i trochę tej trawy na wszelki wypadek.

Złapała mnie śnieżyca. Schowałam się w jaskini. Była głęboka bo końca nie widziałam.

Położyłam się i czekałam. Wiedziałam że jak zasnę to już się nie obudzę. Jednak śnieżyca nie ustępowała a ja byłam coraz bardziej zmęczona.


Nie wytrzymałam. Nie wiedziałam też wtedy że we wnętrzu jaskini również coś jest.


Kiedy się obudziłam zobaczyłam nad sobą dwoje pięknych niczym górski lodowiec, jasnoniebieskich oczu.

Smok był biały w srebrzyste cętki. Para rogów renifera, i nie łuski lecz futro miękkie jak u gronostaja. Zgrabny lekko ryżowy pysk, smok nie większy od jaka.

Wpatrywały się we mnie lecz ja wiedziałam że nie chce mi ona zrobić krzywdy. Te oczy były smętne i wyczerpane.

Były głodne.

Ostrożnie wstałam ale nie chciała mi na to pozwolić. Przekrzywiłam więc głowę i nieświadomie nawet zaczęłam z nią rozmawiać jej językiem.

"Nie chcę cię skrzywdzić" odparłam.

"Ale ja Tobie nie ufam" odrzekła.

"Czyli nie jesteś głodna ?" zapytałam.

Usłyszałam odgłos wołającego o jedzenie żołądka smoczycy.

Niechętnie się cofnęła. Mnie również zaburczało w brzuchu. Uszykowałam wszystko i spostrzegłam iż ta piękna smoczyca nie ma prawego skrzydła. Wyglądało tak jakby zostało ucięte. Wyjęłam ryby, znalazłam w jaskini trochę drewna ( chyba ktoś już kiedyś tu był) i zapytałam ją czy może je rozpalić. Ona w odpowiedzi strzeliła lecz nie ogniem, a płynnym lodem. Skoro taka była jej odpowiedź, starymi metodami próbowałam rozpalić ogień, nadaremnie. Jednak smoczyca strzeliła drugi raz tylko że tym razem ogniem tak gorącym że aż strach. Oporządziłam ryby, zjadłyśmy je ze smakiem i ani się obejrzałam śnieżyca ustała.

Powiedziawszy jej iż muszę iść zapytała: "Ale wrócisz prawda"

Uśmiechnęłam się smutno "Okażę się niedługo"

Schodząc na dół myślałam o niej. O jej zachowaniu, urodzie i innych rzeczach. Gdy zeszłam z góry, zaczął padać śnieg, śnieżynki lądowały mi na rękach, i moich truskawkowych włosach. Postanowiłam że do niej wrócę. I jeszcze coś.


"Śnieżka"

 



Rozdział 2

"Ja i Berk"

Wracałam powoli. Nie chciałam wracać do domu zbyt szybko. Wiedziałam że wszyscy mnie szukają. I że dostanę za to tęgie baty. I wtedy pomyślałam o braciszku.

- Może się za mną wstawi?

- I może jeszcze weźmie na siebie całą winę?
Stał dokładnie za mną, z tą swoją zamartwiającą się miną. Pogorszyło mi to nastrój. Jak i pobudziło wyrzuty sumienia. Bardzo się o mnie troszczy i ja to wiedziałam.

- Gdybyś był taki kochany- Uśmiechnęłam się prosząco- Jak bardzo jest zły?

- Był zły na początku - odparł Czkawka - później już tylko się zamartwiał. Całą wioskę pobudził do działania. A ty gdzie byłaś?- Zapytał podejrzliwie.

Odwróciłam wzrok.

Z gniewną miną odparł: -Znowu smoki podglądałaś, prawda?

-Wcale że nie!- zaprzeczyłam- Po prostu chciałam ochłonąć bo prze...

- Dobrze, dobrze nie mnie teraz się tłumaczyć - przerwał mi.-Powiesz wszystko tacie.                                 

Złapał mnie za rękę i poszliśmy w kierunku wioski. Las był piękny. Zwisające sople lodu, sadź na drzewach. I jeszcze ten sypiący się z nieba śnieżny puch.


"Biała niczym śnieg. Oczy koloru górskiego lodowca. Śnieżka"


Uśmiechnęłam się do siebie. Czkawka to zauważył i też się uśmiechnął. I tacy uśmiechnięci doszliśmy na skraj lasu. Naszym oczom ukazała się całkiem nowa wioska. Domy które od siedmiu pokoleń stoją a mimo tego są nowe. Mamy tu ryby, owce, jaki i malownicze zachody słońca. Przez siedem miesięcy w roku pada tu śnieg, przez resztę.. grad. Berk jest w równoleżnikiem, gdzie wszystko równo leży. Z wyjątkiem osady.... Która stoi. Beznadziejnie tu trochę. Taka dosyć monotonna okolica. Jedyny problem to tak naprawdę szkodniki. Gdzie indziej są to szczury...względnie jakieś robaki. A my, jak już dobrze wiecie, mamy... SMOKI. Dosyć często atakują osadę, by zdobyć trochę jedzenia. Inni tego nie rozumieją tylko po prostu je zabijają. Tata przygotowywał różne wyprawy by zdusić problem u środka. Chciał znaleźć tak zwane Smocze leże. Lecz jak dotąd nikomu to się jeszcze nie udało. Jako jedyna próbowałam walczyć ze smokami pokojowo. Poznać ich tajemnice i zachowania. Jak na razie słabo mi idzie. "To jest wojna" Tak myślą tylko zagorzali wojownicy. Podobno kiedy byłam mała, w momencie kiedy smoki nas atakowały zaczynałam dziwnie się zachowywać. Dosyć głośno płakałam i gdy smoki mnie usłyszały natychmiast odlatywały. Nadal tego nie rozumiem ale pierwszy raz rozmawiałam ze smokiem. Wcześniej nawet tego nie próbowałam. Nawet o tym nie wiedziałam. "Ciekawe jaka była mama" Pamiętam ją jak przez mgłę. Pamiętam jej ciepły głos. Pamiętam jej zielone oczy. Pamiętam że było wokoło mnie pełno smoków. Jeden zawsze się ze mną bawił. Był taki czuły i miał takie wielkie oczy. Czasem zabierał mnie na przejażdżki. Gdy tak sobie myślałam zdałam sobie że więcej czasu spędzałam ze smokami niż z mamą. Może dlatego jej tak dobrze nie pamiętam. I z takimi myślami szłam przez Berk trzymana przez brata za rękę. Wreszcie doszliśmy do domu.

"Śnieżka"

 


SAM 0160

Śnieżka ^^

SAM 0184

Sara (8 lat ) I Śnieżka XD



Rozdział 3

"Przepraszam..."
Weszliśmy do domu. Zobaczyłam tatę przy ognisku domowym. Jak zwykle kiedy miał wolne strugał kaczki. Obok fotela było ich chyba z 30. Zjadały mnie wyrzuty sumienia. Gdy się odwrócił, widziałam nie tatę lecz obcego człowieka. Oczy miał zapuchnięte i podkrążone. Wyglądał jakby miał o 20 lat więcej. Nie spał pewnie całą noc... i chyba płakał. Zrobiło mi się przykro. Łzy stanęły mi w oczach. Podbiegłam i przytuliłam go najmocniej jak potrafiłam i wykrzyczałam:

-Przepraszammmm~~ <łkanie> J-ja n-nie cc-chcia-ałam Tototo tylko przez tych g-głupków... Jaa nie chciałam <chlip> Przep...

Rozryczałam się totalnie. Przez łzy zauwarzyłam że on też płacze. Czkawka przyglądał nam się z boku. Uśmiechał się serdecznie. Zrobiło mi się o wiele lżej na duszy. Uśmiechnęłam się przez łzy. Dosyć długo mnie przytulał. Kiedy puścił i wytarł swoje łzy przybrał zatroskany ale i srogi wyraz twarzy.

- A teraz...

- Mam powiedzieć co się stało tak?

- Gdybyś mogła.

- A więc...

Opowiadałam o tym jak Smark i Bliźniaki mnie wyzywali i obrażali. Jak uciekłam w góry, schowałam się w jaskini, i że dopadła mnie śnieżyca..

. - Jak to śnieżyca? O tej porze ich nie ma. Jest o wiele za wcześnie. -przerwał Czkawka.

- Była i to wielka.- Powiedziałam.

- Ale w górach.- skończył za mnie tata- Czemu tak daleko uciekłaś. Mogłaś tam zginąć.

- Lecz nie zginęłam bo uratowała mnie ... Już miałam powiedzieć Śnieżka!! W porę się zatrzymałam. Tata nadal drążył temat.

-Co cię uratowało?

-Eeeeeee... Nadzieja że szybko się skończy ta śnieżyca.- odparłam z namysłem. Czkawka jak zwykle odwrócił wzrok.


"Pewnie jest zły"


Ale to wystarczyło by skończyć temat. Tatuś kiwnął głową co miało znaczy że mi wybacz.

-A teraz wybaczcie ale muszę się położyć. Jestem wykończony.- odparł Stoik.

-Dobranoc. - powiedzieliśmy razem z bratem.

Weszłam do góry po schodach a za mną Czkawka. Mieliśmy wspólny pokój lecz ja miałam go trochę wyżej, na strychu. Właśnie miałam tam wejść gdy Czkawka zagrodził mi wejście. Popatrzył na mnie lecz ja podniosłam rękę mówiąc w ten sposób że wiem co chce powiedzieć. Nie chciałam teraz wysłuchiwać o tym że nie wolno oszukiwać czy wymyślać różne żeczy. Przepuścił mnie. Weszłam na górę. Mój pokój był mały, i pełno tam było rysunków. Nie chwaląc się powiem że rysuje najlepiej w wiosce. Nawet Czkawka czy Wiadro mi nie dorównują. Rysuję wszystko: od wiader i martwej natury do portretów, portretów zbiorowych i oczywiście pełno smoków. Mam wszystko, lecz teraz w głowie miałam tylko jedno i tylko to chcę narysować. Tak więc zabrałam się do pracy...




Rozdział 4

„Poczuć wolność"

Po kilku godzinach planowania nareszcie skończyłam projekt skrzydła dla Śnieżki. Było wręcz idealne. Teraz tylko trzeba było zrobić to tak by nikt się nie dowiedział. Lecz była już noc i trzeba było iść spać. Na początek materiały. Zabrało mi to chyba z 4 dni. Płótno na błonę skrzydła zdobyłam z żagla najlepszego statku Berk. Materiał był tak wytrzymały że nawet smoki nie zdołały go podpalić. Na kość potrzebna była specjalna rurka ze specjalnego stopu. Coś tam wzięłam z kuźni, może Pyskacz nie zauważy. Trzeba podkręcać, pomierzyć, popoprawiać. To akurat zajęło mi tylko jeden dzień. Gdybym nie chodziła do kuźni na praktyki musiałabym poprosić Czkawkę lub Gbura żeby to za mnie zrobili. Chciałam uniknąć zbyt wielu pytań. Po co mieliby odkrywać moją tajemnice...

-Co robisz??

Z przerażenia aż podskoczyłam. Braciszek wpatrywał się we mnie tak, jakby przyłapał mnie na gorącym uczynku. Nie dałam mu po sobie poznać że się zdenerwowałam. Nie robiłam nic złego wręcz przeciwnie chciałam pomóc.

-To co to będzie? - spytał uprzejmie.

-Co? A to, to takieee... skrzydło. Do jakiegoś tam modelu smoka.- odparłam zdenerwowana.

Na szczęście chyba nic nie zauważył.

-Ahaa... To rób dalej, rób. Wreszcie zajmiesz się czymś innym niż podglądanie ŻYWYCH smoków- podkreślił, co mnie rozgniewało, ale zdążył uciec.

Miał chłopak szczęście.

Pomyślałam też o tym że aby smoczyca mogła latać, potrzebuje też kogoś do pomocy. Więc zrobiłam też siodło. Po skończonej pracy musiałam jakoś uciec w góry. 15 metrowe skrzydło dawało o sobie znać. Jednak udało mi się wyjść bez wzbudzania podejrzeń. Wzięłam też oczywiście trochę jedzenia (jakieś 30 kg ryb), kurtkę oraz to skrzydło i ogon.

Byłam już przy końcu drogi gdy nagle ni stąd, ni z owąd, pojawił się wielki Koszmar Ponocnik. Pikował prosto na mnie i wyciągnął przed siebie pazury. Uchyliłam się. Chybił o trzy cale. Już miał zawracać, gdy nagle usłyszałam dźwięk jakby spadającego z ogromną szybkością pocisku.

Shireeeeeeeeeee~. Powww~

W Koszmara uderzyła ni to błyskawica, może plazma, ale z wielkim hukiem to wybuchło. Ponocnik prawie nieprzytomny spadał w dół lecz w ostatniej chwili wyrównał lot i poleciał w przeciwną stronę. Spojrzałam w stronę z której nadleciał strzał i zobaczyłam go. Majestatyczny czarny smok mknął niczym błyskawica po niebie. Podleciał dosyć blisko mnie. Bez zastanowienia sięgnęłam do koszyka i rzuciłam rybę wysoko w górę, a on ją złapał. Popatrzyłam na niego a on na mnie.

"Dziękuje za uratowanie"

"A ja dziękuje za rybę"

"Jakim jesteś smokiem"

"Wikingowie boją się mnie najbardziej, według nich jestem najgorszym ze wszystkich" I odleciał.

" Nocna Furia" pomyślałam. Odwróciłam powoli głowę tracąc go z oczu dopiero kiedy skręcił za góry. Ciekawe jak to jest, tak latać sobie bez żadnych obowiązków, zobowiązań. Jak to jest być wolnym?

Wreszcie doszłam do jaskini. Gdy przystanęłam przy wejściu przywitała mnie warczeniem. Jak zwykle piękna, czysta, jak śnieg. Te jej lodowe oczy patrzyły się na mnie jakby chciała mnie zabić.

"Dlaczego tak długo? Chciałaś na pastwę losu mnie tu zostawić?" zapytała z wyrzutem.

" Nie mogłam się z domu wymknąć. A i mam coś dla ciebie." pokazałam jej siodło.

"O nie, nie zmusisz mnie do tego. Nie będę jakimś tam konikiem do przenoszenia cudzego tyłka" odparła.

"A chcesz się założyć?"

"Ha, najpierw spróbuj mnie złapać"

I z wywieszonym jęzorem oraz kpiącym uśmieszkiem na pysku zaczęła uciekać w głąb jaskini.

-Hejj...!-krzyknęłam i ruszyłam za nią.

Przez pół godziny ją goniłam aż w końcu zmęczona padłam na ziemię. Ona podeszła, a ja nie miałam siły się ruszyć. Popatrzyła na mnie zrobiła przepraszające oczy, a na przebudzenie oblizała mnie od stóp do głów. Zaczęłam się śmiać. Cała umazana jej śliną podeszłam do niej i wyciągnęłam rękę żeby ją pogłaskać. Zaczęła warczeć. Wzięłam rękę.


"Nadal ci nie ufam"


Uśmiechnęłam się. Bardzo dobrze ją rozumiałam. Ja też nie udałam ludziom zbytnio. Nie zwracam na ludzi zbytnio uwagi, a oni nie niepokoją mnie. Dobrze nam tak jak jest, nikt nikomu nie przeszkadza.

"Rozumiem, a teraz pozwolisz że założę ci to siodło dobrze? Proszę." poprosiłam.

"A po co mi one?" nie dawała za wygraną.

Po przemyśleniu tego co chciałam jej powiedzieć, szczerze odparłam:

"Bo chce byś była wolna i szczęśliwa tam w górze. Chcę ci pomóc latać."


Popatrzyła na mnie tak jakbym była szalona, ale jednocześnie widać było że ją to wzruszyło. Podbiegła i przewróciła mnie. Łasiła się do mnie i tak czule się o mnie ocierała ze nie wytrzymałam i ją przytuliłam. Nie odsunęła się. Zamruczała cicho. Była kochana.


W końcu odkleiłyśmy się od siebie i założyłam jej siodło. Gdy już idealnie pasowało, zabrałam się za skrzydło.

-A teraz rozłóż swoje skrzydło.-powiedziałam. Posłusznie wykonała polecenie.

Na początek umieściłam odpowiednie paski i linki by przyczepić skrzydło do ciała. Potem do końca jej skrzydła i końca sztucznego przywiązałam dwie linki dosyć mocne by wytrzymały nacisk 400 kg. Na jej grzbiecie umocowałam specjalny zakręcacz by gdy złoży oby dwa skrzydła linka nie ciągnęła się po ziemi lub nie zaplątały się jej łapy.

-A teraz złóż je.- poleciłam. Również posłusznie je złożyła.

-Dobrze a teraz wypróbuj je, składaj, rozkładaj i pomachaj trochę nimi. Skrzydła działały niezawodnie. - więc działają, teraz tylko trzeba je wypróbować.

Wzrok Śnieżki się zmienił. Wyglądała teraz jakby miało się spełnić jej największe marzenie.

"Zobaczysz na pewno nam się uda"

A ona spojrzała na mnie i pierwszy raz w jej oczach zobaczyłam miłość.



Rozdział 5

"Metoda prób i błędów"


Nie wiem czy to było czy mi się tylko przywidziało, ale widziałam w oczach Śnieżki przebłysk miłości. Jednak nie wiem czy to się stało naprawdę bo zniknął równie szybko jak się pojawił. Znów miała te swoje roziskrzone oczy. Ten wredny wyraz pyska.
Teraz nie było to dla mnie ważne. Ważniejsze było to czy uda nam się wzbić w powietrze.


Miałam motylki w żołądku i ona chyba też, bo myślami była chyba gdzie indziej. Szłyśmy dalej przez jaskinie. Robiło się coraz ciemniej. Smoczyca strzeliła swoim zimnym ogniem i jaskinie wypełnił jasnoniebieski blask. Z daleka usłyszałam jakiś szum. Robił się coraz głośniejszy. Nagle oślepił mnie blask słońca. Zdziwiłam się strasznie. Z góry wypływał śliczny potok z małym jeziorkiem. W jeziorku pływało mnóstwo ryb.


Było to idealne miejsce na próbę lotu. Jaskinia miała dwa wielkie otwory przez które wiał odpowiednio mocny wiatr. Była też odpowiednio duża- jakieś 100 m. Byłam strasznie podekscytowana, a jeszcze bardziej Śnieżka. Rozkładała i machała skrzydłami jak szalona. Nie mogła się wzbić w górę. Miała źle ułożone skrzydła.


"Może ci pomogę??" zapytałam.


"NIE!" ryknęła " Nie chce pomocy. Przecież każdy smok to potrafi!"


"Ale skrzydło jest źle ułożone" odparłam spokojnie.


Grrrrrr...-zaczęła warczeć.


-Dobrze więc mam sobie pójść? Jak chcesz? -zezłościłam się.


Popatrzyła na mnie smętnie.


Jak tak na nią patrzyłam to serce zaczęło mi mięknąć.


-Rajciu no, przecież cię tu nie zostawię - łagodnie ją uspokajałam.


"Ale miękka jesteś"- odpisnęła.


Uśmiechnęłam się. Jednak nie jest tak lodowata jak jej oczy.


-To co próbujemy? -zapytałam entuzjastycznie.


"Zawsze i wszędzie"


Zbliżyłam się do niej. Ona położyła się i pomogła mi na siebie wsiąść. Gdy wstała wydawało mi się że urosłam o jakieś 2 metry. Podniosła swoje skrzydła. I nagle wszystko zaczęło się dziać w zwolnionym tempie. Skrzydła powoli zaczęły ruszać się w gore i w dół. Zaczęłyśmy się podnosić.


Udało się. Nareszcie się wzniosła.


"Nareszcie" szepnęłam do niej. "Nareszcie ci się udało"


Obróciła głowę. Znowu to zobaczyłam tę miłość. Ale teraz nie zniknęła. Nagle...


Coś skrzypło. Usłyszałam to, ona też. Skręcacz nie wytrzymał. Linka pękła i zwaliłyśmy się na ziemię.


Wpadłam i potoczyłam się po ziemi. Straciłam przytomność...


Kiedy się obudziłam, wszędzie było biało. Nagle biel się poruszyła. To Śnieżka położyła się obok mnie, przykryła mnie skrzydłem. Patrzyła na mnie zatroskanym wzrokiem. To było najbardziej wzruszające ze wszystkiego co zrobiła. Coś nagle we mnie pękło. Cała złość, wszystko co do tej pory czułam znikło. Została tylko miłość i żal do samej siebie. Łzy stanęły mi w oczach. Zaczęłam płakać. Wtuliłam się w nią i płakałam nie pamiętam jak długo. A ona wtuliła swoją głowę i dmuchnęła mi we włosy. A ja śmiałam się przez łzy. Teraz żałość też uleciała.


Tylko szkoda mi było smoczycy, bo jej marzenie jak na razie nie zostało spełnione...



Rozdział 6

"Już niedługo"


Zrobiło się już ciemno. Musiałam już wracać. Skrzydło niestety nie wytrzymało, pękło w połowie.


Nie mogłam jak na razie spełnić jej marzenia. Gdy szłyśmy z powrotem niosła mnie na swoim grzbiecie. Przyjemnie było się tak w nią wtulić.


"Przepraszam" powiedziałam.


Ona w odpowiedzi tylko gardłowo się zaśmiała.


"Przecież nam się udało. Może tylko się uniosłam, ale leciałam." odparła.


"Razem z tobą. Dziękuje." dodała szeptem.


Uśmiechnęłam się pod nosem.


Nareszcie mi zaufała. Byliśmy już przy wyjściu. Zsiadłam i zdjełam jej skrzydło. A gdy zabrałam się za siodło, po zdjęciu z zadowoleniem odparła:


"No wreszcie to zdjełaś, niewygodne strasznie to było. Nie możesz zrobić lepszego?" zapytała "Najlepiej takie ładne pasujące do mnie a nie takie."


Smoczyca miała racje. Siodło robiłam byle jak. To proteza była wtedy ważniejsza.


-Pff... Dobrze - powiedziałam lekcewarząco.


"A i dasz mi te ryby w końcu?" zapytała ze złością.


-Uhhhh...-wysypałam ryby przed jej pyskiem.- Proszę, smacznego, i do zobaczenia-powiedziałam.


Ona zamruczała mówiąc że rozumie i zaczęła je jeść. Jednak nagle przestała. Z przerażeniem patrzyła na jedną, śmierdzącą , strasznie długą żółto czarną rybę.


"Co jest?" zapytałam.


A ona tylko podskoczyła, i zaczęła na mnie warczeć.


"Zabić mnie chcesz czy co? Weź to coś sprzed mojego pyska. Jest ohydne." .


Uderzyła w węgorza ogonem, i dostałam nim prosto w twarz. Zatoczyłam się do tyłu.


-Błeeee... Ej no!- krzykłam.


"Masz za swoje. Huehuehue." i śmiała się wrednie jak zwykle.


-Grrrrr...-zawarczałam pod nosem. "Czekaj tylko" pomyślałam "Zaraz ci pokaże" .


Rzuciłam tą rybą. Dostała nią prosto w pysk. Gdy się zorientowała zaczęła się rzucać jak szalona. Niestety węgorz zaplątał się jej w sierść. Wiłam się ze śmiechu na ziemi, nie mogłam złapać oddechu.
Skakała tak przez 10 minut, próbując na różne sposoby pozbyć problemu. Nareszcie się jej udało.
Obrażona udała się w głąb jaskini. Jednak w oczach miała te swoje ogniki. Zaczęłam się bać i myślałam czy aby na pewno przyjść jutro do niej czy poczekać kilka dni aż zapomni.
Po dłuższym namyśle powiedziałam sobie że ona i tak tego nie zapomni. Po prostu muszę się przygotować na to co na mnie szykuje.


Schodząc z gór o 30 kg lżejsza, rozwarzałam następne modele skrzydeł dosyć odpowiednie na taki ciężar. Byłam już przy wiosce gdy usłyszałam krzyki. I ryk dosyć wielkiego smoka.


Zaczęłam biec, wbiegłam na drogę i ujrzałam.


Krajobraz był straszny. Pełno palących się domów (teraz już wiecie dlaczego większość domów jest nowa), rozwalona zbrojownia, wielkie braki owiec i ludzie... walczący ze smokami.


Schowałam skrzydło, siodło i resztę moich rzeczy. Pobiegłam prosto do domu. Mijałam wielu mieszkańców, w tym pana Jorgensona, Hoffersonów, Svena i całą resztę. Zobaczyłam również naszą ekipę przeciw pożarową. Astrid, Śledzik, Bliźniaki i Smark- wszyscy gasili ogień. Trochę im zazdroszczę, Czkawka też. My dwoje musimy użerać się z Pyskaczem w gorącej kuźni. Naprawiać te cholerne pokrzywione miecze i topory, szlifować oraz ostrzyć nowe bronie. Tworzyć też całkiem nowe rzeczy...


Tym razem nie biegłam prosto do kuźni. Nie dzisiaj. Dzisiaj chcę porozmawiać ze smokami, porozumieć się z nimi. Znalazłam kilka smoków. Były to Gronkle. Nikogo obok nich nie było. Podeszłam. Chciały mnie zaatakować.
"Nie chce zrobić wam krzywdy, chce tylko się czegoś dowiedzieć" powiedziałam.
"A czego to od nas może chcieć taki niewyrostek? I jak możesz nas rozumieć?"
"Poznałam wasz język i zachowania kiedy byłam wśród was pierwsze 3 lata swojego życia" odparłam "I chce wiedzieć tylko dwie rzeczy. Dlaczego nas atakujecie i po co?"


"Nie z własnej woli to robimy lecz po to by przeżyć." odpowiedział jeden ze smoków.


Chciałam się zapytać dla kogo to robią, lecz ujrzałam lecącą prosto na nie sieć. To tata.


-SARA, UCIEKAJ MI STĄD JUŻ, NIE CHCE CIĘ TU WIDZIEĆ!!- krzyknął tak że prawie wywaliło mi bębenki.


Zaczęłam uciekać. Jak najdalej, tylko by stąd uciec.


Atak smoków trwał jeszcze z 3 godziny. Przez ten czas ukryłam się w domu. Gdy wrócił tatuś, urządził mi niezłą awanturę. Gdy na mnie krzyczał nie odzywałam się wcale. Wreszcie skończył, a ja już miałam wszystkiego dość. Chciałam tylko spać, tylko się położyć i spać...


Następnego ranka przypłynął pewien statek. Jak co tydzień Johann Kupczy przywiózł nam swoje towary zdobywane za wymianę z innymi lub zdobyte przez niego.


Wioska była w ruinach dlatego mieszkańcy dosyć dużo kupili. Ja też musiałam zdobyć kilka rzeczy. Przede wszystkim nową linkę i kilka metali do skrzydła. I białą skórę do siodła.


Weszłam na statek.


-A kogóż to moje piękne oczy widzą. Panienka Sara jak mi miło.-zaczął- Czy jest czymś panienka zainteresowana? Może najlepszy materiał na śliczną sukienkę, najlepszy jedwab prosto od żółtych ludzi ze Wschodu?-zapytał.


-Dziękuje ci bardzo za propozycje ale nie tego szukam-odparłam- Czy masz może Johanie jakąś dobrą linkę do utrzymania bardzo dużego ciężaru? I jeszcze białą skórę? -zapytałam.


-Hmmmm... Zobaczmy.


Zaczął grzebać w jakimś pudełku.


-Aha... - wyciągnął przezroczystą linkę- oto najlepsza jaką mam. Potrafi wytrzymać nacisk ponad 1500 kg chociaż jest bardzo cienka. A biała skóra jest tam w kufrze.


-Dziękuje ci , co byś za to chciał? Mogę ci dać kilka swoich rysunków. -zaproponowałam.


-Bardzo bym poprosił!- powiedział entuzjastycznie- dość rzadko proponujesz mi wydanie swoich rysunków. Poprosił bym z trzy


-Dobrze zaraz przyniosę.


Na pokład wszedł tata. Pewnie znowu jakiś miecz kupi.


-Witaj Johanie czy masz może jakiś dobry topór? Pilnie potrzebuje bo Berserkowie ze Zduśnopysznym przypływają na Berk.-zapytał.


-Ależ oczywiście dla wodza Berk wszystko.-odpowiedział Johann.


Po chwili dopiero zaczęłam sobie zdawać sprawę z tego co powiedział.
Berserkowie na Berk. A skoro będą tu Berserkowie to będzie i on...


Rozdział 7

"Nieodwzajemniona miłość"

Berserkowie na Berk... Najgorszy możliwy scenariusz jaki może być. Znowu będę wyglądać jak kaczka. Wszędzie za mną, krok w krok będzie szedł On...



"Dagur"



Wzdrygnęłam się gdy o nim pomyślałam. Kolejny dzień zmarnowany, albo dwa dni. Zawsze znęcał się nad chuderlawym braciszkiem. Uważał to za zabawę. Kiedy pojawiam się ja przestaje się "bawić" z Czkawką i staje się potulny jak baranek. Jak już powiedziałam chodzi wtedy za mną krok w krok. Mieszkańcy wioski patrzą wtedy tak dziwnie, jakby nie widzieli w życiu nic bardziej słodkiego. Właśnie schodziłam ze statku, gdy usłyszałam za sobą głos taty.

-Nie waż mi się nigdzie uciekać, słyszałaś?

-Wcale nie miałam zamiaru!-odpowiedziałam.

Jednak tatuś dobrze zna moje myśli. Mogłabym uciec nawet bez porządnego prowiantu, ubrania byle tylko jak najdalej.

Jak na razie nie miałam po co wracać w góry. Śnieżka zła, skrzydło zepsute, siodło niewygodne. Poszłam do kuźni i wziełam się za robotę.



Berserkowie przypłynęli trzy godziny później, a ja dopiero skończyłam siodło. Tata szedł z Czkawką u boku. Ja nie miałam zamiaru tam iść. Chciałam schować się w składziku na złom, ale Pyskacz mnie zauwarzył.

-Ooooo... Nie chcesz spotkać się z twoim księciem z bajki?? - zażartował.

-Nie dzięki. Wolałabym być napastowana przez smoka.

"i jestem" - przytaknęłam sobie w myślach.

- Heh. Daleko nie zajedziesz z takimi myślami. Lepiej brać póki chce. - i mrugnął.

-Ta jasne, to co pomożesz mi? -zapytałam- Proszę.- i zrobiłam te swoje wielkie oczka. Zawsze to działało.

-No dobrze łamaczko serc możesz się tu ukryć. - odparł z politowaniem- ale ostrzegam ze oni mogą tu wejść w każdej chwili.

- Dziękuje, o dzęki dzięki dzięki! - i uściskałam go z radości- będę tutaj cicho jak myszka.

-Dobrze.-odpowiedział Gbur



Wyszedł a ja się schowałam. Było dosyć ciasno a po chwili zrobiło się nudnawo, ale na szczęście wziełam swój blok i węgielek. Zaczęłam od nowa konstruować protezę. Nagle usłyszałam głosy. Uchyliłam lekko okienko. To był Czkawka w towarzystwie Dagura. A Dagur jak to Dagur nie szczędził mu docinek...

-Jesteś taki chudziudki że nawet smoki cię nie zauwarzą. Hah. A te rączki to jak na jedenastolatka, rączki niemowlaka. Takie wiotkie i gumowe bez mięśni. Hahaha...- śmiał szatańsko.

-I co ci do tego? Jak dorosnę będę przynajmniej mądrzejszy od ciebie.- wyzwał Czkawka.

- Chcesz w gębe, co ciamajdo? A może w brzuch... Albo w nogę...- i za każdym razem gdy coś wymieniał tak go bił.

Pokiereszowany braciszek nawet nie pisnął, ani nie zapłakał a ciosy były dosyć silne.

Chwilkę później Dagur znów zaczął go okładać.

Aż w końcu przestał...

Bo zobaczył mnie.



Nie wytrzymałam i wyszłam ze swojej kryjówki. Patrzył na mnie jak zawsze tymi maślanymi oczami. Był trochę starszy od nas i tego się najbardziej bałam. Dobrze że skończyliśmy z tradycją ożenku przymusowego bo w tej chwili nie chciałam mieć nic wspólnego z tym głupkiem...




Rozdział 8

"Rany"



Kiedy pierwszy raz go spotkałam miałam wtedy z 5 lat. Przypłyną na statku był normalnym dzieciakiem.


Bawiłam się, jak to dziewczynki w moim wieku, w dom. Dagur podszedł do mnie i zapytał czy może się przyłączyć. Pozwoliłam mu. Ja byłam mamą, a on tatą.


I od tego się wszystko zaczęło...



Dzisiaj jest takim większym, szalonym dzieckiem. Znęcającym się nad młodszymi, słabszymi. A ze smokami odnosi się w sposób...


Okrutny.



Teraz patrzył na mnie jak na obrazek.


Wiedziałam co teraz będzie chciał powiedzieć.


-Witaj kwiatuszku, jakże dawno cię nie widziałem. Jak zwykle jesteś piękniejsza od niejednej gwiazdy. - słodził tak że o mało nie zwróciłam.


-Nie tęskniłam zbytnio za tobą... A widzieliśmy się jakieś dwa tygodnie temu. -odparłam sarkastycznie.


Zerknęłam na Czkawkę. Chyba chciał wstać ale złapał się za rękę. Grymas bólu pojawił się na jego twarzy.


"Muszę szybko spławić tego głupka"


-Ja przeciwnie bardzo za tobą tęskniłem... Kazałem nawet namalować twój portret i powiesić nad swoją pryczą. Nazwałem też twoim imieniem mój nowy topór...- i pochwalił się nim.


Zmieniłam taktykę.


-Jestem bardzo zaszczycona, i wniebowzięta... Ko-kochłanie.- czułam że śniadanie podchodzi mi do gardła- I mam do Ciebie jedną prośbę najdchroższy... Błłe...


-Tak skarbeńku, dla Ciebie wszystko.


-Czy mógłbyś przynieść mój blok?? Do rysowania. Narysowałabym wtedy Ciebie by co rano cię oglądać.- teraz poszło łatwiej.

Nie trzeba mu było powtarzać. Popędził tak szybko jak mógł.


Gdy był już daleko. -Heh... Głupek.



Spojrzałam na brata. Był zdziwiony.


-Czemu jeszcze nie uciekasz?? On zaraz tu będzie.


Pomogłam mu wstać. I sięgnęłam do torby. Wyciągnęłam... Blok i węgielek.


-Zbyt szybko to tego nie znajdzie.- i mrugnęłam do niego.


A on zaczął się śmiać a ja razem z nim.


Poszliśmy się schować za twierdzą. On usiadł. Ja też. Tak bardzo mnie korciło żeby mu wszystko opowiedzieć o Śnieżce. Odrzuciłam te myśli. Zamiast tego zaczęłam oglądać jego rany.


Miał rozciętą wargę, pokiereszowane kolano, pełno sińców a największy na brzuchu, i kilka zadrapań. A jego ręka miała dziwne ustawienie.


Gdy dotknęłam jego rękę syknął z bólu.


-Jeśli mi na to nie pozwolisz to będzie jeszcze gorzej.-powiedziałam z groźną miną- a rękę chyba masz złamaną. Trzeba szynę założyć. Poszukam Pyskacza ok? -zapytałam.


-Dobrze ale pośpiesz się-odpowiedział- i masz wodę?


Pogrzebałam trochę w torbie. Dałam mu bukłak. Dość dużo wypił.



Ja popędziłam do kuźni jak szalona. Pyskacz był przy kowadle. Naprawiał miecze.


-Pyskacz! -krzykłam- Choć szybko jesteś potrzebny, Czkawka ma złamaną rękę.


-Co?? Już lecę!- i pobiegł za mną.


Byliśmy tam raz dwa. Pomogłam Czkawce dojść do domu. Tam Gbur go wziął i powiedział że się nim zajmie. Nie zadawał żadnych pytań. I za to mu dziękowałam. Chociaż pewnie wie kto to zrobił.



I nagle mnie coś naszło...


Dagura nie było w naszym domu, taty i wodza Berserków też...


Gdzie oni byli? I wtedy usłyszałam. Potworny ryk z areny... I nagła cisza.


"O nie..." i zaczęłam płakać.


Słyszałam co powiedział ten smok...


"Jeśli zginę to tylko przez was... Moje pisklaki też..."



Wreszcie odpłynęli. Przez ten czas siedziałam w domu przy braciszku.


Pocieszałam go, rozmawiałam z nim. Dzięki temu trochę zapomniałam o tej smoczycy.



Po chwili naszła mnie myśl. Jakiego Śnieżka jest gatunku? Znam ją już od trzech tygodni a nadal nie wiem jakiego jest gatunku.


Właśnie do domu wrócił tata.



-Tato? Gdzie jest Księga Smoków...



Rozdział 9

„Smoczy Yeti"


Jak mogłam być tak beznadziejna że nawet nie wiem jakiego gatunku jest mój smok. Tata powiedział że Pyskacz ma Księgę. Poszłam do niego i znalazłam go jak zwykle kiedy ostrzył topór.


-Pyskacz, gdzie masz Księgę Smoków?! -starałam się przekrzyczeć hałas.


-Co?? Aa... Jest gdzieś tam poszukaj. -odpowiedział.


Poszłam do wskazanego miejsca. Było tam pełno rupieci. Kilka książek, ale Księgi tam nie było.


- Pyskacz gdzie ta Księga! -krzykłam.


Usłyszał to wymamrotał coś, czego nie zrozumiałam. Podszedł do książek i wręczył mi jedną
.

"Księga soków" taki tytuł nosiła książka.

Stałam jak wryta w ziemię, spojrzałam na Gbura. Zdawał się być zdenerwowany tym że przeszkodziłam mu w pracy. Wnerwiłam się nie na żarty.


-Pyskacz... To nie ta książka...-powiedziałam przerażająco spokojnie.- chodziło mi o "Księgę Smoków".


-Nie mam jej, sprawdź czy nie ma jej w Twierdzy.- odpowiedział.


Tym razem nie wytrzymałam. Szłam w kierunku Twierdzy, a każdy kto mnie widział, zaraz uciekał w popłochu. Wiedzieli dobrze że może mi odbić. Gdy doszłam do drzwi, kopnęłam je najmocniej jak mogłam, a huk przy otwieraniu był tak potężny, że zmiotło z ławek najbliżej siedzących. Wziełam głęboki oddech...


-GDZIE DO CHOLERY JEST SMOCZY PODRĘCZNIK!- krzykłam tak że echo powtarzało się chyba z 20 razy.


Ktoś położył Księgę na stoliku i uciekł jak najdalej. Wziełam ją i poszłam w kierunku domu.
Tam zastałam tatę, który jak zwykle strugał z drewna. Usiadłam przy kominku i zaczęłam wertować książkę. Smoków było tam pełno. Od Gromogrzmota do Sidlaża, Parzypluja aż w końcu Nocnej Furii, której strona była prawie pusta.


Nigdzie jednak nie było napisane o smoku białym jak śnieg.


-Tato?


-Tak córeczko?


- Czy widziałeś kiedyko
lwiek smoka, który był cały biały i miał futro zamiast łusek? -zapytałam.


Tata zrobił zdziwioną minę, jakby nie wiedział o co mi chodzi. Nagle na jego twarzy zakwitło zrozumienie.


- Chodzi ci o "Smoczego Yeti"? To były zaiste przerażające smoki. Nazywane były Śnieżnikami Północnymi,
wywoływały lawiny i atakowały podróżników w górach. Teraz tych smoków już nie ma. -odpowiedział.


- Ale jak to nie ma? Co się z nimi stało?-próbowałam ukryć zaskoczenie.


- Wybiliśmy je wszystkie 8 lat temu w Nocy Śniegu. Nie powinny przetrwać żadne z tych smoków. -zamyślił się- widziałaś może jakiegoś w górach?


- Nie nie widziałam.- skłamałam.


- To dobrze. -odpowiedział z ulgą.


- To ja idę na chwile do Czkawki a później pójdę coś zrobić u Pyskacza.-powiedziałam.


Kiwnął głową a ja weszłam na górę. Leżał w łóżku, chyba spał. Niestety go obudziłam.


-Hej. Jak się czujesz? - zapytałam.


-O wiele lepiej niż wcześniej. -odparł z uśmiechem- dzięki że się mną opiekujesz

.
-Nie ma sprawy a i przyniosłam ci coś.- wyciągnęłam dwie wielkie gruszki i trochę suchego mięsa. - Gwizdnęłam Smarkowi. Hihi...


- Dzięki wielkie. Pewnie są pyszne.- powiedział Czkawka.


- To ja już się zbieram. Muszę coś załatwić... Do zobaczenia.- pocałowałam go w czoło.


-Heh. Do zobaczenia.


Popatrzyłam na niego przez chwilę, uśmiechnęłam się i wyszłam.
Musiałam przecież naprawić protezę, i dodać parę ulepszeń...





Rozdział 10

"Już niedługo..."


Trzeba zmienić linkę, zszyć materiał, zespawać metal, usprawnić je, by lepiej się układało podczas lotu. Siodło już zrobiłam. Wystarczy tylko teraz je przymierzyć.


Tylko że był już wieczór a tata na pewno będzie siedział przy kominku. Z ucieczki nici. A skrzydła nie ma gdzie schować. A może w tej wielkiej dziupli przy wejściu do wioski...


Wracałam powoli do domu. Rozmyślałam teraz jak udobruchać smoczycę. Muszę poszukać trochę tej smoczej trawy... I może jeszcze na wszelki wypadek wziąć ze sobą węgorza...


No nic o tym pomyślimy jutro.


Przed pójściem spać, zajrzałam do Czkawki. Siedział sobie na łóżku, popijał herbatę i...


Rozmawiał z tatą. Podeszłam powoli do drzwi i uchyliłam je lekko. Słyszałam to co mówili.


- Mam nadzieje że ją pilnujesz.-powiedział tata.


-Tak jasne skacze za nią na jednej nodze... Tato to trudne tak wypytywać ją o to co robi. Nic nie mówi, zrobiła się teraz cicha jak mysz.- odpowiedział braciszek.


-Tylko dlaczego się taka zrobiła? Zaczęła się tak zachowywać od kiedy Berserkowie do nas przypłynęli. Może to po tym twoim wypadku? -zapytał Stoik.


-Nie jeszcze trochę wcześniej... Myślę że od wtedy kiedy wróciła z tych gór. Może coś znalazła w tych górach i nie chce nam powiedzieć co.-odparł Czkawka.


-Nie wiem ale masz się tego dowiedzieć. Gdzie i po co ucieka, i co tam robi. Chce wiedzieć wszystko.-powiedział tata.


-Ta jasne to na pewno daleko zajdę... Chyba prędzej ty usiądziesz na smoku i na nim polecisz. Gdy Czkawka skończył mówić tata spojrzał na niego groźnie.


Ja stałam przy drzwiach, nie wiedząc w ogóle co się stało... Jak oni mogą mi to robić. Dopiero po chwili to do mnie dotarło. Trzeba mieć się na baczności.


Gdy tata właśnie miał wychodzić, ja otworzyłam drzwi i jak gdyby nigdy nic weszłam do pokoju.


-O tata, ty tutaj? O co chodzi? Co macie takie miny?- zapytałam i uśmiechnęłam się. Starałam się być zdziwiona ich widokiem oraz ukryć niepokój.


-Nic rozmawiałem z twoim bratem o takich naszych męskich sprawach, no wiesz o co chodzi.-odpowiedział zakłopotany.


- Ale przecież wy prawie wcale ze sobą nie rozmawiacie, a jak już to tylko wtedy jak zrobił coś nie tak.- odpowiedziałam zaskoczona- Czy coś się stało?


Tata wyglądał tak jakby wyzionął ducha. Czkawkę zamurowało kompletnie. Pewnie nie wiedzieli co teraz powiedzieć. Dobrze im tak.


Weszłam na górę i położyłam się spać. Pod kołdrą było tak ciepło..

.
Następnego ranka wstałam bardzo wcześnie rano. Nie chciałam żeby mnie zauważyli ale i chciałam jak najwięcej czasu spędzić ze Śnieżką. Zresztą musiałam się przygotować na jej niespodziankę.


Wyszłam z domu po cichutku. Czkawka prawie się obudził ale na szczęście chyba mnie nie usłyszał. Wyciągnęłam protezę oraz siodło z dziupli i poszłam w kierunku lasu. Tam zebrałam trochę trawy, i złowiłam ryby do siatki. Gdy w końcu zakończyłam przygotowania było coś koło późnego ranka.


Wyruszyłam w góry. Po drodze nie spotkało mnie nic ciekawego poza znalezieniem kilku zamarzniętych tarcz i mieczy, które zauważyłam dopiero teraz.


"Pewnie pozostałości po tej całej Nocy Śniegu." pomyślałam.


W końcu doszłam do jaskini. Było zupełnie cicho. Za cicho...


Pełna obaw wkroczyłam do niej. Śnieżki ani widu ani słuchu. Przeszłam jeszcze tylko kilka metrów a tu nagle... Jak mnie nie grzmotło o ziemię to tylko ze smokiem na brzuchu. Poczułam na sobie jej śliski jęzor. Wylizała mnie od góry do dołu, tak że wyglądałam jak jeden wielki glut. Smoczyca odsunęła się ode mnie podziwiając swoje dzieło. A te jej roziskrzone oczy (tym razem pełne radości), eh szkoda gadać.


Nie zauważyłam kiedy ta ślina zamarzła. Nie mogłam się prawie ruszyć.


-Błeee... No wiesz co a ja taka dobra chciałam być, pogodzić się z tobą a ty mnie tu oblizujesz tak że teraz nawet się ruszyć nie mogę.-powiedziałam zrezygnowana.


"Przynosić mi jedzenie to twój obowiązek, ja tu powoli zaczynałam umierać z głodu. Ciesz się że tylko cię wylizałam zamiast cię zjeść"- odpowiedziała lekceważąco.


-Haha ale śmieszne. Nie mogłabyś mnie zjeść, bo kto by ci później ryby przynosił.-odparłam złośliwie.- To ktio jeśt głodni cio?


I pomachałam jej rybą przed pyskiem. Ta tylko ją złapała zębami, szarpnęła łbem a w mojej ręcę został tylko ogon tej ryby. Zrezygnowana wysypałam resztę ryb a ona zamruczała i wzięła się za ich pałaszowanie. Gdy tak jej się przyglądałam, zauważyłam nieznacznie że smoczyca zerka to na siodło to na protezę.


-Dzisiaj spróbujemy nie tylko się wznieść ale i polatać.-powiedziałam cicho.


Śnieżka zerkała teraz na mnie a w jej oczach było widać determinacje i zawziętość, ale także i zaufanie...



Rozdział 11

"Lot próbny"

Gdy wreszcie zjadła ryby od razu paliła się do założenia siodła. Była taka podekscytowana że nie mogłam jej go założyć. Pasowało teraz idealnie. I nie było go widać. Skrzydło zakładałam delikatniej niż wcześniej. Ostrożnie je wyregulowałam, zaczepiłam i przypięłam wszystkie linki oraz paski. Przed lotem trzeba było oczywiście sprawdzić czy działa. Nie było żadnych problemów. Wskoczyłam jej na grzbiet, przypięłam się żeby nie spaść jak ostatnio i ruszyłyśmy w ciemność. Jak zwykle przy blasku niebieskiego ognia Śnieżki, towarzyszyła nam piękna błękitna poświata oraz odbijające się od lodu ogniki.

"Teraz na pewno nam się uda" powtarzałam sobie w myślach.

Doszłyśmy do polanki. Jak zwykle wiał tam odpowiednio dobry wiatr. Byłyśmy tylko my, wiatr oraz szum strumyka. Podeszłyśmy do krawędzi urwiska. Obydwie pewne swego. Spojrzałyśmy na siebie.

"Tym razem damy z siebie wszystko co nie?" zapytałam w języku smoków.

Śnieżka tylko dmuchnęła z determinacją aż dym jej z nozdrzy uleciał.

-Rozłóż skrzydła-powiedziałam.

Posłusznie jak zwykle w takich momentach je rozłożyła.

-No to dawaj! Pokaż na co cię stać! - krzyk łam.

Śnieżka rykła przeciągle i zdecydowanie. Skoczyła...

I znów jak ostatnio czas się zatrzymał. Widziałam tylko ośnieżone szczyty, las i ocean w oddali. Ta chwila zaczęła przyśpieszać...

Teraz tylko czułam tylko wiatr targający mi włosy, muskająca moją twarz sierść smoczycy i...


Wolność.


"Jak myślisz? Może już czas rozłożyć skrzydła?" zapytałam beztrosko.

"I na co jeszcze czekasz co?" odpowiedziała pytaniem.

Zaczęłam się śmiać. Pociągnęłam linkę i nagle poderwałyśmy się w górę...

-Udało się...-powiedziałam nie wierząc.

Śnieżka też tylko patrzyła przed siebie.

-Udało się...-powtórzyłam głośniej drżącym głosem- UDAŁO SIĘ!

I Śnieżka i ja ryknęłyśmy najgłośniej jak mogłyśmy. Śnieżka strzeliła swoim rozpuszczonym lodem. Ten rozpadł się, zamienił w mgiełkę i oszronił moją twarz oraz włosy. Ja płakałam i jednocześnie radowałam się. Śnieżka nie była lepsza... Robiłyśmy beczki, wkręty, piruety i wiele innych skrętów w powietrzu. W końcu zaczęłyśmy pionowo lecieć w górę. Wznosiłyśmy się coraz wyżej i wyżej i wyżej gdy nagle...

Usłyszałam zgrzyt...

Nie wiedziałam co się stało. Przez chwile jeszcze unosiłyśmy się w miejscu bo nagle zacząć spadać w dół. Na szczęście byłam przypięta do siodła. Sprawne skrzydło Śnieżka próbowała ustawić tak żeby był na nie choć jakiś opór powietrza. Proteza...

Po prostu się złożyła. Śrubka która przytwierdzała do skrzydła linkę obluzowała się. Dość szybko zbliżałyśmy się do ziemi. Śnieżka zaczęła powoli panikować. Ja też no ale co zrobić. Czując że postępuje głupio ale też że zbliżałyśmy się do ziemi odpięłam się od siodła i ukucłam na siodle.

Powoli przechodziłam po jej grzbiecie aż do skręcacza. Linka od protezy była uwiązana. Lekko ją pociągnęłam. Teraz sięgałam po końcówkę skrzydła. Ledwo mogłam ją złapać bo opór powietrza był dosyć silny. "Teraz tylko zaczepić linkę" myślałam " Tylko zaczepić ją o koniec protezy i przykręcić"

Już, już prawie...


Udało się. Przykręciłam ją i szybko usiadłam w siodle. Przypięłam się i odblokowałam czepnik.

Byłyśmy kilka metrów od ziemi. Podciągnęłam się do góry i jak nie szarpnęło kiedy wreszcie dwa skrzydła poszły w górę. Poleciałyśmy tak blisko ziemi aż śnieg i lód który był pod nami rozbryzgiwał się i tworzył płytki rowek. -Łuuuuuuuchuuuuuuu... Ale to było EKSTRA!- krzykłam- Zrobimy tak jeszcze raz?- zapytałam sarkastycznie.

Smoczyca odwróciła głowę patrząc na mnie pytającym wzrokiem.

"Prędzej bym odleciała do ciepłych krajów, niż znowu takie coś zrobić" odparła.

Uśmiechnęłam się złośliwie i znów dałam się ponieść emocją. Upojone wspaniałym lotem nie zauważyłyśmy nawet że słońce już zachodzi. A my lecąc oglądałyśmy chyba pierwszy raz zachód słońca oraz krajobraz wyspy Berk z tej perspektywy...



Rozdział 12

"Choroba"

Od tamtej chwili trochę minęło. Teraz takie loty były dla nas codziennością. Okazało się że Śnieżka jest bardzo szybka i zwrotna. Po kilku dniach takich lotów byłyśmy już władcami powietrza. Raz nawet udało nam się dogonić tą Nocną Furie a leciała ona najszybciej jak mogła. W śrubach, piruetach i innych manewrach byłyśmy niezwyciężone. Wstawałam tak wcześnie jak mogłam by tylko być razem ze smoczycą. Zawsze ktoś za nami szedł. Widziałam Czkawkę, Pyskacza, kilka razy tatę kiedy nie wyruszał na te swoje wyprawy, i kilku innych mieszkańców których tatuś nieźle zmobilizował do działania. Jako że las i góry znałam na wylot dosyć łatwo im uciekałam. Dodatkowo też przeniosłam się ze Śnieżką na niższe tereny by łatwiej mi było wtaszczać te coraz większe kilogramy ryb. A smoczyca ciągle chciała więcej.

Znalazłyśmy dosyć obszerną jaskinie u podnóża gór. Nie musiałam też codziennie ubierać się jak na cebulkę.

Niestety stała się rzecz na która oby dwie nie byłyśmy zbytnio przygotowane. Jakieś pięć dni od przeprowadzki Śnieżka zaczęła się dziwnie zachowywać. Gdy bawiłam się z nią w "co mi zrobisz jak mnie złapiesz", kiedy ja byłam ta co goni, wpadła w szal po tym jak dotknęłam ja w pewnym miejscu za szyją.

Powoli się odsunęłam.

-Heeeeej... Kochana co się stało?-zapytałam- Jesteś zła że ze mną przegrywasz.

-Grrrrrrrr...- echo brzmiało w jaskini.

-No już, już... Spokojnie. Co się sta...

Urwałam. Śnieżka upadła na ziemie i ciężko dyszała. Nie mogła złapać tchu.

-Śnieżka! Kochana zrób coś, powiedz coś. Nawet coś złośliwego i wrednego ale powiedz...-smoczyca przestała głośno dyszeć, ale zaczęła nerwowo ruszać łapami.

Otworzyła oczy. Zobaczyłam w nich strach. Wpadłam w histerię.

-No nieee~ Co mam robić? No powiedz coś, cokolwieeek~ Śnieżkaaa...- łzy popłynęły mi po policzkach.

Smoczyca patrzyła na mnie żałośnie i współczująco. Trąciła moją nogę pyskiem i położyła swoją głowę na moich kolanach. I to chyba był największy wysiłek na jaki był ja wtedy stać. Zamknęła oczy.

Było mi tak strasznie źle.

" Co mogło się stać takiego ze zaczęła się tak zachowywać. Dlaczego zachorowała?" Nie mogłam sobie odpowiedzieć na to pytanie. "Może to przez to ze tak codziennie latałyśmy, i wtedy nie stać ja po prostu na taki wysiłek. A może to przez to że tyle jadła."

Albo...

I wtedy wszystko mi się rozjaśniło.

" A może jej po prostu jej za gorąco! Przecież cały czas siedziała w niedostępnym, przysypanym przez śnieg górskim szczycie! Zmiana klimatu tak jej dokuczyła."

I czym prędzej ją obudziłam. Nie chciała wstać, albo może po prostu nie mogła.

Pomogłam jej trochę. Po kilku chwilach stanęła chwiejnie na czterech łapach. Ostrożnie wyprowadziłam ją a w wyjściu jaskini wsiadłam na jej grzbiet. Smoczyca stawiała opór. -Spokojnieee... No już, ciiiiii...

Chce ci pomóc. No dalej wznieś się zrób to dla mnie i dla siebie. - szeptałam uspokajająco.

Obluzowałam zacisk. Posłusznie rozłożyła skrzydła. Zaczęła nimi ciężko machać kiedy leciałyśmy w góry. Ale przynajmniej już tak nie dyszała. Rześkie chłodne powietrze chyba zadziałało. Wyrównała lot. Teraz spokojnie się wznosiłyśmy. Mi też zrobiło się lepiej. Zarówno fizycznie... jak i psychicznie. Popatrzyłam na smoczyce. Była spokojna. -Już wszystko będzie dobrze... Już nigdy cię nie opuszczę...- mówiąc to robiłam się coraz bardziej senna. Wleciałyśmy w mgłę. Było cicho. Za cicho...

Obie później doświadczyłyśmy czegoś, czego nigdy już nie chcemy doświadczyć...



Rozdział 12

"Wyspa Kłopotów"

Leciałyśmy dosyć długo. Albo może po prostu czas się tak dłużył, tego nie wiem. Wtedy byłam tylko ona i ja. Gdy mgła się przerzedziła za sobą i przed sobą widziałyśmy tylko morze. Kilka godzin, albo może minut, później zobaczyłyśmy w oddali wyspę. Była stosunkowo mała, a noc już była w pełni. Postanowiłam że tu wylądujemy. Miałam nadzieje że nic tam nie znajdziemy. I miałam racje. Nie było nic, żadnej żywej duszy. Nawet smoków co było dziwne...

Znalazłyśmy całkiem miły zagajnik. Śnieżka była troszkę zmęczona ale nie dawała tego po sobie poznać. Mnie sen też powoli zaczął nużyć. Podeszłam do smoczycy, położyłam się obok niej a ona rozłożyła swoje skrzydło i przysunęła się. Opatuliła mnie nim a ja przytuliłam się do jej puszystej sierści.

Było tak cieplutko...

Nazajutrz słoneczko wstawali leniwie. Wyspa była utopiona przez mgłę a na trawie iskrzyła się rosa. Podniosłam skrzydło, i wciągnęłam mgliste powietrze.

Podeszłam do Śnieżki, która leniwie rozłożyła się na trawie. "Wstawaj dalej trzeba znaleźć coś do jedzenia" powiedziałam z przekąsem.

"Sama idź, ja jestem chora..." i artystycznie położyła się udając to jak strasznie jest chora.

-Uhhh... Co ja z tobą mam?- zapytałam sarkastycznie.

" Po prostu powiedz że mnie kochasz i że wszystko dla mnie zrobisz... Wtedy będę usatysfakcjonowana." odparła smoczyca.

-Tylko wtedy jeśli inni Wikingowie zaczną latać na smokach- powiedziałam- a to jest bardzo mało prawdopodobne...-dodałam.

-Grrrr...- usłyszałam. Ale to nie był głos Śnieżki. A w pobliżu nie było żadnego innego smoka.

Zaczęłam się bać a smoczycy chyba udzielił się mój nastrój.

-Dobrze... A teraz proszę... Chodź ze mną znaleźć coś do jedzenia.- powiedziałam przestraszona.

"W kupie zawsze raźniej nie?" zapytała niezdecydowana.

Parsknęłam śmiechem.

"A wiec jednak czegoś się boisz." mówiłam. "Śnieżko kochana... Czy słyszysz głosy?" Nie przestawałam chichotać.

Spojrzała na mnie z wyrzutem, lecz poszła razem ze mną.

Doszłyśmy do niewielkiego strumyka.

To złówmy jakieś ryby...-powiedziałam entuzjastycznie.

Ale Śnieżka nawet nie podeszła do rzeczki. Patrzyła wryta w wodę. Ja również spojrzałam. Strumień był pełen ryb... Ale nie takich jakich byśmy chciały... Były to podłużne, krwistoczerwone, żółto-czarne bądź niebiesko-czarne ryby.

Popatrzyłam na smoczyce. W jej oczach był strach.

"Hej Śnieżka? Wszystko gra?"zapytałam.

Spojrzała na mnie a jej źrenice się zwężyły. Wiedziałam już ze coś jest nie tak. Powoli zaczęłam się cofać. Nagle poślizgnęłam się.

Wszystko przez ta mgłę i rosę, trawa była zbyt śliska.

Wpadłam do wody. Węgorze zbliżały się do mnie. Byłam przerażona, głównie przez to ze nie umiałam pływać, no i przez te ryby. Zaczęły mnie atakować. Byłam zdezorientowana. Nie wiedziałam co robić. Brakowało mi powietrza. Wszystko zaczęło się robić ciemne. Nagle zobaczyłam przed sobą coś jasnego. Myślałam że to Thor zsyła dla mnie most do Walhalli.


Następne co pamiętam, to Śnieżka plująca wodą, i połowa węgorza leżąca obok niej. Ale gdzie była druga polowa...

Zakasłałam wypływając wodę.

"Śnieżka? Dziękuje ci, bardzo za uratowanie." powiedziałam serdecznie.

Nic nie powiedziała. Odwróciła się wolno i spojrzała na mnie żałośnie.

-Śnieżka? Wszystko z tobą dobrze??-zapytałam zdenerwowana.

"Nie za bardzo wiesz..." odparła cierpiąco.

Przestraszyłam się nie na żarty.

-Gdzie druga połowa węgorza? Nie mów mi że ją zjadłaś. Przecież mówiłaś mi że od nich chorujesz!

- powiedziałam zrozpaczona.

Niestety było już za późno. Jej oczy wydały się teraz takie wielkie. Jakby nie wiedziała co widzi.

Zaczęłam do niej podchodzić.

-Heeej? Śnieżyczko, jesteś tam. Haaaloo~ -powiedziałam- Widzisz mnie, albo chociaż rozumiesz.

Smoczyca spojrzała tylko na mnie przestraszona. -Śnieżka?

Gdy znów to usłyszała, spłoszyła się i zaczęła uciekać.

-Heeej Śnieżka. Śnieżka! Wracaj!!- krzyczałam za nią. Gdy biegła dalej pobiegłam za nią.


Lecz nie był to jeszcze koniec naszych kłopotów...



Rozdział 13

"To dopiero początek..."

Była za szybka. Dodatkowo jeszcze ta mgła. Chwile później straciłam ja z pola widzenia. Dobrze że dzień był po mojej stronie. Widoczność z minuty na minutę stawała się coraz lepsza. Biegłam jeszcze chwile, lecz po smoczycy ani śladu. Podparłam się o jakiś pień. Brakło mi tchu.

"Co jeszcze musi sie stać żeby pech mnie opuścił?" pytałam sama siebie. Nabrałam powietrza i z całej siły krzykłam:

-Śnieżka!! Wróć do mnie!

Żadnego odzewu. Miałam już dość tego wszystkiego...


.


Biegłam ile sił łapach. Nie czułam zmęczenia, strach dodawał mi skrzydeł. Nie mogłam ani odlecieć, ani zaatakować. Wszędzie było Coś słychać. Pełzanie węża który był jakieś 2 km dalej. Brzęczenie muchy, która siedziała na pobliskim drzewie. Nie chciałam tego słyszeć. Wszystko było takie głośne. A drzewa które widziałam były jakieś powyginane. Było mi tak gorąco. I chciało mi się...

kichać.

Nieprzyjemne to było no ale. Jednak najgorsze było to coś, czego tak bardzo się bałam. Straszny potwór. I chociaż jestem jednym z najstraszniejszych smoków, uciekłam przed tym jak tchórz. Słyszałam głos, głos tej wrednej, paskudnej dziewuchy. Zostawiła mnie i jeszcze nie rozłożyła mi tego skrzydła. Sama stąd uciekła, a mnie zostawiła. I to mnie najbardziej zabolało. Dlaczego po tak długiej przyjaźni ona mnie opuściła?

Wreszcie znalazłam kogoś kto mnie kocha ze względu na to jaka jestem a nie jak się zachowuje. Szkoda tylko że to nie smok, chociaż jest do niego bardzo podobna. I gdzie ona teraz jest...


.


Leżałam obok tego pnia i rozmyślałam co by tu zrobić żeby ją z tego wyleczyć. Smoczyca pewnie teraz siedzi gdzieś tam przerażona, smutna. Sama...


.


Nienawidzę węgorzy. Sprawiają same kłopoty. Było mi niedobrze, i tak mi się chce kichać...


.


Już miałam wstać kiedy usłyszałam potworny huk. Upadłam, i z wrażenia nie mogłam się podnieść. Co to mogło być?

-Śnieżka...


.


O rany. Co to było? Nie wiedziałam ze tak się stanie kiedy wreszcie kichnę. Niezła eksplozja i do tego lodowa. Podziwiałam ten mały, lecz dla mnie wielki krater. A kichać nadal mi się chciało. I do tego te potworne muchy brzęczą. Dosyć proszę. Potrząsałam głową jak oszalała. Dość już dłużej nie wytrzymam. I usłyszałam przeciągły gwizd.


~Shireeeeee...


.


Usłyszałam to. Ten narastający dźwięk. Była jak miód na moje uszy. Podniosłam głowę. Ujrzałam tylko małą czarna strzale na niebie...


.


Leciała prosto na mnie. Taka piękna. Koloru lazurowo-granatowego. Wylądowała przede mną majestatycznie. Rzuciła mi coś pod łapy. Było podłużne i też była to ryba, ale nie węgorz. Nie wiedziałam co to jest. Chciałam sie tej smoczycy o ta rybę zapytać ale juz jej nie było. Znikła. Znów zachciało mi się kichać. Szybko zjadłam ta rybę. I to był błąd... Zrobiło mi się jeszcze bardziej niedobrze. Była paskudna w smaku, jak rozgotowane mięso...


.


-Śnieżka!! Gdzie jesteś?! Haloo~-krzyczałam ale nikt nie odpowiadał.

Nie było słychać jej radosnego ryku. Trafiłam powoli nadzieję. Nagle usłyszałam szelest w pobliżu. Odwróciłam bezwiednie głowę. Machinalnie się odsunęłam ale to co wyskoczyło z krzaków było szybsze. Upadłam. Smok przygniótł mnie do ziemi. I popisał mnie po twarzy. Z pyska śmierdziało mu niemiłosiernie... Rozgotowanym mięsem.

Otworzyłam oczy a tu...

Wielka biała plama. Śnieżka?

Smok cofnął się i zobaczyłam te jej wrednie patrzą e na mnie oczy. Była normalna nie bala się mnie.

-Śnieżka... - głos zaczął mi drżeć- Heej kochana...- i jak to zwykle rozbeczałam się.

A ona znów mnie polizała.

-Fuuu... Bleee. Przestań śmierdzi ci z pyska...- powiedziałam, a ona zrobiła obrażona minę- Heh... Ale na prawdę zaraz ci nawpycham do pyska jakichś kwiatków.

A Śnieżka jak to Śnieżka, walnęła mnie ogonem z całej siły. Łzy cisnęły się do oczu,u z bólu, ale nie uroniłam ani jednej. Po prostu na nią Popatrzyłam a ona wiedząc co się świeci, zrobiła skruszony wyraz pyska.

"Niedługo ci się odwdzięczę."


.


W końcu jednak mnie nie zostawiła! Przez cały czas, szukała mnie. Choroba minęła. A ten węgorz którego zjadłam pewnie teraz gdzieś tam sobie leży... Kiedy usłyszałam wtedy jej głos, nie mogłam się powstrzymać biegłam ile sił w nogach. Teraz trochę żałuję za to ze uderzyłam ja ogonem, ona dosyć dobrze się mści. No ale nic w końcu i tak zawsze będzie mnie kochać ja to wiem...


.


No koniec trzeba było w końcu wrócić do domu. Wsiadłam na nią i poleciałyśmy na Berk. Było spokojnie jak zawsze. I tak będzie do końca. Lecz to był tylko początek naszych przygód. Czekało nas coś o wiele większego...


KONIEC



Dalsza część przygód niedługo :3

Link do dalszej części opo ;)

http://jakwytresowacsmoka.wikia.com/wiki/Blog_u%C5%BCytkownika:Cloudy1999/Sara_i_%C5%9Anie%C5%BCka_-_Nowa_Era





CAŁKOWITY REWRITE OPOWIADANIA

NIŻEJ LINK DO NOWEGO KONTA ORAZ OD RAZU NA BLOGA

MIŁEGO DNIA~

http://jakwytresowacsmoka.wikia.com/wiki/Blog_u%C5%BCytkownika:Akisiel/Ca%C5%82kowite_przeciwie%C5%84stwa

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.