FANDOM


Ok a więc:

  • Wszystko dzieje się 5 lat później,
  • Nowe postacie (oprócz Sary)
  • Nowe smoki (oprócz Śnieżki)
  • Już niedługo wydarzenia z JWS :3


Miłego czytanka :3

Prolog

Nic nic widzę. Jest bardzo mglisto. Zimno i ponuro jak zawsze. Wschody słońca są jak ogień piekielny a mgła otula wszystkie skaliste klify. Jest spokojnie. Szum fal odbija sie echem po skałach. Wszędzie mgła, mleczna mgła...


"Szybciej" usłyszałam. Coś zgrzytnęło, przyspieszyłam....


Poczułam wiatr we włosach, moich kasztanowych włosach. Nic nie było od tego lepsze...


...chociaż, może lepsze od tego...


...jest latanie nie samotnie...


...lecz razem, na zawsze...


...bez niej było tak inaczej...



...tak cicho, tak ponuro...


...nikt nie zwracał na mnie uwagi...



...teraz wszystko sie zmieniło...


..jesteśmy...


...JEDNOŚCIĄ!



Pojawiły sie przed nami skały. Jak tu teraz zrobić unik.



-To co robimy? Lecimy w gore czy omijamy? -Znałam odpowiedź ale musiałam zapytać.


Przyspieszamy. Skręt ostry w lewo, potem w prawo, skrzydła w górę, obrót, jeszcze kilka ostrych skrętów... Wyleciałam spomiędzy plątaniny tych skał. Mokra rosa na mojej sierści. Przyjemna wilgoć w pysku. Tak miło...

Ten piękny wschód słońca. Nic nam nie mówiło co mamy robić. Nikt nam nie rozkazywał. Byłam razem z nią i tylko to sie liczyło.


Byłyśmy.. .


WOLNE.


Rozdział 1

O rajciu co tu dużo mówić...


To znów ja. Sara "Smocza Księżniczka". Tak, teraz to przezwisko mi się podoba. Ludzie są juz dla mnie o wiele milsi. Nawet niektórzy się ze mną zaprzyjaźnili.

Na przykład taka Luna... Jest strasznie skryta w sobie, nie mówi za wiele ale na swoim postawić umie. Albo Ezra... Co tu dużo mówić, jest kochany. Bardzo dla mnie miły, nigdy złego słowa o nim powiedzieć nie mogę. Ja po prostu tonę w jego oczach, kiedy na mnie patrzy. On w moich też...

Nawet zaprzyjaźniłam się ze starszymi... Chociaż Smarka nadal nienawidzę. A z Astrid rozumiem sie jak nikt. Ale nawet Podwójna Głupota nie jest taka głupia... Nie no jest.



No ale nic. Mojego sekretu nikt jeszcze nie zna. Minęło sześć lat od mojego pierwszego spotkania z białym pomiotem szatana, i jakiejś wrednej divy. Wiele się od tego czasu zmieniło. Moje włosy pociemnały. Nareszcie nie są truskawkowe. Nie chce dużo zdradzać, ale trochę podszkoliłam się w walce. Diva mi w tym pomogła...



Tata mówił ze może będę mogła szybciej dostać sie na Smocze Szkolenie ale ja powiedziałam że nie chce zabijać smoków... Szkoda że nie widzieliście jego reakcji.



I oczywiście siodło oraz skrzydło Śnieżki zostało ulepszone. Wcześniej jej lot był tylko taki, byle jaki... Skrzydło było tak rozłożone, jak to drugie i lot mógł być albo pionowy, albo poziomy, albo jakiś dziwny. Nowe skrzydło pozwala wykorzystać wszystkie zalety zwinności i szybkości Śnieżki. Wymyśliłyśmy również ze smoczycą wiele różnych zabaw... Na razie wam o nich nie powiem.



I stało sie coś nadzwyczajnego. Nie wiem dlaczego, ale nie muszę nawet mówić językiem smoków by one mnie zrozumiały, one same jakby czytały mi w myślach. Smoki to naprawdę tajemnicze stworzenia...



Właśnie teraz siedzę przy urwisku, patrzę na morze i rysuje. Obok mnie, z niezadowoloną miną leży Śnieżka. Cały czas sie kreci, jakby Szeptozgon jakiś ją kłuł w <ehem>. Wiem ze jest znudzona, ale to była jej kara. Mogła nie zrzucać mnie z siodła. Wtedy może nie spadła by do wody...

A ta, jak mówiłam, chyba czytała mi w myślach: "Oj no dobrze, przepraszam, bardzo... Tylko proszę lećmy gdzieś." poprosiła z błagalną nutą w jej głosie.

-Nie. Nie chce mi się.- odparłam znudzona juz chyba z dziesiąty raz.

"No proszę, no dalej wiem że ty też sie nudzisz. Polećmy tam i pognębmy B..."

-Nie, a i tak gnębienie ich samotnie jest do dupy . Musiałybyśmy zebrać całą paczkę, żeby wykonać nalot. A nie chce mi sie ich szukać...- przerwałam jej.

"No to może polatamy...."

-Po korytarzach Szeptozgonów?-dokończyłam za nią. - Robiłyśmy to jakiś dzień czy dwa dni temu. One są w ciągłej gotowości, zaatakują nas jak tylko do nich wlecimy.



Smoczyca zrobiła obrażoną minę. Wiedziałam o niej prawie wszystko tak samo jak ona. Te sześć lat to dużo czasu na poznanie się.

"A Smocze Leże??" zapytała.

-A co chcesz poczuć trochę adrenalinki zwiedzając żołądek wielkiego smoka?- zapytałam sarkastycznie.

Tak, znalazłyśmy TO miejsce, miejsce które jest szukane przez wiele pokoleń wikingów. Ale nie mam ochoty powiedzieć o tym ojcu. Jest tam wielki smok, "Królowa".

Odkryłyśmy to za pomocą innych smoków. Ta tak zwana Królowa Smoków jest przerażająca. Ona pożera inne smoki za byle głupstwo. Ale oczywiście nie może sie równać z "Księżniczką".

Tak myślę...

Bo jeszcze nawet jej nie atakowałyśmy. No ale nic mamy czas...



Śnieżka przerwała moje przemyślenia.

"To co w końcu robimy?? Nuudyyy... Choć polecimy na Wys..."

-No nie! Uhhh... Rany czy ty zawsze musisz to robić?- wypomniałam jej.- No dobrze już, dobrze. Polecimy odwiedzić starych przyjaciół dobrze?? A później wracam do domu bo juz nie mogę...

Smoczyca zamruczała wesoło w odpowiedzi. Wsiadła na nią, odblokowałam skrzydło i poleciałyśmy spotkać sie z naszymi znajomymi.


Rozdział 2

Nasi znajomi...


Pewnie wiecie o kogo chodzi. A jak inaczej, no przecież ludzie jeszcze nas nie widzieli. Nasi koledzy to...

SMOKI.

Dwa Śmiertniki (rodzeństwo), Koszmar, Drzewokos, Zmiennoskrzydły i...

Straszliwiec Straszliwy.

Nasza ukochana paczka. Dosyć często razem z nimi wykonujemy naloty na Berk, ale tylko po to by zdobyć trochę jedzenia dla zgłodniałych smoków.

Razem tworzymy grupę uciekinierów, przed tyranią "Królowej". Większość z tych smoków ma dosyć duże blizny...

Po jej zębach.

Ale to nic jesteśmy Smokami. To ryzyko zawodowe.

Byłyśmy juz dosyć blisko naszej kryjówki. Dawno nas tam nie było.

Żaden nie stał na warcie. Znowu. Ehhh... Przecież w każdej chwili mogą przylecieć tu inne smoki i zanieść tej <eeee> *bip* całe nasze zapasy.

Wleciałyśmy do jaskini a tam przywitały nas ostrzegawczy warkot...

Śnieżka rykła i się uciszył. Przez chwile było cicho i nagle...

Wszystkie sie do nas rzuciły. Minerva prawie że udusiła mnie swoja masą. Vanish nie dość ze pojawił sie znikąd, to jeszcze prawie rozpuścił mnie swoim kwasem. Śnieżka też nie miała za dobrze...

Oby dwa Śmiertniki z radości rozwinęły kolce ze swoich ogonów, i już biegły. Fresh z lewej, Friuty z prawej. Smoczyca zgrabnie je wymknęła ale niestety wpadła w skrzydła Trena, który ze szczęścia zaczął ją tarmosić. Do tego jeszcze wróciły Śmiertniki i wbiły sie jej w ogon. Biedulka zaczęła wyć strasznie z bólu. Rodzeństwo wystraszone takim odzewem szybko odskoczyło i schowało sie za skałami.

Tylko Platon siedział cicho i patrzył na nas z jakimś takim politowaniem...

Mnie wreszcie udało sie podnieść. Cała obolała podeszłam do przestraszonych Śmiertników. Trzęsły się ze strachu. Dotknięciem ręki uspokoiłam je. Odwróciłam się w stronę Śnieżki. Była bardzo zła i już szła w tym kierunku. Maluchy znów zaczęły uciekać.



"WRACAĆ MI TU ALE JUUŻ!" ryczała smoczyca " ZARAZ WAM ODDAM TE WASZE KOLCE MOŻECIE JE SE..."

-ŚNIEŻKA!! -wydarłam się- PRZESTAŃ TO DZIECI PRZECIEŻ JESZCZE!

"NO I CO Z TEGO! NIECH SIE DO CHOLERY WRESZCIE TEGO NAUCZĄ. NA. MNIE. SIĘ. NIE. RZUCA. BEZ. POWODU!!!" rykła jeszcze głośniej.

-NO TO KURDE JE TEGO NAUCZ A NIE RYCZYSZ O BYLE CO!! NIECH CI LEPIEJ NIE...

"CZY MOŻECIE SIE ZAMKNĄĆ, DLA NASZEGO WSPÓLNEGO DOBRA?!"

Tym razem to nie była Śnieżka. Odwróciłam się. Za nami siedział Platon.

"O nie tylko nie to..." jęknełam w duchu.

"Ehem... Wybaczcie że przerywam wam tą jakże barwną konwersacje, ale proszę nie kontynuujcie jej z powodu nas i naszych milusińskich którzy bardzo źle na tym zyskują." -powiedział Straszliwiec."Czy moglibyśmy przejść wreszcie do sedna sprawy a więc: Bardzo się cieszę iż mogłyście sie tu nareszcie pojawić po dość długiej nieobecności. Myślę że wszyscy tu obecni bardzo..."


Reszty nie usłyszałam. Kompletna pustka, patrzyliśmy sie na niego jak na kamień, tępym wzrokiem. Nienawidziliśmy tych jego filozoficznych odpowiedzi. Zawsze tak bardzo sie zamulaliśmy.

Wreszcie skończył nas witać. Ufff... Tym razem głos zabrała Minerva.

"Czemu was tak długo nie było" rzekła z przekąsem.

Jest wielkim Koszmarem, z wielką szramą na grzbiecie i łapie. Jej kolor to prześliczny bordowy z domieszką seledynowego.

"Ten małpo-smok przecież musi wracać do wioski, co nie?" odezwała się Śnieżka

-Ja ci zaraz dam małpo-smok...- powiedziałam cicho do siebie.

"Proszę was przestańcie bo to juz powoli zaczyna być nudne" tym razem powiedział to Vanish.

Wyglądał tak jak każdy Zmiennoskrzydły. Cały czerwony tyle że miał lekko poszarpane skrzydła i niebieska głowę.

"Właśnie, Vanish ma racje, nie możecie się wreszcie pogodzić? Dla mnie jest to już denerwujące." powiedział ze swoim znudzonym głosem Tren.

Jest koloru jak każdy inny Drzewokos. Tylko że jego odróżniało to, ze nie miał części skrzydła oraz połowy wargi. Powieka zaczęła mi niebezpiecznie drgać. Dosyć tego nie będą mi się tu kurde wymądrzać...

"Eeeeeee... Proszę pani?" zaczął Fresh "Czy zrobiliśmy coś źle?" dokończyła za niego Friuty. Mówiły takim słodkim i rozczulajacym głosikiem. Lżej mi się na sercu zrobiło. Już udobruchana pogłaskałam je po pysku. Ich wygląd był różny mimo że są rodzeństwem. Fresh był biały z turkusowymi detalami, a z kolei Friuty pomarańczowa z domieszką różu. Jako ze były jeszcze dość małe nie miały żadnych blizn czy tym podobnych. Po prostu zostały wyrzucone z gniazda.

A smokom powoli zaczynało sie nudzić.

-Hmmm... A co powiecie na mały wypad??-zapytałam podstępnie.

"O.."

"Tak..."

"TAK!"

"Chętnie..."

Odpowiedziały wszystkie razem.

"NARESZCIE DO <ehem>" wydarła się Śnieżka." BO TO NA CO JESZCZE DO CHOLERY CZEKAMY CO?! JEDZIEM Z KOXEM" i juz gotowa do odlotu, z rozstawionymi skrzydłami i w pozycji startowej, podeszła do krańca jaskini. A była bardzo podniecona tym faktem bo co chwile podskakiwała i kręciła sie w kółko kiedy do niej szłam.

-Na pewno bardzo się tu nudziliście co nie?- zapytałam z uśmiechem.

Odpowiedział mi Tren: "Nawet nie wiesz jak bardzo nam przez ten tydzień Ciebie brakowało..."

Wzruszona, odbezpieczyłam skrzydło i wszyscy razem wznieśliśmy sie w przestworza. A lecieliśmy w miejsce, które jest idealne do naszej ulubionej zabawy...



Rozdział 3

Gnębić czy nie gnębić...


Lot ze wszystkimi był jak balsam na serce. Śnieżka przestała narzekać, a ja w spokoju rozmawiałam z każdym smokiem pytając co robili gdy nas nie było.


Tren z którym rozmawiałam jako pierwszym, nie robił nic szczególnego oprócz zbierania drewna i bronienia zapasów. Bardzo się jednak za nami stęsknił. Był jednym z najbardziej przywiązanych do mnie smoków zaraz po Śnieżce. Znalazłyśmy go kiedy bronił się przed stadem Zębirogów. Dosyć mocno był wtedy poraniony. Odgoniłyśmy smoki a biedak wtedy przewrócił sie na ziemię i ciężko dyszał. Zabrałyśmy go do jakiejś jaskini i a ja opatrzyłam jego rany. Opiekowałam się nim przez większość czasu i tak nawiązała się miedzy nami wieź. Śnieżka była bardzo zazdrosna wtedy.



Potem podleciałyśmy do dwóch nierozłącznych Śmiertników. Maluchy nie robiły zbyt dużo bo były jeszcze za młode. Zajmowały sie trochę zbieraniem jedzenia.



Znalazłyśmy je blisko Leża. Siedziały same przy klifie. Myślę ze dopiero co sie wykluły, bo cały czas szukały mamy. Zabrałyśmy je do jaskini a tam przywiązały się do nas a najbardziej do Śnieżki. Traktowały i nadal traktują ją jak swoją mamę. I to jest przesłodkie, tylko smoczyca uważa inaczej...



Kolejny Vanish i Minerva również prawie że nierozłączni zajmowali sie obroną jaskini, zbieraniem jedzenia, głównie ryb i prowadzenie porządku w naszym lokum.



Te dwójkę również znalazłyśmy przypadkiem kiedy razem z Trenem zbieraliśmy jedzenie dla nas i maluchów. Minerva niosła wtedy na grzbiecie rannego Vanisha. Został zraniony przez Królową, i ledwo zipiał, był u kresu wytrzymałości. Za nimi ciągnęła sie stróżka krwi. Smoczyca również była ranna, ciągnęła zranioną łapę za sobą, i też mało miała siły. Widziałam że za nimi szło kilka dorosłych Zębaczy. Wylądowaliśmy przed nimi. Vanish już zemdlał a Minerva zaczęła na nas warczeć, a mnie chciała zaatakować. Uspokoiłam ją i pozwoliła mi się dotknąć. Poprosiłam Trena by przeniósł ich do jaskini a same ze Śnieżką dalej szukałyśmy jedzenia, jednocześnie odganiając od rannych Śmiertniki.



Ostatni Platon znalazł nas sam. Podleciał do nas i zaczął snuć opowieść o tym jak to nauczał naszych "milusińskich" .



Jego nie znaleźliśmy przypadkiem. Sam nas znalazł... W jedną godzinę po przyjęciu go do naszej małej paczki nasze życie obróciło się do góry nogami. Opowiedział nam o tym jak to jego rodzeni bracia wyrzucili go z ich kolonii i za to że za dużo mówił. My też myśleliśmy nad takim rozwiązaniem ale ostatecznie został on z nami. Mam nadzieje że nie uczy dzieciaków jak opowiadać tak długie opowieści...



I tak zleciała nam cała doga do...



Wyspy Berserków.



Uwielbiam tam latać. Latamy tam tylko po to by poznęcać się nad Berserkami a ja po to by zobaczyć rozeźloną mine Dagura. Najlepsze jest to kiedy wpada w furie. Tylko to w nim kocham...

Ale taka nietypowa grupka smoków bardzo zwraca na siebie uwagę. Dlatego większość smoków leciała dołem a ja ze Śnieżką i Fresh'em na górze w chmurach bo byliśmy zbyt widoczni. Desant bardzo szybko został wykonany. Gdy smoki w dole doleciały do lądu Vanish od razu "zniknął" a cała reszta rozproszyła sie szukając ofiar. Znaleźliśmy mury obronne. Wartownicy od razu przyuważyli dwa białe smoki. Podniósł się alarm. Ja, by nie być czasem rozpoznaną założyłam białą maskę i schowałam swoje włosy pod biały kaptur. Ukryłam także wszystkie krzyże Berk. Zaczęła się walka.



Minerva i Tren atakowały katapulty, Śmiertniki strzelały swoimi kolcami w żołnierzy. Straszliwiec nie robił prawie nic, czasem tylko spalał jakąś strzałę bądź bełt. Vanish atakował z ukrycia, strzelając w mury i roztapiając katapulty swoim kwasem.

Ja razem ze Śnieżką wypatrywałyśmy naszego celu. Pojawił sie po chwili z kuszą, mieczem przy boku i toporem w ręku. Zaatakował Drzewokosa, lecz ten zawsze czujny ze stoickim spokojem wzniósł sie wyżej unikając ataku. Dagur wściekł się nie na żarty. Ja śmiałam sie z niego w górze razem ze Śnieżka. Strzelili do nas wielkim kamieniem i ledwo co udało nam się go wyminąć, ale straciłyśmy równowagę lotu. Trochę minęło zanim smoczyca wyrównała skrzydła, a juz leciały do nas ze dwa pociski katapulty i wiele bełtów oraz strzał. Śnieżka zgrabnie wyminęła większość, zwłaszcza większe pociski ale na spotkanie leciały podpalone strzały.

Zanurkowałyśmy w dół lecz trzy strzały utknęły w protezie, a jedna w skrzydle. Śnieżka rykła gwałtownie i po chwili leciałyśmy na spotkanie Dagurowi. A znał nas dosyć dobrze z jego ostatnich przegranych walk. Gdy byłyśmy nad woda smoczyca na raka jej bardzo dużo, po to by móc strzelać płynnym lodem. I tak coraz bliżej lądu, smoczyca strzeliła serią szybkich splunięć, pozbawiając życia dwóch Berserkow a resztę dotkliwie raniąc odłamkami. Nie podobało mi sie to zbytnio, ale smoczyca nigdy nie miała skrupułów. Byliśmy bardzo blisko Dagura, ten rozeźlony śmiercią dwóch jego ludzi, zaczął na nas szarżować. Coraz bliżej...

Chciałyśmy go staranować lecz on w ostatniej chwili zrobił unik.

Usłyszałam tylko "Brać ich żywcem!" i zobaczyłam jak wystrzeliwują do nas wielką sieć.

"Nie zdążymy!" mówiłam do siebie. Siatka spłatała nas niczym cielaka. Ryk Śnieżki zagłuszył wszystko. Berserkowie rzucili się na nas. Gdyby nie pomoc innych byłoby juz po nas. Wszystkie smoki rynku najmocniej jak potrafiły, i każdy z nich rzucił sie nam na ratunek. Niestety większość ze smoków również została spętana. Nie było widać tylko Vanisha, Platona i Fresha. Reszta została złapana. To była najgorsza akcja w dziejach...

-Zabrać je na arenę! I uważać z tym Śnieżnikiem, ma jeźdźca który wie jak takie i inne smoki oswajać...- rzekł szalonym głosem Dagur.

To był koniec.

Nagle usłyszałam tylko ten jeden, najmilszy dźwięk jaki znałam.



Shireeeeeeee~


Rozdział 4

Próba

-Zabrać je na arenę! Trochę się zabawimy! - krzyknął Dagur - I uważajcie na tego Śnieżnika! Ma jeźdźca na którego trzeba uważać. A może nam też oswoisz takie lub inne smoczki co?- dodał słodkim głosem.



Śnieżka zaczęła warczeć. Dobrze wiedziałam ze chciała strzelić w niego azotem, ale przeszkodziła jej w tym siatka.



Lecz nagle w jednym momencie wszystkie głowy odwróciły się w jedną stronę z której dobiegał dziwny odgłos. Jakby coś spadało bardzo szybko w dół.



Shireeeeee~~



Znałam ten dźwięk. To on. Wrócił by nas uratować. Był coraz głośniejszy. Smokom nagle zwężyły sie źrenice. Śnieżka jakby wyczuła moment i zaczęła sie rzucać w sieci. Jednak nie uszło to uwadze Berserków. Jeden z nich związał smoczycy pysk, a inny łapy. W ten sposób uwięziona Śnieżka nie mogła sie uwolnić. Dźwięk był teraz najgłośniejszy. Spojrzeliśmy wszyscy w górę i spostrzegliśmy: czarna strzałę lecącą prosto na nas.



-NOCNA FURIA!

-KRYĆ SIĘ!


Wybuchła panika. Tylko Dagur zachował zimna krew. -Strzelać w nią co popadnie! Chce mieć tego smoka! Buahahahhaha- śmiał się.


W smoka wystrzelono grad pocisków i deszcz strzał. On jednak nic sobie z tego nie zrobił. Uniknął wszystkiego. Przygotowywał się. Śnieżka złapała mnie i okryła skrzydłami. Pewnie myślała że jeśli Furia będzie chciała nas uwolnić to musi w nas strzelić. Zamknęłam oczy. Usłyszałam wybuch. Pełna nadziejo, wysunęłam się spod skrzydeł smoczycy. Jednak brutalna rzeczywistość przygniotła mnie...


Smok spudłował. Lej po wybuchu plazmy był o metr od nas. Nie wierzyłam w to co widzę. Straciłam resztki nadziei.


"Przepraszam... Wybaczcie mi"

Usłyszałam tylko. Furia musiała uciekać. Nie mogła już wytrzymać nacisku lecących strzał i kamieni. Znaleźliśmy sie w niemałych tarapatach. Berserkowie zaciągnęli smoki do klatek. Wszystkie zawzięcie walczyły lecz nie były wystarczająco silne. Fresha złapali kilka minut po naszym uwięzieniu. A Vanish który brawurowo chciał nas uwolnić, był zbyt pewny siebie i zapali go podchodząc od tyłu.


Gdy doszliśmy wreszcie do areny ze mnie i Śnieżki ściągnęli sieć. Na szczęście nie zdjęli mi maski i nie zabrali moich rzeczy. Odseparowali mnie od smoczycy. Włożyli ją z trudem do klatki, zostawili zakneblowaną. Uwolnili jej tylko łapy. Słychać było jak smoczyca rzuca się o ściany i kraty. Mnie natomiast wrzucili do innej. W klatce tej jednak nie byłam sama. Był w niej...


Dziki Koszmar Ponocnik!



Dagur podszedł do siatki:

-To teraz pokażesz nam jak to obcujesz ze smoczkami.-mówił szaleniec.


Dawno nie oswajałam smoków. Jednak znałam wszystkie ich słabości. No nic raz sie żyje. Żeby nie pokazywać jak zrobiłby to człowiek, pokazałam mu jak ze smokiem może zaprzyjaźnić sie smok. Użyłam komunikacji niewerbalnej. Smok jak zwykle chciał mnie zaatakować. Ja sie nie ruszyłam, powiedziałam mu tylko ze mnie sie nie musi bać i obawiać. On był nieprzekonany co do mnie. A ja do niego. Usiadłam przy końcu klatki. Dagur nadal stal przy siatce. Na pewno był zniecierpliwiony. Nagle usłyszałam tubalny głos który znałam z dzieciństwa.

-Dagur! Synuś, co ty tam robisz?!- krzyknął Zduśnopyszny.

-Ile razy mam ci powtarzać żebyś nie wołał DO MNIE "SYNUŚ"!!- wydarł sie Dagur.- Nie JESTEM JUŻ MAŁYM DZIECIUCHEM!

"Jesteś... Nawet większym niż kiedyś..." powiedziałam do siebie. Usłyszałam parskniecie. Smok sie roześmiał po swojemu. Jednak chłopak też to usłyszał.

-I z czego sie cieszysz cholerna bestii CO?! Jak tylko utnę ci łeb nie będzie tak do śmiechu.-groził Dagur.


Smok tylko popatrzył na niego nudno, zwinął sie w kłębek i po chwili zasnął. -A wiec dobrze skoro nie tak to inaczej.

Otworzył klatkę. Wyciągnął zza pasa swój miecz i rzucił nim. Patrzyłam z przerażeniem jak wbija sie w pysk smoka i przebija mu oko. Smok szybko sie podniósł, zaryczał ciężko i opadł na ziemię. Ja oniemiała jeszcze z przerażenia, wycofałam sie daleko pełzając po ziemi. Dagur jakby zafascynowany jak i usatysfakcjonowany skupił teraz całą swoją uwagę na mnie.

-Hmmmm... A jak Tobie idzie walka z bronią w ręku co? -spytał krótko.- Jeśli ze mną wygrasz dam Tobie wolność. A jeśli chcesz uwolnić resztę musisz wygrać ze mną siedem razy... Osiem jeśli jeszcze tego chcesz odratować.


Nie wiedziałam co zrobić. Wszystkie smoki mówiły:

"Nie rób tego Sara!"

"Nie rob tego"

"Niech pani tego nie robi"

"Nie..."

Ja usłyszałam tylko jedno:

"SARA! ANI MI SIĘ WAŻ!! JAK TO ZROBISZ NIE WYBACZĘ CI! MY SOBIE PORADZIMY. O nas się nie martw."


Ja jednak nie rozważałam żadnej odmowy. Wstałam...


Nigdy nie dam wygrać komuś, kto krzywdzi smoki.


Rozdział 5

Coś za coś...

Trzeba wygrać osiem walk... Nie lada wyzwanie.



Dawno nie walczyłam. Nie potrafię zbytnio walczyć bronią. Mieczem trochę, o toporze nie wspomnę. Trochę łukiem, i walka wręcz...

Dagur był bardzo pewny siebie. Ja nie za bardzo, a jednak wstałam.

"Nie rób tego Sara!!"

"Nie..."

"Nie chcemy Ciebie stracić!" ryczały smoki. Zraniony Koszmar powiedzial tylko cicho "Dziękuje..."

Jednak Śnieżka była cicho, nie słyszałam jej.

Nie mogłam tego słuchać.

Muszę dać z siebie wszystko, wziąć sie w garść. Muszę w siebie uwierzyć. Nie tylko dla nich wstałam...

Chłopak patrzył na smoki z odrazą:

-Zamknąć sie jaszczury cholerne! A ty co wybierzesz w końcu jakąś broń. Nie rozumiem jak ty możesz dla tego czegoś walczyć ze mną... ZE MNĄ! AHAHHAHAH~ NIE MASZ ŻADNYCH SZANS! -krzyczał Dagur.



No właśnie broń... Tylko jaką?

Młot-nie, topór-podziekuje, sztylet-chce jeszcze pożyć. Miecz... Hmmmm... Jak najbardziej.

Podniosłam go i przybrałam pozycję wyjściową obronną...

Chłopak nieźle sie zdziwił.

-No proszę... Żadnych luk? To może być... Ciekawe. Mhhmhmmhmhmhmh~ - uśmiechnął się szatańsko. Wyjął swój topór. Zauwarzyłam ze na ostrzu są wypisane litery... "Saruś"

...

...

Zrobiło mi sie niedobrze. Błeee...



Powróciłam do pozycji obronnej.

Nie będę atakować go pierwsza. Chce jeszcze trochę pożyć... Nie jestem taka głupia...



Zaatakował mnie po chwili, za bardzo sie zniecierpliwił. Zaczął z prawej. Zręcznie odbiłam topór i wycofałam sie poza zasięg ostrza.

Chłopak jednak popełnił wielki błąd. Gdy sie odsuwałam, zamachnął sie za daleko. Odsłonił się. Zadałam cios... Przejechałam mu po brzuchu, robiąc płytka ranę... Odskoczył jak oparzony. Udało mi sie go zranić. Pierwsza walka wygrana.

"Brawo !"

"Tak trzymaj!"

"Dasz rade, Sara!!"

"Zabij! Poodcinaj mu ręcę!! Dawaaaj!!" darła sie Minerva. Uśmiechnęłam sie do siebie. Udało się...

Jednak było coś co mnie zasmuciło. Śnieżka od czasu kiedy zaczęłam walczyć, nie odezwała sie ani razu. Leżała w klatce odwrócona tyłem do placu.



Dagur z wredną miną powiedział:

-No brawo, udało ci się! Jesteś wolna proszę bardzo! Chyba że chcesz jeszcze uwolnić całą resztę. Jednak jeśli przegrasz choćby jedną walkę, musisz zaczynać wszystko od nowa.-dodał podstępnie.- Ahahhhahahahha!



"Że co?!"

"Heej! Jak to!!"

Denerwowały sie smoki.

" Wypuśćcie mnie! Zaj**** sku****** " tym razem ryczał prawie zawsze poważny Tren.



No nic trzeba to robić dalej. Walczyliśmy jeszcze dwa razy. Raz trafiłam i przecięłam mu rękę, raz zraniłam w nogę. Na jego kolczudze widziałam krew od pierwszego zranienia. Dobrze mu tak. Jeszcze jakbym trafiła go w oko bylibyśmy kwita.

Niestety od czwartego pojedynku wszystko zaczęło sie komplikować. Dagur oszukiwał... Jak zwykle...



Tym razem to ja zbyt pewna siebie zaatakowałam pierwsza. Zadałam szybkie ciecia, nabijałam dość szybkie tępo. Chłopak podłożył mi nogę. Potknęłam się lecz zachowałam równowagę. Odwróciłam sie szybko i znów zaczęłam atakować. Lewo, prawo, prawo, środek, łydka, ręka, lewo, lewo. I tak cały czas. Byłam juz blisko wygrania kiedy nagle...



Dostałam strzałą w lewy bok. Poczułam zimno w boku. Potknęłam się i przewróciłam. Widziałam wszystko jak za mgłą. Zachowałam jednak ostrość umysłu. Wstałam szybko, gotowa do ataku mimo przejmującego bólu. Smoki ryczałt przeciągle. Ja byłam juz przygotowana do obrony, jednak rana odbierała mi siły. Nagle zobaczyłam przed sobą Dagura. Biegł zmieczem w ręku, topór odrzucił. Byłam gotowa. Nagle straciłam całą siłę. Wypuściłam miecz z rąk... Byłam gotowa na przyjęcie ciosu.

"SARAA!!"

"NIEEE!!"

"WEŹ SIĘ W GARŚĆ!!"

"SARAA!!!"

Był coraz bliżej, ja upadłam.

Przeswitami widziałam wszystko co zrobiłam...

Zobaczyłam przebłysk fioletowych łusek. Wleciał miedzy mnie a miecz.

-Platon?-szepłam.

I poczułam nagle inny zapach...

Smoczej krwi.

Miecz przebił Straszliwca, a dalej wbił sie w mój brzuch. Znów poczułam zimną stal. I gorącą krew.

Westchnęłamam z bólu. Jak to się mogło stać... Leżałam na ziemi, a smok na mnie.

-Ppplaton- głos mi drżał.

"Dzięki że przez tan cały czas kiedy byłem z wami..." westchnął przeciągle. "Nigdy mnie nie opuściliście. Dziękuje..." i usłyszałam tylko jego ostatnie westchnienie.

Złapałam go w ręce. Przytuliłam i zaczęłam płakać.

-Głupi smok.- płakałam- Miałeś uciec... *chlip*



Dagur tylko patrzył obojętnie na mnie.

-No nic. Przegrałaś... Czas się pożegnać... Żegnaj!- i podniósł miecz.



Ja płakając pomyślałam o wszystkich. Przypomniała mi się wtedy najukochańsza sytuacja.

______________________________________________________________________________________ "Śnieżka, będziemy już razem na zawsze tak? Bardzo cię kocham moja ty Divo. " Uśmiechnęłam się.

"Ja ci zaraz dam Divo! Nie jestem Divą!"

"Jesteś"

Obrażona odwróciła pysk. Usłyszałam tylko jak szeptała:

"Zawszę będę cię kochać, wszędzie, o każdej porze.

A gdy będziesz na granicy śmierci...

Nigdy nie pozwolę tobie umrzeć. Będę twoim aniołem stróżem..." ______________________________________________________________________________________

Czas zwolnił, widziałam jak miecz opada powoli w moja stronę.

Zamknęłam oczy.

.

.

.

Grrrrrr.... Raaaaaaaaaaw!!! Poooooooooow~




Rozdział 6

Anioł Stróż

________________________________________________________________________ "Zawszę będę cię kochać, wszędzie, o każdej porze.

A gdy będziesz na granicy śmierci...

Nigdy nie pozwolę tobie umrzeć. Będę twoim Aniołem Stróżem..."

________________________________________________________________________

Miecz opadał coraz niżej. To już koniec. Zamknęłam oczy.



Dlaczego ona wzięła w tym udział. Dlaczego walczy po co? Przecież dalibyśmy sobie radę. W końcu byśmy stąd uciekli. A jednak wstała. Wstała pomimo tego że mówiliśmy by tego nie robiła.

Nie chce na to patrzeć. Niech sobie radzi sama. Jeśli wygra proszę bardzo, nie trzeba będzie nic robić. Nic mnie to nie obchodzi.


"Będę twoim Aniołem Stróżem..."


Nie, sama tego chciała. Ja nie mam nic do gadania. Wygrała przecież teraz trzecią walkę. Nic tu po mnie. Może robić co chce

...

Zaatakowali ją... Ale nic jej sie nie stanie... Nic...

...

Platon...
"Nigdy nie pozwolę tobie umrzeć..."


...

Grrrrrrrrrrr... KONIEC TEGO!!


Poooooooow~

Wielki wybuch. Fala uderzeniowa zmiotła wszystko. Dagurowi wyrwała miecz z rąk a jego samego odrzuciła. Trzymałam wychłodniałe ciało Straszliwca.

Chwila ciszy i znów zaczęłam płakać. Spojrzałam na arenę...

Ogarnęło mnie zdumienie...


Po wybuchu wszystko się zmieniło.


Wszędzie było pełno lodu i śniegu. Większość areny była zamrożona a klatki oszronione. W mroźnej mgle widać było zarys postaci, który powoli stawał sie coraz ciemniejszy i wyraźniejszy. Patrzyłam jak zahipnotyzowana w smoka, który wyszedł z rozwalonej klatki. Wyglądał ja Śnieżka, ale jakiś inny. Jego oczy aż płonęły niebieskim blaskiem. I nie tylko oczy, cały lśnił. Był lekko przezroczysty. Kiedy przyjrzałam się bardziej okazało się że jego sierść jest z lodu, z zaostrzonymi krańcami. Oczy były bez jakiegokolwiek wyrazu i widać było że jest w furii. Z jego pyska buchały obłoki pary. Wokół jego łap ziemia, w miejscu w którym stał, powoli okrywała się szronem.


Smok poruszył się... Obrócił głowę w kierunku Dagura. Ten wzdrygnął sie lecz nie wiem czy z zimna czy ze strachu. Potem powoli patrzył na klatki ze smokami. Te z kolei cofały się z przerażenia głąb klatek, gdy tylko poczuły jego wzrok na sobie.

Wodził jeszcze oczami po strażnikach, lecz ci nawet nie ważyli się wejść czy strzelić w smoka.


W końcu...

Spojrzał na mnie...


Gdy nasze oczy sie spotkały poczułam przewlekłe zimno. Czułam jego moc, furię i...


Strach.


On sie bał tylko czego??

Gdy tak rozmyślałam, smok ruszył w moim kierunku. Jego lodowa sierść iskrzyła się i rzucała świetliste zajączki na ściany. Każdy jego krok zostawiał po sobie coraz więcej lodu. Nie rozumiałam jak on mógł sie poruszać... Był coraz bliżej... Zaczęłam się cofać ale strzała oraz rana w brzuchu... Było mi coraz zimniej... Aż w końcu stanął tak blisko mnie że czułam jego mroźny dech...


Wstrzymałam oddech... Smok popatrzył na mnie. Jego oczy nie były teraz bez wyrazu... Popatrzył na początek na mnie, potem na Platona... Dotknął go pyskiem i cicho zapiszczał... Widziałam łzy w jego oczach, które były normalne... Koloru górskiego lodowca...


"Nigdy nie pozwolę tobie umrzeć. Będę twoim Aniołem Stróżem..."


-Śnieżka...-szepłam.


Ona popatrzyła na mnie. Teraz dopiero zauważyłam jej siodło i sztuczne skrzydło pod warstwa lodu. To Śnieżka! Tylko jak to zrobiła. Łzy stanęły mi w oczach. Chciałam ją pocieszyć, powiedzieć że nic się nie stało...

Ale nie mogłam wydusić z siebie ani jednego słowa...

Ona to wiedziała, i położyła pysk na moje ramię i otarła się przyjacielsko. Załkałam cicho. Wzięłam jej lodowaty pysk w ramiona i mimo tego ze była tak zimna, przytuliłam ją. I mnie i na pewno jej zrobiło się wtedy ciepło... Nagle usłyszałam szmer...

Smoczycy zwężyły się źrenice. Odwróciła pysk a ja spojrzałam za nią.


Dagur powoli zaczął iść w naszym kierunku, lecz kiedy odwróciłyśmy głowy, zatrzymał się... Nagle usłyszałam jeszcze jeden dźwięk. Niby jakaś mała burza...


Było to stłumione warczenie smoczycy, przerażająco głośne nie wiedzieć czemu. Zdenerwowałam się.

Warczenie stawało sie tym głośniejsze im bliżej nas był chłopak. Gdy tak na niego patrzyłam, wiedziałam ze coś sie świeci. Zerkał raz na Snieżkę, raz w inną stronę, i cały czas przesuwał sie w jednym kierunku. Spojrzałam tam gdzie zmierzał i zobaczyłam...


Miecz...


No tak! Chciałam wstać lecz ból wywołany raną nie pozwolił mi na to... Zaczęło mi sie robić niedobrze... Wszystko przed moimi oczami rozmazywało się... Oparłam się o ziemię. Popatrzyłam na zimne już ciało Platona... Znów się popłakałam... Jednak coś innego przykuło moją uwagę... Purpurowy lód... Straciłam zbyt dużo krwi przez ten krótki czas... Miałam go coraz mniej...


Nagle usłyszałam ją:

"Jeśli choć tkniesz ten miecz... Rozszarpię cię na kawałki... Jeśli ruszysz szarżą w naszym kierunku... Zamrożę żywcem... Jeśli chociaż źle spojrzysz na moją panią... Odgryzę ci głowę... Lecz jeśli zaczniesz szarżować na mnie droga wolna, będziesz powolnie ginąć w męczarniach..."

Dagur cały czas szedł w kierunku miecza. Powoli lecz nieustannie zbliżał się do niego...

Gdy był juz kilka centymetrów od niego, stanął w miejscu, wyprostował sie i spojrzał na nas swym królewskim wzrokiem...


Śnieżka majestatycznie podniosła łeb do góry i też zaczęła patrzeć na niego jak na zabawkę.


-Nic nie wygrałaś, smoczy jeźdźcze, jednakże... JA... Nie pozwolę wam odejść... Lecz jeśli solo życie do moich szeregów być może... BYĆ MOŻE... Ułaskawię was... Co wy na to??-rzekł Dagur.


"Prędzej Smark zamieni się w świnie, niż do ciebie dołączymy" rzekła smoczyca. Parsknęłam cichym śmiechem. Chłopak to zauważył.

Widać było ze był zły, lecz jego uśmiech nie znikł z jego twarzy.

-Dobrze więc... Na nich!!


Nagle z jednej strony areny przez wejście biegło w kierunku nas z jakieś 20 żołnierzy. Śnieżka rykła i rzuciła sie w wir walki. Widziałam jak przegryzała im gardła, rozszarpywała pazurami, odgryzała ręce, przebijała ich soplami na ogonie, strzelała azotem i paliła żywcem.

Sople działały podobnie jak u Śmiertnika. Również nimi strzelała, a ogonem machała jak najeżonym batem...


Po chwili coś mnie zaniepokoiło... Odwróciłam się... Spojrzałam na Dagura...


Widziałam ze drgnął lekko lecz nie spodziewałam się że tak szybko dobiegnie do tego głupiego miecza.

Złapał go i zaczął na mnie szarżować...

Nie mogłam wstać, straciłam całą siłę... Nie... NIEE!!

-Śnieżka...


RAAAAAW!!! RAAAAA....




Rozdział 7

Przypadek


Biegł tak szybko, ze nie zauważyłam kiedy już był tuż obok mnie. Czas tak jak zawsze znów się zatrzymał. Zamachnął sie mieczem i juz miał odciąć mi głowę. Chciałam krzyknąć: NIEE!!

Jednak nie mogłam wydobyć z siebie głosu... Jedyne co udało mi sie wyszeptać to...


-Śnieżka...




Nikt jej nie tknie. Nikt! Ta Małpa jest tylko i wyłącznie moja! Może sobie być człowiekiem... Jestem dla niej zbyt wredna wiem... Ale nie potrafię sie zmienić. Mam taki charakter, a ona taki sam...


Nigdy jej nie zostawię. Ona mnie nigdy nie zostawiła... Nikogo...


Jestem i pozostanę jej Aniołem Stróżem...


...


Niech tylko spróbuje jej coś zrobić...

Zabije przysięgam.

No nie co za... WSZYSTKICH POWYBIJAM!!


"Śnieżka..."

Sara...

NIEEEEE!!!




Coraz bliżej mojej twarzy. Zrobiłam unik...

Ucięło mi trochę włosów, jednak nic sie nie stało. On już się szykował do następnego cięcia.

Usłyszałam ryk.

Śnieżka juz biegła w moim kierunku jednak coś sie w niej zmieniło...


Nie była już biała... Była szkarłatna...


Jej zamarznięta sierść błyszczała na czerwono jakby była z rubinu. Także jej zachowanie było inne. Oczy pełne szaleństwa...


Już biegła w moim kierunku... Przygotowana do zabicia Dagura na miejscu... Ale miecz już leciał na spotkanie ze mną... Znów był bardzo blisko. Za blisko...

Podniosłam rękę, chciałam się nią chociaż trochę osłonić... Najwyżej stracę ją...


I znowu... Ogłuszający ryk... Lecz tym razem żadnego strzału, żadnego przykrego dźwięku...


Tylko...


Straszliwy jęk... I zgrzyt...


Patrzyłam przerażona na to co stało sie przede mną... Ale.... Było... Mi... Już... Zbyt... Ciężko... Już nic nie widzę... Wszystko się rozmazuje... I nagle wszystko zrobiło się czarne...


---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Ehhhhhh... Heeeee.... Boli.... Bardzo...


Grrrrrrr....

"Masz szczęście padalcu, ze nie udało ci się jej tym tknąć... Co nie Sara? Sara?"

Zemdlała... Kurcze trzeba się spieszyć.


Taaak. Wściekaj sie, wściekaj...

Nic ci to nie pomoże.

Znów mnie zaatakował.

Zrobiłam szybki unik, ale nie przesunęłam sie choćby na milimetr. Nie zostawię swojej pani, przyjaciółki... Siostry.


Pazurami z lewa, potem z prawej strony, złapałam zębami to cholerne ostrze. I wyrwałam mu je z rąk. Odrzuciłam je daleko poza arenę. A ten głupek jeszcze chce ze mną walczyć.

Na serio?? Nie warto człowieku, lepiej idź wyszywać chusteczki. O kurcze...

Tak ze mną pogrywasz juz ja zaraz dam tobie mnie wyzywać.

Rykłam tak głośno że lód który pokrywał arenę zaczął pękać. Nagle usłyszałam szmer. O nie...

Odwróciłam się najszybciej jak mogłam... Jeden z tych cholernych Berserków już unosił wielki, żelazny młot by uderzyć nim w bezbronną Sarę. Nie może tego zrobić! Nie!

Skoczyłam. Może i byłam zmęczona i cała w krwi, ale nie mojej. Jestem niepokonana...


Młot był już w połowie drogi. Zagrodziłam mu ją. Dostałam nim tak mocno, ze nigdy takiego bólu nie czułam...


Lód na moim ciele skruszył się i rozpadł. Ale ochroniłam ją. Teraz i ja byłam w połowie bezbronna. Wielu próbowało odciąć mi skrzydło albo głowę lecz nikomu nie przyszło na myśl żeby zaatakować znów Sarę. Niech tylko spróbują...


Po wielu cięciach i okrzykach furii miałam dość. Za dużo ran, a i Małpie powoli kończył sie czas... Co zrobić...


I nagle jakby piorun strzelił wszystkie smoki wyszły z klatek.

Vanish, Minerva, Tren, Dzieciaki i ranny Koszmar.

Wszystkie zaatakowały resztę wojowników.

Trup ścielił się gęsto. Wielu powybijałam ja. Zaczęliśmy iść w kierunku wyjścia.


Podeszłam do Księżniczki i próbowałam włożyć ja na swój grzbiet. Gdy wreszcie sie to udało, znów zaatakował mnie ten niedorostek Dagur. Odsłonił się. Wytraciłam mu tą jego zapałkę z rąk i popatrzyłam srogo. Juz podniosłam mapę by zadać ostateczny cios. Lecz usłyszałam cichutki głosik, prawie niesłyszalny...

"Śnieżka... Zostaw..."


Popatrzyłam na Sarę. Miała zamknięte oczy ale cicho coś mamrotała. "Platon..."


No właśnie nasz dzielny, mały filozof...


Tylko gdzie on.. A Vanish go ma...


"No kochani lecimy!"


Uniosłam skrzydła i wybiegłam przez wyjście. Reszta pobiegła za mną.


Wzbiłam się używając całej swojej siły. Ale było jej juz mało... A jeszcze przez te rany trafiłam jej więcej...


Lecieliśmy tak i lecieliśmy. Ja najszybciej jak mogłam, ponieważ miałam z Małpą najmniej czasu. Niestety zmęczenie dawało siwe znaki. Leciałam coraz wolniej i niżej...


"Śnieżka! Daj nam Sarę a ty lec do jaskini!"

"Nie mam ochoty! To ja nas w to wpakowałam i ja wyciągnę"


Juz nigdy więcej nie będę chciała tam polecieć tylko proszę... Chce dolecieć do Berk...


Po godzinie, przy ostatku moich sił wreszcie zobaczyliśmy osadę.


Udało mi sie dolecieć dosyć blisko

"Nareszcie..."


Powoli trafiłam świadomość... "Śnieżka!!"

Słyszałam smoki ale w oddali...




Ehhh... Znowu ja zgubiłem...

O rany czemu ona jest taka szybka... I zwinna... I śliczna...


Co?! Przestań tak myśleć to córka wodza! Jakie masz
u niej szanse? Marne...


Ooo rany...


I tak sobie szedłem przez las, szukając Sary, albo chociaż jej śladów...


Nagle usłyszałem ryk... Kilku smoków...


Co jest? Spojrzałem w gore i zobaczyłem...

Jakby jakaś czerwona chmura spadała w dół... Było słychać niezły trach...

Pobiegłem w tamto miejsce najszybciej jak mogłem...


To co zobaczyłem było najdziwniejszą sceną jaką widziałem.

Czerwony, pocięty i pokiereszowany smok...

Który miał sztuczne skrzydło... I ledwo dychał...

Mogę za takiego smoka nawet córkę wodza zdobyć!

Tylko trzeba wyciąć mu serce...


Juz chciałem wyciągnąć sztylet ale usłyszałem... Jak smok zaczął przeraźliwie głośno oddychać...

Popatrzyłem na jego oczy...

Patrzył na mnie jakbym był jakiś upośledzony...


Teraz zobaczyłem ze smok ma siodło...


A na nim ktoś siedzi...

I chyba nie żyje...
Sara...

Nie... Nieprawda...

To nie może być...

-Sara... SARA! Hej nic ci nie jest?

Chciałem do niej podejść ale... Smok mi przeszkadzał...


Co zrobić Sara jest u kresu wytrzymałości...

Co...


Odważyłem sie...


-C-czy mmoge wziąć j-ją do wwioski??


Smok znów spojrzał na mnie tym razem z wyrazem ulgi i zadowolenia...

Po prostu sie uśmiechnął i zamknął oczy...

Podszedłem do siodła zdjąłem z niego dziewczynę i z nią na rękach pobiegłem jak najszybciej do wioski...


Spojrzałem jeszcze raz na smoka...

Udało mu sie wstać i patrzył na mnie smętnie przez chwile... Potem odwrócił sie i poszedł w las...


A ja biegłem ile sił z Sarą na rękach i mówiąc do niej i siebie...

-Dalej Sara damy rade... Ty i ja zawsze razem...


Popatrzyłem na jej twarz i wydawało mi sie ze sie uśmiechnęła...




Rozdział 8

Bardzo cię lubię...


-Ludzie! Pomóżcie! Sara jest ranna!


Biegłem tak przez las i krzyczałem ile sił w płucach. Dziewczyna była nieprzytomna przez cały czas. I dodatkowo coraz bardziej zimna i sina. Ale jeszcze żyła... Ja to czułem. Tak jakoś nie wiem jak. 


Szybko, szybko... Nie ma czasu.


Przeskakiwałem przez kłody i kamienie lekko, a trzymałem ją tak mocno, jakbym miał najbardziej kruchą rzecz na rękach. Wioska była blisko...


Znów zacząłem wołać o pomoc. Jeszcze trochę...


I wreszcie zobaczyłem domy. Teraz juz musiało być dobrze.


-Pomocy! Błagam mam ranną! - krzykłem jeszcze raz.


Ludzie wychodzili na ganki i z pola. Nawoływali naszego najlepszego lekarza. Prawie upadłem przez głupi, mały kamień, ale udało mi się utrzymać równowagę. Słyszałem i czułem coraz płytszy oddech Sary. Wreszcie zobaczyłem naszego wodza i Czkawkę. 


-Stoiku, wybacz mi ja ją zgubiłem, tak nagle i... Później ona... Smok... Strzała... Skrzydło... Krew... Ja... -nie wiedziałem co powiedzieć. 


Kompletna pustka. Widziałem jego zmieniająca się twarz, ze srogiej na zrozpaczoną. Popatrzyłem na Czkawkę. Jego twarz nie zdradzała niczego. Chciałem coś powiedzieć jednak powstrzymało mnie jego spojrzenie. Spuściłem głowę i odsunąłem się oddając wcześniej dziewczynę w ręce wodza. Byłem skołowany. Widziałem jak niosą ją do naszej staruszki Gothi.


"Mam nadzieję ze z tego wyjdziesz... Kochana..."

-Sara?

-Taak?- spytała z uśmiechem rudowłosa dziewczynka

-Ale lubisz mnie prawda? Chociaż tak długo uważałem ciebie za dziwną...

"Głupi, głupi po co to powiedziałeś?"


-Hmmm... Pewnie ze tak!

-Co?-zdziwiłem się.

-Jesteś moim pierwszym prawdziwym przyjacielem! Powiedziałeś przecież prawdę!- krzyczała zadowolona z tego faktu.

-Wiesz co...

-Co??

-Bardzo ciebie lubię-powiedziałem niepewnie.

Chwila ciszy.

-Ja ciebie też... - usłyszałem szept.

Śniło mi się to cały czas. Co chwila przebudzałam się by po chwili znów zanurzyć się w ciemność.


Widziałam wiele rzeczy z przeszłości. Pierwsze spotkanie ze Śnieżką, chwile spędzone na lataniu, z przyjaciółmi, z Ezrą...


Po ostatnim obudziłam sie niepewnie. Wciąż miałam przed oczami sceny z Wyspy Berserków. Platon... Otworzyłam oczy. Była chyba noc. Widziałam Czkawkę śpiącego tuż obok, ojca trochę dalej w fotelu. Chciałam sie podnieść ale zakręciło mi sie tak w głowie, ze padłam z powrotem na łóżko. Popatrzyłam na miejsce w którym wcześniej była strzała. Bandaż... Skąd bandaż... Spojrzałam na śpiące postacie. Oni czuwali tu całą noc. Tylko skąd ja się tutaj wzięłam. Nie miałam siły. Wszystko było rozmazane, większe, albo dalsze. I znów położyłam sie i zasnęłam...


Następnym razem kiedy się obudziłam poczułam ból w boku. Otworzyłam jedno oko potem drugie. Zobaczyłam zatroskaną twarz ojca. Popatrzył na mnie. Otworzył szeroko oczy i uśmiechał się. 


-Sara! Jak dobrze, wreszcie się obudziłaś!-krzyczał uśmiechnięty.

Złapałam się za głowę, zaczęła mnie boleć. Ojciec puknął się w hełm.

-Wybacz mi kochana. Nie. Chciałem przypra... Ała!

Zobaczyłam kij nad głową taty. Uderzył go dosyć mocno. Szukałam wzrokiem właściciela kija. Była nim...

Gothi.


-Przepraszam starsza... Nie chciałem zapomniałem-tłumaczył sie Stoik-Ja...


I znów kij poszedł w ruch. I znowu tata dostał w głowę. 


-Ał... No dobrze już... Wychodzę. Odpoczywaj Sara-powiedział stanowczo-Nigdzie nie wychodzisz przez jakiś tydzień...

Skończył szybciej bo musiał sie osłonić przed kolejnym ciosem.


Chichrałam się cicho ale tata to usłyszał. Popatrzył na mnie czule i znów przeprosił. Wyszedł z pokoju. Gothi również wyszła po tym jak zebrała swoje rzeczy. Zapanowała cisza.

Cały tydzień... Będę musiała uciec. Znowu...



Samotność... Reszta smoków odleciała w poszukiwaniu jedzenia. Ja musiałam zostać w jaskini taka słaba...

Niepotrzebna...


Gdyby tylko ten głupi chłopak nas nie złapał... Ten szaleniec. Wszystko byłoby takie samo. To moja wina, to ja ją do tego namówiłam. 


Przeze mnie moja siostra... Została ranna... Nie chciałam tego...


Mam nadzieje ze wyzdrowiejesz kochana, najlepsza przyjaciółko.

I myślę ze tamten chłopak nie zdradzi naszej tajemnicy...



Fajnie jest jednak być córeczką tatusia. Możesz mieć wszystko od razu. Spełnią wszystkie twoje zachcianki. Jednak nieprzyjemne jest tylko to ze nic nie można zrobić samemu. Jesteś zdana na łaskę innych. A jak zaatakują nas smoki?!

Nie będzie za ciekawie...


Odwiedziło juz mnie kilku znajomych w tym Astrid, która powiedziała ze byłam bardzo odważna walcząc z Łupieżcami. Tak skłamałam... Musiałam żeby nadal panował sojusz między nami a Berserkami... Teraz była tutaj Luna. I nie mogła przestać gadać o tym jak to mogło sie stać ze oni mnie zaatakowali...


-Jak to możliwe powiedz mi? Przecież oni od bardzo dawna nie przypływają na Berk. A ty byłaś ranna w środku lasu, a nie na wybrzeżu. Jak to ...

I tak cały czas. Trajkotała i trajkotała. W końcu miałam dość. Siedziałam od dwóch dni w domu. Brakło mi wolności. O tej godzinie zwykle latałyśmy ze Śnieżką w górach. Byłam strasznie zirytowana.

-No ale nic nie przebije końca...

-Jakiego końca?-spytałam zła.

-No wtedy jak Ezra przyniósł ciebie na rękach do wioski-powiedziała zdziwiona- Nikt tobie nie mówił??


Jednak ja już jej nie słyszałam. Ezra... Ezra mnie znalazło przyniósł do domu... I musiał widzieć Śnieżkę... O nie... Ale nikomu nie powiedział... A może... Nie bo wtedy by wszyscy nazywali mnie zdrajcą... Czyli że...


-Halo! Ziemia do Sary! Hallo!!-machała mi ręką przed oczami.

-Co? Jak?! Aaa... Coś mówiłaś?-zapytałam rozkojarzona.

-AHA! Wiedziałam że wciąż się w nim bujasz-westchnęła Luna.

-CO?! Chyba się przesłyszałaś...-mówiłam niepewnie.

-Mhmm..-mrukła zadowolona-Wiedziałam że...


Przerwało jej pukanie do drzwi. Wszedł tata.

-Sara. Masz gościa-oznajmił.

Obok niego stanął Ezrą. O ooo...


-Aaaaa... Część Ezra! Co tam?-zapytała radośnie Luna.

-Eeee... Jeśli nie miałabyś problemu chciałbym porozmawiać z Sarą sam na sam...-powiedział niepewnie.

-Mhmm... To ja wyjdę... Zostawiam was samych... Gruchajcie sobie...-i z szatańskim uśmieszkiem szła w stronę drzwi.


-Co?! My wcale nie...-odpowiedzieliśmy jednocześnie. 

Popatrzył na mnie a ja na niego. Obu nas oblał rumieniec. Luna spojrzała ostatni raz, mrugnęła porozumiewawczo i wyszła. Znów na niego spojrzałam on też spojrzał aż patrzyliśmy sobie prosto w oczy. Ja zażenowana odwróciłam wzrok. 

-Tooo... O co chciałeś mnie zapytać?-zaczęłam niepewnie.

-To... Jest... Jja...-zaczął sie jąkać-ja... j-jak... się...czujesz??


Popatrzyłam na niego. Uśmiechnęłam sie.

-Bywało gorzej...-odpowiedziałam- i dziękuję ze mnie uratowałeś...

-Gdzie tam... Ja tylko ciebie przyniosłem do wioski... Do niczego innego sie nie nadaje... Nie mogłem ciebie nawet obronić-teraz mówił już pewniej.

-Nie naprawdę bardzo tobie dziękuję... I mam pytanie...

-Tak widziałem go...- powiedział gorzko.


Rzeczywistość znów mnie przygniotła. I co ja teraz biedna zrobię... Na Brodę Odyna już po mnie. Jednak chłopak zrobił coś nieoczekiwanego. Złapał mnie za rękę i przyciągnął do siebie tak ze patrzyłam w te jego oczy. Koloru indygo. Zarumieniłam sie tak bardzo ze cała moja twarz wyglądała jak dojrzały pomidor. 

-Obiecuję tobie, ze nikomu nie powiem... Nigdy...


Z jego oczu mogłam wyczytać prawdę. Były takie głębokie... Nie wiedziałam co robię... Przysunęłam sie bliżej i...

CAŁKOWITY REWRITE OPOWIADANIA

NIŻEJ LINK DO NOWEGO KONTA ORAZ OD RAZU NA BLOGA

MIŁEGO DNIA~

http://jakwytresowacsmoka.wikia.com/wiki/Blog_u%C5%BCytkownika:Akisiel/Ca%C5%82kowite_przeciwie%C5%84stwa

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.