FANDOM


Cześć, witajcie :) Właśnie zaczynam moje opowiadanie, a konkretnie - poprawiam i edytuję pewien poprzedni twór, który kiedyś zaczęłam - i nie dokończyłam. Proszę o wyrozumiałość oraz wybaczenie ewentualnych błędów, które mogły mi przy poprawkach umknąć i teraz wprowadzają jakieś zamieszanie. Gdybyście je zauważyli, piszcie mi w komentarzach (oczywiście możecie napisać też coś innego, nawet byłoby bardzo miło ;P). I co... to chyba tyle. Zapraszam do czytania!

Zabrania się kopiowania całości lub części tekstu bez wiedzy i zgody autora. Jeśli widzisz gdzieś wyraźny plagiat (na przykład dwóch pierwszych zdań) - zgłoś autorowi poniższego tekstu Emoticon_silly.png

1.Wezwanie

W pełni obudził się kolejny, zwyczajny dzień na Berk. Przynajmniej takim, wedle wszelkich przewidywań, miał być. Mieszkańcy wioski od rana zajmowali się swoimi sprawami: ktoś porządkował zbrojownię, ktoś zajmował się przyrządzaniem posiłku, a inny doglądał napraw - wyglądało na to, że już ostatnich - powstałych wskutek starcia z Drago Krawdoniem. W ciągu dwóch miesięcy osada niemal zupełnie stanęła na nogi, bo nowy wódz okazał się świetnym organizatorem. Jeszcze inni pilnowali owiec, doglądali wzrastających za wioską upraw czy łowili w zatoce - choć, przy tych akurat kłopot był o tyle, że ostatnimi czasy duża część rybaków nie miała się najlepiej i do połowów trzeba było werbować zastępców. Po niezdrowej, wyjątkowo ciepłej zimie i mokrej wiośnie morska grypa atakowała z niespotykaną od dawna częstotliwością, ciągnąc się (choć już w mniejszym natężeniu) aż do końca maja. Szczęściem nie była bardzo groźna i chociaż łatwo było się jej nabawić, pod opieką miejscowej szamanki, Gothi, ludzie w stosunkowo krótkim czasie wracali do pełni sił.

Pomijając jednak ten drobny szczegół, wikingowie na Berk mieli się całkiem dobrze, a dzień - pochmurny i szary, choć powinien być ciepły i słoneczny, jak na lato przystało - nie zapowiadał niczego, co nie byłoby tu już rutyną. Niespodziewane często jednak przychodzi w momencie, który obstawilibyśmy za najmniej odpowiedni. Dlatego tak się właśnie nazywa.

Bo oto wczesnym rankiem koło chaty wodza pojawił się tajemniczy przybysz... Średniej tuszy, ciemnowłosy, młody chłopak w skórzanym kubraku. Jego strachliwe spojrzenie zająca nie sugerowało szczególnego męstwa. "Tajemniczy" w tym wypadku dotyczyło tylko i wyłącznie jego osoby, a nie faktu jego przybycia, bo od momentu wylądowania mielił językiem jak najęty i zebrał koło siebie spory tłumek. Ze strzępków jego opowieści można było wywnioskować dwie rzeczy: jest posłańcem i przybył tu prosić o pomoc. Było to wszystko o tyle niecodzienne, że przybysz ów - przyleciał na smoku. A chociaż na Archipelagu akceptowano jaką taką przyjaźń, współpracę ze smokami czy po prostu tolerancję dla ich bytności (zależnie od plemienia), to poza Berk raczej ich nie ujeżdżano. Szary Gronkiel wraz z jeźdźcem musiał więc przybyć z daleka...

Wódz zaprosił posłańca - który przedstawił się imieniem Saldar - do wnętrza swojej chaty. Po kwadransie chłopak wyszedł stamtąd, całkiem zadowolony z udzielonej mu odpowiedzi. Mniej zadowolona okazała się za to inna, przysłuchująca się tej rozmowie osoba.

Valka spojrzała na syna, który zabrał szybko hełm i ruszył ku wyjściu. Od dłuższej chwili próbowała mu to wyperswadować, ale oczywiście bez skutku. Zawsze liczył się z jej zdaniem, tyle że raczej nie przedkładał go nad własne.

- Czkawka... Zaczekaj jeszcze chwilę...

- Nie - odparł krótko, szukając wzrokiem Szczerbatka. Zdążył już przedtem wysłać Sączysmarka, żeby przekazał wszystkim jeźdźcom, że mają się spakować i szybko stawić pod chatą wodza. Teraz musiał tylko znaleźć swój transport. - Szczerbek! On poszedł na górę czy gdzie...

- Usiądź spokojnie i się zastanów. Pomyśl, co będzie, jeśli znajdzie się tam nagle cała flota? Chcesz ich pokonać z pomocą pięciu smoków?

- Saldar nie mówił nic o żadnej flocie. Drago jest sam, ma tylko jakiegoś "strasznego" smoka, gatunku nie umiał podać. I wszystko im tam niszczy.

- Ale to może być pułapka!

- Nie sądzę - pokręcił głową. - Zresztą, już zdecydowałem, a opóźnianie wszystkiego raczej nam nie pomoże.

- Posłuchaj, nie bronię ci kogoś tam wysłać na zwiad, nie bronię nawet posłać łodzi i wojowników, ale ty? Przecież ostatnio prawie w ogóle nie sypiasz - próbowała dotknąć jego czoła, ale uchylił się.

- Zacznijmy od tego, że niczego nie możesz mi bronić - mruknął.

- I co, w tym stanie chcesz walczyć z Drago? Zapomniałeś już, kto to jest? Do czego jest zdolny?...

Przez twarz Czkawki przesunął się cień bólu, ale szybko odwrócił wzrok.

- Mamo, prawda jest taka, że zwiadowca nikomu nic nie da, bo Saldar i tak już tam był, a łódź nie dotrze na czas. Jeśli ktoś ma pomóc, to tylko jeźdźcy, i to nie kiedyś tam, jak wytrenujemy sobie setkę ludzi, a mnie kaktus na ręce wyrośnie, tylko teraz, już!

- Ale rozumiesz, że nie sami nie dacie rady? - spojrzała mu w oczy.

- Doskonale. A ty zrozum, że wiem, co robię - położył jej dłonie na ramionach. - Wiem, co potrafią i na co ich stać. I wierzę w nich.

Valka pokręciła głową.

- A może to ja wezmę Chmuroskoka i polecę, a ty zostaniesz i w końcu trochę odpoczniesz? Jesteś wykończony. Już drugi miesiąc - zauważyła.

- Próbuję tylko dobrze zastępować ojca - uciekł przed jej spojrzeniem i zacisnął zęby. Wspomnienie nadal bolało. I tym bardziej zmuszało do działania. - NIC ponadto.

Valka uśmiechnęła się do syna.

- Byłby z ciebie tak dumny, jak ja. Ale musisz zrozumieć - każdy potrzebuje odpoczynku. Nawet Stoick wiedział, że nie można w kółko pracować.

- Jego - Czkawka odwrócił się od matki - ludzie szanowali. Nie robił niczego niezwykłego, a wszyscy potrafili go docenić. Ja jeszcze sobie tego nie wypracowałem. I teraz właśnie zamierzam - szybkim krokiem podszedł do drzwi. Nie mógł przecież powiedzieć, że chętnie wysłałby Drago na drugą stronę z czysto osobistych powodów. Żałował, że dwa miesiące temu wróg po porstu mu się wymknął - choć Czkawka też nie wykazał się należytą determinacją w kwestii pościgu. Miał co innego na głowie.

- Czkawka, proszę!

- Przestań, mamo.

- Nie mogę przestać! Wiesz, ile ryzykujesz?

- Całe życie, czyli to, co zwykle - podniósł ręce w geście niezrozumienia. - Jakieś kolejne "ale"?

Valka pokręciła głową.

- Nie puszczę cię.

- Tak? Powiedzmy, że się spodziewałem. Dobrze, że Szczerbatek to smok, plazmę ma niczego sobie i niejedne drzwi już rozwalił.

Rzeczony właśnie zszedł ze schodów i podszedł z gruchnięciem do swojego jeźdźca.

- O, tu jesteś. Chodź, mały, lecimy - poklepał Furię i odwrócił się, ale powstrzymał go głos Valki.

- Nie, nie puszczę cię samego - uściśliła z uśmiechem. - Chmuroskok i ja lecimy z wami.

- Nie - zatrzymał ją kategorycznie, kiedy skierowała się do wyjścia. - Jedno z nas musi zostać, mamo. Jeśli polecisz ze mną, a coś pójdzie nie tak... Berk potrzebuje cię bardziej niż my.

- A ciebie nie potrzebuje? Pomyślałeś choć przez chwilę o tym?

- Ja... naprawdę wiem, co robię. Chmuroskok nigdy jeszcze z nami nie pracował, więc nawet samego wziąć go nie mogę. A z tobą tym bardziej. Więcej zdziałam tam z moimi jeźdźcami, uwierz mi.

- A co zrobisz, jeśli Drago nadal ma pod panowaniem jakiegoś Alfę? - Valka nie dała się zbić z tropu i rzuciła na szalę ostatni argument. - To ty pracowałeś z dzikimi smokami przez dwadzieścia lat, czy ja?

- A to ja oswoiłem Nocną Furię, czy ty? - uniósł brwi. - Nie zapominaj, że przecież przyjaźnię się z Alfą, i razem jesteśmy silniejsi od wszystkich innych... Prawda, mordko? - chłopak pogłaskał smoczy łeb, a Furia zagruchała w odpowiedzi, po czym fuknęła i wskazała głową kierunek.

- Już lecimy - Czkawka wskoczył na grzbiet Szczerbatka, który jednym susem znalazł się na środku placu. - Jeźdźcy smoków, do mnie!

Valka podeszła do syna.

- Skoro musisz... Chociaż uważaj na siebie.

- A czy ja kiedykolwiek nie uważałem?

Valka otwarła już usta, żeby coś powiedzieć, ale wpadł jej w słowo.

- Okej, nie odpowiadaj - mruknął i poderwał Szczerbatka do lotu. - Za mną!

Pięć smoków wzbiło się w powietrze, a za nimi, trochę niemrawo, ruszył szary Gronkiel. Kiedy Berk zniknęło im z oczu, Czkawka ogarnął grupę ciężkim spojrzeniem. Rzeczywiście, pięć smoków - to nie było dużo. Na Saldara nie mogli raczej liczyć, miał być tylko ich przewodnikiem - choć i to szło mu opornie, kiedy leciał na samym końcu i non stop oglądał się za siebie; ale wódz i tak od początku stawiał głównie na swoją drużynę. Tylko co to znaczyło wobec potęgi Drago? Chociaż... może go tam już wcale nie będzie? Saldar powiedział, że wyleciał dwa dni temu. Drago mógł się w tym czasie trzy razy ulotnić, a biorąc pod uwagę fakt, że czekała ich jeszcze tak samo długa droga na miejsce... A mimo to Czkawka miał przeczucie, że wróg nie mógł ich tak po prostu zlekceważyć. Skoro nie zatrzymał posłańca... Na pytanie, jakim cudem wydostał się niezauważony z wyspy, którą z góry obserwował Drago, Saldar odpowiedział: "Zwyczajnie, uciekłem. Strzelał trochę, ale widać nie chciało mu się nas ścigać". Czkawka jednak wiedział, że ten wróg tak łatwo nie odpuszcza. Gdyby nie interes własny, nie przepuściłby niczego i nikogo. A czym mógł być ten interes? Cóż... Krwawdoń chyba domyślił się, że kolega Saldar nie leci na wczasy, tylko po pomoc. A kto mógłby pomóc plemieniu sprzymierzonemu ze smokami? Inni sprzymierzeńcy smoków. O pokoju na Berk było wiadomo w granicach Archipelagu, ale niewykluczone, że poza nimi również. Kto wie, czy wróg nie zgadł, skąd przybędą posiłki?

Swoją drogą, Czkawkę niezwykle zainteresował fakt, że jeszcze gdzieś oswaja się smoki. Szkoda tylko, że musieli dowiedzieć się o tym w takich okolicznościach... Czy w ogóle jeszcze kogoś tam zastaną?

Na razie odepchnął od siebie czarne myśli i zrównał lot nocnej furii z Mosiądzem.

- Kiepsko wyglądasz - powiedział, spoglądając na jego jeźdźca. - Wszystko w porządku?

- Tak, tylko... Tylko zazwyczaj nie latamy tak szybko - odparł Saldar, chociaż kolor jego twarzy nie sugerował tego "tak".

- Domyślam się... Ale musimy się spieszyć. Jeżeli Drago jest na waszej wyspie już od dwóch dni...

- Za następne dwa będą tam jedynie zgliszcza - skinął głową. - Też mnie to martwi. Dużo bym dał, żeby móc się tam jeszcze szybciej dostać.

Czkawka z powątpiewaniem spojrzał na szarego smoka.

- W zasadzie... Wystarczy, że dasz mapę. Albo chociaż pokażesz drogę. Nocna Furia jest trochę szybsza od Gronkla, a szczególnie od takiego Mosiądza, który nie jest przyzwyczajony latać na wyścigi z wiatrem. Skoro zależy nam na czasie, mógłbym was wyprzedzić i spróbować odwrócić uwagę Drago od osady. Nie będzie to jakaś kolosalna różnica, ale zawsze.

- I zrobiłby to wódz? - Saldar wydawał się zadowolony z tego pomysłu.

- Jeśli mi powiesz, jak się tam dostać - przewrócił oczami. - Byle prędko.

- Więc tak, więc tak... - chłopak wyjął mapę. - O ile się nie mylę, musi wódz lecieć na wschód aż do Samotnych Wysp, a potem łagodnie skręcać ku północy. To będzie tu. Na pewno wódz trafi, to bardzo charakterystyczne miejsce...

- Nie wątpię - mruknął ponuro jego rozmówca. - Po wizycie Drago będzie się jeszcze bardziej rzucać w oczy.

Zmienił ustawienie pedału i popędził przed siebie.

- Czkawka! - Astrid dogoniła Szczerbatka. - Co ty wyprawiasz?

- Przyspieszam - wycedził.

- Ale po co? Przecież reszta nie nadąży! - zdziwiła się. Wyczuła w nim jakieś napięcie.

- I dobrze, zależy mi na czasie - mruknął. Dziewczyna zdecydowanym ruchem zaleciała mu drogę i zmusiła do zmniejszenia prędkości.

- Czkawka... Co ty wygadujesz?

Chłopak odwrócił wzrok i pogłaskał Szczerbatka, który warknął z cicha.

- Przepraszam. Ja... chcę to po prostu załatwić sam - powiedział.

- Jak: sam? - Astrid wydawało się, że nie wszystko rozumie. - Z Drago chcesz sam walczyć? Oszalałeś?

- Nie.

- To dobrze, bo miałam wątpliwości.

- Ja tylko... na pewno miałaś kiedyś taki moment, kiedy wiedziałaś, że powinnaś polegać tylko na sobie, prawda?

- Tak, ale to bardzo kiedyś. I wiesz co? To uczucie jest równie zgubne, co mylne, zdarzyło mi się już o tym przekonać.

- Czyli nie miałaś - mruknął pod nosem.

- Przestań, sam to zrozumiesz, jak trochę ochłoniesz. Jakbyś się nie czuł, i tak potrzebujesz pomocy. Dlatego lecimy... dlatego przynajmniej ja lecę z tobą - zadeklarowała, wprawiając wodza w konsternację.

- Ty... my się chyba nie zrozumieliśmy.

- Nie, wręcz przeciwnie - spojrzała mu w oczy. - Słuchaj, Czkawka, ja przecież wiem, że zależy ci przede wszystkim na tym, żeby wyrównać z nim rachunki, i pewnie teraz zastanawiasz się, czy ta cała eskapada w ogóle ma sens, bo przecież zgodziłeś się głównie dlatego, że masz okazję... że tak powiem... uwolnić Archipelag od jego wpływów... i wiem, że my tu ogólnie trochę ci przeszkadzamy, ale weź się w garść i pomyśl chłodno. Sam nie dasz rady. Jak nic.

Zmarszczył brwi i spojrzał z ukosa na Astrid.

- Kiedy o tym wszystkim rozmawialiśmy? Bo chyba czegoś nie pamiętam.

Uśmiechnęła się, a on w końcu odwzajemnił uśmiech.

- Masz to wypisane w oczach. Jesteś zwyczajnie przewidywalny, a od tego trzeba się odzwyczajać, kiedy się idzie na bitwę.

Pokręcił głową.

- Przewidywalny najwyżej dla ciebie - uśmiechnął się pod nosem i zerknął za siebie, jakby przeliczał siły. - A co do bitew - niejedną moją strategię widziałaś na żywo i przyznasz chyba, że ta rada nie była szczególnie potrzebna.

- To było tylko przypomnienie. Jak człowiek jest wściekły, zapomina, że ma mózg.

- Dziękuję - uśmiechnął się kwaśno.

- Nie mówiłam o tobie. Przecież widzę, że ci już trybiki ruszyły. Wymyśliłeś coś?

- Coś? Hm, można tak to nazwać.

- Znaczy wszystko wraca do normy - Astrid wyciągnęła się na chwilę na grzbiecie smoczycy. - Lubię to uczucie.

- Zasłużona duma? Ja też - zaśmiał się Czkawka.

Dziewczyna z powrotem usiadła wygodnie.

- Dobrze, że masz dzisiaj taki humor.

- Twoja wina.

- Ja bym powiedziała, że zasługa... Czyli co robimy?

Wódz zwolnił Szczerbatka i znalazł się wśród pozostałych.

- Dobra, słuchajcie, dla zwiększenia bezpieczeństwa i oszczędzenia czasu dziś w nocy nie będzie postoju.

- Jak to? - westchnął żałośnie Mieczyk. - Chcesz przez to powiedzieć, że nie będzie kolacji? I ogniska? I pieczenia w ognisku? I spania przy ognisku?...

- To ty nic ze sobą nie wziąłeś? - zdziwił się Czkawka. - W sensie... do jedzenia?

- Oj, weź nie zaczynaj, dobrze?

- Okej - westchnął ciężko i wyciągnął część ryb. - Ja mam zapas. Śledzik ci go przetrzyma, bo ty zaraz zgubisz.

- Już się robi - Ingerman podleciał bliżej i zabrał prowiant.

- Ale że czemu przetrzyma? - wtrąciła Szpadka. - Sam mu racjonuj. Przecież Śledzik zaraz to wszystko zje.

- Ej, jak możesz! To nieprawda!...

- Nie. Ja, Astrid i Sączysmark lecimy przodem. Śledzik - tyły, bierzesz Gronkle i bliźniaki.

- Jak to? To my zostajemy wykluczeni? - krzyknął za nim Mieczyk.

- Nie. Nie wierzę, że to mówię, ale jesteście na tylnej straży.

- Moment, Czkawka... Chcesz zostawić mnie z nimi samego? - jęknął Ingerman, a rodzeństwo spojrzało po sobie i zaśmiało się piekielnie.

- Zaraz tam samego. Spróbujemy się aż tak nie rozdzielić - stwierdził, zrywając Szczerbatka do szybszego lotu. - Ale musimy dolecieć co najmniej chwilę wcześniej. I umawiamy się tak: jeśli Drago nadal tam będzie, my odciągniemy jego uwagę, a wy postarajcie się być dyspozycyjni i w razie czego skołujcie materiały.

- Ale że jakie? Wybuchowe? - dziewczyna zatarła ręce.

- Szpadka, no błagam... Nie wiem, co będzie potrzebne. Śledzik, wierzę w ciebie - Czkawka przyspieszył do ogromnej prędkości, zostawiając przyjaciół w tyle. Zębacz i Ponocnik z ledwością dotrzymywały mu tempa. - Dawaj, mordko! Niech ten drań zobaczy, co znaczy nasz pośpiech...

Szczerbatek fuknął i zmrużył oczy, wzbijając się ponad obłoki.

2.Wysłannik

Do portu wpływały ostatnie już, przed południową przerwą, łodzie rybackie. Połowy w tych okolicach miały swój ustalony rytm: jedna partia odbywała się od wschodu słońca do okolic godziny dziesiątej, druga - pod wieczór, ale godziny ich rozpoczęcia były zależne od pory roku (od trzeciej po południu zimą - jeśli naturalnie zima zdarzyła się jakaś bardzo ciepła i było co łowić - do ósmej, a nawet dziewiątej wieczorem w lecie). W południe światło słoneczne i ciepło płoszyło zdobycz, więc od zarania dziejów w tym momencie rybacy mieli długą przerwę. Co do nocy - teoretycznie byłaby najlepszą porą na efektywne połowy, ale na Berk ten sposób nigdy się nie przyjął, i to z bardzo prostej przyczyny: od wybudowania wioski przez najstarszych wikingów ich osadę napadały smoki. Naturalnie w samym środku nocy; toteż nikt o zdrowych zmysłach nie wypływał wtedy na samotnej łodzi, bo też nikt nie zamierzał podać się bestiom na widelcu. Zresztą, odgłosy walk i trzepot skrzydeł w pobliżu powierzchni zatoki goniły ryby na odleglejsze wody. Po udomowieniu gadów nikomu nawet nie przyszło do głowy, że można by zmienić panujący od przeszło czterystu lat zwyczaj.

Latem poranne połowy były na Berk częściej praktykowane, niż wieczorne, bo po nocy woda była jeszcze zimna, a ryby nie schodziły w głębiny - podczas gdy wieczorem, zwłaszcza po upalnym dniu, ławice ukrywały się z dala od nagrzewających się szybko, przybrzeżnych wód. Z tego powodu na jednej z łodzi Eret kręcił się nader niecierpliwie. Prawda, popłynął, bo było to konieczne (kilkoro rybaków walczyło jeszcze z morską grypą i potrzebne było zastępstwo), ale mimo swojej związanej z wodą i statkami przeszłości rybołówstwo okazało się niesamowicie nudnym i mozolnym zajęciem, toteż miał nadzieję, że drugi raz nie będzie się musiał w to bawić. Dla niego definicja łowienia ryb zamykała jedynie szybkie polowania ze smokiem, których wymagał apetyt podopiecznego (zresztą, Eret nie był w tej kwestii osamotniony, bo jeźdźcy również z rzadka korzystali z paśników, pozostawiając zawartość innym zwierzętom). W ogóle uznał, że z Czaszkochrupem nawet ten cyrk szedłby dużo prędzej, i stwierdził, że warto by porozmawiać z Czkawką na temat pomocy smoków przy połowach. W zasadzie, sprawa dotyczyła się całej kompanii, bo pomocników ktoś musiał przecież najpierw wytresować.

Tak więc ledwie tylko łódź przybiła do brzegu, Eret znalazł się na pomoście i z jego wysokości zerknął na wioskę (i przy okazji na jej przestrzeń powietrzną). Niewiele mógł po tym stwierdzić, bo port był praktycznie najniższym punktem całej osady, ale zawsze była to jakaś oględna informacja. Gwar - jak zazwyczaj, ludzie - jak zazwyczaj, smoki... Tak, w sumie smoki też jak zwykle. Ale kogoś tu w okolicy wyraźnie brakowało. Bo na chwilę obecną społeczność smocza i ludzka liczyły sobie pewne ubytki. Gwar (o kilka decybeli niższy niż z reguły) zdecydowanie to potwierdzał. Eret odwrócił się i z powrotem podszedł do łodzi. Trochę liczył, że od razu uda mu się dostrzec któregoś z jeźdźców, ale przyjaciół (przynajmniej tych najgłośniejszych) chyba w okolicy nie było. No nic, trzeba będzie się przejść i poszukać.

- I jak, Futro? - odwrócił się do kompana, niskiego wikinga odzianego w futrzany kożuch, nieformalnego właściciela łódki, który właśnie wyciągał z wody sieci pełne ryb. Reszta załogi pomagała wyrzucać je na brzeg, pakować do koszy i wreszcie zabierać do piwnicznej części spiżarni, gdzie część z pomocą soli i zgromadzonego jeszcze podczas mrozów lodu konserwowano na zimę, a pozostałą większość zużywano na bieżąco.

- No świetnie, a jak ma być... Woda dzisiaj całkiem spokojna, chłodno i słońca nie ma - wyrzucił cumy na pomost. - Dla nas to idealna pogoda.

- Znaczy wyrobiliśmy normę? - chyba w jego głosie słuchać było nadzieję, bo rybak uśmiechnął się pod nosem.

- Wyrobiliśmy, tak... Możesz już iść. A to - wyciągnął w jego stronę sieć z kilkudziesięcioma sztukami - mały bonus. Dla smoka.

- Dzięki - przerzucił sieć przez ramię, skinął wikingowi i ruszył w kierunku domu. Kiedy otworzył drzwi, pierwszym, co zobaczył, był wielki czerwony łeb, należący do potężnego, zielonego Gruchotnika. Specjalnie dla niego poszerzył znacznie frontowe drzwi, żeby nie musieć zostawiać go na noc w Akademii. Smok łakomie spoglądał na sieć i zdecydowanie miał chętkę na zawartość.

- Cześć, Czaszkochrup - Eret pogłaskał róg smoka i rzucił mu na posłanie ryby. Gruchotnik natychmiast się nimi zajął, a łowca chwilę przyglądał się ulubieńcowi.

- Widzę, że mogę cię spokojnie zostawić - mruknął w końcu i wyszedł. Rozejrzał się po wydeptanej drodze, drewnianych domach - ani śladu przyjaciół. Aż dziwne, bo praktycznie zawsze ktoś z nich był gdzieś w zasięgu wzroku (albo słuchu, też się zdarzało). Przeszedł się kawałek i stwierdził, że Akademia jest pusta, a jeźdźcy na pewno nie ćwiczą ani w wiosce, ani na wybrzeżu. Wobec tego gdzie się podziewali? Wszedł na sam szczyt osady i zapukał do drzwi wodza. Zawiasy zaskrzypiały, a przed dom wyszła drobna postać.

- Witaj, Valka!

- Eret... Miło cię widzieć - kobieta uśmiechnęła się i gestem zaprosiła do środka. - Siadaj. Coś cię do mnie sprowadza?

Łowca skorzystał z zaproszenia i usiadł przy stole.

- W zasadzie nie bezpośrednio... Przyszedłem zapytać o Czkawkę i jeźdźców. Wracając z połowu szedłem przez pół wioski i żadnego z nich nie spotkałem, a mamy coś do omówienia.

Na twarzy Valki odmalowało się zmartwienie.

- Przykro mi, ale przez najbliższe kilka dni nie będzie ich na Berk.

- Znaczy gdzie są?

- Dziś rano przybył jakiś człowiek na smoku. Przedstawił się jako Saldar i poprosił o pomoc dla swojej wyspy, którą zaatakował Drago Krwawdoń...

- Krwawdoń?... Ten Krwawdoń? - Eret wyglądał na zaskoczonego, chociaż podobną plotkę zasłyszał już gdzieś jakiś czas temu. Ciężko było w to wtedy wierzyć, więc zwyczajnie puścił to mimo uszu. W końcu na wyspie powszechnie było wiadomo, że wróg nie zdołał wyjść z ostatniej potyczki cało.

- Czyli to prawda... On jednak żyje?

- Wygląda na to, że niestety tak.

- I co?

- Wiesz, że Czkawka nie umie odmówić pomocy - westchnęła. Brunet zmarszczył brwi.

- Drago na pewno wie, że machiną nie pokona smoka... Ostatnio jego jedyną przewagą był przecież tylko Oszołomostrach.

- Też chciałam mu to wyjaśnić, ale w ogóle mnie nie słuchał.

- Więc to znaczy, że wynalazł już kolejne stworzenie i sposób, w jaki z jego pomocą znowu spróbuje zająć Archipelag - spojrzał na kobietę jakby z niemym pytaniem: wiesz coś o tym? Miał przynajmniej nadzieję, że zaprzeczy.

- Wygląda na to, że tak. Ale Czkawka wierzy w siłę Szczerbatka - Valka bez przekonania wzruszyła ramionami, a Eret poczuł, że serce ciąży mu jak ołowiem. - Nie, żebym w niego wątpiła... w ich obu. Ale jeżeli Krwawdoń odważył się pokazać, to musiał mieć ku temu bardzo wiele powodów. Nienawidzi Czkawki. I będzie próbował zemścić się na nim za swoją klęskę.

Eret zamyslił się, po czym nagle wstał od stołu.

- Weź Chmuroskoka, a ja pójdę po Czaszkochrupa. Zawołaj Pyskacza, może podrzuci Gothi.

- Ale - Eret, co ty robisz?

- Mamy ich tak zostawić? - obruszył się.

- Nie, ale Czkawka wyraźnie mówił, że nie chce pomocy, że mamy za nimi nie lecieć...

- Tak, on i jego "nie chcę" - przewrócił oczami. - Sami nie dadzą sobie rady, to oczywiste.

- Tak, ale pytanie, jak dużo zmienią trzy smoki... W tym jednym mógł mieć rację. Nie lepiej zebrać więcej ludzi? Inaczej szczęście prędzej uśmiechnie się do Drago niż do nas, a schwytani raczej im nie pomożemy.

- Kiedy nie zdążymy!

- Poza tym, przecież nie wiemy, dokąd lecieć. Nawet Czkawka i cała reszta nie mieli mapy ani nie znali drogi. Jedyną szansą, żeby tam trafić, był Saldar, który zabrał się razem z nimi.

- Mówisz o gościu z szarym Gronklem, który stoi na środku wioski i opowiada coś z zapartym tchem? - uniósł brwi. Valka szybko otworzyła drzwi i wyjrzała na zewnątrz. Rzeczywiście, wśród niewielkiej grupki słuchaczy stał Saldar we własnej osobie i ożywionym tonem rekonstruował słowem jakieś (sądząc po minach) straszne wydarzenie. Wcale nie zdziwiłaby się, gdyby chodziło o wieści na temat Drago.

- Czyli jednak został - z niedowierzaniem pokręciła głową. - Od początku nie wyglądał na szczególnie odważnego, ale myślałam, że los jego wyspy chociaż trochę go obchodzi. Tylko wobec jak Czkawka zamierza znaleźć to miejsce?

- Ważne, jak my je znajdziemy - stwierdził zdecydowanie Eret. - Chodźmy. Trzeba przycisnąć tego tchórza.

Spojrzał wyczekująco na Valkę, ale nie przytaknęła, z powątpiewaniem patrząc na Saldara. Łowca zauważył jej wahanie.

- Pomożesz mi czy mam lecieć sam?

Nie odpowiedziała. Zacisnął pięści.

- Za kwadrans startuję z Wielkiego Placu. Zrobisz jak zechcesz.

3.Grom z ciemnego nieba

Jeźdźcy już z daleka bez trudu zauważyli słup dymu i ciężkie, czarne chmury, wiszące nad osadą. Wyspa nie była wielka, a jej brzeg, przynajmniej zachodni (niedaleko którego się właśnie znaleźli), łączył się z wodą pasem piaszczystej plaży. Przedtem musiała być piękna, tak samo jak i cały ląd, na którym rósł gęsty las. Teraz można było dostrzec jedynie nagie, czarne kikuty, żałośnie sterczące wśród spalonej okolicy, a piasek przysłaniał nieregularnie porozsypywany popiół. Wioska stała chyba w dolinie, bo wyglądało na to, że właśnie domy są źródłem cały czas rozrastającej się dymnej kolumny. Musiały płonąć... Wódz wytężył wzrok.

- Leć niżej, mordko. Musimy się temu przyjrzeć, a ta chmura... - rozejrzał się wokół siebie. Przesycona zapachem spalenizny mgła mocno ograniczała widoczność. - ...Nieważne. Dziwne to.

Nocna Furia posłusznie obniżyła lot i zwolniła, czekając na pozostałych. Czkawka spojrzał na wyspę, która dosłownie okryła się zasłoną dymną.

- Pożar - mruknął, ale z powątpiewaniem, bo nigdzie nie było widać płomieni. Ale - podobno nie ma dymu bez ognia, więc może to po prostu wina gęstych oparów.

Śmiertnik zbliżył się prawie bezszelestnie.

- Co teraz? - Astrid spojrzała na chłopaka w napięciu.

- Mam nadzieję, że plan jakiś masz - dołączył się Sączysmark. - Jakiś nie-idiotyczny, typu "rozdzielmy się i szukajmy".

- Gdybyśmy mieli czas, rzeczywiście kazałbym trzymać się razem. Ale teraz jest inaczej. Trzeba jak najszybciej znaleźć Drago i odwrócić jego uwagę od tego pogorzeliska - odparł wódz i zawrócił smoka, przygotowując się do lotu nurkowego.

- Jak "znaleźć", skoro w tym dymie może być wszędzie? - Astrid przerzuciła topór do drugiej ręki. - A może go tu w ogóle nie ma?

- Ee, i po co odwracać uwagę - dodał Sączysmark - skoro to i tak tylko sterta żużlu?

- Lepiej założyć, że jest, przynajmniej nie będziemy zaskoczeni, jak się w którymś momencie z nim spotkamy. Czegoś dosiada, to prawie pewne. Saldar wspominał o smoku - Czkawka zignorował Jorgensona. - Więc rozdzielcie się, polatajcie trochę i dajcie się zauważyć. Niech też się pokaże. Ja poszukam na ziemi. Jak tylko ktoś go znajdzie, dajcie sygnał - powiedział, po czym zwrócił się do smoka: - Lecimy, mordko.

Szczerbatek poszybował w dół i powoli przeleciał nad plażą. Czkawka rozejrzał się dookoła. Rzeczywiście, uwaga Sączysmarka nie była tak daleka od prawdy - większość terenu miała już wyraźnie styczność z ogniem. Gdzieś między spalonymi drzewami mignęły mu duże cienie - gdyby miał zgadywać, pewnie obstawiłby smoki. Zatrzymał Furię w powietrzu i zmrużył oczy. Tak, smoki. Zdecydowanie. A skoro były zwierzęta, w pobliżu mogli się również znajdować ich właściciele...

- Chodź, mały. Trzeba to sprawdzić.

Szczerbatek warknął nieufnie, ale zmienił kierunek. Nie znalazł się jednak nawet w połowie trasy, kiedy jego drogę przegrodziły dziesiątki potężnych błyskawic, zebrane w zabójczy strumień. Czkawka krzyknął, a smok w ostatniej chwili chaotycznym lotem uciekł przed strzałem.

- Już... spokojnie - powiedział uspokajająco chłopak, kładąc dłoń na głowie Furii. - Co to było?

Wstrzymał smoka daleko od lądu i spojrzał w czarne chmury. Burza odpadała, bo nie było słychać żadnego huku. W zadymionym powietrzu dostrzegł za to kłębowisko piorunów, oplatających ciało wielkiego gada, który miotał się i ostrzeliwał wyspę błyskawicami, niczym straszliwa, szalejąca nawałnica.

- Wandersmok - wyszeptał.

I nie tylko. Na jego grzbiecie siedziała znajoma postać.

Pierwsza myśl: jak on go dosiadł? Czyżby miał siodło absorbujące wyładowania? A może pokryte czymś, co je "odpychało"? No, dobrze, pomysł może absurdalny, ale chyba jedyny, jaki przychodził mu w tej chwili do głowy. Wódz doskonale pamiętał ich poprzednie spotkania z gadem (nie należały do kategorii przyjemnych), więc szybko pojął, w jakim znajdują się położeniu. Nawet jeśli raz, w nagrodę za uwolnienie, smok rzeczywiście nie okazał w stosunku do jeźdźców agresji (ale to naprawdę raz jedyny), to generalnie nigdy nie było z nim lekko. A teraz na dodatek zupełnie podlegał władzy Drago Krwawdonia, najbardziej niebezpiecznego człowieka, jakiego widział Archipelag. Czkawka wiedział, że musi odpędzić go za wszelką cenę - widział przecież na wyspie smoki i domyślał się obecności ludzi.

- Wezwij je, Szczerbek, będą nam potrzebne - nakazał. Furia spełniła polecenie: przelatując nad lądem, raz po raz wydawała gardłowe ryki, które przywołały wszystkie zwierzęta do pomocy. Wkrótce w powietrzu pojawiło się kilka z nich. Nie było to może wymarzone wsparcie, ale zawsze lepsze niż nic, toteż Czkawka bez dalszej zwłoki ruszył na spotkanie z Drago.

Szczerbatek strzelił ostrzegawczo, żeby zaalarmować pozostałych, i wynurzył się spośród strzępów chmury niemalże przed samym nosem Wandersmoka, który ze strachu znowu zionął błyskawicą. Ale dwóch przyjaciół już tam nie było - Nocna Furia wywinęła u góry beczkę, obróciła się przez skrzydło i spłynęła przed Drago, wściekle warcząc. Krwawdoń spojrzał ze skrywanym zaskoczeniem. Był pewien, że poprzedni strzał spopielił - jeśli nie smoka - to przynajmniej jego jeźdźca; ale niczego po sobie nie pokazał.

- Wódz na Berk - powiedział z niesmakiem, jakby te słowa nie pasowały mu do postaci, o której mówił. - Widzę, że nadal żyjesz. I nawet raczyłeś przybyć... Zaskakujące. Twoja bestia cię oszczędza. Wciąż na nim latasz? - spojrzał kpiąco na Szczerbatka, który warknął ze zdwojoną siłą. - Nie boisz się, że skończy z tobą jak z twoim ojcem?

Smok zadrżał, ale Czkawka położył mu dłoń na głowie.

- Kiepskie zagranie. To była twoja wina. I obaj dobrze o tym wiemy, więc może to sobie podarujmy.

Drago zaśmiał się piekielnie.

- To niby ja miotam plazmą? Przeceniasz mnie, Władco Smoków.

- Nie sądzę. I nie powiedziałem, że jesteś smokiem, tylko że je wykorzystałeś. A że użyłeś przymusu, to bierzesz za to odpowiedzialność. Trafiam w twoje myślenie czy nie? - spytał ostro, usiłując zagrać na czas. Pozostali jeźdźcy musieli się tu wkrótce znaleźć.

Krwawdoń spojrzał lekceważąco. Czkawka kątem oka dostrzegł majaczące wśród chmur skrzydło Koszmara Ponocnika

- Nie do końca. Ale mogę ci zdradzić, na czym opiera się moja mentalność: ja nie przebieram w środkach, dla mnie liczy się cel. A celem było wygrać. I proszę - wyszedłem zwycięsko z tej walki, sam przyznasz, mój nowy smok prezentuje się całkiem nieźle, nawet względem tego, którego twoja rządna krwi bestia raczyła rozbroić. Po tym nie nadawał się już do niczego. A tego przynajmniej nie dotkniesz.

Czkawka nie zdejmował ręki z głowy zdenerwowanej Furii, więcej - zaczął ją delikatnie, uspokajająco głaskać. Po skrzydłach Wandersmoka przemknęły błyskawice.

- Pozwolić ci odejść wolno z Berk - to był mój największy błąd.

- Czyżbyś przybył tutaj po to, żeby go naprawić?

- Nie to był mój cel - warknął, próbując nie dać się sprowokować. - Jestem tu, żeby bronić niewinnych ludzi. Niszczysz ich domy, zabierasz im bliskich - po co to wszystko? Przecież już nic nie zdziałasz, dobrze o tym wiesz. Twoi ludzie poszli w rozsypkę. Jedyne, co ci zostało, to zniewolone stworzenie do pomocy, które cię nienawidzi. I trzymasz je, bo musisz na coś zrzucać odpowiedzialność. Jakie to dla ciebie typowe...

- Wybacz, jeśli się wtrącę, ale to nie czas ani miejsce na te przydługawe refleksje. Co zamierzasz zrobić? Zabić mnie? - zakpił.

Wódz zacisnął pięści. Tylko jedna odpowiedź cisnęła mu się w tej chwili na usta. Wiedział, na co liczy jego wróg... dlatego nie mógł tego zrobić. Jeszcze nie teraz.

- Nie jestem taki jak ty - wycedził. - W zasadzie nawet nie umiem wytłumaczyć, po co z tobą rozmawiam, przecież wiem, że się nie dogadamy, ale...

- Czyli idziemy na noże? Jakie to przykre... Jednak liczyłem z twojej strony na coś więcej. Ja to ja - ale żeby ty? Cóż, trudno.

- Wycofaj się, masz ostatnią...

- Nie, to ty swoją ostatnią właśnie miałeś! - Krwawdoń szarpnął Wandersmoka i w stronę Czkawki poszybowały kolejne błyskawice. Szczerbatek jednak saltem umknął zagrożeniu, wydał gardłowy, wysoki okrzyk i strzelił plazmą w Drago. Ten owinął się smoczą skórą i zarechotał. Dosiadając wierzchowca, który jako jedyny mógł się mierzyć z Nocną Furią, nie martwił się o wynik starcia. Jeden czarny smok, choćby nie wiem jak silny, nie mógł mu niczego zrobić. Wtedy jednak znikąd pojawiły się wokół niego kule ognia i gorące płomienie - pociski smoków wezwanych przez Szczerbatka. Wandersmok ryknął wściekle i rozejrzał się dookoła, próbując znaleźć źródło niespodziewanego ataku. Zdenerwowany, zaczął miotać jeźdźcem i ziać we wszystkie strony. Nagle obok mężczyzny przefrunęły ostre jak brzytwa kolce, a kilka z nich wbiło się w jego pelerynę. Mimo materiału, z jakiego została zrobiona, poczuł znaczny ból. Z boku natarł na niego płonący Koszmar Ponocnik z zamiarem strącenia go z grzbietu zwierzęcia.

- Dalej Hakokieł! - krzyknął głośno Sączysmark i nagle o centymetry minął go pazur Wandersmoka, który machnął potężnymi skrzydłami, wznosząc się wyżej, i wyciągnął łapy, żeby pochwycić przeciwnika.

- Nie krzycz! - usłyszał Astrid. - Zdradzasz pozycję!

Czkawka i Drago odwrócili się w stronę głosu, a Krwawdoń zawrócił smoka i lotem błyskawicy ruszył na Zębacza.

- Hipokrytka - skwitował Sączysmark. Czkawka rzucił się za nim i uderzył Wandersmoka pociskiem plazmy. Gad zatrzymał się, powściągany przez Drago, i rozłożył szeroko skrzydła.

Czkawka pamiętał ten gest.

- Będzie razić! - krzyknął, zawrócił Szczerbatka przez grzbiet i wypadł poniżej chmury. Tymczasem Wandersmok zebrał całą energię wyładowań burzy na swoim ciele i splunął wokół siebie potężnym strumieniem błyskawic. Czkawka z łatwością mu umknął, ale martwa cisza po strzale sprawiła, że z niepokojem rozejrzał się za drużyną. W tym momencie zauważył go Drago i skierował ogień smoka wprost na Nocną Furię.

- Czkawka!!

Szczerbatek w ostatniej chwili cudem uskoczył w bok, ale jego ogon, potraktowany już z lekka prądem, nieustannie ściągał pociski Wandersmoka. Wódz zawrócił go przez skrzydło i przyspieszył.

- Było blisko - wydyszał. Przynajmniej wiedział już, że Astrid żyje.

Drago nie dał za wygraną i ruszył za nim. Udało mu się w końcu uszkodzić piorunem lotkę Furii, która po nieudanej próbie utrzymania się w powietrzu zapikowała chaotycznie w stronę oceanu. Czkawka wiedział, że jeśli wpadną do wody, nie będą mieli najmniejszych szans.

Migotliwa tafla zbliżała się coraz szybciej, a Drago przygotował Wandersmoka do strzału. Czkawka starał się poderwać Szczerbatka, ale nie w pełni sprawny ogon nie pozwalał wykonać tego manewru dość szybko i po chwili smok szorował łapami po wodzie, cały czas usilnie próbując się wznieść. Nagle w górze dał się słyszeć głośny wybuch.

Wódz odciągnął w końcu przyjaciela od powierzchni oceanu i spojrzał przez ramię.

- Tak jest, Wym! - zawyła Szpadka. - Posiłki przybywają!

Darła się tak głośno, że mimo odległości Czkawka odetchnął i pewnie pokierował smokiem.

- Teraz zobaczymy twój ogon, mordko - mruknął. Szczerbatek gruchnął z niepokojem i spojrzał w stronę Drago, a potem pytająco na swojego jeźdźca. Czkawka mimo niebezpieczeństwa chwilowo zablokował dźwignię i przeczołgał się w stronę ogona.

- Wiem, że on tam jest, ale skoro przyleciały bliźniaki... Jeśli tego nie sprawdzę, możemy ponownie wylądować w oceanie, a wtedy - no właśnie. Wandersmok nie śpi.

Chłopak wyciągnął rękę tak daleko, jak tylko potrafił, i namacał pod materiałem skrzywiony pręt, który blokował lotkę i targał materiał.

- A ojciec mówił, żeby ćwiczyć - pokręcił głową, bezskutecznie próbując odgiąć dwoma palcami metal do pierwotnej pozycji. W końcu zrezygnował, odsunął go od płótna i ostrożnie wrócił na siodło. Nocna Furia gruchnęła pytająco.

- Musimy uważać, bo złamał ci się jeden pręt. Ale damy radę - poklepał smoka po pysku i wzbił wyżej. - Teraz trzeba im pomóc.

Tymczasem w górze nad Wandersmokiem przetaczało się istne tornado.

- Coś tu śmierdzi - zarechotała Szpadka, kiedy Wym rozpylił kolejną chmurę gazu.

- ...I deszcz iskier posypał się na niego, a i on sam się posypał, niczym popiół - ostatnie słowa Mieczyka zagłuszył kolejny wybuch, który na nowo przeraził Wandersmoka. Drago miotał się wściekle.

- Czy ty powiedziałeś "niczym popiół"? - zainteresowała się Szpadka. Chmury nagle rozstąpiły się pod wpływem prędkości, z jaką przecięła je Nocna Furia. Drago zerwał smoka i znowu pomknął za nimi.

- Miecz, Szpadka! Pomóżcie mu! - krzyknęła Astrid i także rzuciła się w pogoń za Krwawdoniem.

- A rzeczywiście, możeby tak zamiast "niczym popiół" zrobić po prostu sam "popiół" z tego przemądrzałego typka? Co o tym sądzisz, siostra?

Wym i Jot wystartowali za Śmiertnikiem.

- Genialne! "Posypały się iskry i sypnął się popiół"! - Szpadka była zachwycona, a Wym dał upust jej radości i otoczył ich gęstą chmurą zielonego gazu.

Czkawka obejrzał się przez ramię i nagle zawrócił, pikując wprost na bliźniaki. Wandersmok, odrobinę mniej zwrotny niż Nocna Furia, zawisł na chwilę w powietrzu, rozglądając się za swoim celem.

- Zatem wprowadźmy zamysł w czyn! - Mieczyk zerknął na Szczerbatka, który w tej chwili przeciął gazowy obłok. - Zaczekaj, Jot... musi zostać zachowana dramaturgia tej sceny. Jeszcze chwilę... jeszcze... już! - krzyknął i zawrócił Zębiroga, który przed ucieczką ledwie zdążył podpalić chmurę. Drago nie miał tyle szczęścia co pozostali i potężny wybuch zmiótł go z grzbietu Wandersmoka, który otrząsnął się i swoją pierwszą błyskawicę posłał wprost do wody.

- Jak w prawdziwej sztuce - westchnął ukontentowany Mieczyk, zupełnie nie zwracając uwagi na szalejące zwierzę. Czkawka przeleciał obok nich.

- Wodzu, jak podobało ci się przedstawienie?

- Rewelacja, świetnie się spisaliście. A planujecie coś może dla Wandersmoka?

- Rekwizyty nadciagają - oznajmiła Szpadka.

Czkawka był pozytywnie zaskoczony jej odpowiedzią.

- No, nieźle. Nigdy nie posądziłbym was o myślenie strategiczne...

- O, to nic specjalnego - mruknął skromnie Mieczyk. - Nawet wiking prehistoryczny preferował odwracanie uwagi...

- No, może i prehistoryczny - zarechotała Szpadka - ale to z pewnością nie był wiking!

- Chyba, że zmienić to "odwracanie uwagi", ewentualnie wyłączyć "preferował" - dodał domyślnie Czkawka. - Swoją drogą, skąd ty Mieczyk znasz takie trudne słowa?

- No wiesz! - żachnął się oburzony bliźniak.

- Ale co, mamy rację - docięła bratu siostra. - Normalny wiking zawsze się tłucze - no, jak na wikinga przystało - a ta twoja wersja, to taki...

- Czkawka - uśmiechnął się Mieczyk i zabawnie parsknął. Wódz za to nie wyglądał na szczególnie rozbawionego. Nagle wszyscy usłyszeli charakterystyczny dźwięk, który wydawały skrzydła tylko jednego smoka.

- Chcecie, żeby Śledzik odwrócił jego uwagę? Znaczy, w sensie że: Śledzik?! Na Sztukamięs? - Sączysmark lekceważąco przewrócił oczami.

- A co z Saldarem? - chciał wiedzieć Czkawka.

Szpadka machnęła ręką.

- Zrezygnował, jak tylko zniknęliście z pola widzenia. Stwierdził, że zaczeka na Berk.

- Oby tylko miał na co - pokręcił głową. Wandersmok zauważył grupkę jeźdźców i posłał w ich stronę błyskawicę. Hakokieł natychmiast ryknął i ustawił się do walki, ale Czkawka powstrzymał Ponocnika.

- Czekaj... Po prostu wyczuwa inne smoki, których nie widzi. Szczerbatek, każ im wracać, bo zrobi się agresywny.

Nocna Furia spełniła polecenie, wydając kolejny głuchy warkot, a zwierzęta posłusznie zawróciły na wyspę.

- Co ty wyprawiasz? - Sączysmark równie szeroko otworzył oczy i usta.

- Cii... Spokojnie - mruknął Czkawka, a Hakokieł po następnej błyskawicy zmył się jak niepyszny.

- Astrid, przytrzymaj Wandersmoka kawałek stąd przez kilka minut, ale nic mu nie rób.

- Oj, nie ręczę, że to się uda... - odparła i wykręciła przed łbem rozszalałego zwierzęcia pierwszy piruet, po czym pomknęła jak najdalej od jeźdźców.

Uśmiechnięty Śledzik wyłonił się z chmur i nagle gwałtownie przyhamował.

- Oto oni - Mieczyk odwrócił się w stronę Gronkla. - Towarzyszu Śledzik, pokażcie arsenał.

Czkawka zbliżył się do nich ponownie i spojrzał zdziwiony.

- Arsenał? - zmarszczył brwi. - Przypominam, że nie zamierzamy go zabić.

- Pospiesz się! - krzyknęła Astrid, kiedy po raz kolejny ledwo umknęła morderczym błyskawicom. - Nasz smoczek chyba nie lubi baletu!

- Sączysmark, pomóż jej - zakomenderował Czkawka. Jeździec niezwłocznie, acz niechętnie, spełnił polecenie.

- Księżnisiu? - Śledzik pogłaskał Gronkla, a Sztukamięs otworzyła pysk.

- Ryby? - wódz nie wydawał się przekonany.

- Czkawka!! - Astrid wrzasnęła dwa razy rozpaczliwiej, kiedy znalazła się na linii strzału pomiędzy Ponocnikiem a wierzchowcem Drago.

- Już idę! - zawrócił smoka, a Mieczyk zaczął referować.

- Oto nasze autorskie, jakże oryginalne, odwracacze uwagi. Plan jest taki: rzucamy je potworowi i zwiewamy, gdzie pieprz rośnie.

- Wykonaj, Wym! - krzyknęła Szpadka, a Zębiróg posłusznie pomknął z powrotem w stronę Berk.

- Zaraz. - Mieczyk zastanowił się głęboko i wstrzymał zwierzę. - Gdzie na Berk rośnie pieprz?

- No... Nie rośnie.

- To wobec tego gdzie lecimy?

Szpadka rozejrzała się wokół i wzruszyła ramionami.

- Może po prostu na dół? Mówią, że ponoć naciemniej zawsze pod latarnią.

- Nie widzę tam żadnej latarni, ale pomysł jak się patrzy. Ruszamy!

Wandersmok zwrócił się teraz przeciwko Ponocnikowi, który zapłonął i natarł na przeciwnika.

- Eej, Hakokieł, nie szalej!

- Daj te ryby - Czkawka zatrzymał się i wyjął z pyska Gronkla trzy sztuki. - Smark, nie wariuj!

- Hakokieł! - Sączysmark szarpał się ze swoim podopiecznym - Ja tu jeszcze siedzę! Chcesz zabić nas obu?

- Odsuń się! - Czkawka zablokował ogon Szczerbatka i przykucnął na siodle. - Miałeś odwrócić jego uwagę, a nie rozwścieczać jeszcze bardziej!

- Naprawdę chcesz skorzystać z planu bliźniaków? - Śledzik wyraził brak przekonania.

- Nie słyszałeś? No, odsuń się, zostaw! Niedobry smok! - Ponocnik nic nie robił sobie z wrzasków jeźdźca i dalej mierzył się z Wandersmokiem siłą ognia. Mijające się błyskawice i pociski groziły niebezpieczną eksplozją.

- Sączysmark, powtarzam: zabierz Hakokła.

- Przecież widzisz, że się wcale nie słucha!

- Więc może też odwróć jego uwa...oooch! - Czkawka nie dokończył, bo potężny wybuch zrzucił go ze smoka. Szczerbatek ryknął przeraźliwie, ale chłopak w ostatniej chwili chwycił się jego łapy.

- Uff... Uwagę. Słyszysz, Sączysmark? Skacz! - krzyknął zniecierpliwiony, próbując jednocześnie wspiąć się na grzbiet zwierzęcia, podczas gdy Szczerbatek starał się ustabilizować zwis.

- Cooo? Niby jak? I gdzie?! - Sączysmark wciąż walczył ze wściekłym Hakokłem.

- No - na dół, jak byś chciał inaczej?

- Na Szczerbatka?

- Nie! Po prostu - na dół!

- Do oceanu? Mnie życie jeszcze miłe!

- Mordko - Czkawka klepnął smoka po szyi - pokaż mu, jak to zrobić.

Furia wykręciła pętlę przez grzbiet i przeleciała zaraz nad Sączysmarkiem, ogonem zmiatając go z siodła.

- Ooaa, na Thora, Hakokieł!! - zawył Sączysmark, machając rękami i próbując złapać się powietrza. - Hakokieł!!

Ponocnik niechętnie przerwał walkę, ryknął i rzucił się w pościg za swoim jeźdźcem.

- Bardzo dobrze... - szepnął Czkawka, a Nocna Furia nieznacznie zbliżyła się do Wandersmoka. Gad poniechał gonitwy za swoim dotychczasowym przeciwnikiem i ryknął teraz na Szczerbatka, okrywając swoje ciało niebezpiecznymi błyskawicami. Furia nie pozostała mu dłużna.

- No już już, spokojnie... - chłopak wyciągnął na dłoni rybę. - Drago nie ma, jesteś wolny.

Wyładowania straciły na sile, a smok powąchał rybę - i, niestety, fuknął, szczerząc nieznacznie zęby. Widać poczęstunek gatunkowo nie przypadł mu do gustu.

- Ej, kolego... proszę cię, bez takich numerów - jęknął. Wandersmok obwąchał jedzenie jeszcze raz, ale chyba nie zamierzał dać się przekonać; Czkawka natomiast obawiał się cofnąć rękę, bo niewiele brakowało, żeby gad ponownie się zdenerwował. Czekał w napięciu już dobrą minutę. Śledzik i Astrid przypatrywali się wysiłkom wodza z dwóch różnych stron, ale tej samej, bezpiecznej odległości - i żadne z nich na wszelki wypadek nie miało zamiaru się ruszać; Hakokieł gdzieś tam na dole topił Sączysmarka - a może Sączysmark Hakokła? - dość, że ich próby startu z wody spełzły na niczym; a po bliźniakach, które ruszyły na poszukiwania pieprzu, słuch zaginął. W pewnej chwili coś odwróciło uwagę Wandersmoka. Przekrzywił głowę i wpatrywał się w chmury, a Czkawka błagał w duszy, żeby to nie był któryś z jeźdźców, widział bowiem nasilające się ponownie wyładowania, osłaniające skrzydła gada. Wiedział też, że przestraszony smok jest nieraz gorszy niż zupełnie dziki. Nie spuszczał jednak wzroku ze zwierzęcia i dlatego tylko kątem oka mógł dostrzec dwie głowy, wyłaniające się z gęstej mgły.

Więc jednak.

- Czyli nie liczy się pieprz w woreczku? - jęknął Mieczyk, głośno ciamkając jakiś owoc.

- A czy pieprz rośnie w woreczkach, kretynie? - Szpadka puknęła go w czoło.

- Dobre pytanie... Ej, sama jesteś kretynką!

- Mieczyk - zawołał cicho Czkawka.

Bliźniaki zatrzymały się i dopiero teraz zauważyły, że Wandersmok jest nimi szczerze (choć niezbyt serdecznie) zainteresowany.

- Co on się tak na nas gapi? - spytał Thorston, spoglądając na gada.

- Mam wrażenie, że trochę mu się nie spodobaliście...

Mieczyk ze Szpadką równocześnie uśmiechnęli się w kierunku smoka, co wyszło im nieco głupawo.

- Cześć stary, jak leci? - odezwał się Mieczyk. - Dobrze? No widzisz, dobrze, że dobrze. My tu z siostrą tylko przejazdem, się nie stresuj, bo to źle robi na cerę... na łuski; bo my normalnie raczej siedzimy na Berk - ej, Berk, kojarzysz? Pewnie, że kojarzysz, przecież próbowałeś tam zabić Czkawkę... Ale jakby co, to w tę stronę - bliźniak machnął ręką, a smok warknął groźnie.

- Miecz, nie rozkręcaj - przestrzegł wódz, nadal nie spuszczając wzroku ze zwierzęcia. - Weźcie Wyma i Jota i spokojnie zawróćcie. Tylko bez gwałtownych ruchów.

- Bo chcesz mi przerwać oswajanie? Proszę cię - prychnął, od niechcenia lekko podrzucając owoc. - Nie zwracaj na niego uwagi, smoczek. Dogadaliśmy się, nie? Jasne, że się dogadaliśmy. Kto by się nie dogadał z Mieczykiem Thorstonem. Fajnie, wpadnij kiedyś do nas. Będziemy w konta...aaa! - wrzasnął przeraźliwie, kiedy za którymś razem nie złapał. - Mój ananas!!

- Ciszej! - syknął Czkawka, ale w tej chwili smok ryknął donośnie i przygotował się do ataku. Bliźniaki natychmiast się zmyły, a zaraz za nimi pomknęła Astrid.

- Już dobrze... - wódz zasłonił mu cel i szybko podsunął mu pod nos drugą z ryb, innego gatunku, pierwszą dyskretnie wciskając do paszczy Szczerbatka. Zwierzę powąchało ją i okazało śladowe ilości zainteresowania, chociaż nie przestawało mierzyć przyjaciół morderczym wzrokiem. Po dłuższej chwili nieufnie wzięło z rąk Czkawki jedzenie. Chłopak od razu podsunął mu kolejną sztukę.

- Tak jest... wszystko w porządku. Śledzik, odnotuj: nie przepada za makrelą - powiedział po chwili, przyglądając się mu uważnie. - To nasz Wandersmok, prawda?

Śledzik niepewnie zerknął na zwierzę i nie zdecydował się podlecieć bliżej.

- Chyba tak! - krzyknął, ale szybko zreflektował się i ściszył głos. - Znaczy, chyba tak. W końcu nic nie wiadomo, żeby miał mieć przyjaciół z gatunku.

- Trochę jak Nocna Furia - mruknął, wciąż kucając na siodle. Spróbował wyciągnąć rękę w kierunku smoka.

- Nie radzę - usłyszał Śledzika. - Nie wiem, czy pamiętasz, ale ten smok nigdy nie pozwoli...

- Cśś - syknął, bo Wandersmok zaczął poruszać nozdrzami i przyglądać się uważnie jego dłoni. - Dobrze, mały... spokojnie.

Czkawka jeszcze nieznacznie zbliżył się do zwierzęcia i może byłby go nawet dotknął, ale w tym momencie rozproszony gad cofnął się do tyłu i gwałtownie machnął skrzydłami. Zawył z bólu, kiedy pazury Koszmara Ponocnika wbiły się w jego łapę.

Fala uderzeniowa wywołana szarpaniną dwóch smoków sprawiła, że Szczerbatek przekoziołkował do tyłu, nawet nie zauważając, że jego jeździec nie siedzi w siodle. Czkawka krzyknął i w ostatniej chwili złapał się uchwytu.

- Nie! Hakokieł, Smark, co wy wyprawiacie!

Ponocnik znów zaatakował, ale tym razem Wandersmok nie pozostał mu dłużny. Przerażony Sączysmark przejął wreszcie kontrolę nad Hakokłem, niemalże wieszając się na jego rogach i spróbował jak najszybciej się oddalić, ale przeciwnik nie dał za wygraną i ruszył w pogoń.

Czkawka dosiadł z powrotem Szczerbatka i przypiął się do smoka.

- Za nimi, mordko - nakazał, zmieniając ustawienie lotki.

- Czkawka, nie! - Astrid pojawiła się za jego plecami. - Ty i Szczerbatek...

Nie usłyszał jej wołania i z prędkością, jaką mogła osiągnąć tylko Nocna Furia, puścił się w szalony pościg. Wpadł pomiędzy dwa smoki w chwili, gdy Wandersmok splunął w Ponocnika potężnym pociskiem, którego wystraszył się nawet Hakokieł. Szczerbatek wytężył wszystkie siły, wzbił się wyżej i szczęśliwie udało mu się ominąć błyskawicę, ale jej odnoga dopędziła przyjaciół i uderzyła w lotkę, paląc całkowicie materiał. Smok ryknął z przestrachem i chaotycznie obniżył wysokość, a wtedy kolejny pocisk został przyciągnięty przez pedał i dosięgnął metalowej nogi Czkawki. Nocna Furia wydała jeszcze pełen bólu ryk, a potem razem ze swoim jeźdźcem poszybowała w nicość.

4.Zemsta na wroga

Astrid przyglądała się z daleka chłopakowi, który małymi kroczkami próbował przekonać do siebie Wandersmoka. Nie wierzyła wprawdzie, że da się go wytresować, ale Czkawka przełamywał już nie takie lody. Na wszelki wypadek wolała się jednak nie ruszać, żeby przypadkiem nie rozwścieczyć zwierzęcia. Zacisnęła dłoń na toporze, kiedy z nienacka pojawiły się bliźniaki, ale na szczęście Czkawka opanował sytuację i wyglądało na to, że wszystko będzie w porządku. Kątem oka dostrzegła jednak zawracającego Zębiroga i stwierdziła, że dobrze byłoby przytrzymać tych dwoje, przynajmniej do chwili, kiedy wszyscy będą już bezpieczni. Bliźniaki miały niezwykłą zdolność do pakowania w kłopoty nie tylko siebie, ale wręcz całego otoczenia. Od razu poszybowała w ich stronę.

- Czemu to zawsze mnie spotykają takie straszliwe ofiary? - jęknął wzburzony Mieczyk.

- Ale że jakie niby?

- No, straszliwe, przecież mówię! Straciłem mojego pysznego ananasa... - wyjęczał z żalem. - A był... był ledwo nadgryziony... Mój... No dobra, nie umiem - przyznał. - Nigdy nie byłem dobry z trwania w żałobie. A ty, siostra?

- Nie, same zera. Zawsze się śmieję na pogrzebach.

- To nic, najwyżej ktoś potem potrwa za nas. A teraz lećmy po drugiego!

- Coś szybko się zbierasz po tej "straszliwej" stracie - zauważyła sceptycznie Szpadka.

- O nie... - Thorston teatralnie położył dłoń po prawej stronie piersi. - On będzie trwać, o tu, w pamięci i sercu, a ja kiedyś go pomszczę, i wielki Thor mi świadkiem, dorwę tego gada! - machnął pięścią w powietrzu, zasygając w wojowniczej pozie.

- Nie wiem, gdzie ty masz pamięć, bracie - wtrąciła siostra - ale serce jest po drugiej stronie.

Mieczyk szybko skorygował błąd.

- ...pomszczę i dorwę tego gada! - powtórzył jeszcze raz poprzednią sekwencję ruchów, po czym niespodziewanie szybko z powrotem chwycił się rogów i wskoczył w normalny ton. - No, a teraz chodzimy już poszukać drugiego ananasa.

- A mają w spiżarni jakieś kiwi?

- Skąd mam wiedzieć? Tak to się nie rozglądałem. O, a wiesz, Johann mi opowiadał, że na jakimś lądzie spotkał kiedyś biegające kiwi! - zapalił się nagle Thorston. - Takie to by było fajnie zjeść...

- Wiesz, Johann mówił, że to były ptaki, a nie kiwi.

- Kiwi, słyszałem na własne uszy, jak mówił "kiwi"!

- Bo jesteś kretyn i tyle - mruknęła, zbywając brata machnięciem ręki.

- Sama jesteś, i odczep się od kiwi.

- A mieli coś jeszcze w tej spiżarni?

- Przecież mówię, że nie wiem, szukałem tylko pieprzu. Ale chyba muszę się teraz przespać. Coś mi tu pływa - położył sobie rękę na brzuchu.

- Pewnie ciągle ta woda, którą wychłeptałeś po spróbowaniu tego pieprzu - zakpiła Szpadka.

- Ty nie masz pojęcia, jaki heroizm okazałem, zostając na tym podłym świecie. Teraz już wiem, jak czują się wszystkie Sztukamięsy, Hakokły i Wichury, kiedy im się żar w brzuchu przygotowuje. Dobrze, że Wym i Jot nie muszą tego przeżywać. Lądujmy.

- Ale jak? Przecież powiedziałeś tym tam od pieprzu, że lecisz pokonać smoka!

- A nie pokonałem? Przecież dogadaliśmy się, zrobiłem z niego potulną owcę. Taki grzeczny był.

- To tylko ja tego nie zauważyłam?

W tym momencie Wymem i Jotem wstrząsnęło, a smok zawisł w powietrzu.

- Jot, co cię tak przycięło? - spytał zdziwiony Mieczyk.

- Ty, coś nam na ogonie siedzi - mruknęła Szpadka.

- Ee, od kiedy latamy w trójkę, Astrid? - skrzywił się bliźniak.

- Wy nigdzie nie lecicie - oznajmiła spokojnie, podczas gdy Wichura ani myślała wypuścić ogona Zębiroga ze swoich szponów. - Na dziś dosyć pakowania się w kłopoty. I bez was mamy ich aż nadto.

- Nie żartuj! - krzyknął Mieczyk, po czym zwalił się ciężko na głowę Jota. - I patrz, siostra, dwa razy komuś życie uratujesz, ale o podziękowaniu czy jakimś skromnym wieńcu to już mowy nie ma...

- Po co ci wieniec? - zdziwiła się Szpadka. - Przecież ty jeszcze nie umarłeś.

W tej chwili powietrze rozdarł wściekły ryk Wandersmoka. To Hakokieł ponownie zaatakował przeciwnika.

Astrid zauważyła ze zdziwieniem, że Ponocnik nigdy nie był jeszcze tak agresywny. Machnęła ręką i zostawiła bliźniaki w spokoju. Nagle usłyszała krzyk Czkawki i bez namysłu zawróciła smoka. Kiedy znalazła się z powrotem w czarnym dymie, dojrzała go, gdy szykował się do lotu. Chciała go zatrzymać, ale chyba jej nie usłyszał, bo z zawrotną prędkością ruszył przed siebie i zniknął. Dziewczyna mimo wysiłków nie mogła go odnaleźć, za to kilka razy ledwie uniknęła ataku Wandersmoka. Po drodze zauważyła, że wściekły gad całą swoją uwagę skupiał wyłącznie na Hakokle. Sączysmark z niemałym zadowoleniem stwierdził, że w przeciwieństwie do miotacza piorunów jego smok zaczyna tracić siły i pozwala nad sobą zapanować, a jednocześnie, spoglądając na Wandersmoka, wróżył sobie szybką, acz bohaterską śmierć.

- Uciekajcie na wyspę! - krzyknęła w końcu Astrid i w tej samej sekundzie wpadła na Śledzika. - Śledzik! Lądujcie ze Sztukamięs na wyspie i schowajcie się gdzieś, żeby smok was nie widział, dobrze?

- Jasne - jęknął Śledzik. - Ale Astrid! - krzyknął za odlatującą dziewczyną.

- No co?

- Bo jest taka sprawa...

- A może poczekać?

- Nie bardzo!

- Świetnie, to spotkamy się na dole - Astrid pomknęła w chmury, a Śledzik bezradnie okręcił się w miejscu. Sztukamięs mruknęła pytająco.

- No nic, księżnisia, lecimy się ukryć. Przecież sami nie będziemy szukać - chłopak skierował smoczycę ku ziemi.

Dziewczyna szukała przez chwilę bliźniaków, ale zaraz skojarzyła, że kiedy tylko ogon Zębiroga wyzwolił się z uścisku Wichury, Wym i Jot natychmiast pomknęli na wyspę. Zapewne nie po to, żeby się ukryć, ale jeśli są uziemieni - to już coś. Zostali tylko Czkawka i Sączysmark. Astrid wiedziała, że ten pierwszy jakoś sobie bez niej poradzi, więc rzuciła się na pomoc Jorgensonowi.

- Hej, Smark, leć na dół i poszukaj sobie jakiejś dziupli! - krzyknęła, przelatując obok Wandersmoka i próbując odwrócić jego uwagę. Nie zadziałało. - Wichura, kolce!

Ostrza odbiły się od skrzydła zwierzęcia, ale jedno z nich ugodziło go w łapę. Zaryczał straszliwie.

- Ale co z nim? - Sączysmark spojrzał na przeciwnika.

- Ja się tym zajmę - ty wiej!

Jorgenson nie wahał się ani chwili i natychmiast zawrócił wierzchowca, a Wandersmok, oceniając szybko nieopłacalność pogoni, rzucił się na Zębacza. Astrid zawróciła smoczycę i zaczęła manewrować wśród obłoków dymu.

W pewnej chwili obniżyła lot i po slalomie przez nadbrzeżne skały wpadła do jaskini, niewiele powyżej poziomu wody. Wichura przytuliła się do ściany, a jej przyjaciółka cierpliwie nasłuchiwała zagrożenia. Jednak kiedy Wandersmok zdał sobie sprawę, że zgubił je na dobre, przeleciał tylko nad wyspą ostatni raz, dopalając domy i wybijając szczątki życia zabójczym prądem, a potem ryknął donośnie i odleciał.

Po dłuższej chwili Astrid wychynęła z kryjówki. Wylądowała na plaży, gdzie stał już Zębiróg, a na nim siedziały skulone bliźniaki z osmalonymi włosami. Pewnie nie przyszło im do głowy, żeby się ukryć. Hakokieł wylądował dosyć chaotycznie, zrzucając przy okazji Sączysmarka. Dziewczyna rozejrzała się dookoła.

- A gdzie Śledzik i Czkawka?

- Ja nikogo nie widziałem - Sączysmark wypluł piach. - Kolego, ty się stanowczo zbyt agresywnie zachowujesz - dodał ostrożnie.

- Śledzik! Już mi tutaj! - wrzasnęła Szpadka. Mieczyk w ogóle się nie poruszył.

- A temu co jest? - Astrid uniosła brwi.

- Nic - siostra machnęła ręką. - Jednego smoka więcej z bliska sobie obejrzał, i tyle. Swoją "potulną owcę". Nim się nie przejmuj.

Dziewczyna skinęła głową. Po chwili usłyszeli Sztukamięs, która wylądowała zadowolona pośród jeźdźców.

- Śledzik! - Astrid odetchnęła z ulgą. - Dobrze, że jesteś. Co chciałeś mi przekazać? Nadal to takie pilne?

- Właściwie to miałem powiedzieć wam wszystkim... - mruknął Śledzik, zsiadając ze smoka. - Chodzi o to, że kiedy Hakokieł zaczął walczyć z Wandersmokiem...

- Właśnie, chwila moment - wtrącił Sączysmark. - Może mi ktoś wyjaśnić, co się dzieje z tą przerośnietą jaszczurką?

- Masz na myśli swojego smoka? - Astrid lekko się uśmiechnęła.

- Ale posłuchajcie... - chciał wtrącić Śledzik.

- No, a co może? Najpierw lata to, jakbym był powietrzem ocierającym się o jego kark, nie słucha się w ogóle, a potem - o, proszę cię bardzo! - udaje, że pada z nóg.

- Może coś go drażni... Jak dawno byłeś z nim u Pyskacza?

- A że niby po co?

Astrid uniosła brwi, a chłopak zakłopotany podrapał się po głowie.

- Okej, nie mówię, czasem jestem w kuźni, bo Czkawka teraz ma inne sprawy na głowie, a poczciwy Pyskacz z zamówieniami to by się nieraz bez czeladnika nie wyrobił - ale z Hakokłem?

- Aj, Smark, u dentysty! - Astrid przewróciła oczami.

- Aach... Coś ty! - machnął ręką, jakby uznawał ten zabieg za zupełnie niepotrzebny. - Regularnie oglądam sobie jego paszczę od wewnątrz, tam wszystko aż się świeci.

- To chyba jasne, przecież ślina Koszmara Ponocnika się pali - wtrąciła Szpadka.

- Ja właśnie o paleniu... - Śledzik spróbował po raz drugi, ale Astrid nie zwróciła uwagi.

- A Gothi go oglądała?

- Przecież ona się zna na smokach jak kura na pieprzu - żachnął się Sączysmark. - To już prędzej mama Czkawki.

- No właśnie - a ona?

- Ee tam, przecież jemu tak naprawdę nic nie jest. Fochy strzela, bo myśli, że jest ważniejszy niż jest.

- To bardzo ważne... - wtrącił Śledzik raz jeszcze, równie bezskutecznie.

- To chociaż Czkawce byś go pokazał.

Chłopak wzruszył ramionami.

- Jak chce, to niech ogląda. Ja tam wiem, że on po prostu jakieś załamania przechodzi i mu się trochę nastroje zmieniają. Prawda, kolego? - klepnął go beztrosko po skrzydle, ale Hakokieł zaraz się nastroszył.

- Hej no, spokojniej, jeśli łaska - mruknął Sączysmark.

- Al.. jeśli można - wtrąciła ponownie Szpadka - bo skoro już jesteście przy tym Czkawce, to czy ktoś w ogóle wie, gdzie on się podziewa?

- A tam. Pewnie dokonuje gdzieś kolejnych bohaterskich czynów albo znowu pracuje - rzucił lekceważąco Sączysmark. Astrid nie zwróciła na niego uwagi.

- Jak będziemy tu stać, to na pewno go nie znajdziemy.

- Oj, tego to nigdy nie można być pewnym... - westchnęła refleksyjnie Szpadka. Dziewczyna przewróciła oczami.

- Chciałam przez to powiedzieć: "może byśmy się rozejrzeli".

Każdy ruszył w stronę swojego smoka.

- Astrid! - wszyscy odwrócili się na Śledzika, który wciąż trwał na środku. - Zaczekaj. Bo właśnie kiedy Hakokieł i Wandersmok walczyli, Czkawka wpadł między nich ze Szczerbatkiem, żeby ich rozdzielić - no, ale zamiast tego ściągnęli ten piorun na siebie, stracili ogon i spadli... Chciałem powiedzieć ci od razu, ale za szybko odleciałaś.

Słuchacze jak na komendę spojrzeli przerażeni na spokojną Sztukamięs.

- Jak to: spadli? - Astrid zerknęła na Śledzika i wyrwała pozostałych z chwilowego odrętwienia.

- Ja nie mogę, dziewczyno, weź się czasem powstrzymaj od głupich pytań. Zrobić ci lekcję ze spadania? - spytał Sączysmark. - Bo ja już dzisiaj miałem praktyki.

Astrid szturchnęła go z łokcia.

- Pytam, co uszkodzili w tej lotce, w sensie jak bardzo.

- Na pewno tyle, że nie mogą latać, bo znaleźli się w wodzie - odparł Śledzik. - A skoro nadal się nie pokazali, chyba dobrze by było zacząć ich szukać, i to najlepiej od zaraz, bo tutaj prądy są silne, a Szczerbatek ma sporą rozpiętość skrzydeł. Mogą mieć problem z dopłynięciem do brzegu.

- Już się robi - Sączysmark wskoczył na siodło Hakokła. - Dalej, smok, lecimy!

- Ej, nie wiem, czy wy też to skontaktowaliście, ale Wandersmok lubił dzisiaj rzeczy spadające do wody pokopać piorunami. Może potraktował ich tak samo jak Drago, nie? - wtrąciła ni stąd, ni zowąd zamyślona dotychczas Szpadka. - Ciekawe, jak to jest, jak cię tak porządnie kopnie...

Astrid z nagłym niepokojem spojrzała na Śledzika.

- Ta... taka opcja rzeczywiście też istnieje - przytaknął powoli, jakby dopiero teraz wziął taką ewentualność pod uwagę. Zresztą, zapewne tak było.

Astrid cofnęła się krok do tyłu i położyła dłoń na szyi Wichury. Przez chwilę walczyła sama ze sobą, żeby zachować spokój. To nie był moment na strach. Jeszcze.

Odwróciła się i popatrzyła na zimny ocean, który nagle wydał jej się wyjątkowo zdradliwy i nieprzyjazny.

- Tym bardziej nie ma na co czekać - oznajmiła w końcu. - Ruszamy!

Nikomu nie trzeba było powtarzać drugi raz. Kiedy jednak Wichura i Sztukamięs wzbiły się w powietrze, potężny podmuch wiatru zepchnął je z powrotem na ziemię. Nad głowami jeźdźców przemknął ogromny cień...

- Valka! - krzyknął zdumiony Sączysmark.

- Co ty tu robisz? - dodała nie mniej zdziwiona Astrid.

- Przybywamy wam na ratunek! - oznajmił pogodnie Pyskacz, osadzając Marudę na plaży. Obok niego wylądował zielony Gruchotnik.

- A to już później nie było można? - mruknął pod nosem Jorgenson.

- Pyskacz, Eret! - dziewczyna się rozchmurzyła. Zza pleców kowala uniosła się drewniana laska i zamachała niewyraźnie. - Proszę, nawet Gothi... Dobrze was widzieć. Jakim cudem tu trafiliście?

- Saldar pokazał nam drogę - stwierdził lekko brunet, schodząc z grzbietu ulubieńca. - Początkowo miał pewne opory, bo to straszny tchórz, ale skutecznymi metodami udało się nakłonić go do współpracy.

- A gdzie on teraz jest? - blondynka ogarnęła wzrokiem przestrzeń za Eretem.

- W połowie drogi stwierdził, że woli jednak wrócić i zaczekać na Berk.

- Jak to historia lubi się powtarzać... - mruknęła z boku Szpadka.

- Nie zatrzymywałem go tylko dlatego, że wiecznie robił nam kilometrowy ogon.

Chmuroskok powoli, majestatycznie wylądował przy towarzyszach, a Valka od razu z niego zeskoczyła.

- Wszystko w porządku, dzieciaki? - Pyskacz także ulżył Marudzie i podszedł do Astrid.

- No, właściwie...

- Gdzie Czkawka? - zaniepokoiła się Valka, rozglądając się wokół i nie dostrzegając syna. Astrid odwróciła się do przyjaciół i posłała im wymowne spojrzenie, nieznacznie wskazując na kobietę. Zrozumieli - na chwilę obecną lepiej było nie wchodzić w szczegóły.

- Właśnie szliśmy ich poszukać - Astrid wsiadła na Wichurę. - Ja polecę na północ, wy podzielcie się, jak chcecie - powiedziała szybko i odleciała.

- No dobra... a ktoś wyjaśni nam, co tu się właściwie stało? - Pyskacz spojrzał pytająco na Szpadkę, Szpadka szybko wyciągnęła palec w stronę Sączysmarka, a Sączysmark - także milcząc - wskazał na Śledzika, który właśnie zamierzał wsiąść na swojego Gronkla. Kowal przerzucił na niego naglące spojrzenie.

- Co ja? - spytał Śledzik, wystraszony perpektywą przymusowego kłamstwa. Szpadka puknęła się w czoło. Pyskacz uniósł brwi.

- Pytam, czemu Czkawka znowu się zapodział Thor jeden wie gdzie.

- Oni... oni się po prostu... zgubili, tak właśnie... gdzieś niedaleko stąd - wydusił z przymilnym uśmiechem. - Astrid miała rację, trzeba ich poszukać, może będą potrzebowali, żeby im po...kazać drogę albo coś, prawda? - nerwowo wskoczył na Sztukamięs i już go nie było.

Pyskacz wzruszył ramionami.

- A w jakim rejonie "się zgubili"? - spojrzał na Sączysmarka. - Bo już nawet nie pytam, dlaczego.

- Ee, Śledzik wie. Widział.

- I dogadaj się tu z takim - mruknął ponuro i wspiął się z powrotem na smoka. - No, Maruda, wstawaj leniu. Lecimy.

Słysząc to, Gothi podbiegła i machając laską domagała się, żeby wziąć ją na siodło.

- I jeszcze raz ona - westchnął kowal.

- Ej, skoro Gothi już tu jest - wtrąciła Szpadka - to może zrobiłaby coś z Mieczykiem? Przykleił się do Jota i wciąż nic, tylko robi wielkie oczy - to jak ja mam z nim lecieć?

- O właśnie! Widzisz, Gothi - Pyskacz odetchnął z ulgą. - Z chęcią bym cię zabrał - ale co ja mogę? Tu jesteś bardziej potrzebna.

Gothi fuknęła, pogroziła kowalowi i podeszła do Mieczyka. Z całej siły grzmotnęła go w głowę swoim kijem, a potem spokojnie wróciła do Pyskacza, otrzepując ręce. Szpadka spojrzała ze zdumieniem na brata, który właśnie podnosił się z ziemi.

- O rety, Gothi, nieźle - pochwaliła dziewczyna. - Sama bym tego lepiej nie wymyśliła.

Kowal mruknął pod nosem coś niepochlebnego, ale mimo to zabrał szamankę. Po chwili wystartował także Zębiróg.

- Ty, siostra, powiedz mi, czego my w ogóle szukamy - poprosił Mieczyk i syknął z bólu. - Nigdy nie posądzałem Gothi o taką brutalność. A laskę to ma chyba podbitą żelazem.

- Ale ładnie to zrobiła - przyznała Szpadka. - Czkawka gdzieś zginął, zdaje się, że go twoja potulna owca zestrzeliła.

- Aha... - mruknął Mieczyk.

- Wym, dół.

- Jot, góra.

- Jot, dół! Nie wygłupiaj się, gamoniu! - zgromiła go Szpadka. - Przecież wpadł do wody.

Mieczyk podrapał się po głowie i westchnął.

- Nie gniewaj się. Pewnie nie wiesz, ale ja to mam takie wrażenie, że mi Thor wszystkie klepki poprzestawiał.

- To, bracie, nawet jeszcze przed urodzeniem. Ty się lepiej już nie odzywaj.

Bliźniak łypnął na siostrę. Była chyba nie w nastroju. Postanowił to przemilczeć, szczególnie że po uderzeniu nie czuł się zbyt dobrze - zwłaszcza teraz, kiedy Zębiróg zapoczątkował w powietrzu serię szalonych zwrotów i zakrętów.

Valka i Sączysmark polecieli zbadać południowe wody. Jorgenson na początku ostro sprzeciwił się, kiedy Astrid dopadła go w powietrzu i nakazała zabrać kobietę na najodleglejszy skraj wyspy.

- Przecież on się tam nagle nie zjawi nie wiadomo, skąd - mówił, przewracając oczami. - Jak spadł tu, to chyba logiczne jest, że tu trzeba szukać.

- Smark, od kiedy ty myślisz logicznie, co? - Wichura chlastnęła skrzydłem Sączysmarka w zastępstwie Astrid. - Oni nie wiedzą, że w ogóle spadł. A żeby tak mu się coś stało? Valka dostanie zawału. Lepiej będzie, jeśli my go znajdziemy, w razie czego Pyskacz coś wymyśli.

- Ale dlaczego ja?

- Sączysmark... - dziewczyna zacisnęła palce na toporze.

- Okej, dobra, nic nie mowię...

- Wszyscy wiedzą, że jesteś największym i najlepszym łgarzem na Berk.

- Coo?!

- Miałeś nic nie mówić...

- Jasne jak twój buziaczek. Dzięki - uśmiechnął się zalotnie. Że też jeszcze mu się to zdarzało!

- To nie był komplement. I w ogóle miałeś z tym już dać spokój, nie pamiętasz?

- A ta znowu swoje - ponownie wywrócił oczami. - Daj spokój, nie dawaj spokoju, znowu daj... Zbyt poważnie to wszystko bierzesz. I tak masz innego zainteresowanego, nie?

- Sączysmark, zdaje mi się, że masz się czym zająć. O mnie możemy porozmawiać innym razem.

Wymruczał coś pod nosem i zawrócił w stronę Valki. Astrid pokręciła głową i udała się na poszukiwania.

5.Lekarstwo na wszystko

- Nie ma go, Astrid - powiedział Śledzik, kiedy po godzinnym patrolu nadal nie znaleźli ani śladu Czkawki. - Szukaliśmy z bliźniakami dokładnie, każdy skrawek przeczesaliśmy. Jak kamień w wodę - westchnął, a dziewczyna wzdrygnęła się, zdając sobie sprawę z dosłownego w tym przypadku znaczenia tej przenośni. - Chyba powinniśmy wziąć pod uwagę, że Wandersmok rzeczywiście strzelił w wodę, no i...

- Nie. Szukamy dalej - mruknęła, nie chcąc słuchać jego kalkulacji. - Leć i pilnuj bliźniaków.

Śledzik zrozumiał. Nie próbował protestować i posłusznie zawrócił, nie kwestionując rozkazu. Po chwili Astrid została pośród rzadkiej mgły sam na sam ze swoimi myślami. To było nie do zniesienia. Miała ochotę pozbyć się tego okropnego strachu, najlepiej z pomocą swojej ulubionej broni, jak to miała w zwyczaju. Bo teraz rzeczywiście się bała. A nienawidziła tak się czuć.

Ale tutaj nie była aż tak samotna. Lada chwila spodziewała się Valki i Sączysmarka, w pobliżu kręcili się też Pyskacz i Eret, nawet bliźniaki nie dadzą sobie długo wmawiać, że jeszcze coś przeoczyli. I jedyne, co mogłaby zyskać krzykiem to ściągnięcie na siebie niepotrzebnej uwagi. A przecież każdy woli cierpieć indywidualnie. Chociaż... każdy? Przynajmniej ona.

- Czkawka, gdzie jesteś?...

Wichura zauważyła, że z jej przyjaciółką coś jest nie tak. Przekrzywiła łeb do tyłu i pytająco warknęła.

- Wszystko w porządku, mała - dziewczyna poklepała smoczycę po karku. Jasne, że nic nie było w porządku, ale tego nie trzeba było mówić. Już lepiej się trochę pooszukiwać, to podnosi na duchu.

Zawróciła, wpatrując się w wodę z resztkami nadziei.

- Astrid! - nagle usłyszała swoje imię. To Eret, patrolujący niedaleko od niej, zawiesił Czaszkochrupa w powietrzu i pomachał, przyzywając ją gestem.

- Szybko, Wichura - dziewczyna pospieszyła wierzchowca i w mgnieniu oka znalazła się przy łowcy. - Masz coś?

Nie wiedziała, czego bała się bardziej: "tak" czy "nie".

W odpowiedzi Eret wskazał zamgloną powierzchnię zatoki.

- Spójrz!

Astrid wytężyła wzrok i stłumiła bolesne westchnienie.

Wśród ciemnych fal dostrzegła głowę Szczerbatka, a po chwili zarys ciała smoka, który zygzakiem próbował dopłynąć do brzegu. Szło mu jednak nieszczególnie - musiał poruszać się powoli i ostrożnie, ponieważ jakaś postać spoczywała bezwładnie na jego grzbiecie i co chwilę poprawiał jej głowę, która leżała na jego łbie, przytrzymując ją to prawym, to lewym uchem. W tej postaci Astrid rozpoznała wodza Berk.

- To oni... Szybko! - gwałtownie obniżyła wysokość. Szczerbatek, widząc ją, zaryczał cicho i boleśnie.

- Już dobrze... - odparła, podlatując do rozbitków. - Wichura, weź go.

Smoczyca delikatnie uniosła Czkawkę w swoich szponach. Nocna Furia krzyknęła za nimi, ale po chwili też została wyniesiona z wody... przez Koszmara Ponocnika.

- Sączysmark! - Astrid chyba pierwszy raz w życiu ucieszyła się na jego widok.

- Zawsze do usług!

- A gdzie Valka?

Chłopak machnął ręką.

- Przeszukuje wschodnią zatoczkę. Będzie tu za chwilę.

Dziewczyna przygryzła wargę i przyspieszyła jeszcze bardziej. Na plaży czekał już Pyskacz, obok którego właśnie wylądował Eret. Wichura ostrożnie położyła wodza na piasku. Zaraz obok Hakokieł upuścił Szczerbatka, który jednak nie poderwał się z ziemi, tylko zaczął lizać sobie łapy, popiskując z cicha. Pyskacz razem z brunetem podbiegli do Czkawki.

- Na brodę Thora... - mruknął kowal.

- Podtopiony? - Sączysmark zeskoczył ze smoka i podszedł do przyjaciół.

- Nie - padła ponura odpowiedź.

Astrid podeszła powoli do nich, spoglądając to na Czkawkę, to na Szczerbatka. Nie wykonała nawet jednego gestu, jakby się bała, że niczym mały kamień poruszy on całą lawinę i burza, którą do tej pory tłumiła wewnątrz, wydostanie się z hukiem gromów i ulewą. Nie mogła na to pozwolić.

Pośród zebranych cicho wylądował Śledzik.

- Co się stało?

- A tego niestety nikt nie wie. Bo nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał - kowal powiódł naglącym spojrzeniem po jeźdźcach.

- To nie my - zadeklarował od razu Mieczyk.

- Raz to byście się mogli powstrzymać - Sączysmark uderzył się w czoło.

- Kiedy on mówi prawdę! - zapaliła się Szpadka. Nie, tylko nie bliźniaki. Astrid poczuła, że puszczają jej nerwy.

- Nie zaczynajcie, bo wam zaraz... - warknęła, ale nie zdążyła dokończyć. W powietrzu zaszumiały ogromne skrzydła, znajomy cień ponownie znalazł się nad nimi. Spóźnili się.

- Czkawka! - Valka zeskoczyła z Chmuroskoka i przyklęknęła obok syna. Blondynka odwróciła się i odeszła kilka kroków, z wysiłkiem tłamsząc w sobie wszystkie emocje, jakie nią targały. Śledzik spojrzał na nią i zdecydował się przerwać milczenie.

- Słuchajcie, chodzi o to, że ten pocisk wymierzony w Hakokła...

- Jaki pocisk? - Eret spojrzał zdziwiony na chłopaka.

- Aha, warto by wyjaśnić przybyszom, że mieliśmy tu małą przeprawę z Wandersmokiem - wtrącił Sączysmark.

- Że też takie gady jeszcze dychają... - mruknął Pyskacz.

- A Drago? Był tu? - chciała wiedzieć Valka.

- No tak, właśnie on go ujeżdżał - wzruszył ramionami. Kowal uniósł brwi.

- A to niby jakim...

- Tylko mnie nie pytaj, jakim cudem, ja Czkawka nie jestem - warknął. - Ujeżdżał i już.

- Jasne, jasne... No to co z nim?

Jorgenson wymownie przesunął w powietrzu palcem z góry do dołu.

- Kiepsko szła panu komunikacja i smoczek przetransportował go gdzieś w zaświaty.

- Pokonany - wyjaśniła Astrid, odwracając się i gromiąc Sączysmarka zabójczym wzrokiem. - Chcieliśmy później oswoić Wandersmoka, ale Hakokieł był zbyt agresywny i ciągle chciał z nim walczyć.

- On mnie bronił! - wtrącił Sączysmark.

- Tak? Widziałam, jak miło potraktował cię na plaży. Bronił - też coś!

- Właśnie, więc kiedy ten Wandersmok i Hakokieł walczyli - powiedział Śledzik - to Czkawka wpadł między nich, kiedy Wandersmok strzelił - tłumaczył.

- Już mówiłeś - przerwał Sączysmark.

- Daj mu skończyć - zgromił Pyskacz.

- Musieli mieć już trochę naelektryzowany ogon, więc uderzył w niego piorun, lotka się spaliła, a oni stracili sterowność i wpadli do wody.

- Myślisz, że stracił przytomność, bo stuknął z kilku metrów o wodę? - spytał z powątpiewaniem Sączysmark.

- O rety, człowieku, gdyby to od upadku, to już by pewnie nie żył, przecież Wandersmok bił się z nimi strasznie wysoko - stwierdził z politowaniem Ingerman. - Szczerbek go musiał zasłonić.

- To jakieś inne pomysły? - Pyskacz podszedł do Szczerbatka i przyjrzał się lotce. Śledzik westchnął.

- No, jest duże prawdopodobieństwo, że trochę ich pokopało, bo Wandersmok co chwilę strzelał do oceanu...

Astrid zacisnęła powieki. Miała już serdecznie dość tego roztrząsania.

- No, dobrze kombinujesz - przyznał kowal. - Ale to nie tłumaczy tego - wskazał czarny ślad na lewym pedale. Ingerman podszedł, przyjrzał się uprzęży i zmarszczył brwi.

- Czekaj, czekaj... Bo w sumie kto powiedział, że on stracił przytomność tam na dole? - spytał nagle.

- Bingo! - przytaknął Pyskacz, oglądając metalową protezę Czkawki, naznaczoną dokładnie tym samym śladem, co pedał.

- Daj sekundę. O czym wy mówicie? - Astrid spojrzała na Śledzika. Uwaga wydawała się dosyć niepokojąca.

- Że tym strzałem to oni oberwali jeszcze w powietrzu! - powiedział odkrywczo Ingerman.

- Ale... że niby jak? - wtrącił z boku Mieczyk.

- No normalnie! Pomyśl, jeśli roztrzaskało im lotkę, to wpadli prosto na kolejny piorun Wandersmoka, a uprząż jest metalowa - powiedział podekscytowany Śledzik. Astrid uniosła jedną brew, a Ingermanowi od razu zrzedła mina. - To w sumie... jeszcze gorzej.

- Tak, gorzej, bo ja nadal nie zrozumiałem - dodał Mieczyk. Pyskacz machnął ręką.

- Ludzie, bez paniki, nie takie rzeczy się tu u nas zdarzały (jak tak spojrzeć chodźby na mnie). A nawet za mocno nie oberwał, bo nogę ma całą. Gothi! - odwrócił się w kierunku Marudy; zza smoka wyłonił się najpierw długi kij, a potem sama szamanka. - Chodźże no tu, przydasz się.

Gothi spojrzała koso na kowala, ale szybko zajęła się nieprzytomnym wodzem.

Astrid odpychało to zgromadzenie i nawet nie próbowała podchodzić bliżej. Kucnęła naprzeciw Nocnej Furii i przez dłuższą chwilę przyglądała się jej w milczeniu, mimowolnie przysłuchując się prowadzonym za jej plecami rozmowom.

Smok nie zwrócił na nią większej uwagi. W ogóle, nie zwracał na nic. Cały czas w skupieniu wylizywał przednie łapy, jakby próbował się czegoś z nich pozbyć.

- Co się dzieje, Szczerbatek? - spytała, głaszcząc go po pysku. Smok oderwał się w końcu od czynności i trącił przyjaźnie jej dłoń. Potem spojrzał w stronę Czkawki i warknął z przestrachem. Astrid przytrzymała jego łeb.

- Wszystko w porządku, nic mu nie będzie - zapewniła, choć sama nie była do końca przekonana. - Uratowałeś mu życie - dodała, drapiąc go za uchem.

Smok otrzepał się i wrócił zaraz do lizania łap, tym razem z podwójnym poświęceniem. Jego zachowanie trochę zaniepokoiło dziewczynę.

- Valka! - kobieta podniosła głowę i spojrzała pytająco. - Jemu... też chyba coś jest.

Valka zdjęła ze swoich kolan głowę syna i podeszła do Astrid.

- Ciągle tylko liże i liże przednie łapy - wyjaśniła.

Kobieta przyklęknęła przed Szczerbatkiem i spróbowała dotknąć jednej z łap, ale smok natychmiast je cofnął i zawarczał.

- Jakby go bolały... - mruknęła dziewczyna.

Valka pogłaskała go i podrapała po szyi.

- Wygląda na to, że i jego jakaś błyskawica trochę połaskotała... - westchnęła. Szczerbatek przytulił się do jej ręki. Kobieta w zamyśleniu gładziła smoczy łeb, a Astrid od razu pomyślała o Czkawce. Lubił ją uspokajać, wodząc palcami po jej plecach dokładnie w ten sam sposób. Wiele by dała, żeby mógł zrobić to teraz.

- Myślę, że pomogłyby mu liście smoczego krwawnika - powiedziała w końcu Valka.

- Smoczy krwawnik? - dziewczyna uniosła brwi. - Przecież to zwykły chwast. Ot, taki...

- Nie, wcale nie - uśmiechnęła się. - Chociaż też kiedyś tak myślałam. Ale w miarę, jak zdobywałam doświadczenie w kwestii leczenia smoków, odkryłam, że ma ciekawe właściwości. Bardzo szybko zatrzymuje mnóstwo infekcji i łagodzi ból, dlatego przydawał mi się praktycznie do wszystkiego. Powinnam go w sumie polecić Gothi, bo dla ludzi też bywa niejednokrotnie ostatnią deską ratunku, chociaż podejrzewam, że ze względu na inwazyjny charakter raczej nie będzie chciała go uprawiać. Ale szkoda, że nie mam przy sobie ani jednego, bo ta wyspa to ogromne pogorzelisko.

- Jeśli dobrze pamiętam, to chyba Berserkom gdzieś rośnie - stwierdziła Astrid. - Jeszcze sobie z nim nie poradzili. Ale poza tym drobnym wyjątkiem w naszej okolicy już chyba wszędzie go wytępili, bo lubił zarastać każdą możliwą przestrzeń, a pola szczególnie, bo było sporo wolnego miejsca i dość światła... I jeszcze, jak to chwast, odporny nawet na duże mrozy. Na Berk od dawna nie ma ani listka.

- Wiem, zauważyłam. Już kilka razy musiałam się zająć chorymi smokami i brak tego antidotum dał mi się mocno we znaki - powiedziała niewesoło. - Ale choćbym chciała go gdzieś posiać, nikt mi raczej nie pozwoli.

- Skoro ci potrzebny, to mogę go poszukać, jak tylko wrócimy. O ile w ogóle planujemy dziś powrót - spojrzała na kobietę wyczekująco. Valka odwróciła się w kierunku syna. - Wiesz... czy poczekamy, aż Czkawka się obudzi.

- Pyskacz mówi, że lepiej byłoby wyruszać już teraz. Gothi też tak uważa. A jeśli chodzi o Czkawkę - nie wiem, jak długo to potrwa - westchnęła, a Astrid poczuła, że miałaby ogromną ochotę poćwiartować jakieś drzewo. Zawsze starała się cierpieć w ten sposób. Żeby nikt nie poznał, co tak naprawdę się z nią dzieje. Że jest źle.

Była wojowniczką. Wojownicy nie okazują słabości.

- Czyli wracamy teraz, tak? - powiedziała w końcu, żeby przerwać milczenie.

- Niezupełnie... To znaczy - tak chcieliśmy.

- Więc o co chodzi?

- Niestety, myślę, że Szczerbatek w tym stanie nie będzie chciał podróżować o własnych skrzydłach. A jak mielibyśmy przetransportować go na Berk? Nie ma dość silnego smoka, który mógłby nieść go całą drogę. No i jeszcze jego ogon... Lotka jest mocno sfatygowana.

- Pyskacz może ją przekuć, materiał się jakiś znajdzie. A ja polecę i poszukam krwawnika - oznajmiła zdecydowanie Astrid. - Tylko też nie wiem, ile to potrwa.

- Podróż do Berserków zajmie zbyt dużo czasu - zauważyła od razu Valka.

- No to po prostu zatrzymam się na najbliższej zalesionej wyspie. W końcu, skoro ten chwast... czy tam ziele - ma tak niskie wymagania, jak ma, to na każdym lądzie powinno być pospolite. Jeśli go nikt oczywiście nie rwie z premedytacją.

Kobieta spojrzała z wdzięcznością.

- Dobrze by było, żeby poleciało was kilkoro. I tak nie mają co robić. Może Sączysmark, albo bliźniaki? Albo Eret?

- Ee... Myślę, że bezpieczniej byłoby zostawić tu Hakokła, dla ochrony. Bo skoro już jest taki agresywny... W końcu jesteśmy teraz łatwym celem. Co do bliźniaków - Mieczyk źle się czuje po tym, jak dostał laską od Gothi, a Szpadka nie poleci przecież na Zębirogu sama.

- Dałaby radę - stwierdziła Valka. - Potrzebowałaby tylko lejców, bo w jej przypadku jazda bez trzymanki raczej nie ma racji bytu.

- Ale Mieczyk jej nie puści - uśmiechnęła się dziewczyna. - I nie pozwoli lecieć Jotowi bez jeźdźca.

- A Eret? Co masz przeciwko jego towarzystwu?

Astrid oburzyła taka forma.

- To nie jest tak, że to ja mam coś przeciwko - powiedziała. - Eret - skoro nie zależy ci, żeby został - niech leci.

Valka uśmiechnęła się wyrozumiale.

- Wiem, że wolałabyś sama pomóc Szczerbatkowi.

- Nie. Mam na względzie tylko jego dobro, a jeśli dzięki komuś innemu pomożemy mu szybciej, to nie obchodzi mnie, kim... ta osoba ma być - odwróciła się i dosiadła Wichury.

- Eret! - przywołała go gestem.

- Co się stało?

- Weź Czaszkochrupa. Lecimy szukać lekarstwa dla Szczerbatka.

Brunet uniósł brwi.

- Wyjaśnię ci po drodze - powiedziała i poderwała smoczycę do lotu.

Eret spojrzał na Valkę, która przytaknęła skinieniem głowy.

- Ktoś jej musi przypilnować.

Wsiadł szybko na smoka i ruszył w kierunku Zębacza, który czekał na niego w powietrzu.

- Wiesz, jak wygląda smoczy krwawnik? - padło od razu pierwsze pytanie (dosyć ostro i - ogólnie rzecz biorąc - zniechęcająco). Puścił jednak ton mimo uszu i zastanowił się nad odpowiedzią.

- Nie... - zaczął z wahaniem, które Astrid chętnie wykorzystała.

- Dzięki, możesz wracać - ucięła z wyraźnią ulgą. Eret zdążył ją jednak zatrzymać.

- Czekaj, chciałem powiedzieć, że nie pamiętam. Znać znam, ale kiedy ja go ostatni raz widziałem...

Jeśli to jakiś głupi wybieg, żeby ze mną polecieć, to masz u mnie grubą krechę.

- Zielone, duże, ciemne, czarne brzegi jak łuski - rzuciła szybko. - Wiesz czy wracasz?

- Wiem - uśmiechnął się.

- Super. To znajdź tego jak najwięcej i zanieś Valce - nakazała, po czym zawróciła Zębacza, jak gdyby brunet stał się od tego momentu przezroczysty.

- W porządku. A gdzie to... Zaraz, a ty dokąd?

Odwróciła się, odpowiadając, ale wiatr zagłuszył jej słowa. Eret wzruszył ramionami.

- Chodź, Czaszkochrup, lecimy za nią - mruknął do Gruchotnika, który warknął, przytakując przyjacielowi, i pospieszył za Astrid.


Wyjeżdżam na wakacje (nie wiem, na ile, ale nie dłużej niż do 1 września :P nie, tak serio to pewnie wrócę w połowie sierpnia) i chociaż się postaram, to nie wiem, czy dam radę coś jeszcze teraz wstawić. Z góry przepraszam (chociaż, w sumie...nie bardzo jest kogo XD)

6.Czarny okręt, czarny płaszcz

Okazało się, że pomysł nie był tak prosty do zrealizowania, jak Astrid by sobie tego życzyła. W okolicy nie tylko nie zauważyła zalesionych lądów - nie zauważyła w ogóle niczego, poza niekończącym się oceanem. A może po prostu północny zachód nie był najszczęśliwszym kierunkiem? Dopiero po kilku godzinach lotu na horyzoncie dojrzała pierwszy raz zielony zarys niewielkiej wyspy. Zawsze to jakiś początek - chociaż w ich obecnej sytuacji bardzo marny. Na dodatek nie miała pewności, czy znajdzie tam roślinę. Albo - co czeka tam oprócz niej. Pomoc czy niebezpieczeństwo?

Kiedy zbliżyła się wystarczająco, podciągnęła wierzchowca nieco wyżej i obrzuciła ląd uważnym spojrzeniem. Mnóstwo lasu, zero plaż. Przynajmniej od tej strony wyspa na całej długości kończyła się wysokimi klifami, które ciągnęły się chyba przez całe zachodnie wybrzeże. Wschód wyglądał podobnie, tyle że tam brzegi musiałyby być niższe. Ani śladu wykarczowanych polan, dachów, pól czy ognia. Jednym słowem - na pierwszy rzut oka wyglądała na niezamieszkaną; ale Astrid nie dawała wiary pozorom i na wszelki wypadek wylądowała na samym urwisku, rezygnując z powietrznego rekonesansu.

- Trochę wysoko - mruknęła, spoglądając za siebie. Zeszła ze smoczycy, wyjęła topór i ruszyła powoli w stronę rozciągającej się przed nią gęstwiny. Wichura także nastroszyła kolce na ogonie i poszła w ślad za przyjaciółką.

Wokół panowała cisza. Żadnych odgłosów zwierząt (brak zwierząt samych w sobie!), dźwięków, które mogłyby wydawać owady... Nic. Można to było uznać za dobry znak. Nie będą jej tu przeszkadzać.

- Dobra mała, to teraz szybko. Szukamy jakiejś polanki albo prześwitu, bo smoczy krwawnik potrzebuje dużo światła. Oczywiście Eret pewnie tego nie wie - westchnęła z ubolewaniem, wyobrażając sobie jego wersję poszukiwań. - Też mi Valka wybrała towarzysza...

Smoczyca warknęła wyrozumiale i za dziewczyną weszła pomiędzy drzewa. Kiedy obie na dobre zniknęły, w tym samym miejscu, gdzie lądował przedtem Zębacz, znalazł się zielony Gruchotnik. Eret zsiadł z ulubieńca i rozejrzał się wokół. Czaszkochrup mruknął pytająco.

- No, skoro Astrid wybrała to miejsce, to znaczy że ten chwast... to ziele, musi gdzieś tutaj być - wzruszył ramionami i wyciągnął topór. Kolejne pytające warknięcie. Smok wydawał się dziś wyjątkowo zainteresowany.

- Po co broń? Nie wiem, ale podejrzanie tu cicho. Możemy mieć towarzystwo... Chodź, idziemy - łowca odwrócił się z bronią na ramieniu i spojrzał najpierw w gęstwinę, a potem pod nogi. Zastanowił się przez chwilę, czy aby na pewno warto próbować, ale Czaszkochrup wpatrywał się w niego tak uważnie, że chyba nie miał wyjścia. Zresztą, to nie to, że nie chciał pomóc... Przez chwilę uważnie przeczesywał wzrokiem trawę, oglądał krzaczki i podnosił do oczu różne liście i listki. W końcu odpuścił, westchnął ciężko i opuścił topór, a smok prychnął.

- Nie, wcale nie zapomniałem, jak ten chwast wygląda - zagotował się Eret, ale zaraz spuścił z tonu. Po cóż było mówić, że nigdy tego nie wiedział? - Po prostu tutaj go nie ma, tak samo, jak u nas na Berk. A skoro tak, to chyba lepiej po prostu poszukać Astrid. Może już ma wszystko, czego potrzeba.

Rozejrzał się uważnie po ziemi, chociaż tym razem nie w poszukiwaniu roślin.

- A znajdziemy ją po... jest - odgarnął zgięte źdźbła. - Teraz ty pokaż, co potrafisz - powiedział i wskazał ledwo widoczny odcisk smoczej łapy, który - dla odmiany - znalazł bez problemu (zajęcie łowcy smoków czegoś go nauczyło). Gruchotnik pochylił łeb ku ziemi, poruszył energicznie nozdrzami, po czym prychnął zadowolony.

- Dobra - Eret wspiął się na siodło. - Wprawdzie średnio mi się podoba pomysł chodzenia w takim miejscu - jeśli można latać, nie zostawiając po sobie tego typu śladów - ale z powietrza nie będziemy tropić po lesie. Idziemy!

Smok warknął w odpowiedzi i truchtem ruszył tropem Zębacza.

Chwilę po ich odejściu odległe krzewy dzikich smoczych jagód zaszeleściły. W gęstwinie zniknął czarny płaszcz.

Tymczasem dziewczyna rozglądała się już po wielkiej, zarośniętej wysokimi trawami polanie w głębi lasu. Zostawiła Wichurę na straży, a sama przez długi czas chodziła w tę i z powrotem, zagłębiona po kolana w mnogości roślin rozmaitego gatunku. W końcu bezradnie rozłożyła ręce.

- Nic z tego, mała - westchnęła. - Tutaj nie ma ani listka.

Smoczyca warknęła smętnie.

- Zmieniamy miejsce. Albo wyspę, chociaż to może być trudniejsze - dziewczyna wspięła się na siodło i z grzbietu zwierzęcia omiotła polanę ostatnim spojrzeniem.

- Czekaj! - zeskoczyła z z powrotem na ziemię i podeszła ostrożnie do kępy ziół. Po chwili podniosła do słońca ciemnozielony, duży liść, obramowany ciemnym wzorem w kształcie ostro zakończonych łusek.

- Tylko jeden... Za mało - mruknęła. Wichurka! - podeszła do smoczycy i pozwoliła jej powąchać roślinę. - Musi być ich tu więcej. Wiem, jak umie się rozplenić. Szukaj, mała - dosiadła zwierzęcia, które ruszyło przed siebie z nosem blisko ziemi. Kiedy na polanę dotarł Eret, po Astrid została jedynie wydeptana trawa.

- Zamarudziliśmy - brunet rozejrzał się dookoła. Na chwilę zszedł z grzbietu zwierzęcia i obejrzał wszystkie ślady. - Musiała długo tu być i niedawno poszła dalej. Jeśli tym razem się pospieszymy, dogonimy ją - wrócił na siodło. - Idziemy!

Gruchotnik puścił się w dalszą drogę. Szło się tędy bardzo wygodnie, bo ląd był tylko lekko pofałdowany, bez nagłych uskoków czy stromych wzniesień, a jedyna góra wyrastała po zachodniej stronie, więc omijali ją teraz z daleka. Nic więc dziwnego, że po półgodzinie Czaszkochrup z nagła zarył łapami w ziemię, a Eret z powodu gwałtownego hamowania (którego się kompletnie nie spodziewał) wypadł z siodła. Smok zareagował szybciej od swojego jeźdźca (który zamiast złapać równowagę - łapał powietrze) i zahaczył rogiem o jego ubranie, zanim ten zdążył stoczyć się w przepaść. Znów stali na urwisku, tyle, że tym razem po wschodniej stronie wyspy. Stąd już można było zobaczyć, że ku północy brzeg powoli opada, jeszcze dalej przechodząc w piaszczystą plażę.

- Trochę wysoko - jęknął Eret, spoglądając w dół. Czaszkochrup wciągnął go z powrotem na górę i warknął z dezaprobatą.

- Tak, wiem, do czego służą stery - przewrócił oczami. - Ale jak sobie to wyobrażasz? Ja szukam, rozglądam się - święcie przekonany, że dbasz o moje bezpieczeństwo! - a ty mi tu nagle taki przewrót urządzasz. W porządku to było?

Gruchotnik zignorował uwagę i zaczął obwąchiwać skraj klifu.

- I oczywiście ani śladu Astrid - mruknął, podnosząc się z ziemi. Smok kolejny raz się nie zgodził. Głową wskazał dalszą część wybrzeża. Eret wytężył wzrok i dostrzegł tam małą, schyloną postać z toporem w ręku.

- No dobra, mamy ją - łowca wskoczył na siodło. - Nie, nie leć - zatrzymał ulubieńca. - Podejdziemy ją z drugiej strony. Po cichu. Zobaczymy, co z nią.

Czaszkochrup nie był szczególnie zadowolony z takiego planu, ale mimo to nie okazał sprzeciwu. Podczas gdy dość szybkim (jak na siebie) krokiem skradał się lasem w stronę dziewczyny, Eret w milczeniu obserwował, jak ta gwałtownymi szarpnięciami zrywa całe naręcza liści (dużo więcej, niż byłoby potrzebne). Po chwili ściągnął stery, a Gruchotnik zerknął na niego zdezorientowany.

- Zaczekaj - zatrzymał smoka i zszedł na ziemię. Ruszył znowu w kierunku dziewczyny, teraz jednak swobodnie przechodząc po gałęziach i pozwalając, żeby trzaskały mu pod nogami. Hałas zwrócił uwagę Astrid, która natychmiast ukryła w schowku kilka liści, pozostałe rzucając gdzieś za siebie, i chwyciła topór. Czaszkochrup prychnął, szturchając go rogiem.

- Nie musisz już być cicho - mruknął łowca. Gruchotnik wyglądał na zdziwionego. Eret spokojnie ruszył przed siebie, a potem zawołał jeszcze na smoka:

- No chodź, mały! Nie ociągaj się.

Astrid na dźwięk jego głosu opuściła broń. Wkrótce też brunet wyłonił się spośród krzewów.

- O, Astrid, tu jesteś! - powiedział z uśmiechem. Jego oczy obserwowały jednak uważnie jej reakcję.

- A co TY tutaj robisz? - uniosła brew. Odetchnął z pewną ulgą. Nie było tak źle.

- Cóż... Jestem, chyba widać. Czaszkochrup i ja stwierdziliśmy, że poszukiwanie innego lądu nie ma sensu ani szans powodzenia, więc polecieliśmy twoim śladem.

- To ciekawe... Nie widziałam was - mruknęła podejrzliwie. - Gdzie lądowałeś?

Eret machnął ręką.

- Bez przesady, przecież nie szliśmy zaraz za tobą - skłamał. - Po co nasza czwórka miałaby przeszukiwać ten sam teren? Wzięliśmy własny kawałek.

- I co? - spytała, lustrując ich pobieżnie. Odniósł wrażenie, że nie zależy jej na odpowiedzi.

- Cóż, my niczego nie znaleźliśmy - ale widzę, że tobie poszło znacznie lepiej.

Wzruszyła ramionami.

- Zobaczyłam jeden liść. Wichura zrobiła resztę.

- Sporo tego narwałaś - spróbował delikatnie, spoglądając na rozsypane za nią rośliny. Zignorowała to.

- Skoro byłeś gdzieś indziej, to jak na nas trafiliście?

- Znalazłem ślad, dzięki któremu Czaszkochrup cię wytropił.

Astrid podeszła do swojej smoczycy i podrapała ją po szyi.

- Czyli generalnie do niczego się nie przydaliście. Valka wyjątkowo nie miała nosa.

- Osłanialiśmy cię, to nie takie znowu nic - obruszył się Eret.

- To w końcu szukałeś krwawnika czy szedłeś za mną?

A niech to. Zadała podchwytliwe pytanie. Sądząc po minie, z premedytacją.

- Widzisz, nawet mnie nie zauważyłaś - zdecydował się na obronę przez atak. - Co chyba dobrze o mnie świadczy.

- Podobnie jak łgarstwo, skradanie się też u ciebie leży - skwitowała. - Chociaż nie powinno. Słyszałam każdy twój krok.

- Od któregoś momentu na pewno. I akurat zrobiłem to celowo, bo gdybym wszedł na polanę bez zapowiedzi, pewnie w jakimś bezsensownym odruchu byś mnie zabiła.

- Tak? - posłała mu półuśmiech. - Takie odruchy to chyba tylko dla Sączysmarka. Chociaż nawet jego byłoby mi żal.

- No nie wiem - zerknął z powątpiewaniem na kopę liści u jej stóp. - Jak tak sobie spoglądam na ten krwawnik, to nie chciałbym widzieć siebie na jego miejscu. Wykosiłaś połowę łąki.

- Grubo przesadziłeś.

- No to wykosiłabyś, gdybym ci nie przerwał.

- A co? Tak ci się nudziło? Trzeba było wracać do Valki, przynajmniej więcej by mi ciebie nie przydzieliła.

- Nie, po prostu jakoś żal mi było patrzeć, jak się tak miotasz.

- Uważaj, bo za chwilę możesz poczuć żal, że wchodzisz między mój topór a moje sprawy - zagroziła. Z jednej strony właściwie była zadowolona... nie, to za mocne słowo. Po prostu uważała, że dobrze zrobił, dając znać o swoim nadejściu; zostawiając jej tę dodatkową chwilę czasu. A z drugiej złościła się, że w ogóle się zjawił.

- Nigdzie nie próbuję wchodzić. Twój topór, twoja sprawa, mnie tam wszystko jedno - zastrzegł. - W sumie nie jestem pewien, czy chodziło mi wtedy o ciebie, czy o ten piękny trawnik...

- No wiesz!

-...ale gdyby w grę weszło to drugie, nie byłbym zdziwiony. Strasznie to miejsce zeszpeciłaś.

- Trudno, nie ma co płakać nad rozlanym mlekiem ani nad skoszonym trawnikiem, tym bardziej że mleka się nie zbierze, a trawa odnośnie. A teraz ogarniamy się i wracamy do Szczerbatka.

- Jak sobie życzysz. Wzięłaś dość liści?

- Nawet zapas - uśmiechnęła się krzywo i wskoczyła na siodło. Eret zaraz poderwał Gruchotnika do lotu i skierował w stronę plaży, którą wcześniej widział. Miejsce lepiej nadawało się na chwilę wypoczynku, bo było mniej widoczne niż szczyt klifu, a na dodatek woda zacierała ślady. A że wypoczynek był potrzebny, wiedział, od kiedy w ogóle wyruszyli. Musiała przestać myśleć i chociaż na chwilę się oderwać.

- Dokąd lecisz? - spytała zdziwiona Astrid, zrównując się z nimi. Wzruszył ramionami.

- Jakoś nie mam ochoty przedzierać się przez tę gęstwinę, narobić jeszcze więcej hałasu i pozostawić za sobą kolejne mrowie śladów.

- Przecież to miejsce i tak jest bezludne, więc to raczej bez znaczenia.

- A skąd ty wiesz, czy bezludne... - mruknął.

- Powiedzmy, że to takie przeczucie wynikające z obserwacji.

- Właśnie, przeczucie. Ja mam na przykład zupełnie inne. I z doświadczenia ci powiem, że wprawnemu łowcy niewiele trzeba, żeby odnaleźć poszlaki, jakie zostawiłaś - od śladów począwszy.

- A to nie ty byłeś wprawnym łowcą? - zakpiła. - Tym, który nie potrafił znaleźć jednej małej roślinki? I który łamał wszystkie napotkane gałązki, co by go było dobrze słychać?

- Botanika a polowanie to dwie różne rzeczy - odparował. - Może nie zawsze odróżnię chwasty od ziół, lecz na tropieniu znam się jak mało kto. A co do moich śladów - też mnie to boli, ale tyle mogłem spisać na straty. Bo choćbym ja ich nie zostawił, ciebie i tak nietrudno byłoby wytropić. I mógłbym to zrobić nie tylko ja, bo są także inni, którzy wiele z nich wyczytają.

- Dramatyzujesz - machnęła ręką. - Byłam tu wystarczająco długo, rzuciłam z góry okiem i nie zauważyłam najmniejszego śladu ludzkiej obecności (smoczej zresztą też nie). A Wichura niczego nie wyczuła. Nikogo tutaj nie ma. To twoje byłe zajęcie tak cię ustawiło.

Eret wzruszył ramionami. Mógł jej na próbę uwierzyć? Mógł. I z chęcią przystał na taką wersję.

- Możliwe - przyznał ugodowo i natychmiast porzucił nieprzyjemny temat. - Ale... skoro uznajemy, że można się tu spokojnie zatrzymać, to wypadałoby sprawić smokom mały podwieczorek... czy raczej kolację. Sporo czasu minęło, od kiedy coś jadły.

- A masz ze sobą dość ryb? Bo trochę nie mamy czasu teraz polować.

- Mieć nie, ale... wiem, jak je zdobyć. I to całkiem szybko - poklepał Czaszkochrupa po szyi i wyciągnął ze schowka przy siodle gęsto plecioną sieć. Na twarzy Astrid pojawił się grymas przypominający zdziwienie. A może to było politowanie?

- Co to jest?

- Jak to: co? Sieci na ryby panna Hofferson jeszcze nie widziała?

Astrid z westchnieniem pokręciła głową.

- A ona tu po co? Przecież nie mamy łodzi ani przynęt...

- A kto powiedział, że sieć musi nieruchomo stać w wodzie? Łódź nie będzie nam potrzebna. Mamy przecież smoki.

- Co?

- Smoki.

- No dobrze, i co z tego? Mówiłam, że nie ma czasu polować.

- A to - odparł Eret, rozciągając sieć. Na pierwszy rzut oka był to standardowy sprzęt rybacki, ale po bliższych oględzinach Astrid dostrzegła drobne modyfikacje. Z dwóch równoległych rogów czworokątnej siatki wystawały długie sznury z obciążnikami zamocowanymi w jednej trzeciej długości.

- Zobacz: smoki biorą sieć w łapy zaraz przy rogach, a jeźdźcy trzymają za liny. Obciążniki trochę ważą, ale ty chyba dałabyś radę - rzucił jej drugi sznur.

- Co ty, piórko... - stęknęła zabawnie.

- Widzisz, piórko dość ciężkie, żeby utrzymać sieć w wodzie.

- A przynęty?

- Najlepsza technika takich łowów to zaskoczenie.

- Znawca - prychnęła.

- Ej, zdaje się, że mimo wszystko, z nas dwojga to ja lepiej orientuję się w takich rzeczach.

- Niech będzie. I jak to działa?

- Czaszkochrup - łap!

Gruchotnik przejął szybko swój róg sieci. Wichura natychmiast poszła w jego ślady.

- A dalej?

- Dalej to już faza eksperymentalna - wyjaśnił ze szczerym uśmiechem. - I miejmy nadzieję, że się powiedzie.

- Więc jeszcze tego nie sprawdziłeś?

- Kobiety - mruknął pod nosem. - Też masz wymagania! Wymyśliłem to dopiero wczoraj w nocy!

- I TU chcesz zrobić próbę generalną?

- A co nam się może stać?

- Logika faceta... Wolę nie zgadywać, co - Astrid zakryła oczy dłonią. - No dobra, to co robimy?

- Wiedziałem, że ci się spodoba. Policzę do trzech - i na "trzy" obniżamy lot do samej wody, żeby zanurzyć całą sieć. Tylko trzymaj się mocno (i sznur też trzymaj), bo będzie trochę szarpało. Rozumiesz?

- Chyba. Wyjdzie w praniu.

- Dobra. Tylko żebyś ty mi się nie wyprała - Eret wziął linę w ręce i na wszelki wypadek okręcił ją sobie wokół lewej dłoni. Dziewczyna ustawiła się z jego prawej strony i dała znak, że jest gotowa.

- To raz... dwa... trzy!

Obydwa smoki równocześnie lotem nurkowym zbliżyły się do powierzchni zatoki i szybowały zaraz nad nią z ogromną prędkością. Utrzymanie sznurów rzeczywiście nie należało do łatwych zajęć, ale dla wikinga było to zadanie wykonalne.

- Chyba działa! - krzyknęła Astrid, walcząc ze swoją liną.

- Musisz się bardziej pochylić - odpowiedział, również przekrzykując wodę. - Inaczej sieć się nie rozciągnie.

Skinęła głową i poszła za jego radą. Pułapka szybko zapewniła dostateczną ilość ryb. Wtedy Eret machnął ręką do góry i razem z dziewczyną równocześnie poderwali smoki.

- Gdzie to położymy? - zapytała. Łowca rozejrzał się i wskazał dogodny kawałek plaży. Wichura i Czaszkochrup upuścili sieć na miejscu - i natychmiast zabrali się do jedzenia. Astrid przyglądała się im z uśmiechem. Łowca odniósł wrażenie, że z pierwszym prawdziwym uśmiechem, od kiedy przybył.

- Zgłodniałaś - mruknęła, lekko klepiąc smoczycę po grzbiecie.

- Wcale się jej nie dziwię - usłyszała za sobą głos Ereta i jakieś trzaski. Chyba grzebał przy schowku Czaszkochrupa, zajętego już swoją porcją. - Zakładam, że ostatni raz skubnęła coś wczoraj wieczorem, na postoju. I ty chyba też.

- Dlaczego tak sądzisz?

- Hm, niech pomyślę... Powiedzmy, że to przeczucie wynikające z obserwacji.

- Pudło - uśmiechnęła się zwycięsko pod nosem. - Nie było postoju.

- Jak to nie?

- Zwyczajnie, spieszyliśmy się, a to przecież kawał drogi. Gdybyśmy spali całą noc, dolecielibyśmy tam dopiero następnego dnia, i to późno wieczorem. I walczylibyśmy po ciemku, jeżeli w ogóle byłoby z kim walczyć. A tak - byliśmy tam grubo przed południem i zastaliśmy dopełniającego dzieła zniszczenia Drago. Co w ogóle jest dziwne...

- Że niszczył? Dla mnie nie bardzo. Czego się po nim spodziewałaś?

- Że się stamtąd zabierze. W końcu z wandersmokiem tylko godzina to aż nadto czasu, żeby obrócić całą wyspę w popiół - mówiła powoli, z namysłem. - A on został... Ukryty w chmurach. Jakby na nas czekał. Jakby wiedział, że przylecimy...

- Daj temu spokój. Miałaś chyba już dość wyczerpujący dzień. Czaszkochrup, bądź tak miły i oderwij się na chwilę.

Gruchotnik zawarczał, niezadowolony.

- Oj, tylko trochę ognia i wracasz do jedzenia.

Smok od niechcenia splunął we właśnie ułożony stosik drewna. Astrid na ten dźwięk odwróciła się i spojrzała na świeżo podpalone ognisko, a potem na Ereta, który zabierał się za nadziewanie ryb na długie patyki. W końcu podał jej jeden z nich i spojrzał na nią z uśmiechem.

- Co-ty-ro-bisz - bardziej stwierdziła niż zapytała.

- No jak to co? Jak smoki, to i my też - usiadł przy ogniu i gestem dał jej do zrozumienia, że ma zrobić to samo.

- Tracimy czas! Tam czekają.

- A nie stracimy go więcej, kiedy będziemy musieli wyciągać z wody któregoś smoka, albo, co gorsza, któreś z nas?

- Ale smoki jedzą, to wystarczy. Przecież my nie musimy ich nieść.

- Nie ma mowy. Masz zjeść przynajmniej tą rybę albo możesz sobie pomarzyć o powrocie do domu.

- Eret...! - Astrid wykonała znajomy ruch i sięgnęła ręką za plecy.

- Nie dotykaj topora, bo Czaszkochrup będzie ci to musiał wyperswadować - zareagował równie szybko. - A ja mu pomogę.

- Co ty się nagle taki opiekuńczy zrobiłeś, co? - zainteresowała się i nie wzięła broni.

- Siadaj i jedz - wskazał jej miejsce naprzeciw siebie. - Twojej smoczycy w tym czasie wszystkie ryby się pięknie ułóżą, ty trochę odpoczniesz, i wszyscy będą zadowoleni.

Nie wiedziała, dlaczego usiadła. Gdyby jej tak bardzo zależało, wszystko mogłaby sobie wywalczyć. Nawet u Ereta. Ale może nie miała już siły. Może po prostu nie chciała wracać do rzeczywistości. Albo zwyczajnie była głodna.

Kiedy więc Wichura ucięła sobie pokolacyjną drzemkę, na patyku Astrid spokojnie skwierczała sobie dobrze już dopieczona ryba, a ona sama rozmawiała z towarzyszem - może niezbyt wylewnie, ale jednak.

- Podziwiam wasze smoki - powiedział w pewnej chwili. - Niosły was tyle mil bez najmniejszego odpoczynku i jedzenia.

- Wy, rozumiem, mieliście postój.

- Całkiem krótki. Na jakieś trzy godzinki zatrzymaliśmy się na Samotnych Wyspach.

- Żeby się przespać?

- I zjeść coś, nakarmić smoki...

- To wtedy zrobiłeś tę siatkę?

- I to na ostatnią chwilę przed startem, bo wplecenie lin i obciążników nie trwało długo. Skoro miało się już takie rzeczy przy sobie... W sumie wcześniej też zastanawiałem się nad wykorzystaniem smoków przy połowach. Na Samotnych Wyspach Chmuroskok po prostu wskoczył do wody i nagonił nam ryby wprost pod nogi, wystarczyło brać i jeść. Ale w końcu nie każdy smok ma dwie pary skrzydeł i takie gabaryty... Zrobiłem więc coś bardziej poręcznego.

- My lądowaliśmy raptem na dwie minuty. Faktycznie nie nazwałabym tego odpoczynkiem.

- Czkawka jest specem od działania bez odpoczynku.

- To w ogóle jest ciężka sprawa - westchnęła. - On po prostu chciałby wejść w skórę Stoicka, a prędzej czy później przekona się, że to jest niemożliwe. I do tego bardziej niż niepotrzebne. Ale jakoś... nie umiem mu tego wbić do głowy.

Na chwilę wróciła pamięcią do ich ostatniej rozmowy na ten temat. Niby nawet mimochodem przyznawał, że nie daje rady, że tego wszystkiego jest za dużo. Ale tym bardziej nie chciał zwolnić tempa. Jakby próbował coś udowodnić. Komu? Pewnie samemu sobie...

- Astrid? Halo, śpisz?

Ocknęła się z rozmyślań.

- E, nie, skąd.

- Nie jesteś już głodna? - zapytał z odrobiną kpiny.

- Dlaczego pytasz?

- Bo siedzisz sobie spokojnie, kiedy twoja ryba się przypala.

- Oj! - wyciągnęła patyk z ogniska i położyła na piasku.

- Stygnij, stygnij... - mruczała pod nosem, rozglądając się niecierpliwie dookoła. Do zachodu słońca została może jeszcze godzina lub półtorej, a do przyjaciół mieli trzy razy tyle drogi.

- Dobra, teraz naprawdę trzeba się pospieszyć - podniosła patyk i zdjęła z niego rybę. Parząc sobie palce, odrywała niewielkie kawałki i wkładała do ust.

Nagle zastygła w pół kęsa, kiedy do jej uszu dobiegł osobliwy - jak na bezludną wyspę - dźwięk. Echo obijającego się o siebie żelaza przetoczyło się nad plażą. Spojrzeli z Eretem w tym samym kierunku.

- "Pudło" - mruknął, zdenerwowany. - Mówiłem... czułem, że coś tu nie gra. Było za cicho.

Smoki nieco się ożywiły. Zaczęły węszyć w powietrzu i powarkiwać. Eret szybko zagasił ogień.

- Spokojnie, Wichurka - Astrid podeszła do przyjaciółki. - Pójdziemy to sprawdzić.

- Naprawdę? Przecież "tracimy czas!"

- Jak nie masz w domu co robić, to pewnie przedrzeźniasz swojego smoka, co? - odcięła się, idąc za dźwiękiem. Dalej na północ brzeg znowu się wznosił, ale plaża nie urywała się, tylko biegła dołem aż do wysokich krzewów. Potem znikała za zakrętem, obiegając klif, gdzie musiała znajdować się zatoka, bo widać było, że do szerokiej gardzieli między dwoma wysokimi brzegami dociera woda. Łowiecki statek z dodatkową, boczną łodzią by wszedł, pomyślała niewesoło.

Osobliwe miejsce. Dobrze ukryte.

- Czaszkochrup nigdy sobie na to nie zasłużył.

- A ja owszem?

- A ty po prostu... jesteś Astrid. I tyle.

- Wiesz co? - ożywiła się pod wpływem jakiejś nowej myśli i wsiadła na smoczycę. - Ty masz rację.

- Co ty powiesz...

- Z tym czasem. Nie ma co przeciągać struny. Weź je i leć szybko do Valki - wyjęła ze schowka przy siodle kilka zwiniętych, dużych liści.

- Co? - spojrzał zdumiony. - Chyba nie rozumiem. Mam lecieć sam?

- A co? Boisz się? - w jej głosie dało się słyszeć kpinę.

- Nie, ale co ty zamierzasz w tym czasie robić? - zdezorientowany, spoglądał to na liście, to na dziewczynę.

- Pójdę to sprawdzić - wzruszyła ramionami. Ta prosta deklaracja, jakkolwiek przez niego nieprzewidziana, nie zaskoczyła go za bardzo. To było w jej stylu.

- Sama? O nie, nie ma mowy - zaoponował pewnie. - Zostaję z tobą.

- Nie, wracaj do nich. Dam radę - uspokoiła.

- Przestań, nie wygłupiaj się - powiedział łagodne. Póki szła po dobroci, on też mógł. - To może być niebezpieczne, albo raczej na pewno jest.

- Tylko zerknę. Ale ty już leć - skinęła głową w stronę, w którą powinien się udać.

- Skoro "tylko zerkniesz", to chyba nie ma co się spieszyć.

- Na wszelki wypadek nie zaszkodzi - zauważyła. Wyczuła już jego nacisk.

- Właśnie bez żadnych "wszelkich wypadków" - stwierdził kategorycznie. - Albo sprawdzamy razem, albo razem wracamy. Nie masz innego wyboru.

- Mam - odparła z wyższością. - Skończ dyskutować.

- Nie puszczę cię.

- I nie zatrzymasz - pokręciła głową, wciąż patrząc na niego z góry. Tak, rzeczywiście, co do argumentów miewał nad nią przewagę, ale rozwiązania siłowe nie wchodziły w grę i oboje dobrze o tym wiedzieli.

- No, w takim razie lecę z tobą - rozłożył ręce.

- Nie. Lecisz w przeciwną stronę, i to sam - poinstruowała tak, jakby wskazywała drogę dziecku, a nie doświadczonemu łowcy. - Dogonię cię.

- Nie. Nadgonimy razem, jeśli tak ci zależy. Ale ci potowarzyszę.

- Nie ma mowy.

- Jest. Przecież nawet nie wiesz, co tam zastaniesz - przekonywał. - Lecieć w pojedynkę to głupota.

- Głupotą to by było, gdybyśmy byli tu na zwiadzie albo, co gorsza, przypuścili otwartą napaść. Ale przylecieliśmy po lekarstwo dla Szczerbatka, czas nas goni, a ja nie idę walczyć, tylko się rozejrzeć - wyliczyła mu na palcach i wyraźnie mu pokazała. Przyjął to niemalże obojętnie.

- Właśnie rzecz w tym, że nie wiesz, na co idziesz.

Potwór od zbijania argumentów i karmienia swoimi własnymi. Czy on choć czasami kierował się czymś poza rozsądkiem? Wątpliwe. Ale skoro chciał iść na noże, mogła i tak. Kategorycznie wyciągnęła rękę z liśćmi w jego stronę.

- Bierz to i skończ wydziwiać, bo za siebie nie poręczę - mruknęła, zniecierpliwiona.

- Nie wezmę, lecę z tobą - powtórzył uparcie.

- Ale nie dyskutuj! - zgasiła go natychmiast. - Jesteś tu do pomocy, a nie na etacie. W ogóle bardziej to mi tu przeszkadzasz, bo przez twój upór tracimy czas.

- Mój? Astrid, zachowujesz się jak dziecko - cóż, najwyraźniej i tak była jeszcze za delikatna i nie ubodła go za mocno tym ściąganiem do parteru. - Kwadrans nie jest wart ryzyka. Sprawdzimy to i zaraz znikamy, co to za filozofia?

- Jak grochem o ścianę... Ty coś przesadzasz z tym ryzykiem. Poradzę sobie.

- Ale nie bez wsparcia. Potrzebujesz nas.

Thorze, jak mocno mu trzeba przyłożyć, żeby zabolało i zniechęciło?

- Tak, do zabrania tych liści, i niczego więcej. Całe życie dawałam sobie radę bez ciebie, więc tym razem też, bez dwóch zdań, mi się powiedzie - oznajmiła chłodno.

- Bo zawsze miałaś obok Czkawkę. Ale teraz go tu nie ma, rozumiesz? Jestem ja - Eret też nie zamierzał owijać w miękką bawełnę twardych faktów. - I musisz takie zastępstwo zaakceptować.

Dłoń jej zadrżała. Była pewna, że zanim wda się z nim w kolejną dyskusję, będzie musiała najpierw znaleźć porządny powód. Albo ewentualnie pokazać, jak tnie jej topór świeżo po naostrzeniu, ale Eret to nie Sączysmark, nie był tchórzem. Nie spuszczając zabójczego wzroku z bruneta, wetknęła liście z powrotem do schowka.

- Przegiąłeś - warknęła tylko i poderwała Wichurę. - Jeszcze raz i Czaszkochrup wróci bez jeźdźca, a ciebie tu zostawię i popłyniesz sobie do domu. Zupełnie poważnie mówię.

- Nie ma sprawy - Eret dosiadł Gruchotnika i zrównał lot z Astrid. Bezszelestnie sunęli nad piaskiem, wypatrując jakiegoś ognia lub obozu. Niczego jednak nie dostrzegli. Jedynymi śladami na całej długości plaży były ich własne.

- To było dalej - mruknął łowca i skierował smoka w stronę dwóch klifów, które rozdzielała woda. Kiedy wyminęli skały, zobaczyli (jak się spodziewali) niewielki fragment zatoki, otoczonej wysokimi ścianami, które dość stromo opadały ku plaży. Woda wcinała się w głąb lądu, duża część zbiornika była przed nimi nadal ukryta za skałami. Wiedzeni intuicją, szybko się wycofali.

- Świetne miejsce na kryjówkę - Astrid najciszej, jak umiała, wylądowała w zaroślach - dokładnie takich, jak te, porastające zbocza w kotlince. Plażą mogli dojść tam, przez nikogo niezauważeni. Czaszkochrup zwinnie wsunął się zaraz obok. Eret spojrzał z niemym pytaniem: "Idziemy?" - odpowiedziała skinieniem głowy. Mocniej ścisnęła topór i przekradła się aż do miejsca, gdzie krzaki nie zasłaniały widoku na całe wnętrze zatoki. Eret rozchylił gałązki, a wtedy ich oczom ukazały się trzy statki. Dodatkowych łodzi nie miały, ale Astrid nie odetchnęła z ulgą. Na masztach powiewały czarne bandery, chociaż niżej klify tłumiły wiatr i okręty nawet się nie kołysały. Drewniane konstrukcje były w zaskakująco dobrym stanie, choć obojgu udzieliło się wrażenie, że właściciele nie są jakimiś spokojnymi kupcami czy żeglarzami. Mogli się jednak mylić. Co do rozmiarów - widywali większe jednostki. Te były za to, przynajmniej na pierwszy rzut oka, dosyć dobrze zaplanowane. Jakby ktoś przy ich budowie chciał dobrze wykorzystać przestrzeń. Całość zresztą wyglądała na nową, albo przynajmniej gruntownie odnowioną. Tym bardziej zdziwili się, kiedy nie dostrzegli w pobliżu żadnych ludzi. Czy to możliwe, żeby takie łodzie stały sobie tu bezpańskie?

- To wraki? - spojrzała na niego pytająco. Zmrużył oczy.

- Nie wyglądają. Zadbane dosyć. Maszty całe i żagle chyba w porządku... burty ładne...

- Nie ma załogi.

- Wiem, widzę. Wszyscy się pochowali czy jak... - mruknął pod nosem, rozglądając się. - Ciekawa miejscówka. Przysiągłbym, że będzie za płytko na łódź, a tu proszę.

- Czyje mogą być te okręty? - Astrid usilnie wypatrywała straży albo pułapek.

- A bo ja wiem? Może na tej wyspie rzeczywiście ktoś mieszka.

- Niemożliwe. Przecież nie było żadnych śladów.

- Przeczesaliśmy tylko mały kawałek, i to niedokładnie. A czy to, te statki - to nie jest wystarczający ślad?

- Nie. Rozejrzałam się z góry, tu jest kompletnie dziko. Na tej wyspie raczej nie ma żadnej osady - pokręciła głową.

- No, to może mieszkają na statkach.

- To nie są łodzie mieszkalne - przewróciła oczami.

- Może mają inne preferencje. Jedni wolą jednostki mieszkalne, inni pełnomorskie...

- Ktoś musiałby stać na pokładzie, przynajmniej jakaś warta czy coś. A tam tylko wiatr zawodzi.

- To może zwyczajnie skończyła im się żywność, więc dobili do pierwszej lepszej wyspy, żeby uzupełnić zapasy - podsunął.

- No to gdzie są?

- Pewnie polują, zbierają rośliny, szukają wody... Robią to, co się zwykle robi, jak dobijasz do brzegu w takich a nie innych celach.

- A straż?

- Pewnie jest, tylko tak ukryta, że jej nie widzisz.

- Po co mieliby być tacy ostrożni?

- Może z tego samego powodu, co my? - machnął ręką zirytowany.

- A czarna bandera?

- Przecież nie znam wszystkich godeł Archipelagu.

- To właśnie jest brak godła. Po prostu czarna flaga.

- No to nie wiem! Dlaczego ty mnie zadajesz te pytania? - zniecierpliwił się Eret. - Co ja niby jestem?

- Masz rację - skinęła na Wichurę. - Wejdziemy i sprawdzimy.

- Okej, nie żebym akurat to miał na myśli - ale skoro nalegasz...

7.Błędna pozycja

- I co? - zapytała, gdy zobaczyła bruneta wychodzącego spod pokładu sąsiedniego statku. Eret sprawdził najpierw pobieżnie okolicę, ale kiedy przekonali się, że w promieniu kilkuset metrów od łodzi nie ma żadnego ruchu, zaprzestali dalszego rekonesansu i wrócili na jednostki. Oboje zajęli się równolegle dwiema mniejszymi, ale niewiele na nich znaleźli. W kajutach, zajmowanych z reguły przez dowódców i ważniejszych członków załogi, było trochę map i tego typu rzeczy, ale między nimi nic istotnego. Zidentyfikowali sporo sprzętu, jaki widzieli przedtem u łowców smoków, co nasuwało przypuszczenie, że to właśnie ich statki. Wytłumaczenia dla braku godła Drago nie znaleźli - ale szukali dalej.

Eret przecząco pokręcił głową.

- Nic. A ty coś znalazłaś?

- Rozsypane po pokładzie mnóstwo broni - Astrid dosiadła Wichury, która lekko sfrunęła na plażę. - Już wiadomo, skąd ten hałas. Pewnie wiatr zawiał, łódź się ruszyła i stos runął. Ale z konkretnych rzeczy też nic.

- Kiedy... tu nie wieje - ostrożnie wyraził wątpliwość.

- Tak, też mi to przyszło do głowy... Ale nikogo tu nie ma, więc chyba jednak zawiało. Albo jakaś fala... Nie wiem, obsunęło się i tyle.

- No tak - skinął głową, po czym się rozejrzał. - To tak, dwa sprawdzone... został nam tylko jeden.

Oboje podnieśli wzrok na ostatni, największy spośród trzech statków. Tchnęła od niego niezrozumiała groza.

- Mam wrażenie, że oglądamy sobie główną jednostkę - powiedział półgłosem Eret. - Taką, którą zazwyczaj podróżuje kapitan.

- A ci podobno schodzą ze statków na końcu... Może będzie okazja się z nim zobaczyć? - dziewczyna ścisnęła w dłoni topór, poderwała smoczycę i wylądowała na pokładzie. Zaraz za nią pojawił się Czaszkochrup. Ciemne deski zadudniły pod stopami Astrid, kiedy zeszła z siodła.

- Nieprzyjemnie się po tym chodzi - oceniła krzywo.

- Rzuć okiem na mostek i do kajuty na pokładzie - mruknął Eret. - Ja idę na dół.

- Poczekaj na mnie - weszła po schodkach i obrzuciła okolice steru uważnym spojrzeniem.

- Pusto - zameldowała cicho i stanęła obok jednego skrzydła drzwi. Położyła dłoń na klamce, ale zawahała się i odwróciła do Ereta.

- Co jest? - uniósł brwi.

- Smoki na mostek. Na wszelki wypadek.

- Jasne - brunet za pomocą ręcznego sygnału pokazał zwierzętom, gdzie mają się przenieść. Kiedy zniknęły nad ich głowami, Astrid powoli nacisnęła klamkę i uchyliła drzwi. Na twarzy poczuła chłodny powiew. Pomieszczenie było węższe, niż sugerowały rozmiary górnego pokładu. Od razu zrobiło na niej nietypowe wrażenie. Nie było podobne do żadnej tego typu kajuty, nawet widziana kiedyś kabina Viggo nie dorównywała tej swego rodzaju mrokiem. W powietrzu wisiało dziwne napięcie. Zrobiła pierwszy krok i trafiła butem na coś twardego. Ostrożnie podniosła przedmiot do oczu.

- No proszę... Eret - odwróciła się do przyjaciela. - Zobacz. To już chyba ostateczne potwierdzenie.

Łowca podszedł bliżej i pociągnął jej dłoń do światła.

- Drago... - mruknął cicho, spoglądając na zrobiony z grubego metalu znak. Pewnie swego czasu używano go do wypalania oznaczenia. Podobny symbol nosił na piersi. - Tak, w sumie można się było domyślić... Wystarczy się rozejrzeć - stwierdził ponuro.

- Właśnie zauważyłam, że tu jakoś tak... inaczej.

- I wszystko jasne. Nie ma kapitana, nie ma załogi.

Zostawiła przedmiot w jego rękach i weszła w głąb kajuty. Rozejrzała się dookoła - po obu stronach znajdowały się ogromne obrazy przedstawiające jakichś mocarnych ludzi o ciemnym spojrzeniu.

- Ciekawe, co to za osobistości mają zaszczyt u niego wisieć - mruknęła pytająco za siebie. Eret oderwał się od rozmyślań nad trzymanym znakiem (i swoją przeszłością) i omiótł wzrokiem otoczenie.

- Czuć, że to jego kajuta. Widać i czuć.

- Tak, prawda... Skądś się musiał przesiąść na tego Wandersmoka.

- Tylko czemu załoga uciekła? Przecież nie zdążyliby się dowiedzieć o jego śmierci, to było raptem dzisiaj rano. A nawet na smoku leci się tu ponad trzy godziny.

- Chyba, że Drago nie był sam - zauważyła. - Może był tam jeszcze ktoś, kogo z powodu chmur nie zauważyliśmy... Miałoby to sens, bo w takim wypadku łowcy na pewno spanikowaliby i wynieśli się, gdzie pieprz rośnie.

- A czemu nie statkami?

Astrid zmarszczyła brwi.

- No, to chyba, że... to jednak nie on był tu kapitanem - przesunęła palcami po pieczęci, leżącej na stole.

- To znaczy? - zmarszczył brwi.

- Sama nie wiem - westchnęła, wodząc wzrokiem dookoła. - Niby wiele wskazuje na to, że ten gabinet należał jego. Wiesz, największy statek, najlepszy pokój, no i znak... Chociaż tych to pewnie sporo na każdym jego okręcie.

- Ale?

- Ale choćby jego ludzie zostali bez dowódcy, nie porzuciliby statków... No bo właśnie, po co? A w dodatku te obrazy jakoś mi do niego nie pasują. Mroczno tu, ale jakoś tak... czy ja wiem? To wnętrze wydaje się być urządzone w jakimś stylu. Drago się przecież takimi rzeczami nie zajmował.

- Skąd wiesz? Może miał jakieś dziwne pasje. Jak każdy szaleniec - uśmiechnął się kwaśno. - Zresztą, twoje paluszki właśnie obracają jego pieczęć. Tego na pewno nie dawał byle komu... jeśli w ogóle dawał, a obstawiam, że nie.

Pokręciła głową.

- A bandera? Przecież to nie był znak Drago. Po prostu czarna.

- Kamuflaż? - podsunął.

- Hm, nie wiem. Sprawdź, co jest pod pokładem, ja się rozejrzę tutaj.

Wyszedł z pokoju. Usłyszała skrzypienie klapy i jego kroki na dole.

- Jak tu strasznie niesie... Zupełnie jakby wszystko było puste w środku - mruknęła, po czym przełożyła topór do lewej ręki i zaczęła przeglądać rzeczy na stole. Przeważały papiery, głównie pobrudzone mapy Archipelagu i pomniejszych wysp. Przejrzała je pobieżnie, nie przywiązując do tego większej wagi. Był jeszcze jakiś dziennik w skórzanej okładce, ale tak zaplamiony, że nie sposób było go odczytać. Najwyżej szczątki wyrazów. Przez chwilę próbowała coś z tego poskładać, ale szybko zrezygnowała. Obok walał się ołówek, busola i szkic czyjejś twarzy, niezbyt udany. Obeszła biurko i zajrzała do szuflad, gdzie znalazła papier i zapas atramentu, a oprócz tego mnóstwo różnych szpargałów, które nie budziły żadnych skojarzeń z potencjalnym właścicielem. Wzruszyła ramionami i rozejrzała się za czymś jeszcze, co mogłaby przeszukać. Szafek ani schowków (przynajmniej tych widocznych) nie było tu dużo, więc prawie bez wahania podeszła do stojącej obok biurka niewielkiej komody z dwiema tylko szufladami. Szarpnęła za dolny uchwyt. Ani drgnęło. Z górnym było podobnie.

- Co ty tutaj trzymałeś w takiej tajemnicy? - zaparła się nogą o mebel i z całej siły pociągnęła do siebie. Bez rezultatu. Spróbowała jeszcze raz. I jeszcze. Za którymś kolejnym szarpnięciem uchwyt poddał się i Astrid z rozpędu wylądowała na podłodze.

- Złośliwość rzeczy martwych - warknęła i rzuciła finezyjnie powyginaną blaszką. - Widział to kto w ogóle wstawiać coś takiego na porządny okręt? Skąd on sobie sprowadził taki mebel?

Podniosła się zwinnie, a podłoga zawtórowała jej głuchym stęknięciem. Przypadkiem natrafiła wzrokiem na oczy jednego z portretów i wzdrygnęła się. Były ciemne, dzikie i świdrujące. Patrzyły groźnie w jej kierunku.

- No co, zły, że zepsułam ci twój salonowy sprzęt? - zadrwiła dla dodania sobie animuszu. - Było nie zamykać.

Wyciągnęła z prawego buta nóż i wetknęła go w szparę nad dolną szufladą.

- Jak jeszcze ty mi się połamiesz... - zagroziła, napierając na stal. Zamek zajęczał i po chwili rozprysnął się w drobny mak.

- A widzisz, jednak nie w takiej znowu tajemnicy - uśmiechnęła się pod nosem i zajrzała do środka. Na dole znalazła tylko metalowy pas, złożony z pojedynczych kół, przypominających brosze, umieszczonych w metalu jedna obok drugiej. Na każdej z nich widniał łeb smoka. Był chyba bardzo stary, bo wielu broszy już brakowało, a sam pas był mocno poobijany.

- Rupieć - skwitowała pod nosem i wrzuciła go z powrotem do szuflady. W górnej, którą otwarła podobnym sposobem, tyle że jeszcze szybciej, zobaczyła stosik papierów, które wyrzuciła na wierzch szafki i zaczęła przeglądać. Wtedy do pomieszczenia wszedł Eret.

- Masz coś? - spojrzała na niego.

- W kajutach pusto, żadnej załogi. Na dole żywność, sporo broni, trochę smoczych kości i kilkanaście żywych smoków, ściśniętych w najodleglejszym zakątku statku, że aż żal patrzeć.

Dziewczyna zmarszczyła brwi.

- Łowcy, jak nic. Trzeba je będzie wypuścić.

- Też o tym myślałem. Idziesz ze mną? W oswajaniu jesteś ciut lepsza niż ja.

Astrid zostawiła papiery i razem z łowcą udała się pod pokład. Kiedy zeszła po drabinie, znowu przytłoczył ją hałas, jaki wywołało ich przejście, zwielokrotniony jeszcze przez echo.

- Jak chodzisz po tych statkach, to nie masz wrażenia, że za tobą podąża cała armia? - spytała, idąc powoli przed siebie. Eret popukał w ścianę.

- Może to przez drewno - wyraził domniemanie. - Jeszcze dalej, jeszcze - wyciągnął przed siebie lampę, oświetlając korytarz. - Tu są magazyny na żywność, dalej jest woda; tu na żelastwo... tu pewnie na smoki - mruknął, zerkając na szkielety w klatkach. - Proszę. A oto i one.

Podniósł lampę. Astrid zobaczyła zamknięte pomieszczenie, a w nim może dziesięć smoków, głownie Ostrykłów i podobnych im gatunków. Większość miała na sobie przynajmniej szczątkową zbroję, a każdy - wiele blizn.

- Otwórz drzwi - powiedziała, cofając się do jednego z mijanych magazynów.

- Jesteś pewna, że wiesz, co robisz? - odparł z powątpiewaniem, ale powoli wyciągnął rygiel. - Bo chyba jest opcja, że będą się chciały... zemścić.

- I...?

- Nie wiem. Może na przykład nas zeżrą?

- Nie, smoki raczej żywią się innym mięsem.

- Czyli... zaręczysz, że wyjdziemy stąd cało, tak? - upewnił się.

- Już moja w tym głowa - stwierdziła i wróciła z naręczem ryb. - Pozwól jednemu wyjść.

Eret otworzył drzwi na oścież.

- No chodź, mały - Astrid wyciągnęła na dłoni rybę. - Masz. To dla ciebie.

Smok warknął groźnie, ale zaczął węszyć i powoli podszedł do dziewczyny. Nagle szybkim ruchem porwał rybę i cofnął się o krok.

- Łooo... Ostrożniej trochę - jęknął brunet. - Mało brakowało, a capnąłby ci z tą rybą też rękę.

- Spokojnie, panuję nad sytuacją... Tak myślę - mruknęła pod nosem. - Już dobrze, grzeczny smok. Chcesz jeszcze? - wysunęła mu na dłoni następną sztukę. Ostrykieł prychnął i zabrał swoją porcję, tym razem już nie tak łapczywie. Po kolejnych kilku podejściach karmienie przestało wywoływać agresję, a może nawet odrobinę zadowoliło zwierzę. Astrid postanowiła przejść do sedna. Powoli wyciągnęła rękę w kierunku smoczego pyska i spuściła wzrok, modląc się w duchu, żeby Ostrykieł jednak jej tej ręki nie odgryzł. Ku jej zdumieniu, szybko pozwolił się dotknąć. Musiał mieć przedtem styczność z ludźmi trochę innymi niż Drago.

- Zdejmiemy ci to paskudne żelastwo - mruknęła, głaszcząc go delikatnie, i skinęła na Ereta. - Możesz odpinać.

Zbroja z głośnym hukiem uderzyła o podłogę. Dziewczyna spojrzała krzywo na łowcę.

- Wybacz - zreflektował się. - Następnym razem będę łapać.

Uwolniony Ostrykieł prychnął zadowolony, ale zaraz odwrócił się w stronę tkwiącej w zamknięciu reszty. Astrid wskazała mu wyjście.

- Możesz lecieć. Zaraz wypuścimy twoich przyjaciół.

Po trzecim smoku nie było już problemów, zwierzęta same nastawiały się do ściągnięcia żelaza z grzbietów i pysków. Kiedy cała jedenastka opuściła statek, dziewczyna wróciła jeszcze na górę.

- I jak twoje oględziny? - spytał brunet, wodząc palcem po futrynie. Za jego plecami Czaszkochrup ciągle węszył przy pokładzie, co jakiś czas drapiąc czy kopiąc po nim w charakterystycznym rytmie "raz, raz - dwa, raz". - Rzeczywiście ładnie ktoś to zrobił.

- Nic szczególnego. Zaraz się wynosimy - wzruszyła ramionami, wertując szybko papiery wyciągnięte przedtem z szuflady. - Mnóstwo map, papierowych śmieci i żela...stwa - dokończyła ciszej, podnosząc do oczu jedną z ostatnich kartek. Eret zwrócił na to uwagę.

- Co to? - podszedł bliżej i spojrzał jej przez ramię. Astrid przez chwilę studiowała wzrokiem tekst.

- Sam zobacz - podała mu kartkę.

Na papierze widniała lista imion i nazwisk. Było ich całkiem sporo, z czego wiele nieznanych. Większość nosiła ślady dopisywanych pozycji, różnił je rodzaj atramentu i stopień spłowienia run. Niektóre z nich były już powykreślane.

- Co to ma znaczyć? - mruknęła, przejeżdżając palcem po rozpisce.

- To jakiś spis? Patrz, jest Stoick. Skreślony - zauważył Eret, uważnie oglądając każdy wyraz. - A tych tu nie znam.

- Hm. Zobacz, Valka też tu jest - wydawało mu się, że zaczęła się niepokoić. - I Czkawka. I Dagur z Malą. A tu Albrecht i jego syn, Alvin.

- Jak tu rodzinnie... Jest też żona? - mruknął z przekąsem.

- Jest, w Valhalli. Od trzech lat zresztą - stwierdziła dosyć ostro.

- A tak. Jakoś... zapomniałem - zmieszał się nieco. - Co, swoją drogą, nie przeszkadzałoby jej być na liście.

Astrid jeszcze raz spróbowała rozczytać zatarte wyrazy. Jakieś przeczucie kazało jej dalej szukać, a w głowie zalęgło się pewne niewesołe przypuszczenie.

- I jest - wskazała nagle na jakiś dopisek. - Ale już na skreślonej pozycji.

- A niech to... Czemu tak? Chodzi o jakieś długi czy co?

- Nie sądzę, chociaż dobrze by było... - pokręciła głową i wróciła wzrokiem do Stoicka. Przypuszczenie zdawało się radzić sobie z logiczną argumentacją. - Zobacz, jest też Heathera i Blake.

- Oni już są zaręczeni czy jeszcze czekamy? - uśmiechnął się pod nosem na wspomnienie ciemnowłosego, bystrego chłopaka.

- Właściwie to nie wiem. Dawno się nie widziałyśmy, żadne listy też nie doszły... Muszę się z nią niedługo spotkać, to przy okazji zapytam - powiedziała nieuważnie, bo stwierdzenie Ereta zaniepokoiło ją bardziej, niż powinno. Brunet też uporczywie spoglądał na kartkę, jakby próbował wyczytać z niej jakieś nieistniejące wskazówki.

- To tylko mnie się rzuciło w oczy, że z nam znanych na liście są tylko rodziny... takich ważnych ludzi? - powiedział w końcu, przenosząc wzrok z papieru na twarz Astrid. - Patrz, tu wódz, tu wódz, żona wodza, syn wodza, nie wiem, kto, ale też pewnie ważny...

- Nie tylko - odparła głosem wypranym z emocji. Niepokoiło. Patrzenie na ten papier naprawdę bardzo niepokoiło.

- I skreślenia też nasuwają pewne skojarzenie... I logiczne wnioski...

- Nie zapytam, czy myślimy o tym samym... - mruknęła. I tak wiedziała.

Strzepnął kartkę.

- Więc właśnie chyba, być może, bardzo możliwe, prawdopodobnie... hm, zakładam, że tak. Stoick nie był przekreślony aż tak dawno, jak matka Alvina czy Oswald Zgodnopyszny... a nikt z nich nie jest tak wytarty, jak ci tutaj. I sporo ich skreślono jednym ruchem i jedną kreską... No, całkiem długa jest. Znak u góry kartki sugeruje właściciela... Czyjeś życiowe plany? - nie spojrzał na nią, czekając na reakcję. Dziewczyna przez chwilę się zastanowiła.

- Pamiętasz, co Stoick mówił o wielkiej naradzie wodzów, którą zwołano wiele lat temu? Jak to się... wiesz...

Eret powoli pokiwał głową. Astrid przerzuciła topór do prawej ręki i zabrała mu kartkę.

- Co robisz? - spytał, trochę bez sensu.

- Chowam - mruknęła, pakując wszystkie szpargały do górnej szuflady i usiłując ukryć zdenerwowanie. - Zostawmy wszystko tak, jak było. W ogóle nie powinniśmy byli niczego dotykać. Ani czytać. Ani... wchodzić nawet.

Nie miała pojęcia, jak wiele prawdy znalazło się w tej chwili w jej słowach.

Statek zaskrzypiał podejrzanie. Dopiero teraz oboje zauważyli, że na zewnątrz od dawna jest już ciemnawo. Czaszkochrup cały czas powtarzał swój rytuał z kopaniem i węszeniem, tyle że z mniejszą częstotliwością.

- Dobra, najwyższy czas się stąd wynosić - Eret na chwilę zniknął pod pokładem.

- A ty dokąd? - spytała, wsiadając na Wichurę. Odpychało ją to miejsce i chętnie już by wystartowała, ale nie mogła go tu zostawić bez słowa. Poza tym - po co on tam jeszcze właził? Szukał czegoś? Miała ogromną nadzieję, że jednak nie.

- Leć, zaraz do ciebie dołączę - odkrzyknął z głębi statku. Tym razem nie wahała się ani chwili i natychmiast wzbiła się w powietrze. Przeczesała włosy palcami, odetchnęła zimnym, morskim powietrzem i spróbowała wszystko sobie poukładać. Chociaż lepiej byłoby wymazać to z pamięci... Właściwie nie dowiedziała się niczego nowego. Od dawna jasnym było, że Drago próbował zapanować nad Archipelagiem za pomocą wszystkich dostępnych środków. Teraz, kiedy już im nie zagrażał, odkrycie jego planów nie miało większego znaczenia i ani nikomu ani nie pomogło, ani nie przeszkodziło. Jednak sama świadomość, że wyrachowany szaleniec, dopiero co budujący swoją potęgę, trzymał w ręku tę kartkę, i z zimną krwią skreślał kolejne nazwiska, budziła w niej głęboką odrazę.

Usłyszała obok świst skrzydeł i z mgły wyłonił się Czaszkochrup. Na grzbiecie miał zamocowaną niewielką beczułkę.

- Co to? - spytała, odsuwając się od swoich czarnych rozmyślań i postanawiając sobie nigdy już do nich nie wracać.

- Woda - odparł. Astrid się skrzywiła. - Tak, wiem, nie chciałem niczego stamtąd zabierać, ale coś musimy pić. Przecież nie będziemy jej szukać na tym pogorzelisku, a już na pewno nie w nocy. Woda jest świeża, pewnie zaczerpnięta jeszcze niedawno z okolicy, w której cumowali.

- To Valka nie wzięła żadnego zapasu?

- Coś tam ma, ale przezorny zawsze ubezpieczony - uśmiechnął się pod nosem. Dziewczyna zmrużyła oczy, przyglądając się beczce. Eret zwrócił na to uwagę.

- Co znowu? - spytał, zerkając to na Astrid, to na beczułkę.

- Nie ma tam jakiegoś znaku wypalonego, albo czegoś? - mruknęła bardziej do siebie niż w odpowiedzi. Łowca pobieżnie obejrzał drewno, po czym przecząco pokręcił głową.

- Nie, sprawdziłem to, jeszcze zanim ją zabrałem. Takich rzeczy raczej się nie oznacza. Jest wprawdzie opcja, że pochodziła z rabunku, chociaż bardzo wątpię.

Skinęła głową. Eret dłuższą chwilę przyglądał się jej twarzy.

- Czyli co? Nie chcesz im powiedzieć, tak? - zapytał w końcu. Nie dostrzegł w niej najmniejszego wahania.

- A po co? - mruknęła ostro. - Nikomu taka wiedza nie posłuży. Zresztą, nam też nie. Najlepiej będzie, jeśli oboje o tym zapomnimy. Uznajmy, że cały dzień szukaliśmy ziół. I wody - przewróciła znacząco oczami.

- Jasne. Ale gdyby jednak coś ruszyło w tej sprawie - zawsze możesz na mnie liczyć.

Spojrzała na niego twardo.

- Eret... Nie ma tematu - zaznaczyła z naciskiem. - Tej wycieczki też nie było. Szukaliśmy ziół.

- I wody. Jasne jak słońce, którego już, wracając do realiów, prawie nie ma - odpowiedział spokojnie, z cieniem uśmiechu. Wydawało mu się, że i ona nieco się rozchmurzyła.

- Niezwykle błyskotliwe spostrzeżenie... No, musisz wyciągać skrzydła, Wichurka - poklepała smoczycę po szyi. - Szczerbatek czeka.

Smoki przyspieszyły, tak, że zanim zapadł zupełny mrok, feralna wyspa razem ze wspomnieniami minionego dnia zniknęła za horyzontem. Wracali do przyjaciół.

Tymczasem, kiedy byli już daleko, z kajuty dobiegło skrzypnięcie, jakby otwarły się długo nieoliwione drzwi.

8.Z dalekich stron

Dawno już całą spaloną wyspę opadł czarny mrok. Szpadka smętnie stukała palcem o rogi Wyma, Mieczyk spał z głową Jota na piasku, Sączysmark siedział i tępo wpatrywał się w pazur Hakokła, a zafrasowany Śledzik drapał Sztukamięs. Gothi przeszukiwała schowki przy siodle Pyskacza (być może w poszukiwaniu ziół, których tam nigdy nie było), sam kowal grzebał drutem w ognisku, pilnując Czkawki, Szczerbatka i gotującej się od jakiegoś czasu wody (co pod żadnym względem nie wychodziło mu jakoś szczególnie), a Valka spędzała większość swojego czasu wśród grupy ludzi, mieszkańców zniszczonej wioski, którzy zebrali się obok, starając się wesprzeć ich na wszelkie sposoby. Chmuroskok przedtem pomógł jej załatwić dla nich żywność - wskoczył do wody, i, po wielu akrobacjach z użyciem obu par skrzydeł, nagonił na plażę mnóstwo ryb. Teraz jednak odpoczywał po męczącej pracy i pochrapywał do wtóru Marudzie, pozostawiając swojej pani troskę o ocalałych.

- Wiecie co? - odezwał się nagle Sączysmark, kiedy kobieta akurat podeszła do ich ogniska. - Może byśmy się zebrali i polecieli ich poszukać? Północ już jak nic, a o nich ani widu, ani słychu.

Valka spojrzała na niego i pokręciła głową.

- Trzeba się liczyć z tym, że nigdzie w pobliżu nie znajdą ziół i polecą dalej, albo że zdecydują nie wracać nocą. Różne rzeczy mogą ich zatrzymać. W każdym razie wysłanie za nimi kolejnych jeźdźców nie poprawi ich sytuacji, a naszą jeszcze pogorszy.

- No to co mamy robić? Siedzieć bezczynnie i gapić się na pusty horyzont? - Sączysmark oparł się z impetem o grzbiet Hakokła.

- Jeśli ci się nudzi, możesz pomóc mi z tymi ludźmi. Trzeba przygotować im chociaż prowizoryczne schronienia na tę noc.

Jorgenson skrzywił się i postanowił uprzejmie dać jej do zrozumienia, że spokojnie, znajdzie sobie jakieś zajęcie, nie będzie jej przecież odbierał fascynującego zadania budowy szałasów dla uciekinierów z tego pogorzeliska. Z czego ona w ogóle zamierza je zrobić? Z węgla czy z popiołu? Gdyby to Czkawka zaproponował mu tę robotę, od razu by o to zapytał. Valki jakoś pytać nie wypadało.

- Będą ci bardzo wdzięczni - uśmiechnęła się do niego blado. - I ja również.

Chłopak dopiero teraz dostrzegł, jaka musi być zmęczona. W sumie... jeden raz? Co szkodzi spróbować. Przecież cudów nikt tu nie będzie od niego wymagał.

- Okej, nie ma sprawy - mruknął, wstając. - Zajmiemy się tym, co nie, Hakokieł? - klepnął smoka po karku, ale ten tylko poprawił łeb na piachu i twardo zasnął. Sączysmark machnął ręką. - A śpij sobie, ty leniwy jaszczurze... Zobaczymy, komu będzie do śmiechu, jak to mnie się nie będzie chciało rano wstać, żeby dać ci śniadanie.

Wziął pochodnię i mrucząc coś niepochlebnego pod nosem, ruszył poza krąg światła.

Valka uklęknęła obok Szczerbatka. Zmoczyła w zimnej wodzie dwa kawałki płótna i ostrożnie położyła je na jego przednich łapach. Smok cicho fuknął i przez chwilę leżał spokojnie, po czym znowu odgarnął nosem materiał i zaczął przejeżdżać jęzorem po łuskach. Kobieta westchnęła ciężko.

- Nie mam pojęcia, jak mu jeszcze pomóc, Pyskacz. Potwornie się męczy.

Kowal wzruszył ramionami, ale też westchnął. Do Szczerbatka powoli podszedł Śledzik ze Sztukamięs. Chłopak delikatnie pogłaskał Furię koło uszu.

- Coś lepiej? - zapytał nieśmiało. Valka przecząco potrząsnęła głową. Śledzik drugą ręką zaczął drapać po pysku swoją smoczycę, jakby to nie siebie, a ją próbował pocieszyć.

- Auć... wielki... dobry... Thorze... - dało się słyszeć od strony posłania. - Co tu się...

- Czkawka! - Valka zerwała się na równe nogi, całe zmęczenie z niej opadło. Chłopak zrobił wielkie oczy.

- Mama?... A co ty tu...

- No nareszcie! - roześmiał się Pyskacz. - Dobrze się spało? Plaża chyba dosyć wygodna, wiem, bo sam sprawdzałem.

Wódz pomasował sobie skroń.

- Ja... chyba jeszcze pośpię - stwierdził ni to do siebie, ni do przyjaciół, i poprawił zwinięty pod głową koc.

- Czkawka, obudziłeś się! - Śledzik podbiegł z szerokim uśmiechem.

- Co ty powiesz... - chłopak zakrył oczy dłonią. Mimo takiej ilości pozornego odpoczynku był strasznie zmęczony, jak po jakiejś długiej walce. Spróbował spokojnie odetchnąć.

- Śledzik, ty jeden masz tu rację bytu, więc powiedz, gdzie jesteśmy, co się tu stało i czy to ja dalej majaczę, czy wiesz co mam na myśli i to jest zbiorowa halucynacja.

- Synku, ty nie masz gorączki? - Valka pochyliła się nad nim, ale Czkawka lekko się usunął.

- Tak, sam jestem ciekaw. Śledzik, weź mnie uszczypnij - spojrzał na przyjaciela.

- Jasne! - Śledzik przepchnął się obok kobiety i zrobił, o co go proszono.

- Ała! Nie tak mocno! - wódz uniósł się na łokciu, masując przedramię.

- Oj, wybacz. Księżnisia jakoś skórę ma inną i wiesz... przyzwyczajenie drugą naturą człowieka.

- No, dobra. Czyli wracamy z powrotem na ziemię - Czkawka usiadł, a Valka zmierzwiła mu włosy.

- Dobrze się czujesz? Nic cię nie boli? - spytała, natychmiast po matczynemu sprawdzając ręcznie stan zdrowia syna.

- Oj, nie zaczynaj, mamo - jęknął, odsuwając jej dłonie łagodnym, ale stanowczym ruchem. - Nic mi nie jest.

- No już dobrze, dobrze... - znów pogłaskała go po włosach.

- Cieszę się, że rzeczywiście tu jesteście, chociaż nie mam pojęcia, jak na nas trafiliście - pokręcił głową. - A gdzie Szczerbatek? - zapytał nagle.

W tym momencie smok zaczął szaleć w miejscu, w którym leżał - machał ogonem, na końcu którego Pyskacz na powrót zamocował mu naprawioną lotkę, parskał i fukał, powarkiwał radośnie, a w przerwach pomiędzy tym wszystkim wylizywał swoje łapy.

- Szczerbatek! - Czkawka trochę za szybko zebrał się z ziemi, ignorując lekkie zamroczenie. Podszedł do przyjaciela i zaczął go głaskać, trzymając jego łeb, podczas gdy smok lizał go po twarzy.

- Też się cieszę... Wszystko dobrze, mordko? - z niepokojem spostrzegł, że coś jest nie tak. Valka podeszła do smoka i położyła na przednich łapach smoka świeżo namoczone ściereczki.

- Co się z nim dzieje, mamo? - spytał cicho.

- Nie wiem, Czkawka - westchnęła kobieta. - Wydaje mi się, że to z powodu tego strzału. Musiał trochę mocniej dostać.

Chłopak przyklęknął obok przyjaciela.

- Przepraszam, mały... - smok wtulił w niego swój łeb i warknął cicho.

Valka spojrzała na nich z czułością i odeszła. Czkawka kątem oka zerknął na Śledzika, który zajmował się swoją Sztukamięs i udawał, że wcale go tam nie ma i niczego nie widzi.

- Hej, Śledzik - zdobył się na wesoły ton. - Jak tam reszta? W sensie, wiesz, bliźniaki, Smark...

- Bliźniaki śpią - odparł Śledzik. - A Wym i Jot razem z nimi. Hakokieł też śpi, ale wiesz... on dziś w ogóle zachowuje się, jakby miał wściekliznę czy coś. Tym razem padał z nóg, a przedtem to się non stop rzucał na wszystkie strony.

- Hm... to miał prawo się zmęczyć... Może mama go obejrzy, jak wrócimy na Berk, jeśli Sączysmark nie będzie miał nic przeciwko. Właśnie - a on gdzie? Też śpi? - zapytał domyślnie.

- Nie. Valka poprosiła go, żeby zorganizował ludziom z wyspy warunki do spania. Nie wiem, jak ona to zrobiła, ale się zgodził - Śledzik pokręcił głową.

- Ogarnia smoki, może i ze Smarkiem daje sobie radę - uśmiechnął się lekko. - A co z Astrid?

- Jak tylko was znaleźliśmy, poleciała szukać ziół dla Szczerbatka. Jeszcze nie wróciła.

- Sama? - wódz zmarszczył brwi.

- Nie, twoja mama wysłała za nią Ereta, chociaż Astrid upierała się, że poleci bez towarzystwa.

- A ten skąd się tu wziął?

- Przyleciał razem z Valką, Pyskaczem i Gothi.

- To zwieźli tu pół Berk? - jęknął wódz i zerknął na grupę ludzi, do których poszła jego matka.

- Nie, coś ty - Śledzik powędrował za jego spojrzeniem. - To ci, którzy przeżyli atak Wandersmoka. Miejscowi.

- Jaki atak? - zaniepokoił się.

- A tak, ty już wtedy, ten, no... Nie dawaliśmy sobie rady z Wandersmokiem i Astrid stwierdziła, że musimy odpuścić. Schowaliśmy się na lądzie, ale ścigał nas do ostatniej chwili i żeby nas znaleźć, spopielił do reszty wszystko, co jeszcze stało. Ot, historia... - westchnął i zabrał się do drapania Sztukamięs.

Chłopak spuścił głowę, a Szczerbatek mruknął, otoczył go ogonem i tym samym zamknął wokół niego obręcz ze swojego ciała. I oczywiście od razu wylizał łapy.

- Przepraszam, przyjacielu - Czkawka pogłaskał Furię koło ucha. - To moja wina.

Smok fuknął ostro na "wcale nie" i chlastnął go jęzorem po twarzy i ubraniu.

- No już... Dobra, wierzę... Szczerbek, ej! To się nie spierze! - chłopak odsunął się na bok i starał się pozbyć smoczej śliny.

- Super, nie ma co. Może to jednak dobrze, że Astrid nie ma. Jej by tu teraz brakowało.

Szczerbatek zarechotał po swojemu.

- No, dziękuję za wsparcie, gadzie skubany... - pokręcił głową. Furia podniosła nagle łeb i zastrzygła uszami. Chłopak także usłyszał, odległy jeszcze, dźwięk świszczącego między wielkimi skrzydłami powietrza. Szczerbatek zerknął na niego ze swoim smoczym uśmiechem.

- Ooo nie, nie ma mowy - Czkawka pogroził mu palcem. - Idę się umyć. Czekaj tu.

Dogoniło go pobłażliwe parsknięcie.

Tymczasem Śmiertnik zwinnie wylądował blisko ogniska i zawarczał na powitanie. Furia znowu zaczęła bić ogonem o ziemię, dając upust swojej radości. Astrid zeskoczyła z Wichury i wyciągnęła liście ze schowka, a obok niej chwilę później znalazł się Czaszkochrup.

- Jesteście! - Valka podeszła do przybyszów z szerokim uśmiechem. - Martwiliśmy się, że nie dolecicie w nocy.

- Z dwoma najlepszymi na całym Berk smokami tropiącymi? Nie było opcji - uśmiechnął się Eret i ściągnął z grzbietu Gruchotnika ładunek.

- Macie krwawnik?

- Owszem, całkiem sporo - łowca postawił przed sobą beczułkę. - A do tego przy okazji trochę wody.

- Świetnie, że pomyślałeś - uśmiechnęła się. Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Dobrze, że nie przyszło jej do głowy zapytać, skąd wzięli beczkę. - Zebrała się tu grupka miejscowych, którzy ocaleli z tego pogromu, i trochę się bałam, że mój zapas nie wystarczy.

- Ilu ich jest? - spytała Astrid, próbując szybko policzyć ukryte w półmroku postaci.

- Może dwadzieścia osób, nie więcej - Valka wzruszyła ramionami. - Tylko że prawie każdy ze smokiem.

W tym momencie Furia zaskomlała, próbując zwrócić na siebie uwagę.

- Oj, przepraszam, Szczerbatek - Astrid podeszła do zwierzęcia i pogłaskała je po głowie. Spojrzała na roślinę, którą trzymała w ręce, i odwróciła się do kobiety. - Co trzeba zrobić z tymi liśćmi?

- Musisz zanurzyć każdy na chwilę we wrzątku - Valka wskazała na Pyskacza, który ziewnął i od niechcenia zamieszał kijem gotującą się wodę. - A potem położyć gorące liście na jego łapach. Powinno szybko mu przejść - uśmiechnęła się i już chciała wrócić do mieszkańców wyspy, ale obróciła się przez ramię do dziewczyny.

- Zajmiesz się tym sama czy mam ci pomóc?

- Możesz iść. Oni bardziej cię potrzebują, ja sobie poradzę.

Skinęła głową i oddaliła się, a Astrid zanurzyła pierwszy liść we wrzącej wodzie i po chwili położyła na skórze smoka. Szczerbatek powąchał go i prychnął.

- Nie ruszaj - powiedziała, zabierając się za następny. Nagle ktoś szybkim ruchem zasłonił jej oczy.

Osłupiała. Miała wrażenie, że zna te dłonie, jakby robiły to już setki razy, ale w życiu nie chciałaby się skompromitować pomyłką - bo przecież tym razem to było mało możliwe. Czekała więc w bezruchu, aż nieznajomy się odezwie. Sekundy przeciągały się w nieskończoność, ale kogoś widocznie bardzo bawiło jej wahanie i nie zamierzał jej nakierować. Ostrożnie wypuściła liść z palców i powoli przyciągnęła ręce do siebie.

- Biorę podpowiedź - powiedziała i nagle mocno złapała za ramię nieznajomego (a może nieznajomą?), a potem pchnęła go na ziemię. Szczerbatek zagruchał i machnął ogonem. Astrid zakryła usta dłonią.

- Ała... - jęknął Czkawka, masując sobie głowę. - Nie mogłaś na tę podpowiedź chwilę zaczekać?

- Obudziłeś się... Na to czekałam już dosyć długo, a cierpliwość, jak wiesz, nie jest moją mocną stroną - uśmiechnęła się. Z drugiej strony, miała ogromną ochotę narobić mu wyrzutów; w końcu wywołał niemałe poruszenie i omal nie stracił życia, a wszystko tylko dlatego, że bezmyślnie pogonił za ciskającym piorunami smokiem. Ale w tej chwili za bardzo się chyba cieszyła. - Dobrze cię widzieć na nogach.

- Ja też się cieszę, że wróciłaś cała, ale następnym razem witaj się odrobinę delikatniej - obmacał kark, sprawdzając, czy dziewczyna przypadkiem nie uszkodziła go bardziej, niż zamierzała.

- Przepraszam - pomogła mu się podnieść. - Myślałam, że to Smark robi mi kawał.

- Pomyliłaś mnie z Sączysmarkiem?!

- Oj tam zaraz... Też ci się należało - stwierdziła przekornie.

- Mnie? - szczerze się zdziwił. - A to za co?

- Już ty dobrze wiesz. Za nieodpowiedzialność - klęknęła przy kociołku, próbując bez większych oparzeń wyciągnąć liść. - Lekkomyślność, narażenie życia w jeden z głupszych możliwych sposobów... Tak, to było coś w ten deseń.

...I nastraszenie wszystkich na śmierć, należałoby dodać. Ale to niech już pozostanie w przestrzeni pozawerbalnej.

- Ach, o to chodzi...

- No, o to, o to. Narobiłeś mnóstwo zamieszania. Twoja mama była przerażona - powiedziała, nie patrząc na niego. Kto jeszcze się martwił, tego powinien się już domyślić.

- Nie zdążyła się przyzwyczaić. Wiking, wódz, jeździec - każdy kolejny stopień potęguje ryzyko, które zresztą już przy "wiking" góruje ponad przeciętną. Na to nic nie poradzę - wzruszył ramionami. Dziewczyna zerknęła na niego, z lekka poirytowana. On naprawdę nie rozumiał, że się bała? A strach to przecież jedno z niewielu uczuć, których nie znosiła, tyle wiedział na pewno.

- Nie? A ja myślę, że jednak.

- Mówisz? - uniósł brwi.

- Tak. Mógłbyś na przykład pomyśleć, zanim rzucisz się w pościg za plującym błyskawicami smokiem. Głupia sprawa, ale szczególnie je przyciągasz.

- I co bym wymyślił? Co miałbym zrobić? Siedzieć i czekać z założonymi rękami?

- Przecież byłam zaraz obok, mogłam polecieć zamiast ciebie - przypomniała z wyrzutem.

- Dobrze wiesz, że nie mogę chować się gdzieś z boku, kiedy ktoś potrzebuje pomocy. Nie od tego jestem, ja tak nie umiem - rozłożył ręce.

- I to jest właśnie twój problem - rzuciła wprost. - Myślisz o wszystkim, ale o twoje własne bezpieczeństwo muszę dbać ja, bo akurat o tym nigdy nie pamiętasz! Czkawka, jesteś przede wszystkim po to, żeby... być - z rozpędu wrzuciła z trudem wydobyty liść z powrotem do kociołka. Gdyby nie jego zaskoczone, zielone oczy, oraz fakt, że w pobliżu znajdowało się zbyt dużo osób, które mogłyby to usłyszeć, wykrzyczałaby, co i dlaczego czuła dziś rano. - Super, potrzeba ludzi chętnych do pomocy, ale żywych! Martwy nikomu się na nic nie przydasz. Rozumiesz to?

Uniósł jedynie brwi.

- Czemu od razu tak się denerwujesz?...

- Bo ja... - nabrała powietrza, chcąc wszystko z siebie wyrzucić, ale uznała, że to nie jest dobry moment. - ...Nieważne. Muszę teraz skończyć z tymi liśćmi.

- Ważne, powiedz - ostrożnie podszedł do niej. W jego oczach widziała jakąś troskę. - Chciałbym wiedzieć.

- Nie - cofnęła się. Wydawało jej się, że trochę zbiło go to z tropu.

- Dlaczego? - spytał cicho.

O Thorze... Miała ochotę jednocześnie krzyczeć i przytulić się do niego. Wszystko przez ten głupi strach, którego jej napędził.

- Po prostu nie. Jestem zajęta - ucięła i wróciła do kociołka, skąd ponownie wydobyła wrzucony tam liść i położyła go na łapie Szczerbatka. Smok przyjrzał mu się z zainteresowaniem.

- Jeśli chcesz się tu przydać, możesz pomóc mi wyjmować je z tego wrzątku - poinformowała ugodowo. Musiała się najpierw uspokoić, a potem rozmawiać.

Tyle, że nie doczekała się odpowiedzi.

- Czkawka? - odwróciła się i zobaczyła, że chłopak zdążył już oddalić się od ognia i właśnie znikał w mroku. - Gdzie ty idziesz?

- Coś sprawdzić - padła przytłumiona przez odległość odpowiedź, bo wódz nawet się nie odwrócił.

- Hej, a... smok? Chyba powinieneś... - zaczęła i otwarła szeroko oczy, ale zamiast dokończyć, zacisnęła pięść i położyła kolejny liść na łapie Szczerbatka.

- To nie w porządku - mruknęła do zwierzaka. - Ciebie, jak znam życie, od razu przepraszał, choćby nawet nie było za co. A o mnie nigdy nie myśli. Rozumiesz to? Nigdy. Jemu się wydaje, że ja mam nerwy ze stali, a serce z kamienia.

Furia prychnęła wyrozumiale i wsunęła się dziewczynie pod rękę. Ta mimo woli uśmiechnęła się lekko.

- Nie dziękuj, jeszcze nie skończyłam - potarmosiła jego uszy i zabrała się za przykładanie kolejnych liści. Zza ciemnych chmur powoli wyłaniał się rąbek księżyca.

9.Piwne oczy

Nocne minuty wlokły się bardzo powoli. Zwłaszcza, kiedy się siedziało i myślało wciąż o tym samym... Dla Astrid powoli zaczynało się to robić nie do zniesienia. Czkawka od pół godziny nie pojawił się przy ognisku, a nie mogła spokojnie położyć się spać, bo dopadły ją wyrzuty sumienia. Poza tym... gdzie był? Dlaczego nie wracał? Co poszedł sprawdzić? Nie mogła z tym długo wytrzymać. Wzięła topór do ręki i wstała. Na ten widok Szczerbatek podniósł łeb i zastrzygł uszami. Łapy już go nie bolały i też chętnie poszukałby swojego jeźdźca, ale dziewczyna cały czas pilnowała, żeby leżał.

- A ty dokąd, Astrid? - zapytał leniwie Sączysmark, który po skończonej robocie przyrzekł sobie, że następnym razem niczyje oczy ani uśmiechy go nie ruszą.

- Przejść się. Chrap dalej, bo już zaczynało się robić przyjemnie - powiedziała trochę na odczep, ale chłopakowi w tym momencie wystarczyłaby każda odpowiedź. Przewrócił się na drugi bok i zasnął twardo.

- Miłych snów - mruknęła pod nosem. Szczerbatek wstał i powoli podszedł do dziewczyny.

- Nie, zostań - zatrzymała go. Furia zawarczała przeciągle.

- Musisz jeszcze odpocząć - pogłaskała smoka. - Przyprowadzę ci Czkawkę, obiecuję. Wracaj na miejsce i leż grzecznie.

Szczerbatek niechętnie wykonał polecenie, a dziewczyna pokręciła głową i ruszyła powoli wzdłuż brzegu. Światło widocznej na niebie połowy księżyca migotało delikatnie w wodzie i odbijało się od drobnych fal. Mimo średniej wielkości nocny strażnik rozjaśniał odrobinę wyspę, więc Astrid mogła iść bez pochodni. Zbliżyła się na niewielką odległość do grupki miejscowych, ale nie zobaczyła między nimi wodza. Nie dziwne... pewnie nawet jeszcze nie wiedział, że tacy tu są. Wśród cieni wokół zbudowanych przez Sączysmarka schronień odszukała wzrokiem Valkę, ale była tam sama. Dziewczyna jeszcze chwilę przyglądała się obcemu obozowisku, po czym ruszyła wzdłuż plaży, rozglądając się uważnie. Gdzieś w połowie minął ją Eret, idący w przeciwnym kierunku, ale nie obdarował jej nawet jednym spojrzeniem. Może w ogóle jej nie zauważył? W zasadzie nie było to takie ważne. Po przejściu większości drogi Astrid zaczęła się odrobinę niepokoić. Czkawki nadal nigdzie nie było. A bez smoka nie mógł przecież odejść daleko... Albo przynajmniej nie powinien. Zdecydowanym krokiem doszła do końca, gdzie plaża nie była już otwartym terenem, bo wbiegała w zbiorowisko ogromnych głazów. Poza nie nikt z nich się nie zapuszczał (nie było potrzeby aż tak oddalać się od obozu), więc jeśli nie było go i tu, to chyba wypadałoby już spytać jego matkę i dać znać pozostałym, że wódz znowu gdzieś się ulotnił. Dlaczego zawsze to ona czuła, że musi go pilnować? Weszła między skały i rozejrzała się dookoła. Długie cienie ograniczały widoczność, więc mocniej ścisnęła w dłoni topór. Tu również nikogo nie zauważyła, więc cofnęła się, żeby wrócić do obozu i spełnić swoje zamierzenie.

- Szukasz... czegoś? Kogoś? - dobiegł ją nagle znajomy głos.

Odwróciła się. A jednak się znalazł.

Czkawka stał oparty o jeden z głazów, z rękami założonymi na piersi. Przyglądał się jej z półuśmiechem i błyskiem w oku. Na widok tej miny serce mimowolnie zabiło jej żywiej. Wyglądało na to, że zapomniał już o ich poprzedniej rozmowie. Zmrużyła powieki i położyła lewą rękę na biodrze.

- Nie, skąd. Widziałam, że Eret się tu kręcił i zastanowiałam się po prostu, czego szukał. A co ty tu robisz?

- Rozmawiałem z nim. Albo on ze mną, jak kto woli - stwierdził spokojnie, jakby właśnie tej odpowiedzi się spodziewał. - Chyba poszedł do Pyskacza.

- Aha... - Astrid uniosła lekko brwi, ale nie mogła się pozbyć nieprzyjemnego wrażenia, że brunet powiedział więcej, niż by sobie życzyła. - To po co się chowaliście?

- Nikt się nie chował - wzruszył ramionami. - Chciałem mieć po prostu spokój.

- A o czym z nim rozmawiałeś?

Czkawka zbliżył się do niej powoli.

- O różnych rzeczach - wzruszył ramionami, błądząc wzrokiem gdzieś w powietrzu. - Skąd się tu nagle wziął... dokąd polecieliście... dlaczego chciałaś go zostawić na wyspie bez smoka... - spojrzał znacząco i spuścił wzrok na swój but. - Nie chciałaś mi nic mówić, więc musiałem znaleźć inne źródło informacji. I okazuje się, że całkiem nieźle trafiłem.

- Zdrajca - prychnęła, nie precyzując, którego z nich dokładnie ma na myśli. Miała nadzieję, że Eret nie powtórzył wszystkiego słowo w słowo. A może jednak? No, dla niego lepiej, żeby nie... Postanowiła zapytać przy najbliższej okazji. A zaraz potem pomyślała, że nie, absolutnie nie da mu tej satysfakcji.

Wódz podszedł do niej i podniósł głowę.

- Dzięki za wszystko, co dziś zrobiłaś. Dla mnie i dla Szczerbatka. Cieszę się, że dałaś radę.

Pokręciła głową, nie kryjąc już uśmiechu. Przyjaźnie szturchnęła go w ramię.

- Eret ci naopowiadał?

- Bardzo rzetelny był, Czaszkochrup potwierdza. A i ja to i owo pamiętam...

- Czyli to całe sprawdzanie... - uniosła brew, jakby czekała na dopowiedzenie, ale chłopak jakoś się z tym nie kwapił, bo nie wiedział, o co konkretnie jej chodzi. Nie można powiedzieć, zdziwiła się.

- Co "sprawdzanie"?

- Myślałam, że to jedna z tych twoich niegrzeszących błyskotliwością wymówek - wyznała szczerze.

- I co? Że niby tak po prostu sobie poszedłem i zostawiłem cię samą przy Szczerbatku, bo mi na was kompletnie nie zależy? - przewrócił oczami, ale dostrzegła w nich wesołe iskierki. - Sama przyznaj, to nawet głupio brzmi.

- Ty... Ty rzeczywiście jesteś zdrajcą - przytknęła palec do jego piersi. - Obaj jesteście. Znaczy - ty i Eret, nie twój smok. On jeden był dzisiaj bardzo grzeczny...

- Widzisz, dwóch grzecznych w tym duecie to by było już za dużo - jedną ręką przytrzymał jej dłoń, a drugą przyciągnął ją do siebie.

- Przynajmniej nie musiałabym się tak denerwować - mruknęła, ale wyczuł, że to już tylko słowa. Burza minęła. - Myśl też czasem o mnie.

- Nigdy nie przestaję - uśmiechnął się.

- I o sobie w sumie też by nie zaszkodziło.

- Zobaczymy, co da się zrobić - odparł beztrosko. Chyba słusznie zgadywała, że szybko zapomni, co powiedział.

- Ej, mógłbyś chociaż przeprosić... - stwierdziła z wyrzutem. - Martwiłam się.

- Niby bym mógł, ale przepraszać cię, kiedy trzymasz to w rękach? - spojrzał na broń. - Jeszcze zrobisz mi krzywdę...

Nachylił się do jej twarzy i zaczął ją całować, delikatnie, jakby próbował wybadać, co o tym myśli, albo upewnić się, czy nie jest nadal na niego zła... Usłyszał, jak topór cicho upadł na piaszczyste podłoże. Znaczy dobrze.

- Zdraj-ca - szepnęła mu Astrid i wolną już teraz ręką otoczyła jego szyję.

- Cicho - odszepnął, nie przerywając.

Bosko. A obiecywała sobie, że tym razem zaraz przejdzie do konkretów. No ale cóż - życie. Nie wyszło. Nie potrafiła sobie odmówić tej jednej chwili... W zasadzie, wcale nie chciała. Po tym wszystkim potrzebowała jego czułości.

- Dobra - odsunęła się w końcu nieznacznie. - Czkawka, słuchaj...

- Nie zaczynaj... Proszę.

- Muszę. Obiecałam przyprowadzić cię Szczerbatkowi.

- To przyprowadzisz za chwilę... - wymruczał cicho, muskając ustami jej policzek. Uśmiechnęła się z pobłażaniem, bo choć zdecydowanie nie pomagał skończyć, to przynajmniej nie czuła się winna przeciągającym się jeszcze sekundom.

- Za chwilę to on tu będzie - pocałowała go ostatni raz w kącik ust. - A teraz chodź.

- Astrid...

- Już.

Westchnął i puścił dziewczynę.

- Nie wiem, które z was jest bardziej niecierpliwe: Szczerbatek czy może ty.

Jaka niecierpliwość, to była silna wola!

Roześmiała się i uderzyła go w ramię.

- Ej, a to za co?

- Za nic. Tak sobie. No, idziemy - popchnęła go lekko przed sobą. - On tam biedny siedzi i czeka.

- Spokojnie, trafię - uśmiechnął się pobłażliwie i zdjął jej ręce ze swoich barków. - A Szczerbatek nie zając, nie ucieknie.

- Żebyś się nie zdziwił - mrugnęła wesoło. - Nie tylko zające uciekają... i nie tylko ich trzeba pilnować.

Kiedy tylko pojawili się w zasięgu wzroku, smok poderwał się i podbiegł do jeźdźca. Zarył łapami w ziemię tuż przed nim i zaczął trącać go pyskiem.

- Już dobrze - roześmiał się Czkawka, głaszcząc i drapiąc zwierzę, które, bardzo zadowolone, pokazało bezzębną paszczę. - No co? Mało ci na dziś? Jeszcze chcesz się bawić, mordko? - droczył się ze smokiem i podrapał go po szyi. Szczerbatek legł u jego stóp, szczęśliwy do granic możliwości.

- Tak jest, Szczerbek. Idziemy spać - przekroczył jego łeb i poszedł rozłożyć sobie koc przy ognisku. Smok po chwili zebrał się z ziemi i podbiegł do niego. Zerknął na swojego jeźdźca, a potem odwrócił się w stronę odległej nieco grupy mieszkańców i zastrzygł uszami. Czkawka także usłyszał charakterystyczny trzask krzemieni i spojrzał za siebie. W półmroku, nie tak daleko od nich, jakaś postać z marnym efektem próbowała rozpalić ogień.

- Chodź, Szczerbek - skinął na swojego przyjaciela i cicho podszedł do nieznajomej. Dziewczyna kocim ruchem odwróciła się w jego stronę, odniósł wrażenie, że się przestraszyła.

- Spokojnie - wyciągnął przed siebie rękę. - To tylko ja - w tym momencie zorientował się, że ona przecież nie może go znać. - Pomogę ci - dodał tylko.

- Jasne - mruknęła. Przyklęknął obok i delikatnie odsunął jej dłonie, żeby przypadkiem się nie poparzyła.

- Szczerbek, daj trochę ognia - poprosił. Smok posłał słabą plazmę w stronę przygotowanego chrustu; ciepłe płomienie oświetliły ich twarze.

Czkawka zobaczył jej czarne, splecione w gruby warkocz włosy i piwne, lśniące oczy. Podniosła wzrok i zatrzymała na nim długie, uważne spojrzenie. Bardzo uważne. Jakby coś ją zaitrygowało. Miał nawet wrażenie, że lekko się uśmiechnęła. Odpowiedział uśmiechem, i uznając, że jej zainteresowanie dotyczyło siedzącego za jego plecami smoka, przywołał go gestem.

- To Szczerbatek - przedstawił przyjaciela, który jednak nie okazał żadnych uczuć w stosunku do nowej znajomej. Trącił tylko swojego jeźdźca pyskiem i domagał się jego powrotu na koc. - No dobrze, już, zaraz idziemy... - chłopak podrapał go koło ucha. Nieznajoma spojrzała na zwierzę, jakby dopiero teraz zorientowała się, że oprócz chłopaka jest przed nią coś jeszcze.

- To Nocna Furia? - w jej głosie słychać było niedowierzanie.

- Trudno się pomylić - uśmiechnął się. Przez chwilę milczała, zastanawiając się, czy powinna mówić coś dalej.

- Jest piękny - dodała z podziwem. - Mogę go dotknąć?

- Jasne - Czkawka zdjął rękę z pyska zwierzęcia i patrzył, jak dziewczyna powoli zbliża dwa palce do smoczego nosa. Szczerbatek okazał jednak wybitną niecierpliwość i obszedł się dookoła własnej osi, po czym siadł jak poprzednio.

- Hej, Szczerbek, zachowuj się - szturchnął go, na co smok prychnął, odwrócił się i potruchtał w stronę ich ogniska. Czarnowłosa rozczuliła się nad zwierzakiem.

- Uroczy. Naprawdę.

- Tak, i niezwykle kapryśny - dodał, patrząc za przyjacielem. - Czasem odstawia takie przedstawienia. Nie przejmuj się.

- Myślałam, że Nocne Furie już wyginęły.

- Na razie nie znaleźliśmy drugiej, więc możliwe, że jest ostatni - odparł, jakby zamyślony.

- I tak zupełnie sam go oswoiłeś?

- Cóż... z jego wydatną pomocą - powiedział z uśmiechem, wracając wzrokiem do dziewczyny.

- Podobno to bardzo niebezpieczne smoki...

- A nie wygląda, prawda?

- No, tu się nie zgodzę - zaoponowała lekko.

- Bo go nie znasz. Uwielbia latać i zwiedzać Archipelag. A poza tym bawić się, droczyć, głaskać... Nie do pomyślenia, że dla kogoś może być tylko bestią - pokręcił głową.

- Mówią, że smok taki, jaki jeździec - uśmiechnęła się przelotnie.

- Tak? No, przy pasji do przygód mógłbym się zgodzić - uśmiechnął się. - A ty... ee, nieznajoma... - Czkawka spojrzał na nią znacząco, oczekując dopowiedzenia. Brunetka chyba jednak nie do końca wiedziała, o co mu chodzi. - Jak masz na imię?

- A, przepraszam. Evel.

- Evel... jesteś stąd?

- Jak widać - wzruszyła ramionami. Speszył się na chwilę, bo wydawało mu się, że dała mu do zrozumienia, że to nie jest dobry temat na rozmowę.

- Przykro mi z powodu twojej wioski... - zaczął, ale przerwała mu.

- Nie przejmuj się - stwierdziła sucho. - Nie byłam szczególnie przywiązana,

Z ulgą skinął głową. Jej swobodne podejście znacznie ułatwiało sprawę.

- Rozumiem - podjął krótko, choć tak naprawdę nie rozumiał. A przynajmniej nie do końca. - A co ja chciałem... Ach, tak. Tresujecie smoki, prawda?

- No... tak - mruknęła ostrożnie. Czkawka był jednak zbyt zainteresowany, żeby zauważyć jej wahanie.

- Masz swojego?

Zmieszała się i na chwilę spuściła wzrok.

- Ja... mój się... nie, w zasadzie nie mam. Ale chciałabym kiedyś jakiegoś, no wiesz, ujeździć - zatuszowała wszystko uśmiechem.

- Wytresować - poprawił odruchowo.

- No właśnie - odetchnęła z ulgą.

- Gdybyś kiedyś potrzebowała pomocy, zapraszam do nas na Berk - powiedział życzliwie. - Smoki mamy dość pokojowo nastawione. A ja... Trochę się na tym znam.

- Skoro oswoiłeś Nocną Furię, to nie wątpię... nieznajomy - przekornie zmrużyła jedno oko.

Chciał odpowiedzieć, ale zanim otworzył usta, usłyszał głos Astrid.

- Czkawka, idziesz? - stała przy ich ognisku i patrzyła wyczekująco w jego stronę. Zaraz obok niej siedział bardzo zadowolony z siebie Szczerbatek.

- Już! - odparł i wstał. - Muszę lecieć, ale miło było cię poznać. Dobranoc - powiedział szybko i odszedł.

Evel jeszcze chwilę śledziła go wzrokiem, marszcząc brwi. Jednym, zdecydowanym ruchem przekręciła swój pas i z niewiadomego powodu przyczepiła nad klamrą mały mieszek, żeby zasłonił błysk ozdobnego zapięcia. Błysk i wzór.

Czkawka? Czkawka Haddock?...

10.Tamta dziewczyna

- Jestem - powiedział wódz, pochodząc do smoka i tarmosząc jego łeb. - Czegoś tak nie mógł wysiedzieć? Jesteś gorszy od Astrid - mrugnął do niej wesoło.

Szczerbatek, niespecjalnie przejęty, przedreptał po materiale, na którym zamierzał spać jego jeździec, kichnął, a potem klapnął spokojnie na ziemi, zaraz obok podeptanego przez siebie "posłania".

- Hej, hej, wolnego - Czkawce najwyraźniej się to nie spodobało.

- Nie słuchaj go - Astrid usiadła bokiem na swoim kocu. Swoje słowa skierowała naturalnie do Szczerbatka. - Bardzo mądry z ciebie smok.

- Czemu mądry? Bo cię ściągnął? - zabawnie uniósł brew.

- To tylko jeden z wielu powodów - uśmiechnęła się. - Wie chłopak, jak się trzeba zachować. Ma wyczucie.

- Jakoś pokrętnie mi go układasz - stwierdził, po czym kucnął, rozprostował koc i dla pewności strzepnął z niego ewentualne śmieci w postaci trawy czy ziemi. Szczerbatek fuknął, jakby nie zgadzał się z "pokrętnym", ale wódz nie zwrócił na to uwagi i wygodnie wyciągnął nogi, opierając się plecami o wierzchowca. Ten nie zaprotestował. - Teraz już chyba wiem, kto jest odpowiedzialny za jego niektóre dziwne pomysły.

- Do niczego się nie przyznaję - zmarszczyła nos.

- Jak to ty - uśmiechnął się lekko, po czym splótł dłonie pod głową i spojrzał w górę. Astrid przez chwilę przyglądała się mu, czego nawet nie zauważył, bo myślami był chwilowo nieobecny. Wojowniczkę nurtowało jednak pewne pytanie. Obróciła głowę i spojrzała w stronę obcego obozu.

- Kim ona jest?

- Kto? - spytał Czkawka, wyrwany z rozmyślań.

- No, ta dziewczyna, z którą rozmawiałeś.

- A, ta... Miejscowa. Potrzebowała pomocy przy ognisku.

Astrid jeszcze raz zerknęła przez ramię.

- Jakoś dziwnie się na ciebie gapiła - mruknęła, niezbyt życzliwie.

- To nie na mnie, tylko na Szczerbatka - stwierdził, opierając się o smoka.

- Na ciebie, jego tam wtedy nie było - sprostowała sucho.

- Tak? Możliwe - wzruszył ramionami, udając, że nie rozumie, do czego ona zmierza. - Z reguły patrzy się na ludzi, kiedy się z nimi rozmawia.

- Ale nie tak... - wymruczała pod nosem, ale szybko zmieniła temat. - A o czym rozmawialiście?

- A co to, wywiad jakiś? - Czkawka zmrużył zabawnie jedno oko. Zaskoczyła ją jego reakcja, bo spodziewała się raczej przydługawego, ale dokładnego sprawozdania z konwersacji.

- Czemu zaraz wywiad? - udała zdziwienie.

- No, najpierw Eret, teraz ona... Słowo w słowo mam powtórzyć?

- Ej, ja tak po prostu pytam... Z ciekawości - wzruszyła ramionami.

- O Szczerbatku - odparł, nie spuszczając z niej wzroku. Wydawał się rozbawiony, choć całkiem dobrze to ukrywał. Zwróciła na to uwagę.

- Co się tak patrzysz? - spytała w końcu, odgarniając z oczu grzywkę.

- A nic... tak sobie - uśmiechnął się, nie mówiąc na głos tego, co akurat przeleciało mu przez myśl. Astrid nie lubiła takich posądzeń i rączej źle by to przyjęła. - Lubię ci się przyglądać.

- To wybrałeś kiepski moment - odparła z mimowolnym uśmiechem. Zmęczenie zaczynało powoli dawać jej się we znaki, więc ułożyła się wygodniej na kocu.

- Dlaczego? - usłyszała jego półszept. Niemal odruchowo spojrzała mu w oczy. Igrało w nich światło nieodległego ognia. - Każdy jest dobry.

Lekko pokręciła głową, podkładając sobie pod nią zgięte ramię.

- Jest środek nocy - powiedziała, mrużąc powieki i uśmiechając się zaczepnie. - Nie za ciemno trochę?

- Może ciut - mrugnął do niej prawie niezauważalnie. - Za odrobinę światła więcej rzeczywiście bym się nie obraził.

- Tak? To dawaj. Chrust jest dwa kroki od ciebie - zakpiła. - Będziesz mógł patrzeć do rana.

- Kusząca propozycja, ale... co bym chciał, to jedno, a co powinienem, to inna sprawa - przyznał. - A że jestem wykończony, powinienem raczej iść spać. Śpi się z reguły po ciemku, więc...

- Nie żartuj - otwarła szerzej oczy, zdziwiona. - Ty jeszcze masz ochotę?

- Na co?

- Na sen.

- A co? Żałujesz mi? - uśmiechnął się.

- Skąd - zaprzeczyła od razu. - Tak sobie tylko pomyślałam... Nie masz dość? Leżałeś prawie cały dzień.

- A jestem bardziej zmęczony, niż gdybym przelatał go ze Szczerbatkiem - oparł się wygodniej o Furię. - Więc zamierzam spać do rana, a nawet dłużej, jeśli tylko ktoś mi to umożliwi. Ty rób jak chcesz, jutro możesz w końcu zasnąć nawet na smoku. Dobranoc - odwrócił się na bok, tyłem do dziewczyny, oznajmiając tym definitywny koniec konwersacji.

- Hej, ale... Czkawka?

Tak, definitywny tylko chyba w jego rozumieniu.

- Hm?

Uniosła się na łokciu i spojrzała na niego.

- A ci ludzie... W ogóle co z nimi?

- Jacy ludzie? - chłopak początkowo nie skontaktował.

- No, ci miejscowi - wymownie wskazała wzrokiem sąsiedni obóz, chociaż nie mógł tego zobaczyć.

- Ach... A co ma być?

- No... - zawahała się. - Nie wiem, myślałam, że skoro rozmawiałeś z tamtą dziewczyną, to masz trochę szerszy obraz.

- Nie wydaje mi się. Stracili dom i praktycznie cały dobytek, to tyle - westchnął i przerwał, jakby się nad czymś zastanawiając. - Chciałbym im jakoś pomóc.

- A... coś poza tym? - uniosła brwi.

- A co tu dodać?

- Myślałam, że coś więcej ci powiedziała. O sobie, swoim plemieniu...

- Rozmawialiśmy tylko o Szczerbatku.

Astrid przez chwilę leżała bez ruchu, z oczami wbitymi w chmury. Ni z tego, ni z owego, przyszło jej do głowy coś jeszcze.

- Jak ty właściwie chciałbyś im pomóc? - odezwała się nagle.

- Rano się zastanowię - mruknął, kolejny raz wyrwany z przyjemnego letargu. - Teraz nie mam do tego głowy.

- Ale... nie zaprosisz ich na Berk, prawda? - spytała ostrożnie.

- Wandalowie nie przepadają za obcymi, więc raczej nie. Lepiej nie ryzykować.

Astrid odetchnęła z ulgą, tylko tak, żeby tego nie usłyszał.

- Chociaż... gdyby nie było innego wyjścia, mogliby się u nas na chwilę zatrzymać - uzupełnił.

Skrzywiła się, niezadowolona.

- To już chyba lepiej rozejrzeć się w pobliżu i pomóc im znaleźć nową wyspę. Przecież kompletnie nic o nich nie wiemy. Począwszy od tego, kim są. Nic do nich nie mam, ale... tak od razu pokazywać im Berk nie byłoby najrozsądniej.

- Zawsze można spróbować się dogadać - Czkawka jak zwykle nie myślał o potencjalnych zagrożeniach. Zupełnie obcych bez mrugnięcia okiem zapewne zaprosiłby i pod swój dach, o cudzych nie wspominając. - Mogą dużo wiedzieć o smokach.

- Pytanie, czy w ogóle będą chcieli rozmawiać - zauważyła sceptycznie. W końcu nie wyglądali na bardzo kontaktowych, odzywali się niewiele i w sumie między sobą, tylko czasem do Valki, więc wojowniczka w skrytości ducha liczyła, że może odejdą bez słowa. Byłaby to dla obu stron dosyć wygodna opcja.

- Jutro sprawdzimy - ziewnął, nie przejmując się za bardzo jej słowami. Zmęczenie zaczynało brać nad nim górę. - A teraz... za trochę ciszy byłbym bardzo wdzięczny. Głowa mi pęka.

- Jasne - odwróciła się na bok i zamknęła oczy. - Dobranoc.

11.Nocny Śmiertnik

W środku nocy coś wyrwało go ze snu. Na dziewięćdziesiąt procent obstawiłby dźwięk. Na pewno jednak nie głośny, bo Czkawka bardzo powoli podniósł się na łokciu, przetarł oczy i zamrugał, próbując dojrzeć wyraźnie otoczenie. Nie wyczuł niebezpieczeństwa. Normalnie wydałoby mu się to zapewne dziwne (w końcu to środek nocy i obce miejsce), ale o tej porze, biorąc pod uwagę senność, nawet o tym nie pomyślał. Odgłos nie należał raczej do tych z rodzaju alarmowych. A jednak z jakiegoś powodu przedarł się do jego umysłu i zdecydował, że należy postawić go na nogi.

Chłopak odruchowo (choć niespiesznie) spojrzał w kierunku drugiego obozu, stamtąd najbardziej spodziewając się jakichś niespodzianek. Od strony miejscowych nie doszły go jednak żadne dźwięki. Po chwili obserwacji i wyczekiwania przeniósł więc wzrok na drugie w kolejności prawdopodobne ogniwa - ale i tu panował zadziwiający spokój. Szpadka spała pomiędzy szyjami Wyma i Jota, Mieczyk - pod głową któregoś z nich. Czyli to nie bliźniacze wygłupy, pomyślał z ulgą. Reszta smoków także była na miejscu. Śledzik spał oparty o Sztukamięs, Sączysmark na łbie Hakokła, a Astrid obok Wichury. Gothi i jego mama cywilizowanie rozłożyły sobie koce, natomiast już Pyskacz wcisnął się w Marudę i chrapał równie mocno, co smok. Może to go obudziło. Ogień przygasł, ale Czkawka nie miał siły wstać i dorzucać chrustu, którego i tak mieli mało. Wzruszył tylko ramionami, poprawił okrycie na nogach i z powrotem przytulił się do ciepłego Szczerbatka. Jeszcze przez chwilę czujny, kilka minut później leżał już w półśnie - kiedy w końcu coś usłyszał. Jakiś szelest? Szmer? Niechętnie rozbudził się po raz drugi. Ponownie doszedł go ten sam dźwięk. Tym razem wyraźniejszy, bardziej konkretny, co sprawiło, że natychmiast otrząsnął się ze zmęczenia.

Zupełnie jakby ktoś w pobliżu cicho szlochał.

Dziwne przeczucie kazało mu spojrzeć w stronę Evel, ale o ile mógł się zorientować, spała spokojnie. Odgłos dochodził ze znacznie mniejszej odległości. Zdziwiony odkrył, że to chyba nikt inny, jak...

- Astrid? - zapytał półgłosem, siadając na kocu. Nie otrzymał odpowiedzi.

- Astrid, śpisz?

Znowu bez efektu. Po cichu wstał i podszedł do dziewczyny. Przykucnął obok niej. Wyglądało na to, że rzeczywiście spała, ale raz po raz wstrząsał nią gwałtowny szloch, chociaż na policzkach nie dostrzegł śladów łez. A jeśli to nie szloch, to przynajmniej z jakiegoś powodu nie umiała nabrać powietrza... Przez chwilę zupełnie nie wiedział, co ma robić. Obudzić ją? Trochę to nieprzyjemne, zrywać ludzi w środku nocy... Ale z drugiej strony - chyba nie spało jej się zbyt dobrze. Może nie płakała, ale nie była od tego daleka... Oj, coś tu było mocno nie tak. Gdyby ktokolwiek inny tak reagował, w porządku, ale ona?

- Czkawka... - usłyszał jej szept.

- Astrid? - spytał cicho. Nie, nadal spała. Musiała mówić przez sen. Chwycił ją za ramiona i delikatnie nią potrząsnął. - Astrid, proszę cię...

Wojowniczka otworzyła oczy i poderwała się, nieco rozkojarzona, machinalnie rozglądając się za bronią. Kilka sekund zajęło jej pojęcie, że ktoś jest zaraz obok niej i przypatruje jej się zaniepokojonym wzrokiem.

- Czkawka! - powiedziała z ulgą i niespodziewanie zarzuciła mu ręce na szyję. - Jesteś...

Był odrobinę zdziwiony, ale przytulił ją mocno. Wyglądała, jakby się czegoś przestraszyła... Musiał wyrwać ją z jakiegoś koszmaru. Dziwne. Astrid ich nie miewała.

- Jestem. Cały czas... - szepnął kojąco. Jego dłoń zsunęła się na jej plecy, a palce zaczęły kreślić szerokie okręgi. Zadrżała pod wpływem tego dotyku. - Cały czas. Coś ci się przyśniło? - było to bardziej stwierdzenie niż pytanie. Przecież sam ją obudził.

- Dzięki, że to przerwałeś - mruknęła cicho. Sama chciała zapomnieć, i to już, natychmiast. W życiu miewała różne sny, nawet koszmary (te ostatnie z reguły z marazmorem w roli głównej), ale nigdy nie wnosiły nic poza zmęczeniem. Dzisiaj pierwszy raz się wystraszyła.

- I dzięki, że... tu jesteś - dodała po chwili. - Naprawdę.

- Nie masz gorączki? - spytał podejrzliwie.

- Czemu? - wydawało mu się, że wyczuł w niej napięcie.

- Bo coś za dużo dziękujesz...

Odetchnęła z ulgą.

- Przestań, ja poważnie mówię.

- Ja też - mruknął, odsuwając się lekko i dotykając dłonią jej czoła. - Nie masz. To dobrze.

- Czkawka!... - jęknęła bezsilnie.

- No, już - przytulił ją na powrót do siebie i pocałował w skroń.

- Nie lubię, kiedy to robisz - westchnęła.

Czkawka przez chwilę milczał, skonsternowany. Teraz dla odmiany to on trochę zesztywniał.

- Ale... co? Mam cię nie dotykać? - spytał zaskoczony.

- Nie, nie "to"... - przytuliła się mocniej, jakby na potwierdzenie swoich słów. Uśmiechnął się lekko. - Żartujesz, kiedy mówię coś na serio.

- Wcale nie żartowałem - mruknął jej we włosy. - Wiesz, że dla ciebie zrobiłbym wszystko. Nie musisz mi za nic dziękować...

- Za wstawanie w nocy chyba jednak powinnam...

- Skąd. To drobiazg. No, chyba, że bardzo chcesz mnie speszyć - dodał z humorem.

- Taki wrażliwy nie jesteś - przymknęła oczy i odetchnęła, ciesząc się tą niespodziewaną bliskością. Nie wiedziała, co zrobiłaby, gdyby nie czekał przy niej... Nagle przyszło jej coś do głowy.

- To ja cię obudziłam?

- Niewykluczone, że do spółki z Pyskaczem - uśmiechnął się.

- Gadałam coś konkretnego czy zupełnie od rzeczy?

- ...Eem, zdaje się od rzeczy - odparł niezbyt pewnie, jakby czekał, co usłyszy dalej.

- Głośno?

- Raczej nie. Jak widzisz, nikt inny nie wstawał, więc to chyba ja jestem po prostu wyczulony na twój... głos - dokończył po namyśle i zatuszował wahanie krzepiącym uśmiechem. Zdaje się, że nie chciała do tego wracać, więc na chwilę obecną nie mogło być rozmowy. - Albo na jego, taka opcja też istnieje.

- Przepraszam. Miałam dziś chyba za dużo wrażeń.

- Moja wina - przyznał z ciężkim westchnieniem.

- No... - zatrzymała się wpół zdania, bo mimo chęci nie mogła zaprzeczyć. - No, co ja ci mam powiedzieć...

- Nic. To ja przepraszam. Wiem, że się martwiłaś. Ale jesteś najsilniejszą osobą, jaką znam.

- Tylko dlatego, że wciąż mam dla kogo...

Nie odpowiedział, tylko mocniej się w nią wtulił. Raczej nieczęsto czuł się w tej relacji jakimś wsparciem, choć z jej słów wynikało coś innego. A przecież prędzej to on stanąłby bez niej, niż na odwrót. Tak mu się przynajmniej zdawało.

Nagle coś szturchnęło go w plecy.

- Szczerbatek? - chłopak odwrócił się i spojrzał prosto w zielone, smocze oczy. Furia zagruchała i wsunęła mu pysk pod rękę.

- Czemu ty nie śpisz, mordko? - zapytał, głaszcząc ciemne łuski. Oczy smoka odpowiedziały "Bo ty też nie!". Astrid, za przykładem wodza, wyciągnęła dłoń i pogłaskała Szczerbatka, opierając głowę na ramieniu Czkawki. Przez chwilę żadne z nich się nie odzywało, całą uwagę skupiając na smoku, który był tym zachwycony. W tym milczeniu było coś uspokajającego. Oboje mieli wrażenie, że dzięki temu jeszcze lepiej się wyczuwają. Nie na darmo mówi się, że mowa wikingom srebrem, ale milczenie złotem.

Cisza nie szła jednak w parze z bezczynnością. W pewnym momencie Astrid poczuła, że dłoń Czkawki ściska delikatnie jej wolną rękę. Uścisk był pokrzepiający i dziewczyna nagle wróciła do rzeczywistości, jakby na chwilę zupełnie odcięła się od tego, co czuła kilka minut wcześniej. Tak jest, koniec. Znów stała twardo na ziemi i przypomniała sobie, że nie może patrzeć jedynie na siebie.

- Idź się już położyć - powiedziała i uśmiechnęła się lekko do chłopaka. - Miałeś się wyspać.

- Z Pyskaczem chrapiącym kilka metrów dalej? - zaśmiał się w odpowiedzi. - To nie na moje uszy. I nerwy.

- Yhm, jasne. Już ja cię znam. Potrafisz mieć naprawdę kamienny sen - wskazała skinieniem głowy jego koc. - Kładź się.

- A ty? - chciał wiedzieć.

- Z Wichurką jeszcze sobie chwilę posiedzimy - pogłaskała pysk smoczycy, która właśnie się obudziła i potrząsnęła swoimi kolcami, tworzącymi "koronę" na jej łbie.

- Też posiedzę.

- Nie ma mowy. Na swój kocyk. No, już - szturchnęła go lekko. - Bo będę miała wyrzuty sumienia.

Argumenty tego rodzaju z reguły działały, więc tym razem też musiało się udać. Chłopak wstał, zmierzwił jej włosy i bez słowa wrócił do siebie.

Astrid spojrzała na powarkującą Wichurę i zaczęła wodzić palcami po jej kolorowych łuskach. Śmiertnik trącił ją pyskiem.

- Grzeczna mała - mruknęła cicho, przykładając dłoń do jej nosa i lekko klepiąc w róg. Na plecach poczuła chłodny powiew. Odwróciła się i pokręciła głową.

- Co ty robisz?

Czkawka nie odpowiedział, uśmiechnął się tylko lekko. Poprawił koc i jakby nigdy nic położył się na wznak. Szczerbatek obiegł go dookoła, by rozprostować kości i na końcu rozciągnąć się za jego głową.

- Naprawdę? - uniosła jedną brew.

- No co? Oszczędzam ci wyrzutów sumienia - wzruszył zabawnie ramionami. - Jestem na swoim kocu. I leżę. Wystarczy?

- Śpij - mruknęła od niechcenia. - Albo... przynajmniej udawaj. Tylko wiarygodnie, to może naprawdę cię zetnie.

Skinął głową.

- Da się załatwić... Ale ty też masz się położyć. Inaczej będę siedział z tobą, aż nie zaśniesz.

- Proszę - wykonała polecenie i podparła się na łokciu. - Zadowolony?

- Bardzo - na jego twarzy zaigrał cień uśmiechu. Astrid z westchnieniem uniosła wzrok.

- W takim razie dobranoc.

Odwróciła się do niego plecami i zaczęła lekko głaskać skrzydło Wichury. Nie odezwał się do niej już więcej, ale czuła, że nie zasnął. I niestety, ale to uczucie nie pozwalało jej dłużej udawać, że zapomniała o jego istnieniu. Po dłużej chwili przekręciła się na wznak, zerkając na niego kątem oka. Patrzył w niebo, ale tak, jakby wcale go nie widział. Zmarszczył brwi.

- Nie śpi się z otwartymi oczami - szepnęła.

- Myślałem, że nie spojrzysz - mruknął w odpowiedzi, nie odrywając wzroku od kłębiących się wysoko, szarych chmur. No proszę, już zdążyły się nasunąć. Wieczorem nie było ich tyle, teraz przysłaniały całkowicie światło księżyca.

- O czym myślisz?

- Zastanawiam się nad tym, co powiedziałaś - odparł po chwili wahania.

- Kiedy? Teraz? - spytała, trochę zdezorientowana, próbując przypomnieć sobie swoje słowa.

- Nie, przedtem... O tych ludziach.

- A... Aha.

- I wiesz?... - miała wrażenie, że na sekundę twarz mu się rozjaśniła, ale zaraz zauważyła, że był to tylko zaplanowany zabieg. Raczej nie był teraz zbyt zadowolony. - Nic nie przychodzi mi do głowy - dokończył mniej entuzjastycznie. - Bo tak: znalezienie wyspy, na której będą mogli się osiedlić, może wcale nie być takie proste. A my nie możemy tu zostać na długo. Ze sobą też lepiej ich nie zabierać. No, i nie widzę trzeciego wyjścia.

- Wiesz... Może oni po prostu nie potrzebują naszej pomocy? - podsunęła delikatnie. - Wszyscy mają smoki. Poradzą sobie i bez nas. A ty masz przecież Berk.

- Prawie wszyscy - Czkawka podłożył sobie rękę między głowę a Szczerbatka, w zastępstwie poduszki. - Co nie zmienia faktu, że naprawdę chciałbym coś dla nich zrobić.

- Jak to zwykle ty - uśmiechnęła się pod nosem. - Tylko, że przesadzać też nie można.

- No, i co mam powiedzieć?... - zerknął na nią bezradnie. - Pewnie masz rację.

- Też jak zwykle. To normalne, że wódz musi dbać najpierw o swoją osadę i swoich ludzi. Trzeba mieć priorytety.

Skinął głową, choć nie do końca się z tym zgadzał; priorytety owszem, tylko, że on nie był przyzwyczajony dzielić ludzi na obcych i swoich. Jednym i drugim był jednakowo gotów udzielić pomocy. Mimo to nie drążył tematu. Może uznał, że nie warto.

- No tak - mruknął. Uśmiechnęła się i pokrzepiła go przyjacielskim szturchnięciem w ramię. Na sekundę uniósł lekko kąciki ust, ale nie miał siły na nic więcej. Jedyne, co by mu się teraz przydało, to odrobina snu - ale na to akurat nie chciał sobie pozwolić. Coś kazało mu przypilnować Astrid. Może wciąż to samo, tkwiące z tyłu głowy pytanie: co było nie tak? Trudno powiedzieć. Ale z jakiegoś powodu czekał, aż to ona pierwsza zamknie oczy i uśnie.

Na to się jednak nie zanosiło. Po pół godzinie leżała wprawdzie bez ruchu, ale wydawała się niespokojna i co jakiś czas sprawdzała, czy Wichura wciąż jest obok niej.

- Astrid... - spojrzał na nią, kiedy kolejny raz dyskretnie zlustrowała pozycje wszystkich smoków, nie wyłączając Nocnej Furii. Na dźwięk jego głosu szybko zaczesała sobie za ucho jeden z kosmyków.

- Rzeczywiście wiarygodnie udajesz - przyznała z nerwowym uśmiechem. - Myślałam, że już śpisz.

- Coś nie tak? - w jego głosie przebrzmiała troska.

- Nie, jasne że nie - zbyła go prędko, wygodnie układając się do snu i dając tym samym znak, że kończy rozmowę. Nie przejął się tym.

- Co chwila się rozglądasz - powiedział znowu.

- Wydawało mi się, że coś słyszałam - wyjaśniła szybko. - Ale musiało mi się przyśnić.

- Chyba jednak nie. Nie zmrużyłaś nawet oka - zauważył delikatnie.

- Ty, widzę, też nie - mruknęła. Co miała mu powiedzieć? Przecież kiedy tylko zamykała oczy, pod powiekami znów widziała tego człowieka z obrazu, o ciemnym, niebezpiecznym spojrzeniu, który na naznaczonej plamami krwi liście skreślał z dzikim uśmiechem jego nazwisko. Więc... nie, raczej nie mogła ich zamknąć. Zresztą, w ogóle czuła się źle. Nie miała w zwyczaju ukrywać przed nim czegokolwiek, nawet błahych rzeczy. A statki, mimo prób zrobienia z nich takowej, tak naprawdę wydawały się przyporządkować do innej kategorii. Skoro miała to być drobnostka, dlaczego nie chciała mu o tym powiedzieć? Może wolała mu oszczędzić zmartwień. Miał już dosyć na głowie. Chociaż coś z tyłu głowy podpowiadało jej, że właśnie celowo chciała ten fakt ukryć... Że nie chciała, żeby to sprawdził. Bo gdyby usłyszał o statkach Drago, nie powstrzymałby się przed oględzinami. A czemu nie chciała jego obecności na podejrzanych, łowieckich jednostkach... cóż, trudno wytłumaczyć. Pewnie jakiś rodzaj ostrożności. Nie widziała. Ale pewnie dlatego, mimo usprawiedliwień, i tak miała nieprzyjemne wrażenie, że go okłamuje, choć niczego jeszcze nie mówiła niezgodnie z prawdą. A może właśnie chodzi o "nie mówiła"...

- Coś cię gryzie? - zapytał Czkawka, widząc ślady emocji, które przemknęły po jej twarzy.

A więc jednak wciąż ją obserwował...

- Nie.

Ha. No to właśnie skłamała.

- Przecież widzę - upierał się.

- Życie. Nic takiego - mruknęła lekceważąco.

Jasne, jak brnąć, to raz. Teraz zamiast jednego problemu miała dwa: już kłamała, a on...

Znała go. Będzie pytał.

- Powiedz - poprosił łagodnie.

A figę, to już lepiej mi nie wierz. Nic nie powiem.

- Nie - odwróciła wzrok. - Przestań się tak przejmować. Doceniam, ale... przestań.

- Astrid, nie śpisz od pół godziny - dodał, bardziej kategorycznie.

- Bo nie potrafię. Niektórym czasem się zdarza i jest to zupełnie normalne - odparła. - Ty się nie krępuj - spojrzała w niebo i odetchnęła chłodnym, nocnym powietrzem.

Nic nie powiedział. Poczuła tylko, że ukrył jej dłoń w swojej.

Więc po to przyniosłeś koc?... Sprytnie.

Mimo woli uśmiechnęła się. Powieki zaczęły jej ciążyć, więc zamknęła oczy. I nic. Był teraz jedyną rzeczą, o której myślała. Splotła swoje palce z jego, a w odpowiedzi poczuła delikatny uścisk, jak zapewnienie, że tak, nie jest i nie zostanie sama. Nie musiał niczego mówić, wystarczył jeden drobny gest, żeby poczuła się bezpiecznie.

Od razu zasnęła.

12.Kiedy ranne wstają zorze

Świtało. Po pogodnej nocy wstawał równie ładny dzień. Na niebie pojawiały się chmury, ale tym razem nie ciężkie i burzowe, jakie odpłynęły stamtąd jeszcze wczoraj po południu, ani nie siwe i skłębione, jakie Astrid widziała przed zaśnięciem. Zwyczajne, białe - chwilowo zabarwione na różowo - obłoki.

Obóz jeźdźców dopiero powoli budził się do życia. Choć w zasadzie - "się" nie było właściwym określeniem, ponieważ sam z siebie obudził się jedynie Pyskacz. Kowal w zasadzie z zawodu wstawał wcześniej niż inni, bo choć ludzie zaczynali przychodzić do jego kuźni najwcześniej o ósmej, wiking musiał przecież zawsze przygotować przedtem miejsce pracy - i po prostu się przyzwyczaił. Poza tym, gdyby kazano mu wybrać, czy wolałby zobaczyć wschód, czy zachód słońca, zdecydowanie wybrałby to pierwsze. Zachody były według niego zbyt pospolite, a poza tym nie był romantykiem. Świt przypominał o nadchodzącym dniu pełnym pracy, a zmierzch i sen kojarzyły mu się bardziej z Valhallą, gdzie mu się jakoś specjalnie nie spieszyło. Co oczywiście nie znaczy, że zachodów nie lubił. Po prostu nie uznawał je za nic godnego szczególnej uwagi. W końcu cała wioska widywała je wieczór w wieczór. Tymczasem niewielu chciało się wstawać na tyle wcześnie, żeby pooglądać wschodzącą na niebo słoneczną tarczę. Tym razem również miał okazję zobaczyć ten spektakl, więc postał chwilę, a potem oparł palce na haku i rozciągnął tak, że aż chrupnęło. Tak, należało brać się do roboty.

Rozejrzał się dookoła i postanowił, że śpiące smacznie towarzystwo wypadałoby już pobudzić. W końcu czekała ich długa droga powrotna. Poza tym, przegapić taki wschód? Pyskacz ruszył przed siebie, przeciągając się i ziewając głośno, i prawie rozdeptał posapującą niedaleko Marudy Gothi. Szamanka poderwała się przerażona i zdezorientowana. Kiedy pojęła sytuację, z miejsca pogroziła Gburowi laską, a potem zaczęła coś z pasją bazgrać na piasku. Pyskacz nie zwrócił na nią najmniejszej uwagi, choć przesłanie na plaży było niewątpliwie kierowane do niego (choćby dlatego, że było tam zbyt dużo słów, których kowal prawdopodobnie nie powtórzyłby nikomu w obozie. No, może Sączysmarkowi). Wyszedł na brzeg morza, ochlapał sobie twarz zimną wodą i pogwizdując, spróbował obudzić Marudę. Nieskutecznie, oczywiście, bo ten smok był zakochany w lenistwie i nawet najbardziej karcące słowa Pyskacza w takich chwilach zupełnie tu nie działały. Kowal pokręcił głową, kolejny raz przywołując smoka do porządku, a przy okazji wziął miskę, nabrał do niej wody i rozejrzał się, kogo by tu tak brutalnie ściągnąć z krainy snów. Pierwsze spojrzenie skierował oczywiście w stronę bliźniaków, ale jego gwizdy już zerwały Mieczyka. Najwyraźniej obudził się w nim (oprócz normalnego) jakiś zwierzęcy duch, bo nie dość, że od razu wyskoczył spod Jota na czworakach, to przeciągając się, zawył dosyć głośno, budząc tym swoją siostrę. Szpadka ziewnęła i jeszcze z przymkniętymi oczami przyłożyła w źródło dźwięku, dzięki czemu znów zapanowała względna cisza.

Wycie zdążyło jednak obudzić większość smoków (bez Marudy, bo ten nadal chrapał w najlepsze). Z piasku podnieśli się przede wszystkim Wym i Jot. Wstał również Chmuroskok, a z nim oczywiście jego pani, trochę zaskoczona tubalnym odgłosem, który wydobył się z takiego wątłego Mieczyka. Czaszkochrup przeciągnął się i trącił rogiem Ereta. Wichura otworzyła oczy i rozejrzała się dookoła, ale Szczerbatek tylko zastrzygł uchem, nie zadając sobie tego trudu. Głos i tak znał, a Czkawka przecież jeszcze spał, oparty o jego kark.

Sztukamięs nie miała za to żadnych oporów. Zaniepokojona hałasem, wyszła szybko zza pleców opierającego się o nią i wciąż smacznie pochrapującego Śledzika, przez co Ingerman przyłożył głową w podłoże (na całe szczęście piaszczyste). Obudził się gwałtownie i z przerażeniem, w pierwszej chwili przekonany, że coś się stało z najcenniejszą rzeczą, jaką miał - z jego mózgiem. Smoczyca nie zwróciła na to uwagi. Porozglądała się chwilę, ale widząc, że jednak nic się nie dzieje, wróciła do przyjaciela i liznęła go na "dzień dobry". Chłopak, po obmacaniu głowy nieco uspokojony, ziewnął na swoim miejscu i odruchowo otarł twarz, którą na widok Gronkla zaraz rozjaśnił uśmiech.

- Już, księżnisia, tatuś już wstaje... - przeciągnął się i poklepał ją po pysku. Odwzajemniła mu się wesołym warknięciem.

Hakokieł, jako jedyny prócz Marudy, nie został obudzony, a to dlatego, że tym razem zerwał się wyjątkowo wcześnie (w przeciwieństwie do swojego pana) i teraz na złość Sączysmarkowi wcinał złowione przez siebie ryby, podczas gdy jego jeździec rozmawiał przez sen sam ze sobą.

- ...Zaraz się z tobą rozprawię, wściekły gadzie... zabieraj pchły... nie, tak się nie bawimy... normalnie posiekam... - prychał pod nosem Jorgenson.

Pyskacz, ucieszony, że w końcu znalazł odpowiedni cel, podszedł do niego i bez wahania chlusnął mu wodą prosto w twarz.

- Topią! - wrzasnął Sączysmark i zerwał się z piasku (koc wykorzystał wczoraj przy którymś z szałasów), dysząc z przerażeniem, po czym odruchowo otrzepał głowę.

- Głos, to ty chłopie masz, jak rękę do żelaza - mruknął kowal z uznaniem. Jorgenson zarejestrował miskę i zrozumiał, skąd woda.

- A że co to niby ma znaczyć? - spytał, przecierając twarz.

- Mocna, ale żeby się ruszył to Odyn musi dopomóc.

- No, bez takich - rozeźlił się chłopak. - Dobrze wiesz, że nie o to pytam. Co to w ogóle było? Jakaś kpina, tak budzić wikinga.

- Następnym razem wezmę rozpalony do białości mieczyk, będzie bardziej po naszemu - zażartował Pyskacz.

- Co ja? - wtrącił się Mieczyk, bardzo ożywiony jak na cios, który otrzymał raptem dwie minuty wcześniej. Sączysmark zupełnie nie zwrócił na niego uwagi, bo bardziej zajęty był zapewnieniem kowala, co do którego nie był pewien, czy nie powinien potraktować go na serio.

- Ej, ej, jeśli ciebie twój smoczek budzi gorącym żelastwem prosto z paszczy, to jest tylko i wyłącznie wasz prywatny sposób - zaprotestował szybko. - My z Hakokłem mamy... Chwila. Hakokieł? - dopiero teraz zauważył, że Ponocnika nie ma obok niego. Rozejrzał się więc i zobaczył swojego smoka zaraz nad brzegiem morza, kiedy ten właśnie wcinał ostatnią rybę. Na widok jeźdźca wydał drwiący pomruk i wzbił się w powietrze.

- A to żmija - Sączysmark zacisnął pięści. Widać Hakokieł gadkę o śniadaniu uznał za dobry obiekt do żartów. Ale poczucie humoru wierzchowiec i jego pan mieli chyba rozbieżne, bo jeźdźca w ogóle to nie rozbawiło. Powiedzieć można, że wręcz przeciwnie.

- Więc jak cię budzi twój smok? - uśmiechnął się Pyskacz z lekką kpiną i poszedł dalej. Chłopak wzruszył ramionami.

- Skutecznie - odburknął w przestrzeń za nim.

- Czekaj, rozmawiamy o budzeniu? To ja, to ja opowiem, jak Szpadka stawiała mnie na nogi w dzieciństwie... - bliźniak zrobił konspiracyjną minę.

Kowal, nie zwracając już uwagi ani na Sączysmarka, ani na Mieczyka i jego wywód, stanął nad ostatnimi, którzy jeszcze pozostawali w stanie błogiej nieświadomości. Astrid jakimś cudem wcale nie leżała już na swoim kocu. Zamiast tego koc Czkawki liczył teraz dwoje lokatorów (jeśli oczywiście nie brać pod uwagę Szczerbatka). I gdyby Pyskacz był trochę delikatniejszy, zapewne odwróciłby się z uśmiechem i dał obojgu spokój. Ale nie był - i myślenie praktyczne wzięło w nim od razu górę.

- Wstajemy, robaczki! Koniec spania! - zawołał donośnie, wymachując pustą miską, żeby nawet cały obóz - gdyby chciał - mógł zobaczyć, jak budzi tę dwójkę. Na szczęście "cały obóz" zajął się w międzyczasie sobą, dzieląc się różnymi zadaniami, i wiking nie zwrócił na siebie powszechnej uwagi.

Dziewczyna zamrugała niewyraźnie, ale wódz nawet się nie poruszył. Spojrzała na niego z mimowolnym uśmiechem i wyplotła palce z jego zamkniętej dłoni. Szkoda, że Pyskacz stał nad nią w wyczekującej pozie, unosząc coś w ręku, i najwyraźniej chciał, żeby się podniosła. Tak naprawdę chętnie by jeszcze chwilę poleżała, korzystając z tego, że Czkawka nadal spał. Rzadko miała okazję przyglądać mu się w takich okolicznościach, bo z reguły zrywał się wcześnie, a zasypiał późno (jeśli akurat zdarzyło się inaczej - nigdy jej przy tym nie było). Teraz doszła do wniosku, że wygląda uroczo z tymi zmierzwionymi włosami, lekko rozchylonymi ustami i ręką wsuniętą pod głowę. Biedak, pewnie nie poczuje palców, kiedy się obudzi...

Z góry dobiegło znaczące chrząknięcie, więc dziewczyna oderwała w końcu wzrok od wodza.

- Cześć, Pyskacz - zerknęła na kowala i ziewnęła.

- Ktoś tu widzę balował do późna, i to przez duże "pe" - pokiwał głową i oddalił się na chwilę, tylko po to, żeby zaraz wrócić z naczyniem z wodą. Astrid spojrzała na niego domyślnie.

- Nie. Chyba sobie żartujesz - w jej głosie przebrzmiała mieszanka niedowierzania i strachu, a równocześnie czegoś w stylu groźby.

- Skąd - wyszczerzył zęby w szerokim uśmiechu, jakby nie widział w tym nic niewłaściwego. - Zechcesz czynić honory? - uprzejmie wyciągnął w jej stronę miskę.

- Oczywiście - mruknęła ironicznie. Podniosła się z posłania i szybko, szybciej, niż zdążyłby się zorientować i podać jej przedmiot, odepchnęła naczynie od siebie, przy okazji oblewając Pyskacza. Kowal cofnął się, zaskoczony niespodziewanym ruchem, a potem spojrzał na swoje mokre ubranie.

- Zostaw go w spokoju. To prawie cud, że o tej porze jeszcze śpi.

- Tylko po co mu ten cud? Jest wikingiem, po co miałby się wysypiać do nie wiadomo której? - zdziwił się, palcami łapiąc fałdkę lepiącego się do niego materiału i odklejając go lekko od siebie. Gdy go puścił, ubranie z cichym plaśnięciem przylgnęło z powrotem do niego.

- Nie mamy "nie wiadomo której". A poza tym, to tylko twoje podejście, i do tego bardzo głupie - ucięła sceptycznie.

- Widać, kto tu za dużo z nim przebywa - westchnął kowal. - Świetnie, może i jest wcześnie, ale nie zmienia to faktu, że musimy się zbierać - tłumaczył, strzepując z siebie wodę. - A tu jest jeszcze cały pasztet do ogarnięcia.

- No to już, wykaż się - zażartowała. Wiking pokręcił głową i postanowił się trochę osuszyć, więc ruszył po swój koc w stronę Marudy (smok najwyraźniej szedł już wcześniej w jego kierunku, ale widać zasnął w połowie drogi).

- Młodzi... Wszystko byście postawili na głowie.

Wichura rozprostowała skrzydła i radośnie powarkując, podeszła do Astrid. Dziewczyna pogłaskała ją po pysku. Szczerbatek, widząc, że już wstała, gruchnął i ostrożnie wysunął się spod Czkawki. Wprawdzie uderzenie w piasek nie jest bolesne, ale może okazać się bardzo nieprzyjemne, kiedy człowiek się go nie spodziewa. Smok spojrzał na jeźdźca, potem na dziewczynę, a w końcu lekko trącił Czkawkę pyskiem.

- Szczerbek, zostaw - powiedziała. Furia gruchnęła pytająco, po czym parsknęła i szturchnęła przyjaciela jeszcze raz. Astrid podeszła bliżej i łagodnie odsunęła smoczą głowę od ramienia wodza.

- Zaczekaj, ja z tobą polecę - oznajmiła. Szczerbatek zerknął na chłopaka, wyraźnie nieprzekonany. Dlaczego miałby zmieniać partnera? Blondynka chyba to zauważyła.

- No, bądź dobrym przyjacielem i daj mu pospać - podrapała go lekko za uchem. - Czkawka jest zmęczony. A my we dwójkę też sobie poradzimy, prawda?

Jej uśmiech wzbudził w smoku wystarczająco zaufania. Zwierzak zrezygnował z dalszego oporu i podszedł do Wichury, która już czekała, gotowa do lotu.

- Nie będzie zadowolony, oj, nie będzie - mruknął wracający z kocem na karku Pyskacz, ale już nie protestował. Przy tej dziewczynie i tak nie mógłby niczego zdziałać.

- W razie czego i tak zwalisz wszystko na mnie - odparła beztrosko, wsiadając na Szczerbatka. - A jak uda ci się go nie obudzić, to my z Wichurką i Szczerbkiem załatwimy ci śniadanie - poklepała smoka po pysku i Nocna Furia wzbiła się w powietrze. Zaraz za nią ruszył Śmiertnik.

- Uczciwy układ, to lubię - pomachał za nimi. W odpowiedzi Astrid pokazała mu uniesiony kciuk.

- Ach, te dzieciaki - klepnął Marudę, który w międzyczasie obudził się, podszedł do przyjaciela i znowu zasnął. - Chodź, idziemy poszukać w tym popiele czegoś, co jeszcze zechce się palić.

13.Sztuka odejścia

Na wyspie już od dobrej godziny panował całkiem spory ruch. Śledzik ze Sztukamięs wybrali się na drugi koniec plaży, żeby smoczyca mogła się najeść skał do woli. Sączysmark zajmował się sobą i sprawą swojego koca, którego nigdzie nie było, po cichu zastanawiając się, kiedy Hakokieł do niego wróci. Oczywiście, na pytanie Szpadki, gdzie ostatni raz widział zgubę, wściekł się.

- Miałem w rękach z tuzin, skąd mam wiedzieć, gdzie położyłem który?! - wrzasnął z irytacją. Aż dziw, że dziewczyna nie odgryzła mu się czymś złośliwym.

Mieczyk chodził wokół ignorującego go Jorgensona i kontynuował wykład. Szpadka chodziła za Mieczykiem i Sączysmarkiem, bo nie miała co robić, a przynajmniej było do kogo się odezwać. Wym i Jot wędrowali za Szpadką, bo żadna z głów nie widziała sensu bezczynnie stać. Eret robił coś mało interesującego koło schowka przy swoim siodle, Valka pilnowała ogniska, Pyskacz pilnował Valki (żeby przypadkiem nie dotknęła pichconych przez niego ryb), a Gothi nie pilnowała nikogo, czekając, aż w końcu zdecydują się wylecieć.

- Szukać, baranie łby, szukać mi koca, a nie mielić jęzorami - warczał Jorgenson, rozglądając się po opuszczonym obozie i oglądając kolejne okrycie. - No, jaczy dół, zaś nie ten!

- A jak on wygląda? - spytała Szpadka.

- Nieważne, jak - Sączysmark przerzucił za siebie kolejny materiał, który wylądował na rękach dziewczyny. - Ma w prawym, górnym rogu wyszyte "es". Szukaj "es"!

Szpadka skinęła głową, odrzuciła ładunek na bok i podniosła pierwszy lepszy koc, po czym obejrzała wszystkie końce.

- Ty, ale jesteś pewien, że prawy górny? - odwróciła się przez ramię, czekając na odpowiedź.

- Ooch, Hakokieł! Jeśli to ten wredny gad mi go porwał, nie poręczę za siebie! - mruczał pod nosem adresat pytania, przerzucając następne koce. Szpadka postanowiła zwrócić na siebie uwagę jeszcze raz.

- Sączysmark, a nie lewy dolny czasem? - zagaiła cierpliwie.

- Nie lewy dolny! - wrzasnął w odpowiedzi. - Po prawej i u góry, co w tym takiego trudnego?!

Szpadka wzruszyła ramionami i zerknęła na koc. O co te nerwy? Koc jak koc, że zginął, to jeszcze nie koniec świata.

- Tak tylko się upewniam - zwinęła materiał i wzorem Smarka rzuciła gdzieś za siebie. Wym, w przeciwieństwie do swojej właścicielki, okazał pewne zainteresowanie lądującą mu pod łapami płachtą. Jot również przyjrzał się znalezisku i dokładnie je obwąchał. Pachniało bardziej znajomo, niż wcześniejsze okrycia. Zębiróg drapnął koc kilka razy, po czym podniósł z ziemi i bardzo zadowolony, poszedł zrobić sobie legowisko.

Tymczasem Szpadka z Sączysmarkiem nadal przeszukiwali schronienia, a Mieczyk chodził obok i ani myślał pomóc. Cały czas ciągnął rozważania na temat budzenia.

- Tak więc lodowata woda musi działać - podsumował swoje przemyślenia. Jorgenson oczywiście go nie słuchał, ale to mu w najmniejszym stopniu nie przeszkadzało. - Ale Thorstonowie jej nie używają.

- Z łóżka do beczki z wodą jest zdecydowanie za daleko - zawtórowała mu siostra, rzucając kolejnym kocem. Zaczynało jej się to coraz bardziej podobać. - Z reguły łatwiej się wydrzeć.

- Ostatnio w ramach rodzinnego eksperymentu testowaliśmy na sobie przez dwie noce, jaki dźwięk wytrzymamy - dodał bliźniak. - Najpierw ja, potem ona.

- Bardzo pouczające - pokiwała głową Szpadka. - Tylko nie rozumiem, czemu sąsiedzi się tak wściekali.

- Właśnie! - zapalił się nagle Mieczyk. - Niby mówią, że za głośno i nie mogą spać, czy coś, a sami stoją nam pod drzwiami i pokrzykują w środku nocy.

- Pokręceni ludzie - westchnęła. - No, ale wracając do eksperymentu... Osiągnęliśmy niezwykle interesujące wyniki.

- Tak. Wyszło na to, że nie ważne, jak głośno Thorston krzyczy, ważne co.

- Na przykład tak: Na pomoc!! - zawyła Szpadka. - Zawsze myślałam, że takie coś wyrywa ze snu. A tu proszę, na niego nie podziałało.

- No, prawda - przytaknął Mieczyk. - Nic nie słyszałem. Ale mama następnego ranka mówiła, że Szpadka darła się, jakby ją zarzynali. Dziwne, co nie? - zapalił się nagle. - Może też powinna pić te zioła, które mi zaparzyła wieczorem, mówiąc, że to pomoże zasnąć ludziom z wioski, i mnie przy okazji... Oczywiście to się ma nijak do budzenia, nie wpłynęło na eksperyment, bo przecież zasypianie i budzenie to dwie różne rzeczy. A może dzięki temu lepiej by jej się spało? Ale właśnie, wracając; jak ja jej - znaczy Szpadce - noc wcześniej powiedziałem: Porwali ci smoka!...

- Kto, co? - Czkawka, obudzony wrzaskami o niepokojącej treści, usiadł na posłaniu, przy okazji uświadamiając sobie, że nie czuje prawej dłoni. Rozmasowując palce, rozejrzał się dookoła. - Szczerbatek?...

- ...to zaraz się obudziła i uderzyła mnie w twarz.

- O tak - zademonstrowała Szpadka i przyłożyła bratu.

- Właśnie, dokładnie - poparł Mieczyk, masując sobie szczękę. - Pamiętam, jakby to było przed chwilą.

- Bo to było przed chwilą - uzupełniła siostra.

Wódz szybko zlokalizował obiekt krzyków, nie zlokalizował za to Nocnej Furii. Raz dwa zebrał się z koca i ruszył w stronę bliźniaków, pełen nieciekawych przeczuć.

- A tak w ogóle to był obustronny nokaut - kontynuował na miejscu Mieczyk, zupełnie nieświadom niepokoju, jaki wywołał w przyjacielu. - Ona utraciła równowagę psychiczną, a ja potem spadłem z łóżka. Przez nią, oczywiście, bo w ramach zemsty przyszła mnie zepchnąć. Mimo że próbowałem jej wytłumaczyć, że chodzi o dźwięki.

- A wiesz, jaki interesujący dźwięk wydałeś, waląc o podłogę? - zauważyła siostra.

- Gdzie jest Szczerbatek? - Czkawka podszedł do rodzeństwa. - Mieczyk, widziałeś mojego smoka?

- Nie, czemu miałbym widzieć? - zdziwił się bliźniak.

- Bo mówiłeś...

- Tam jest - Szpadka przerwała mu i wskazała jakiś nieokreślony kierunek za swoimi plecami. Obrócił się, zaskoczony, i próbował dostrzec Furię gdzieś w tym rejonie; ale Szczerbatka w ogóle nie było w zasięgu wzroku.

- "Tam" czyli gdzie? - zniecierpliwił się wódz, podświadomie szukając wzrokiem jakiegoś zagrożenia - okrętu wroga, łodzi czy czegoś w tym rodzaju, co mogłoby zabrać smoka. Dziewczyna spojrzała na przyjaciela z politowaniem.

- No, a gdzie może być? Ryby łowi. Człowieku, coś ty dzisiaj taki nerwowy?

Czkawka już nie słuchał, bo natychmiast udał się na plażę. Przy okazji wpadł na Pyskacza i prawie rozdeptał siedzącą na piasku Gothi, która zaczynała już tracić cierpliwość. Przeprosił ją szybko, zwinnie unikając kontaktu z laską, wybiegł na sam brzeg i rozejrzał się w obie strony. Jeżeli Szczerbatek łowił, to musiałby stać gdzieś niedaleko i na pewno łatwo byłoby go dostrzec. A jednak po smoku nie było na płyciźnie ani śladu. Chłopak, odrobinę zdenerwowany, odwrócił się do kowala, który akurat szedł w jego kierunku.

- Pyskacz, widziałeś może... - nie dokończył, bo za jego plecami rozległ się szum skrzydeł i Nocna Furia wraz z Zębaczem wylądowały na brzegu. Czkawka odetchnął z ulgą, a smok, widząc go już na nogach, wypuścił wszystkie ryby i przyskoczył do przyjaciela, nie zwracając uwagi na to, że niemiłosiernie rzuca dosiadającym go jeźdźcem.

- Szczerbatek! Tak, ciebie też dobrze widzieć - Czkawka przytulił smoczy łeb. Potem podniósł wzrok. - Astrid... - dodał domyślnie. - No, jasne. Czułem, że ktoś mi go podebrał, nie zostawiając nic w zamian - spojrzał na Wichurę, która również brała udział w polowaniu, tyle, że w pojedynkę. Dziewczyna zeskoczyła z siodła i przechodząc obok niego, cmoknęła go w policzek.

- Masz. Plus godzina dodatkowego snu - nadal uważasz, że to nic?

- Nie, nie tak zupełnie - uśmiechnął się, idąc za nią. - Tylko następnym razem uświadom kogoś, żeby mnie poinformował, gdzie się podziewa mój smok. Nie lubię, jak mi się tak ktoś albo coś wymyka spod kontroli.

- Tak, ty i twoje "muszę mieć wszystko ogarnięte" - mruknęła z dezaprobatą. - Wyluzuj. Świat się nie zawali, nawet jeśli na chwilę zapomnisz myśleć o tym, że ma stać.

- Wiem. Ale zawsze musi czuwać ktoś, kto będzie wszystkiego pilnował. I to właśnie jestem ja - rozłożył ręce. - Dlatego mówię, na przyszłość: uświadom...

- Uświadomiłam - przerwała mu, wskazując głową Pyskacza. - Nie moja wina, że dał ciała. Chociaż obstawiam, że nie zdążył nawet zauważyć, skoro się raptem chwilę temu zerwałeś... - zmrużyła nieznacznie jedno oko, patrząc na wodza. - To go w pewnym stopniu usprawiedliwia.

- A skąd ty wiesz, kiedy wstałem, co? - uniósł zabawnie brwi.

- Skąd? Pomyślmy... Po pierwsze, kiedy tu lądowałam, dopiero chciałeś się go zapytać, czy czasem nie zauważył twojego smoka - roześmiała się. - Po drugie, obóz jeszcze nie wariuje na poszukiwaniach. A po trzecie... - spojrzała gdzieś wyżej niż jego oczy i stłumiła wesołość. - Czkawka, jeśli chcesz ogarnąć całe otoczenie, to proponuję zacząć od siebie. Uważam, że z tą fryzurką jesteś naprawdę uroczy, ale dla porządku mógłbyś ją trochę przylizać - wyszczerzyła zęby w radosnym uśmiechu.

Chłopak, nieco zmieszany, szybkim ruchem ręki przygładził włosy, co - nie wiedzieć czemu - jeszcze bardziej ją rozbawiło.

- Tak, jasne, śmiej się ze mnie - mruknął z udanym niesmakiem. - Skrupuły odłóż sobie na kogoś innego.

- Zupełnie nie umiesz tego robić - oceniła bezlitośnie. Pytająco uniósł jedną brew, więc uzupełniła: - Wiesz, działać. Na swoich włosach.

- Ach... Sugerujesz, że jesteś w tym lepsza, co? - zauważyła, że mimo chęci zachowania powagi kącikiem jego ust zawładnął łobuzerski uśmiech.

- Oczywiście, że tak - odparła wesoło. - Jak będziesz miał chwilę i chęć, to ci to udowodnię.

Chłopak mimo woli uśmiechnął się i chciał jeszcze coś powiedzieć, ale w tym momencie podbiegł do niego Szczerbatek i zaczął się łasić.

- No już, mordko - podrapał zwierzę koło uszu. - Czego mnie dzisiaj nie obudziłeś?

Smok usprawiedliwił się krótkim warknięciem, którego znaczenia wódz mógłby się jedynie domyślać, po czym odwrócił się, zaczepiony przez Wichurę, i razem rozpoczęli szaloną gonitwę.

- Próbował - powiedziała Astrid, tłumacząc zwierzę. - Ale oboje stwierdziliśmy, że zostawimy cię, skoro nie dajesz otworzyć sobie oczu.

- A mówiłem, żebyś spróbowała wodą - wtrącił przechodzący z boku Pyskacz. Pokręciła głową i zebrała rozrzucone ryby, a kowal sprawnie nadział je na patyki i zamocował nad ogniem.

Wódz tymczasem spojrzał w stronę drugiego obozu, który otaczały przygotowane wczoraj przez Sączysmarka schronienia. Nie dochodziły stamtąd żadne odgłosy, co go trochę zdziwiło. Wprawdzie ludzie mogli jeszcze spać, ale prowizoryczne namiociki nie mogłyby na pewno osłonić smoków, a tych przecież też nie widział. Zdecydowanym krokiem ruszył w tamtym kierunku i już w trakcie drogi zdobył pewność, że z jakiegoś powodu obóz jest zupełnie pusty. Na miejscu rozejrzał się dookoła, ale dostrzegł jedynie kilka wygaszonych ognisk i pustych schronień. Ludzie zniknęli, po smokach także nie było ani śladu. Co dziwne, w namiotach zostały ich drobne bagaże, jakieś podręczne rzeczy, z którymi tu przybyli. Jeśli odeszli, to dlaczego ich nie zabrali? Wiedziony odruchem, ruszył szybko w kierunku Evel. W miejscu, w którym widział ją wieczorem, dziś znalazł tylko niewyraźny ślad na ziemi i starannie wygaszone ognisko. Wziął w palce trochę popiołu, ale zgodnie z jego podejrzeniami wszystko było zimne. Przecież już w nocy widział, że się nie paliło. Gdzie mogła się teraz podziewać? Przecież nie miała smoka, a w pobliżu na pewno nie ostała się żadna łódź. Odleciała z kimś innym? Wziąłby to nawet pod uwagę, bo było to jedyne logiczne wyjście. I do tego całkiem prawdopodobne. Ale przecież wczoraj trzymała się z boku, sprawiała wrażenie obcej nawet dla tych, którzy powinni ją znać. W ogóle go zastanowiły - dziewczyna i podejrzana sytuacja.

- Nad czym tak medytujesz? - Astrid stanęła za nim. Otrzepał rękę i wstał.

- Nad niczym. Po prostu... Evel zniknęła - mruknął, wpatrując się w obóz. - Wszyscy zniknęli.

- Kto? - zmarszczyła brwi, usiłując sobie przypomnieć, czy i kiedy słyszała takie imię.

- Evel, ta dziewczyna, z którą wczoraj rozmawiałem.

- Ach, ona... - powoli skinęła głową. Jakoś nie żal jej było, że nie poznała kogoś, kto z takim zainteresowaniem przyglądał się jej chłopakowi. - No, ale nie rozumiem, co cię w tym dziwi. Przecież wszyscy się już wynieśli. To chyba normalne, że poleciała ze swoimi.

Pokręcił głową.

- Właśnie, to wszystko też jest dosyć dziwne - zatoczył ręką krąg nad obcym obozowiskiem.

- Ale co?

- To, na co zwróciłaś uwagę. Po prostu się "wynieśli". Normalnie wsiedli na smoki i odlecieli? - spojrzał na nią, jakby oczekiwał zaprzeczenia. Albo przynajmniej stwierdzenia, że nie, to nie było normalne.

- A nie mogli? - zdziwiła się Astrid.

- Ale żeby tak bez słowa? - coś mu nadal nie pasowało. - W sumie... wiesz, pomogliśmy im. I w ogóle jakoś tak...

- Szczerze mówiąc, to po pierwsze: nie musieli zauważyć żadnej różnicy między naszą "pomocą", a tym, co narobił Drago - zaczęła rzeczowo.

- Tak? - niezamierzona aluzja, przypominająca mu, jak bardzo bezowocna okazała się ta wyprawa, do reszty zepsuła mu humor. - Nie wiem, ja mam wrażenie, że różnica jest dość znaczna - mruknął, niezadowolony.

- Zależy, jak dla kogo - zauważyła trzeźwo Astrid. - Przecież siedzieli w domach czy kryjówkach (bo domy to już wtedy nie stały), a po naszej interwencji smok spalił trzy czwarte wyspy. Nie wiem, jak ty, ale ja w takich okolicznościach niekoniecznie dziękowałabym wybawcom, że za ich przyczyną wszystko, co jeszcze przedtem stało, zostało przez Wandersmoka we wściekłej furii spalone.

Astrid, ja wiem, w czym problem...

- No, ja wiem, wiem - mruknął sarkastycznie. - Powiedz mi jeszcze, że Drago chciał im pomóc. No, musiało to przecież tak wyglądać. Bo palił bardziej konkretnie, co?

...ale to nie zmienia faktu, że takie podsumowanie doprowadza mnie do szewskiej pasji.

Dziewczyna westchnęła.

- Dobrze wiesz, że nie to miałam na myśli.

No ja mam nadzieję.

- Próbowałam ci tylko pokazać, jak to wyglądało od strony tych ludzi - złagodziła ton. Skinął głową, jakby chciał powiedzieć, że rozumie. Niepotrzebnie dał się ponieść emocjom. - A po drugie - mówiłam, widocznie uznali, że więcej tej pomocy nie potrzebują. Albo nie mieli ochoty gadać. W każdym razie ważne, że odeszli z własnej woli. Dla ciebie to akurat jeden problem mniej, więc nie ma co wracać do sprawy.

- Z własnej woli... To dlaczego nie zabrali swoich rzeczy? - wskazał na pierwsze lepsze posłanie, koło którego spoczywała niewielka torba.

Nie przekonał jej. Astrid nie widziała w tym niczego dziwnego.

- Może to jest coś, czego nie chcieli zabierać. Wzięli, co potrzebowali, i zwyczajnie odlecieli - spojrzała na chłopaka, a wzrok jej złagodniał. - Słuchaj, jeśli znowu chodzi za tobą twoje "muszę mieć wszystko pod kontrolą"...

- Nie, ja po prostu się zastanawiam - przerwał jej, nie chcąc kolejny raz słyszeć, jak bardzo według niej przesadza i w ilu kwestiach.

- A nad czym tu się zastanawiać? - rozejrzała się, nie rozumiejąc. Nie obdarzył jej spojrzeniem, wpatrując się w pozostawioną przez kogoś torbę.

- Aktualnie próbuję wymyślić, kiedy to zrobili - przyznał szczerze. - W nocy jeszcze tu byli.

- Może nad ranem, kiedy już spaliśmy.

- Tak cicho?

Po twarzy Astrid przemknął ledwo dostrzegalny uśmieszek.

- Wiesz... nawet krzyczący Pyskacz nie był w stanie cię obudzić.

- Zgoda, siebie to bym jeszcze zrozumiał. Ale żeby smoki niczego nie zauważyły?

Wzruszyła ramionami.

- Może po prostu nas nie obudziły. Widocznie dwadzieścia osób zwijających obóz nie zrobiło na nich negatywnego wrażenia i dały nam spać.

Czkawka zdawał się jej w ogóle nie słuchać.

- Ale Evel nie mogła odlecieć.

Ach, więc to w niej problem...

- A co? Obiecała się pożegnać? - próbowała powiedzieć to lekkim tonem, ale Czkawka wyłowił tę charakterystyczną nutę.

- Nie - spojrzał na nią spokojnie. - Chodziło mi o to, że ona nie ma smoka.

- No to przecież zawsze ktoś mógł ją wziąć ze sobą, hm? - podsunęła. - Co to za problem.

- Niby tak... - mruknął niezdecydowanie.

- Ale?... - spojrzała na niego, oczekując dopowiedzenia.

Ty tego nie zrozumiesz. Mam ci powiedzieć, co mi się "wydaje"?

- Sam nie wiem - zaczął ostrożnie. - Ona sprawiała wrażenie... wyobcowanej. Jakby w ogóle ich nie znała. Z wzajemnością zresztą.

- Tacy ludzie też się trafiają... Może na przykład nie mieszkała w wiosce, albo była jakaś nowa, aspołeczna, tragedia rodzinna czy coś - zasugerowała, popychając go lekko w stronę ich obozu. - Ale pewnie jak przyszło co do czego, to któryś się w końcu zlitował.

- Jakoś wątpię. To jest typ Heathery, który nie lubi litości.

- Widocznie tym razem musiała polubić - ucięła i wskazała mu ręką ich ognisko.

- A teraz idź, bo Pyskacz trzyma ci rybkę na ogniu. Zaraz będziesz miał węgielki.

- A ty? - odwrócił się i spojrzał na dziewczynę.

- Zapominasz, że mam godzinę przewagi - uśmiechnęła się i poszła do Wichury. Czkawka odpowiedział uśmiechem i odprowadził ją wzrokiem.

- Chodź, Czkawka - Valka wyrwała go z zamyślenia. - Śniadanie czeka.

14.Pasażer

Wódz skończył kontrolnie poprawiać paski przy siodle Szczerbatka. Od kiedy się obudził, zdążyło minąć kolejne pół godziny, podczas którego nadrobił śniadanie, schował koc i pomógł Pyskaczowi przy rozdzielaniu prowiantu. Największy zapas, który mógł się przydać wieczorem lub następnego ranka, ze względu na gabaryty smoka zabierała i tak Valka, ale reszta po drodze też powinna mieć przy sobie coś na ząb. Szpadce Czkawka osobiście wsadził ryby do torby, bo podanie ich do ręki w tym przypadku było dość niepewnym rozwiązaniem. Z nudów mogłaby je zużyć na paplającego na sąsiednim siodle Mieczyka.

Już wcześniej bliźniaki z podobnych pobudek postanowiły urozmaicić sobie oczekiwanie (ponieważ żadne z nich niczego ze sobą nie wzięło) i urządziły mały pokaz eksplozji: siedząc na grzbiecie Zębiroga, Szpadka wypuszczała dookoła nich dymne okręgi albo spirale, a Mieczyk próbował podpalić je bez zetknięcia z wybuchem, co przeważnie kończyło się dla niego gorzej niż źle, ale absolutnie go nie zrażało. W końcu Czkawka musiał im tego zabronić, bo rozmiary ich wyczynów niebezpiecznie się zwiększyły. Profilaktycznie nakazał im też pozostać na swoich miejscach, bo znając ich, na poszukiwanie wrażeń mogliby ruszyć w głąb wyspy, a wódz nie chciał już bardziej opóźniać wylotu. Stąd też Thorstonowie wisieli teraz bezczynnie na swoich siodłach i nudzili się, czekając na start. Patrząc na nich, a także ze względu na to, że Hakokieł, Sztukamięs i Śledzik wrócili już z powrotem, a wszystkie przygotowania były pokończone, Czkawka zdecydował, że powinni się zbierać. Gothi zareagowała wyjątkowo entuzjastycznie, bo zdążyła się już porządnie zniecierpliwić. Podeszła do Marudy, z pomocą laski wspięła się na siodło i wygodnie usadowiła na smoku. Pyskacz ciężko westchnął, dogaszając ognisko. Nie przypuszczał, że niema staruszka będzie sprawiała na siodle tyle problemów.

- Co? Towarzystwo nie odpowiada? - spytał sarkastycznie przechodzący obok Sączysmark, który nieustannie poszukiwał swojego zaginionego koca. Zdążył już przekopać opuszczony obóz, gdzie niczego nie znalazł, i teraz chodził wte i wewte, przeglądając najbardziej absurdalne miejsca.

- A miło ci to wygląda? - kowal wskazał głową siodło, skąd Gothi próbowała popędzić grupę (albo jego) ciągłym stukaniem laską o piasek, i nie czekając na odpowiedź, dokończył: - Mnie też nie. A jest gorzej niż wygląda, możesz mi wierzyć.

- Ta, wierzę - Sączysmark odkrywczo spojrzał na Marudę. - Też przez to przechodziłem. Ty, a ty czasem nie pamiętasz, czy pod twoim smokiem nie było przypadkiem mojego koca? - spytał nagle. Pyskacz wzruszył ramionami.

- Nie wiem, nie patrzyłem. Może był, może nie, ale ja tam bym się na twoim miejscu dobrowolnie nie zbliżał. Laskę kobieta ma zdecydowanie za długą.

- Jak to "nie wiesz"? - Jorgenson wydawał się oburzony. - A wystawało coś z spod niego czy nie?

- Przecież ci mówię, nie przyglądam się - odparł obojętnie kowal. - A po co ci w ogóle jakiś koc spod smoka? Dosyć dziwne miejsce poszukiwań...

- Nie jakiś, tylko mój - wyjaśnił buntowniczo Sączysmark. - Wczoraj pożyczyłem, dzisiaj go nie ma, więc sprawdzam każde miejsce. Musi do mnie wrócić.

- A jak wyglądał? - spytał z powątpiewaniem kowal, spoglądając na coś za plecami Smarka.

- Taki kolorowy, w kratkę...

- Czterdzieści kroków dalej masz co najmniej pięć takich samych - Pyskacz lekkim skinieniem głowy wskazał mu opuszczony obóz.

- Ale to nie są moje! - zezłościł się Jorgenson. - Mój miał w prawym górnym rogu wyszyte "es", jak "Sączysmark". Znak szczególny, rozumiesz?

- A znak szczególny znaczy, że co? - z szyi Wyma wtrąciła się Szpadka, która z braku ciekawszego zajęcia przysłuchiwała się rozmowie.

- Że na żadnym innym takiego nie będzie. Nie wtrącaj się - warknął krótko, acz rzeczowo.

- E, tam, żadna tragedia - wzruszył ramionami Pyskacz. - Weźmiesz, wyszyjesz nowe "es" i po kłopocie.

- Nie mogę, to był pamiątkowy koc! Mama mnie nim przykrywała w kołysce, tylko złożonym na cztery...

- Małą miałeś tę kołyskę - ocenił Mieczyk.

- I co ja jej teraz powiem? - Sączysmark bezradnie rozłożył ręce. - A mówiła, żeby poszukać jakiegoś zwykłego... I znowu ja będę ten niedobry!

- Ty, a znaki szczególne mogą się przemieszczać? - spytała nagle Szpadka.

- Nie - zbył dziewczynę kolejnym warknięciem. - A co?

- Bo wiesz, ja znalazłam jeden koc z "es"...

- Jak to? - Jorgenson momentalnie spojrzał na nią. - I nic nie powiedziałaś?!

- No nie. Bo mówiłeś, że ma być w prawym górnym rogu, a jak pytałam się, czy może być w innym, na przykład w dolnym po lewej, to powiedziałeś, że nie, więc uznałam, że się nie liczy - wzruszyła ramionami.

- A nie przyszło ci do głowy, że rogi koca nie są opisane "góra-dół"? - wtrącił z tyłu Pyskacz. - I że się go obraca?

- Przyszło, inaczej bym się nie pytała - stwierdziła Szpadka. - Ale on się uparł, a koc przecież nie mój, to co się miałam kłócić?

- Gdzie on jest? - Sączysmark w ogóle nie zwrócił uwagi na jej słowa.

- Tu, pod smokiem - wskazała Zębiroga. - Wym i Jot chcieli sobie na czymś poleżeć.

- Ha, a nie mówiłem? - Jorgenson spojrzał zwycięsko na Pyskacza. - Dziwne miejsce, też mi coś.

Wczołgał się pod zwierzę i po krótkiej szarpaninie z każdą z czterech łap udało mu się odzyskać własność. Zadowolony i dumny, wrócił do Hakokła i nawet na niego spojrzał łaskawym okiem, jakby w ogóle nie pamiętał o jego porannym wybryku. Czkawka zerknął zza smoka i odetchnął, widząc, że trzy najtrudniejsze ogniwa siedzą już na miejscach. Zerknął na pozostałych, którzy także przygotowywali się do drogi. Eret dosiadał Czaszkochrupa, Śledzik głaskał Sztukamięs, która pełna werwy odpowiadała mu machającym w tę i z powrotem ogonem, a Valka już czekała na Chmuroskoku.

Wódz spojrzał na chwilę w przeciwną stronę. Wyspa jak na razie nie nadawała się do zamieszkania, była czarna i nieprzyjazna. Nędzne kikuty drzew, trochę skał, które oparły się ognistej burzy, i mnóstwo popiołu. A pośrodku tego wszystkiego opuszczony obóz i porzucone rzeczy. Ile razy na nie patrzył, po prostu wiedział, że coś było nie tak. Dużo by dał, żeby wiedzieć, gdzie podziali się nieznajomi ludzie. Ponadto widok tego samotnego, ostatniego śladu życia trochę go bolał. Tak jakby nic nie zrobili. Nie pomogli. Przylecieli po nic.

A teraz trzeba było wrócić. Z myślą, że nikogo właściwie nie uratowali. Że ich przybycie tylko pogorszyło sytuację. Że Drago się ich spodziewał, że znowu, choć z całego serca chciał pokrzyżować jego plany, stał się częścią jednego z nich.

Nie mógł powstrzymać bardzo cichego westchnienia. I tak nikt nie widział jego twarzy. A on po raz kolejny czuł, że nie dopełnił obowiązków. Nie potrafił się przyłożyć do pościgu za zabójcą ojca, nie potrafił znaleźć grupy ludzi, która nie powinna zniknąć, miał wrażenie, że mimo ogromnego nakładu sił nie potrafił zrobić niczego tak dobrze, jak życzyłby sobie Stoick, jak życzyliby sobie ludzie.

I nagle poczuł, że chyba się pogubił. W tych życzeniach. I w ogóle.

W tym momencie poczuł na ramieniu czyjąś dłoń. Szybko spojrzał za siebie. Wzrok Astrid w ciągu sekundy stał się bardziej badawczy. Zauważyła, że coś nie gra.

- Lecimy? - spytała, mniej pewnie, niż zamierzała.

- Jasne - jego oczy nie patrzyły już na nią, tylko gdzieś w pustkę obok. Zobaczyła czającą się w nich bezradność. Lekko przesunęła rękę, ale nie odezwała się, czekając na jego słowo albo ruch. Zwrócił na to uwagę, bo skrzywił się, chociaż w zamyśle grymas miał być uśmiechem.

- Chyba... nie bardzo nam wyszło, co? - spytał niewesoło.

Potrzebował wsparcia, widziała to. W końcu ich poświęcenie odniosło w obrębie wyspy dość znikomy efekt. A jemu nawet słuszne efekty nie potrafiły nieraz dać poczucia, że udało się i może zwolnić.

- Trochę żal mi tej całej misji - dodał. - Nie wiem, na co liczyłem, ale to... No, na pewno na coś więcej. Jednak.

- Więcej? Skończyłeś z Drago - odparła, jakby próbowała mu uświadomić rangę tego czynu. - Przecież to już bardzo dużo.

- Ale jeszcze nie wszystko.

- Ty nie musisz zawsze robić wszystkiego - przypomniała. - Zrozum, wzięcie na barki całego świata to nie jest twój obowiązek.

- Nie umiem zrozumieć. Ojciec go brał.

Astrid przymknęła na chwilę powieki. Tyle razy tłukła mu już do głowy to i owo na ten temat, że nie miała pojęcia, od której strony jeszcze nie próbowała.

- To takie wrażenie - powiedziała powoli. - Ludzie nie są identyczni i choćbyś się starał, nie będziesz nim, dobrze o tym wiesz. Bo nie musisz być - dodała łagodnie. - Spróbuj zaufać samemu sobie. Uwierzyć w siebie. Bo my wszyscy już w ciebie wierzymy.

Zmarszczył na chwilę brwi, jakby ważył słowa. Niczego jednak nie powiedział. Zebrał się w sobie i dosiadł smoka. Spojrzała na niego ze skrywaną czułością i wspięła się na siodło Wichury.

- Dobra, kochani - Czkawka podniósł rękę, zwracając na siebie uwagę, a Szczerbatek otrzepał łeb. - Myślę, że wszyscy jesteśmy już gotowi, więc chyba...

- Hej! - od strony lądu usłyszeli jakiś stłumiony przez zmęczony oddech głos, po czym dobiegło ich nieco głośniejsze i pewniejsze "Stop, chwilka!". Wódz od razu odwrócił smoka w stronę dźwięku, zaskoczony na równi z innymi. W ich stronę zmierzała szybkim truchtem szczupła, czarnowłosa dziewczyna. Widząc, że wstrzymali się z odlotem i czekają, zwolniła kroku i doszła do nich dopiero po długiej chwili, uspokajając po drodze oddech. Jej szara tunika nie wybijała się specjalnie na tle siwej okolicy. Miała ciemne, obcisłe spodnie, buty niewiele ponad kostkę, a na plecy narzucone i porządnie zasznurowane coś w rodzaju skórzanego, brązowego bolerka z długim rękawem i czarnym, bawełnianym, wyraźnie doszywanym kapturem. W talii zapięty dość szeroki pas, z klamrą jakoś śmiesznie umieszczoną z boku zamiast z przodu. I na dodatek ze sporą sakiewką, przywieszoną bezpośrednio na niej, wypełnioną suszonymi i pokruszonymi liśćmi jakiejś rośliny, choć akurat tego jeźdźcy nie mogli zobaczyć. Czkawka po dłuższej chwili poznał w niej brunetkę od ogniska. Evel.

Dziewczyna dyskretnie powiodła wzrokiem po grupie, otwarte spojrzenie posyłając jedynie w stronę wodza.

- Przepraszam, ja... miałam nadzieję, że zaczekacie - powiedziała cicho, cały czas wodząc piwnymi oczami pomiędzy poszczególnymi osobami albo smokami, jakby nie potrafiła patrzeć prosto nawet na Czkawkę dłużej niż trzy sekundy.

- Ale... - chłopak był zdziwiony, chociaż poczuł też pewną ulgę. Jedną z dwudziestu osób już znalazł. Jeszcze dziewiętnaście. I smoki. - Co ty tu w ogóle robisz?

Pytanie trochę bez sensu, przynajmniej pozornie. Ale chyba specjalnie jej nie speszył.

- No... Nie mogłam nikogo znaleźć, więc wróciłam. Pomyślałam, że może wy pomożecie mi się stąd wydostać, bo oni wszyscy gdzieś się rozpłynęli - wyjaśniła rzeczowo.

- Poczekaj. Czyli ty nie wiesz, gdzie reszta ludzi? - wódz ściągnął brwi.

- Nie, gdybym wiedziała, to pewnie nie latałabym po wyspie jak głupia, próbując na nich wpaść - lekko wzruszyła ramionami.

- Jak to? Przecież byłaś razem z nimi.

- Ee, tak, byłam. Do któregoś momentu na pewno - stwierdziła wymijająco. - Potem musieli się gdzieś wynieść.

- I nie zauważyłaś, kiedy się zbierali?

- Obstawiam, że w nocy, bo wieczorem byli, rano już nie. Ale widzieć nic nie widziałam - pokręciła głową.

- Mimo, że byłaś zaraz obok nich? - spytał, jakby coś mu nie pasowało.

- Tak, wiem, też mi się to wydawało dziwne. Nie mam specjalnie głębokiego snu, usłyszałabym, gdyby zaraz obok mnie startował smok. Dlatego szukałam. Bo przecież jakbym była pewna, że odlecieli, to nie poszłabym się rozejrzeć, tylko zostałabym z wami. Chociaż... w ogóle nie przypuszczałam, że po wczoraj będziecie się zrywać tak szybko - przyznała.

- Ty, kim ona jest? - Mieczyk konspiracyjnie nachylił się do Szpadki, ale siostra potrząsnęła głową.

- Pojęcia nie mam. Ale oni się chyba znają - wskazała na Czkawkę, który był kompletnie nieświadomy, że oczy wszystkich utkwione są teraz w nim i jego ciemnowłosej rozmówczyni.

Oczy Astrid również. Od samego początku przyglądała się wnikliwie twarzy dziewczyny, bo miała graniczące z pewnością wrażenie, że już gdzieś ją widziała. Oczywiście po kilku pierwszych zdaniach zdała sobie sprawę, że jednak nie było takiej możliwości, bo spotkania z taką nieznajomą nie miała w pamięci, a brunetka była charakterystyczną osobą i Astrid raczej by takiego faktu nie zapomniała. Głosu też nie kojarzyła. A jednak...

- Czeka nas daleka droga - wyjaśnił tymczasem wódz. - Masz szczęście, że zdążyłaś, bo dwie minuty później bylibyśmy już za daleko.

- Usłyszałam wybuchy i pomyślałam, że coś się dzieje - odparła.

Czkawka zerknął na bliźniaki, ale na szczęście żadnemu z nich nie przyszło do głowy się odezwać. Cały czas w milczeniu przyglądali się czarnowłosej, jakby czekając na wyjaśnienia. Podobny wzrok zauważył u Śledzika, Ereta i matki. Pyskacz jako jedyny nie wydawał się szczególnie przejęty, a Sączysmark oczy miał wielkości spodków i wpatrywał się w Evel jak w ósmy cud świata. Thorze, dobrze, że tak go zamurowało, bo inaczej Czkawka musiałby się za niego gęsto tłumaczyć (w obecnym jego stanie emocjonalnym prawdopodobnie gęściej, niż za bliźniaki). Jednak przy tej okazji dotarło do niego, że dla pozostałych dziewczyna jest tu zjawiskiem niezrozumiałym, podobnie jak jej dość swobodna rozmowa z wodzem.

- Nie, to... tylko Wym i Jot - wyjaśnił, po czym obrócił Szczerbatka lekko w stronę jeźdźców i odchrząknął. - A, tak, właśnie, wy się chyba jeszcze nie znacie. Evel - to są moi przyjaciele: Śledzik, Mieczyk, Szpadka, Sączysmark, Astrid, Eret i Pyskacz - przedstawił szybko. - To Gothi, szamanka z wioski, i moja mama - wskazał Valkę, a dziewczyna się uśmiechnęła.

- A to jest Evel. Wczoraj się... przypadkiem poznaliśmy - spojrzał na dziewczynę. - Nie ma własnego smoka i dlatego zabierze się z nami - zdecydował.

Astrid nie dała po sobie poznać niezadowolenia.

- Miło mi - powiedziała czarnowłosa.

- Nam również - odpowiedział Pyskacz, który chyba jako jedyny przyjął sytuację jako zupełnie normalną, a w każdym razie nie wydawał się być zaskoczony.

- Właśnie, nam również - powtórzył Sączysmark, wyrwany z chwilowego odrętwienia. Czkawka westchnął ciężko. - Komu by nie było? Ściągasz na siebie spojrzenia jak namagnesowana Sztukamięs żelastwo - oświadczył, rozpływając się w uśmiechu, przy czym wszyscy pozostali skrzywili się, uznając porównanie za niezbyt zgrabne.

- Dobra, Smark, pogadasz sobie, jak będziemy na miejscu - odwrócił się i wyciągnął rękę do Evel. Przed chwilą wprawdzie rozważał, czy nie posadzić jej z kimś innym, ale Sączysmark i bliźniaki odpadali na samym początku, Pyskacz miał już Gothi, na Chmuroskoku Evel by się raczej nie utrzymała, Eret nie miał za bardzo miejsca na dodatkowego pasażera, a i Astrid zdawała się jakoś dziwnie nie darzyć nowoprzybyłej ciepłymi uczuciami. Znając ją, wolał nie ryzykować utarczek słownych między dziewczynami... Został jedynie Śledzik, ale Czkawka jakoś nie był przekonany. Poza tym, wolał przyjaciół i Evel nie zmuszać do konfrontacji wcześniej, niż sami będą tego chcieli... Astrid na pewno to zrozumie. - Bo polecisz z nami na Berk, prawda?

Po chwili wahania brunetka, zachęcona przez niego delikatnym ruchem głowy, przyjęła jego dłoń i usiadła za nim.

- Chyba nie mam wyjścia - uśmiechnęła się nieznacznie. Astrid uniosła brwi; nie mogła pozbyć się wrażenia, że kiedyś już coś podobnego widziała.

- Dalej, mordko, w górę - poklepał Szczerbatka. Nocna Furia gruchnęła w odpowiedzi, rozwinęła skrzydła i wzbiła się w powietrze. Za nią, radośnie parskając, ruszyły pozostałe smoki.

Wracali do domu.

15.Nowa historia

Tym razem rozmowy wyjątkowo się nie kleiły. Dwie godziny po starcie słychać było jedynie pęd powietrza, dźwięk uderzających miarowo skrzydeł i od czasu do czasu jakąś wątłą, niepodchwyconą przez nikogo poza Szpadką uwagę Mieczyka. Bliźniaki leciały gdzieś nisko i daleko po lewej stronie Czkawki - nie wiedział, gdzie dokładnie, bo już od jakiegoś czasu podróżowali w rozsypce, a o strzępki pierzastych chmur nie było tu trudno. Z odgłosów wywnioskował jednak, że Mieczyk i Szpadka nieco zwalniają tempa i zrównują się z Pyskaczem, który leciał kawałek za nimi, prawie zamykając grupę. Drugą "tylną strażą" był Eret, który znajdował się teraz na równi z Marudą, Wymem i Jotem, tyle że bardziej z prawej strony - a który wobec zaistniałych manewrów Zębiroga na wszelki wypadek wzniósł się trochę wyżej. Na samym końcu leciała Valka. Gdyby wódz mógł się odwrócić (czego nie robił z powodu siedzącej za nim Evel), zobaczyłby matkę dokładnie za sobą.

O Sączysmarku Czkawka wiedział tyle, że rzeczony minął go przed dobrą godziną i jak na razie wzbił się trochę wyżej niż pozostali. Czasem rozdzielające ich chmury ustępowały na chwilę, odsłaniając duże skrzydła Koszmara Ponocnika. Śledzik znajdował się po lewej, tyle że dla odmiany trochę bliżej niż poprzednio bliźniaki, ale wciąż poniżej toru lotu Nocnej Furii - wódz prawie cały czas widział kątem oka tylko jego mały hełm i jasną czuprynę. Astrid dla odmiany leciała z prawej, blisko, stanowczo za blisko, biorąc pod uwagę obejmującą go w pasie Evel i ogólnie wszystkie zaistniałe przed samym odlotem okoliczności. Zerknął na nią przez ramię, ale nie mógł nic wyczytać z jej twarzy (choć na pewno nie była zadowolona), a przecież nie mógł z nią rozmawiać teraz, kiedy Evel siedziała zaraz za jego plecami. Będzie musiał wybadać ją później.

W myślach rozrysowywał sobie za to mapę Archipelagu i obliczał, jak daleko dadzą radę dziś dolecieć. O ponownej nocnej podróży nie było mowy, więc próbował orientacyjnie zaznaczyć obszar, na którym przyjdzie im się zatrzymać. Pyskacz zrobił manewr wymijający i nie wiadomo po co odbił od grupy. Wkrótce jednak wyłonił się poniżej Wichury, lecąc niemal ramię w ramię z wodzem. Śledzik też trochę poderwał Sztukamięs. Czkawka poczuł, że robi się koło niego gęsto. Zerknął dyskretnie dookoła. Pyskacz po prawej, Śledzik po lewej, Astrid u góry, a bliźniaki teraz już pod Szczerbatkiem - i to wszystko bez żadnej przesady. Dziwne, ale dziś nie miał najmniejszej ochoty na podróż w zbitce, więc żeby uwolnić się od towarzystwa, wysforował się do przodu i lekko skręcił w lewo. Teraz na ogonie mógł mieć ewentualnie Mieczyka i Szpadkę, ale i tak wybierał mniejsze zło. Od Evel nie mógł się uwolnić. Cóż, tyle, że przynajmniej siedziała cicho. Miał słuszne wrażenie, że to przez nią przyjaciele - a nawet on sam - zachowują się... no, jak się zachowują. Dosyć sztywno jak na nich. Każdy zajął się swoim nosem. Nie ufali jej - normalne, była obca, nikt niczego o niej nie wiedział. Może poza samym wodzem.

Choć i on znał ją tyle co nic. A - co tu kryć - ostatnie wydarzenia nie rzuciły na nią jakiegoś specjalnie dobrego światła. Złego też nie, ale widać było, że wszyscy z jakiegoś powodu trzymają dystans. Więc co będzie w domu? Cóż, trzeba mieć nadzieję, że się zaaklimatyzuje. A może w ogóle tam nie zostanie?

Ale właśnie, dom... Na to słowo Czkawka wybiegł myślą do samego celu podróży. Kiedy już wrócą, jego życie będzie musiało wrócić do normy, prawda? Do codziennej pracy ponad siły, do zabiegania, braku czasu i snu... No właśnie problem w tym, że wcale nie był tej prawdy taki pewien.

Zmarszczył brwi. Po jego głowie jak piłeczka z jaczej skóry wypełniona grochem, tłukły się teraz słowa matki i Astrid. Przede wszystkim Astrid.

Bo Valka, jak to treserka smoków, działała łagodnie. Niczego nie robiła na siłę, ale wytrwale powtarzała wszystko synowi co najmniej raz dziennie, co go już zwyczajnie irytowało. Cenił sobie jej zdanie, ale nie przekładał go nad własne. Widocznie dar przekonywania odziedziczył po ojcu (albo też po obojgu naraz). W każdym razie do troski (albo nadopiekuńczości) matki zdążył się już przyzwyczaić.

Nie było tak trudno, bo pierwsze lekcje przerobił już pięć lat temu, razem ze swoim smokiem. Szczerbatek do dziś z tym nie skończył.

Może dlatego słowa Valki Czkawka puszczał czasem mimo uszu.

Astrid natomiast postawiła na nokaut i prosto z mostu powiedziała mu, że postawił sobie nieosiągalny cel i choćby nie wiem jak się starał, nigdy nie wejdzie w skórę swojego ojca. "Kiedy ty w końcu zrozumiesz, że to jest nie tylko niemożliwe, ale... bardziej niż niepotrzebne!"

Pominąwszy już fakt, że bez pudła odczytała jego myśli i zamiary, zaakcentowanie słowa "nigdy" przez efektowny gest jej dłoni (przecięła nią powietrze tuż przed jego nosem) i płonące oczy, podziałały na Czkawkę jak kubeł lodowatej wody. A ostatnie zdanie - jak rzucony w pośpiechu ręcznik.

Podsumowując to teraz na spokojnie, zrozumiał, że jedyną osobą, na której szacunek chciał sobie zapracować, był on sam. Cały czas to sobie chciał udowodnić własną wartość. I nagle okazało się, że już nie musi...

- Twój smok nazywa się Szczerbatek, prawda? Bo... nie wiem, czy dobrze pamiętam.

Słowa Evel ściągnęły go z Berk z powrotem na grzbiet Nocnej Furii.

- Yy... co proszę? - powiedział tak, jakby właśnie się obudził. Wybrała sobie moment, nie ma co.

- Pytałam o smoka - powtórzyła spokojnie, poklepując bok zwierzęcia. - Szczerbatek?

- A tak, tak.

Fajnie, rozmowa się podobała. To już koniec, prawda? Bo wstrzeliłaś się w punkt, bez dwóch zdań.

- Zabawne imię - zmarszczyła nos. - Skąd taki pomysł?

Czyli jednak nie...

- Mordko? - chłopak nachylił się z uśmiechem do pyska Furii i zastosował skróconą wersję głaskania. - Pokaż.

Smok uśmiechnął się do przyjaciela bezzębnie i rozbrajająco, wywalając przy tym jęzor.

- Widzisz?

Nie, właśnie problem w tym, że nie widziała.

- Co? Że przerwa na języku? - spytała nieufnie.

- Niezupełnie, ale blisko - wyciągnął dalej rękę, jakby chciał wskazać paszczę. Teraz dopiero brunetka zobaczyła, że zwierzak zamiast kłów ma po prostu różowe dziąsła.

- Aaach... Nie, zaraz - zmarszczyła brwi. - A on czasem nie miał... zębów?

Tak, zdawała sobie sprawę, że pytanie głupio brzmi. Niby mógł nie mieć, ale odniosła wrażenie, że wczoraj jednak widziała u zwierzaka dwa rzędy półokrągłych, ale za to bardzo ostrych kiełków... Tylko nie bardzo mogła, skoro teraz nie było żadnego.

- Miał, oczywiście. Poczekaj... - mruknął Czkawka, szukając czegoś w torbie przy siodle.

- Jest! - w jego ręce zobaczyła makrelę. Podsunął rybę pod nos Szczerbatka. Ten wciągnął kuszący zapach, wysunął zęby i łapczywie pożarł smakołyk. Oblizał się przy tym bardzo dokładnie.

- Proszę. I ma - uśmiechnął się.

- Nieźle - mruknęła z niekłamanym podziwem, po czym obejrzała się za siebie, jakby chciała przyjrzeć się pozostałym uczestnikom wyprawy. - Które smoki jeszcze tak robią?

- Jak na razie tylko ten - chłopak lekko przestawił pedał. Evel dopiero teraz zwróciła na to uwagę. Powędrowała wzrokiem wzdłuż ogona i dostrzegła sztuczną lotkę.

- A to skąd? - spytała ze śladowymi ilościami współczucia, bo bardziej niż okoliczności zainteresował ją sam mechanizm. Chłopak zerknął na nią, żeby zorientować się, o co jej chodzi.

- Kiedyś miał wypadek, odległa historia - wytłumaczył krótko.

Dziewczyna rzuciła okiem na protezę Czkawki, ale nic nie powiedziała.

- Sam to zrobiłeś? - spytała, wracając do lotki. Skinął głową.

- Ogon, uprząż, siodło... Potrzeba matką wynalazku. Szczerbek musiał latać.

- To jesteś całkiem dobry w te klocki - właściwie nie było to pytanie, ale mimo to spojrzała na niego uważnie, oczekując odpowiedzi.

- Lubię majsterkować. Od małego byłem czeladnikiem u Pyskacza, w kuźni - lekko wskazał głową za siebie.

- A twoi przyjaciele...? - zawiesiła głos.

- Co? - nie zrozumiał.

- No, czym oni się interesują?

Wódz znacząco odchrząknął. Jaka ona ciekawska... A w dodatku pytania zadawała w taki charakterystyczny sposób, że trudno było wywinąć się od odpowiedzi. Jakoś tak pewnie i z naciskiem.

- Ee, myślę, że kiedy staniemy już na Berk, będzie mnóstwo czasu na zapoznanie się - ominął właściwy temat. - Wiesz, każdy woli chyba mówić za siebie - usprawiedliwił się.

- Jasne.

Przez chwilę lecieli w milczeniu. Evel chyba zamierzała ucichnąć na dobre, ale tym razem to Czkawkę świerzbił język.

- Wiesz w ogóle coś o smokach? - zaryzykował pytanie. - W sensie... coś więcej, niż że zieje ogniem i lata.

Spojrzała na niego z miną, która wyrażała politowanie.

- Nie jestem aż taka głupia, na jaką wyglądam - oznajmiła. Zerknął na nią z półuśmiechem.

- Nie wyglądasz. Ale zawsze lepiej zapytać. Wiesz, pozory lubią mylić.

- Tak, wiem aż za dobrze - mruknęła pod nosem, po czym nagle nieco głośniej, weselszym tonem, dodała: - Możemy się popytać, nie mam nic przeciwko. Najwyżej nie będziemy sobie odpowiadać - uśmiechnęła się.

- W porządku - skinął głową - To może na początek powiesz mi coś o sobie? - rzucił krótko.

- E, nie mam nic do opowiadania - wzruszyła ramionami. - Jestem sama, rodzice zmarli, kiedy byłam bardzo mała. Lubię... - przy tym słowie się zawahała. - Znaczy, swego czasu sporo latałam po Archipelagu i przy okazji zwiedzałam sporo nowych miejsc. Ogólnie uważam podróże za przyjemne doświadczenie. To... chyba tyle o mnie.

Nie zwrócił uwagi na czasownik. Albo zwyczajnie tego nie powiedział. Skoro pochodziła z plemienia, które ujeżdżało smoki, "latanie" nie musiało być niczym dziwnym. Może w przeszłości miała swojego wierzchowca?

- Przy okazji czego? - spytał, wracając na chwilę do wcześniejszego zdania. Evel wydawała się trochę zmieszana.

- Szukałam kogoś - mruknęła w końcu niechętnie. - Ale nie będę się teraz wkopywać w szczegóły.

- Jasne - przytaknął ugodowo.

- A ty... Popraw, jeśli się mylę: Czkawka Haddock, wódz na Berk? - uśmiechnęła się lekko i spod przymrużonych powiek obserwowała jego reakcję. Oczywiście dobrze wiedziała, że się nie myli.

- Szybko do tego doszłaś - rzucił lekko. - Ale to chyba nie było aż takie trudne, co?

- Rzeczywiście, dość prosto było skojarzyć twoje imię - które podała mi ta uprzejma blondynka - i Nocną Furię z wyspą Berk i synem Stoicka Ważkiego.

- Cóż, jeśli tak to ująć... rzeczywiście prosto - stwierdził, równocześnie się nad czymś zastanawiając. - Evel?

- No?

- Powiedz, w temacie wyspy... Zamierzasz szukać tych ludzi, prawda? Z twojej wioski?

- Rozejrzeć się nie zaszkodzi - mruknęła, bez entuzjazmu. - Chociaż jakoś nie sądzę, że ich znajdziemy.

- Dlaczego?

- Sama nie wiem. Takie... przeczucie.

- W razie czegokolwiek... pamiętaj, że Berk stoi dla ciebie otworem - powiedział. - Możesz zostać, ile będziesz potrzebowała.

- Dzięki za tak... ciepłe zaproszenie - uśmiechnęła się. - Ale poszukać i tak trzeba.

- Oczywiście - zgodził się szybko. - A jest może jakieś miejsce, do którego mogliby się wybrać? - spojrzał na nią. - Wiesz, w sensie, jakieś zaprzyjaźnione plemię czy coś?

- A co? Myślisz, że jednak zebrali się i odlecieli? - głos dziewczyny wyrażał powątpiewanie.

- Po prostu nie wykluczam na razie żadnej opcji - wzruszył ramionami. - Poza tym, to jest chyba na tę chwilę nasza jedyna... No, mniejsza. To co z tą wyspą?

- Niestety, w tej kwestii niewiele pomogę - potrząsnęła głową. - Jeśli coś takiego istnieje, to trzeba by zapytać kogoś, kto w tym bardziej siedział. Ja trzymałam się raczej z daleka od ludzi.

Czkawce przemknęło przez myśl, że to powód dziwnego wrażenia wyobcowania, które początkowo na nim wywarła. Widać faktycznie nie znała się z miejscowymi za dobrze.

- No nic - westchnął. - Może Saldar będzie coś wiedział. Bo on, zdaje się, musiał być bardziej kontaktowy. Jeśli naturalnie znowu nie stchórzył i faktycznie czeka na Berk.

Evel zmarszczyła brwi.

- A kto to jest?

- Kto? - spojrzał przez ramię.

- Ten cały Saldar.

- No... człowiek, którego wysłaliście do nas z wiadomością. Młody chłopak.

Z jej oczu wyczytał, że nadal nie może się połapać.

- Wiedziałaś o tym? - spytał dla pewności. - Że ludzie wezwali pomoc?

- Coś mi się obiło o uszy - powoli skinęła głową.

- I nie znasz go?

- Nie mogę skojarzyć. Ale znałam niewiele osób z wioski, więc pewnie nie jego jedynego.

- Aha. Mieszkałaś pewnie gdzieś na skraju? - spytał domyślnie.

- Ja w niej w ogóle nie mieszkałam - sprostowała sucho. Czkawka, nie wiadomo, na jakiej zasadzie, przypomniał sobie Pleśniaka. Może też wszystko jej przeszkadzało i wyprowadziła się na drugą stronę swojej wyspy? Chociaż, prawdę mówiąc, nie wyglądała na taką.

- Więc gdzie? - nie powstrzymał się od pytania. Wzruszyła ramionami.

- Różnie.

Tak, jakby treściwiej już się naprawdę nie dało, pomyślał.

- To znaczy? - drążył cierpliwie. Dziewczyna poruszyła się niespokojnie.

- Mówiłam. Do niedawna dość często byłam w podróży.

- Ach, no tak... To ma związek z tymi poszukiwaniami?

Odwróciła twarz i przez dłuższą chwilę przyglądała się chmurom. Czkawka nie naciskał. Może rzeczywiście zadał pytanie za dużo.

- Jeśli nie chcesz, nie musisz odpowiadać - przypomniał.

- Wiem, pamiętam. To po prostu... Miałam kiedyś brata - powiedziała cicho. - Był ode mnie trzy lata starszy, ale świetnie się dogadywaliśmy - na jej twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu, chociaż nie mógł tego zobaczyć. - Gdy brakło naszych rodziców, zajął się nami wuj, ale kiedy miałam siedem lat, przyszła jakaś wojna i on też zginął. Od tamtego czasu to brat się mną zajmował. Najlepszy czas w moim życiu. No, ale wszystko, co dobre, szybko się kończy... Pewnej nocy do brzegów naszej wyspy dobiły dwa okręty. Dużo później dowiedzieliśmy się, że to był sam Drago. Nie atakował, zjawił się jak duch. Jego ludzie zabrali kilku chłopców z wioski i tak samo cicho zniknęli. Może szukali rąk do prac, a może mieli w tym jakiś inny interes, w każdym razie od tamtych wydarzeń już go nie zobaczyłam.

- Przykro mi - powiedział cicho, myśląc jednocześnie o swojej rozmowie z Astrid. "Może na przykład nie mieszkała w wiosce... tragedia rodzinna czy coś...". Miała nosa.

- Wierzyłam, że wciąż żyje i uparłam się, że go znajdę - kontynuowała, jakby w ogóle nie usłyszała jego słów. - Wytresowałam sobie smoka i zaczęłam urządzać samotne wyprawy, na tydzień, dwa, miesiąc... Ludzie się mną nie interesowali.

No tak, to bardzo wiele wyjaśnia.

- A ten smok... co się z nim stało? - zapytał delikatnie.

- Złapali go łowcy - odparła matowym głosem. Słychać było, że nie ma ochoty dłużej rozmawiać na ten temat. Zrozumiał, dlaczego wahała się przy tym pytaniu ostatniej nocy. Widać wolała zapomnieć o przykrym rozstaniu.

- Przepraszam... nie chciałem - mruknął cicho.

- Nie ma sprawy. Nie mogłeś przecież wiedzieć - odparła niespodziewanie dziarsko i przytuliła się do niego mocno; a nawet odrobinę mocniej, niż by sobie Czkawka tego życzył. Nie zaoponował jednak; dobrze, że odzyskała humor.

- Zamiast tego możemy pomówić o przyjemniejszych rzeczach, prawda? - stwierdziła. - Co lubisz jeść, gdzie lubisz latać, co ciekawego jest na Berk... Lub też po prostu sobie razem pomilczeć. Bo ty chyba lubisz rozmyślać, co?

Mimowolnie uśmiechnął się i podciągnął Szczerbatka jeszcze trochę wyżej.

- Czy ja wiem?... - mruknął ni to do towarzyszki, ni do siebie. - Czasem po prostu nie mam wyjścia.

16.Ostry Kieł

- Ee, Czkawka, ile jeszcze zamierzasz tak lecieć? No bo my ze smokiem też już lecimy, ale z nóg - Mieczyk pojawił się obok Szczerbatka, demonstrując swoje zmęczenie głośnym ziewnięciem. - Czy skrzydeł, dobierz sobie termin.

- Ma rację - poparła Evel.

- Kto? Ja? - zdziwił się bliźniak.

- Szczerbatek też jest już pewnie zmęczony - dorzuciła, zerkając na Furię. - Poszukajmy miejsca na postój.

Wódz zmrużył oczy i mimo mroku dojrzał przed nimi niewielką wyspę. Rzeczywiście, według orientacyjnej mapy w jego głowie powinien tu być jakiś większy ląd. Mało co było na nim widać, ale udało mu się dostrzec niewielką polanę, otoczoną gęstymi krzewami, otwartą tylko od strony morza, gdzie można było przejść na piaszczystą plażę.

- Może nawet nie trzeba będzie szukać - mruknął i odwrócił się do pozostałych. - Drużyno, tutaj lądujemy!

Zmęczone smoki posłusznie obniżyły lot i wkrótce potem rozciągały się już na bujnej trawie, układając się do snu. Podczas gdy Pyskacz szukał po krzakach chrustu, jeźdźcy grzali się już przy tymczasowym "ognisku", którym był duży, na wpół stopiony kamień, wypluty przez śpiącego już teraz Marudę. Wprawdzie po ciemku nie mogli łowić (taka technika sprawdzała się, owszem, ale tylko przy łodziach), ale Valka rozmyślnie wzięła ze sobą rano zapas świeżego prowiantu, więc tym na razie nie musieli się martwić. Czkawka zdjął swój zwinięty koc i chciał go właśnie rozłożyć, ale przypadkiem zerknął na Evel. Przysiadła trochę dalej niż pozostali, trzymając się blisko Marudy. Pyskacz nie miał nic przeciwko towarzystwu dziewczyny i nawet próbował do niej zagadywać, ale ta odpowiadała mu półsłówkami i odwracała się na drugi bok. Przyniosła przedtem z plaży garść piasku i teraz bawiła się nim od niechcenia, przesypując machinalnie drobne ziarenka do swojej sakiewki z pokruszonymi liśćmi. Nie minęła chwila, a w woreczku zamiast ziół znajdowała się nieprzydatna mieszanka, z czego Evel zdała sobie sprawę poniewczasie (ale jej nie wyrzuciła). Kowal na tę kompletną ignorancję jego osoby wzruszył więc ramionami i rzucił chrust na tlący się jeszcze kamień. Otrzepał dłonie, zerkając na Czkawkę.

- Dziwna ta mała - mruknął, podchodząc do niego i mimochodem wskazując głową. - Taka się wydawała gadatliwa, jak sobie lecieliście, a teraz ani mru-mru. Cicha woda - wymienił sobie kikut w kształcie haka na drewnianą dłoń "do poduszki" (choć może poprawniej byłoby powiedzieć "zamiast"). - A takie to są najbardziej niebezpieczne. Wiem coś o tym, mam taką jedną na siodle - skrzywił się, dyskretnie wskazując Gothi.

- Jest po prostu zmęczona - wyjaśnił. - Znaczy, Evel. I w sumie... nie przepada za nowymi ludźmi. Niespecjalnie odzywa się do obcych.

- Ja - obcy? - kowal był ewidentnie zdumiony, jakby te dwa słowa współgrały mu jedynie na zasadzie "sucha woda".

- Nieznane uczucie, co? - uśmiechnął się Czkawka. - Na Berk nie było takiej opcji. Wielka szansa na rozwój.

- Tak, bardzo zabawne - zganił mrukliwie, po czym zerknął na zwinięty materiał w rękach wodza. - Gdzie tam taszczysz to zawiniątko?

- Koc - uściślił chłopak, lekko rozchylając poskładane części. - Podrzucę jej, nie ma przecież swojego.

- A, no tak - kowal odwrócił się szybko pod pretekstem jakiegoś podejrzanego dźwięku, ale Czkawka mógłby przysiąc, że Pyskacz zwyczajnie nie umiał powstrzymać znaczącego uśmiechu. Nieszczególnie go to jednak obeszło. Zbył go gestem i podszedł do dziewczyny.

- Żebyś miała na czym spać - powiedział zwięźle, podając jej koc. Uniosła brwi, odrobinę zdziwiona.

- A ty? - zatroskała się para piwnych oczu, które właśnie znalazły jego zielone. Trochę się speszył.

- Mam miejsce - stwierdził szybko. - Bierz.

- Miło z twojej strony - wzięła od niego zawiniątko i rozłożyła. - Rano ci oddam - mruknęła, układając się wygodnie i zarzucając sobie część materiału na ramię.

No tak, przecież ona poza niewielką torbą nie miała ze sobą niczego. W ogóle... nic nie miała.

- Możesz zatrzymać - powiedział. - W domu mam jeszcze jeden.

- Dziękuję. Dobrej nocy.

Spojrzał przez ramię, uśmiechnął się i wrócił do Szczerbatka. Smok gruchnął w jego stronę.

- Chodź, mordko, idziemy do Astrid. Może nas przygarnie.

Furia warknęła porozumiewawczo i posłusznie udała się za swoim jeźdźcem. Czkawka minął śpiącego smacznie Śledzika i pochrapującego Sączysmarka, który przez sen byłby go przypadkiem kopnął. Dziewczyna siedziała na swoim kocu. Trochę gwałtowniejszymi niż zazwyczaj ruchami przekopywała torbę; wyglądało na to, że zależy jej na znalezieniu rzeczy, której najwyraźniej nie ma w środku. Domyślał się, że nie jest w najlepszym nastroju (powód też chyba znał), ale uznał, że musi się z tym w końcu zmierzyć. Nie zauważyła, kiedy za nią stanął.

- Szukasz czegoś? - spytał delikatnie, żeby zaznaczyć swoją obecność. Odwróciła się jak oparzona, podświadomie przyciskając torbę do siebie.

- Co ty tu robisz? - cóż, wyszło trochę zbyt obcesowo.

- Ja? - zmieszał się trochę niespodziewanym pytaniem. - Przepraszam, nie wiedziałem, że jesteś zajęta.

- Nie, nie - założyła kosmyk włosów za ucho i oddała zawiniątko pod skrzydła Wichury. Wdech i wydech. Koniec wyżywania się na niewinnej torbie. - Przepraszam. Po prostu cię nie zauważyłam.

- Nie chciałem cię przestraszyć - uśmiechnął się i zachęcony przyjaznym klepnięciem w materiał przysiadł na kocu. Szło nadspodziewanie gładko, dziewczyna nawet nie zająknęła się w kwestii Evel. Zabrała się za to do ostrzenia broni.

- Zmęczony? - spytała pogodnie. Postanowiła najwyraźniej odłożyć swoje niezadowolenie na kiedy indziej. Jak miło, że zebrało jej się na wyrozumiałość.

- Śmiertelnie - podparł się na łokciu i sennie przymknął powieki. - Że cały dzień na smoku potrafi zwalić z nóg... Dziwne, nie?

- Nie powiedziałabym - wzruszyła ramionami. Nawet, jeśli coś właśnie insynuowała, wolał nie drążyć.

- To ty - stwierdził tylko. - Ja mógłbym zasnąć tu i teraz.

- W takim razie miłych snów - uśmiechnęła się, odrzuciła kamień i chciała wstać, ale złapał ją za nadgarstek.

- Hej, ledwo przyszedłem i już uciekasz? - w jego głosie usłyszała wyrzut.

- Nie... Coś ty - powiedziała tak, jakby stwierdzała oczywistość. Ale od razu też wyswobodziła dłoń z uścisku umiejętnym przekręceniem nadgarstka. Wyglądało lepiej niż szarpnięcie.

- To gdzie cię niesie?

- Chciałam się tylko rozejrzeć. Coś się kręci po okolicy - mruknęła, siadając jednak z powrotem obok niego. - Coś albo ktoś.

- Tak? Skąd wiesz? - spytał, tak naprawdę niezainteresowany.

- Słyszałam, Pyskacz zresztą też.

Hm, rzeczywiście, przypominam sobie...

- No, coś mi tam napomknął niewyraźnie - przyznał Czkawka.

- A Wichurka jest niespokojna.

"No, ja wiem", pomyślał z pewną dozą ironii. "Tak samo jak Pyskacz."

- Wszyscy mamy jeszcze napięte nerwy - uspokoił. - Wiatr poszalał sobie gdzieś w krzakach, a wszyscy już reagują jak na atak, bo się odzwyczaili od gęstwiny za plecami...

- Ale teraz nie ma wiatru.

- Może szczury - rzucił od niechcenia.

- Szczurów nie słychać, kiedy chodzą, tylko ewentualnie kiedy się je nadepnie - Astrid nawet nie tyle wyrażała powątpiewanie, co usiłowała odpowiednio umotywować jakieś swoje racje. W końcu on szczura słyszał nieraz, chociaż nigdy spod podeszwy.

- No to coś większego - westchnął.

- Dużo większego - naprowadziła. Uniósł brwi. Poważnie? Zgadywanki? O tej porze?

- Smoki? - strzelił.

- Też.

Ułożył się wygodnie na kocu i ziewnął.

- Nie mam siły martwić się na zapas - wyznał szczerze.

- A ja po prostu nie chcę, żeby mnie coś zaskoczyło we śnie. Albo... ktoś. I nie chce mi się spać - dorzuciła obojętnie, odwracając się. - Mogę czuwać.

Usiadła tyłem do niego i objęła kolana ramionami. Uśmiech zniknął z twarzy Czkawki. Chyba naprawdę coś ją zaniepokoiło... Przysiadł się do dziewczyny i bez słowa otoczył ją ramieniem. Poczuła na policzku jego ciepły oddech. Przez chwilę w milczeniu bawił się jej włosami.

- Chcesz mi o czymś powiedzieć? - zapytał cicho. Potrząsnęła przecząco głową. Wiedziała, o co pytał, ale nie miała zamiaru nigdy i nikomu tego powtórzyć. Tylko zapomnieć.

- No dobrze - westchnął. - Chociaż byłbym spokojniejszy, gdybym wiedział, co jest nie tak.

- Nic nie jest.

- Czyli nie dowiem się, o czym myślisz?

- Nie.

- Albo... co ci się wczoraj śniło?

Zacisnęła zęby. Balansował za blisko pewnej granicy...

- Czkawka, proszę... - mruknęła pod nosem, wbijając wzrok w swoje kolana. - Ty i twoje wyczucie czasu.

Zganił się w myślach za pomysł tego pytania teraz, w nocy. Za pomysł pytania w ogóle. Astrid miała prawo nie chcieć wracać do tematu.

- Przepraszam. Idź już spać, ja posiedzę - powiedział tylko.

- A jeszcze przed chwilą miałeś zasypiać tu i teraz... - przypomniała delikatnie.

- Odechciało mi się. Śpij ty - pocałował ją we włosy.

W każdym innym przypadku jeszcze by się spierała - ale nie teraz i nie przy nim. Oparła głowę o jego ramię i zamknęła oczy. Nie bała się, że w tej ciemności ktoś ich zobaczy i przyleci o coś zapytać czy zawołać. Lubiła chwile, kiedy czuła, że są zupełnie sami. Usłyszała jego spokojny oddech - najlepszą kołysankę, jaką mogła sobie wyobrazić. Wiedziała, że jej kark będzie się następne kilka dni buntował o spanie na siedząco, ale w tej chwili nie miało to żadnego znaczenia.

Przed jej oczami przesunęły się różne obrazy z przeszłości. A może zasnęła? Zobaczyła Smocze Szkolenie. I jego, Czkawkę, nieudolnego rekruta, który nie umiał nawet porządnie trzymać topora. Tak, to rzeczywiście było dawno... Widziała swoje pierwsze wejście na arenę. Była wtedy tak pewna siebie... Nigdy przez myśl by jej nie przeszło, że ze smokami można by postąpić inaczej, niż zwyczajnie zabić. A w tym była najlepsza. Najsilniejsza, najtwardsza, najwięcej trenowała. Nie było możliwości, żeby którykolwiek z rekrutów chociaż zbliżył się do jej poziomu. Musiała to wygrać. Z takiego dystansu mogła nawet współczuć Czkawce, ale właściwie nic więcej. Dlatego tak wielkie wrażenie wywarł na niej pewnego dnia, kiedy nagle okazało się, że on też sobie radzi... Ba! Wybijał się powoli ponad wszystkich, nie wyłączając jej samej! W takiej sytuacji jej współczucie przeobraziło się w zazdrość, która przekładała się na coraz bardziej zaciętą rywalizację. Choć sam Czkawka nie miał raczej złych intencji... Obraz powoli się zmienił. Zobaczyła małą zatoczkę, niedaleko Kruczego Urwiska. Wyśledzenie drogi do tego miejsca zajęło jej trochę czasu, ale że chłopak niczego nie podejrzewał, mogła pewnego dnia zaczekać tam na niego i wreszcie wyciągnąć z niego prawdę. To był właśnie dzień, kiedy po raz pierwszy spotkała Szczerbatka. Uciekła, ale Czkawka poleciał za nią i porwał ją na jej pierwszy lot. Pamiętała swoje przerażenie, duszący pęd powietrza... i moment, w którym pierwszy raz, prawie przez przypadek, objęła Czkawkę i wtuliła się w niego jak małe dziecko. Wtedy wszystko się zmieniło. Zobaczyła piękny zachód słońca (Berk z takich słynęło). I chmury, jakich już później nigdy nie widziała. W ogóle, coś takiego można przeżyć tylko raz...

Kolory znowu zawirowały. Teraz miała przed oczami Smocze Leże. Oboje przestraszyli się wtedy chyba tak samo mocno, bo było czego... Pamiętała doskonale chwilę, kiedy głowa olbrzymiego potwora wyłoniła się z wnętrza wulkanu. A potem straszny ryk, w który zlewały się odgłosy pozostałych, przerażonych smoków. I tym razem nic się nie zmieniało, choć bardzo by sobie tego życzyła... Ryk też był coraz wyraźniejszy, i choć nie chciała go słyszeć, wciąż dźwięczał jej w uszach, jakby wybrzmiewał naprawdę.

Nagle otworzyła oczy. Już nie siedziała, przytulona do Czkawki, tylko leżała na swoim kocu, okryta połówką materiału. Zerwała się z miejsca i odruchowo chwyciła topór. Dźwięk był tak rzeczywisty... Pewnie dlatego, że wydawał go smok stojący zaledwie kilkanaście metrów od niej!

Czkawka niespodziewanie pojawił się przed nią, trzymając w ręku płonący Piekielnik.

- Stop! Odsuńcie się - krzyknął, widząc, że Eret, Astrid i Evel sięgnęli po broń. Reszta towarzystwa przyjęła mniej zdecydowane pozycje - Sączysmark nadal chrapał w najlepsze, Gothi również nie raczyła się obudzić, Śledzik siedział jak sparaliżowany, Mieczyk ze Szpadką, uśmiechnięci od ucha do ucha, szeroko otwartymi oczami wpatrywali się w zwierzę; Pyskacz, wybudzony z przyjemnej drzemki, naprędce podmieniał kikut - a Valka po prostu czekała.

Smoki zaczęły warczeć, a Szczerbatek przypadł do boku swego przyjaciela.

- Nie, mordko, zostań - powiedział spokojnie, nieznacznie przesuwając się do przodu. Furia nie spuszczała z niego wzroku, ale posłusznie nie ruszyła się z miejsca. Obcy smok zawarczał nieprzyjaźnie na Czkawkę, wobec czego ten jeszcze bardziej zwolnił i zaczął mieczem kreślić w powietrzu ogniste okręgi.

Astrid przypomniała sobie ich (wydawałoby się, że tak odległy) pobyt na statku Ereta. "Kiedy już uznają was za swoich, nawet krnąbrne smoki dadzą się wytresować". A żeby gad uznał człowieka za swojego, wypadałoby mu pokazać, że jeden z drugim nie różnią się aż tak bardzo. Jej chłopak opanował tę sztukę niemal do perfekcji. Pewnie dlatego, że naprawdę miał w sobie coś ze smoka...

Tymczasem wódz nie tracił czasu i metodycznie zbliżał się do zwierzęcia, które widząc znajome płomienie i iskry w jego dłoniach, nieco złagodniało. Wyciągnął rękę w stronę jego pyska, ale wtedy smok z powrotem wyszczerzył kły. Szczerbatek z tyłu zapewnił warknięciem, że jest i może w każdej chwili strzelić, niech no mu się tylko przyjaciel odsunie z linii ognia.

- Hej, już, spokojnie - Czkawka prędko cofnął dłoń o kilkanaście centymetrów. Odczekał, aż zęby zostaną ukryte, a ostrzeżenie unieważnione, po czym znowu spróbował.

- Nie zrobię ci krzywdy. Nie chcesz, wcale nie musisz mnie dotykać. Rozumiem, że się boisz... - mówił uspokajająco, obserwując spod przymrużonej powieki reakcję. Zwierzę długą chwilę wpatrywało się to w niego, to w jego rękę, po czym zaczęło ostrożnie ją obwąchiwać. Czyli najgorsze już za nim.

- Ej, ty, Czkawka, co to jest? - zapytał podekscytowany Mieczyk. - Zobaczcie, on ma taki świetny, kolczasty ogon... Czemu mój smok takiego nie ma?

Za plecami wodza dało się słyszeć uderzające o ziemię żelazo. Ktoś odrzucił topór.

- To Ostrykieł, Mieczyk - wyjaśnił głos.

Czkawka zerknął przez ramię, a Evel powoli zbliżyła się do smoka. Nie wzięła porzuconej broni i wpatrywała się w niego uważnie. Z wzajemnością.

- Rozpoznawanie gatunków byś zaliczyła - chłopak uśmiechnął się krzywo, wciąż pilnując każdego ruchu smoka, który w stosunku do przybyłej przejawiał pewne zainteresowanie.

- Bo wygląda zupełnie jak Kieł... jak mój Kieł - spojrzała jeszcze raz na zwierzę, a potem na Czkawkę. Jej dłoń mimowolnie powędrowała w stronę smoczego pyska.

- Czekaj... Ja wiem, Kieł mógł być świetnym towarzyszem, ale ten cię nie zna - ostrzegł. - Lepiej nie podchodź za blisko.

- Jeszcze nie - w jej oczach rozbłysły iskry determinacji. Był prawie pewien, co zaraz usłyszy. - Czkawka, pomóż mi go oswoić.

No dokładnie. Ale z niedoświadczoną dziewczyną wolałby zaczynać w zamkniętej Akademii. Chociaż... z doświadczeniem też mogło być u niej rozmaicie. Na dobrą sprawę nic o niej nie wiedział.

- Daj spokój, on jest kompletnie dziki. Nieprzyjaźnie nastawiony w stosunku do ludzi - tłumaczył. - Sama widziałaś. Jak tylko wrócimy na Berk, znajdziesz sobie jakiegoś. Tam smoki są spokojniejsze.

- Nie - odparła krótko i zdecydowanie. - Teraz. Tutaj.

Ostrykieł mruknął jakoś dziwnie.

- Koniecznie musi być ten? - jęknął Czkawka, biegając spojrzeniem od smoka do dziewczyny i z powrotem. - Bo mam wrażenie, jakby on nie chciał być oswajany...

- Tak - spojrzała na niego z niemą prośbą. - Może nie do końca wiem, co powinnam zrobić, ale chcę się z nim... zaprzyjaźnić - zawahała się przy doborze słowa. - Przynajmniej spróbuję. On... po prostu kubek w kubek jak Kiełek. Z nim się dogadam, zobaczysz. Tylko mi pomóż.

Chłopak zawahał się, zerkając znowu na obiekt całego zamieszania. Na Evel z jakiegoś powodu ani razu nie zawarczał. W ogóle dobrze na nią reagował. Może to miało jakieś szanse powodzenia...

- Sam nie wiem... - mruknął z niezdecydowaną miną.

- Proszę, już raz to zrobiłam, mogę i drugi. Nie jestem może mistrzem oswajania, ale poradzę sobie - zapewniła.

Wódz spojrzał na matkę. Valka skinęła głową. Astrid opuściła topór i wróciła na posłanie; Eret także odłożył broń. Powiódł wzrokiem za odchodzącą blondynką.

Czkawka powoli zbliżył się do Evel, utrzymując kontakt wzrokowy już tylko ze zwierzęciem.

- Ale jak cię capnie... - zaczął.

- Biorę na siebie całą odpowiedzialność - przerwała.

- No, to daj rękę - wziął jej dłoń i pokierował w stronę pyska Ostrykła; w pewnej chwili puścił jej nadgarstek i odsunął się o krok do tyłu. Przez chwilę nie był pewien, czy dobrze zrobił, bo smok na próbę oswojenia odpowiedział niezdecydowanym warknięciem; ale dziewczyna nie cofnęła się nawet o centymetr. Wciąż wpatrywała się w oczy zwierzęcia.

- Spuść wzrok - wtrącił cicho Czkawka. Nie zareagowała. Nadal wywierała na gadzie presję, jej spojrzenie było niemal stalowe. Smok podejrzanie zniżył łeb. Chłopak z powrotem sięgnął po miecz. Była szansa, że w razie ataku w ten sposób odwróci uwagę drapieżnika od Evel.

- Uważaj...

- Ćśś - przerwała, patrząc, jak Ostrykieł wącha jej dłoń. Ciepłe łuski połaskotały jej opuszki palców.

Wódz odetchnął. Dłoń dziewczyny spoczywała dokładnie na nosie zwierzęcia, które - o dziwo - wyglądało na całkiem zadowolone, choć również zdezorientowane.

- Mogę go teraz pogłaskać? - odwróciła się do chłopaka.

- Powoli, nie spiesz się. Masz jeszcze całą noc, żeby się z nim poznać - uśmiechnął się w odpowiedzi. Spojrzała na nowego przyjaciela z błyskiem w oku, jakby coś sobie przypomniała.

- Jest szansa, że jutro to on mnie zabierze?

Ostrykieł zaczął obwąchiwać skórzane rękawy jej bolerka, po czym ufnie otarł się o nią. Czkawka przyjrzał się uważnie smokowi. Jakby każdy kolejny, delikatny dotyk ze strony Evel, utwierdzał go w przekonaniu, że dziewczyna jednak nie ma złych zamiarów. I to utwierdzał nadspodziewanie szybko. Mimo, że wcześniej smok zachowywał się tak, jakby ktoś kiedyś wobec niego takie zamiary miał.

- Kto wie? Chyba ci ufa - powiedział, bardziej do siebie niż do niej, po czym, widząc jej nieme pytanie, dodał wyjaśniająco. - Zobacz, jak tylko go dotknęłaś, od razu się uspokoił.

- To dobrze, prawda?

- Tak. Tylko tak sobie pomyślałem... zaufanie to jest coś, co nie codziennie zdobywa się... ot tak. Jak ty przed chwilą.

- Co masz na myśli? - przesunęła delikatnie palcami po smoczych łuskach, a Ostrykieł trącił ją lekko w ramię. Czkawka wskazał na niego głową.

- Widzisz? Może już kiedyś gdzieś cię spotkał... Albo ty jego. Przypomnij sobie.

Evel spojrzała jeszcze raz na smoka i zamyśliła się. Czkawka po cichu się wycofał, zostawiając ją sam na sam z nowym przyjacielem. Wtedy właśnie coś mocno szturchnęło go w plecy.

- Auć! Co... - zerknął za siebie. - Wichura?

17.Tajemnica

Dedyk dostaje PasjonatHTTYD, bo jako jedyny podzielił się swoimi przypuszczeniami :) (Matko, tylko mi nie mówcie, że jestem niesprawiedliwa, bo nie prosiłam wcześniej o spekulacje)

"- To Ostrykieł, Mieczyk."

Astrid zmarszczyła brwi. Przed oczami stanął jej magazyn, szczelnie wypełniony żywymi smokami. Ostrykieł.

Zganiła się w myślach. Na świecie żyje przecież mnóstwo takich zwierząt. Tylko pytanie, czy od dziś na widok każdego będzie odczuwała czuła to samo? Coś w rodzaju niepokoju? Chociaż nie... coś bardziej przypominającego poczucie winy. A może jedno i drugie? Jakkolwiek by tego nie nazwać, miała nadzieję, że jednak nie.

Zostawiła Czkawkę ze smokiem i wróciła na koc. Cisnęła topór zaraz obok posłania, choć wolałaby porzucać do celu. Niestety, było zbyt późno i ciemno, a w pobliżu rosły tylko gęste krzewy. Skuliła się i zamknęła oczy. Miała dość myślenia, musiała odpocząć.

Wichura warknęła i położyła łeb obok jej głowy. Astrid poczuła na policzku ciepłe powietrze i smocze łuski.

- Idź spać, mała... Nic mi nie jest - mruknęła cicho. Warknięcie tym razem przyszło z góry, bo smoczyca wstała i przyglądała się swojej przyjaciółce. Nawet na jej smoczy rozum - coś jednak musiało być na rzeczy. Astrid była niespokojna. Albo zła.

- Wszystko w porządku? - usłyszała nagle nad sobą ciche pytanie.

Ooch, serio? O ile obecność Wichury była właściwie na miejscu, o tyle jego - bardziej niż niepożądana.

- Jasne - dziewczyna nie otwarła oczu, żeby go czasem nie sprowokować do dalszej rozmowy. Mimo to kucnął koło niej, choć bardziej to wyczuła niż usłyszała.

Super. Tego jeszcze brakowało.

- Okej. A tak... naprawdę?

- To już było naprawdę - poprawiła ramię pod głową.

- Daj spokój. Przecież widzę.

- Co widzisz?

- Że coś cię gryzie. I powiedzmy, że mogę się domyślać, co. Prawda?

- A od kiedy cię tak wzięło na obserwację, co? - spytała ironicznie. Westchnął.

- Od dzisiaj.

- To dziękuję za troskę, zwalniam cię z tego obowiązku.

- Chciałem ci tylko pomóc.

- Doceniam chęci, ale marnujesz czas. Swój i mój - odwróciła się na drugi bok. Milczał.

- Powiedziałaś? - usłyszała po chwili za plecami.

Chyba dość jasno pokazała mu, że nie potrzebuje jego towarzystwa. Ale najwyraźniej Eret był odporny na tego typu bodźce.

- Daj mi święty spokój. Powiem, co i kiedy będę chciała, nie musisz mi dyktować.

- Aha. Czyli nie - pokiwał głową. Jego ton zirytował ją dość mocno.

- Mogę mieć do ciebie jedną prośbę? - spytała jadowicie.

- Wal śmiało - brunet jakby w ogóle nie zauważył, że pytanie podszyte jest złością. Albo nie chciał pokazać, że zauważył.

- Odczep się ode mnie - rzuciła rzeczowo, acz niebezpiecznie. - Dobrze radzę. Nie mam teraz ochoty na żadne towarzystwo i nie jesteś wyjątkiem.

Wyczuł, że z jakiegoś powodu się na niego wściekła. A może na siebie? W każdym razie obrywał za dobre chęci. Nie bardzo było mu to w smak, ale z drugiej strony nie zamierzał się kłócić. Pokiwał głową, ale Astrid tego nie zobaczyła.

- W razie czego...

- Coś powiedziałam - warknęła groźnie, w dalszym ciągu nie zaszczycając go ani jednym spojrzeniem, a jej dłoń powędrowała w stronę drzewca topora. Nawet na ślepo by go znalazła, to była jedna z podstawowych rzeczy. Dopiero ten gest wywarł na Erecie pożądany skutek.

- Wiem, pamiętam - wstał bez dalszego przeciągania i zdaje się poszedł; nie była w stanie stwierdzić tego z całą pewnością z zamkniętymi oczami. Nie wiedziała, na ile bezszelestnie umiał poruszać się po gęstej trawie.

Zacisnęła mocniej powieki, oddychając głęboko. Naprawdę nie chciała już myśleć. I w sumie nie miała nic przeciwko zaśnięciu. Tylko...

Raptem zdała sobie sprawę z ciszy, która ją otoczyła. Jakby nagle wszyscy sobie poszli. Nie zdążyła zasnąć, to pewne - a jednak nie słyszała ani ludzi, ani dzikiego smoka, ani nawet... Uchyliła powieki.

- Wichura? - powoli podniosła się na posłaniu. Miejsce Zębacza było puste. Pozostałe smoki leżały za to spokojnie przy swoich właścicielach. Pyskacz, Śledzik i Sztukamięs chyba już zasypiali, Szpadka również, a Mieczyk był zbyt zajęty składaniem z źdźbeł trawy modelu ogona Ostrykła, żeby wydawać jakiekolwiek dźwięki. Smark wciąż spał, co w połączeniu z zajęciem bliźniaków tłumaczyło ciszę. Tylko gdzie się podziała Wichura?

- Astrid... - dziewczyna usłyszała za plecami swoje imię. Odwróciła się i zobaczyła swoją smoczycę. Głos za to należał do Czkawki, który został tu najwyraźniej przeprowadzony przez przyjaciółkę. Być może jako środek zaradczy na kiepski humor jej pani. To się dziewczyna popisała...

Wichura trąciła ją nosem, powarkując z cicha.

- Tu jesteś! - uśmiechnęła się, głaszcząc jej ciepłe łuski. Szczerbatek podbiegł i zaczął łasić się do wodza.

- Wszystko w porządku? - spytał Czkawka, przyglądając się jej uważnie i przez przypadek ignorując swojego przyjaciela. To się Szczerbatkowi nie spodobało.

- Tak, tak... - zapewniła blondynka, zajęta smoczycą. - Wichurka niepotrzebnie ci przerwała.

- Nie przerwała - zaoponował lekko. - To Evel została przy smoku.

- Nieźle. Szybko jej na to pozwoliłeś - pokiwała głową. Mimo to usłyszał w jej głosie coś, co domagało się wyjaśnienia.

- Ten Ostrykieł dogadywał się z nią trochę lepiej niż ze mną - przyznał.

- Ach, czyli to znaczy, że już go...

- Hej! - Czkawka zaprotestował głośno i nagle, a Astrid oczywiście od razu przeniosła wzrok na chłopaka. Wyglądało to tak, jakby sprawdzał, czy Furia ma dość silny łeb, żeby go udźwignąć - choć w rzeczywistości raczej to Furia sprawdzała, a chłopak posłużył jej za model: Szczerbatek władował się pod niego i znienacka się podniósł, próbując wyprostować szyję, a Czkawka odruchowo chwycił się smoczego pyska.

- Ee, co... ty robisz? - skrzywiła się dziewczyna.

- Jego pytaj. Chyba się jeszcze nie zmęczył - mruknął, zsuwając się na ziemię mimo wyraźnego oporu wierzchowca, który balansował tak, żeby jeździec został u góry.

- Aha. A wracając: co z tym dzikim smokiem? - zainteresowała się. - Mam rozumieć, że już go oswoiłeś, hm?

- Oswoiliśmy - poprawił Czkawka, w końcu stając na własnych nogach. - Przynajmniej na tyle, żeby nas w nocy nie pozjadał.

Powoli, jakby w zamyśleniu pokiwała głową.

- To o tyle dobrze...

Nocna Furia znowu trąciła wodza łbem. Najwyraźniej miała dziś jeszcze ochotę na harce.

- Nie, mordko, ja już naprawdę nie mam siły - stwierdził. Furia prychnęła, dając do zrozumienia, że dziś to wierzchowce pracowały ciężej od jeźdźców. Czkawka zignorował niemą uwagę przyjaciela i odsunął od siebie smoczą głowę. - Koniec zabawy.

Po tych słowach natychmiast - pchnięty tą właśnie głową - wylądował na ziemi, zaraz obok dziewczyny. Smok gruchnął zadowolony i zawiesił nad leżącym swój pysk.

- Tak, bardzo śmieszne - mruknął, otrzepując twarz i ręce. - Bardzo. Kładź się, Szczerbek, a nie wydziwiaj. No, już, zimno mi.

Furia zaraz wykonała polecenie, a Czkawka odniósł wrażenie, że zmiażdżono mu płuca.

- Ale nie na mnie! Złaź, gadzie... - wyjęczał na resztkach powietrza. Astrid obserwowała to z boku i wyglądała na bardzo rozbawioną.

- Szczerbek, słyszysz? Zejdź... Udusisz mnie. O nie, nie nie nie... - na widok wielkiego, obślinionego języka tuż przed swoim nosem zdobył się na nadludzki wysiłek i wysunął się spod smoka, w ostatniej chwili unikając mokrego ataku. Szczerbatek zarechotał, wpatrując się w swojego ciężko dyszącego jeźdźca. Obszedł się wokół własnej osi, a potem położył za jego plecami. Astrid roześmiała się i lekko szturchnęła chłopaka w ramię.

- Tak cię rozbawiłem? - jęknął, podnosząc się lekko i patrząc na dziewczynę. Smok w międzyczasie wsunął się mu pod głowę.

- Dzięki, mordko - mruknął.

- Nie. No, może trochę... - przyznała, mrugając wesoło. Na twarzy Czkawki pojawił się zmęczony uśmiech.

- W takim razie było to czegoś warte.

Zmrużył oczy, bo powieki porządnie już mu ciążyły. Szczerbatek rozłożył szerzej swoje skrzydła i nakrył jednym z nich przyjaciela. Czkawka już prawie oparł się o Furię, ale na chwilę podniósł się jeszcze na łokciu.

- Idziesz spać? - zapytał, kryjąc ziewnięcie. Oczywiście pytanie kierowane było do Astrid. Chociaż właściwie nie było potrzebne; wiedział, że i tak nie da rady czuwać, choćby powiedziała "nie".

- Jasne - uśmiechnęła się i poprawiła koc, narzucając go sobie na ramię.

- To... do jutra - mruknął i położył się z powrotem. Kiedy tylko jego głowa dotknęła służącego mu za poduszkę ciepłego Szczerbatka, od razu zasnął.

18.Szczęki i głazy

Promienie wschodzącego słońca uporczywie wdzierały się pod powieki Czkawki od dobrych kilku minut. Walcząc z sennością, podniósł się i przetarł oczy. Świtało. W obozie panował niewielki ruch - Pyskacz, ranny ptaszek (w przeciwieństwie do swojego niespotykanie leniwego smoka), był już na chodzie i do spółki z załatwiającym dziś ryby Eretem zajmował się śniadaniem, za co Czkawka był mu po cichu bardzo wdzięczny. Zdarzało się bowiem, że w przypływie dobrych chęci to jego mama próbowała czasem swoich sił w gotowaniu, ale - jak wiadomo - chęci nie wystarczą, zwłaszcza kiedy chodzi o zmysł smaku. Wprawdzie u wikingów na porządku dziennym były potrawy zimne, niedogotowane czy wręcz surowe, ale wódz nie miał pojęcia, co można zrobić ze zwyczajnej makreli przy użyciu ognia, noża i sporadycznie także wrzącej wody. Przekonał się o tym dopiero podczas pewnego biwaku... Od tamtej pory bardziej pilnował, żeby między matką i gotowaniem trzymać bezpieczny dystans.

Śledzik po cichu rozmawiał ze swoją Sztukamięs, Astrid - o dziwo - jeszcze spała, bliźniaki także (i to w tym samym miejscu, w którym widział je wieczorem!), a Sączysmark gdzieś mu się stracił. Jednak o niego akurat nie musiał się martwić. Chyba.

Przeciągnął się i zsunął z siebie skrzydło Szczerbatka, który zareagował na dotyk i powoli mrugając, podniósł łeb. Warknął przyjaźnie w stronę swojego jeźdźca.

- Hej, mordko - uśmiechnął się. - Dobrze spałeś?

Smok wydał z siebie krótki pomruk, a chłopak klepnął go po pysku.

- To super. Do śniadania mamy jeszcze trochę czasu - spojrzał na przygotowania Pyskacza i ocenił czas na jakiś kwadrans. Nocna Furia w ogóle nie przejawiła zainteresowania posiłkiem, od niechcenia węsząc koło swoich pazurów. Wódz jeszcze raz omiótł wzrokiem obóz, po czym gestem zachęcił przyjaciela do podniesienia się z ziemi.

- Chodź, pójdziemy sprawdzić, jak poradziła sobie Evel... Ciekawe, czy w ogóle przyszło jej do głowy się przespać.

Szczerbatek ziewnął, rozprostował łapy i skrzydła i posłusznie potruchtał za wodzem. Miejsce brunetki znajdowało się kawałek dalej, za Marudą, dlatego Czkawka wcześniej nie mógł jej zobaczyć. Minął ulubieńca kowala i zatrzymał się w miejscu, w którym wczoraj widział dziewczynę. Pusto.

- Czyli nie przyszło - westchnął. - No, chyba że nie tylko bliźniakom zdarza się lunatykować.

Szczerbatek rozejrzał się, a potem spojrzał na jeźdźca znacząco i kłapnął paszczą.

- Nie, co ty - zapanował od razu. - Na pewno jej nie zjadł. Chociaż, swoją drogą, ciekawe, gdzie z nim poszła... - rzucił okiem pod nogi. Na ziemi, obok śladów Ostrykła, zobaczył też wyraźnie zarysowane łapy Koszmara Ponocnika. Odruchowo zerknął za siebie - tak, Hakokieł także zniknął (właściwie nie dziwne, skoro w obozie nie było Jorgensona). Kucnął i dotknął palcami wgłębienia po wielkich szponach.

- Hm, zapewne nasz przyjaciel postanowił... - jego dalsze słowa zagłuszył szum skrzydeł, pęd wiatru i przede wszystkim donośny wrzask Sączysmarka, który pruł na smoku do góry nogami, zaraz na wysokości gałęzi rozłożystych krzewów, czyli zatrważająco nisko.

- Auć - skrzywił się Czkawka, nie mogąc słuchać tego darcia. Szczerbatek za to wyglądał na zainteresowanego. Zaraz za Hakokłem przyleciała Evel, z tą jedynie różnicą, że Ostrykieł lepiej odmierzył wysokość i dziewczyna nie miała liści na twarzy; piszczała jednak na równi głośno. Ponocnik wyhamował dopiero daleko nad oceanem, zrobił zwrot przez pionową pętlę i wrócił na wyspę, przy lądowaniu szorując ogonem i łapami o ziemię.

- Ha ha, podobało się? - Sączysmark oparł się wyzywająco o rogi swojego smoka. - Widzę, że wytężasz zazdrośnie patrzałki, oglądając pokaz moich umiejętności treserskich.

Czkawka z kamienną twarzą strzepnął sobie z rękawa grudkę ziemi, a Szczerbatek kichnął.

- Cześć, Sączysmark. Nie sądziłem, że z ciebie taki ranny ptaszek.

Evel wylądowała o wiele spokojniej i zeskoczyła z grzbietu Ostrykła, przedtem zrzucając z buta pętlę. Dopiero teraz wódz zauważył, że pod brzuchem smoka przeciągnięty był gruby sznur, w który dziewczyna wsunęła stopy. Takie strzemiona od dołu. To tłumaczyło, dlaczego nie spadła, lecąc do góry nogami bez siodła.

Sączysmark uniósł znacząco brwi i wskazał dziewczynę.

- Zrobiliśmy sobie mały trening... Co nie, Evel?

- Czkawka, cześć! Obudziliśmy cię? - spytała nagle, widząc jego minę.

- Nie, skąd. Przyszedłem tylko sprawdzić, jak sobie z nim radzisz - uśmiechnął się nieznacznie.

- Doskonale - wtrącił się Sączysmark, mrugając do niej porozumiewawczo. - Pod moim okiem nauczyła Szczękogłaza latać jeźdźcem w dół. Też musisz spróbować, wrażenia niesamowite.

- Szczękogłaz? - Czkawka podszedł ostrożnie i zaczął manipulować dłonią przed oczami smoka, który, bardzo zadowolony z poświęconej uwagi, wodził wzrokiem za jego palcem.

- Tak sobie pomyślałam... W nocy zeżarł mi całkiem sporo gruzu.

- Gruzu? - zdziwił się, nie odrywając zainteresowanego wzroku od zwierzęcia. - Ciekawe, Ostrykły zazwyczaj są dość wybredne. I poza geodami nie jadają kamieni, tylko ryby.

- Nie, ten węszył i gryzł jak najęty - zamiast na smoka, patrzyła teraz na Czkawkę (dyskretnie, starając się przy okazji nie ściągnąć na siebie jego spojrzenia). - Myślałam sobie, że może właśnie tej geody szukał. Kieł też kiedyś tak robił. Tyle, że nigdy nie nawcinał się zwykłych skał w takich ilościach.

- I nie miał potem żadnych problemów?

- Właśnie nie. Dlatego byłam zaskoczona.

- Aha... no, rzeczywiście dziwne - wódz oderwał wreszcie wzrok od smoka i spojrzał na Evel. - Ale może tak po prostu ma. Był głodny albo coś... Spałaś w ogóle? - spytał życzliwie, przeglądając się jej twarzy. Dziewczyna zarumieniła się lekko, ale nie zdążyła się odezwać, bo o swoim istnieniu postanowił przypomnieć światu ich towarzysz.

- No co, musiał mieć trochę siły, żeby mógł dzisiaj poćwiczyć z Sączysmarkiem i swoją nową przyjaciółką... - Jorgenson oparł się zalotnie o rogi Hakokła i posłał dziewczynie maślane spojrzenie. - Hej, mała, może teraz dasz mu odpocząć i przelecisz się ze mną? Na siodle jest dużo miejsca, zapraszam...

- To... ee, bardzo miło z twojej strony, ale podziękuję - Evel wskoczyła szybko na swojego smoka. - Właśnie sobie przypomniałam, że miałam dopilnować dziś prowiantu.

Zanim Sączysmark zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Ostrykieł wzbił się w powietrze i poleciał w stronę plaży. Czkawka westchnął.

- Chyba ją przepłoszyłeś.

- Co ty nie powiesz! Wszystko było super, dopóki nie przyszedłeś - odciął się Jorgenson.

- Nie, dopóki nie zaproponowałeś jej tego lotu - zauważył sceptycznie.

- A co miałem zaproponować? Oglądanie nudnych jak flaki z olejem lektur na temat stworzeń z drugiego końca Archipelagu, jak Śledziu, autodestrukcję z efektami w postaci zamkogłowych fajerwerków, jak Mieczyk, czy... - zawiesił głos, bo brakło mu pomysłu. - No. Nawet wolę nie zgadywać, co ty byś wymyślił.

- Pewnie... nic - wzruszył ramionami. - Bo to chyba nie był moment na propozycje.

- Czkawka, Czkawka, błagam cię. Na "nic" dziewczyny nie lecą, a ta mała ma być moja.

- Z takim podejściem to możesz się już chyba z nią pożegnać - stwierdził wódz z głębokim przekonaniem. - Kobieta to nie medal na Roztopach, który ci się należy, bo uważasz, że powinien, bo po prostu chcesz.

- A udowodnić ci, że nie? - spytał ostro. - I odczep się od moich rodowych medali.

- Jeżeli zamierzasz cokolwiek tu udowadniać, to najwyżej przed samym sobą. Ja mam doprawdy milion przyjemniejszych spraw niż oglądanie twoich popisów.

Jorgenson nabrał w płuca powietrza, zbierając się do dłuższej odpowiedzi - ale że nic dość mądrego nie przyszło mu do głowy, po prostu uderzył pięścią w róg Hakokła, który w ramach ostrzeżenia lekko przypalił mu siedzenie.

- Aaaoooch!... Ty wredny gadzie... Wiesz co, Czkawka? Wypchaj się smoczą łuską z tymi twoimi mądrościami. Gorzej jak Śledzik: gada, ale tylko żeby powiedzieć. Nic mi nie pomagasz.

- No proszę, nie sądziłem, że szukasz u mnie pomocy... - mruknął z udanym zdziwieniem. - A to można po prostu poprosić, wiesz?

- Jorgensonowie się nie proszą - odparł dumnie, ale minę miał niezbyt pewną. - No, bo niby ty co byś na moim miejscu zrobił?

- Ooo, hola, hola - podniósł obie dłonie. - Ode mnie do ciebie daleka droga.

- Oj, no to na swoim miejscu - dopytywał zniecierpliwiony. - Ale co byś zrobił?

- Nie wiem. Może... po prostu bym porozmawiał? - podsunął nieśmiało.

- Ale jak?

- No, normalnie - wzruszył ramionami.

- Czyli mam z nią gadać? - Smark wytrzeszczył oczy, akcentując (raczej nie pozytywnie) ostatnie słowo.

- No... chyba tak. Albo w czymś pomóc, gdyby potrzebowała.

Sączysmark spojrzał na niego krzywo.

- Ty chyba zapomniałeś, z kim rozmawiasz. Pytałem o realne rozwiązania, jasne?

- A tak, przepraszam... No, skoro Jorgenson nie jest w stanie zdobyć się na odrobinę życzliwości, to ja tu nic więcej nie poradzę - rozłożył ręce.

- No, i nie mówiłem? Gorzej jak Śledź, wy jesteście siebie nawzajem po równo warci. Lecę zabrać swoje rzeczy - warknął, i, szarpiąc się z Hakokłem, powoli potułał się w stronę ogniska.

Wódz pokręcił głową z mimowolnym uśmiechem i spojrzał na smoka.

- No i co z nim zrobisz? Nic nie zrobisz. Zawsze będzie próbował po swojemu.

Furia gruchnęła i nagłym ruchem wsunęła mu się pod nogi, ładując sobie na grzbiet zaskoczonego jeźdźca.

- Tak, masz rację - potarmosił jego mordkę. - Czas się zbierać.


Ostatnie zdanie dedykuję Kasi z gimnazjum (co z tego, że tego nie przeczyta xd). Nigdy nie zapomnę tej chemii :)

19.Cukier, sól, pieprz

Koniu i Domisia dostają dedyka za wierne oczekiwanie na spóźnione nexty i wyrozumiałość dla moich problemów z Internetem. A Czarciousta - za wszystko, skarbie :) Szczerze Wam życzę, żebyście nie usnęli z nudów na tym rozdziale xd

Na Berk trwało łagodne, słoneczne popołudnie. W wiosce panowała wrzawa jak co dzień, nic nadzwyczajnego. Większość prac toczyła się swoimi torami. Jedynie na arenie nic nie chciało iść, jak powinno. Od powrotu z wyprawy na Drago minęły raptem trzy dni, a jeźdźcy już stanęli przed kolejnym, dosyć poważnym i zastanawiającym problemem. Tym razem okazał się nim...

- Hakokieł! Wredny gadzie, leć no wreszcie prosto! - wrzeszczał Sączysmark, walcząc na arenie ze swoim smokiem. Ponocnik wściekł się i tak porządnie przyłożył jeźdźcem w posadzkę, że Czkawka musiał zamknąć oczy.

- A jak go wyprowadzaliśmy, był taki spokojny - mruknęła Astrid.

- I widzisz? Nie mówiłem? - Sączysmark zebrał się z ziemi, otrzepując ręce. - Przecież on kompletnie oszalał!

- Może nie tak kompletnie - zauważył Śledzik, wskazując smoka. - Widzisz, Czkawka? Teraz się słania, zupełnie jak wtedy z Ognioglistami...

- Wtedy to było zupełnie co innego - warknął Sączysmark, patrząc na Ponocnika spode łba.

- Ja tam bym jednak zerknął do Księgi - powiedział Ingerman i na chwilę zniknął z pola widzenia.

- To co? Podnieść kopułę? - krzyknął z góry Mieczyk.

- Ani mi się waż! - odpowiedział Jorgenson. - Nie wiem, co on za numer próbuje wykręcić, ale ja mu tego nie ułatwię.

Czkawka pokręcił głową.

- Nie widzisz, że jemu naprawdę coś jest? Strasznie go to męczy.

- A co, według ciebie, mądralo? - fuknął wiking. - Przecież nie wąchał oleandrów, nie zeżarł węgorza, a od smoczymiętki to się wręcz trzymał na dystans. Jest zdrów jak ryba!

- Taka przed kilkoma godzinami wyciągnięta z wody - uzupełniła Astrid. Sączysmark poczęstował ją nienawistnym spojrzeniem. Czkawka nie zwrócił na nich uwagi. Ostrożnie postąpił kilka kroków w kierunku Ponocnika.

- Ooj, przyjacielu, ja bym nie podchodził - przestrzegł Sączysmark, wycofując się. - Chyba, że bardzo lubisz ból. To znaczy, nie, żebym ja nie lubił, tak samo jak ryzyka i adrenaliny, ale są pewne granice tych przyjemności...

Wódz jednak był już przy smoku, który nadal leżał spokojnie. Przyklęknął obok niego i przyjrzał mu się uważnie. Rzeczywiście, tym razem objawy nie wskazywały na żadną z wymienionych przez Jorgensona smoczych przypadłości. Skóra Koszmara Ponocnika również była normalnego koloru, więc wspomniany śmiertelny brak samozapłonu na szczęście zwierzęciu nie groził... Hakokieł nagle podniósł na wodza zwężone źrenice i prychnął, zapalając fragment skrzydła.

- Ja na to nie patrzę - Sączysmark założył ręce i zamknął oczy. Czkawka wstrzymał oddech, ale pomocnik tylko podniósł łapę, zupełnie obojętnym gestem podrapał się po brzuchu i ponownie położył łeb na ziemi. Jeźdźcy odetchnęli.

- Śledzik, co możesz o tym powiedzieć? - wódz zerknął na przyjaciela, który właśnie wracał, wertując Księgę.

- Tak sobie patrzę... - mruknął, poślinił palec i przewrócił stronę.

- No i co? Patrzenie jeszcze nigdy nikomu w niczym nie pomogło - zniecierpliwił się Sączysmark.

- Łał, jak ładnie zanegowałeś to zdanie, trzy razy co najmniej - przyznała z udanym podziwem Astrid.

- To jest sprawa między mną a nim, więc sobie daruj, skarbie, dobrze? - wiking wymierzył w nią palec, ale dziewczyna błyskawicznym ruchem mu go wykręciła. Jorgenson jęknął (już nawet nie tyle z bólu, co z przyzwyczajenia).

- W sumie cztery. Prosiłam, żebyś tak do mnie nie mówił - uśmiechnęła się pod nosem i puściła jego rękę.

- Jasne - stęknął, próbując rozruszać obolałą część ciała.

- Czkawka, pamiętasz Paszczony? - odezwał się nagle Śledzik. Wszyscy równocześnie spojrzeli na wikinga.

- Pewnie. A co? - wódz spojrzał wyczekująco, więc Ingerman stuknął palcem w jedną ze stron.

- W Księdze Smoków jest napisane, że to nie jedyne smocze pasożyty. Z boku jest dorysowany trochę mniejszy od niej robaczek, i to niby jest smocza pluskwa. Ponoć nie jest jadowita, do czegokolwiek się to odnosi. Zobacz - otworzył książkę na jednej ze stron i podał Czkawce.

- Może to znaczy, że nie wywołuje u chorego smoka chęci zamordowania swojego jeźdźca z zimną krwią - zasugerował, porównując rozmiary obydwu rysunków.

- Tak... może one po prostu strasznie drażnią smoki - skinął głową. - To by wyjaśniało, dlaczego Hakokieł się tak zachowuje.

- No dobrze, ale nie ma tu nic więcej na ich temat - zmarszczył brwi, kartkując dla pewności i pobieżnie przeglądając inne rozdziały.

- Zgadza się, ani słowa - przytaknął Śledzik.

- I co teraz, jak on ma te pluskwy? - spytał zdenerwowany Sączysmark.

- Nie wiem - Śledzik wzruszył ramionami.

- To się dowiaduj!

- A skąd? Chyba słyszałeś, nie ma. Przecież ci nie wyczaruję.

- Czekajcie - uciszył ich wódz. - Skoro ten... no, cokolwiek to jest, ma coś wspólnego z Paszczonem, to powinniśmy przede wszystkim założyć, że Hakokieł złapał to gdzieś, a nie od czegoś - powiódł wzrokiem po twarzach jeźdźców. Odpowiedziała mu cisza, bo nikt nie zrozumiał, o co mu chodziło.

- Mamy coś powiedzieć? - zdziwił się Sączysmark.

- Dobra, może spytam wprost: wasze smoki zachowują się normalnie, tak?

Jeźdźcy jednocześnie spojrzeli na zwierzęta, które przez cały czas spokojnie siedziały sobie przy bramie. Chyba nic im nie było.

- No raczej - odpowiedział z góry Mieczyk. Zębiróg już od dłuższej chwili kołysał się na łańcuchach siatki, obok dwóch Ponocników, bo początkowo Czkawka myślał, że będzie trzeba podnieść kopułę, a pech chciał, żeby wysiadł mechanizm (z tego powodu wszystkie gady były przywiązane długimi sznurami do łańcucha, dzięki któremu można było dźwignąć metalową siatkę). Same bliźniaki właśnie ćwiczyły zwis głową do dołu.

- Nasz jest w porządku - dopowiedziała Szpadka, zerkając na swojego wierzchowca (czy też raczej na jego głowę).

- No, to znaczy, że Hakokieł nie rozsiewa pasożyta - wyjaśnił Czkawka. - Ani nie robi tego żaden inny smok. A to bardzo dobrze. Bo to znaczy, że nie grozi nam epidemia, no i oczywiście dowodzi, że smok musiał chwycić to w jakimś miejscu, gdzie akurat sobie żyło.

- Pewnie gdzieś po drodze - podsunęła Astrid.

- Świetnie - usłyszeli znowu Thorstona. - To co, podniesiemy w końcu tę kopułę?

- Nie! - zniecierpliwił się Czkawka. - Możesz już stamtąd zejść, Mieczyk. Dzisiaj raczej zostanie.

- Co? - jęknął zawiedziony.

- To, co właśnie powiedziałem. Kopuła zostaje - powtórzył kategorycznie. - Puść smoki.

Mieczyk westchnął głęboko, co znaczyło, że w końcu do niego dotarło - ale mimo to nie kwapił się do spełnienia polecenia.

- Dobra, ale i tak nie mogę, bo rozumiesz... bo my gramy na to, kto dłużej będzie zwisał - wyjaśnił, wskazując na Szpadkę. - A ty wiesz, że w takie rzeczy to ja jestem mistrzem, jak mi się tylko nie przeszkadza i nie każe przerywać.

- Zrozumiem tylko pod warunkiem, że nie będziecie przeszkadzać.

- Masz jak chleb w piekarni w niedzielę wieczorem - zapewnił z całego serca Thorston. Wódz pokręcił głową i spojrzał na Hakokła.

- No dobrze, czyli co: nie wiemy, gdzie to złapał ani jak się to leczy - podsumowała Astrid.

- Na pewno nie ogniem - zauważyła Szpadka. - Bo on się pali.

- Tak, racja, ogień odpada... woda chyba też - potwierdził Czkawka, nie tłumacząc jednak swojego przypuszczenia. Niedługo później miał przekonać się, że dla wszystkich lepiej by było, gdyby jednak zawczasu wytłumaczył.

- Widzisz, jak byś tak trochę powisiał, to byś wiedział - uśmiechnęła się pod nosem Szpadka.

- Może kiedyś znajdę chwilę czasu - odparł, notując coś przy obrazku. - Ale na razie jakoś sobie radzę, nawet bez tego.

- No, a my nie - odparł Mieczyk, wzruszając ramionami, co wyglądało raczej zabawnie.

- To co mogłoby wypłoszyć tego robaka? - Śledzik spojrzał Czkawce przez ramię.

- Nie mam bladego pojęcia - przyznał.

- Czekaj... - Ingerman postukał się w czoło, namyślając się. - Skoro na Paszczony działa sól...

- To z tymi też sobie poradzi! - zapalił się Sączysmark i poklepał Śledzika po ramieniu. - Widziałem, że coś wymyślisz, złota rybko. Zaraz przyniosę - zerwał się z miejsca, i, potykając się o własne nogi, wybiegł z Akademii.

- Czekaj! Nie jestem pewien... - zaczął Czkawka, ale Jorgenson był już zbyt daleko, żeby go mógł (albo chciał) usłyszeć.

- Czego? - spytał z góry Mieczyk. Czkawka pokręcił głową.

- Albo raczej jestem pewien, że nie. To jest zły pomysł. Zły, kiepski, fatalny... - stwierdził, mierzwiąc sobie włosy i usilnie się na czymś zastanawiając.

- Czemu? To całkiem logiczne i ma szansę się udać - wtrąciła Astrid.

- Ma? A pamiętasz, jak nasze smoki reagowały wtedy na sól? - przynaglił ją wzrokiem.

- No... trzymały dystans, ogólnie rzecz biorąc - skinęła głową.

- No właśnie! A Hakokieł, jak pewnie już niejedno z nas zdążyło zauważyć...

Nie dane mu było dokończyć. Sączysmark wpadł na arenę, taszcząc dwie różnej wielkości beczki. Małą odrzucił na bok, jakby zostawiał na później.

- Mała kąpiel! - krzyknął, otworzył większą z nich i nie czekając, zamierzył się na smoka.

- Nie, stój, czekaj! - Czkawka wyciągnał obie ręce przed siebie i stanął między smokiem a jeźdźcem, próbując zatrzymać Jorgensona, ale ten już zdążył wziąć porządny rozmach i, nie zważając na protesty wodza, chlapnął w stronę wierzchowca całą zawartością.

- No, było co dźwigać! - zawołał z ulgą, odrzucając beczkę.

Czkawka powoli rozwarł zaciśnięte powieki i ręką przetarł twarz.

- Sączysmark... - wysyczał przez zaciśnięte zęby.

- Nie jęcz! Thor mi świadkiem, pięknie wyglądasz - roześmiał się, patrząc na ociekającego wodą przyjaciela. Szczerbatek natychmiast podbiegł i fuknął ostro.

- Ej, ale co? Nie odsunął się, moja to wina? - wzruszył ramionami i podszedł do Ponocnika. - I pięknie, zołzy uciekły, gdzie pieprz rośnie. Chodź, mały, przelecimy się.

Furia warknęła przeciągle i pokazała zęby, ale Czkawka pogłaskał ją po głowie.

- Już dobrze, mordko.

Hakokieł w tym czasie otrzepał się dokładnie, ale zamiast się uspokoić, niespodziewanie zaryczał w stronę swojego jeźdźca.

- Hej, kolego, szacunku trochę - zdenerwował się Sączysmark, ale smok ani myślał usłuchać.

- Czkawka! - Jorgenson zrobił kilka kroków wstecz. - Co się dzieje?

- O to mi właśnie chodziło... Słuchajcie, przecież słona woda nie mogła zadziałać, bo na Wyspie Ostrykła Hakokieł sam łowił ryby!

- To nie mogłeś od razu powiedzieć? - Astrid cofnęła się, uważnie obserwując każdy ruch Ponocnika.

- Próbowałem - odparł ostro, przysuwając się bliżej Nocnej Furii.

- Poczekajcie, mam pomysł! Może w tej wodzie było za mało soli - zawołał nagle Sączysmark, po czym odwrócił się i otworzył drugą beczułkę. Przyjaciele zobaczyli tam jakiś biały proszek.

- Zwariowałeś, mało ci?! - Czkawka chciał wyrwać mu z rąk przedmiot, ale Jorgenson był szybszy i sypnął solą w stronę mokrego jeszcze Hakokła. Ponocnik zaryczał wściekle, poderwał się jak oparzony i zaczął się miotać po arenie. Wódz doskoczył do Szczerbatka i wsiadł na jego grzbiet.

- Ale widok... W głowie mi się chyba zaczyna kręcić - westchnął Mieczyk.

- A może trzeba go było posypać cukrem? - zauważyła poniewczasie Szpadka.

- Nie, ja wiem, ja wiem! - zawołał nagle Thorston. - Pieprzem!

- W sumie to on już zachowuje się jak popieprzony - oceniła siostra. - Oj, to był ogromny błąd, bracie, że ten Smark mu tak dosolił.

- Sól, cukier, pieprz... Chrzanić te wszystkie przyprawy - westchnął z goryczą Thorston.

- Bliźniaki, zamykać bramę! - nakazał Czkawka. Poderwał Furię w powietrze, zawrócił do Astrid i porwał ją z miejsca, w którym chwilę później rozbił się pierwszy pocisk.

- Dzięki - mruknęła w pośpiechu, kiedy podrzucił ją na Wichurę. Śledzik schował się pod Sztukamięs, która zawarczała, gotowa w każdej chwili bronić swojego przyjaciela.

- Ratunku, weźcie coś zróbcie! - zawył Sączysmark. - On mnie upiecze żywcem!

- Nic dziwnego, skoro postąpiłeś z nim jak z wielkim stekiem i zamarynowałeś solą! - Czkawka zabrał Jorgensona na Nocną Furię.

- Myślałem, że mu pomoże!

- Ty już lepiej nie myśl, bo to się potem tragicznie kończy.

- Ale ja naprawdę chciałem pomóc!

- No, jakoś tam pomogłeś - chłopak przestawił lotkę i zmienił kierunek lotu. - Teraz na sto procent nie czuje tych pluskiew.

- Ty to potrafisz pocieszyć - mruknął Sączysmark i schylił się przed kolejnym pociskiem, tym razem wymierzonym w jego kierunku. Hakokieł zawarczał wściekle i rozgorączkowanym wzrokiem rozejrzał się po arenie. Dookoła niego wciąż krążyły Nocna Furia i Zębacz, i każdemu dawała się już we znaki niewielka ilość miejsca. Smok podniósł łeb i zaryczał, widząc rozciągniętą nad sobą siatkę. Zaczął rozglądać się za innym wyjściem, i niebawem dostrzegł otwartą bramę. Tyle tylko, że po drodze stała jeszcze gotowa do walki Sztukamięs i rozpłaszczony pod nią Śledzik.

Czkawka zauważył zmianę w zachowaniu wielkiego gada. Podążył za jego wzrokiem i też zauważył otwarte przejście.

- No błagam... - uderzył się w czoło. - Miecz! Szpadka! Do was to jak do ściany! - krzyknął, wzbił się pod samą kopułę i spróbował przedostać się do bramy, przelatując nad rozwścieczonym smokiem, który teraz zaczął strzelać w stronę przerażonego Ingermana. Nie było to jednak proste.

- Śledzik, uciekaj! - usłyszał głos Astrid, a Zębacz zaatakował Ponocnika, odwracając jego uwagę od Sztukamięs. Hakokieł, chcąc nie chcąc, też odpowiedział ogniem. Śledzik wykorzystał ten moment i dosiadł smoczycy.

- Piątka! - wrzasnął nagle Mieczyk tuż przed Czkawką, wyciągając przed siebie obie ręce.

- Co?... - nie zdążył zareagować, bo dłoń bliźniaka, rozpłaszczona znienacka na jego twarzy, skutecznie zatrzymała go w miejscu (a z nim i Sączysmarka), podczas gdy Szczerbatek poleciał dalej bez jeźdźca i rozbił się zaraz przy bramie. Natychmiast zerwał się z miejsca, otrzepał i popędził w stronę Czkawki, który powoli podnosił się z ziemi.

- Już... Nic mi nie jest. Pryskamy - mruknął wódz i wsiadł na jego grzbiet. Nocna Furia wzbiła się w powietrze, chwytając przy okazji zdezorientowanego Jorgensona. Ponocnik odwrócił się i znowu wściekle zaryczał, ale tym razem nie atakował. Wydawało się, że szuka wzrokiem swojego pana.

- Wcześniej nie był taki agresywny - mruknął Sączysmark, któremu przez moment naprawdę zrobiło się go żal.

- Myślisz, że jak bardzo go to mogło pogryźć? Będzie chyba tydzień, od kiedy złapał to świństwo... Bo zdaje się, że złapał zaraz na pierwszej przerwie, jak lecieliśmy po Drago. Od tego czasu momentami szaleje.

- Pewnie dosyć mocno. A sól też robi swoje - Czkawka wzruszył ramionami. Sączysmark posłał do góry nienawistne spojrzenie.

- Możesz już skończyć z tą solą?

- Próbować można, ale niczego nie obiecuję. W końcu nie oszukujmy się, to nie pluskwy palą mu teraz skórę - mruknął, a Szczerbatek okręcił się wokół własnej osi i przysiadł na arenie. Hakokieł jeszcze raz głośno warknął w stronę przyjaciela.

- On chyba chce, żebyś mu pomógł - powiedziała cicho blondynka, lądując obok nich. Śledzik w tym czasie ostrożnie ruszył do wyjścia.

- Astrid ma rację - Czkawka skinął głową. - Musimy go jakoś przetransportować do zatoki, żeby spłukać z niego tę sól, tylko tak, żeby nie zrobił krzywdy sobie ani nam. A jak pozwolimy mu polecieć bez kontroli, może przypadkiem zniszczyć całą wioskę.

- To co ja mam z nim zrobić?

Śledzik i Sztukamięs cicho opuścili arenę.

- Uspokój go, to może pozwoli ci się dosiąść - zasugerowała dziewczyna.

- Co ty, znam lepszy sposób. Przemówię mu do rozsądku i po sprawie - zacisnął pięść, ale Czkawka go powstrzymał.

- Ani mi się waż! Rozwścieczysz go bardziej i nas tu pozabija. Jeśli chcesz do niego podejść, to tylko spokojnie.

- Spróbuję - mruknął Jorgenson i ruszył w stronę Koszmara Ponocnika. Ten obniżył łeb i cicho ryknął w jego stronę.

- No już, już, mały... grzecznie - wiking wyciągnął przed siebie otwartą dłoń, a Hakokieł powitał go ciepłym podmuchem.

- Dobry smok. Spokojnie... Czkawka, ja ci tego nie daruję - warknął półszeptem. - Chcemy ci tylko pomóc - dodał najłagodniej, jak umiał, uważnie obserwując jego zachowanie. Czkawka i Astrid wstrzymali oddech.

- Zaraz cię puścimy, polecisz sobie do zatoki... I ten... Nie przejmuj się, zejdzie paskudztwo. Tylko dobrze by było, jakbyś zaczął wreszcie współpracować. Z nami. To znaczy, ze mną. Z nimi to nawet nie musisz - plątał się, a Hakokieł uderzył ogonem o ziemię. Czkawka zakrył oczy dłonią, a smok prychnął. Widać było, że - owszem, zaczyna - ale raczej tracić cierpliwość, bo wilgotna mieszanka na skórze coraz bardziej go drażniła.

- Pospiesz się - ostrzegł wódz.

- Przecież się staram - wycedził przez zęby.

- To coś kiepsko ci idzie - wtrąciła Astrid.

- A dziwisz się? Wojownicy nie bawią się w uspokajanie, więc chyba normalne, że go to wkurza.

- Dobra, rób już, co i jak chcesz, byle raz dwa - powiedział wódz.

- I to rozumiem - mruknął Jorgenson, wracając z powrotem do zwierzęcia.

- Inaczej: jak tylko zgodzisz się mnie zabrać, zaraz polecisz się wykąpać - stwierdził, buntowniczo zakładając ręce. - Ale jeśli nie chcesz, nie ma musu. Ja mam czas, poczekam.

Hakokieł przez chwilę mierzył się z właścicielem wzrokiem, po czym warknął cicho i w końcu opuścił szyję do samej ziemi, pozwalając jeźdźcowi wejść na siodło.

- Widzisz, Czkawuś? Tak się powinno prowadzić negocjacje - Sączysmark uśmiechnął się i już chwycił się jego rogów, kiedy nagle dał się słyszeć trzask zamykającej się bramy. Śledzik spojrzał na wodza, który pokazał mu uniesiony kciuk. Ponocnik poderwał się jak oparzony.

- Uważaj! - Czkawka poderwał Szczerbatka i zabrał Jorgensona, bo smok, przyparty do muru, rozpalił się intensywnie żółtym płomieniem. Natychmiast zgasł i zaryczał, ale po chwili znów zapalił się na sekundę i zaczął się miotać po arenie.

- Łał, widziałeś ten kolor? - Sączysmark patrzył zdziwiony. - Normalnie jakbym go nafaszerował południowym słońcem! Skąd mu się to wzięło?

- Może to też wina soli, Thor jeden wie...

- Hej, miałeś już skończyć! - rozeźlił się wiking.

- Ooch, błagam, mniejsza o to! Teraz jesteśmy uwięzieni w jednej klatce z szalejącym Koszmarem Ponocnikiem, więc o kolorach pogadamy sobie, jak już będziemy na zewnątrz!

- Zwariowałeś? Chcesz stąd uciekać i zostawić go w tym stanie? - Jorgenson był oburzony.

- Tak, a zatrzasnąć się z nim w jednym pomieszczeniu pozwoliłem tylko przez przypadek! - Czkawka stracił cierpliwość. - Jasne, że nie. Musimy go złapać.

- Ale jak? - Astrid podleciała z boku, podczas gdy Hakokieł rzucał się na wszystkie strony na środku areny.

- Chcesz na ten kłębek nerwów rzucić sieć czy związać sznurem?

- W sumie to nieważne - wtrącił się Sączysmark. - I tak nie pozwoli nam zbliżyć się do skrzyni.

- Może któremuś z nas uda się go dosiąść - stwierdził i przeleciał na drugą stronę. Szczerbatek ostro przyhamował, żeby nie uderzyć w kopułę.

- Albo uprażymy się jak te rybki na ognisku... - dorzucił Jorgenson, patrząc, jak Hakokieł co chwilę wybucha jasnożółtym płomieniem.

- Nie mamy wyjścia, musimy zaryzykować - mruknął, zatrzymując Furię zaraz nad Ponocnikiem. - Zresztą, myślę, że mimo wszystko nie pała żądzą mordu, przynajmniej nie w stosunku do wszystkich. Idziesz na ochotnika? - obrócił się na przyjaciela z kpiącym uśmieszkiem.

- Chyba żartujesz! - żachnął się ostro. Czkawka wzruszył ramionami i zablokował ogon Szczerbatka.

- Dom wariatów - mruknął Sączysmark.

- Śledzik, bliźniaki! Przygotować się do podniesienia kopuły! - krzyknął wódz i kucnął na siodle. - Jak na niego wsiądę, to będę mieć na sterowanie kilka sekund.

- Czekaj! - wrzasnęła nagle Szpadka. - Jak podniesiesz, to zlecimy, a ja zaraz wygram!

Czkawka podniósł wzrok i ze zdziwieniem zauważył, że bliźniaki nadal zwisają nad areną, a Mieczyk rzeczywiście trzyma się już ledwo co. Hakokieł także zwrócił uwagę na krzyk dziewczyny. Szybko jak błyskawica rozłożył skrzydła i wzbił się w powietrze, strącając na ziemię Nocną Furię. Sączysmark w ostatniej chwili przytrzymał się uchwytu, ale Czkawka nie zdążył nawet kiwnąć palcem, bo skrzydło Ponocnika zmiotło go z siodła.

- Wichura! - smoczyca na znak przyjaciółki zanurkowała i chwyciła chłopaka w swoje potężne szpony, po czym ostrożnie postawiła go na ziemi.

- Dzięki - rzucił przez ramię i podbiegł do Szczerbatka. Tymczasem Hakokieł wzniósł się pod samą siatkę, z całej siły uderzył w nią swoim łbem i ryknął głośno, strzelając prosto w siedzące wyżej smoki. Ponocniki odruchowo rozpaliły się, przypadkiem przepalając liny, i odpowiedziały ogniem. Jedynie Wym i Jot tylko warczeli, bo żadna z głów nie chciała czasem trafić w swojego właściciela.

- Trzęsie! - krzyknęła Szpadka, z całej siły trzymając się łańcuchów (co do góry nogami wcale nie było taką prostą czynnością).

- Dobra, poddaj się! I tak wygrałam! - wrzasnęła do brata. Ponocnik zaczął szaleć w okolicy bliźniaków, a przerażony zębiróg zerwał się do ucieczki, nie zważając w ogóle na liny na obu szyjach. Pozostałe dwa smoki, które uwolniły się wcześniej, najzwyczajniej w świecie odleciały. Wym i Jot wytężyli wszystkie swoje siły, chcąc jak najszybciej oddalić się od zagrożenia, skutkiem czego siatka, choć ciagnięta tylko przez jednego smoka, zaczęła powoli podjeżdżać do góry.

- Nie! Zamykajcie, i to raz dwa! - krzyknął Czkawka, wskoczył na Szczerbatka i razem z Jorgensonem ruszył w kierunku Ponocnika.

- Niedobrze mi - jęknął Mieczyk i nagle puścił się siatki, spadając prosto na rozpalonego wierzchowca Sączysmarka.

- Ha ha! Wygrałam! - Szpadka momentalnie podciągnęła się i usiadła na jednym z łańcuchów. Bliźniak na tą deklarację postanowił jeszcze wstrzymać swój obiad w żołądku i zwrócić go kiedyś później.

- To się jeszcze okaże - powiedział, wspinając się po rogach Hakokła na jego szyję i wchodząc na siodło. Smok warknął ostro i zaczął zataczać ciasne okręgi pod Szpadką i odlatującym z chwili na chwilę dalej zębirogiem.

- Pięknie, kolego! Pokaż siostrze, jak się wygrywa! - krzyknął zadowolony Mieczyk, a Ponocnik przysiadł na arenie i zaczął strzelać w kierunku dziewczyny.

- Mieczyk, przestań! Przecież Wym i Jot zaraz otworzą... Zaraz, ty go dosiadłeś! - Czkawka właśnie zdał sobie sprawę, że bliźniak bez problemu steruje Hakokłem.

- Złaź z mojego smoka! - zawtórował mu Sączysmark. Szpadka w tym czasie po jednej z lin wspięła się na ogon zębiroga, a po ogonie weszła na grzbiet.

- Dobra, koledzy, zmywamy się! - krzyknęła i wsiadła na swoją głowę. Mieczyk obejrzał się na siostrę.

- No super, przez was nie zdążyłem jej zrzucić - zauważył pretensjonalnie, po czym rozejrzał się i w końcu zauważył, że siatka podjechała już spory kawałek.

- Chodź, Hakokieł, nic tu po nas - mruknął i wypruł z areny. Pozostali patrzyli za nim, przez chwilę zbyt skonsternowani, żeby podjąć jakieś działanie.

- Palant - skwitowała w końcu Szpadka.

- On wie, co robi, prawda? - Astrid podleciała bliżej Nocnej Furii.

- Absolutnie nie - westchnął Czkawka.

- Czyli co teraz?

- Jak to co? Za nim!

Obydwa smoki wyleciały spod kopuły, a Sztukamięs pomknęła tuż za nimi.

- Ej, co to ma być? To chyba ja i Mieczyk jesteśmy od wygłupów! - krzyknęła Szpadka, skoczyła na grzbiet zębiroga i jednym ruchem odcięła obie liny. Wym i Jot zerwali się nierówno, a kopuła opadła z trzaskiem. Szpadka zachwiała się, ale na szczęście w ostatniej chwili złapała jeden ze sznurów.

- No dobra... Wym, Jot - gonić brata! - szarpnęła za prowizoryczne lejce, a smok pomknął za pozostałymi. Przy okazji prawie zrzucił dziewczynę, ale ta, niezrażona, wdrapała się z powrotem i mocno zaparła się dwiema nogami o szyje wierzchowców.

- To mi się podoba! - wykrzyknęła i skierowała się do zatoki.

Tymczasem Czkawka i Sączysmark prawie dogonili już Hakokła. Mieczyk co chwilę tracił nad nim kontrolę, bo Ponocnik parł w stronę każdej wody, którą zauważył (nie ważne, czy była to spora studnia, czy mały kubek), więc Astrid i Śledzik dwoili się i troili, zasłaniając mu kolejne cele i przekierowując go z powrotem na zatokę, a Nocna Furia eskortowała go bezpośrednio. Kiedy zbliżyli się w okolice nadbrzeżnych katapult, dziewczyna nawiązała z wodzem krótki kontakt wzrokowy i wskazała machiny. Czkawka po chwili wahania skinął głową. To mogło być w tej chwili jedyne wyjście na uziemienie smoka. Astrid nakazała Ingermanowi zająć stanowisko przy jednej z nich i przypilnować, kiedy Hakokieł znajdzie się w zasięgu strzału; sama zaś zawróciła i w mgnieniu oka skombinowała kilka kompletów boli. Nie mogli przecież uderzyć w Ponocnika jednym z tych wielkich kamieni, którym swego czasu dziurawili atakujące statki (albo - jeszcze wcześniej - ubijali napadające ich bestie). Bola znalazły się w czaszy katapulty i teraz trzeba było tylko liczyć na to, że należycie odegrają swoją rolę. Oraz, przede wszystkim, że cel znajdzie się w zasięgu strzału.

Nie można było mieć nadziei na zbyt wiele. Mieczyk bowiem - nawet jeśli chwilami sterował smokiem - zupełnie nie zwracał uwagi na misterne przygotowania wokół niego. Jorgensona również nie zainteresował plan. Denerwowało go bezczynne siedzenie na Szczerbatku i obserwacja zza pleców wodza. Chciał jak najszybciej doprowadzić swojego wierzchowca do zatoki, a jedynym sposobem - na jego chłopski rozum - było zrobić to siłą.

- Wyrównaj trochę, to na niego przeskoczę - zaproponował w pewnym momencie, zaciskając pięści. - Bo z Mieczykiem w siodle to on w życiu na miejsce nie doleci.

- I ktoś tu mówił o domu wariatów... Powodzenia - mruknął Czkawka, wchodząc jednak na pozycję, bo rzeczywiście - bliźniak czerpał z tej jazdy więcej frajdy, niż było trzeba. Sączysmark kucnął na grzbiecie Szczerbatka.

- No co tam u was? - spytał pogodnie chłopak, podskakując co chwilę na szyi Ponocnika. - Tu trochę trzęsie i z tyłu ciepło, ale ogólne wrażenie całkiem... Ee, Smark? Co ty tak śmiesznie siedzisz?

- Suń się - warknął tylko Jorgenson i skoczył wprost na Mieczyka.

- Hej, gdzie te łapy! - zaprotestował bliźniak, starając się ściągnąć rękę Sączysmarka ze swojej twarzy.

- Przestań się wiercić, kretynie! - krzyknął w odpowiedzi wiking, bo właśnie ta ręka była jego podstawowym punktem zaczepienia, a utrzymanie się we dwójkę na tak wąskiej szyi graniczyło z niemożliwością. Czkawka ze Szczerbatkiem, widząc to, czekali już w gotowości na ostry nur, w pogoni za którymś ze spadających wikingów. Na szczęście Smark, depcząc (ale nie zrzucając) Mieczyka, wspiął się jednak na siodło i chwycił mocno rogi zwierzęcia.

- Dobra, jestem! - zakomunikował, próbując swoich sił w przejęciu kontroli nad ruchami podopiecznego.

- Super, a ja? - wtrącił bliźniak, starając się usiąść po ludzku. Sączysmark przewrócił oczami.

- O ciebie mniejsza. Czkawka, pilnuj lewej strony, ja go spróbuję zawrócić!

- Jasne - odpowiedział szybko i odbił na długość skrzydła.

- To teraz się trzymaj - mruknął do Mieczyka i przekręcił głowę Ponocnika ostro w prawo. Hakokieł warknął, ale chwilowo zmienił tor lotu. Jednak po kilku sekundach znowu szarpnął się w przeciwną stronę.

- Nie dasz rady, jest za silny! - krzyknął z boku wódz, obserwując wysiłki Smarka. - Zaraz obaj wylądujecie w czyimś domu, a wściekli ludzie to ostatnie, czego mi teraz potrzeba. Wracamy nad jakiś kawałek niezamieszkanego terenu, może uda nam się was zestrzelić!

- I przy okazji zabić?! Mam lepszy pomysł! - Jorgenson przypomniał sobie nagle jeden z ich wspólnych treningów. Atak z lotu nurkowego... Co wtedy zrobił Hakokieł? No jasne!

- Słuchaj, kolego - pochylił się do smoczego łba. - Wiem, że się wściekasz, ale prawda jest taka, że teraz to ja tu siedzę, ja kieruję i ja ci pomogę, ale tylko jak mi tylko pozwolisz, gadzie!

- Ty, może byś przestał w końcu o mnie zapominać, co? - wtrącił z tyłu Mieczyk.

- Zamknij się, nie widzisz, że jestem zajęty?

- Jasne. Tania wymówka - prychnął bliźniak. Jorgenson z trudem opanował standardowy odruch odepchnięcia denerwującego elementu otoczenia.

- Hakokieł! - chwycił mocno rogi smoka. - Wir, bez ognia, ale MIGIEM! - szarpnął ostro. W smoku nad chęcią walki w końcu przeważyła lojalność (choć szarpnięcie też zrobiło swoje), więc niechętnie spełnił rozkaz - owinął się skrzydłami i zapikował, kręcąc się szybko wokół własnej osi. Czkawka przymknął oczy, bo był niemal pewny, że przyjaciel zwariował i właśnie postanowił się dobrowolnie rozbić. Kiedy jednak byli już blisko ziemi, Sączysmark z całej siły poderwał Ponocnika. Ten stracił równowagę, ale wiking nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Szybko skierował go łbem w stronę wody, korzystając z chwilowej dezorientacji smoka i nie mając pojęcia, w co się pakuje, dźgnął go jeszcze butem.

A Hakokieł na widok zimnych fal po prostu oszalał. Wywalił jęzor i ruszył z prędkością, której nawet Jorgenson się po nim nie mógł spodziewać.

- Szczerbek, za nimi! - krzyknął wódz i pomknął w stronę zatoki, gdzie Ponocnik właśnie nurkował pod bardzo ostrym kątem. Sączysmark i Mieczyk nie mogli nawet wrzeszczeć, bo pęd powietrza zupełnie kneblował im usta, ale Czkawka i tak zdążył zauważyć, że za chwilę stracą smoka.

- Trzymajcie się! Szybciej, mordko - pochylił się do jego łba, na co Szczerbatek prychnął i zaczął się powoli obracać wokół własnej osi, zwiększając prędkość.

- Nie da rady! - odpowiedział Mieczyk spod kurtyny wiejących włosów. - Za duży tłum!

- Coś ci przeszkadza, to spadaj, nie mam nic przeciwko - syknął Sączysmark, zrzucając z siodła bliźniaka. Mieczyk krzyknął i zawisł na jednym z rogów, mocno skręcając głowę zwierzęcia. Hakokieł zaczął wirować, przez co Jorgenson po kilku sekundach znalazł się na grzbiecie, chwilę później na ogonie, a kiedy Nocna Furia niemal zrównała się z Ponocnikiem, spadał już niezależnie, zaraz obok swojego smoka. Czkawka miał dwa wyjścia: albo wciąż gonić Hakokła i zgarnąć Mieczyka, albo przerwać pościg i ratować Sączysmarka. Szybko ocenił szanse i zdecydował się na drugą opcję.

- Bierzemy go, mordko! - stwierdził, przestawiając lotkę. Szczerbatek obrócił się i wyciągnął łapy, ale schwytanie wirującego wikinga wcale nie było proste. W końcu zakleszczył przednie łapy na jego ramieniu i całkowicie otworzył skrzydła, zawisając w powietrzu. Wódz spojrzał w dół, gdzie Hakokieł zdążył już z głośnym pluskiem wpaść do wody i zupełnie zanurzyć się pod powierzchnią.

- Super - warknął Sączysmark. - Nie mogłeś zdjąć tego kretyna zamiast mnie? Przez niego straciłem smoka - znowu!

- A miałem wybór? - odpowiedział pytaniem na pytanie, obniżając nieznacznie lot.

- A nie?

Czkawka przekrzywił głowę tak, żeby Jorgenson mógł go zobaczyć, i spojrzał na przyjaciela spod uniesionych brwi. Sączysmark przewrócił oczami.

- Dobra, wiem, że nie, ale na przyszłość skończ z zadawaniem głupich pytań - prychnął niecierpliwie.

- I kto to mówi... - skrzywił się, po czym przeniósł wzrok na wodę. - Trudno, Mieczyk jakoś sobie poradzi, nie ma wyjścia.

- No, ja nie byłbym taki pewien. Bardzo w jego stylu byłoby się teraz na przykład utopić - burknął Jorgenson, patrząc na migotliwą zatokę, i na wszelki wypadek chwycił się łapy Furii wolną ręką.

- Ty weź nie mów takich rzeczy, co?

- Czemu? Na współczucie cię wzięło?

Ponocnik niespodziewanie wystrzelił z wody i z wywieszonym jęzorem pomknął przed siebie, tak, że Szczerbatek ledwo zdążył się odsunąć.

- Za nim! - krzyknął Sączysmark, przebierając nogami, jakby chciał biegać w powietrzu.

- Dalej, Szczerbek - wódz klepnął smoka, który pomknął w ślad za uciekinierem. Nagle coś poruszyło się przy głowie Hakokła, a zaskoczony Czkawka zobaczył Mieczyka, który do tej pory wisiał na szyi zwierzęcia, obejmując ją rękami i nogami.

- Hej, Smark! Zerknij na swoje siodło - zasugerował z uśmiechem. Jorgenson przyjrzał się, zrobił pretensjonalną minę i skrzyżował ręce na piersi (czy też przynajmniej spróbował to zrobić).

- Zawiodłem się na nim - mruknął, nie precyzując, którego dokładnie ma na myśli.

- Mieczyk! - Czkawka podniósł rękę i pomachał do bliźniaka. Ten obrócił się przez ramię, ale zamiast zredukować prędkość, po prostu odmachał i poleciał dalej. Sączysmark parsknął śmiechem.

- Ty i ta twoja komunikacja...

Wódz zignorował uwagę i rozłożył szerzej lotkę.

- Mieczyk, zwolnij! - krzyknął za bliźniakiem.

- Co ja? - spytał zdezorientowany Mieczyk. Czkawka zakrył oczy dłonią. No tak, czego on się spodziewał... Współpracy? Dobre sobie.

- Zwolnij! - wrzasnął ostro, mając cichą nadzieję, że tym razem dotrze i trafi we właściwy kanał. Słuchowy.

- A, jasne - wiking pociągnął Hakokła do siebie, a ten posłusznie zmniejszył prędkość. Nocna Furia zrównała lot z Koszmarem Ponocnikiem.

- No, nareszcie - warknął spod spodu Jorgenson. Wódz w myślach przyznał mu rację. - Myślałem, że się już nie doczekam przesiadki. Czkawka, weź mnie odstaw.

- Szczerbek, wyżej trochę - klepnął smoka po pysku. Szczerbatek prychnął zgodnie i odbił nieco do góry.

- Jot, bierz brata! - krzyknęła nagle Szpadka, wyłaniając się spomiędzy zabudowań. Miała na sobie kilka rozbitych jajek, a z dołu dochodziły ich jakieś pomstujące głosy.

- Coś ty ze sobą zrobiła? - spytał zdziwiony Czkawka, patrząc na nią szeroko otwartymi oczami.

- I od kiedy bawisz się w ujeżdżanie zębirogów? Mało ci się zrobiło jednej głowy? - zawtórował mu Sączysmark ze śmiechem. Rzeczywiście, dziewczyna rozbijała się jak jeszcze nigdy dotąd, ale zupełnie nie przejęła się tą uwagą.

- Wiesz, jakby nie patrzeć, opanowanie dwóch głów idzie mi lepiej, niż tobie jednej - uśmiechnęła się zjadliwie, patrząc na skwaszoną minę wikinga. Jorgenson zagotował się ze złości.

- Chcesz się przekonać, co potrafi ten potężny, ognioziejny rumak, razem ze swoim jeźdźcem? - spytał ostro. Szpadka z powątpiewaniem zerknęła na brata, co zresztą nie uszło uwadze Smarka. - O Thorze, z normalnym jeźdźcem, a nie z tą kiepską imitacją...

- A, że z tobą? Wiesz, powiedzmy, że nudzą mnie już twoje pokazy, bo i tak zawsze wiadomo, czym się skończą - wzruszyła ramionami.

- To żebyś się nie zdziwiła! Czkawka, puść mnie!

- Tylko uważaj... - Sączysmark nie miał zamiaru czekać, aż przyjaciel dokończy, więc wyrwał ramię z łapy Szczerbatka.

- Zwijamy się - powiedział Mieczyk. - Taka siostra na ogonie może oznaczać tylko jedno: wyścig! - spiął smoka w momencie, kiedy Jorgenson właśnie puścił się Nocnej Furii. Hakokieł posłusznie ruszył na przód, a Sączysmark mimo swoich usiłowań nie zdołał chwycić umykającego ogona Ponocnika, skutkiem czego przeleciał obok przyjaciół i poszybował w stronę ziemi.

- No, a nie mówiłam? - skwitowała Szpadka. - Powtarza się facet.

- Szczerbek, nur! - krzyknął Czkawka. Smok pomknął za wikingiem i porwał go w swoje łapy na krótko przed zderzeniem z pierwszym drzewem. Szybko wrócił na poprzednią wysokość, bo wódz zamierzał jak najszybciej zatrzymać Mieczyka - ale, zgodnie z przeczuciem, nie zastał tam już nawet Szpadki. Zębiróg pomknął za Ponocnikiem jak wariat.

- Gazu, mordko, musimy ich zaraz złapać - otworzył lotkę szeroko, a Szczerbatek warknął i pomknął przed siebie z zatrważającą dla Jorgensona prędkością. Ogon zębiroga co chwilę migał mu pomiędzy drzewami, więc puścił się w szaloną pogoń, zapominając, że ma dodatkowego pasażera.

- Tak ich nie dogonimy... Góra! - zakomenderował Czkawka, więc smok posłusznie wystrzelił ponad poziom lasu. Sączysmark odetchnął i rozmasował poobijane części ciała. Wódz maksymalnie otworzył lotkę, a Furia bez problemu dopędziła Wyma i Jota, niemal zrównując z nimi lot. Daleko przed nimi Czkawka zauważył migające mu między zielenią czerwone skrzydła. Dosyć absurdalna metoda pokonywania lasu, kiedy można się wznieść kilka metrów wyżej i śmigać bez problemu, ale... tym razem akurat dobrze, że żadne z bliźniaków nie wpadło na zmianę wysokości. Musiałby ich ścigać na jakimś turbo.

- Serio, Szpadka? Naprawdę? - zawołał, kiedy znalazła się w zasięgu głosu.

- No co? Wyścig to wyścig! - odparła, wciąż pędząc za Mieczykiem (jakimś cudem jeszcze nie wpadła na żadne drzewo - może dlatego, że zębiróg cały czas leciał bokiem).

- Hakokieł jest chory, musi wrócić na arenę, bo zrobi krzywdę sobie, albo, nie daj Thorze, komuś innemu! - perswadował. Szpadka wzruszyła ramionami (aktualnie wisiała na szyi Jota, więc wyglądało to dość zabawnie).

- Wyluzuj, Czkawuś, i weź się przyłącz. I tak za chwilę go zatrzymają.

- Kto?

- O mamo... - westchnęła ciężko. - No, jak to kto? Astrid i Śledzik. Widziałam, jak wyprzedzili mnie jakieś dobre trzy minuty temu. Ale niestety nie chcieli się ścigać.

Czkawka wydawał się być odrobinę zaskoczony, ale jak najbardziej pozytywnie.

- No, to zdecydowanie ułatwia sprawę - powiedział. Szybko oszacował prawdopodobną lokalizację Zębacza i Gronkla: skoro wyprzedzili Szpadkę, ale nie było ich na dystansie między Zębirogiem a Ponocnikiem, który wciąż mknął między drzewami, to najprawdopodobniej Astrid postanowiła cichcem wyprzedzić Hakokła i wziąć go z zaskoczenia. Chyba mógł się do tego planu dopisać. - W takim razie my bierzemy tył. Słyszysz, Szpadka?

- Czyli to znaczy, że się jednak ścigamy? - spytała z entuzjazmem.

- Szpadka, proszę!

- W porządku, już... Wym, stop! - wrzasnęła nagle, ale Zębiróg nie zdążył wyhamować, zablokował się szyjami o zwaloną kłodę i zrzucił Szpadkę, która poszybowała kilka metrów i wylądowała w krzakach.

- Twarde lądowanie - mruknął spod spodu "dodatkowy pasażer" Szczerbatka. Spomiędzy gałęzi dobiegło jakieś mało cenzuralne słowo, a za nim dwa następne. Najwyraźniej Szpadka żyła.

- Nic jej nie będzie - ocenił szybko Czkawka, nie wstrzymując pościgu. Znając jej czaszkę, która niejedno już przeszła, dziewczyna mogła nawet nie zauważyć, że coś się stało.

- No przecież. I tak przez całe życie głowa tylko jej ciążyła - zarechotał Sączysmark.

- A ty będziesz już cicho? - zniecierpliwił się wódz. - Czy mam cię jej wysłać do pomocy? Bo tobie też chyba zaczyna ciążyć.

Jorgenson prychnął pogardą, ale wobec zaistniałych okoliczności (był aktualnie pozbawiony smoka i wisiał na Szczerbatku) wolał przełożyć tę dyskusję na później. Nagle w oddali zobaczyli wielkie skrzydła Koszmara Ponocnika, bo Hakokieł także wynurzył się z lasu i pomknął w głąb wyspy.

- Teraz już koniecznie trzeba ich uziemić - mruknął Czkawka, a Nocna Furia prychnęła w odpowiedzi i wzbiła się nieco wyżej. Kiedy dogoniła smoka, wódz przylgnął do siodła i przestawił lotkę.

- Mamy tylko jedno podejście. I... tym razem uważaj na Sączysmarka - powiedział jeszcze, a Szczerbatek warknął i zapikował ostro. Po kilku sekundach jeździec podciągnął go lekko, żeby zszedł na Ponocnika ze ślizgu. Mieczyk usłyszał coś za plecami i nawet zdążył się jeszcze obrócić, ale w tym samym momencie Nocna Furia prawie wylądowała na grzbiecie jego tymczasowego wierzchowca, spychając go w dół.

- On mnie zmiażdży, zmiażdży mnie! - wrzasnął od spodu Jorgenson. Czkawka westchnął ciężko.

- A miałeś uważać... Szczerbek, luzuj - poklepał smoka, który przerzucił wikinga bardziej do przodu i przełożył nacisk na tylną parę łap. Hakokieł ryknął przestraszony i w ostatniej chwili, przy samej ziemi, uciekł spod Szczerbatka, umykając pomiędzy drzewa. Mieczyk najwyraźniej przestał już go kontrolować, ale nie wydawał się z tego powodu przestraszony. Wódz poderwał szybko przyjaciela, podążając za uciekinierem.

- Mnie już wystarczy! - zakomunikował z dołu Sączysmark.

- Nie narzekaj, przecież lubisz adrenalinę i ryzyko - mruknął w odpowiedzi, pilnując, żeby Ponocnik nie zwiększał wysokości i leciał we właściwym kierunku. To znaczy tam, skąd spodziewał się Astrid i Śledzika.

- Czy ty zawsze musisz tak wszystko pamiętać? - zapytał z wyrzutem Smark.

- Ja cię nie mogę, ale jazda! - usłyszeli radosny wrzask Mieczyka, który jakby nie zdawał sobie sprawy, w jak niebezpiecznym położeniu się znajduje. Hakokieł nie zwalniał ani na sekundę. Wódz przez chwilę wahał się, czy nie odstawić Jorgensona i nie polecieć bliźniakowi na ratunek.

- Co jest? - spytał Sączysmark, wyczuwając jego niezdecydowanie.

- Zdjąłbym go, ale nie mam możliwości - mruknął. - Astrid, gdzie ty jesteś...

Hakokieł ryknął wściekle.

- On znowu szaleje! - krzyknął Sączysmark. - A ten wariat go nie opanuje, wierz mi, wiem coś na ten temat. Leć po niego!

- Szczerbek nie weźmie was obu, łap mu braknie - zaprotestował.

- Dawaj, już ja go ściągnę z tego siodła - Jorgenson zatarł ręce. Niespodziewanie Ponocnik przyhamował tak gwałtownie, że Mieczyk ledwie zdołał się przytrzymać jego szyi i zawisł na jednej ręce.

- Są! - ucieszył się Czkawka. - Szczerbek, ślizg!

Przed Hakokłem pojawiła Wichura, warcząc głośno. Zaskoczony smok mocno zwolnił na kilka sekund. Tą chwilę dezorientacji wykorzystał Śledzik. Rozpędzona Sztukamięs uderzyła nagle w bok Ponocnika, który zaryczał, spróbował w rozpaczliwym odruchu z powrotem złapać poziom (co oczywiście mu się nie udało) i spadł na ziemię. W tym momencie Czkawka, który zdążył już odstawić (albo raczej - zrzucić z niewielkiej wysokości) Sączysmarka, wylądował na jego brzuchu, przyciskając go do ziemi ciężarem Szczerbatka.

- Idealnie! - ucieszył się Śledzik. Wódz nie był tak zadowolony, bo Hakokieł rzucał się wyjątkowo gwałtownie.

- A moglibyśmy poświętować później? - spytał, kiedy jego smok zaczął powoli tracić równowagę.

- Jasne. Śledzik, bierz! - Astrid rzuciła Ingermanowi linę, a sama podeszła z drugiej strony. Wtedy jednak Ponocnik rozpostarł skrzydła (odrzucając przy okazji Śledzika na dobre kilka metrów) i zaczął warczeć, tarzając się jednocześnie jak małe smoczątko. I, co dziwniejsze, nie miał zamiaru się zrywać. Jeźdźcy spojrzeli zaskoczeni.

- Co mu się stało? - spytała dziewczyna, robiąc dla bezpieczeństwa dwa kroki w tył.

- Nie wiem, chyba widzi coś w tej trawie... - mruknął niezdecydowany Śledzik, masując ramię. Sztukamięs podeszła do niego i pomogła mu się podnieść.

- Kochana jesteś, księżnisia - uśmiechnął się, głaszcząc smoczycę.

Szczerbatek warknął krótko i w końcu spadł z Ponocnika, więc Czkawka siłą rzeczy również znalazł się na ziemi. Chciał zerwać się od razu, ale sztuczna noga zablokowała mu się w pedale i zawisł bezwładnie, bo jego smok z niewiadomych powodów położył się na boku na polanie i również nie miał ochoty wstać.

- Co... Czekajcie - wyciągnął rękę i przysunął do oczu zerwane źdźbło trawy.

- To żadna trawa! - roześmiał się nagle. - Przyjrzyjcie się. Wrzuciliśmy Hakokła w smoczymiętkę!

- Rzeczywiście. To chyba dobrze się składa, nie? - wtrąciła Astrid, oglądając rośliny. - Może się uspokoi...

- No, właśnie jakoś tego nie widzę - mruknął wódz, wyciągając drugą nogę spod zwalonego na prawy bok Szczerbatka.

- Ale on jej przecież ostatnio nie znosił - zaprotestował Sączysmark, podchodząc do przyjaciół i otrzepując się z ziemi. - W sensie, smoczymiętki.

- Hej, Czkawka, zobacz! - zawołał Śledzik, wskazując Ponocnika. - Uciekają!

- Przecież mówię, że nie widzę - zauważył delikatnie.

- A, no tak...

- Kto ucieka?

- Nie kto, tylko co. Te maluchy, które gryzły Hakokła - wyjaśnił. - Wystraszyły się smoczymiętki!

Wódz zmarszczył brwi.

- No... To by wyjaśniało, dlaczego jej unikał. Widać pozbywanie się tych pasożytów musi być trochę bardziej nieprzyjemne niż w przypadku Paszczonów.

- To może nam się jeszcze kiedyś przydać. Lecę uzupełnić Księgę - Śledzik dosiadł Sztukamięs i spokojnie ruszył w stronę wioski. W tym momencie z drugiej strony nadleciał dymiący Zębiróg.

- Szpadka? - wódz przekrzywił głowę o dziewięćdziesiąt stopni, żeby lepiej się jej przyjrzeć, i podparł się ręką o ziemię. Jej włosy sterczały we wszystkie strony, a hełm był, nawet na oko, dosyć gorący.

- Co się wam stało?

Dziewczyna spojrzała na niego i uniosła brwi.

- W sumie mogłabym zadać ci to samo pytanie.

- Hakokieł! - ucieszył się Sączysmark, patrząc, jak Ponocnik powoli podnosi się z ziemi. Z miejsca, gdzie wcześniej leżał smoczy łeb, dobiegł jęk Mieczyka.

- Moja głowa... rogi, przyjacielu, zabieraj najpierw rogi...

- Brat, co ty tam robisz? - zainteresowała się Szpadka.

- Nie pytaj.

- Dobra, to właź. Chyba wolę jednak latać na połowie smoka. Z całym za łatwo wpaść w Ognioglisty.

Jot pochylił się i wrzucił sobie jeźdźca na szyję.

- No, nareszcie - odetchnął bliźniak, rozsiadając się na swoim miejscu. - Własne siodło zawsze się wyczuje. Aha, Smark, fajnie by było, gdybyś na następny raz wyjął tą szmatę albo chociaż rozłożył ją równo, bo strasznie uwiera z lewej strony. I powinieneś koniecznie zmienić siedzisko na pikowane - rzucił na odchodnym, po czym razem ze Szpadką poderwał Zębiroga do góry - i tyle ich widzieli. Sączysmark popatrzył za nimi spod uniesionych brwi.

- No, wstawaj, mordko - Czkawka od dłuższej chwili usiłował nakłonić smoka do współpracy, ale bez jakiś specjalnych efektów - Szczerbatek nadal wąchał smoczymiętkę i przebierał łapami w powietrzu. Chłopak wytężył wszystkie siły, ale nadal nie mógł odblokować protezy.

- Daj znać, jak zdążysz do wieczora - zakpił Sączysmark. - Chodź, Hakiokieł, lecimy coś rozwalić - usadowił się wygodnie na szyi Ponocnika, który energicznie warknął. Wiking zmarszczył brwi i poprawił siodło.

- Pikowane, też sobie wymyślił - prychnął pogardliwie, ale na chwilę zajrzał pod spód i coś tam przesunął. Jego smok wyprostował się i ryknął, prezentując swoje ogromne skrzydła. Sączysmark ostro poderwał go w powietrze.

- Świetnie... Dzięki za pomoc, gadzie - mruknął zirytowany Czkawka, wciąż siłując się z mechanizmem. Wyszarpnął w końcu sztuczną nogę z pedału i spadł na ziemię.

- Cały jesteś? - uśmiechnęła się Astrid i pomogła mu się podnieść.

- Chyba tak - jęknął, rozmasowując kark. Przeniósł wzrok na tarzającego się w smoczymiętce Szczerbatka. - Tyle, że na chwilę obecną jakby bez smoka.

Dziewczyna spojrzała na Nocną Furię.

- To chodź, podwiozę cię - zaproponowała.

- Nie, no, daj... - zaczął, ale wymownie przewróciła oczami. Szantaż? - ...Aaa, tak. Dobra, mordko, ty się tu baw, a ja wracam na Wichurze. Jakbyś chciał przyjść, będę w domu - odwrócił się, żeby dosiąść Zębacza, ale w tym momencie Szczerbatek ostro prychnął, wstał i podbiegł do niego. Czkawka roześmiał się, kiedy spod jego ręki spojrzała na niego para zielonych, wielkich oczu.

- W porządku, łobuzie - podrapał go koło uszu i wspiął się na siodło. Dziewczyna już na niego czekała. - Z tego pasztetu mamy jeden pożytek: przynajmniej wiemy, jak leczyć wściekłe smoki.

- Jeśli złapią akurat tego pasożyta - wtrąciła Astrid. - Co na Berk jest raczej mało możliwe, bo...

- Mamy za dużo smoczymiętki - dokończył.

- Lubisz mi czytać w myślach? - uśmiechnęła się.

- Bardzo. I - sama przyznaj, całkiem mi to wychodzi - mrugnął do niej z zawadiackim uśmiechem. - Chociaż dziś przez moment myślałem, że się pomyliłem.

- Ach, no bo... Sztukamięs zobaczyła piaskowiec i przez przypadek zablokowała się pod kłodą. Uwalnianie zajęło mi chwilę czasu.

Czkawka nie mógł powstrzymać śmiechu.

- Chyba coś o tym wiem... Hej, skoro mowa o jedzeniu, to ja też bym coś przekąsił.

- I ja. Już pora obiadu - zauważyła.

- To może wpadniesz do mnie? - zaproponował.

- Do ciebie?... - wydawała się niezdecydowana, a Czkawka doskonale wiedział, dlaczego.

- Dzisiaj wyjątkowo Pyskacz gotował - uspokoił domyślnie. - A mama zmieniła się na jeden dzień w jego pomoc kuchenną, licząc, że czegoś się przy tym nauczy.

Roześmiała się.

- To zgaduj, skoro lubisz...

- "Tak, Czkawka, za tobą mogę polecieć wszędzie" - powiedział, nieudolnie naśladując jej głos. Skrzywiła się zabawnie.

- Jesteś koszmarnym aktorem. Ale prawie - zmrużyła oczy. - Tylko, że "za" powinieneś zmienić na "przed" - poderwała Wichurę i od razu skierowała się do wioski.

- A to się jeszcze okaże - mruknął, a Szczerbatek wzbił się w powietrze i popędził za Zębaczem.

*po 12 godzinach czekania na komentarz*

Ale macie świadomość, że chciałabym, żebyście się odezwali? To naprawdę motywuje. A brak odzewu - wręcz przeciwnie.

20.Elektryczny nur

Chmury przecięła czarna strzała, pikująca w stronę wody z ogromną prędkością. Wyglądało na to, że za chwilę zniknie wśród fal, ale w ostatniej sekundzie nocna Furia rozpostarła szeroko skrzydła i poszybowała przed siebie. Pęd rwał wodę i tworzył w niej płytkie wgłębienie, do którego lekko spłynął smok. Jeździec przestawił lotkę, a jego wierzchowiec odbił na długość skrzydła i wszedł w korkociąg, rozbryzgując wokół siebie setki wielkich i małych kropel. Jeśli akurat padał na nie pojedynczy promień południowego słońca, któremu udało się znaleźć drogę ku morzu między końcem jednej chmury a drugiej, w tumanach wilgotnej mgły pojawiała się słabo widoczna tęcza. Po chwili Furia ustabilizowała lot i pomknęła z powrotem do góry.

Czkawka odchylił hełm i wziął głęboki wdech, ciesząc się chwilą prawdziwej wolności. Żadnych ludzi, żadnych smoków i przede wszystkim żadnych problemów. Tylko on, Szczerbatek, pęd wiatru i rozrzucone po ogromnej przestrzeni obłoki. Przeleciało mu przez myśl, że mógłby tak cały dzień, ale szybko zmienił zdanie: po pierwsze właśnie wpadli w jeden z nich i trzeba było zacząć bardziej uważać, a po drugie - po minucie bezczynnego siedzenia na smoczym grzbiecie już miał ochotę gwałtownie przyspieszyć albo wywinąć kolejną sztuczkę. Chwycił mocno wodze.

- To co, mordko? Próbujemy jeszcze? - klepnął smoka po szyi. Od kiedy wystartowali, co chwilę wracali do tego samego ćwiczenia, więc Szczerbatek doskonale wiedział, o co chodzi - i prychnął z zadowoleniem. Podobało mu się to.

- No pewnie - wódz z powrotem zakrył twarz. - Skoro Sączysmark może, to dlaczego nie my?

Furia odpowiedziała parsknięciem i rozpędziła się ponownie. Mlecznobiałe powietrze w niczym im nie przeszkadzało. Chłopak ściśle przylgnął do przyjaciela, który zmrużył oczy.

- Trochę wyżej... wyżej... No dobra, schodzimy!

Smok przekręcił się na bok, a potem odwrócił zupełnie na plecy, zwieszając jeźdźca głową w dół - i pomknął dalej przed siebie.

- Tak jest! - krzyknął Czkawka i zaśmiał się głośno, a Szczerbatek wywalił jęzor. Śmieszne uczucie, kiedy ciężar jeźdźca nie pchał go w dół, tylko ściągał - a smok, mimo że nie znał pojęcia "grawitacja", wiedział, że ludzie w tej pozycji spadają. I to właśnie było takie zabawne - bo Czkawka nie spadał.

Słaba widoczność nieco utrudniała wyczyn, ale na szczęście kierowali się ku wolnej przestrzeni. Na chwilę wylecieli spomiędzy białych kłębów. Chłopak zobaczył centralnie pod sobą błękit oceanu, a w nim malutkie punkciki, które raz po raz zgrabnie wyskakiwały z wody. Jedną ręką puścił wodze i wskazał na nie palcem.

- Patrz, Szczerbek! Pamiętasz Raziprądy?

Smok przekrzywił głowę i warknął krótko.

- No, nie tylko tobie ten dzień kojarzy się z szaleństwami bliźniaków. Chociaż potem było całkiem... Dobra, odwróć się już, odwróć!

Szczerbatek posłusznie przeturlał się z powrotem do pozycji wyjściowej. Czkawka zdjął hełm, otarł czoło, i odetchnął.

- Okej, bardzo fajna sztuczka, ale nie na dłuższą metę - stwierdził, odchylając głowę do tyłu i zamykając oczy. Furia gruchnęła pytająco.

- Tak, dobrze, a moje drugie śniadanie zaraz pewnie wróci na miejsce, przynajmniej taką mam nadzieję. Lecimy je obejrzeć? To znaczy, Raziprądy - uzupełnił szybko.

Szczerbatek warknął niezdecydowanie. Elektryczny gad czy elektryczny węgorz - dla smoków nie było większej różnicy.

- Spokojnie, mordko, z daleka. Nie doskoczą - zapewnił, ponownie chwycił stery i przestawił lotkę. Smok parsknął i zanurkował w stronę punkcików, które z chwili na chwilę zaczęły nabierać właściwych im kształtów. Kiedy były już dosyć duże, Czkawka podciągnął wierzchowca i uniósł się dokładnie nad stadem. Wprawdzie Raziprądy podróżowały głęboko, ale swoim zwyczajem co jakiś czas któryś ze smoków wyskakiwał wysoko ponad powierzchnię, majestatycznie szybując przez kilkanaście metrów. Szczerbatek odruchowo podrywał się w tych strasznych chwilach trochę wyżej.

- Łał... Pięknie to robią - mruknął z niekłamanym podziwem Czkawka, nie bardzo przejmując się podskokami. Możliwość oglądania tych bardzo rzadkich smoków wprawiła go w doskonały humor. Śledził wzrokiem wielkie łuki jakie zakreślały w powietrzu. Tak, łuki...

- Chyba wiem, czego dawno nie ćwiczyliśmy - uśmiechnął się chłopak, spoglądając na zwierzęta. Odbił nieco w lewo od miejsca, gdzie pokazał się ostatni osobnik. Szczerbatek warknął ostrzegawczo, bo nie zanosiło się na oglądanie.

- No już, mordko, zaufaj mi. Mały trening nam nie zaszkodzi - poklepał go po karku.

"Tak, trening z elektrycznym smokiem? To może złapmy jeszcze kilka węgorzy do Akademii, żeby reszta też mogła poćwiczyć."

- Chyba, że się naprawdę boisz - dodał po chwili jeździec, widząc, że wierzchowiec miota się w przeciwnym kierunku na widok marszczącej się wody, pod którą przepływały wielkie gady. Szczerbatek warknął ostro, wyrażając swoje niezadowolenie z pomysłu na podobne ćwiczenia, ale nie odmówił współpracy. Dała o sobie znać jakaś smocza duma, która nie pozwalała odpuścić niedoszłym rywalom.

- Będzie dobrze, zobaczysz - nasunął hełm na twarz i uważnie śledził wzrokiem powierzchnię wody. Kiedy taflę poruszyły okręgi, z chwili na chwilę coraz większe, zmienił ustawienie lotki.

- Na prawo, Szczerbek! Nur!!

Smok prychnął, zawirował wokół własnej osi i zanurkował przez prawe skrzydło. W tej samej chwili z głębi oceanu wystrzelił w powietrze znajomy kształt. Wielki Raziprąd przeciął powietrze dokładnie nad nimi. Szczerbatek wciąż kontrolował pozycję, chcąc zdążyć wzbić się, zanim dotknie wody, a Czkawka na ułamek sekundy zadarł głowę, patrząc z podziwem na majestatyczne zwierzę. Kiedy minęli już smoka, Furia rozłożyła skrzydła i zawisła w miejscu, stabilizując lot. Raziprąd zniknął, ale zaraz znowu wystrzelił w górę, ciągnąc za sobą fontannę kropel i rycząc głośno. Jeździec patrzył zafascynowany na ten pokaz. Smok ponownie zanurkował, i po chwili - jak na wezwanie - bliżej powierzchni pokazało się całe stado, które za jego przykładem zaczęło wyskakiwać ponad wodę.

- Patrz na to, mordko. Zupełnie jak ruchomy tor przeszkód - ucieszył się wódz i skierował wierzchowca w ich stronę. Furia ruszyła za Raziprądami, prychając nieżyczliwie. Treningu się Czkawce zachciało. Oj, zrobi się mu trening, jak tylko wrócą do domu...

- Wiedziałem, że ci się spodoba - zażartował i szerzej rozstawił lotkę, żeby przyspieszyć przyjaciela, który za kpinę trzepnął go lekko uchem.

- Nur na lewo! - krzyknął Czkawka, niezrażony, gdy zrównali się ze stadem. Szczerbatek zawirował przez lewe skrzydło i wpadł pod kolejnego Raziprąda, ale szybko musiał zmienić kierunek, bo inaczej nie uniknąłby zderzenia z innym naelektryzowanym smokiem. Na chwilę wzbił się wyżej i warknął ostro. Prawie oberwał, gdzie ten Czkawka ma głowę? Przecież on nie sam steruje swoim ogonem!

- Spokojnie, mordko, po prostu nie stabilizuj - powiedział Czkawka, poprawiając wodze. - Zrobimy sobie mały slalom. Dawaj!

Furia ryknęła krótko i zapikowała w stronę stada. Jeszcze mu się kiedyś za to odpłaci...

- To wchodzimy - wódz przylgnął do ciała smoka, który wykonał obrót i ślizgiem wsunął się pod pierwszego Raziprąda. Kiedy z wody wyłonił się kolejny, Szczerbatek skręcił ostro i zanurkował pod nim.

- Tak trzymaj! - krzyknął wódz, ani na chwilę nie puszczając uchwytu. Obok wyskoczył jeszcze jeden smok, a Furia niczym czarna strzała przemknęła poniżej jego trasy. Już miała wrócić do poziomu, kiedy przed nimi woda zmarszczyła się mocno, a pod powierzchnią zobaczyli trzy ciemne kształty.

- No, mały, wiesz, co robić - szepnął jeździec i zwolnił lotkę. Szczerbatek nie miał wyboru. Zwinął skrzydła i rzucił się na lewo, przelatując zaraz nad taflą.

- Czysto, teraz drugi - powiedział opanowanym głosem Czkawka. Smok nie ustabilizował lotu, ale poderwał się chwiejnie i zaraz zanurkował, omijając zwierzę.

- Jeszcze jeden - ostrzegł jeździec.

Ostatni osobnik wyłonił się dokładnie przed nimi. Szczerbatek nie mógł przyhamować. Czkawka na wszelki wypadek wsunął stopę w pedał, ale nie zrobił nic więcej. Smok prychnął, uderzył mocno skrzydłami i odbił na prawo, ale nie dał rady zrobić tak ostrego zwrotu i gdyby leciał sam, niechybnie wpadłby do wody. Na szczęście wódz otworzył w tym momencie lotkę i poderwał go prawie zupełnie do pionu. Wystrzelili wysoko w powietrze, a Raziprądy jeszcze przez moment przecinały powietrze, po czym wróciły pod powierzchnię. Szczerbatek zawarczał.

- Nie marudź. Jakbyś kiedyś oberwał w ogon albo musiał się ratować sam, beze mnie, to przynajmniej nie trafią cię pierwszą strzałą - stwierdził, zwalniając. - Poza tym całkiem sobie poradziłeś - pochwalił.

Furia, nieco udobruchana, zawisła w miejscu i oboje obserwowali przez chwilę odpływające stado.

- Jeszcze to kiedyś powtórzymy - mruknął z uśmiechem. Smok wzbił się z powrotem na wysokość chmur i poszybował spokojnie przed siebie. Czkawka rozejrzał się dookoła i odetchnął głęboko.

- To co robimy teraz, Szczerbek? Warto by chyba coś zjeść...

Furia przekręciła łeb i uśmiechnęła się po smoczemu. Na ułamek sekundy wymownie zwinęła skrzydła.

- Aa, w sumie racja. Możemy spróbować jeszcze raz - przyznał, pochylając się do siodła. Maksymalnie otworzył lotkę.

- Możesz zaczynać - powiedział, poprawiając jeszcze hełm. Szczerbatek mocniej uderzył skrzydłami i rozpędził się, wpadając w gęste chmury.

- Będzie deszcz - ocenił Czkawka. - Dobra, mordko, grzbiet!

Smok parsknął i przekręcił się do góry nogami. Chłopak przylgnął ściśle do niego, licząc po cichu, ile wytrzyma, ale chyba było lepiej niż poprzednio. Szczerbatkowi pozycja wcale nie przeszkadzała. Otworzył paszczę, wywalił jęzor i zaczął przebierać łapami, dając upust swojej radości. Czkawka zamknął oczy. Przelecieli dość spory kawałek, ale wciąż znajdowali się wśród gęstej mgły, która ograniczała widoczność do kilku metrów.

- Rekord czasowy już mamy - powiedział w pewnej chwili wódz, lekko zwalniając lotkę. - Ale mało co widać, a jak się wisi głową w dół, to w ogóle nic. Musimy trochę zejść z kursu.

Smok nagle się zaniepokoił.

- Jest dobrze, po prostu się nie ruszaj, ogon zrobi swoje... - powiedział łagodnie, a nie pogłaskał go przy tym tylko dlatego, że wciąż znajdował się w pozycji odwróconej i wolał nie puszczać uchwytów. Szczerbatek jednak nie dał za wygraną. Zawarczał przeciągle i próbował wrócić do wyjściowej pozycji. Czkawka zdziwił się, ale szybko pomógł przyjacielowi, przestawiając lotkę. Smok natychmiast przeturlał się na bok i umknął na dół, rycząc głośno.

- Co... - wódz nie zdążył zapytać, bo sam ledwo uchylił się przed potężnymi szponami, które w innym wypadku zmiotłyby go z siodła. Szczerbatek przyhamował, odwrócił głowę i ryknął donośnie kolejny raz. Odpowiedział mu drugi ryk, a ciemnawa mgła za nimi rozjaśniła się na kształt Ponocnika.

- Uważaj, mordko! - krzyknął jeździec i wzbił się wyżej. Furia zawisła w powietrzu i zawarczała. - Aha, też widzę. Atakuje. Przygotuj się, tylko tak, żeby go nie poturbować za bardzo - zakomenderował, kiedy jasny kształt zamierzył się wyraźnie w ich kierunku. W pysku smoka rozjarzyło się fioletowe światło. Jeszcze chwila, i zza chmur wyleciał wielki, płonący Koszmar Ponocnik, a Furia wystrzeliła. Czkawka w ostatniej chwili z całej siły szarpnął przyjaciela, żeby zmienić tor pocisku.

- Sączysmark! - zdziwił się, ale jednocześnie odetchnął z ulgą. - Co tu robisz?

- O, Czkawka! Super, bo szukam cię od godziny - przewrócił oczami, rozpierając się łokciami na rogach wierzchowca.

- A coś się stało? - zainteresował się. Wiking wzruszył ramionami.

- Powiedz może najpierw, czemu chciałeś nas zestrzelić.

- Myśleliśmy, że to obcy Ponocnik nas zaatakował... Dlaczego on się w ogóle pali?

- No, a czemu myślałeś, że jest obcy? - Sączysmark rozłożył ręce i wlepił w przyjaciela naglące spojrzenie, jakby próbował go oświecić. Nieszczególnie mu to jednak wyszło.

- Bo ciemno, nic nie było widać, tylko tyle, że się pali. A jak się pali, wiadomo, że jest zły - stwierdził lekko. - Zresztą, mało co nie oberwałem jego łapą. Nie sądziłem, że to Hakokieł.

- Widzisz. To już wiesz, czemu go zapaliłem. Ciemno tu, jak w...

- Nie kończ, wolę nie wiedzieć - przerwał szybko.

- Dobra, nieważne. Chodź, bo Wiadro próbuje cię dopaść od rana, ale coś marnie mu idzie - Sączysmark zaczekał na wodza i zawrócił smoka.

- To co takiego chciał? - Czkawka uniósł brwi z pewnym niepokojem. Przypomniał sobie jego ostatnie skargi i ten niepokój znacznie przybrał na sile.

- Nie odbiorę sobie tej przyjemności i nie powiem, bo uwielbiam patrzeć, jak on cię wkurza - przyspieszył nieco. - Ale z góry mówię, tym razem też nie maczałem w tym palców.

Wodzowi zrzedła mina.

- Super, powiedz mi, że nie myślimy o tym samym...

Wybaczcie, ale nie dam rady wstawić dalszej części historii :( Ta też jest niedopracowana, ale cóż... Brak czasu.

Ale jest i plus: możecie spróbować zgadnąć, o co będzie chodziło Wiadru... Za najciekawszą propozycję dam dedyk ;)

21.Do trzech razy sztuka

Dedyk dostaje Domisia ^^ Dzięki, że zgadywałaś. Trafiłaś z treścią rozdziału. Nie zapomniałam o Evel :)

- Co? Jak to: "zawalił się"?

Czkawka zmarszczył brwi i spojrzał dziwnie na stojącego przed nim Wiadro. Sączysmarkowi postanowił odmówić i nie pozwolił mu przyglądać się rozmowie, tylko kazał czekać na miejscu, tak więc poza nim, Valką i Wiadrem w chacie nikogo nie było.

- No, zrobił wielkie "bum" i tak w dół... - zwizualizował wiking, wyraźnie wskazując podłogę w domu wodza.

Tak, bo Czkawce akurat trzeba było obrazowych opisów.

- Trzeci raz w tym tygodniu, co? - spytał groźnie, jakby podejrzewał, że jego informator jest jednocześnie sprawcą. Oczywiście, zdawał sobie, że niezbyt rozgarnięty Wiadro nie mógłby wykonać w tym kierunku zbyt wielu działań, bo nie znał się na prochu ani żadnych innych wybuchowych substancjach, ale nie zmieniało faktu, że biedny wiking nie miał szczęścia w kwestii przenoszonych wodzowi informacji. Chłopak pokręcił głową. Kolejna eksplozja to kolejne prace. A kiedy to musieli ostatnio się urabiać ze skutkami takiego incydentu? Zaraz...

- No nie... - zaczął nieświadom tych rozważań Wiadro, ale wódz nie dał mu dojść do słowa, bo właśnie dotarła do niego pewna regularność wybuchów.

- Czy to znowu miało dwa dni odstępu? - spytał idiotycznie w powietrze. Oczywiście, że tak, choć Wiadro z jego ogarnianiem rzeczywistości gotów był jeszcze zaprzeczyć.

- Bardzo terminowe są, to trzeba przyznać - wtrąciła matka, wieszając kociołek nad ogniem. W jego wnętrzu znajdowało się coś, co dla bardzo domyślnych mogło być zupą.

- Wiem, ale... to nie jest normalne - rozłożył ręce, nie wiadomo czemu patrząc na swój przyszły obiad. Szybko jednak przeniósł wzrok na Valkę. - Przecież jeszcze chwila, i będziemy szacować, gdzie i kiedy wybuchnie następny!

To żeby nie miała wątpliwości, co tu uważał za bardziej "nienormalne".

- Ta cała sprawa w ogóle jest dziwna - zauważyła kobieta. - Nic... znaczy, mało co eksploduje samo z siebie. Nadal niczego nie wiecie? Jakaś przyczyna?

Właśnie problem tkwił w przyczynie. Jakaś musiała być, ale dotychczas nie udało się jej zidentyfikować. Po drugiej eksplozji zaczął się już wprawdzie niepokoić i zastanawiać, co się dzieje, ale mimo dokładnych oględzin ani on, ani nikt z jeźdźców nie znalazł niczego, co można by uznać za powód katastrofy. Teraz to zaczęło powoli zakrawać na jakąś klęskę żywiołową. Bo ziemia to żywioł, prawda?

- Wodzu... - zaczął znów stojący obok wiking, ale Czkawka nie dał mu dokończyć.

- Cóż, trzy razy pod rząd słyszałem tylko "bum i w dół" - odparł matce, celowo go parodiując. Wiadro miał jakieś szczególne szczęście (lub jego brak), bo zawsze był świadkiem wybuchów i za każdym razem to on przynosił mu tę wiadomość. - Na miejscu zresztą nie dowiedziałem się nic więcej. Szukaliśmy, oglądaliśmy, nic. Musiałyby być jakieś szczątki beczki albo czegoś, co spowodowało wybuch. Albo chociaż zapach prochu. A tu nic.

- A gaz? - podsunęła matka.

- Coś ty, żaden smok o zdrowych zmysłach by tego nie zrobił. Bliźniaki zawsze przylatywały z nami, więc odpadają. A po worku z gazem też musiałyby zostać strzępki. W sumie workach, bo jeden to by nie starczył - zauważył. - Więc jesteśmy w kropce.

- Ale wodzu... - Wiadro cały czas próbował swoich sił.

- No? - Czkawka w końcu zwrócił na niego uwagę. Wiking podrapał się po głowie.

- Bo to nie trzy pod rząd.

- Ach, nie? - zdziwił się sztucznie Czkawka.

- No nie. Ten wypalił dopiero pierwszy raz. Tamte dwa to były inne... Wódz wie, jeden za kuźnią, a drugi...

- Och, tak, wódz wie i wódz dziękuje - przerwał ironicznie. Chętnie dodałby dwa słowa na temat kompetencji niektórych wikingów, ale powstrzymał się i po prostu wyszedł, zostawiając zdezorientowanego Wiadro Valce.

- Chodź, mordko - mruknął jeszcze w drzwiach.

Czekający przed domem Szczerbatek ucieszył się i przyskoczył do niego, bijąc ogonem o ziemię. Jeździec był jednak mocno zirytowany.

- Tak, lecimy, ale niestety nie tam, gdzie byś chciał - mruknął, gasząc jego zapał i dosiadając go. Furia wzbiła się w powietrze i gruchnęła pytająco. Co się stało? Przecież jeszcze dziesięć minut temu tak mu było do śmiechu.

- Zaraz zobaczysz. I nawet nie próbuj się śmiać - pogroził. Smok zastrzygł uchem, zainteresowany.

- Hej, Czkawka, słuchaj, słuchaj! - rozległ się za nim krzyk Śledzika, który, gdy tylko go zauważył, od razu w niebywałym pośpiechu wsiadł na Sztukamięs. Czkawka westchnął ciężko.

- Jeśli chcesz mi oznajmić, że kolejnemu z tuneli Szeptozgonów zachciało się posmakować życia, więc ot tak nagle wyleciał w powietrze, to się nie fatyguj - stwierdził, ale mimo to poczekał, aż przyjaciel do niego dołączy.

- A-a, akurat nie. Evel chciała cię wczoraj wieczorem ponoć złapać, ale nigdzie cię nie było, więc kazała ci przekazać... - tu Śledzik urwał, żeby zrobić porządny wdech.

- Dobra, zerknę na to i zaraz do niej lecę - skinął głową. - A co kazała przekazać?

- No... no nic - Ingerman wzruszył ramionami. - Po prostu, że była.

- Aha.

- A swoją drogą, trochę to dziwne, nie?

- Czemu? Jest nowa - Czkawka od razu wystąpił w obronie dziewczyny. - To normalne, że potrzebuje pomocy.

- Nie, mi nie chodziło o to, że ciągle siedzicie razem - Śledzik machnął ręką. - Że wybucha nam wioska.

- A, tak - chrząknął, zmieszany. - Dziwne.

- Wiesz, myślałem nad tym, ale nie mogę znaleźć żadnego logicznego powodu. Wcześniej jakoś wszystko było w porządku, a nowych Szeptozgonów my tu przecież nie mamy. Ani trzęsień ziemi... Ani nikt tam w tych tunelach nic nie robi przecież...

- Pewnie plaga - zasugerował beznamiętnie.

- To by było chyba jedyne wytłumaczenie - Śledzik uśmiechnął się niewesoło. - Myślisz, że Sączysmark ostatnio przeskrobał coś grubego? - spojrzał na przyjaciela

- A może to Wiadro? - grymas na twarzy Czkawki miał przypominać uśmiech. - Nie wiem, jakim cudem on się zawsze znajduje w miejscu, gdzie... Nie, no, na Thora - jęknął, widząc podłużną dziurę w ziemi, zaraz przed pierwszymi domami. - No, właśnie w takim miejscu.

Furia mimo ostrzeżeń zarechotała głucho.

- Hej, coś przecież mówiłem - przypomniał urażony.

Szczerbatek krótko prychnął.

- I jeszcze poprzek ścieżki - westchnął, klepiąc lekko wierzchowca. - Po prostu bosko. Lądujemy.

Smok posłusznie złożył skrzydła i po chwili oboje ze Śledzikiem dołączyli do czekających na miejscu Astrid i Sączysmarka. Ludzi nie było, jeźdźcy już wcześniej zajęli się tym, żeby zapewnić trochę przestrzeni wolnej od zainteresowanego tłumu. Bliźniaki również chwilowo nie zdążyły się pojawić.

- Oo, no proszę, czyżby nasz wódz zmienił dziś asystę? - Astrid uniosła brwi, patrząc na wodza.

- Zmieniłem - mruknął, schodząc z siodła. Nie miał ochoty się z nią teraz sprzeczać.

- A gdzie Evel? - chciał wiedzieć Sączysmark.

- Nigdzie. Co tym razem? - spytał, podchodząc do przyjaciół i zerkając w stronę dziury. Szczerbatek podreptał za nim, wąchając przy okazji uważnie mijany odłamek skały.

- Tak, jak ostatnio - Astrid wzruszyła ramionami. - Wszystko normalnie, aż tu nagle huk - i mamy... dół.

- Ale trzeci raz? - skrzywił się. - Co się tym tunelom nagle stało? Wcześniej jakoś nie wybuchały bez powodu.

- Teraz też tego nie robią. Po prostu przybył im jakiś powód.

- Super - opuścił bezradnie ręce. - I to jeszcze akurat w takim miejscu... Znowu będą mi tu ludzie wpadać.

- To ich powyciągamy - pocieszyła go Astrid. - Możemy nawet zrobić dyżury, jak ostatnio.

- Ta, jakbym naprawdę nie miał się czym zająć.

- Ja się nie piszę - wymówił się od razu Sączysmark. - Sven mnie nie jakoś po ostatnim nie pokochał... A przecież to nie moja wina, że mi smoka przestraszył. Było się nie drzeć. Taki samozapłon to tylko samoobrona.

- Jeśli o mnie chodzi, też wolałbym nie - mruknął Śledzik. - Ze względu na Sztusię... Po ostatnich dyżurach trochę bolał ją brzuszek.

- Ta, dziś też chyba rozboli - zadrwił Sączysmark. - Przypilnuj czasem tego żarłoka.

Sztukamięs z apetytem zjadła właśnie kamień Szczerbatka. Ten warknął niezadowolony i podszedł do krawędzi uskoku. Wychylił się mocno i zaczął węszyć.

- Jak możesz! - Śledzik zacisnął pięści, ale Czkawka wpadł między nich.

- Może trochę spokojniej, mamy tu odrobinę poważniejszy problem.

- Jak chcesz, ogrodzimy to z Wichurką - zaproponowała Astrid.

- A my tu możemy z Hakokłem zrobić mały odpał, żeby uważali - Sączysmark poklepał Ponocnika, który jak na komendę stanął w płomieniach. Czkawka machnął ręką.

- Jak ktoś nie zauważy takiego dołu, to ogień też sobie możemy podarować. Zresztą, zagrodzenie drogi to kiepski pomysł.

- Ja myślę, Czkawka, że to trzeba po prostu zasypać - wtrącił Śledzik. Wódz skinął głową.

- To będzie cały dzień pracy, ale chyba nie mamy wyjścia - spojrzał na swojego przyjaciela. - Szczerbatek, wychodź stamtąd, bo zaraz...

Przednie łapy smoka straciły oparcie w obsuwającej się ziemi. Furia warknęła krótko, fiknęła koziołka i zniknęła.

- Już nieważne - machnął ręką i ruszył za przyjacielem. Ostrożnie zsunął się do dołu i podbiegł do Szczerbatka, który właśnie otrzepywał się z pyłu i ziemi.

- Cały jesteś, mordko?

Smok przytaknął i znowu pochylił się, energicznie poruszając nosem. Podszedł do jednego z końców jaru, gdzie nawarstwiło się mnóstwo skał, które zasypały przejście. Prychnął przy tym krótko, a potem uniósł łeb i spojrzał na jeźdźca.

- Tak, tam wciąż jest jeszcze tunel. Chociaż na dobrą sprawę nie wiadomo, na jak długo - Czkawka wspiął się na siodło i spróbował zawrócić wierzchowca, ten jednak ostro się sprzeciwił.

- Szczerbatek, nie wygłupiaj się. Musimy brać się do pracy - pociągnął przyjaciela drugi raz, ale nadal bez skutku. - No, proszę cię, chodź.

Smok odsunął się od ściany na większą odległość.

- Co ty... - nie dokończył, bo Furia splunęła silnym ładunkiem w zasypane przejście. Wszędzie dookoła uniósł się dym, a Czkawka zaczął kaszleć.

- Wszystko dobrze? - dobiegł go z góry głos Astrid.

- Nie wiem - odparł, krztusząc się. - Jego pytaj!

Szczerbatek nie zwrócił na nich najmniejszej uwagi. Cały czas wpatrywał się uważnie w swój cel. Po chwili wódz zrozumiał jego napięcie: od drugiej strony także dał się słyszeć stłumiony kaszel.

- Hej, tam ktoś jest! - krzyknął do pozostałych jeźdźców. Ci natychmiast dosiedli swoich wierzchowców i zlecieli na dno jaru. Nagle przez głowę Czkawki niczym błyskawica przeleciało pewne przypuszczenie. Raz jeszcze zerknął na grupę przyjaciół.

Szczerbatek prychnął w stronę tunelu.

- Nie, no nie - mruknął z niedowierzaniem. - Powiedzcie mi, że to nie... oni - dokończył ostrzej.

Wśród opadającego pyłu zobaczył najpierw ledwie widoczne, a potem z każdą sekundą coraz wyraźniejsze zarysy dwóch ogonów, szerokiego cielska, a potem dwóch głów, osadzonych na dwóch długich szyjach. Mieczyk i Szpadka, nie mniej zaskoczeni od jeźdźców po drugiej stronie, obrócili się i wyszczerzyli z siodeł. Czkawka przesunął dłonią po twarzy.

- I proszę, znalazł się nasz powód - wycedziła Astrid, spoglądając groźnie na bliźniaków. - Nawet dwa powody. A mówiłeś, że to nie będzie gaz - rzuciła oskarżycielsko do chłopaka.

- Bo myślałem, że są czyści - Czkawka skrzyżował ręce, patrząc na winowajców niezbyt życzliwie. - Zawsze byli z nami.

- Przecież przylatywaliśmy na miejsce chwilę później.

- Biorąc pod uwagę stan ich licznika narobionych głupot, rzeczywiście można się było tego spodziewać - stwierdził uczciwie Śledzik.

- Oj, im ten licznik dawno wybiło - warknęła blondynka. - Ale tak, domyślić się było łatwo.

- Pewnie, ja wiedziałem od razu - pochwalił się Jorgenson. Czkawka skrzywił się, patrząc na niego. Chęć uduszenia pozostawała nadal aktualna.

- Dziwne. Za każdym razem sugerowałeś, że to Gustav robi nam kawał - zauważył z niesmakiem.

- Co? To tylko dla zmyły. Żeby nie ten... no... - na chwilę się pogubił, ale zaraz odzyskał rezon i okrasił go oburzeniem. - A czemu ty się, mądralo, nie domyśliłeś, co? Przywódcą jesteś, powinieneś używać tej części ciała, dzięki której szyja nie jest piątą kończyną. Doprawdy, ja nie wiem, co ty tam masz w tej makówce, że cię tak zaćmiło.

- Ja tam mam teorię... - blondynka mruknęła pod nosem, ale Czkawka pominął to milczeniem.

Naturalnie wiedział, o czym mówiła. Wypominała mu to już od kilku dni, zawsze niezadowolona. Nie polubiła Evel.

Choć i jeźdźcy, i mieszkańcy Berk zdążyli już się przyzwyczaić do jej obecności, Astrid ciągle nie mogła jej zaakceptować. Brunetka dostała własną chatę na skraju osady. Czkawka, który zaprowadził tam ją już pierwszego dnia, powiedział jej, żeby w razie jakiegokolwiek problemu przychodziła do niego. A że dziewczyna miała ostatnio tych problemów (choć bardzo prozaicznych) całkiem dużo, to wódz spędzał w jej towarzystwie sporo czasu. Nawet poprzednimi tunelami zajmował się równolegle z bronią Evel, z jej chatą czy z jej smokiem, na temat którego ciągle trwały między nimi dyskusje. Choć właściwie nie o samego smoka szło, tylko o latanie. Brunetka już wkrótce po zakwaterowaniu wyraziła chęć, by wybrać się na kilkudniową wycieczkę, na poszukiwania. Nie wyjaśniła, czy zamierza szukać swoich współplemieńców, czy brata, ale Czkawka tak czy tak by jej nie puścił. Nie zgodził się. Evel wydawała się niemile zaskoczona i wiele razy od nowa podejmowała temat. Wódz tłumaczył jej, że wolałby ją najpierw zobaczyć na treningu, żeby sprawdzić jej umiejętności. Nie była z takiego obrotu spraw zbyt zadowolona, ale jak na razie posłusznie trzymała się wyspy. Jednak nie zmieniało to faktu, że co chwila miała do niego jakieś pytania, z którymi przychodziła w najmniej odpowiednich momentach. A on - nawet jeśli był zajęty - w imię gościnności i życzliwości przerywał pracę, poświęcając dziewczynie tyle czasu, ile tylko potrzebowała.

A Astrid, choć wielokrotnie jej to tłumaczył, chyba nie chciała zrozumieć, że ktoś, kto został zupełnie sam, potrzebuje wsparcia.

- Ale to nie my - wtrącił szybko Mieczyk, decydując, że czas w końcu zabrać głos. Czkawka wrócił myślami do rzeczywistości.

- Nie? Nie?! W takim razie dziwny zbieg okoliczności! - Astrid spojrzała gniewnie na winowajców. - Jak tak się zastanowić, zawsze byliście spóźnieni i nadspodziewanie zachwyceni nową dekoracją wioski.

- W balony nas nie zrobicie. Wszyscy wiemy, że kochacie eksplozje - dodał Sączysmark. - Szczerbek wyczuł zdaje się właśnie gaz Zębiroga, na którym siedzicie. O, a może to nie wasz?

- O, no to, to, coś w ten deseń - Mieczyk wyciągnął palec, ale Szpadka zaraz pacnęła go po łapie.

- Wiesz ty co? - spytała głośnym szeptem. - Dużo można, ale nie wypierać się swoich!

- I tak sobie myślę, że z jakiejś przyczyny znaleźliście się w tym tunelu akurat teraz - dokończył Śledzik.

- Ja ci wyjaśnię, kolego Śledzik - odezwał się Mieczyk. - Naturalnie, jest przyczyna.

- Kiepski grunt - rąbnęła prosto z mostu jego siostra.

- Dokładnie. Poprzednio podłoże było w miarę lite, ale chyba trafiliśmy na zły odcinek - Thorston podjechał bliżej ściany i dotknął jej. Zmarszczył brwi, oderwał od niej bez trudu grudkę ziemi, a potem roztarł ją w palcach. - Tak, zdecydowanie zły odcinek.

- Więc jak się wszystko zatrzęsło, zasypało nam wyjście - dokończyła Szpadka.

- Właśnie próbowaliśmy się przekopać przez te zwały, kiedy to nas uwolniliście, za co będziemy wam dozgonnie wdzięczni - Mieczyk ukłonił się w siodle.

- A to nie mogliście po prostu wysadzić tej ściany, którą przed chwilą popsuł Szczerbatek? - Śledzik nie bardzo mógł zrozumieć. - Bo druga strona rozumiem, posypałaby się wam na głowy, ale czemu nie tędy?

- Jak to: czemu? - Szpadka wytrzeszczyła oczy. - No przecież byście nas nakryli.

Czkawka tylko uniósł brwi.

- Czyli możemy to potraktować jako przyznanie się do winy? - spytała spokojnie Astrid, zerkając na wodza.

- Dobra, możecie - przyznał bliźniak. - Bo to po prostu Czkawka chciał, żeby mu tak powiedzieć. Że to nie my.

- Wiecie co? Ja tak sobie myślę, że każdy powinien wypić, czego sobie nawarzył - odezwał się nagle Śledzik.

- Jak raz się zgadzam - wtrącił Sączysmark.

- A co warzymy? Bo ja to bym prosił ciepłe jacze mleczko - westchnął Mieczyk. - Mama nam zawsze takie dawała do poduszki...

- Wiesz, braciszku, mi tam dawała do kubka, nie wiem jak tobie - odezwała się Szpadka.

- Przychyliłbym się - powiedział wódz. - Ale jeśli ich zostawimy, zasypywanie tej dziury może potrwać tygodnie, a nam potrzebna ta droga na już.

- Chyba żartujesz - oburzył się Jorgenson. - To my mamy pracować tylko dlatego, że ktoś tutaj, nawet nie powiem kto, bo to by było idiotyczne - chciał się pobawić?!

- Ej, ej, bo jak już jesteśmy w temacie, to taka totalna destrukcja genialnie tam od spodu wygląda - powiedział rozmarzony Mieczyk. - Z wierzchu też, ale pod spodem...

- Słuchaj, czy ty sobie zdawałeś może przypadkiem sprawę, że rozsadzasz nam przy okazji wyspę? - zniecierpliwił się Czkawka. Bliźniak spojrzał skonsternowany.

- No... coś w tym jest - pomyślał chwilę i szybko wskazał palcem na Szpadkę. - To jej robota, niech ona sprząta.

Wódz przeniósł spojrzenie na dziewczynę, która się najwyraźniej rozeźliła.

- Pomysł był twój - warknęła. - Ja bym nigdy nie wpadła na to, żeby udawać, że Odyn zesłał na Wiadro klątwę za niezapłacone rachunki!

- Wspólny - wybrnął dyplomatycznie Mieczyk. - Nie miałaś obiekcji.

- Miałam! Przecież ja nawet nie wiem, o jakie rachunki ci chodziło.

- Ja też nie, ale on na pewno niczego nie płaci - stwierdził stanowczo Mieczyk.

- I niech sobie nie płaci, nic mi do tego. Ale sam widzisz, ja tu nie jestem od myślenia. Więc skoro zepsułeś, to teraz napraw, a nie mieszaj mnie do tego.

- Maczałaś w tym twoje ręce, twoją smoczą głowę i twój gaz, więc nie zwalaj na mnie! Podobno nie można wypierać się swoich. To gdzie twoja lojalność?

- Zamoczyłam przy okazji - zakpiła Szpadka. - Przecież to ty zacząłeś donosić!

- I tak macie jednego smoka - przypomniał wódz. Bliźniaki ucichły i wlepiły w niego oczy, z których można było wyczytać, że nie widzą związku. - Bo chyba nie chcieliście taszczyć tych skał na plecach.

- Serio? Ja tam chciałem... - mruknął zawiedziony Mieczyk.

Czkawka pokręcił głową.

- Powinieneś im wlepić porządną karę - zawyrokował Sączysmark.

- Wiem - westchnął, po czym wziął wodze w ręce. - Dobra. Potem znajdę im jakieś zajęcie. Może pomogą przy jakach... Nie wiem, nieistotne, teraz przyda się każdy smok. Astrid, przeleć się po Ereta. Sączysmark - znajdź Evel. My ze Śledzikiem i bliźniakami poszukamy surowca w głębi wyspy.

- Mówisz i masz - Sączysmark ochoczo poderwał Hakokła, ale zatrzymała go Astrid.

- Evel nam nie pomoże. Nie ma jej na Berk.

Czkawka zmarszczył brwi, ale nie wydawał się zdziwiony. Tama pękła. Dziewczyna nie wytrzymała bezczynności.

- Skąd wiesz? - spytał tylko. Wzruszyła ramionami.

- Powiedzmy, że mam swoje źródła. Z samego rana wyleciała gdzieś na wschód i jeszcze nie wróciła. Zakładam, że gdyby było inaczej, asysta wyglądałaby jak zwykle.

Chłopak nie skomentował tego. Zachował obojętną postawę, ale w duchu nie był zadowolony z tej niezapowiedzianej ucieczki. Obiecywała mu przecież, że przed szkoleniem nigdzie nie poleci sama... Czkawka miał wątpliwości co do współpracy nowego duetu smok-jeździec. Nie znał do końca przecież ani dziewczyny, ani jej umiejętności, i zwyczajnie czuł się za nią odpowiedzialny. No, ale przynajmniej chciała mu powiedzieć. To się liczy.

- Trudno. Pewnie miała coś do załatwienia - powiedział. - Poradzimy sobie bez niej. Smark, lecisz z nami.

- Uch... A miało być tak pięknie - mruknął butnie wiking. - Też jej się zachciało wycieczek.

- Prawdopodobnie nie po raz ostatni - powiedział Czkawka. - Zdaje się, że szuka tych ludzi. Wiesz, swojego plemienia. Obawiam się, że będzie znikać częściej i na dłużej, więc na twoim miejscu nie robiłbym sobie... nadziei - dodał po namyśle.

- Hej, moment, to jej wolno tak sobie znikać? - uniósł się nagle Jorgenson, przerzucając spojrzenie z Czkawki na Astrid, a potem na Śledzika.

- Łał, zrozumiałeś za pierwszym razem - zakpiła blondynka. - Pogratulować.

- A wdzięczność jakaś to gdzie? - rozłożył ręce i w świętym wzburzeniu znowu zwrócił się do wodza. - Chyba jest nam coś winna, przecież gdybyś jej nie wziął na siodło, utknęłaby na tym pogorzelisku jak widły w jaczym...

- No, już sobie daruj - przerwał Czkawka.

- ...i tak by się przygoda skończyła! Mało jej jeszcze?

- Jako, że zrobiłem to kompletnie bezinteresownie, to - nie, nie jest nam nic winna - odparł spokojnie. - Zresztą, choćby była, nie rozumiem, w jaki sposób miałoby ją to gdzieś zatrzymywać.

- Wiesz, no bo wdzięczność to się na przykład okazuje tak, że się nie ucieka, tylko siedzi na miejscu i grzecznie konwersuje z wybawcami. Mamusia nie uczyła? A, no ciebie nie. Tatuś - Czkawka zacisnął usta, więc Jorgenson szybko przeskoczył na inny temat. - Ale ją chyba już tak! I tyle to by mogła, nie? Albo pozwiedzać na przykład. Mógłbym ją oprowadzić.

- Jak mówiłem - powtórzył wódz - Evel może robić co chce i nie ma żadnego obowiązku siedzenia na Berk. Przykro mi.

- Ale... to niesprawiedliwe!

- Zależy, jak dla kogo.

Wiking prychnął, wymamrotał pod nosem coś niepochlebnego i poderwał Hakokła do lotu. Czkawka pokręcił głową.

- Wiesz, ile razy los daje mu kosza, zawsze trochę mi go żal.

- Ja bym się tam nie przejmowała. Pozbiera się w mgnieniu oka, jak zwykle zresztą - odparła lekko Astrid i wzbiła się w powietrze, wykręcając przy okazji ładną beczkę. Zawisła wysoko nad jego głową i spojrzała z góry na bliźniaki. Szpadka westchnęła, szturchnęła brata i leniwie poderwała Wyma.

- Już dobra, lecę przecież... Co wy dzisiaj wszyscy tacy nerwowi? - Mieczyk, przynaglony niebezpiecznym błyskiem w oku Astrid, tym razem również się zastosował - i po chwili Zębiróg, eskortowany przez nią i Śledzika, poszybował w głąb wyspy. Czkawka zerknął na horyzont, a Szczerbatek warknął cicho, wędrując za jego wzrokiem. Chłopak spojrzał na smoka i uśmiechnął się, klepiąc go po szyi.

- Chodź, mordko. Nic tu po nas.

Jak pewnie zauważyliście (albo i nie, zależy, kto zerknął na spis treści XD), w opku zaszła mała zmiana. Od dziś rozdziały będą mieć tytuły :)

22.Członek zespołu

- ...Nie no, ja nie mówię, że pracowałem dziś jakoś szczególnie ciężko. Wczoraj było gorzej, bo trzeba było naprawić mechanizm na arenie, żeby kopuła w końcu się podnosiła. I to była ciężka robota, w dodatku do pseudopomocy miałem Sączysmarka. Na metalu to może on się zna, tylko jadaczka mu się jakoś nie mogła zamknąć... Taka dygresja. No, ale dzisiaj... To się po prostu zaczyna robić z wolna irytujące. Jeszcze wczoraj osobiście założyłem nowe bolce, i to pod wieczór. A dzisiaj, kiedy szedłem do Svena - ostrzec go, że jego sąsiad znów znalazł tę jego małą Borgę w kapuście i wcale nie jest z tego powodu specjalnie zadowolony - przyleciał Gruby, bo okazało się, że smocza myjnia znowu leży, i znowu z nieznanego powodu. Znaczy, powód mam, bo za każdym razem brakuje bolców; nie mam tylko sprawcy. Ty przypadkiem czegoś dziwnego tam nie widziałaś? - spytał nagle Czkawka, przerywając na chwilę swój monolog.

Słońce przedzierało się przez pojedyncze chmury, nie przygrzewając zbyt mocno, choć były to już pierwsze dni lata. Wódz zmierzał właśnie, ramię w ramię z dziewczyną, w kierunku Akademii. Dziś zamierzał w końcu przeprowadzić porządny trening (poprzedni odbył się jeszcze przed ich starciem z Drago, jakiś miesiąc wcześniej), a aktualnie dzielił się z nią wrażeniami z dnia wczorajszego. Astrid jednak myślami była teraz bardzo daleko, więc tylko nieuważnie potrząsnęła głową. W umyśle zamiast słów Czkawki krążyło jej w kółko coś, o czym wolałaby raczej nie pamiętać, ale czego nie potrafiła stamtąd wyrzucić ani w żaden sposób się od tego odciąć. Z jakiegoś powodu nie chciało dać jej spokoju. Dlatego starała się to na chłodno rozważyć.

- Przecież jeszcze niedawno razem z Eretem naprawiałem bolce mocujące drążek, i były porządnie założone, a teraz znowu ich nie ma - kontynuował tymczasem chłopak. Raz czy dwa zerknął na blondynkę, kiedy nie było odzewu, i zaczynał już zauważać, że chyba mało co go słucha. - Nie rozumiem, po co ktoś zadaje sobie tyle trudu i w kółko kradnie te głupie kołki, skoro wokół jest mnóstwo innego drewna. Chyba, że ciągle psuje to jakiś pechowy smok, który jeszcze nie ogarnął instrukcji obsługi. Niektórzy podobno wolą uczyć się na błędach... No, ale z drugiej strony tego to by było trudno nie zauważyć.

Zamilkł na chwilę, więc dziewczyna, podświadomie uznając, że czeka na odpowiedź, mruknęła coś niezrozumiałego pod nosem, ale w dalszym ciągu nie zwracała na niego najmniejszej uwagi. Prychnął, nieco już zirytowany tą postawą.

- Halo, jestem tu - pomachał jej przed oczami otwartą dłonią.

- Co? - ocknęła się z zamyślenia i spojrzała tak, jakby się właśnie obudziła.

- Ziemia do Astrid. Mówię do ciebie. Znaczy próbuję.

- Dobra, wiem, już słucham. O czym rozmawiamy?

Pokręcił głową.

- O bolcach. Tych, które robiłem w zeszłym tygodniu, pięć dni temu, cztery dni temu, przedwczoraj i wczoraj. Ktoś mi je znowu podebrał - streścił krótko. Uniosła brwi.

- Że niby ja?

- A gdzie tam, przecież nic takiego nie powiedziałem. Pytam tylko, czy coś widziałaś.

- Nie, nic. Ja nawet nie wiem, gdzie ty trzymasz te bolce.

Głośno wypuścił powietrze, w ten sposób dając znać, że chwilowo zaczyna mu brakować wyrozumiałości, bo widać Astrid w dalszym ciągu tylko udawała, że coś ją jego opowieść obchodzi. A on nie zaczął tego dnia zbyt dobrze, więc humor średnio mu dopisywał. W związku z tym jego empatyczne odruchy zostały dziś trochę przytępione.

- Co? - spytała tymczasem dziewczyna, widząc, że chyba znowu nie trafiła z odpowiedzią. Szlag. Ale Czkawce też coś za szybko kończyła się cierpliwość.

- Wiesz, jak lubię, kiedy mnie tak "aktywnie" słuchasz. Przecież ja ich nigdzie nie trzymam, one są w maszynie.

- A...aach, dobra. Załapałam. Oszczędź tej ironii, przynajmniej próbowałam być na bieżąco. Nie mam specjalnie podzielnej uwagi, ale i tak.

- Czemu podzielnej?

- Ty myślisz głośno, a ja po cichu, każdy ma, co lubi.

- Nie, ja nie myślę, tylko usiłuję nawiązać kontakt. Rozmowę. Z tobą.

- Akurat, kiedy się nad czymś zastanawiam... - zmarszczyła brwi, licząc coś przez chwilę w pamięci. - Obstawiam szanse równe zeru. W porywach do dwa na dziesięć.

- To powiedz, że się zastanawiasz. Nie będę się na darmo produkował - stwierdził mrukliwie.

- Spontanicznie się zamyśliłam - wzruszyła ramionami. - Co ci miałam mówić?

- Nic, nic. Nie musisz się odzywać. Następnym razem wywieś po prostu tabliczkę, to nie będę przeszkadzał - skrzywił się. - Tylko gdzieś w widocznym miejscu, bo istnieje ryzyko, że nie zauważę.

Astrid uniosła brew.

- Ktoś tu jest dzisiaj jakby lekko drażliwy - oceniła, lustrując go badawczo. - Nie wyspałeś się czy co?

- Można tak powiedzieć - odparł wymijająco i wykorzystując chwilę, w której się na nim w końcu skupiła, chciał wrócić do przerwanego wątku, ale Astrid nie spuszczała z niego wyczekującego wzroku. Czyli nici z opowiadania. Trzeba się było wrócić do początków. - Nie, nie spałem. Prawie w ogóle. Wiedziałabyś, gdybyś mnie chociaż przez chwilę słuchała.

- Miałeś koszmary? - uśmiechnęła się, szturchając go i niezbyt przejmując się wyrzutem.

- Tak, i to na jawie - stwierdził, nie siląc się nawet na żartobliwy ton. - Wczoraj trzeba było posprawdzać wszystkie paśniki, kolejny raz musiałem naprawiać smoczą myjnię, okazało się, że są jakieś problemy z katapultami, Svenowi zepsuło się ogrodzenie w zagrodzie dla jaków (oczywiście właśnie nie "się"!), przez pół dnia szukałem bliźniaków (ale nie znalazłem), w międzyczasie jaki uciekły, więc je ze Szczerbatkiem goniliśmy z powrotem, a po nocy wzmacnialiśmy z Pyskaczem kolumny przy zbiorniku, bo Gothi zapowiedziała spore burze. Dwie przed końcem padłem... dwie kolumny, oczywiście - i szczęście, że mam oddanego smoka, który mnie zawiózł do domu, bo inaczej obudziłaby mnie pewnie dopiero poranna rosa.

- No to co ty robisz o tej porze na nogach? - zdziwiła się.

- Jak to: co? Normalny dzień - rzucił obojętnie. - Muszę z Pyskaczem skończyć te dwie kolumny, sprawdzić osłony burzowe, lecieć na ćwiczenia do Akademii... Nawet nie chce mi się myśleć, co dalej.

- No, już najwyższa pora - zauważyła. - Nieźle zapuściłeś tę Akademię. Kiedy był ostatni trening? Miesiąc temu czy dalej?

- Przecież ci mówiłem: na razie nie mam czasu pilnować całej wioski i jeźdźców równocześnie - wyjaśnił, zresztą już któryś raz. - Wioska sobie bez tego nie da rady niestety, za to wy owszem. No, każdy na swoją miarę, ale zawsze - uzupełnił, poparty warknięciem swojego przyjaciela, który truchtał sobie przy jego boku.

- I tak trochę przesadziłeś.

- Niech będzie, uznajmy, że bliźniaki mają po prostu swoje kryteria...

- Jak już wchodzimy w szczegóły, to oni obijają się totalnie i do potęgi, nie ma się co oszukiwać. I to non stop. A jeśli już zdarzy im się coś zrobić, zawsze wpakują nas w kłopoty, więc nie zmieściliby się nawet w kryteriach z najbardziej rozciągliwej gumy. To tak, jeśli chodzi o moją opinię na ten temat.

- Okej, wiem, wiem - poddał się szybko. - Ale co to ma do rzeczy?

- Nic, taka mała dygresja. Przedstawiająca kolejny powód, dla którego treningów trzeba przypilnować. Bo przyjdzie co do czego i się nagle okaże, że sobie tak, średnio, delikatnie rzecz ujmując - radzimy.

- Z Drago sobie jakoś poradziliśmy - wzruszył ramionami.

- Tak, miesiąc temu, i to przez wygłup bliźniaków. Żadnego planu, wszyscy latali na oślep, a koniec końców z Drago walczyłeś w zasadzie ty jeden. Kwestia twojej kompletnej ignorancji własnego bezpieczeństwa to już temat na inną rozmowę... Coś takiego nie może się powtórzyć. Musimy więcej pracować razem. Mam na myśli, grupowo - skinęła dłonią w kierunku areny. - Jak kiedyś.

- Nie wiem, mnie tam się wydaje, że czy się dogadujemy bardziej, czy mniej, i tak wszystko robimy razem - wzruszył ramionami. - Czasami z nieciekawym skutkiem, ale jednak. Jeśli to jest dla ciebie za mało...

- Chodzi mi tylko, bardzo konkretnie, o treningi - wyjaśniła, podkreślając ostatnie słowo.

- A, rzeczywiście, fakt. To te dzisiejsze już ci nie odpowiadają? - uniósł brwi.

- Matko, i to niby ja nie uważam... Szczerze? Nie bardzo - skrzyżowała ręce. - Przede wszystkim dzisiejszych nie ma, że od tego zacznę. I co z tego potem wychodzi? Śledzik wiecznie bierze tyły, na Sączysmarka najlepiej w ogóle nie liczyć, bo jak przyjdzie co do czego, to się człowiek przynajmniej nie rozczaruje, o bliźniakach to już nawet nie wspominając; Czkawka jest niezwykle dyspozycyjny do wszystkiego, co nie dotyczy Akademii - no, chyba, że go akurat gdzieś wywieje - i, jak się potem okazuje, trenujemy ja z Wichurką. No, bardzo fajnie, stanowimy świetny zespół - tylko co z tego, skoro cała reszta ma to wszystko w głębokim poważaniu?

- Oj, trochę grubo przesadziłaś - pokręcił głową.

- Może - wzruszyła ramionami. - Ale jestem bardziej za "trochę".

- A ja wręcz przeciwnie. Słuchaj, Astrid, musisz zrozumieć, nie każdy podziela twój zapał, ale to nie znaczy, że od razu nikogo to nie obchodzi - wyjaśnił łagodnie.

- Właśnie rzecz w tym, że podzielają, tylko każdy na swój sposób. Wystarczy się zorganizować. Jesteś szefem Akademii - rzuciła to niczym oskarżenie. - Zajmij się tym.

- I przy okazji jestem jeszcze wodzem całej wioski - zauważył. - Nie przeceniasz mnie czasem?

- To potraktuj to jako kwestię, od której zależy dobro Berk. Ze zgranymi smokami jest przede wszystkim bezpieczniej. Bezpieczeństwo - priorytet, chociaż nasz drogi wódz coś za często o tym zapomina - wytknęła go palcem. Przemilczał to, bo wiedział, jak wrażliwa bywa na tym punkcie. - A poza tym więcej łowimy, szybciej budujemy, dalej latamy, patrolujemy... Jakbyś nam wczoraj dał znać, zagonilibyśmy ci te jaki.

- Ale ja wiem! - wyrwało mu się. Astrid nie walczyła o dojście do słowa, nawet zerknęła z zainteresowaniem, więc kontynuował. - I nie mówię, że nie. Mam po prostu strasznie dużo na głowie i Akademia czasem musi poczekać. No... często musi. Jeśli to wszystko ma się podnieść, powinniście wybrać sobie nowego szefa.

- No coś ty! Niby kogo? Śledzika? Smarka?

- Ciebie na przykład.

- Ja jestem wojowniczką, nie przywódcą. A że bliźniakach to już w ogóle nie rozmawiamy... No, przepraszam, ty nie masz nawet kandydata na zastępcę.

- No to wybacz, ale nie możesz tyle wymagać. Nie umiem się rozdwajać. Jeszcze. A po drugie uważam, że teoria treningów - teorią, a w praktyce i tak dobrze się sprawdzamy.

Och, jakie to to oporne jest...

- Ta praktyka też może pewnego dnia zostać poddana próbie - mruknęła. W jakiś nieuchwytny sposób to stwierdzenie łączyło się z tym, co nie dawało jej spokojnie myśleć...

- To dopiero jakiegoś "pewnego dnia" - przypomniał rzeczowo. - Nie mam czasu ani ochoty martwić się na zapas.

- To ja cię nauczę, bo to cenna umiejętność. A zaczniemy od takich właśnie drobiazgów.

- Astrid... - uniósł oczy ku niebu. - Ty nigdy nie odpuszczasz?

- Jak wiesz, to po co się pytasz? - odparła rozbawiona.

- Nie wiem. Liczyłem, że może coś się zmieniło - westchnął.

- Nie ma szans - ukróciła jego wszystkie nadzieje (jeśli w tym momencie w ogóle jeszcze jakieś miał). - To jak będzie? Zajmiesz się tym? - zawiesiła na nim wyczekujący wzrok. - Zależy mi.

Spojrzał w jej błyszczące oczy i poddał się bez dalszych oporów.

- Niech będzie. Przypilnujemy treningów i Akademii. Raz w tygodniu ci wystarczy?

- Już trzymam cię za słowo - uśmiechnęła się, bardzo zadowolona. Odetchnął z ulgą, ciesząc się, że nie umyśliła sobie jeszcze częstszych zajęć. Musiałby wbrew jej woli wysłać ją na zastępstwo. Za siebie, rzecz jasna.

- Nie wiem wprawdzie, jak zniosę kolejne kłótnie Sączysmarka z pozostałymi jeźdźcami, i czy strawię następne eksperymenty bliźniaków na arenie, ale przynajmniej przekonamy się, gdzie leżą granice mojej cierpliwości.

- Albo gdzie kończy się ich kreatywność - podsunęła.

- Ma szczęście tak daleko to chyba nie zajdziemy. Bo cierpliwość (przynajmniej moja), jak kryteria dla bliźniaków, nie jest z gumy. A przynajmniej nie z takiej, którą można wiecznie rozciągać.

- Pesymista. Nie będzie tak źle - szturchnęła go lekko. - Tyle lat z nimi i przecież jeszcze żyjesz.

- Tak, ty to mnie umiesz pozytywnie nastroić, nie ma co.

- Za to mnie przecież tak lubisz.

Pokręcił głową, nie kryjąc uśmiechu.

- Jeśli dobrze zgaduję, to przez grzeczność nie powinienem zaprzeczać, tak? - ręką wskazał jej wejście na arenę, przepuszczając ją przed sobą.

- Ja ci zaraz dam "przez grzeczność" - pogroziła mu niezbyt poważnie palcem i weszła do Akademii, gdzie czekali pozostali jeźdźcy.

- Już się nie mogę doczekać - uśmiechnął się i ruszył zaraz za nią. Szczerbatek też wyglądał na zadowolonego.

- Cześć wam - przywitał się wódz, a Nocna Furia warknęła przyjaźnie w stronę innych smoków.

- O, cześć, Czkawka! Czekaliśmy na ciebie. Co dziś robimy?

Astrid spojrzała zdziwiona. Tak, nie pomyliła głosu. Na arenie, oprócz jeźdźców, stała jeszcze brunetka. Nowa. Evel. Dobry Thorze, a co ona tu robi?

- Atak z lotu nurkowego z unikiem - rzucił przez ramię. - Zobaczysz.

- Nuda, robiliśmy to ostatnio przez całe, okrąglutkie pół godziny - mruknął Sączysmark.

- Nieważne, że to było lata temu - uzupełnił Mieczyk. - A w zasadzie miesiąc. Nie wolno się tak powtarzać, karygodna postawa.

- Ty - wtrąciła się Szpadka, patrząc na Smarka. - Gdzieś ty widział okrąglutkie pół?

- Niezupełnie, wtedy unik zaplanowaliśmy sobie przed strzałem, w powietrzu - skorygował wódz, sprawdzając coś w skrzyni. - A dziś powinieneś się tak zgrać ze swoim smokiem, żebyś trafił do celu i na dodatek nie zabił się na którejś ze ścian.

- Nie można było wymyślić czegoś bardziej efektownego? - Jorgenson wydawał się niezadowolony.

- A twoja śmierć będzie mało efektowna? - zdziwił się Mieczyk.

- Możesz się wysilić, fantazjować przecież nigdy nie zabraniam - wzruszył ramionami.

- Ta, jasne - westchnęła Szpadka. - Wmawiaj to sobie dalej, jak po raz enty powtórzysz nam, że czegoś zaś nie wolno.

- Nie ma szans, w Akademii się nie uda - dołączył Sączysmark. - Za mało miejsca, wody też.

- Ten, a po co nam to w ogóle będzie? - spytał Mieczyk.

- Jak na przykład zaatakujesz katapultę, a dookoła będzie pięć innych i jeszcze dwie obok, to ci się przyda - wyjaśnił zniecierpliwiony, przecierając rękawem zmęczone oczy.

- Aha... A po co nam katapulty?

- ...To ja pójdę po tarcze.

Czkawka wykorzystał pretekst i natychmiast ulotnił się z areny, gdzie Sączysmark i Szpadka właśnie rozpoczynali zażartą kłótnię na temat okrągłych połówek. Astrid natomiast wykorzystała jego wyjście, uznając, że to dobra chwila na zamianę kilku słów na osobności, i dogoniła go w magazynie.

- Co ona tu robi? - spytała wprost.

Nie, żeby nie spodziewał się podobnie "ciepłego" przyjęcia swojego pomysłu ze strony dziewczyny.

- Evel? - upewnił się lekko, wysuwając stojak na kółkach i podając go dalej do Astrid. Machinalnie przejęła go i przesunęła w stronę drzwi.

- Nie, no, bo zaprosiłeś tu więcej nowych - sarknęła. -Jasne, że Evel.

- Będzie z nami trenować.

- Dzisiaj? - upewniła się.

- Chce się przyłączyć na stałe. To znaczy - ja chciałem ją przyłączyć, chociaż broniła się rękami i nogami... Nie miała ochoty na pracę w grupie. Chyba się jeszcze nie zintegrowała.

- A nie zapomniałeś mi o czymś powiedzieć? - Astrid poczuła, że robi jej się gorąco. - Albo może zapytać? Zamierzasz trenować kolejnego jeźdźca?

- Nie.

Uff, co za ulga...

- Chciałbym, żeby po prostu trochę u nas poćwiczyła. Zanim zacznie urządzać dłuższe wypady, które sobie planowała, musi lepiej poznać się ze swoim smokiem i nauczyć go paru przydatnych rzeczy. I pomyślałem, że może mogłaby uczyć się tego od nas - mruknął, wyciągając tarcze na arenę.

- Tak, genialny pomysł - mruknęła pod nosem, ale udał, że jej nie usłyszał.

- No, moi drodzy, macie pół godziny, żeby przygotować to, co chcecie pokazać - zakomenderował, rozstawiając cele. - Macie mnóstwo przestrzeni na inwencję twórczą, proszę o jakieś kreatywne triki. Mają spełnić dwa warunki: musi być i atak na tarczę, i dowolny unik. Smark, jak chcesz próbować nad wodą, wolno się oddalić, tylko wrócić mi masz. Wszyscy rozumieją czy coś jeszcze wyjaśnić?

Evel pokiwała głową, ale reszta była całkowicie zajęta sobą. Sączysmark i Szpadka nadal gryźli się w temacie połówek, a Mieczyk obserwował ich kłótnię i w zależności od humoru wspierał to jedną, to drugą stronę. Śledzik w tym czasie walczył z beczkami, w czym dzielnie pomagała mu Sztukamięs. Astrid zabrała jedną z tarcz i przesunęła się bliżej Czkawki.

- Tak jej ufasz?

- Co? - zdziwił się niespodziewanym pytaniem.

- Naprawdę chcesz, żebyśmy wszystko jej pokazali?

Normalnie pewnie skwitowałby to obojętnym wzruszeniem ramion, ale tym razem przyszło mu do głowy, żeby przypomnieć dziewczynie jej własne argumenty. Może tak miał szansę ją przekonać.

- Nie rozumiem. Chyba chciałaś, żebyśmy się zgrywali, tak? Nie dalej jak pięć minut temu zresztą - stwierdził z udanym zdziwieniem.

- Ale chyba wyraźnie mówiłam o Mieczyku, Szpadce, o Smarku... o naszej ekipie, nie o niej! - w blondynce zawrzało, a Czkawka zorientował się, że nie ten efekt chciał osiągnąć.

- No, już dobra. Nie zaczynaj - ustawił drewniany podest na miejscu i otrzepał dłonie. - To nie jest czas ani miejsce.

- Czkawka, ty nic nie rozumiesz... - zaczęła, ale nie pozwolił jej na wypowiedzenie kolejnego zdania.

- Rozumiem - uciął krótko. - Ale jeśli liczyłaś na to, że nie pozwolę jej zbliżyć się do Akademii, bo ktoś tutaj ma jakieś bezpodstawne uprzedzenia...

- Coś w tych klimatach, nie generalizuj - weszła mu w słowo. - Po prostu na chwilę odezwał się mój zdrowy rozsądek.

- ...to przykro mi, ale się przeliczyłaś.

Dziewczyna przemilczała kilka mocnych słów, które cisnęły jej się na język. Emocje emocjami, ale niekoniecznie powinno się im do tego stopnia folgować. Lepiej było policzyć do dziesięciu.

- Dobrze, ty tutaj decydujesz - oznajmiła w końcu. - Niczego nie cofam. Ale pamiętaj, jak coś się stanie, ty też na mnie nie licz - przytknęła palec do jego piersi. - Ostrzegałam.

Łagodnym gestem odsunął jej dłoń od siebie.

- Ja jej ufam, a ty musisz zaufać mi.

Westchnęła, patrząc mu w oczy, jakby chciała mu uświadomić, jak bardzo bezsensowna to była wypowiedź.

- Wiem. Tylko żebym się kiedyś na tym nie przejechała - odparła, dosiadła Wichury i odleciała, dołączając do pozostałych. Czkawka przez chwilę śledził ją wzrokiem.

- Chodź, Szczerbek - rzucił w końcu do smoka. - Zastanowimy się, co jeszcze moglibyśmy zrobić.

Rozejrzał się dookoła i zamyślił się. Z mniej lub bardziej jasnych dla niego w tej chwili powodów miał ochotę na coś więcej niż prosta sztuczka w powietrzu. Chciał się pokazać z jakiejś bardziej kreatywnej strony. W zasadzie, czy mówił coś o ilości? Raczej nie. Więc właściwie czemu nie...?

- Chyba mam - powiedział nagle i klepnął Furię po karku. - Choć, trzeba przećwiczyć parę elementów, ale to ma szansę się udać. Pół godziny powinno nam wystarczyć.

Dosiadł Szczerbatka i wzbił się w powietrze.

- No nie! - Sączysmark zacisnął pięści. - Czy on zawsze musi tak szybko myśleć?

Wybaczcie, tego się NIE DA poprawić.

23.Taniec bojowy

Czkawka wylądował blisko wejścia. Mieli już ze Szczerbatkiem gotowy plan działania i sam był ciekawy, co wymyślili pozostali. Czy w ogóle coś... Kiedy wszedł na arenę, z zadowoleniem stwierdził, że Sączysmark, zamiast kłócić się ze Szpadką, wywija w powietrzu jakieś pętle, Śledzik ćwiczy ostre hamowanie przy pionowym spadaniu (dwa metry nad areną... ale jednak), a bliźniaki przyglądają się wszystkiemu z konspiracyjnymi minami. No, może akurat te miny nie powinny go cieszyć, ale sam fakt, że Mieczyk i Szpadka siedzą cicho, nastrajał tym razem pozytywnie. Dalej, po dwóch różnych stronach areny, zajęte swoimi smokami, czekały Astrid i Evel. Widać nie miały za dużo do powtórki. Na tarczach można było zobaczyć ślady świeżych strzałów, co również świadczyło o tym, że jeźdźcy nie próżnowali.

- Dobra, moi drodzy - odezwał się przerywając przyjemny gwar areny. - Widzę, że wszyscy tu już popracowali i wrócili, to chyba możemy...

Sączysmark na jego widok ostro wylądował na ziemi.

- Zajmuję pierwsze miejsce - zapowiedział z góry.

- Ee, co? - spytał zaskoczony. - Smark, to nie jest konkurs...

- Nie to, coś ty - Jorgenson machnął ręką, uciszając Czkawkę. Jak zwykle, nie zamierzał fatygować się słuchaniem do końca. - Podium jest przecież zawsze całe moje, niezależnie od tego, w czym startuję. Ale właśnie, chodziło mi o start. Idę na pierwszy... ogień - lekko dźgnął Ponocnika, który (o dziwo) posłusznie rozpalił skrzydła. Sączysmarkowi numer chyba niezmiernie się podobał, bo szczerzył się szerzej niż swego czasu do Heathery.

- Ha, fajne, nie? Nic nie mów, wiem, że cię zachwyca - wyciągnął rękę, zanim Czkawka zdążył cokolwiek powiedzieć, a potem wskazał na swoją twarz. - To po oczach widać.

- Jasne, a poza tym wszystko dobrze, nie? - uśmiechnął się z lekką kpiną i przeszedł dalej.

- Ty się go nawet nie pytaj - wtrąciła Szpadka. - On twierdzi, że połówka może być okrągła.

- A co, nie może? - odparł zaczepnie Jorgenson.

- Tak, ten bardzo inteligentny spór to zostawcie sobie, proszę, na później - powiedział Czkawka, zanim tych dwoje znowu zdążyło rzucić się sobie do gardeł. - Sączysmark, śmigaj w powietrze. A reszta zrobić mu tu miejsce.

Jeźdźcy posłusznie odsunęli się pod bramę, a Hakokieł wystrzelił do góry i po kilku machnięciach ogromnych skrzydeł był już wysoko ponad ich głowami.

- Moi państwo, jeśli chcecie się przekonać, że nie sięgacie mi pięt, to proszę się uważnie przyglądać - oznajmił z właściwą sobie pewnością Jorgenson. - Patrzcie! - krzyknął i spiął smoka, by zanurkował z całkowicie złożonymi skrzydłami. Przed samą tarczą Ponocnik strzelił (nie w sam środek, ale zawsze do celu), a jeździec poderwał go do pionowego slalomu pomiędzy wyimaginowanymi pociskami z katapult. Ale przy trzeciej pętli nie zgodził się z wierzchowcem; szarpnął go do góry, chcąc wykonać jakąś popisową sztuczkę, a Hakokieł, trzymając się ustalonej trajektorii, z powrotem zanurkował.

- Aaaa! - wrzasnął Sączysmark, wywijając w powietrzu kozła i szybując z oszałamiającą prędkością w stronę skalnej nawierzchni areny. - Hakokieeeł!

Czkawka skrzywił się i zamknął oczy, ale w ostatniej chwili Ponocnik uratował swojego jeźdźca przed upadkiem, chwytając go w potężne szpony swoich tylnych łap. Z czystym sumieniem rzucił go na ziemię i wylądował zaraz obok.

- Auć - Astrid zmarszczyła brwi. Sączysmark ledwo podniósł rękę.

- Nic mi... nie jest.

- Tak, od razu widać.

- Ale w jednym to miał rację - Szpadka szturchnęła brata. - Tak się schylić, żeby mu do pięt dosięgnąć, to chyba nikt nie potrafi.

- Dobrze, proszę, kto następny? - wódz zignorował leżącego Jorgensona.

- To może teraz my, co? - Śledzik poklepał Sztukamięs po pysku i wzbił się w powietrze.

- No, może wy - wzruszył ramionami Mieczyk. - Kto go tak nauczył, odlatuje i nawet nie poczeka na odpowiedź... Doprawdy, ta młodzież to schodzi na psy.

- Oj tak... - dodała refleksyjnie Szpadka.

Ingerman w tym czasie zatrzymał się na chwilę u góry i pogłaskał Gronkla.

- Nie denerwuj się, kochanie - uspokajał, choć to jego bardziej przejmowała odległość od ziemi. Sztukamięs podeszła do tego na większym luzie. - Ja wiem że wysokości są inne, ale poradzisz sobie. Spadamy, strzelamy i wracamy - powiedział, złapał się mocno uszu smoczycy i zmarszczył czoło. Sztukamięs warknęła wojowniczo i ruszyła lotem nurkowym w stronę tarczy.

- Sztusia, lawa! - krzyknął Śledzik, a Gronkiel splunął na wpół stopionym kamieniem w środek tarczy. Ingerman nie posiadał się z radości.

- Dobrze! Teraz obrót... i w nogi!

Smoczyca obróciła się szybko tyłem do celu i z powrotem wzbiła się wysoko w powietrze, wirując i trzęsąc niemiłosiernie siedzącym w siodle Śledzikiem - tak, że gdyby ktoś postanowił do niej strzelać, trudno byłoby trafić. Kiedy była już dostatecznie daleko i chłopak uznał ćwiczenie za zakończone, Sztukamięs wykonała gronklowy zrzut - spadła na arenę, zatrzymując się tuż nad ziemią - po czym spokojnie wylądowała.

- Cudownie, Sztusia! - Śledzik przytulił się do smoczycy. - Wiedziałem, że dasz radę.

- Wzruszające - burknął Sączysmark.

- No, już, bez takich - wtrącił Czkawka. - Ładnie wam poszło. Mieczyk, Szpadka? Może pokażcie, co przygotowaliście?

- Może przedtem zapytaj, czy w ogóle coś - zarechotał Jorgenson.

- A jakże by inaczej - odparł spokojnie bliźniak. - Siostro, Sączysmark chyba nie do końca w nas wierzy. Pomóżmy mu trochę.

- Już się robi - poparła go Szpadka. Zębiróg wzbił się w powietrze i ustawił na odpowiedniej wysokości. Thorstonowie przez chwilę milczeli, jakby oceniając odległość.

- I co? Wymyśliłeś coś? - spytała po chwili Szpadka, zerkając na Mieczyka.

- Czekaj, stresujesz mnie - odparł, jakby lekko urażony. - Procesy myślowe przy tym powietrzu działają jakoś zupełnie inaczej.

- Baranie, mówiłeś, że masz plan!

- Bo mam! Znaczy... miałem, tam, na dole - bronił się.

- No to czego nie gadasz? Mów, jaki.

Mieczyk uniósł palec i otwarł usta, ale zaraz po tym westchnął zrezygnowany.

- Ściągnąć z Sączysmarka.

- Super... A mama tyle razy uczyła, że nie wolno ściągać! - jęknęła Szpadka, po czym przygrzmociła bratu w łeb. - Czemu jej nie słuchałeś?

Bliźniak, zamiast przejąć się siostrą, z ciekawością popukał się w hełm.

- Ej, wiesz, ten dźwięk działa zdecydowanie pobudzająco na moje procesy. Już wiem, co zrobimy.

- Serio? No, to chyba muszę cię częściej tłuc - zauważyła z pewnym ukontentowaniem.

- To tak, siostra, słuchaj: lecimy w dół, ty dajesz gazu, ja zapalam i wysadzamy tą tarczę. Świetne, nie?

- Poza tym, że takie, jak zwykle, to genialne! - zapaliła się Szpadka.

- Ech, tam. Proste jest piękne - skwitował brat i w tym momencie entuzjazm dziewczyny nieco przygasł.

- Nie, chwila, czekaj. Czułam, że zbyt prosto jest. Chyba miał być jeszcze tam na końcu jakiś unik czy element zaskoczenia... No, nieważne, w końcu to i tak jedno i to samo. To mamy coś?

- O kurczę pieczone... - Thorston ze zmartwionym wyrazem twarzy jeszcze raz sobie przydzwonił. - To rzeczywiście problem.

- Niekoniecznie kurczę, ale to niezła koncepcja. Rzucamy kurczakami?

- Nie: kurczę, bo ty chyba masz rację, a ja nie mam ani jednego kurczaka - mruknął Mieczyk.

- Cóż, trudno - wzruszyła ramionami. - Ale pomysł był dobry.

- Może. Ale... Czy to to, co ja myślę? Tak! Chyba mam lepszy - obwieścił, unosząc palec do góry.

- No to dawaj!

- Słuchaj, zamienimy się głowami! - oznajmił z werwą. Szpadce natychmiast się udzieliło.

- Brat, ja to NA PEWNO muszę cię częściej tłuc.

- Niezłe, co? - uśmiechnął się chytrze.

- Tak!... - Szpadka położyła rękę na hełmie i nagle zamarła. - Ale czekaj, niby jak chcesz to zrobić? Bo urwać nie urwę, a przez ukręcenie to chyba niebezpieczne dla zdrowia jest...

- Nie naszymi, smoka głowami! - wyjaśnił cierpliwie.

- Aha... No, to ma już bardziej sens - mruknęła ze zrozumieniem i przesiadła się na Jota. - Ty, ale myślisz, że się nabiorą?

Mieczyk przeskoczył na Wyma.

- Coś ty, nie ma innej opcji! - zapewnił solennie. - Dam głowę... no, znaczy, niedosłownie - zaśmiał się nerwowo - że nikt się tego nie spodziewa, więc... unikniemy spodziewania się. Czyli unik jest i zaskoczenie też jest. My to jesteśmy kompleksowi - dokończył z dumą, po czym z całej pary wrzasnął: - Uwaga, lecimy!!

Zębiróg, słysząc komendę (podobnie jak połowa Berk) zanurkował, a Mieczyk w pędzie przypomniał sobie, że nie przećwiczyli najważniejszego: oddawania strzału.

- Te, siostra! - krzyknął. - A jak się robi gaz?!

- No tak, jak iskrę! - odpowiedziała głośno. - Tylko że wcześniej!

Mieczyk spojrzał na rogi smoka i po namyśle wypuścił próbną partię dymu.

- Nie tak wcześniej! Bo nas wysadzisz! - ostrzegła.

- Chwila, moment, muszę się nauczyć robienia tego pocisku! Jest tu gdzieś instrukcja obsługi? - bliźniak zajrzał pod brzeg siodła.

- Zamykaj mu paszczę!

- Eem... dzień dobry, co my tu mamy... stara chustka do nosa? Fe, siostra, toż to niehigieniczne jest...

- Zamykaj paszczę!!

- Mogę mówić, ile mi się podoba! Wolność słowa jest! - obejrzał drugi brzeg, ale tam już nic nie znalazł. - Czyli instrukcji brak.

- Wymowi!! - dla lepszej wizualizacji pacnęła łeb, o którym mówiła.

- No, ale bez instrukcji to chyba nie umiem - przyznał. Na czerwieniejącą twarz Szpadki dodał tylko: - No co, nie moja w tym głowa, że ta głowa nie jest moja! Przecież on działa zupełnie inaczej niż Jot!

- Identycznie! - wrzasnęła bliźniaczka.

- Wcale że nie!

- Po prostu trochę popuść!

- Co? - Mieczyk zrobił wielkie oczy. - Ty wstydu nie masz? To nie jest prośba na teraz!

Dziewczyna przewróciła oczami.

- Nie w gacie, rogi puść!

- A ty się przestań kłócić, bo spadamy! - Thorston odrzucił na bok wiejące włosy. - Jak puszczę, to spadnę, a tak łatwo mi chwały nie wydrzesz.

- Dobra, ja wiem! - Szpadka wróciła do rzeczywistości. - Komendy! Wym, gaz stop! - wyciągnęła rękę przed siebie. Smok łypnął na nią i przestał otaczać ich zieloną chmurą.

- Tarcza! - ryknął nagle Mieczyk, widząc cel kilkanaście metrów przed sobą. - Jot, iskra! - pstryknął przed nosem smoka, nie zważając na to, że jedyna łatwopalna część atmosfery znajdowała się za nimi, więc jeśli w skutek eksplozji coś mogło się stać pociskiem, to tylko i wyłącznie oni.

- Czekaj, bo gaz!... - pisnęła przerażona Szpadka. - Kretynie, zamknąłeś gaz!!

- Ty zamknęła...aaa!!

Za ich plecami rozległo się głośne "bum!", a potężny wybuch sprawił, że Zębiróg poszybował przed siebie jako dymiący obiekt, o trudnym do opisania kształcie wirującego smoka tego gatunku, i rozbił się o ścianę Akademii.

- Trrrrafiliśmy! - wrzasnęła Szpadka, wygrzebując się spod ogromnego cielska i resztek drewnianej tarczy.

- Tak jest! - zawtórował jej Mieczyk, cały usmolony, z przekrzywionym hełmem. - I jakie było zaskoczenie!

- I nikt się nie spodziewał - pstryknęła bliźniaczka.

- Geniusze! - krzyknęli oboje i zderzyli się głowami. Wyciągnięte nad nimi dwie paszcze Wyma i Jota zrobiły to samo.

- Dobra, to było z lekka... niestandardowe - Czkawka przez chwilę szukał odpowiednio łagodnego słowa. - Ale zaliczyliście.

- Ej, no błagam! Naprawdę? - zagotował się Sączysmark. - A gdzie ten twój unik?

- A przepraszam, spodziewałeś się, że to się tak skończy? Hę? - chciał wiedzieć Mieczyk.

- Po pierwsze, nijak się to ma do uniku, po drugie: pewnie się zdziwisz, ale tak - odparował Jorgenson.

- Gdyby podczas prawdziwego ataku odlecieli z taką prędkością i brakiem koordynacji, musieliby mieć naprawdę pecha, żeby dostać strzałą - zauważył Czkawka. - No i... cóż... w tarczę trafili.

- Ha, a nie mówiłem? - Mieczyk dumnie wypiął pierś. - Uniknęliśmy też niezaliczenia. Coraz rozliczniejsze zastosowania ma ta metoda - szturchnął lekko siostrę, a ta zgodnie mu przytaknęła.

- Też masz kryteria - prychnął Sączysmark, po czym zerknął pogardliwie na bliźniaki. - Może najpierw nauczcie się definicji słowa "unik", matoły.

- Dobra, to oni niech się zmiatają z tej podłogi w swoim tempie, a tymczasem może przeleciałby się ktoś, kto nie ma zamiaru roztrzaskiwać się na ścianie. Evel? - spytała uprzejmie Astrid. Czkawka przy najbliżej okazji posłał jej wdzięczne spojrzenie.

- Prawda, my nie mamy w planach rozsadzania Akademii - uśmiechnęła się, całkiem mile zaskoczona postawą blondynki, i wzbiła się do góry. Zatrzymała się dość wysoko i przez chwilę przyglądała się celowi.

- Heh, wracają wspomnienia - mruknęła pod nosem, po czym poklepała smoka po boku. - To co, Szczękogłaz? Pokaż im, że też coś umiesz... Że umiemy - skorygowała i chwyciła się dobrze jego rogów. I pomyśleć, że jeszcze tak niedawno do głowy by jej nie przyszło, że będzie przepadała za taką zabawą...

Ostrykieł prawie pionowo zapikował w dół, tak, że znalazł się nad powierzchnią areny jeszcze daleko od tarczy. Zrobił niezbyt skomplikowany slalom, jakby jego cel był kuszą miotającą pociski, i trafił w białe koło w samym środku. Zaraz po strzale szeroko rozłożył skrzydła i dosyć gwałtownie wzbił się, znikając w chmurach. Minutę później był już z powrotem na dole.

- Całkiem zgrabnie - ocenił Czkawka. - Dobra, zwiększamy tempo. To co, Astrid? Lecisz?

- No, pytanie - prychnęła. - Wichurka, już!

Śmiertnik przygotował się do ćwiczenia i zawisnął w powietrzu. Astrid zmierzyła wzrokiem odległość. Wiedziała, że Czkawka nie spuszcza z niej oczu, i na samą myśl o tym zrobiło jej się jakoś raźniej. Czuła też, że jest pod obstrzałem oczu Evel, i to dla odmiany nie była przyjemna świadomość.

Smoczyca wyczuła jej wahanie i zawarczała, jakby chciała się upewnić co do następnego ruchu.

- Chyba damy radę - mruknęła. - To tak, nasz numer specjalny. Tylko... z osłoną - lekko postukała smoczycę w skrzydło, dając jej sygnał. - Dobrze?

Wichura zanurkowała pod dosyć ostrym kątem i niedaleko ziemi weszła w krótki wir, po czym rozłożyła szeroko skrzydła i rozpędziła się w kierunku tarczy. Astrid nie pozwoliła jej jednak strzelić. W ostatniej chwili poderwała ją wysoko, a kiedy tylko smoczyca znalazła dosyć miejsca, zanurkowała z powrotem, odwróciła się do góry nogami i zaatakowała od tyłu magnezowym płomieniem i tarczę, i posadzkę, tak, że z areny uniósł się gęsty pył, który zakrył część jej pola manewru. Wtedy dziewczyna szybko poderwała smoka do normalnej pozycji i zakręciła ostro (żeby nie wpaść na tarczę), pojawiając się tuż za jeźdźcami. Wichura warknęła zadowolona.

- Co?! Jak ty to zrobiłaś? - oburzył się Sączysmark. - Ej, Czkawka, sam powiedz, przecież... To niesprawiedliwe, miałaś rąbnąć w ziemię!

- Nie wszyscy muszą kończyć tak jak ty - zauważyła Szpadka.

- Smarku, drogi Smarku - Mieczyk podjechał na szyi Jota i ze stoickim spokojem położył mu dłoń na ramieniu. - Nie wiem, czy wiesz (chyba nie), że nasza tajemnicza Astrid potrafi się w tajemniczy sposób teleportować. Nie nowość. I już w sumie żadna tajemnica.

- No, to by tłumaczyło, dlaczego podczas akcji nigdy nie obrywa - dodała Szpadka. - Widzisz, Sączysmark, zawsze jest jakieś logiczne wyjaśnienie.

Wódz uśmiechnął się nieznacznie i wymienił z dziewczyną porozumiewawcze spojrzenie. On jeden dobrze wiedział, co zrobiła, bo swego czasu postanowiła mu pokazać swój autorski manewr. Reszta (po cichu bądź głośniej) zastanawiała się, dlaczego Astrid nie rozbiła się o podłoże jak spadające z wysokości jabłko. Chociaż... bliźniaki prawdopodobnie uwierzyły już w swoją teorię.

- To, co teraz odczuwasz, nazywa się "dezorientacja" - wyjaśniła oburzonemu wikingowi. - A jej fenomen tkwi w tym, że mimo lat wykorzystywania wciąż doskonale się sprawdza, mamy tu żywy przykład.

- No, Czkawka, teraz twoja kolej - powiedział Mieczyk. - Spróbuj nas pobić. Nas i ją. My ze Szpadką mamy superszybkość, Astrid się teleportuje... Ci wcześniej się nie liczą - lekceważąco machnął ręką, na co w Sączysmarku się zagotowało i Thor jeden wie, czemu złośliwie nie odpowiedział. - A co ty potrafisz?

- Latam - uśmiechnął się pod nosem i wsunął stopę w pedał. - Szczerbek, góra!

- Błagam, to ma być poważna odpowiedź? - Mieczyk wzruszył ramionami. - Przecież tu każdy umie latać.

Jeźdźcy patrzyli, jak smok zajmuje pozycję wśród chmur, dużo wyżej, niż ktokolwiek przed nim, nawet bliźniaki. Wódz zmrużył oczy i spojrzał w dół. Odetchnął głęboko i założył hełm.

- To nurkujemy - Czkawka dał znak i Nocna Furia ostro zapikowała.

- Wir i plazma!

Smok wszedł w korkociąg i z wielkiej odległości trafił w dwie beczki Śledzika, które stały niedaleko tarczy. Szybko ustabilizował lot, ale wciąż trzymał skrzydła przyciągnięte blisko siebie. Czkawka zdawał sobie sprawę z ogromnej prędkości, ale trzymając się ustalonego planu, zablokował ogon i wsunął ręce w paski przy nogawkach.

- Rozdzielamy się! - krzyknął i skoczył, uruchamiając na kilka sekund swój strój do latania. Czarna strzała uciekła mu spod nóg, wciąż pikując ku ziemi. Nie spuszczając go z oczu, Czkawka ustawił się w podobnej pozycji, co jego smok, tyle że nie zamknął całkowicie swoich powierzchni nośnych, wolniej obniżając wysokość. Tymczasem Szczerbatek był już zaledwie kilkadziesiąt metrów od ziemi. Nagłym ruchem rozłożył skrzydła i szybując tuż nad areną, otworzył płytki grzbietowe. Czkawka, cały czas bacznie obserwując przyjaciela, w tym samym momencie rozciągnął materiał swojego kostiumu i wrócił do poziomu. Smok strzelił silną plazmą w tarczę, z której zostało tylko mnóstwo zwęglonych wiór. Przeleciał przez tak stworzoną chmurę dymu i zaraz przed ścianą poderwał się do pionowego lotu. Rozpędził się, mocno bijąc skrzydłami, a kiedy był już wystarczająco blisko lecącego Czkawki, dzięki płytkom zmienił tor lotu z pionowego na poziomy. Wódz wyciągnął rękę w stronę siodła i chwycił wodze. Dosiadł Szczerbatka, odblokował jego ogon i przestawił lotkę. Smok znowu rozpędził się ku górze, aby po chwili móc bez przeszkód obracać się wokół własnej osi z rozłożonymi skrzydłami. Kiedy wytracił prędkość, Czkawka zawrócił go przez grzbiet i kolejny raz puścił się siodła, tym razem swobodnie spadając obok Nocnej Furii. Szczerbatek wystawił swój jęzor i uśmiechnął się do niego po smoczemu. Gdy znaleźli się już dość blisko areny, wódz z powrotem przylgnął do smoka. Żeby zwolnić jeszcze bardziej, zrobił nad Akademią całkiem sporą pętlę i przymierzył się do lądowania z łagodnego ślizgu. Szczerbatek na sam koniec efektownie przytarł skrzydłem o ziemię i zawrócił, stając przodem do jeźdźców. Czkawka ściągnął hełm i potrząsnął głową. Oczy Mieczyka mówiły wszystko.

- Łał, to było niesamowite - Evel spojrzała na niego z niekłamanym podziwem. - Zwłaszcza z tym szybowaniem. Nigdy jeszcze czegoś takiego nie widziałam.

- Mówiłem ci, że lubię wynalazki każdego kalibru - uśmiechnął się do dziewczyny i zszedł z siodła.

- No, mnie nie zaskoczyłeś - Sączysmark buntowniczo założył ręce. - Wiedziałem, że zrobisz coś w tym stylu.

- Cóż, nie da rady zaskoczyć wszystkich naraz - wzruszył ramionami. - Grunt, że żyjemy, co, Szczerbek? - potarmosił pysk smoka. Ten prychnął, dając do zrozumienia, że pół godziny nakłaniania go do ryzykownego eksperymentu nie zmieniło jego nastawienia, i martwił się jak zwykle.

- Co ty, Czkawka, było genialne, chociaż niebezpieczne - wtrącił Śledzik z wielkim uśmiechem.

- Dzięki - uśmiechnął się w odpowiedzi.

- To co? Wszyscy już się zaprezentowali, czyli na dziś koniec zajęć - powiedziała Astrid, rozglądając się z grzbietu Wichury. - Bilans dnia... dwie rozwalone tarcze - spojrzała na chłopaka znacząco, mrużąc przy tym oczy.

- Oj tam... Sama wiesz. Plan tego wymagał, inaczej Szczerbatek mógłby się rozbić - usprawiedliwił się Czkawka.

- I tak mogliście się zabić, i to oboje - Astrid przewróciła oczami. Naprawdę, nauczyć go dbać o własne bezpieczeństwo to był priorytet.

- Ej, no właśnie, my też inaczej to byśmy się rozbili - wtrącił bliźniak, a Szpadka skinęła głową.

- Co ty powiesz - dziewczyna uniosła brwi. - O ile dobrze widziałam, próbowaliście nawet ambitnie przesuwać ściany. Dobrze, że Akademia jest idiotoodporna.

- No właśnie - poparła Szpadka, ale zaraz podrapała się po głowie i zerknęła na brata.

- Ty, a co to w ogóle znaczy? Bo ja wiem, tylko mi tak na chwilę z głowy wypadło.

- Mnie się nie pytaj - zastrzegł. - W życiu nie słyszałem.

Astrid pokręciła głową.

- Chodź, Wichurka. Schowamy rzeczy, które przypadkiem są jeszcze w jednym kawałku.

Czkawka z pomocą Szczerbatka sprzątnął pogruchotane i spopielone resztki tarcz. Jeźdźcy zeszli już z areny, tylko Evel czekała, zastanawiając się nad czymś intensywnie.

- Czkawka... Jesteś zajęty dziś po południu? - podeszła do niego, nie rozstając się ze Szczękogłazem.

- Nie, chyba nie. A co chciałaś? - spytał, zerkając na nią przez ramię.

- Moglibyśmy spotkać się w Akademii? Albo... nawet gdzieś dalej. Na mały trening - wyjaśniła szybko. Przyjrzał się jej uważnie.

- Coś nie tak? Chcesz pogadać?

- Może później - wzruszyła ramionami. - Przyjdziesz?

- Jasne - uśmiechnął się. Dziewczyna skinęła głową, wsiadła na smoka i odleciała. Czkawka przez chwilę patrzył za nią, zamyślony.

- Czego chciała? - Astrid zamknęła magazyn i wskoczyła na Wichurę.

- W sumie niczego. Pytała, czy może trenować tu po południu... Ach, w ogóle... dzięki za dzisiaj.

- Ale że co? - nie zrozumiała.

- Że się jej nie czepiałaś jak rzep jaczego futra - uśmiechnął się porozumiewawczo. - Trochę się bałem, że nie wytrzymasz.

- Daj spokój, nie jesteśmy już dziećmi - machnęła ręką, powoli jadąc w stronę bramy. Szczerbatek zrównał krok z Wichurą.

- Wiem, że jej nie lubisz.

- A ty wręcz przeciwnie.

- Chciałbym tylko, żeby się tu dobrze czuła. I doceniam twoje poświęcenie.

- Chociaż tyle - uśmiechnęła się pod nosem.

- Ładna ta zasłona dymna - zmienił temat. Tak się przynajmniej wydawało.

- Dzięki.

- To też specjalnie dla Evel, żeby nie zobaczyła twojego słynnego zwrotu, czy... może się mylę?

- Czułam, że nie skończyłeś... - ostentacyjnie uniosła wzrok. - Nie, wiesz, to z pewnością zwyczajny zbieg okoliczności, zupełnie jak to, że na normalnym treningu w ciągu jednego ćwiczenia udało ci się pokazać wszystkie umiejętności twoje i Szczerbatka. W ogóle nie przeszło mi przez myśl, że postanowiłeś się przed kimś popisać.

- Nieprawda - zmarszczył nos. - Nie popisywałem się. Po prostu miałem ochotę na coś niestandardowego.

- Jasne. Ja to nazywam podawaniem wszystkiego na tacy co bystrzejszym obserwatorom.

Spojrzał na nią pobłażliwie.

- Astrid...

- No co?

- Wyluzuj. Już mówiłem, ja jej ufam.

- No, tak się składa, że ja akurat nie - wzruszyła ramionami.

- A może jednak spróbowałabyś dać jej szansę, co? - zaproponował. Zerknęła na niego z ukosa. Jej spojrzenie mówiło wszystko. - Hej, no, każdy na to zasługuje. Za co ty jej właściwie tak nie tolerujesz?

- Toleruję - zauważyła. - Ale nic więcej.

Westchnął. Nietrudno się było domyślić, że do konsensusu z nią nie dojdzie.

- Czyli co, mam rozumieć, że nic z tego nie będzie? - spytał jeszcze.

- Raczej bym się na twoim miejscu nie spodziewała - zdecydowanie potrząsnęła głową, ale widząc jego minę, roześmiała się. - Przestań. Wielka krzywda jej się przez to nie stanie. Podejrzewam, że też za mną nie przepada.

- To... no to chociaż postaraj się być dla niej miła - poprosił. - Przynajmniej na tyle, na ile byłaś dzisiaj.

- Niczego nie obiecuję - odparła krótko.

- Nie bądź taka. Zrób to dla mnie - spojrzał na nią przymilnie.

- Kochany, głową muru nie przebijesz - uśmiechnęła się, spoglądając na niego z wysokości smoczego grzbietu. Lubiła, kiedy skupiał się tylko na niej.

- Przecież nie będę musiał - mrugnął. - Tylko mi tego muru nie buduj zaraz przed twarzą.

Pokazała mu język, jak mała dziewczynka.

- Ale nie licz na to, że o niej zapomnę - powiedziała w końcu. Czkawka odetchnął.

- Tylko pamiętaj dyskretnie, dobrze?

- Faceci. Wymagania i wymagania...

24.Obserwator

Szczerbatek wzbił się pionowo do lotu. Zmrużył oczy i bijąc mocno skrzydłami rozpędził się, celując w znajdujący się tuż ponad nim obłok. W pewnej chwili poczuł, że jeździec lekko przedstawił lotkę, tak, żeby umożliwić Furii ruch wirowy. Smok przy tej prędkości bez problemu wykręcił beczkę i niemalże w tej samej sekundzie wpadł w chmurę. Gdy tylko ją przeciął, przestał się kręcić, błyskawicznie skrzywił tor lotu o dziewięćdziesiąt stopni i zakończył ćwiczenie, szybując równolegle do znajdującej się pod nim białej masy.

- Brawo, mały - Czkawka podniósł hełm, zatrzymał wierzchowca i pogłaskał go po łbie. - Idealnie.

- Musisz zawsze zadbać, żeby nie było za prosto? - odezwał się z tyłu jakiś głos.

- Już bez przesady, tyle potrafisz - spojrzał za siebie. W odległości paru metrów od niego wisiał w powietrzu Ostrykieł ze swoją właścicielką na grzbiecie. - Załapałaś całość?

- No. I ciągle dochodzę do tego, jakim cudem przestaliście wirować w odpowiednim momencie - stwierdziła brunetka, masując dłonią podbródek. Widać było, że przyglądała się sztuczkom z wytężoną uwagą.

- Kwestia wprawy - mrugnął z uśmiechem. - Jak spróbujesz, zobaczysz. To da się wyczuć.

- Ale przecież my po czymś takim w życiu nie będziemy wiedzieli, gdzie jest poziom - parsknęła dziewczyna. Wizja, którą zobaczyła właśnie w swojej głowie, wydała jej się dość zabawna. Chociaż nie chciałaby stać się jej główną bohaterką. - Rzuci nas w Thor wie jakim kierunku.

- Który już dzisiaj raz to słyszę? Dwudziesty czy dalej? - spytał z udanym znudzeniem.

- Ej, tym razem naprawdę! - zaprotestowała ze śmiechem. - Wirujący świat, kręcenie się w głowie i te sprawy... Przecież Szczęko zupełnie straci orientację, o mnie nie wspominając.

- Smokiem się nie martw - poradził. - Dużo trudniej je zdezorientować niż ludzi, są przyzwyczajone do takich rzeczy. A ty... po prostu uważaj, żeby cię nie wyrzuciło z siodła - dodał rozbawiony. - W sensie, wiesz, do tego trzeba przywyknąć. Da się, ale trzeba trochę czasu.

- No, jak tam uważasz. Mogę spróbować, ale się nie spodziewaj - zastrzegła, podlatując na pozycję. - A jak spadniemy...

- Nie spadniecie - przerwał. - A nawet gdyby, to przecież cię złapiemy. Prawda, Szczerbek? - poklepał przyjaźnie Furię, która odpowiedziała długim, wesołym rykiem. - No, sama słyszałaś.

- Trzymam was za słowo - powiedziała, po czym, po chwili zastanowienia, postanowiła startować jeszcze trochę niżej, bo za punkt odniesienia obrali sobie chmury i zaraz po ich przekroczeniu Evel miała wykonać ćwiczenie, czyli zredukować kąt, pod którym leciała, do zera (lub innymi słowy po prostu przejść do poziomu). Robili to już w przeróżnych wersjach. Zaczynali od lotu z góry i podrywania smoka zaraz nad powierzchnią oceanu - co było dosyć łatwe, gdyż siła "wciskała" jeźdźca w siodło - a potem przeszli do obecnego modelu, kiedy podlatywali od dołu. Na pewno bardziej szarpało, ale poza tym byłoby nawet całkiem prosto, gdyby Czkawka na każdym kroku nie udziwniał.

- Lecisz! - krzyknął z góry, obserwując Ostrykła. Dziewczyna spojrzała do góry.

- Dobra, uszczęśliwmy go - mruknęła do smoka. - Albo przynajmniej spróbujmy - poderwała podopiecznego do lotu. - Nie takie rzeczy się w końcu robiło, prawda?

Ostrykieł rozpędził się i podążył trasą Nocnej Furii. Evel, oceniając odległość od celu na podobną co u Czkawki, przełożyła ciężar ciała na prawą stronę i mocniej docisnęła jeden róg. Szczękogłaz wyczuł sygnał i powtórzył manewr Szczerbatka. Zaraz po tym przeciął chmurę i dla dziewczyny jakimś trudnym do pojęcia sposobem zerwał się do poziomu.

- Och... No nieźle - pochwaliła cicho, trochę zdumiona, kiedy już wzięła głęboki oddech. - Chyba zaczynam cię lubić. Ciekawe, ile jeszcze umiesz?

Ostrykieł warknął, zadowolony, i spokojnie poszybował w stronę Nocnej Furii.

- I co? O Thorze, czy ty przypadkiem przeżyłaś? - Czkawka złapał się za głowę, parodiując zdumienie. - Niemożliwe - dodał już spokojniej, opuszczając ręce.

- Cicho, ciesz się moim szczęściem - zaśmiała się, zatrzymując smoka blisko niego.

- I ty mi mówisz, że ja mam się nie spodziewać - pokręcił głową. - Nie wierzysz w siebie czy jak?

- Zabezpieczam się. Nie lubię rozczarowywać ludzi - zabawnie zmarszczyła nos. - To co, rozumiem, że to też zaliczyłam?

- Okej, umówmy się, że nie wiem, dlaczego miałbym powtarzać po raz dwudziesty... piąty?, że "tak, owszem, bardzo dobrze", skoro i tak to wiesz - przewrócił oczami, ale nie udało mu się ukryć uśmiechu.

- Ha ha, dobra robota - pogłaskała Ostrykła, który warknął do niej przyjaźnie. - Spisałeś się.

- Słuchaj, po co ty mnie tu w ogóle ściągnęłaś? - spytał z ciekawością. - Najlepszy trening to ty chyba prowadzisz sama ze sobą.

- Po co? No, nie wiem, może dlatego, że obiecałeś nauczyć mnie latać i współpracować ze smokiem do porządku.

Szczękogłaz z zadowoleniem wystawił jęzor i tracił ją łbem, domagając się ponownego głaskania.

- Bo nie wiedziałem, że to już potrafisz. Na treningu jakoś zakamuflowałaś swoje umiejętności... - odparł, patrząc, jak drapie ulubieńca koło rogów. Przy ostatnim zdaniu podniosła głowę.

- Nic nie kamuflowałam - stwierdziła lekko. - Po prostu nie urządziłam takiego popisu, jak ty.

Odpuścił sobie komentarz na temat "to nie był popis". Nie było się co oszukiwać.

- No, ale chyba wiedziałaś, że jesteś na tyle dobrym jeźdźcem, że nie potrzebujesz mnie do pomocy - zauważył zamiast tego.

- Miło to słyszeć z twoich ust... Ale kto chciałby ćwiczyć sam? - odpowiedziała pytaniem na pytanie, nie dając się zbić z tropu. Wzruszył ramionami.

- Dziś rano odniosłem wrażenie, że nie miałaś ochoty na pracę z innymi. Że w ogóle jesteś typem... samotnika.

- Bystry z ciebie obserwator... - zmrużyła oczy. - Chyba cię nie doceniłam.

- A ja ciebie.

Przez chwilę w milczeniu mierzyli się wzrokiem.

- Powiało grozą - zaśmiała się nagle dziewczyna. Czkawka też wyraźnie się odprężył. Napięcie zniknęło.

- To co? Może w ramach przerwy mały wyścig? - zapytał nagle, ni stąd, ni zowąd, wykonał pętlę i zniknął w chmurach.

- Ooo nie... Falstart! - krzyknęła za nim i puściła się w szaloną gonitwę, kryjąc się i stosując wszelkie możliwe sposoby, żeby ominąć chłopaka. Ten jednak ani myślał dać za wygraną - zawrócił Szczerbatka i niespodziewanym zakrętem zmienił tor lotu. Evel skręciła w jeden z obłoków i spróbowała od boku zalecieć mu drogę. W pewnym momencie znalazła się niemal na równi z nim.

- Więc dokąd się ścigamy? - spytała, próbując przekrzyczeć wiatr. Czkawka rozejrzał się i wskazał sterczące z wody skały. Skinęła głową i zasalutowała.

- No, to do zobaczenia na miejscu! - roześmiała się i pognała przed siebie. Czkawka potrząsnął głową i przestawił lotkę.

- Chyba śnisz - mruknął pod nosem i włożył hełm. - Dawaj, Szczerbek, pokażmy jej, jak szybko lata Nocna Furia!

Smok warknął i znacznie przyspieszył, a jeździec przylgnął do jego grzbietu. Dziewczyna, widząc, że ma ich na ogonie, nagle zanurkowała, ale Czkawka nie dał się wykiwać i pomknął za nią. Był prawie pewien, że za chwilę wykona ostre przejście do poziomu - którego ją uczył - żeby zmusić go do wytracenia prędkości, więc schodził pod dużo mniejszym kątem, wolniej obniżając wysokość. Evel nie zauważyła jego manewru i zgodnie z jego przewidywaniami szybko zmieniła pozycję, szybując niewiele nad powierzchnią wody. Czkawka wykorzystał tą chwilę i zmienił ustawienie ogona.

- Teraz - rzucił prosto w ucho smoka. Szczerbatek uderzył mocno skrzydłami i jak strzała pomknął w stronę Ostrykła. Evel usłyszała ostrzegawczy dźwięk i odwróciła się, żeby to sprawdzić. W tej samej chwili Czkawka znalazł się bezpośrednio nad nią, a Nocna Furia porwała ją w swoje przednie łapy i ściągnęła z siodła. Dziewczyna krzyknęła przestraszona.

- Trzymaj porządnie, mordko! - zawołał wódz i podciągnął smoka do góry. Szczękogłaz zaniepokoił się porwaniem przyjaciółki, ale przywołany rzuconym przez Alfę pospiesznym warknięciem, podążył za przyjaciółmi.

- Co ty wyprawiasz? - spod brzucha Szczerbatka dobiegł tłumiony przez wiatr głos.

- Łapię cię! - odkrzyknął wesoło. - Taka była umowa, prawda?

- Ale tylko gdybym spadła, wariacie!

- A chcesz spaść? - spytał tak, jakby zamierzał jej nawet bez wyraźnej zgody zafundować tego rodzaju doznania.

- Ani się waż! - usłyszał całkiem poważnie. - Odstaw mnie zaraz!

- Jak sobie życzysz - odparł zadowolony i pokierował Furię na właściwy cel. Obydwa smoki pomknęły w stronę wskazanej przedtem skały.

Na ostatniej prostej Czkawka znowu znacząco przyspieszył, zostawiając Ostrykła na chwilę z tyłu. Gdy dotarli do jednego z wielkich ostańców, tkwiących samotnie pośrodku oceanu, Szczerbatek zawisnął w miejscu, zaraz nad skalną powierzchnią. Podrzucił lekko Evel, łapiąc ją wygodniej, i pierwszy dotknął ogonem mety, zamiatając lotką leżące tam co mniejsze kamyki. Na zakończenie zrobił małą pętlę, postawił dziewczynę i spokojnie wylądował na skale. Evel musiała wziąć głęboki oddech, bo ostatni manewr przypomniał jej, że zupełnie niedawno jadła. Po chwili dołączył do nich Szczękogłaz - podszedł do swojej przyjaciółki i trącił ją w ramię z troskliwym warknięciem.

- Uff... Żyję, spokojnie - poklepała smoka po karku, po czym przeniosła wzrok na Czkawkę, który zdjął hełm i właśnie otrzepywał włosy. - Ty nie mogłeś sobie tego kółka odpuścić?

- Oj... Wybacz - zmieszał się. - Nie przemyślałem tego. Wszystko dobrze?

- Pewnie, nic mi nie jest. Tak tylko zwracam uwagę - rzuciła szybko, nie chcąc, żeby się przejął. Odetchnęła jeszcze kilka razy, po czym zerknęła na niego i wróciła do swojego zaczepnego tonu. - A ty co? Lubisz bawić się w porywacza?

- Z zasady raczej nie. Chyba, że podczas wyścigów - uśmiechnął się pod nosem.

- Tak? To często się tak ścigasz? - uniosła brwi.

- No, co jakiś czas urządzamy tu sobie tego rodzaju konkurs - przytaknął mimochodem.

- I kto ma wtedy zaszczyt zostać porwany przed ciebie i twojego smoka? Astrid? - spytała domyślnie. Czkawka parsknął niepohamowanym śmiechem.

- Przepraszam, wyobraziłem to sobie - spróbował się opanować, widząc jej zdziwione i zdezorientowane spojrzenie. - Nie, nie Astrid. Tych zaszczyconych lata sobie w powietrzu albo biega po wyspie gdzieś około dwudziestu pięciu, a my łapiemy... Ile z reguły łapiemy, mały? - rzucił do smoka, który tylko mruknął coś pod nosem, oczywiście nie rozumiejąc pytania. - No, większość.

- Dwadzieścia pięć... co? - brunetka poczuła się kompletnie skołowana. Czkawka postanowił nie bawić się kosztem jej niewiedzy.

- Owiec - uśmiechnął się wesoło. - Wypuszczamy albo wystrzeliwujemy w powietrze owce, a jeźdźcy je łapią i zbierają do koszy. Ot, cała tajemnica.

- A...ha.

- Może będziesz miała okazję zobaczyć to w najbliższym czasie - dodał, widząc, że dziewczyna chyba nie potrafi sobie tego zobrazować (a już na pewno nie właściwie).

- No to ciekawie się zabawiacie - oceniła uprzejmie, nie wchodząc głębiej w słabo poznane zagadnienie. Nagle, patrząc na łobuzerski uśmiech Czkawki, dotarło do niej, dlaczego w ogóle zaczął o tym opowiadać. - Ale chwila... - zmarszczyła brwi. - Czy ty mi sugerujesz jakieś podobieństwo?

- Broń Thorze - zaprzeczył, szczerze rozbawiony tym pomysłem.

- Aż tak chyba owcy nie przypominam.

- "Aż tak" to nie. Przynajmniej nie z wyglądu...

- Hę? Że co proszę? - oburzyła się niepoważnie.

- Wiesz - chrząknął znacząco. - Bo te owce to zazwyczaj przed nami uciekają.

- Ja nie uciekałam - zauważyła dosadnie. - Po prostu chciałam być pierwsza.

- Aha, a ten manewr, który miał sprawić, że co najmniej zaszorujemy po wodzie, wcale nie miał na celu nas zmylić? - zainteresował się.

- Was? Proszę cię, nie miałam bladego pojęcia, że siedzisz mi na ogonie - udała śmiertelną powagę, wypowiadając to oczywiste dla obojga kłamstwo. - Ale widzisz, nawet się nie nabrałeś, więc nie miej pretensji.

- Przecież nie mam - odparł życzliwie. - Choć inna sprawa, że nabrać byłoby się niesamowicie trudno. Twój "plan" - pokazał palcami cudzysłów - zastosowania na mnie chwytu, którego sam cię przed godziną uczyłem, nie należał do nieprzewidywalnych.

- Twój ruch też był dosyć... - tu zatrzymała się w poszukiwaniu odpowiedniego słowa -...prosty. Wręcz nieprzyzwoicie, heh. Eliminacja przeciwnika z użyciem siły.

- Ale nie taki, jak się spodziewałaś - wskazał ją palcem. - Czyli skuteczny. Nie możesz zaprzeczyć. W końcu wygrałem.

- Okej, dobra - podniosła ręce w geście poddania. - Przyznaję, nie dopracowałam. Ale następnym razem to zmienię - mrugnęła wesoło.

- No ja myślę. Tak to nie mam z tej wygranej żadnej satysfakcji - wyszczerzył się. Nie mogła się nie zaśmiać.

- W sumie teraz nie chciało mi się myśleć - przyznała. - Ale kiedyś bardziej uważałam.

- Na co?

Wzruszyła ramionami.

- Na element zaskoczenia. Kiedy ćwiczyłam z bratem, mieliśmy tylko jedną zasadę: jeśli istnieje ruch, którego przeciwnik w ogóle się po tobie nie spodziewa, to jest właściwy ruch. Nie wolno być przewidywalnym.

Skinął głową z pełnym zrozumieniem i aprobatą.

- Klasyk. Astrid zawsze mi to powtarza. Jak gdyby to było konieczne - dodał i wymownie wzniósł oczy ku niebu.

- Niby klasyk, ale czasem najciemniej pod latarnią - mało ją zainteresowało jego wtrącenie. - I tak na dobrą sprawę tylko bardziej wyrachowani cały czas zwracają na to uwagę. Mają to wręcz we krwi. Reszta zapomina... Choć ja akurat długi czas się tego trzymałam, i to bardzo ściśle.

- Czyli rozumiem, że w swojej dobroci oszczędziłaś mi jakiegoś wyjątkowo zaskakującego i perfidnego haczyka, tak? - spytał domyślnie. Wcale w to nie wierzył, ale co tam. Niech będzie, że docenia nieistniejący gest.

- No, bez przesady, aż taka zła to nie jestem... Zresztą, mówiłam w czasie przeszłym - zauważyła, zatrzymując na nim wyjątkowo przenikliwe spojrzenie swoich piwnych oczu. - A od tamtego czasu minęło wiele lat i przestałam zwracać na to uwagę. Chociaż kto wie, pewnie byłoby inaczej, gdybym się domyśliła, że gramy na ostro, i że przy sposobności pozbawisz mnie smoka - w jej spojrzeniu pojawił się jakiś wyzywający blask.

- Witamy wśród wikingów! - roześmiał się. - Radzę się przyzwyczajać, bo to - na nasze standardy - i tak było delikatne. Sączysmark do pozbywania się rywali z wierzchowców używa pokaźnych rozmiarów młota... - jego mina świadczyła o tym, że zobaczył już kiedyś ów młot w akcji i nie chciałby tego powtórzyć. - Także... No. Czyli jednak moje na wierzchu, co? - klepnął się lekko w kolano, jakby akcentował tym koniec wątku.

- Na to wygląda - uśmiechnęła się tajemniczo. - Ale na przyszłość będę pamiętać...

- Ja tą lekcję przerobiłem kiedyś z Albrechtem - powiedział nagle. - Z tym... elementem zaskoczenia. Lub raczej z jego brakiem.

- Z Albrechtem - Łupieżcą? - zdziwiła się.

- Właśnie z nim.

- To nie mamy z nimi pokoju? Znaczy, wiesz, z Łupieżcami.

- Teraz już mamy - uśmiechnął się. - A w przeszłości... różnie to bywało.

- No i co?

- Oboje mieliśmy zbyt przewidywalne plany, więc wywiązała się bitwa. Zwyciężyliśmy tylko dzięki smokom, bo Astrid wytresowała tam Koszmara Ponocnika, który pomógł jej potem uciec.

- To o co wtedy poszło?

- O Księgę Smoków. Stare dzieje... - westchnął. - Ale człowiek się we wszystkim wprawia. W walce i planowaniu - też. Zwłaszcza, jak się ma wyrachowanego przeciwnika, który, jak słusznie zauważyłaś, zawsze o wszystkim pomyśli i będzie krok przed tobą. Ja strawiłem na takiego wiele miesięcy... - skrzyżował ręce na piersi i uciekł myślami gdzieś do przeszłości. Nie mógł zaprzeczyć, że mimo walk z Viggo to był czas, który na zawsze dobrze zapamięta. Z wielu względów.

- Rozumiem, że teraz ze strategii nie jesteś najgorszy - mruknęła, głaszcząc Szczękogłaza. Wzruszył ramionami.

- Możliwe. Mówię, kwestia nauki na własnych błędach.

- I to jest ten twój sekret?

- Co? - zdziwił się szczerze, jakby zaimek "twój" - w odniesieniu do niego - i słowo "sekret" nie miały obok siebie racji bytu.

O co jej chodzi? Przeskoczyła na jakiś inny temat czy co?

- Albo, nie wiem... Nocna Furia? - snuła dalej, jakby nie usłyszała pytania. - Bo innych możliwości nie widzę...

- Jaki znowu sekret? O czym ty... - urwał, jeszcze raz zastanawiając się nad jej słowami. Jakiś szyfr czy coś? - Nie... nie wiem, czy dobrze zinterpretowałem pytanie. Mogłabyś uściślić?

- No... - zerknęła na niego, jakby nie rozumiała, po co się dopytuje. Po chwili jednak doszła do wniosku, że może faktycznie niezbyt jasno się wyraziła. - Chyba nie przez przypadek to ty zaprowadziłeś ład na całym Archipelagu. Jakiś sposób musiałeś mieć. Terror to już na początku wykluczyłam, bo jesteś... no, sam najlepiej wiesz. Zresztą, widać, że ludzie po prostu chcą cię słuchać. Więc co? To była jakaś dobra strategia czy po prostu respekt dla smoka?

Na chwilę zgubił wątek, bo akurat takiej odpowiedzi się nie spodziewał.

Zastosowała swoją zasadę?

W końcu właśnie o tym rozmawiali... Patrząc na nią, zastanowił się, czy ona jest typem, który wszystko wcześniej planuje, czy raczej "ma to we krwi".

- Na twoim miejscu nie przesadzałbym z tymi określeniami... - odparł w końcu, dość pogodnie, ale bezbłędnie wyczuła ukryte za tym ostrzeżenie. - Szczerbatek to rzeczywiście nieoceniona pomoc, ale przede wszystkim najlepszy przyjaciel. A co do strategii - nie zdobywa się szacunku ukartowanymi zagraniami, bo to wtedy nie szacunek, tylko strach. Poza tym, nawet najlepsza strategia jeszcze nigdy niczego za mnie nie wygrała.

- Tak, ona nie, ale ty - to już co innego. Ty wygrałeś, i to nie raz.

- My - sprecyzował. - Mam zgraną drużynę, której ufam. Smokom i jeźdźcom.

- Na ile? - spytała ze zmrużonymi oczami.

- Sprawdzasz mnie?

- Nie, dlaczego?

- Bo chyba już sobie dawno odpowiedziałaś na to pytanie.

Zamilkła na chwilę.

- Czyli... - podjęła na nowo - ...gdyby ktoś ci kiedyś powiedział, że - na przykład - Astrid jest szpiegiem twojego śmiertelnego wroga, to...?

- Roześmiałbym się głośno, bo nie mam wrogów, a już na pewno nie śmiertelnych.

- Może jeszcze nie o wszystkich wiesz...

- Tacy mnie nie martwią - stwierdził beztrosko.

Uniosła wysoko brwi.

- Aha.

- Ale już tak poważnie - dodał - nie ma po prostu takiej opcji. Znamy się lata. Czytamy sobie w myślach.

- A Sączysmark?

- Nie, zdecydowanie nie.

- Mieczyk? Szpadka?

- Proszę cię... - przewrócił oczami. - Oni są w stanie pomóc takiemu wrogowi zupełnie nieświadomie, ale współpraca nie wchodzi w grę. Od razu wiedziałaby cała wioska.

- Śledzik?

Przyjrzał jej się i zsiadł ze smoka.

- Do czego ty zmierzasz?

Wzruszyła ramionami, ale wbrew temu obojętnemu gestowi błądziła niezdecydowanym wzrokiem po jego twarzy.

- Do niczego - stwierdziła w końcu, odwracając się do wierzchowca.

- Jasne - mruknął z przekąsem, stając plecami do smoka i patrząc na nią. - Co ty tak naprawdę chcesz wiedzieć?

Niespodziewanie hardo podniosła na niego oczy.

- Czy mógłbyś też wreszcie zaufać mnie. Tak jak im. Bo skoro nawet bliźniaków jesteś taki pewien - to właściwie dlaczego nie? Chyba nie wyglądam na głupszą. A nawet jeśli, to... w sumie co z tego - ostatnie słowa wypowiedziała prawie obojętnie. Odwróciła wzrok i zaczęła sunąć palcami po łuskach Ostrykła, wzdłuż jego grzbietu. W stronę wciąż obserwującego ją Czkawki. - Chyba ważne, że nie jestem.

- Daj spokój. Przecież ci ufam - powiedział ciepło.

- Nie tak, jakbym chciała - mruknęła, skupiając się na rysowaniu opuszkiem jakichś tajemniczych wzorów na skórze smoka.

- Hej, spokojnie, zostaw mi może parę tygodni, co? To tak... ciężko, żeby pstryknąć i było - zaśmiał się nerwowo. Zrobiło mu się jakoś głupio. Zwłaszcza że skrzywiła się, słysząc liczebnik nieokreślony.

- Nie no, jasne - odwróciła głowę w stronę pyska smoka. Żeby cokolwiek usłyszeć, Czkawka musiał podejść jeszcze bliżej. - Nie naciskam. Po prostu pytasz, to mówię.

- Słuchaj, Evel... - podjął po chwili, bardziej opanowanym głosem. - Wiem, że teraz może ci być trochę trudno. Wszyscy się znają, a ty dopiero musisz się do nich wkręcić. Ale oni ci zaufają, zobaczysz - dodał krzepiąco. Nie rozumiał wprawdzie, dlaczego mu to powiedziała - na jej miejscu chyba nie mówiłby tego tak wprost, ale nie miał ochoty teraz tego analizować. Może po prostu mieli różne charaktery. Albo kryła w sobie jakiś ból, który sprawiał, że w innej sytuacji nie umiałaby się otworzyć. - Daj im tylko czas. Trochę czasu. Im... i sobie przede wszystkim.

- Nie potrzebuję "wszystkich" - zauważyła sucho, ale wyczuł, że pod tym kryje się coś głębszego. - Tylko kogoś, kto... wiesz.

- Nie, nie wiem - pokręcił przecząco głową. Ucichła, ale położył jej dłoń na ramieniu, ściągając na siebie jej spojrzenie. - Powiedz mi.

Przez chwilę biegała wzrokiem koło jego ochraniacza, jakby się wahała. Albo zastanawiała, jak to ubrać w słowa.

- Bo widzisz... No bo mam Szczęko, prawda - odparła w końcu, trochę tak, jakby przekonywała sama siebie, że to, co mówi, jest rzeczywiście tą prawdą. - I on mi naprawdę bardzo pomaga. To taki dobry przyjaciel, ale jednak... smok. Brata mi nie zastąpi. A jego zwyczajnie mi brakuje - westchnęła cicho. - A ty... no wiesz. Jesteś jedyną osobą, która potrafi mnie zrozumieć. Która... w ogóle chce. W przeciwieństwie do niektórych - dokończyła, zbyt sugestywnie, by Czkawka się nie domyślił.

- Przepraszam za Astrid - odezwał się ze swego rodzaju poczuciem winy. - Rozmawiałem z nią już, i mam nadzieję, że to coś da. Ale nie przejmuj się nią. Ona... czasem tak na niektórych reaguje.

- Alergicznie - zauważyła pogardliwie brunetka. - Pilnuje cię jak sroka pierścionka.

- Hej, to moja dziewczyna - przypomniał. - Ma prawo być zazdrosna. Oczywiście do jakichś rozsądnych granic.

- To w ogóle wolno mi do ciebie podchodzić? - spytała chłodno. - Czy tylko faceci nie mają zakazu zbliżania się?

- Przestań. Nikt nie ma żadnego zakazu i oczywiście, że ci wolno - uśmiechnął się z pobłażaniem. - Mówię ci, nie zawracaj sobie tym głowy. To taki... instynkt wojowniczki. Astrid broni tego, co jej. I po prostu czasem myśli, że ja nie potrafię sam o siebie zadbać.

- A to chyba nieprawda - uśmiechnęła się lekko i spojrzała na niego z błyskiem w oku.

- Wiem - odwzajemnił uśmiech, i w tym momencie uderzyła w nich chmura kurzu. Evel, mimo nieco spóźnionej reakcji, natychmiast osłoniła bok głowy ramieniem, i dzięki temu pył właściwie do niej nie dotarł, osadzając się tylko na kapturze i po części na rękawach. Co innego Czkawka, który dostał prosto w twarz.

- Co do Thora... ekhe, ekhe - zaczął kaszleć i odpędzać fruwające wokół niego drobinki. Przez zmrużone powieki spojrzał na winowajcę. - Szczerbatek!

Smok prychnął, bardzo niezadowolony, i ostrzegawczo poruszył leżącą w pyle lotką.

- Nie rób! - zaprotestował wódz, na wszelki wypadek zasłaniając się otwartymi dłońmi. Na szczęście Furia poniechała kolejnego ataku. - Co to za kawał miał być?

Szczerbatek tylko wlepił w jeźdźca pełne wyrzutu spojrzenie.

- Pewnie ma ci za złe, że przestałeś zwracać na niego uwagę - zasugerowała Evel, podczas gdy chłopak otrzepywał się z pyłu. - Czekaj, tu jeszcze masz - zauważyła ze śmiechem i przesunęła ręką po jego kołnierzu, gdzie zaplątało się sporo kurzu. Też się uśmiechnął, ale jakoś tak sztucznie, zwłaszcza, gdy poczuł, że jej palce musnęły jego szyję i włosy (oczywiście tylko w niewinnym geście strząśnięcia brudu).

Gdyby zrobiły to Heathera albo Szpadka - o Astrid nie wspominając - na pewno nie poczułby się skrępowany, ale teraz zrobiło mu się trochę dziwnie. Może dlatego, że brunetka stała jakoś za blisko, nieznacznie przekraczając już strefę jego prywatności. Chyba też zorientowała się, co się dzieje, bo nieco zbyt gwałtownie cofnęła rękę i ukryła ją w drugiej dłoni. Przez chwilę błądzili wzrokiem koło siebie, nie bardzo wiedząc, jak się z tego wycofać. Na szczęście Szczerbatek czuwał - ostro prychnął, podszedł do przyjaciela i spojrzał na niego wyczekująco.

Wtedy dopiero wódz podjął decyzję.

Odsunął się kawałek i jak gdyby nigdy nic dosiadł smoka.

- Powinniśmy się zbierać - powiedział najłagodniej, jak umiał. Dziewczyna zaczesała włosy za ucho, kryjąc zmieszanie.

- No to... leć - spojrzała w innym od zaproponowanego kierunku. - Ja chyba muszę zostać na trochę sama.

Nie zaoponował. On też potrzebował czasu.

- Trafisz?

- Głupie pytanie - uśmiechnęła się niemrawo. Wzruszył ramionami, ale nie odlatywał. Zamiast tego czujnie się rozejrzał.

- No, idź już - przynagliła. Jakby nagle jego towarzystwo zaczęło ją męczyć.

- To... do zobaczenia na Berk - rzucił przez ramię i wzbił się w powietrze, wciąż omiatając wzrokiem przestrzeń wokół siebie. Patrzyła za nim w skupieniu.

- I co myślisz, Szczęko? Zrozumiał, czy za mało się przyłożyłam?...

Smok warknął niezdecydowanie.

- Ja też myślę, że nie. I jak się nad tym zastanowić... to może nawet i lepiej.

Evel poczekała, aż Nocna Furia będzie jedynie maleńkim punktem na horyzoncie, i dosiadła Ostrykła.

- Chodź, my też musimy już lecieć.

Szczękogłaz otrzepał się na znak protestu.

- Wiem, że nie lubisz - poklepała go po grzbiecie. - Ale nie możemy się poddać. Nie ma na to czasu.

Smok poderwał się do lotu i wybrał szlak przeciwny do tego, którym podążył Czkawka.

- No to ku przeznaczeniu... - mruknęła Evel i pospieszyła przyjaciela, który warknął krótko i zniknął w chmurach.

Tymczasem obłoki w pobliżu skały przerzedziły się, a wśród strzępów nietrudno było teraz dostrzec przecinające powietrze wielkie skrzydła niezauważonego przez przyjaciół gada. Dosiadający go jeździec odłożył lunetę.

- Czas się ulotnić - mruknął pod nosem i zawrócił wierzchowca. - Sprawdzimy śliczną innym razem.

25.Spotkanie

Heej! Wróciłam i zapraszam do czytania Emoticon_happy.png

Szczerbatek wylądował przed domem i prychnął zadowolony, bo jego jeździec tym razem wyjątkowo nie spieszył się do domu - wręcz można by powiedzieć, że zwlekał - latając z nim jeszcze na kontrolne patrole niektórych wysepek. W większości były to takie, którym nigdy wcześniej nie poświęcali specjalnej uwagi, bo nie było takiej potrzeby - małe, często skaliste i raczej niezamieszkane fragmenty lądu nie mogły posłużyć wrogom za miejsce do stworzenia kryjówki czy nawet do postoju. Ale skoro Czkawka chciał, smok nie miał najmniejszego zamiaru marudzić, bo to oznaczało dodatkowe kwadranse latania. Szkoda tylko, że podczas szybowania nad którąkolwiek z wysp to Szczerbatek musiał sam zajmować się lustracją, bo jeździec albo siedział nieruchomo, zamyślony, albo, owszem, obserwował - ale wcale nie skały, tylko kierunek, z którego wracali.

Nawet teraz obejrzał się za siebie, ale horyzont w dalszym ciągu pozostawał pusty, choć wódz liczył chyba na coś innego. Przynajmniej tyle Nocna Furia wywnioskowała z jego miny i kręcenia głową, bo nie bardzo wiedziała, czego się tam właściwie spodziewał. Gruchnęła więc wesoło, odwracając uwagę Czkawki od jego myśli.

- Racja, mordko. Chodź, zjemy coś - westchnął z uśmiechem i podszedł do drzwi. Smok oblizał się i spojrzał na jeźdźca w oczekiwaniu na wielkie otwarcie, ale nagle przekrzywił głowę i podniósł uszy. Powoli obnażył kły i cicho warknął. Chłopak, który już wyciągał rękę, żeby sięgnąć klamki, zawiesił dłoń w połowie drogi.

- Co się dzieje? - spytał, zaniepokojony jego zachowaniem.

Szczerbatek natomiast zaczął się stroszyć. Wyraźnie i coraz głośniej warczał na drzwi.

Wódz marszczył brwi, bo ze zdziwieniem stwierdził, że z wnętrza dochodziły dziwne odgłosy, jakby ktoś przetrząsał wszystkie szafy i skrzynie w jego domu (i ogólnie wywracał go do góry nogami), podczas gdy według wszelkich znaków na niebie i ziemi nikogo nie powinno tam być. Valka bowiem z samego rana wybrała się na Smoczą Wyspę i zapowiedziała wrócić dopiero następnego dnia (nie wnikał, dlaczego tak długo). Konkluzja wynikała z tego jedna - w domu był ktoś obcy. Na tę myśl Czkawka nie wahał się dłużej - postanowił szybko wkroczyć i dowiedzieć się, co się tam wyprawia. Właśnie miał popchnąć drzwi, żeby to sprawdzić, kiedy te same z siebie otworzyły się na oścież, a wódz razem z kimś jeszcze, kto ze sporym impetem próbował wyjść z chaty, wylądował na ziemi. Szczerbatek gruchnął przyjaźnie, wszedł do środka i od razu potruchtał do piwniczki, w poszukiwaniu kosza z rybami, w obliczu rychłego posiłku zupełnie tracąc zainteresowanie całą sprawą.

Tymczasem Czkawka odepchnął ze swojej twarzy czyjąś pierś i z niesmakiem wypluł jakiejś kłaki, również własność sprawcy napadu.

- Mieczyk? - szeroko otworzył oczy, przyglądając się leżącej na nim postaci.

- O, Czkawka, dobrze cię widzieć - uśmiechnął się bliźniak i wstał jak gdyby nigdy nic.

- Ciebie też, ale... Co tu w ogóle robisz? - wódz podniósł się i otrzepał z grubsza kostium, a potem ręce. - Nie spodziewałem się ciebie w tym miejscu.

- Ale... tu że tu, czy tu - że tam? - spytał skonsternowany. - W sensie że na ziemi czy...

- W sensie tutaj, w moim domu - odparł lekko, ale ledwie stanął w progu, wystarczyło jedno spojrzenie, żeby zamarł. Teraz już wiedział, skąd te dziwne dźwięki.

- Co... co tu się stało? - wydukał, czując, że chyba rośnie mu ciśnienie.

Rano zdecydowanie wyglądało tu inaczej. Szafki i kufry były pozamykane, stół stał na nogach, nie w pozycji zgoła odwrotnej, krzesła nie leżały w niebezpiecznej piramidzie na kuchennym blacie, a rzeczy, rozrzucone wszędzie w przypadkowych konfiguracjach, nie zawalały całej podłogi. Jedyne, co się wśród tego bałaganu ostało, to jeden garnek, który samotnie dyndał sobie nad paleniskiem i w obecnej scenerii sprawiał żałosne wrażenie.

Wódz odwrócił się do Mieczyka, który mógł już - i do tego nie potrzebował szczególnej bystrości - dostrzec na jego twarzy pierwsze oznaki złości.

- Co to jest?

- Idiotyczne pytanie. Twoja chata - wzruszył ramionami blondyn, a po uważniejszym przyjrzeniu się twarzy przyjaciela zreflektował się jeszcze z pytaniem: - A co ty się na mnie jakoś tak dziwnie patrzysz? Pobrudziłem się? - przyjechał ręką po policzku i spojrzał na nią. - E, nie. Kłamiesz.

- Nie mówiłem, że jesteś brudny - warknął Czkawka. - Wiem, że chata jest moja, ale jakoś inaczej ją zapamiętałem.

- No, to trzeba ćwiczyć pamięć - stwierdził spokojnie Mieczyk. Czkawka aż poczerwieniał na twarzy, więc pospieszył go uspokoić: - Nie martw się, już my ze Szpadką pomożemy ci sobie z tym poradzić. Mamy kilka niezawodnych sposobów.

- Mieczyk! - wódz podniósł głos.

- No dobra... z tymi niezawodnymi to przesadziłem - zaśmiał się nerwowo. - Ale nie martw się, stary. Powiem ci w tajemnicy, że z tym da się żyć, jestem żywym przykładem - mrugnął konspiracyjnie, wskazując się kciukiem. Czkawka jednak nie miał ochoty na dalsze uprzejmości.

- Coś ty tu nawyprawiał?! - rzucił prosto z mostu. - Cały dom stoi na głowie!

- E, e, do tego to się dopiero szykowałem, tylko musiałem najpierw po smoka wyjść - obruszył się Mieczyk. - Więc się tak nie rozpędzaj.

- Powyrzucałeś wszystko z szafek!

- Musiałem coś sprawdzić, nie mój pomysł - mruknął wymijająco Thorston.

- Sprawdzić? Ten dom był wczoraj dokumentnie wysprzątany, a teraz wygląda, jakby przeszedł przez niego huragan!

- Zaraz tam huragan. Jeśli już koniecznie chcesz używać takiej terminologii, to "orkan Mieczyk" bym prosił - odrzekł spokojnie bliźniak. - Wiesz, będzie precyzyjniej i bardziej spersonalizowane. A przede wszystkim lepiej to brzmi. Orrrrkan - przeciągnął z ukontentowaniem. Czkawka posłał mu wściekłe spojrzenie i wbiegł na górę. Tu było trochę lepiej, ale pokój też prosił się o porządek. Książki i rzeczy z blatu biurka poniewierały się po całej podłodze, ale samo biurko na szczęście stało. Kredens i kufer z ubraniami przetrzebiono, ale nie aż tak dokładnie, jak na dole.

- Źle zaaranżowane wnętrze - ocenił krytycznym okiem Mieczyk, opierając się swobodnie o futrynę. Nie wyczuł wcale żadnego zagrożenia i uznał za stosowne wejść za właścicielem domu na piętro, żeby udzielić mu kilku porad wnętrzarskich. Czkawka natomiast, słysząc za plecami jego głos, stwierdził w duchu, że Thorston naprawdę prosi się, żeby go zrzucić ze schodów. - Ja to bym przestawił biurko pod okno, łóżko pod przeciwległą ścianę, a szafkę nocną możesz wywalić, przecież ty nie nosisz hełmu.

- Mieczyk... - zaczął groźnie.

- A dobrze, przepraszam, nosisz... Ale takich hełmów to się chyba nie kładzie na szafce nocnej, co?

- Mieczyk!

- Dobra, z szafką rób co chcesz, dam ci tę przestrzeń na indywidualność. Ale już te bibeloty z biurka to byś gdzieś włożył, tak brzydko stoją, że szkoda gadać... Czy tobie czasem nie potrzebny jakiś schowek na papiery? Najlepiej taki w podłodze, bo wiesz, nikt go nie zobaczy. Wtedy nazwa "schowek" ma sens... Bo ściany masz za cienkie, sprawdziłem - rzucił lekceważąco, a Czkawka odruchowo rozejrzał się w poszukiwaniu dziury w którejś z nich. Chwała Thorowi, bo chyba takiej nie było. - No, a pokój w ogóle prosi się o kapkę koloru. Może karmazynowe zasłonki? Mam akurat na zbyciu, mógłbym ci pożyczyć.

Nie wiadomo, dlaczego akurat przy słowie "karmazynowy", ale wódz poczuł, że właśnie stracił cierpliwość.

- Dosyć! Marsz na dół i natychmiast to posprzątaj, albo przez najbliższy miesiąc będziesz się grzebał w jaczym oborniku, że zmianą na smocze stajnie - zagroził twardo. Thorston mruknął tylko swoimi szeroko otwartymi ze zdziwienia oczami. - Po osiem godzin dziennie. Sam cię przypilnuję.

- Nie denerwuj się, to skraca życie - poradził przytomnie bliźniak, wycofując się jednak i powoli schodząc. Czkawka prychnął wściekle i zabrał się za układanie rozrzuconych rzeczy i składanie ubrań. Kiedy odstawiał na miejsce kubek z ołówkami, gdzieś z parteru dobiegł go kolejny hałas, ale tylko zacisnął zęby. Do pokoju wszedł Szczerbatek.

- Nic się nie przejmuj, wpadłem po prostu na twojego smoka - krzyknął Mieczyk, a Czkawka bezradnie opuścił ręce. Furia gruchnęła pytająco.

- Nie mam do niego siły - przyznał, zbierając z podłogi książki. Zajrzał też do biurka i tam dla odmiany czekała go miła niespodzianka. Schowane pliki kartek i inne drobiazgi zostały w prawie nienaruszonym układzie.

- Szczęście w nieszczęściu, bo nie rozrzucił mi papierów - mruknął, zamykając skrzynkę z notatkami Borka, której wieczko zdążyło - widocznie przy okazji jakiegoś wstrząsu - lekko odskoczyć. Potem przejrzał z grubsza leżące na niej listy. Były dosyć ważne, więc chciał sprawdzić, czy jakiegoś przez przypadek nie brakuje. Najświeższy, na który na końcu rzucił okiem, przypomniał mu, że musi odpisać Albrechtowi. Wódz Łupieżców prosił go o pomoc w połowach na jesieni, bo plemię nie miało zbyt dobrych rybaków, a musieli uzbierać odpowiednią ilość zapasów. Ze względu na zmniejszoną ilość złota w ich skarbcu handel nie mógł pokryć tak samo dużej części, jak w poprzednich latach, więc Albrecht - jako przewidujący wódz - postanowił zawczasu poszukać alternatywy. Czkawka podziwiał wyprzedzenie, ale był to też czynnik, przez który ciągle odwlekał napisanie odpowiedzi. Trzeba się było w końcu za to zabrać. Ostatnio w ogóle zalegał z pocztą, Łupieżcy nie byli wyjątkiem.

Szczerbatek wsunął mu się pod rękę i warknął cicho i spojrzał w stronę drzwi, skąd dały się słyszeć jakieś stęknięcia (bliźniak próbował chyba upchać wszystko, co do tej pory wyrzucił). Czkawka uśmiechnął się, głaszcząc jego ciepłe łuski.

- Skrzydła opadają, nie? - spytał domyślnie. - Dobra, chodź, zejdziemy mu pomóc, bo zrobi nam z tego domu jeszcze większy śmietnik - westchnął i wyszedł z pokoju, przedtem pieczołowicie chowając korespondencję.

Na dole zastał Mieczyka, zbierającego leżące na ziemi kubki. Już teraz widział, że naczynia i przedmioty znajdowały się w zupełnie innych lokalizacjach niż przed jego wyjściem z domu, ale nie odezwał się. Gdyby miał wytłumaczyć bliźniakowi, co i gdzie zrobił źle, do jutra by tego nie skończyli.

- Mógłbyś poszerzyć to wejście - zasugerował lekko Mieczyk, widząc, że wódz patrzy już na niego po ludzku.

- Jeszcze? Poszerzałem przecież dla Szczerbatka...

- No widzisz, i o niego właśnie bym się zabił, bo nie zmieściliśmy się obok siebie na schodach i musiałem wybrać podróż powietrzną. Ale niestety w przeciwieństwie do niego nie miałem skrzydeł, co dobitnie odczułem przy lądowaniu.

Czkawka nie mógł powstrzymać satysfakcjonującej myśli, że zasłużony upadek ze schodów spotkał właściwą osobę.

- No, proszę - Mieczyk odstawił naczynia i zerknął na stworzoną z nich przestrzenną kompozycję okiem artysty. - Mieczyk dekorator wnętrz potrafi nadać klimatu nawet ruderze. Według mnie masz tu lepiej niż wcześniej - stwierdził z ukontentowaniem.

- Polemizowałbym - mruknął wódz, zabierając się do sprzątania wszystkiego, co jeszcze zostało na podłodze.

- Co ty, nie musisz dziękować - Thorston machnął od niechcenia ręką, uznając własne znaczenie tego terminu. - Czego się nie robi dla przyjaciół - dodał, po czym wrócił do kontemplacji chwiejnej piramidy. - Piękne to.

Wódz przy okazji próby postawienia jakiegoś lekko wklęsłego od spodu kociołka zerknął na bliźniaka.

- Mieczyk, ale zamknij już tą szafkę, bo ten bajzel...

- Artystyczny nieład - wtrącił zdecydowanie Thorston. - Tak to nazywam. Wyrażają dokładnie to, co mam teraz w duszy.

- Dobra, ale to zaraz runie.

- Zgadza się, dusza rzecz delikatna - stwierdził Mieczyk, po czym kichnął soczyście i trzasnął drzwiczkami z taką siłą, że towarzyszył temu głuchy odgłos rozpadającej się wewnątrz konstrukcji. Bliźniaka nic to jednak nie obeszło, bo szafka przestała go już interesować.

- Coś jeszcze? - spytał, zacierając ręce.

- Weź postaw do porządku ten stół - polecił wódz.

Zadanie na szczęście było na tyle proste, że Mieczyk nie dał rady wykonać go niepoprawnie. Czkawka w tym czasie pozamykał skrzynie, szafki - nadal udając, że nie widzi wysypujących się z nich rzeczy - i otrzepał dłonie.

- No dobra - oparł ręce na biodrach. - Skoro już wszystko jest na swoim miejscu, to może zdradzisz mi, dlaczego zdemolowałeś mój dom.

Mieczyk podrapał się po głowie.

- Czekaj... Aha, już wiem. Bo słuchaj, była taka jedna sprawa i ten... no, ogólnie, dosyć to skomplikowane. Astrid kazała cię poszukać.

- Rzeczywiście skomplikowane - Czkawka z udaną powagą przytaknął.

- No właśnie. Więc Smarka wysłała do lasu, bo mogłoby cię przypadkiem tam ponieść, Śledzika do Gothi, bo tam tak strasznie wysoko jest, żeby cię mógł wypatrzeć, jakbyś sobie latał przypadkiem gdzieś w pobliżu...

- Do rzeczy, Mieczyk, do rzeczy - przerwał chłopak.

- No, to myśmy mieli sprawdzić, czy przypadkiem nie jesteś w domu.

- Ale mnie nie było - skinął głową. - Więc?...

Bliźniak przez chwilę milczał, jakby dopiero teraz to do niego dotarło.

- A coś czułem, że nie powinienem był jej wierzyć... - uderzył w końcu pięścią w otwartą dłoń.

- Komu? Astrid? - spytał zdezorientowany Czkawka. Thorston pokręcił głową.

- Nie... Bo jak cię nie znaleźliśmy, to Szpadka poszła do portu, wzięła jakieś kawałki drewna, co leżały na dnie jednej łodzi i wywróżyła z nich, że się przed nami ukrywasz. Więc wróciliśmy, żeby przeszukać dokładniej.

- No, to wszystko jasne - westchnął wódz. - To gdzie wobec tego jest Szpadka?

Mieczyk machnął ręką.

- Przejrzała piwniczkę i poszła wróżyć jeszcze raz. Tylko nie wiem, czy dotarła, bo niosło ją jakoś tak po skosach dziwnie... Twój tata nie trzymał tam czasem jakichś procentów? - zainteresował się. Czkawka skrzywił się już zdanie wcześniej.

- Nie wiem, ale ona to już niech lepiej nie wróży, bo się komuś jeszcze krzywda stanie - stwierdził tylko.

- Powiem jej. Nie będzie zachwycona - bliźniak zrobił krok do wyjścia, ale Czkawka zaraz go zatrzymał.

- Chwila, może najpierw mnie coś powiesz. Co się stało?

- Ale gdzie?

Wódz zakrył oczy dłonią.

- Po co mnie szukałeś?

- Astrid kazała...

- A dlaczego kazała?

Mieczyk wzruszył ramionami.

- A tam, głupota jakaś... Gościa mamy czy coś - powiedział lekko, jakby goście na Berk byli zjawiskiem o częstotliwości śniadania.

- Czyli... Czekaj. Co? Jakiego gościa? - wódz przeszył bliźniaka naglącym spojrzeniem. - Czemu nie mówiłeś od razu?

- No halo, bo cię tu chyba nie było, co nie?

- Od razu jak przyszedłem! - sprostował niecierpliwie.

- To przecież mówię - Mieczyk w dalszym ciągu nie widział problemu, a Czkawka zrezygnował z kolejnej próby uświadomienia go. "Gość" mógł oznaczać tylko jedno - z którymś listem zwlekał za długo i jego niedoszły adresat przypłynął upewnić się, czy na Berk wszystko w porządku. I wszystko mówiło mu, że zainteresowanym jest nikt inny, jak właśnie Albrecht.

- Dobra, Szczerbek chodź - wskoczył na siodło i wsunął stopę w pedał. - Lecimy do portu.

- Ale po co do portu? - zdziwił się bliźniak.

- Bo przypłynął Albrecht, ja mu muszę coś powiedzieć, a od ciebie i tak już się niczego nie dowiem - wyliczył nieuważnie, oglądając się jeszcze, czy aby na pewno wygląda po ludzku. - Bardzo prosta kalkulacja.

- Hej, hej, nie bądź taki do przodu. Zaraz się dowiesz, i to wszystkiego - Mieczyk powolnym krokiem doszedł do drzwi i zastawił mu drogę, rozpierając się w futrynie.

- Odsuń się - nakazał jeździec, a Furia prychnęła w stronę bliźniaka.

- Chwilunia. Nie pchaj palców między drzwi ani nosa tam, gdzie to zupełnie zbędne, jak uczyła mamusia - odparł spokojnie Thorston. - To tak, po pierwsze: nie "przypłynął", tylko "przyleciał", więc w porcie będzie teraz najwyżej Szpadka z tymi drewienkami - ale jak bardzo chcesz, możesz mnie do niej podrzucić. Reszta jest w Twierdzy.

- Albrecht przyleciał? - zdziwił się Czkawka.

- Po drugie, co ty tak z tym Albrechtem w kółko? - podejrzliwie zmarszczył brwi. - Czekasz na wiadomość czy co? Nie Albrecht, tylko Heathera ze Szpicrutą. Jak tylko nacieszyła się Astrid, zaraz chciała cię widzieć, więc dzięki kilku kopniakom naszego cudownego, blondwłosego dziewczęcia wszyscy cię tak szukają w trybie natychmiastowo pilnym - wyjaśnił.

- To coś się stało? - zaniepokoił się, a Szczerbatek, który dostał znak w postaci otwarcia ogona, natychmiast wybiegł z domu i poleciał w stronę Twierdzy. Ponieważ Mieczyk nie wykazał się należytym (a ściślej rzecz biorąc - żadnym) refleksem, smok był zmuszony porwać go w swoje łapy i zabrać ze sobą.

- Nie, tak się tam po prostu strasznie stęskniła. To po trzecie - dokończył sprostowanie bliźniak, wisząc głową w dół. Czkawka odetchnął i zwolnił smoka.

- Wiesz co? - pochylił się, żeby chłopak mógł go usłyszeć. - Mógłbyś zawodowo zajmować się opowiadaniem strasznych historii, nadajesz się. Zwykła informacja o zbliżającej się, dajmy na to, kolacji, trzymałaby słuchaczy w napięciu do ostatniego słowa.

- ...Ty mnie nie obraziłeś, prawda? - spytał niepewnie.

- Jasne, że nie! Nawet wręcz przeciwnie - uśmiechnął się pod nosem.

- Super, a czy Szczerbatek mógłby mnie odwrócić? Nie wiem skąd, ale mam chyba jakiś uraz do tej pozycji - odparł głos Mieczyka.

Do zwisu do góry nogami? Hm, rzeczywiście, ciekawe skąd.

- Mordko? - Czkawka poklepał smoka po szyi, a ten przytaknął krótkim warknięciem i podrzucił bliźniaka, żeby zaraz potem złapać go już normalnie. Nie było to jednak konieczne, bo już chwilę później Nocna Furia wylądowała przed wrotami do Twierdzy. Drzwi były otwarte na oścież, więc Czkawka od razu dostrzegł lśniącą nawet w ciemności Szpicrutę oraz jej czarnowłosą właścicielkę. Nie wiedzieć czemu, na moment obejrzał się za siebie i obrzucił uważnym spojrzeniem horyzont.

- Czkawka! Jesteś w końcu - zawołała z wnętrza Astrid i wszyscy jak na komendę popatrzyli na niego. Przeniósł wzrok z powrotem na przyjaciół i wszedł do środka.

- Hej - uśmiechnął się do Heathery. - Miło cię znowu zobaczyć.

- Ciebie też - odpowiedziała uśmiechem. - Ile to już czasu?

- Ładnych parę miesięcy - skinął głową. - Jak ci idzie na wyspie?

- Tak sobie, rewelacji nie ma, ale nie jest źle. Nie jestem stworzona do siedzenia w jednym miejscu ani tym bardziej do roli wodza. Ale słyszałam, że ty dla odmiany radzisz sobie całkiem nieźle - wymownie spojrzały na siebie z blondynką.

- Już poplotkowały - pokręcił głową, uśmiechając się do swojej dziewczyny.

- Nie, piszę do niej listy - odparła triumfalnie Astrid.

- No, chyba że tak. W takim razie cofam. Ale możemy zacząć od przyjemniejszych tematów, prawda? - rozejrzał się dookoła, tknięty znacznym ubytkiem liczebnym grupy. - Gdzie Sączysmark?

- Przyjemniejsze miało być - przypomniał z tyłu bliźniak.

- Nie wiem - Astrid wzruszyła lekko ramionami. - Miał cię szukać w lesie, ale zapewne przy okazji sam się zgubił. A Szpadka?

- Wróży z kołków. Pójdę po nią - odpowiedział za niego Mieczyk i jak gdyby nigdy nic wyszedł spełnić swój zamiar. Astrid, Heathera i Śledzik przenieśli zdziwione spojrzenia na Czkawkę.

- Długa historia... - przewrócił oczami.

- Możesz opowiedzieć - uśmiechnęła się czarnowłosa. - Ja mam mnóstwo czasu.

- To chyba nie jest tego warte, ale dobra. Tylko może chodźmy na...

- Wodzu! - rozległ się okrzyk, a po schodach wbiegli Gruby i Sven. Czkawka westchnął ciężko. Niestety z dwójki obecnych tu wodzów chodziło oczywiście o niego.

- ...zewnątrz - dokończył, odwracając się do przybyłych wikingów. - Co się stało?

- Musisz coś zobaczyć - stwierdził Gruby, cały czerwony z powodu pokonania biegiem sporego kawałka wioski i całych schodów. - Smocza myjnia...

- Nie no, bez żartów - głos Czkawki sugerował lekkie niedowierzanie. - Nie mówcie mi, że znowu brakuje bolców.

- Gorzej, wodzu - mruknął Sven, dysząc ciężko, bo i jemu dystans dał się we znaki.

- Ja bym powiedział, że właśnie na odwrót - wtrącił Gruby. - Ale najlepiej będzie, jak sam się przekonasz.

Czkawka spojrzał na przyjaciół i bezsilnie opuścił ręce.

- Bardzo was przepraszam, ale muszę iść. Obowiązki.

- Nie ma sprawy - Heathera pokiwała głową. - Skądś to znam. Nic szczególnie przyjemnego, ale praca to praca.

- Tylko że do tej pokręconej myjni wyjątkowo nie mam już serca - przyznał wódz. - Chodź, mordko - wskoczył na siodło i poderwał smoka, a za nimi podążyli - pieszo i już nie tak szybko, jak w tę stronę - Sven i Gruby. Jeźdźcy odprowadzili przyjaciela wzrokiem.

- Czyli co, tylu nas zostało? - spytała po chwili czarnowłosa. - Dobra, i tak niezły bilans. Przejdziemy się gdzieś?

- No, właściwie to... - zająknął się Śledzik, spoglądając na niecierpliwie węszącą koło schodów Sztukamięs.

- Co się stało?

Wiking wydawał się bardzo zakłopotany.

- W sumie to mieliśmy iść ze Sztusią na obiad. Może byś wpadła?...

- Dziękuję, już jadłam - uśmiechnęła się.

- To może wy idźcie coś zjeść, a my sobie w tym czasie trochę pogadamy, co? - wtrąciła blondynka, wymieniając spojrzenia to z Heatherą, to z Ingermanem.

- Jak dla mnie dobry układ - odparła zgodnie brunetka.

- Super, to chodź - Astrid pociągnęła przyjaciółkę za sobą tak szybko, że ta zdążyła tylko pomachać Śledzikowi, zanim zniknął z jej pola widzenia. Dopiero za skałą, koło Wichury, obie zatrzymały się i popatrzyły na siebie konspiracyjnie.

- Czyli gdzie teraz? - uśmiechnęła się Heathera, dosiadając właśnie przybyłej Szpicruty.

- Wolisz plażę czy las? - Astrid wspięła się na swoje siodło.

- Wśród drzew można się chyba lepiej zabawić.

- To leć za mną - poderwała Zębacza w powietrze. - Znam świetne miejsce.


Cześć, kochani! Przepraszam, że w tym tygodniu nie pojawiło się nic, ale muszę z przykrością poinformować, że nie obiecuję nexta też w następnym. Postaram się, ale dzieje się dużo jak na moje nudne życie (a raczej będzie się działo), a poza tym - WYCHODZI OSTATNI SEZON RTTE (jakby ktoś jeszcze jakimś niepojętym cudem nie wiedział), w związku z czym jestem nie do życia XD Łatwo się też domyślić, że po 16 tak z tydzień się będę ogarniać, więc wtedy też nic nie wpadnie :P Ale mimo wszystko coś Wam spróbuję jeszcze przed tym dać :)

26.Łuska Zbiczatrzasła

Heathera rozejrzała się dookoła. Nie przyszłoby jej do głowy, żeby wypatrywać w tej części lasu jakichś trawiastych połaci, które nadawałyby się na miejsce do wypoczynku (to znaczy były wystarczająco osłonięte), z tej prostej przyczyny, że drzewa w okolicy wioski ogółem rosły niezbyt blisko siebie i nie powstrzymywały wzroku potencjalnego towarzystwa. A jednak coś się znalazło. Polana była niewielka, doskonale ukryta przed niepowołanymi oczami - bo choć otaczające ją nierównym pierścieniem iglaki miały niezbyt masywne pnie, między nimi rozgościły się gęste krzewy, ograniczające widoczność. Brunetka zauważyła też kilka sporej wielkości głazów (rzecz nieczęsto spotykana pośrodku lasu, aczkolwiek, jak widać, zdarza się). Na pewno świetnie było odpoczywać po ciężkim treningu, opierając się o jeden z nich... No, ewentualnie niekoniecznie po treningu.

Przyjemna lokalizacja.

- Rzeczywiście, bardzo sympatycznie - wyraziła na głos swoją aprobatę i zsiadła ze smoczycy.

- Prawda? To Czkawka ją odkrył - Zębacz wylądował zaraz obok, a Astrid zabrała topór i zeskoczyła z siodła. Z uśmiechem rozejrzała się dookoła. Pamiętała, jak przyprowadził ją tutaj po raz pierwszy. Późnym popołudniem przyszedł po nią pod pretekstem jakiegoś patrolu po drugiej stronie wyspy. Poleciała za nim, ale od razu okazało się, że wcale nie wybierali się aż tak daleko. Szczerbatek posłusznie wylądował, a Czkawka...

- W co rzucamy? - słowa przyjaciółki, wypowiedziane codziennym, nieco ostrym tonem, od razu przywróciły ją do rzeczywistości. Rozejrzała się symbolicznie, bo po pierwsze całe otoczenie doskonale znała, po drugie - nie było po czym. Same drzewa i parę skał.

- Chyba w to, co zwykle - wzruszyła ramionami. Jak gdyby miały wybór!

- No to już - Heathera zważyła w dłoni swój topór, po czym uniosła go i wykonała przymiarkę do zamachu. Nagle jednak powstrzymała broń, wydając przy tym nieartykułowany dźwięk w rodzaju "a!", sugerujący, że o czymś sobie właśnie przypomniała. Astrid chcąc nie chcąc zatrzymała na niej wyczekujące spojrzenie. - Ale czekaj. Nie chcesz, żeby z waszej uroczej polanki zostały wióry, co?

- A skąd ci się wióry wzięły? - zdziwiła się szczerze, otwierając szeroko oczy.

- Bo to może potem tak wyglądać.

Astrid prychnęła zabawnie.

- E, taka mocna nie jesteś - rzuciła prowokacyjnie.

- Mogłabym wszystkie te drzewka poszatkować, daj mi tylko jedno popołudnie - mrugnęła wesoło. - Nie, ale tak poważnie ostrzegam, że możemy naruszyć walory estetyczne tego miejsca.

- Doprawdy? Co ty powiesz - uśmiechnęła się pod nosem.

- No doprawdy. Chyba nie muszę przypominać ci, jak wyglądał nasz placyk ćwiczeń na Końcu Świata - spojrzała wymownie. - Nie było pnia bez abstrakcji w postaci co najmniej kilku nacięć. Na pewno chcemy tu zrobić to samo?

- No... niekoniecznie - przyznała z wahaniem, podeszła do Wichury i otworzyła torbę.

- Widzisz, właśnie. Takie romantyczne miejsce - czarnowłosa westchnęła teatralnie. Astrid roześmiała się serdecznie i sięgnęła po coś do środka.

- Ale w takim razie możemy sobie wybrać jeden cel - powiedziała, gmerając ręką po torbie. - Daj mi pięć sekund.

- Bierz.

- A od kiedy w ogóle jesteś romantyczna, co? O, mam - dorzuciła i wyjęła stamtąd dwa woreczki w różnych kolorach, służące jej z reguły do oznaczania na odległość rozmaitych rzeczy. Smoków, Szczerbatka, tych co mniej uważnych członków treningu, bliźniaków (między ostatnimi pozycjami można by w zasadzie postawić znak równości)... Tak, coś w ten deseń.

- W sumie... nie jestem - przyznała z uśmiechem brunetka. - Ale takie już to moje dobre serce, że myślę też czasem o tobie... to jest, o was. Doceń to.

- Doceniam. Łap! - rzuciła przyjaciółce jedną z farb.

- Co to? - Heathera odruchowo wyciągnęła rękę, ale kolorowa bomba w zderzeniu z jej dłonią eksplodowała, zostawiając na jej skórze czerwone ślady, a na zbroi - mnóstwo ciapek tejże barwy.

- Moja wdzięczność za troskę - puściła do niej oczko. - A tak swoją drogą, to Czkawka jest ten romantyczny, nie ja.

- Ej! Ochlapałaś mnie... - zauważyła z pewnym opóźnieniem poszkodowana. Słysząc ten odkrywczy, pełen niedowierzania ton, Astrid parsknęła śmiechem. W połączeniu z jej miną i kolorowymi plamami na ubraniu Heathera robiła komiczne wrażenie. - Mocniej się już nie dało?

- Nie pomyślałam - stwierdziła z rozbawieniem, nie precyzując, czy to forma przeprosin, czy raczej odpowiedź na pytanie (nawiasem mówiąc, bez wątpienia niewymagające odpowiedzi). Trudno jej było wytłumaczyć, dlaczego nagle przyprawiło ją to o taką wesołość, ale nikt od niej tego na szczęście nie wymagał. Pewnie zbyt dawno nie miała okazji się pośmiać. Ostatni miesiąc spędziła na aktywnościach, które nie przynosiły oczekiwanych rezultatów, i - nie ma co ukrywać - dość mocno ją to frustrowało. Lepiej było uwolnić skumulowane napięcie w taki sposób niż poszatkować kolejną niewinną roślinę, sponiewierać Smarka za nic czy, nie daj Thorze, znowu przypadkiem posprzeczać się z Czkawką. Jasne, zwracał uwagę, że czasami miała kiepski nastrój i starał się, jak mógł, ale widocznie miał pecha. Bo z pytaniami wyjeżdżał za każdym razem zdecydowanie w złą godzinę. Skutkiem czego małe spięcia były nieuniknione.

Teraz jednak jedynym, czego by sobie życzyła, to położyć się na trawie i usłyszeć dobry kawał, po którym będzie mogła zarżeć jak młody, szczęśliwy źrebak. Więc nie mogło być tak źle.

- Aż tak przypominam drzewo? - Heathera, nieświadoma tych rozważań, wciąż była myślą przy rozmazanej na sobie farbie. Blondynka oderwała się od swoich refleksji i udała, że uważnie studiuje wzrokiem jej postać.

- Hm - przymrużyła jedno oko. - Jak mawia nasz Czkawka, "aż tak" to nie...

- Super. To co leci następne, topór?

Astrid, wciąż niesamowicie rozbawiona, pokręciła głową i zakrztusiła się, zbyt gwałtownie nabierając powietrza.

- Ostrożnie - ostrzegła Heathera. - Ponoć mówią, że śmiech to zdrowie, ale przecież każda trucizna w małych ilościach leczy, a w większych zabija.

- Nie pomagasz, wyobraź sobie - zanosząc się kaszlem, cofnęła się krok do tyłu, zahaczyła nogą o kamień i zachwiała się. Odruchowo wyciągnęła rękę, żeby przytrzymać się czegokolwiek, co byłoby w zasięgu (był krzak), ale miała taki rozpęd, że mimo wysiłku wylądowała na ziemi. Przy okazji zerwała wszystkie liście z chwyconej gałęzi, która na koniec smagnęła ją po lewym ramieniu, zostawiając czerwone ślady. Dopiero po tym bolesnym incydencie dziewczyna zdołała wziąć głęboki wdech i trochę się uspokoić.

- Nic ci nie jest? - Heathera podeszła do przyjaciółki i pomogła jej wstać. Oczywiście pomoc ta nie była tak zupełnie bezinteresowna - zanim Astrid się zorientowała, już poczuła na skórze podejrzaną wilgoć.

- Poza tym, że mnie usmarowałaś? Nic - mruknęła krzywo, przyglądając się swojej ręce. Dobrze, że Heatherze nie przyszło jeszcze do głowy klepać ją po plecach. Wtedy rzeczywiście ktoś mógłby pomyśleć, że urządziły sobie w lesie jakieś krwawe zawody.

- Przynajmniej jesteśmy kwita - pocieszyła ją czarnowłosa, sięgając domyślnie do torby przy siodle blondynki i podając jej drugi woreczek. - Oznacz i miejmy to już z głowy.

- Niech będzie - wycelowała w jedno z grubszych drzew i cisnęła tak mocno, że mieszek pękł i farba znalazła się na pniu.

- Piękne zielone kółeczko - oceniła zadowolona. - Zaczynaj.

- Zielona plama. Może być - poprawiła Heathera, zamierzając się z bronią na drzewo. Zaraz przed rzutem rozłożyła ją i wprawiła w rotację, więc ostrze, zanim dosięgło pnia, obcięło jeszcze kilka niewinnych gałązek.

- Topór, jak widzę, działa bez zarzutu - uśmiechnęła się blondynka.

- Powiedzmy - czarnowłosa wyrwała broń z drewna. - Przy otwieraniu trochę trzeszczy. Ostatnio trudno było mi się wyrwać z wioski, w ogóle znaleźć wolną chwilę, żeby chociaż naoliwić. Teraz ty - wskazała cel.

- To dlatego nie pisałaś - Astrid przymierzyła się do rzutu.

- Tak, wiem, przepraszam, byłam strasznie zajęta. Blake dwoi się i troi, żeby mi pomóc, ale i tak tego wszystkiego jest dla mnie trochę za dużo. Mnóstwo ludzi, wciąż jeszcze leży organizacja i cała reszta problemów, z których każdy musi być załatwiony na już...

- Nie ma sprawy. Nikomu nie jest łatwo zaczynać - uśmiechnęła się lekko. - Na Berk też do niedawna mieliśmy niezły rozgardiasz.

- A jak tam Czkawka? Nadal taki zabiegany?

- Nie, teraz już trochę zwolnił - blondynka wzięła zamach i posłała broń w drzewo. - Ale co to było na początku... pożal się Thorze. Jak tylko został wodzem, postawił sobie za cel być drugim Stoickiem Ważkim - wymownie uniosła oczy ku niebu i poszła po topór.

- Ambitnie - mruknęła z uznaniem brunetka.

- Tak, ale niezbyt zdrowo. Był pierwszy się do wszystkiego, zarywał noce, próbował znaleźć się w kilku miejscach jednocześnie... generalnie starał się zamęczyć na śmierć. Za wszelką cenę próbowałam mu to wyperswadować, ale gdzie tam! Trzeba było przed nim ukrywać, że jest jakiś problem. Jak się dowiedział, było za późno - zaparła się nogami o pień i mocno szarpnęła topór. Nie poskutkowało. Broń nadal tkwiła w drzewie i w najbliższej przyszłości nie zamierzała się ruszyć.

- Coś o tym wiem, choć aż tak bardzo to się raczej nie przykładałam - uśmiechnęła się Heathera. - Pomóc ci?

- Nie pogardzę - przesunęła się, robiąc miejsce dla przyjaciółki.

- Rzeczywiście ładnie siedzi - przyznała, wypróbowując chwyt. - Zawsze uderzasz z taką siłą?

- Kiedy rozmawiam o ważnych rzeczach - uśmiechnęła się przekornie.

- Aha... No to nawet nie pytam, jak mocno swego czasu dostał pewien Nocny Koszmar na Końcu Świata... - Heathera chrząknęła znacząco.

- Tak, bardzo zabawne. Ile jeszcze razy do tego wrócisz? - spytała co najmniej z takim zainteresowaniem, jakby zamierzała zapamiętać liczbę i odliczać kolejne przypadki.

- Nie wiem - przyznała beztrosko dziewczyna. - Pewnie sporo. Lubię przypominać, że od początku miałam rację.

Blondynka zabawnie zmarszczyła nos. Co prawda, to prawda.

- Jak tam Blake? - przerzuciła się na inny tor. - Poza tym, że non stop zajęty twoimi sprawami?

- Hm... W porządku. Anielsko cierpliwie znosi ten cały ambaras. Prawdę powiedziawszy, dużo bardziej anielsko niż ja. Nie mówiłam ci chyba jeszcze, że niedługo zamierzam zrzec się tronu na jego korzyść, nie?

Astrid zatrzymała się w swoim pojedynku siłowym z bronią obuchowo-sieczną (a może z drzewem? W końcu coś tę broń trzymało). Marszcząc brwi, patrzyła na przyjaciółkę zaskoczona, zdziwiona... i raczej niezbyt zadowolona.

Heathera z wyczuwalną autoironią pokiwała głową.

- Czyli nie mówiłam.

- Że co? - Astrid dopiero na dźwięk jej spokojnego głosu przyszło na myśl, że może powinna się odezwać. - Coś ty. Dlaczego?

- No, właśnie mówię. On nadaje się do tego dużo lepiej, niż ja.

- Bez żartów. Poważnie? Jak: zrzec? - dziewczyna wydawała się nie rozumieć. - Przecież to wielki zaszczyt...

- I odpowiedzialność - obojętnie wzruszyła ramionami. - Nie biorę pakietu, kajdanek sama sobie nie założę. Mogę się wbić w różne normy, ale nie w to.

- Przestań, nie gadaj takich bzdur. Jakie znowu kajdanki?

- Normalne. Jestem szczera, mówię, co myślę. Kończę z tym i już.

- Ale... przecież nie możesz tego, tak po prostu, bez powodu, rzucić - zaprotestowała bezradnie.

Brunetka chętnie by napomknęła, że powód jest, ale postanowiła to przemilczeć. Wolała, żeby przyjaciółka odebrała to jako jej własną decyzję.

- Właśnie od tego jestem wodzem - uśmiechnęła się kwaśno. - Pozwalam sobie - i już mogę.

Astrid brakło słów na dalszy protest. Znała ten ton, który oznaczał ni mniej, ni więcej, tylko że Heathera podjęła już decyzję i od niej nie odstąpi. Potrafiła być bardziej uparta niż wszyscy jeźdźcy razem wzięci, co było momentami niewiarygodnie wręcz irracjonalne i - co tu kryć - irytujące. A przecież nadawała się na przywódczynię jak ulał. To nieprawda, że sobie nie radziła. Była dobrą organizatorką, miała rękę do ludzi. Ale najwyraźniej nie miała nerwów, i to niestety trzeba było uszanować.

Nie mając innego wyboru, blondynka skapitulowała. Lekko szarpnęła topór.

- A rozmawiałaś z nim chociaż? - spytała pojednawczo.

- W sensie że z Blake'iem?

- Yhm.

- Trochę. Nie był zdziwiony i oczywiście nie odmówił, chociaż... powiedzmy, prosto nie było.

Astrid przeniosła zamyślone spojrzenie na pień.

- No, nie wiem. Ja bym tam Czkawce na nic takiego nigdy nie pozwoliła, ale skoro nawet Blake nie dał rady, też cię chyba nie przekonam.

- Przynajmniej tu się zgadzamy - Heathera szturchnęła ją porozumiewawczo i znowu zabrała się za wyciąganie siekiery z drzewa.

- A pytałaś ludzi? Berserkowie nie muszą się przecież na to zgodzić... - Astrid dla odmiany przestała ciągnąć.

- W porządku. Podchodzą do tego z dużo większym entuzjazmem niż po małżeństwie i przeprowadzce Dagura do faktu, że godność wodza przyjęła kobieta, więc myślę, że nie ma się czego obawiać.

- Myślałam, że przywykli. Że cię polubili.

Jej obojętna mina nie wyrażała szczególnych emocji.

- Bo tak było - zgodziła się sucho.

- To co? Teraz nagle nie mają nic przeciwko twojemu odejściu? - zmarszczyła z powątpiewaniem brwi.

- A dlaczego? Mało to razy trzeba było zmieniać wodza? - wzruszyła ramionami. - Tam, u nich, to nawet częściej niż przeciętnie, bo Berserkowie lubili się swego czasu tłuc o władzę. Nie przywiązują do tego aż tak wielkiej wagi, jak tu.

- Może i niemało, ale chyba wybierali kogoś innego z rodziny, bliższej bądź dalszej...

- No, w takim przypadku większość krzyczała, że jest rodziną, i zazwyczaj tron dostawał ktoś zupełnie obcy - mogłoby się wydawać, że Heathera podeszła do sprawy niemal lekceważąco.

- Tylko, kiedy nie było żadnego bliskiego krewnego poprzednika - przypomniała Astrid, kładąc nacisk na "żadnym".

- No, to tym razem będzie inaczej - brunetka oparła czubek buta o pień i z chrzęstem zdarła wierzchnią warstwę kory. Na uchwycone kątem oka, pełne dezaprobaty spojrzenie westchnęła i poczuła się w obowiązku objaśnić swój stosunek do sprawy. - Zobacz: jestem dziewczyną, drugim dzieckiem wodza, który rządził tą osadą... już nie wiem, ile temu. Więc nie widzę powodu, dla którego miałabym zagarniać dla siebie tron, który wadzi mi w dodatku gorzej niż żelazna kula u nogi, i co dodatkowo średnio przypada do gustu moim ludziom, bo prawo prawem, ale jeszcze nigdy żadna kobieta de facto nie rządziła wioską. Gdzie tu logika, powiedz mi?

- Wiesz, jakiekolwiek więzy krwi to już jest wystarczający powód... i logika - powiedziała Astrid. Heathera w odpowiedzi szarpnęła mocno topór, który w końcu drgnął.

- I tak to Blake zostanie wodzem - stwierdziła po chwili, jakby dopiero zaczynały rozmowę. - To już postanowione. Byli tacy, którzy stawiali mi pewne ultimatum... - zawahała się. - Zresztą, nieważne. Gdyby nie on, nie byłoby z czego wybierać, bo ja byłabym teraz pewnie daleko stąd.

- Co tym razem? Kolejny zew wolności? - uśmiechnęła się blondynka.

- Nie, kilku wkurzających Berserków - warknęła Heathera. - Trzeba im oddać, że potrafią mi znaleźć za skórę. Nieraz świerzbią mnie palce, bo aż się prosi, żeby ich uciszyć... a nie mogę.

- I co? Myślisz, że jak on zostanie wodzem, to ty się będziesz mogła bezkarnie rozbijać po jego wiosce? - uniosła brwi. W pytaniu było więcej niedowierzania niż ironii.

- Gdzie ty się uderzyłaś, kochana? Nigdy w życiu. Chodzi mi o to, że on jest po prostu cierpliwy - wyjaśniła lekko. - A ja? Ostatnio o mały włos, a tak bym ich zdzieliła, że by im w pięty poszły te ich wszystkie problemy.

Astrid nie wydawała się przekonana.

- Za szybko się poddajesz. Nikomu nie jest na początku łatwo, ale to jeszcze nie jest powód, żeby uciekać od odpowiedzialności.

- Za szybko? - Heathera wypuściła drzewce z rąk. - Wam się wszystkim naprawdę wydaje, że ja tego nie przemyślałam?

- Nie, nie - zaprzeczyła stanowczo Astrid. - Rozumiem motywy. Przynajmniej większość. Ale... proszę cię, zastanów się jeszcze raz - poważnie spojrzała jej w oczy. - Dasz sobie radę. Ja w ciebie wierzę.

- No i jakbym go znowu słyszała... - Heathera miała wyraźnie powyżej uszu podobnie oklepanych frazesów.

- Kogo? Blake'a?

- Właśnie. Więc chociaż ty mi tego oszczędź.

- O, to nowość. A wydawało mi się, że nie chodzi teraz za tobą i nie powtarza jak papuga haseł motywacyjnych. To chyba nie w jego stylu.

- Powtarzanie? Owszem - skinęła głową. - Pewnie wie, że gdyby to zrobił, od razu bym go znienawidziła.

- Gdybyś tylko była w stanie - uzupełniła pobłażliwie Astrid.

- Wiesz... - Heathera nie wydawała się zbita z tropu. - Z nas dwóch to ty masz większą słabość do twojego jednego Czkawki niż ja do Blake'a plus was wszystkich razem wziętych.

- Co ty powiesz - szarpnęła ostro topór, a kącik jej ust uniósł się w pełnym zadowolenia uśmiechu.

- No, może dla odmiany to ty coś w końcu powiesz, bo jak do tej pory cały czas tylko ja nawijam - stwierdziła, dołączając do przyjaciółki.

- Cóż, tak to jest, jak się nie odzywa na bieżąco. Ja pisałam, więc wiesz już wszystko - blondynka znów puściła drzewce i przetarła piekącą lekko skórę na palcach. Tak dobrze rozmawiało im się przy tej siekierce, że w zasadzie straciła zainteresowanie wyciągnięciem jej. - Jak ci minęła podróż?

- Spokojnie. Wprawdzie nie leciałam prosto, bo miałam po drodze coś do załatwienia u Albrechta, ale i tak szybko poszło.

- Aha. A co u Dagura?

- W sumie nie wiem... Zaszył się gdzieś ze swoją flotą, od trzech miesięcy się nie pokazuje. Jak raz udało mi się go dopaść, to prosiłam, żeby się czasem przeleciał i wpadł, skoro już tak bardzo nie chce przybijać do brzegu... Ale broni się rękami i nogami, nie zamierza ujawnić swojego miejsca pobytu, żeby Mala się przypadkiem nie dowiedziała. Co, swoją drogą, powoli zaczyna zakrawać na obsesję. Nie umiem go zrozumieć - westchnęła. - Cały czas o niej myśli, a uparcie udaje, że ma ją gdzieś.

- Aż tak się posprzeczali? - w głosie Astrid zabrzmiało coś jakby współczucie.

- Jak widać... Nawet nie pytaj mnie, o co, bo nie wiem - zastrzegła od razu. - To znaczy, wyjaśniał mi swego czasu, ale bardzo nerwowo i mętnie. Nie wykluczam udziału osób trzecich. W każdym razie utrzymuje, że nie zamierza do niej wracać. Zabrał swój - dosyć znaczny - wkład w ich flotę, i zniknął. Może szuka sobie nowego miejsca na świecie.

Przyjaciółka lekko pokiwała głową. Znała to.

- Faceci czasem tak mają... Muszą szukać. Chociaż nieraz nie ma w tym ani krztyny sensu.

- Może - rzuciła wymijająco Heathera, co świadczyło raczej o takcie niż o tym, jakoby podzielała pogląd. Astrid nie miała wątpliwości, że w głębi duszy brakowało jej brata. Dopóki mieszkał na wyspie Obrońców Skrzydła, nie było problemem zobaczyć się z nim raz na kilkanaście dni czy parę tygodni, smoki pokonywały ten dystans całkiem sprawnie. Ale teraz, gdzieś na pełnym morzu?

Postanowiła przejść do lżejszego tematu.

- Blake już wytresował sobie jakiegoś smoka?

- Tak, i to nawet szmat czasu temu. Ale lata na nim dopiero od niedawna - powiedziała i mocno pociągnęła topór. W końcu zaczął się wysuwać. - Zębacza.

- Widzę, że ma gust - Astrid była wyraźnie ukontentowana takim wyborem. - I jak go nazwał?

- Skrzydłostrzał. Kawał z niego smoka, nie ma co. Znaczy - ze Śmiertnika, nie z Blake'a.

- A imię skąd? - zainteresowała się.

- Jest diabelnie szybki - stwierdziła z pełnym przekonaniem. - Przegania nawet Szpicrutę. A strzały, jak obie wiemy, są bardzo lubianą przez Berserków bronią. I też potrafią pruć z niezłą prędkością.

- Może będzie się chciał kiedyś pościgać z Wichurą - zaproponowała z uśmiechem. - Tylko Szczerbatka nigdy nie zostawiła z tyłu.

- Mówiłam, diabelnie szybki. Powinien się nazywać Wiatropęd - Heathera potrząsnęła przecząco głową. - Nie masz z nim szans.

- A może jednak? - mrugnęła zawadiacko. - W końcu Wichura lata niczym wichura, to imię jej się przecież znikąd nie wzięło.

- Dobra, tylko potem nie mów, że nie ostrzegałam - brunetka podniosła lewą rękę w obronnym geście, odżegnując się od tej decyzji, ale zaraz z powrotem chwyciła broń i mocno pociągnęła. - I kto by pomyślał, że zwykłe drzewo może mieć tyle siły?

- W sumie, to ja wbiłam ten topór - skorygowała delikatnie i przeniosła wzrok na drzewce. Od razu rzuciła jej się w oczy drobna zmiana, element, którego nie było tu ostatnim razem. Jak to możliwe, że dopiero teraz zwróciła na to uwagę?

- Heathera! A to co? - wskazała głową na dłoń przyjaciółki, gdzie na serdecznym palcu tkwił sobie, jak gdyby nigdy nic, matowy, szary pierścionek. Zamiast oczka miał srebrzysty trójkącik, w którym Astrid po chwili rozpoznała malutki fragment lśniącej łuski Szpicruty. Heathera podążyła za jej wzrokiem.

- To? - oczy błysnęły jej dumą i zadowoleniem. - Od Blake'a.

- Jeszcze się głupio pytam... - Astrid stuknęła się palcem w czoło. - Ile?

- Tak jakoś... miesiąc już chyba będzie - stwierdziła po chwili namysłu.

- Serio?! To nie mogłaś mi napisać od razu? - spojrzała krzywo, ale niepoważnie. - Krótki liścik by przecież wystarczył.

- Niespodzianka!... - Heathera zrobiła sztuczną, wesołą minę i dostosowała do niej ton, ale że całość wyszła zbyt przejaskrawiona, szybko pozbyła się maski. - Dobra, przyznaję, wyleciało mi z głowy. Strasznie dużo się tego dnia działo - usprawiedliwiła się. - Chyba pół godziny po tym, jak Blake się oświadczył, jakiś niezbyt kompetentny wiking podpalił sobie chatę i musiałyśmy ze Szpicrutą lecieć mu pomóc, bo biedak nie nadążał z dźwiganiem wiader.

Astrid roześmiała się (znowu! za dużo tego śmiechu jak na nią), a ostrze wybrało akurat ten moment, żeby niespodziewanie uwolnić się z drewna - skutkiem czego obydwie wylądowały na ziemi, jedna na drugiej. Zębacz i Zbiczatrzasł, do tej pory spokojnie zajmujące się sobą nawzajem, jednocześnie obróciły głowy, przyglądając się tej niecodziennej scenie.

- Thorze wszechmocny... - od spodu dał się słyszeć głos Heathery. - Na taką ciężką to ty, Astrid, nie wyglądasz.

- Za to twoja zbroja od początku wydawała mi się twarda i ostra - blondynka przeturlała się na bok i obmacała obolałe ramię. - I zakładam, że zostawiła mi pamiątkę po bliskim spotkaniu...

- Trawnik był łaskawszy - Heathera usiadła i otrzepała się ze źdźbeł oraz wszystkiego, co jeszcze raczyło się przyczepić do jej stroju. - Dobra, chyba żyję.

- Ja też - mruknęła Astrid, oglądając podłużne, czerwone zadrapania. Tym razem po prawej stronie. - Ty, może w ogóle powinnyśmy iść na ostrza? Jest opcja, że byłabym ciut uważniejsza i ciut mniej poharatana.

- Przynajmniej teraz jest symetrycznie - uśmiechnęła się lekko czarnowłosa.

- Potrafisz pocieszyć - blondynka podniosła się z ziemi i pomogła wstać przyjaciółce. - Ych... Świetnie, czyli tarzanie się mamy odhaczone. Ale no... - odchrząknęła, po czym spojrzała na dłoń przyjaciółki i oparła ręce na biodrach. - To teraz rozumiem, skąd taka decyzja. W każdym razie gratulacje - wskazała wzrokiem pierścionek.

- A dziękuję - odparła raźnie Heathera; ale zaraz z pewnym zakłopotaniem przemilczała pytanie, o którym obie wiedziały, że musiało wyniknąć naturalną koleją rzeczy. "A jak u ciebie?" Zachowanie blondynki, która biegu tej kolei domyślała się aż zbyt dobrze, jasno sugerowało, że nie ma się czym pochwalić. Przyjaciółka z braku lepszego pomysłu zlustrowała ją wzrokiem od stóp do głów.

- Wyglądasz trochę tak, jakbyś się wdała ze mną w bójkę - przyznała otwarcie, żeby trochę rozładować atmosferę. - Na paznokcie.

- Ciekawe spostrzeżenie. Zakład, że Czkawka pomyśli tak samo? - mruknęła, z nietęgą miną przyglądając się rozmazanej na drugiej ręce farbie. - Pomijając oczywiście niezwykle fachowe szczegóły. Zapyta się po prostu, czy się biłyśmy.

- Nie zakładam się, bo znasz go tysiąc razy lepiej ode mnie - odparła czarnowłosa już nieco weselszym tonem. Szpicruta lekko trąciła ją w ramię pyskiem, więc dziewczyna pogłaskała ją pieszczotliwie po lśniącej, srebrzystej szyi.

- Raz byś mogła. Może akurat szczęście by ci dopisało? - uśmiechnęła się kwaśno, podeszła do Wichury i zajęła się przeszukiwaniem schowka. Heathera pokręciła głową i oparła się o smoczycę.

Zębacz nagle poruszył kolcami na głowie, wyprostował się jak struna i skierował łeb w stronę wioski.

- Co jest, mała? - Astrid zostawiła torbę i spojrzała na zaniepokojonego Śmiertnika. Wichura zawarczała cicho i przeciągle.

- Tam się chyba coś dzieje - powiedziała Heathera, przysłuchując się dochodzącym z oddali dziwnym dźwiękom. - Niezły rumor, skoro aż tu go słychać.

Astrid też nastawiła uszu. Przez chwilę na polanie panowała zupełna cisza, wyłączając szum wiatru, rogowy stuk kolców Zębacza i metaliczny łoskot skrzydeł Zbiczatrzasła. Odetchnęła, kiedy w końcu z mieszaniny odgłosów wyłoniły się znajome urywki.

- To tylko Czkawka - rzuciła przez ramię do Heathery i wskoczyła na grzbiet smoczycy.

- Co znaczy "tylko"? - uniosła brwi i właściwie z odruchu też dosiadła Szpicruty.

- No, nie wiem, ale tak sądząc z tej namiastki dźwięku, albo właśnie enty raz zepsuła mu się smocza myjnia, albo to znowu bliźniaki coś narozrabiały. Czyli to, co zwykle - skwitowała wszystko niewinnym ruchem ramion.

- I nie masz ochoty sprawdzić? - przymrużyła prowokacyjnie jedno oko.

- A, tego nie powiedziałam. Chodź - poderwała Wichurę i skierowała się do wioski. Brunetka poklepała wierzchowca, który zerknął na nią, by upewnić się co do jej zamiarów. Dziewczyna pokiwała głową.

- Za nimi, Szpicruta.

Zbiczatrzasł warknął, uderzył kilka razy wielkimi skrzydłami i znalazł się ponad wierzchołkami najwyższych drzew.

27.Kłopoty Straszliwe

Po przetestowaniu tego rozdziału na dwóch osobach - z czego obie przysnęły podczas lektury - zalecam zrobienie sobie co najmniej jednej przerwy w trakcie czytania Emoticon_wink.png

- ...Jasne! Że Odyn, tak? Że się nami opiekuje?! Świetnie, mów mi jeszcze! Coraz lepiej! Za taką troskę nic, tylko podziękować! Kogo tam na górze, do stu piorunów, pogniotło do tego stopnia, żeby mi zsyłać tę bandę?! - nawet z pozycji półleżącej Czkawka już wygrażał niebiosom pięścią. - Co ja takiego zrobiłem?! Za mało, że przeżyłem z tym duecikiem całe dwadzieścia lat? Teraz mają mnie jeszcze zabić swoimi idiotycznymi wyczynami? Tak mam skończyć?! - pomstował, rozmasowując sobie głowę i podnosząc się z ziemi.

- Palec boży - usłyszał z boku drwiący głos.

- Jeszcze raz się ten palec pokaże w zasięgu mojej ręki, to poważnie się zastanowię, czy go nie ukręcić - odwarknął, otrzepując się i obdarzając rozwalony po raz enty w tym tygodniu obiekt nieprzyjaznym spojrzeniem. - Do wszystkich... Och! Thorze, daj mi cierpliwość, bo jak dasz mi siłę, to ich chyba pozabijam. I będą na twoim sumieniu.

Szczerbatek podniósł uszy i przekrzywił łeb, przyglądając się leżącym obok wodza wielkim, kamiennym walcom, które wedle wszelkich prawideł powinny się właśnie znajdować na drążku, a drążek na stelażu. Natomiast chwilowo nic nie było na swoim miejscu, a jego jeździec zdaje się za bardzo zaufał tym prawidłom. Walcom też. Skutek był doskonale słyszalny.

- O, to już doszliśmy do takich drastycznych metod? - Sączysmark podniósł się z szyi Hakokła, na której ułożył się wygodnie, oczekując z błogim uśmiechem na twarzy, aż Haddock wyrzuci z siebie wszystkie bluzgi, i usiadł, drapiąc się po głowie. - Szybko jak na ciebie. To ukręcamy karki czy wolisz toporek? - zaśmiał się złowieszczo.

- Ty się nie śmiej, to jest poważna sprawa - Czkawka z braku lepszego środka wyrazu podniósł rękę na wysokość klatki piersiowej i zacisnął pięść.

- No, ja wiem - przytaknął żarliwie Smark, podśmiewając się bez przerwy. - Przecież o twoją głowę poszło. Powaga śmiertelna.

- Przestań - rzucił rozdrażniony wódz. Jego osoba to była wisienka na torcie destrukcji, który już widział oczami wyobraźni, ale tego Jorgensonowi nie sposób byłoby wytłumaczyć. - Po prostu jakoś na chwilę obecną brak mi ciekawszych pomysłów na uzmysłowienie im, że już czas dorosnąć. Bo chyba czas, prawda? Nie wiem, może ty tego nie czujesz, ale mnie takie wygłupy powoli przestają bawić. W jakimś zakresie można, ale nie na taką skalę! Przecież nam się przez to połowa maszyn na wyspie rozleci - wyrzucił na jednym oddechu. Smark klepnął dłońmi w rogi Hakokła.

- Słuchaj, nerwusie: z nieśmiertelną ekipą - wskazał palcem niebo - nic ci nie zrobię, ale jak chodzi o bliźniaki... Wiesz, że ja zawsze chętnie pomogę - zaoferował otwarcie. - Wprawdzie w dalszym ciągu nie kumam, jaki mają związek z tym, że manto spuścił ci jakiś nieożywiony element wioski we współpracy z ognioziejnym gadem, ale dla mnie to bez różnicy. Mogę im przyłożyć nawet za darmo - wyszczerzył się uprzejmie.

W pewnej odległości rozległ się szum skrzydeł, ale Czkawka był tak zaaferowany, że nie zwrócił na niego najmniejszej uwagi.

- Yhm, a nie mówiłam? - uśmiechnęła się Astrid, kiedy Szpicruta z Wichurą wylądowały niedaleko wodza. Zeszła z siodła i skinęła na Heatherę, żeby zrobiła to samo.

- A co on się tak wścieka? - zdziwiła się czarnowłosa.

- Pewnie znalazł kolejną usterkę i chyba domyślił się, czyjego autorstwa - wzruszyła ramionami. - Chodź, zapytamy.

- Nie, zaczekaj - Heathera nieoczekiwanie przytrzymała ją za przedramię. Blondynka rzuciła jej krótkie, zdumione spojrzenie. - Co? Chcę ich zobaczyć w akcji. Nie widzieliśmy się jakiś czas, ludzie się pozmieniali. A Czkawka wygląda na nieźle zirytowanego. Może to głupia ciekawość, ale nie mogę sobie tego odpuścić - mrugnęła wesoło do przyjaciółki. Astrid stanęła i szybko przemyślała propozycję. W zasadzie sama nie miała nic przeciwko podglądnięciu rozwoju sytuacji. Choć nie mogła powiedzieć, że nie była ciekawa, o co tym razem poszło. Znaczy, widziała popsutą myjnię, ale wątpiła, żeby tylko i wyłącznie konieczność zmontowania konstrukcji była dla szatyna tak frustrująca.

- W sumie, jeśli ci zależy... - zawyrokowała w końcu. Heatherze zależało.

Blondynka z niezbyt wielkim entuzjazmem dała się pociągnąć kawałek dalej, za wielkie, zadaszone palenisko, sąsiadujące ze wspomnianą konstrukcją, której głównym elementem składowym były ciężkie walce, służące gadom (w przypadku tej stacji - głównie Gronklom) do masowania sobie grzbietów. Właściwie "palenisko" to nieco szumna nazwa - w zadaszonym pomieszczeniu leżało po prostu mnóstwo kamieni, które smoki mogły sobie nagrzać i wysuszyć się. Myjnię bowiem otaczał niewielki skalny murek, a pod konstrukcją znajdowało się coś w rodzaju płytkiego brodzika, zazwyczaj choć w części wypełnionego wodą. Od tygodnia jednak zwierzęta grzały się jedynie dla samej przyjemności, bo o suszeniu nie mogło być mowy - ze względu na częste awarie wódz kazał nie wlewać nic do brodzika. Myjnia sama w sobie była ze swoimi usterkami wystarczająco irytująca. Każdorazowe wylewanie zalegającej wokół niej wody mogłoby doprowadzić naprawiającego (czytaj: Czkawkę) do białej gorączki.

Tymczasem młodzi wikingowie byli tak bardzo zaabsorbowani swoją konwersacją, że umknęły im - nie dość, że dwie wojowniczki - to na dodatek jeszcze skradające się w zabawny sposób Zębacz i Zbiczatrzasł.

- Nie rozumiesz? - Haddock nie był pewien, czy to zdziwienie w jego głosie powinno było się pojawić, ostatecznie czego się spodziewał? Smark specjalnie pojętny nie był. I prawdopodobnie nie domyślił się, dlaczego to wszystko tu zaszło. Ale on sam już miał swoje przypuszczenia, i to całkiem poważne.

- Ani trochę - Jorgenson rozwiał od niechcenia wszelkie wątpliwości. - Mam nieskomplikowany umysł, jak każdy prawdziwy mężczyzna, a wybacz - wrzeszczysz na bliźniaki, których tu ani widu, ani słychu, bo przydzwoniłeś w kamyczek - wskazał jeden z ciężkich, kamiennych walców. - Czemu podobno, jak właśnie słyszałem, winni są sami bogowie. Dla mnie to bez związku, chyba że uchwaliłeś nowe prawo, w myśl którego winę za całe zło świata zrzucamy na te jacze łby... To jest, na bliźniaki - poprawił się, bo dopiero słuchając sam siebie doszedł do wniosku, że niejednoznacznie to brzmi. - Co swoją drogą byłoby nawet całkiem ciekawe... - przez twarz Smarka przemknął chytry uśmieszek.

- Nic nie uchwalałem, i dopóki kompletnie nie zidiocieję (co przy was nie wydaje się takie niemożliwe) i nie upadnę na głowę, żadne podobne prawa nie wejdą w życie - sprostował ostro wódz, rzucając mu niebezpieczne spojrzenie.

- A jak coś upadnie na nią, to się liczy?...

- Smark!

- Tak się tylko wolałem upewnić. Co, zapytać już nie można? - Sączysmark tylko wzruszył ramionami i zupełnie się nie przejął, więc Czkawka przeniósł morderczy wzrok na myjnię. Stała tak, rozwalona i śmiejąca mu się w twarz. Wygrywała jeden zero. Na razie.

- Oby mieli dobre wytłumaczenie albo niech już się zaczynają modlić, bo jak Thora kocham, posiekam, posiekam normalnie... - syknął, nadal czując w głowie pulsujący ból. Idioci, naprawdę mieli dziwne pomysły. I niebezpieczne. Choć z drugiej strony - smokowi nic by się nie stało, a ludzie przecież tu nie włazili (przynajmniej - nie powinni), więc w zamyśle pewnie nie miało to robić nikomu krzywdy...

Ale chwilowo nie przyjmował żadnych argumentów na korzyść Thorstonów, toteż ten także szybko odrzucił.

Jorgenson nagle westchnął głośno.

- Dobra, olśniło mnie - odezwał się raźnie i z niekłamanym zadowoleniem. - Teraz zrozumiałem.

- Kto by się spodziewał - burknął Czkawka. - Cóż za refleks.

- No, już mi tak nie słodź, przecież to było oczywiste - brunet zbył to krótkie wtrącenie niedbałym gestem, nie zdając sobie sprawy z jego ironicznego charakteru. - Masz gorszy dzień i zwyczajnie chcesz się na kimś wyżyć. Chłopie, jak ja cię czasem rozumiem... Nie sądziłem, że to powiem, ale jednak jesteśmy trochę podobni. Piąteczka! - wyciągnął buta, a Hakokieł zniżył szyję na tyle, żeby Czkawka mógł dosięgnąć podeszwy.

- Co?! - Haddock cofnął się o dwa kroki, bo but Smarka przed twarzą potrafił zwalić z nóg, i to w dwojaki sposób. - Oszalałeś? Nie zamierzam się na nikim wyżywać.

- Spoko, nikomu nie powiem - Jorgenson mrugnął porozumiewawczo.

Czkawka zacisnął palce u grzbietu nosa i przymknął powieki. Głowa go łupała i nie chciało mu się udowadniać Jorgensonowi, że się myli, zwłaszcza że i tak przekonanie go było już raczej niemożliwe. W momencie, kiedy Smark coś sobie ubzdurał, stawał się głuchy na argumenty.

- Nie - stwierdził w końcu, z maksymalną dozą spokoju, pewności i w najkrótszej znanej formie. - Może bywamy podobni, ale nie aż tak. Po prostu...

- Dobra, dobra, oszczędź sobie - skrzywił się brunet i z powrotem podjechał wyżej. - Tylko winni się tłumaczą.

- Nie, no ja się zwyczajnie zastanawiam. Po co oni to robią? Weź mi proszę wyjaśnij - wódz z braku innego rozmówcy zwrócił się znów do Sączysmarka. - No, weź i wyjaśnij! Podobno myślisz prosto, ale pewnie tylko niewiele prościej niż oni, więc może to pojmujesz.

Jorgenson oparł brodę na dłoniach, a łokcie rozparł między rogami Hakokła - i ze złośliwym uśmiechem przysłuchiwał się wywodowi. Nie trudził się powtarzaniem, że nie ma pojęcia, czym jest "to", i w przeciwieństwie do przyjaciela uważał, że bogowie są zupełnie w porządku, szczególnie Loki - bo to prawdopodobnie on, a nie Odyn pozwolił Haddockowi znaleźć się w tej a nie innej sytuacji. Młody wódz sam sobie nagrabił, w końcu nigdy jakoś szczególnie nie czcił boga zabawy... Oglądanie wściekłego Czkawki było niezwykle rzadką przyjemnością, a że teraz gadał jak nakręcony, Jorgenson nawet nie musiał mu pomagać i podrzucać nic nowego. Po prostu siedziec i cieszyć uszy tą muzyką. Czegóż można chcieć więcej?

- Powiedz, czy dokładanie innym problemów jest może jakimś rodzajem rozrywki? Bo ja chyba Czegoś Nie Rozumiem, i to przez duże "ce", "en" i "er" - szatyn stanął przed Hakokłem, nerwowo gestykulując. Jorgenson nie mógł nie parsknąć śmiechem. Czkawka, widząc to, prychnął gniewnie.

- No co? - warknął.

- Nic. Po prostu dawno nie widziałem, żeby ktoś cię tak wkurzył - odparł lekko. - Szczerze mówiąc, chwilami zaczynało mi już tego brakować.

- Serio? Ja tu poważnie, a ciebie to bawi? - zirytował się.

- Jakbyś tak czasem na siebie spojrzał, też by cię bawiło - Sączysmark postanowił nie udawać specjalnie delikatnego.

- Nie rozumiesz skali problemu, prawda? - spytał domyślnie Czkawka. Thorze... I to jest syn rodu, który rywalizował z Haddockami o prymat w tej wiosce?

- Jako, że to akurat twój problem, szanowny wodzu, to mnie to jakoś szczególnie (a tak naprawdę w ogóle) nie interesuje - Jorgenson nie robił ze swojego ignoranckiego nastawienia najmniejszej tajemnicy.

Ręce opadają.

- To tak? Od razu zmiana frontu? Teraz już po stronie bliźniaków, co?

- Niezupełnie - Smark odchylił się nieco w siodle i przekrzywił głowę, patrząc na przyjaciela jak na eksponat. - Wiesz, nie powiem, że cię takiego nie lubię, w końcu ten nasz rozsądny Czkawka Haddock nigdy nie groziłby przyjaciołom rozczłonkowaniem, a ja nie miałbym zabawy - wyjaśnił. - A z drugiej strony, skoro tylko Mieczyk i Szpadka potrafią zrobić z ciebie takiego potwora, to nie mógłbym im tak w ogóle nie kibicować. Ale jak będziesz chciał ich trochę poturbować, też cię z Hakokłem chętnie wyręczymy.

- Co? Jak... jakiego potwora? - złapał się za głowę. - Ja im nie groziłem!

- A "posiekam" to nie groźba jest? - Jorgenson przymrużył jedno oko.

- Nie! To było tylko...

- Nie kręć - przerwał arbitralnie Smark. -Przecież wiem, że o tym właśnie myślałeś. Kogo jak kogo, ale mnie w tej kwestii nie oszukasz. Zawsze wiem, czego chcesz.

- Tak? - Czkawka uniósł brwi w udanym wyrazie zdziwienia. - Szkoda, że nie mówiłeś nigdy wcześniej.

- Jak nie jak tak? Nie pamiętasz? - oburzył się brunet. Jak Czkawka mógł zapomnieć? Nie śniło mu się po nocach? Nie dręczyło go poczucie winy? Przecież powinno...

- A co miałbym pamiętać?

- Przywaliłeś mi kiedyś!

- Co? - zmarszczył czoło, ale słowa przyjaciela niemal w tej samej chwili przywołały do jego umysłu zapomnianą już nieco sytuację. - Aha, tamto...

- Widzisz - Jorgenson uśmiechnął się z wyższością. - Przywaliłeś mi, ale dopiero gdy uświadomiłem ci, jak bardzo tego chcesz.

- Problem w tym, że ja tego nie chciałem.

- Przecież chciałeś się pozbyć natrętnego Zębiroga, tak? - Sączysmark ani myślał się poddać. - Tak. A ta bójka miała ci to zagwarantować. Choć jak zwykle schrzaniłeś, ale już ci nie będę takich staroci wyciągać... - zrobił łaskawy gest dłonią. Czkawka patrzył na niego z politowaniem.

- Ta, powiedz jeszcze, że chciałem ci wybić te trzy zęby - skrzyżował ręce na piersi.

- O, co to, to nie - zaprzeczył solennie Smark.

- No właśnie.

- Nie ukrywajmy, już od wielu lat marzyłeś, żeby pozbawić mnie całej szczęki - dodał od razu w ramach uzupełnienia. - Ale cóż... na moje szczęście ta twoja piąstka była za słaba.

Czkawka szybko to rozważył i doszedł do wniosku, że może kiedyś ulepi z gliny niewielki prostopadłościan, wypali go w piecu, a potem ochrzci go "cegłą" i dziewiczym uderzeniem potraktuje buźkę Smarka. Ale to może.

- Bliźniaki też byś zresztą chętnie pozbawił ich szczęk - stwierdził z głęboką pewnością Jorgenson.

Tym razem Czkawka nie mógł tak całkowicie szczerze zaprzeczyć.

- Nie, ja po prostu... czasami uważam, że sobie zasłużyli - przyznał, nie wiadomo po co. - Ale to nie znaczy, że naprawdę chciałbym to zrobić.

- Jasne, jasne... - Sączysmark nie mógł powstrzymać kpiącego uśmiechu, a Czkawka pokręcił tylko głową.

- Dobra, koniec przedstawienia - usłyszał za sobą znajomy głos. - Co się tu dzieje, panowie?

Odwrócił się i z gardła wydobył mu się jakiś cichy, nieartykułowany dźwięk na kształt "och!", mający wyrazić zaskoczenie.

- Astrid! Co wam się stało? - dodał, patrząc po chwili również Heatherę. - Biłyście się czy jak?

Astrid uśmiechnęła się do brunetki. Szkoda, że Heathera jednak się nie założyła. Choć w sumie - nie było na to najmniejszych szans, towarzyszka używała trochę swoich szarych komórek, a obie były całe w czerwonych plamach. Jaką inną pierwszą myśl mógł przywodzić ten widok? Chyba żadną.

- Nie, to tylko farba - streściła uspokajająco. - Długa historia.

- Ćwiczyłyśmy celność - wtrąciła czarnowłosa, szturchając przyjaciółkę łokciem.

- Na sobie? - uniósł brwi.

- Nie do końca tak to miało wyjść... - mruknęła wymijająco Heathera. - Skomplikowana sprawa.

- Właśnie - poparła Astrid. - A tobie co? Wściekasz się, że nawet w lesie cię było słychać. Jeszcze chyba w życiu nie ryknąłeś tak na Odyna. Dobrze, że do Asgardu jest kawałek, bo byśmy mieli głuchego boga - zażartowała lekko. Na wszelki wypadek lepiej było rozluźnić atmosferę.

- To... też jest mocno skomplikowane - stwierdził oględnie.

- O dobry Thorze, wałek go lekko stuknął w makówkę, wielkie mi halo - Sączysmark spojrzał w górę, jakby liczył, że bóg piorunów o tym zaświadczy, a zaraz potem odeśle blondynkę tam, skąd ją przyniosło. Nie był specjalnie zadowolony, że przerwano mu konwersację.

- Co? - Astrid przeniosła zdziwiony wzrok na wodza.

- Nie - zagotował się Czkawka. - Właśnie halo, i to gigantyczne, bo jak tak dalej pójdzie, to wyspa zostanie bez maszyn, wliczając w to katapulty i inne takie tam. Wczoraj już był jakiś problem, i to też z kołkami. A ja się jeszcze zastanawiałem, czemu...

- I to wszystko dlatego, że uderzyłeś się w głowę? - spytała z powątpiewaniem blondynka. Tak, czuła idiotyzm tego zdania, ale musiała jakoś nakierować go na wyjaśnienia. Czkawka bezsilnie przesunął dłonią po twarzy. Ha, czyli on też poczuł ów idiotyzm.

Kto by się spodziewał.

- Po pierwsze, ostatnie, o co się teraz martwię, to ten cholerny łeb - powiedział z wymuszonym spokojem. - Po drugie - ja SIĘ nie uderzyłem! To przez... Pamiętasz może dwa najbardziej uciążliwe słowa, które prześladują mnie już od jakiegoś tygodnia?

- Mieczyk i Szpadka? - zaryzykowała.

- Od tygodnia, nie całe życie - przypomniał. - Ale blisko.

- Dosłownie - dorzucił wymownie Sączysmark.

Astrid dyskretnie zerknęła na Szczerbatka, zajętego teraz obwąchiwaniem drewnianego stelażu.

- No dobra, chyba wiem, gdzie mi dzwoni - mruknęła.

- Dokładnie - powędrował za jej wzrokiem. - Smocza myjnia.

- Doprowadziła do szału nawet wodza - dodał z podziwem Jorgenson. - Już nie wiem, komu kibicować bardziej: myjni czy bliźniakom. Chociaż według Czkawki jedno i drugie działa w zespole. Ale nie pytaj mnie, na czym to polega, bo ja tego gościa nie ogarniam - wskazał na Haddocka. Czkawka od razu się ożywił.

- Ej, no przecież, na litość Thora, ile razy w ciągu tygodnia może się zepsuć takie coś? - rzucił retorycznie.

- Czekaj, niech pomyślę, niech pomyślę... Pięć? Sześć? - wtrącił znowu Sączysmark.

- No właśnie, to już o sześć za dużo. A dzisiaj, wyobraź sobie - zwrócił się do dziewczyny - okazało się, że to wcale nie jest złośliwość rzeczy martwych - zaakcentował mocno ostatni wyraz. Astrid pytająco uniosła brwi, próbując jednocześnie wyczytać odpowiedź z jego oczu.

- Wiesz, jakie trzecie słowo dołączyło do dwóch poprzednich? - spytał, widząc, że to czytanie coś opornie jej idzie.

- Ee... Bliźniaki?

- To swoją drogą. Wobec tego czwarte.

- Sączysmark?

- Oo, przesadziłaś - zaprotestował z góry wiking. - Nie tędy droga, zupełnie nie tędy. Ja tu jestem jego pomocą i duchowym wsparciem. Materialnie zresztą też wesprę, jak zechce pożyczyć toporka na pozbawienie jakichś dwóch baranów ich łbów - dodał z szatańskim uśmiechem.

- Wiesz co?... Piąte - mruknął Czkawka.

- Że co? - oburzył się Jorgenson.

Haddock wzruszył ramionami.

- Co "co"? Coś w tym jest.

Jorgenson prychnął ze złością.

- Że niby ja cię prześladuję? Ty sobie za dużo pozwalasz. A ktoś tu się wypowiadał o zmianie frontu, tak?

Wódz zignorował go i wrócił wzrokiem do dziewczyny, oczekując kolejnych odpowiedzi.

- Ee... Jeśli dobrze rozumiem i to ma być żywe, to chyba nie mam lepszych pomysłów - poddała się. - Powiedz.

Czkawka otworzył usta, ale nie zdążył z siebie wydobyć głosu.

- Straszliwce - uprzedził Sączysmark, wobec czego szatyn usta zamknął. Doskonale wiedział, że teraz na krótką chwilę nie będą mu potrzebne. - Straszliwce Straszliwe, i to całe stadko. Nie tego się spodziewałaś, dobrze widzę? - mrugnął do niej.

- Ale jak? Co w ogóle... - zmarszczyła brwi, podświadomie szukając pomocy u wodza.

- No, takie kolorowe, małe smoczki z klasy ognistej - Sączysmark poczuł się w obowiązku przybliżyć temat. - Ogień gorący, choć nie do przesady, poparzenia goją się nawet szybko; ostre pazury i przerażający zacisk szczę...

- Tak, wiem, co to Straszliwiec.

- I, jak pewnie pamiętasz, doskonale nadają się do tresury - uzupełnił nieoczekiwanie Czkawka. Kiedyś musiał ich oświecić, więc dlaczego nie teraz?

- No, tak. A jaki to ma związek z myjnią?

- Chyba całkiem spory, bo nie przypuszczam, że Straszliwcom od tak nagle uwidziało się wyrywać bolce z maszyny, tylko dlatego, że... ja wiem... wystają? - wykonał ręką jakiś nieokreślony ruch w powietrzu.

- Czekaj... To na te bolce skarżyłeś mi się dzisiaj rano, nie? - Astrid jak przez mgłę przypomniała sobie ich rozmowę przed Akademią (nic dziwnego, myślami była wtedy wiele mil od Berk).

- Oo, jak miło, że mnie słuchałaś - uśmiechnął się sarkastycznie.

- Oj, weź... - szturchnęła go lekko. - I to wciąż te same?

- Nie, od tego czasu zdążyłem przeprowadzić już dwie wymiany. I zanosi się na trzecią - z zaciętą miną spojrzał na obrzydły do potęgi sprzęt.

- Trzecią? - uniosła brwi. Biorąc pod uwagę, że rozstali się wcale nie tak dawno, całkiem imponujący wynik.

- No tak. Jak przyszedłem tu ze Svenem i Grubym, okazało się, że na straży zostawili Wiadro. A ten nam doniósł, że bolce niestety od czasu ich odejścia już zdążyły wyemigrować i nic nie zobaczę - a tym samym nie dowiem się, kto odpowiada za tę "migrację" - jeśli najpierw nie naprawimy myjni i nie włożymy nowych kołków. Więc naprawiłem - wzruszył ramionami.

- A nie mogli ci po prostu powiedzieć, o co chodzi? - wtrąciła Astrid.

- A próbowałaś kiedyś porozmawiać do rzeczy z Wiadrem? - spytał z góry Sączysmark.

- Nieważne, i tak na to samo by w końcu wyszło - stwierdził Czkawka. - Więc jak tylko złożyliśmy sprzęt, wygasiliśmy palenisko i schowaliśmy się w środku. I w sumie nie czekaliśmy nawet dziesięć minut, kiedy przyleciało kilka Straszliwców. Obejrzały myjnię, obsiadły i każdy zajął się swoim kołkiem. Zanim zdążyliśmy je złapać, bolce poszły się gonić - skrzyżował ręce na piersi.

- I oczywiście to Sączysmark musiał znowu wszystko ratować - wtrącił Jorgenson, a Hakokieł warknął na niego ostrzegawczo, domagając się swoich udziałów.

- No, bardzo ratował - przytaknął ironicznie Czkawka. - Jak tylko wyjęliśmy siatkę, żeby uziemić stado, kazał Hakokłowi zrobić taki wiatr, że sprzątnął nam i smoki, i tę sieć. A że to właśnie Straszliwce miały w szczękach bolce...

- Hej, przecież przynieśliśmy ci nowe - zaprotestował Sączysmark. - Tamte i tak do niczego by się nie nadawały. Jak ci taki Straszliwiec coś ugryzie, to nie puści, wiem coś o tym... Za dużo razy jeden taki szanowny pan się na mnie wieszał. Brr - wzdrygnął się na wspomnienie, które z powodzeniem można było opisać dwoma wyrazami: "ból" i "Ból". - Musiałbyś im te pyski chyba kleszczami otwierać.

Czkawka nie skomentował, spojrzał tylko wymownie na Astrid, wskazał przyjaciela i zacisnął usta.

Wystarczyło, żeby zrozumiała.

- W każdym razie myjnię trzeba było z powrotem poskładać po raz drugi - kontynuował Haddock. - I tak wyszło, że żeby ruchome części rzeczywiście ruszyły, to musiałem wejść pod spód, trochę poprawić drążek i porozsuwać walce, bo odrobinę za ciężko chodziły.

- I jak wstawałeś, to na chwilę zapomniałeś o tym drążku - uzupełniła domyślnie Astrid.

- Nie, o Straszliwcach - odparł, chyba z góry przewidując, że blondynka tak właśnie strzeli. - Wydawało mi się, że może tyle dobrego - jak Hakokieł poczęstował je tym, czym poczęstował - że na razie będą się trzymały z dala od myjni, przynajmniej dopóki czegoś nie wymyślę... Ale widać skubańce trochę się rozochociły, bo nie zdążyłem jeszcze dobrze wyjść, a te znowu przyleciały, porwały jeden z bolców i mało brakowało, a tamten kamienny walec rozwaliłby mi łeb.

- No i masz, o co się tak chłopak wścieka - dodał Sączysmark. - Nie pamiętam, żebym ja kiedykolwiek robił taką aferę, a dostałem chyba więcej razy niż on, prawda, Astrid?

- I co? Nadal ci mało? - dziewczyna wymownie uniosła brew. Na twarz Jorgensona wpłynął szeroki uśmiech.

- A mówiłem już kiedyś, że lubię, jak się złościsz?

- Nie, wcale nie o to - przerwał im Czkawka, stając między Astrid a Hakokłem z wyciągniętymi rękami. - Po prostu jeśli rozbierają myjnię w coraz szybszym tempie, to za chwilę zorientują się, że to nie jedyna maszyna na Berk zespolona częściami, które można powyrywać.

- A przy ich zacisku szczęk mogą się uwziąć nawet na gwoździe - wtrąciła z boku Heathera.

- Właśnie - podchwycił Haddock. - To inteligentne stworzenia. I jeśli ich nie powstrzymamy, w ten sposób rozbiorą nam pół wioski.

- Nie mów tak głośno - szepnął konspiracyjnie Sączysmark. - Na pewno nas teraz podsłuchują i planują kolejny perfidny podstęp.

- Nie aż TAK inteligentne - przewrócił oczami.

- Nie? No to jak wpadły na to wyrywanie bolców, co?

- Smark, błagam, ty naprawdę myślisz, że one tak same z siebie to wymyśliły? - spytał z politowaniem Czkawka. - Co, to nigdy przedtem nie zauważyły żadnej maszyny na Berk i teraz nagle im odbiło?

- No, tak z grubsza - Jorgenson podrapał się po głowie. Czkawka spojrzał na niego spod uniesionych brwi. - Co, z nudów robi się czasem dziwne rzeczy.

- On ma rację - Astrid szturchnęła wodza. - Weź no sobie czasem na niego spojrzyj.

Sączysmark prychnął gniewnie.

- No ma - przytaknął z ożywieniem wódz. Dziewczyna spojrzała pytająco, z pewną konsternacją, bo ton Czkawki sugerował, że wcale nie chodzi o poparcie jej (notabene w pełni zasadnej) kpiny. Chłopak szybko pospieszył z wyjaśnieniem, a brzmiał co najmniej tak, jakby nie mógł się już doczekać, aż im coś udowodni.

- Bo to faktycznie zostało zrobione z nudów. Tak przynajmniej podejrzewam, na jakieś dziewięćdziesiąt dziewięć i pół procenta... więc w zasadzie jestem pewien. Ale - zrobił małą pauzę - to nie smoki nie miały się czym zająć. To ludzie. Ktoś je z braku ciekawszych pomysłów wytresował, rozumiesz? One nie odwalają tego same z siebie. Tresura. Wpadłem na to od razu, jak tylko zobaczyłem je w akcji. A teraz pomyśl... albo raczej pomyślcie - te słowa skierował do Jorgensona - komu na Berk nudzi się aż tak bardzo (czy może po prostu potrzebuje trochę silniejszych wrażeń) że zabiera się za tresurę stada Straszliwców? - przebiegł wyczekującym spojrzeniem od bruneta do Heathery. Sączysmark wydał z siebie przeciągłe "aaa", z czego Czkawka słusznie wywnioskował, że tym razem do niego dotarło.

- Już jesteśmy! - usłyszeli głos Szpadki. Obok Szczerbatka wylądował Zębiróg, a bliźniaki zeskoczyły z siodeł. Za nimi stanął zmęczony Śledzik na Sztukamięs. Czkawka podziękował mu skinieniem głowy.

- No hej, podobno chciałeś się z nami widzieć, czy coś - odezwał się bez skrępowania Mieczyk, nie zauważając zawieszonych na nim niebezpiecznych spojrzeń.

- O, świetnie, o wilku mowa - mruknął wódz, siląc się na względny spokój.

- Yhm, ja bym raczej powiedział, że o wilkach - wtrącił z góry Sączysmark.

- Wilki? Gdzie wilki? - rozejrzała się Szpadka. Mieczyk wydał z siebie nagle dramatyczny okrzyk.

- Och... to tylko sen, czy ja naprawdę widzę, co widzę? - bliźniak stanął w miejscu, patrząc szeroko otwartymi oczami na leżące nieopodal części.

- Czyżby go nagle sumienie ruszyło? - Astrid lekko szturchnęła Czkawkę. Thorstonowi błysnęły patrzałki, gdy na sekundę się do nich odwrócił, i Haddock już wiedział, że niestety to zbyt optymistyczna interpretacja.

- Nasz dobry wódz chce nam zrobić masaż! - oznajmił radośnie Mieczyk.

- Nie gadaj... - siostra podbiegła do niego i obejrzała leżące na ziemi walce. - Ej, dobre. Jakby się tak na tym położyć...

- Nie, bliźniaki nie mają czegoś takiego jak "sumienie" - skrzywił się wódz. - A jeśli już, to chyba nieme.

- Rety, Czkawka, jak miło, że o nas pomyślałeś - Mieczyk zostawił rozwaloną myjnię i poszedł uściskać przyjaciela. - Właśnie robimy u siebie w domu generalny remont...

- Porządek - poprawiła Szpadka.

- Właśnie, porządek... Chwila, a to nie jedno i to samo?

- U was? Być może - stwierdziła Astrid z niewielką dozą ironii.

- No nieważne. Potwornie męczące zajęcie, przyda się rozprostować plecki. Bo wyobraźcie sobie...

- Dobrze, że jesteście, bo akurat do was doszliśmy - przerwał zdecydowanie Czkawka. - I chyba musimy poważnie porozmawiać.

- Czekaj... A to nie przypadkiem my doszliśmy do was? - bliźniak spojrzał skonsternowany na wodza. - Nie, moment... Ty, a może rzeczywiście?

Astrid zakryła oczy dłonią, a Czkawka sztucznie zakaszlał. Miał szczery zamiar powstrzymywać się od tego typu rzeczy, ale tym razem chęć wyrażenia swojego politowania przeważyła.

- Pięknie się zaczyna - stwierdził najciszej, jak się dało. Astrid przytaknęła.

- Zgadzam się. Oni faktycznie nie mają już co robić. Skoro zabrali się nawet za swój dom...

Czkawka skinął głową, lecz zaraz chrząknął i odwrócił się do Thorstonów. Dziś nie miał ochoty się w to bawić, ale nie miał też wyboru.

- Fajnie, że sprzątacie, ale nie o tym chciałem z wami pogadać - powiedział. - Poprosiłem was tutaj, bo, jak widzicie, był tu pewien drobny problem, który niestety bardzo szybko się rozrósł i rośnie nadal; pewnie go kojarzycie - wskazał palcem smoczą myjnię.

- Czyli jednak nie zdjął tego na masaż - westchnęła Szpadka. - Czułam to.

- Co, znowu zepsułeś? - spytał zawiedziony Mieczyk.

- Ja? - oburzył się wódz. - A to nie czasem wy zapomnieliście mi o czymś powiedzieć?

- Pewnie są miliardy takich rzeczy, ale sorry, chyba nie oczekujesz, że ktoś to wszystko będzie pamiętał - Mieczyk wzruszył ramionami. - A już na pewno nie my.

- A na przykład... nie wiem, wspomnieć coś na temat tresowania Straszliwców?

- No, przetresować kilka sztuk to byłoby chyba nawet dobrze - wtrąciła Szpadka. - Szczególnie tych, co nas przed chwilą zaatakowały i naniosły nam do domu jakiś stolarskich śmieci.

- Więc, żeby nie było - dorzucił Thorston - jeśli komuś ostatnio obrabowano stodołę, to nie my.

- To swoją drogą - siostra machnęła ręką, bo zabezpieczanie się na wszelki wypadek uznała za rzecz mniej istotną niż sprawozdanie ze smoczego ataku. - Ale człowieku, to przecież było piekło jakieś! Zaczęły walić oknami i wnosić nam drewno, a gdzie mi tam opał w środku lata potrzebny?

- Ja nic żadnemu dzisiaj nie zrobiłem - zastrzegł Mieczyk.

- Ja chyba też... No to za co się tak uwzięły? - spojrzała z namysłem na bliźniaka.

- A skąd mam widzieć? Idź i zapytaj - wzruszył ramionami. Nagle twarz rozjaśnił mu szeroki uśmiech. - Ej, ale przyznaj, w sumie było też piekielnie fajnie, jak nam tak roznosiły całą chatę, co nie?

- Fajnie, jak ktoś nie musiał po nich potem sprzątać - uderzyła brata w ramię z taką siłą, że wylądował na ziemi.

- A to ty sprzątałaś tak na poważnie? - zdziwił się, masując głowę, którą pechowo trafił w jakiś kamień. - Łał. To będzie chyba twój pierwszy raz w życiu. Szacuneczek, siostra. Musimy ci znaleźć za to jakiś medal i wpisać do Księgi Rekordów Thorstonów... Ale czekaj. Właściwie po co sprzątałaś? - zainteresował się nagle.

- Założyły sobie gniazdo na moim spaniu i zniosły tam część dobytku.

- I co, źle ci było? Towarzystwo takie miłe...

- Tak, prześpij się kiedyś na Straszliwcu - pokręciła z politowaniem głową. - Jeden już mi zaczął łóżko rozbierać, zanim go do porządku wykopałam. Weź powiedz, Czkawka, co się z nimi dzieje?

Haddock poczuł, że teraz ma jedyną w swoim rodzaju szansę na przebicie się.

- No, wiecie - zaczął, przyszykowując sobie już długą i treściwą przemowę. - Tak się składa, że aktualnie Straszliwce mogą zaatakować prawie wszystko... Zaczęły od smoczej myjni i już któryś raz powyrywały z niej bolce, to za chwilę pójdą o krok dalej.

- Dobra, poszły, przerobiliśmy to pięć minut temu. Drażliwy temat - uprzedziła Szpadka. - Dawaj w punkt, bo jak wrócimy za późno, to zamiast jedzenia będziemy mieli na stole skład drewna. Chyba, że już nie będzie stołu.

- Tak... - chrząknął, trochę zbity z tropu. Przebiegł myślą cały zarys mowy i dotarł do ostatniego zdania. - Więc rzecz w tym, że nie przypuszczam, żeby odbiło im tak zupełnie bez powodu - spojrzał wymownie na bliźniaki (chłopak właśnie podniósł się i otrzepał z pyłu). - I ciekaw jestem, co macie w tej sprawie do powiedzenia.

Zapadła chwila ciszy, a Thorstonowie wymienili zdziwione spojrzenia.

- Dobrze, niech już będzie - oznajmił nagle Mieczyk, jakby przyznawał się do winy. - I tak nie dalibyśmy rady tego ukryć. Na obiad... mamy baraninę.

Czkawce po raz wtóry w ciągu ostatniego kwadransa opadły ręce.

- Naprawdę? - jęknął. - Naprawdę, Mieczyk? I to wszystko?...

- A co? Nie w tej sprawie to było?

- Nie wszystko, będzie jeszcze kompot - pocieszyła Szpadka. Wódz przeczesał sobie włosy palcami, licząc w myślach do dziesięciu. Trzeba było zadać pytanie, które nie da im możliwości ucieczki od właściwej odpowiedzi...

- Czkawka chciał zapytać wprost, ale jak zwykle mu nie wyszło - Astrid przejęła inicjatywę. - Po jakie licho wytresowaliście Straszliwce? Żeby rozniosły nam pół wioski?

Haddock rzucił jej ostre spojrzenie. Zamierzał ich podpuścić, w innym wypadku mogliby się nie przyznać, a ona co? "Dała w punkt" i przekłuła jego plan jak balonik.

- My wytresowaliśmy? - zdziwiła się dziewczyna.

Właśnie. Tego się spodziewał.

- No, a nie? - Astrid nawet nie zauważyła niezadowolenia wodza i dalej ciągnęła po swojemu.

- Ty, brat, myśmy coś ostatnio tresowali? - spytała skołowana Szpadka, odwracając się do Mieczyka.

- Jaki się liczą?

- Nie!

- No to nic. Poza jakami chyba niczego się tu nie da tresować - stwierdził sceptycznie. - Nie, czekaj. Są jeszcze owce. I dziki.

- Pytam o smoki, kretynie!

- Smoków to ty przecież nie umiesz - wzruszył ramionami.

- Tak po prawdzie, to z jakami też nam się chyba jeszcze nigdy nie udało - mruknęła z powątpiewaniem.

- No, dlatego właśnie nadal jesteśmy na etapie prób. Jak nie ogarniasz jaka, to gdzie byś ty chciała ze smokiem?

Szpadka westchnęła (gdyż była to święta prawda) i odwróciła się z powrotem do Astrid.

- Nic, ani grama żadnej skrzydlatej bestyjki, nawet wielkości Straszliwca. Luka w talentach, no co poradzić. Tak wszechstronnie uzdolnionym to się zdarza.

- Ty, siostra, popatrz na niego - Mieczyk stał pochylony i zafascynowanym wzrokiem przyglądał się w zielonemu Straszliwcowi, który cichcem przysiadł na stelażu i próbował wyciągnąć ostatni bolec. - Jak on pięknie zaciska swoje szczęki na tym kołku.

- Sio! Uciekaj! - Czkawka podbiegł i odpędził intruza, który warknął krótko i natychmiast wziął skrzydła za pas. - Miecz, my mamy je gonić, a nie zachęcać!

Bliźniak wyprostował się i z zainteresowaniem zerknął na niepozorną część myjni, która zwróciła uwagę ciekawskiego smoka.

- Hej, siostra, a to nie czasem takie coś nam się poniewiera po domu?

Szpadka podeszła bliżej i podrapała się po głowie.

- Patrz, a ja się zastanawiałam, skąd te ogniopluje biorą takie ładne drewienka.

- To teraz już wiesz - Mieczyk przybił jej piątkę. - Nadałyby się w ogródku. Zrobimy z nich zagrodę dla ślimaków?

Spojrzeli po sobie i odwrócili się, bo za ich plecami nagle zaległo wymowne milczenie.

- Ale co, to serio nie my - Szpadka podniosła ręce w obronnym geście.

- No. Przyniosły, to korzystamy - wzruszył ramionami Mieczyk.

- Właśnie - przytaknęła. - I nic więcej. Niczego nie dotykaliśmy, uprzedziłam już na początku.

- No, wiemy - mruknął z przekąsem wódz. - Tunel Szeptozgonów też się przecież sam wysadził.

- Ej, tym razem naprawdę! Ludzie, przecież gdybym wiedziała, że w myjni są takie użyteczne części, to bym je już dawno sama wyciągnęła - przyznała otwarcie.

- Oj, dawno - wtrącił jej brat.

- I nie musiałabym do tego tresować bandy smoczych rozbójników.

- Wcale by nie musiała. Zwłaszcza, że Szpadka w ogóle niczego umie tresować - zarechotał, ale siostra od razu uciszyła go pięścią.

- A to przecież nie moja wina, że akurat ktoś inny wpadł na pomysł, na który ja miałam wpaść.

- Szczęściarz - bliźniak kolejny raz podniósł się z ziemi. - Przynajmniej dobrze się bawił.

- I nikt nie ma o tym zielonego pojęcia, bo co złego, to zawsze najlepiej zwalić na bliźniaki - fuknęła Szpadka.

- Widzisz, Czkawka? - Sączysmark znowu złośliwie się uśmiechnął. - Mówiłem. To takie intuicyjne.

A w myślach dodał, że jeśli kiedykolwiek będzie gdzieś rządził, wprowadzi to prawo w pierwszej kolejności. Haddockowi wolał tego po raz wtóry nie sugerować, bo wiedział doskonale, że go nie przekona.

Czkawka uniósł brwi i wymienił długie spojrzenie z Astrid. Fakt. Bliźniaki, z powodu swoich wiadomych upodobań (czciły Lokiego...) były podejrzane o wszystko i zawsze w pierwszej kolejności. I rzeczywiście wygodnie było na nich zwalać. Bo idioci. Z tym argumentem ciężko było się nie zgodzić, chociaż...

- Ty, w temacie zielonego... - wtrącił ni stąd, ni zowąd Mieczyk, odwracając się za siebie.

- Co? - fuknęła siostra, nie ruszając się z miejsca.

- Zobacz... - wskazał palcem w stronę myjni, przed którą podeszli teraz Wym i Jot. - Jest. I właśnie dotarło do mnie, jak pięknie mu w tej zieleni. Chyba... chyba odezwała się we mnie moja artystyczna dusza. Jest wzruszający...

- Kto?

- No, kto, smok. Ten za tobą.

...Chociaż nie można było powiedzieć, żeby reputacja bliźniaków była tak zupełnie niezasłużona. Za Szpadką stał bowiem ich Zębiróg.

- Ty to masz refleks - zauważyła Astrid, tłumiąc wesołość.

- Jak na siebie to nawet wcześnie zauważył - wciął się Sączysmark. - W końcu: ile to jest pięć lat...

- Biedny Jot. Musiało go trochę zaboleć - uzupełniła z udaną powagą blondynka.

- Dajcie mu spokój - przerwał Czkawka. - Słuchaj, Szpadka, to nie jest tak, że po prostu sobie na was zwalamy, bo już nie mamy na kogo.

- Doprawdy? - udała zdumienie. - No to gdzie masz jakieś dowody, co?

- To nie tak, ja tylko...

- Nazwę cię... Zielonek - dotarł do nich głos Mieczyka. - Prawie jak jelonek. A jelonki są zgrabne, prawie tak zgrabne, jak ty, kiedy to niszczysz. Z takim wdziękiem jakimś. Ja nawet nie wiedziałem, że smoki tak potrafią - westchnął i powiódł wzrokiem za zielonym Straszliwcem, który uniósł ze sobą ostatni bolec ze smoczej myjni. - Do zobaczenia, Zielonku! Wróć, odwiedź nas kiedyś!

Jeźdźcy w jednym momencie spojrzeli w tym samym kierunku i zrozumieli, o czym naprawdę mówił Mieczyk. Odlatujący Straszliwiec mógł się poszczycić całą sześcioosobową widownią.

- Dowody, powiadasz... - chrząknął Czkawka. Bliźniaczka przewróciła oczami i wydała z siebie krótkie "ych".

- Widzieliście? Normalnie, tak zacisnął zęby, o tak - Mieczyk chwycił przypadkowy kawałek drewna (drążek ze smoczej myjni), wcisnął go sobie do ust (jakim cudem je tak rozdziawił, trudno powiedzieć) i ostro zagryzł. Jeźdźcy skrzywili się, słysząc podejrzane chrupnięcie, a dziewczyna szturchnęła brata w ramię, żeby przestał już ściągać na siebie uwagę i podejrzenia.

- O matko, moje trzonowe... - jęknął bliźniak, wypluwając drążek. - No, nieważne. A potem, a potem to się tak zaparł wszystkimi czterema łapami...

- Ekhem! - Szpadka drugi raz przyłożyła Mieczykowi.

- Co, znowu źle? Masz dzisiaj jakiś gorszy dzień czy co, że ci tak agresja nagle skoczyła? - chłopak rozmasował sobie szczękę. - Dobra, na miejscu i chyba działa.

- Nie, żeby to było zbyt dobrze - odezwał się Sączysmark. - Mam rację, Czkawka? - mrugnął do wodza.

Mieczyk spojrzał na jeźdźców i jakoś dopiero teraz zdał sobie sprawę, że od dłuższej chwili wszyscy na niego patrzą spod zmarszczonych brwi.

- A, jasne... - odkopnął dyskretnie kawałek drewna i stanął dumnie wyprostowany. - Ale... to oczywiście... nie my.

- A Smark kandyduje na nowego wodza Łupieżców - uśmiechnęła się Astrid.

- Co? Ja? - zdziwił się Jorgenson

- Serio? - ucieszył się Mieczyk. - No, u nich to pewnie masz stuprocentowe poparcie. A nawet jeśli nie, to możemy ci ze Szpadką załatwić kilka cudów nad urną - dziewczyna pokiwała głową, a Mieczyk zbył machnięciem ręki protesty oburzonego Jorgensona. - Bez nerwów, jesteśmy profesjonalistami.

- Hej, hej, spokój - przerwał Czkawka. - Sączysmark nigdzie nie kandyduje, Łupieżcy mają swojego wodza, a my spory problem. Jasne to dla was? - spojrzał na Thorstonów.

- Czemu ty nas akurat pytasz? - chciał widzieć Mieczyk.

- Bo wy namieszaliście i zrobiliście nam tu "cudowny koktajl". Wolałbym być pewien, że teraz zrozumiecie instrukcję wypicia tej brei.

- Fuj, ja to chyba wolę jednak koktajl - oznajmił od razu bliźniak. - Chociaż, w sumie... Z czego ta breja?

- Człowieku, ile razy mam ci powtarzać, że to nie my? A może to taki Smark, na przykład, co? - podsunęła Szpadka.

- Racja, siostro. Na moje wprawne oko jakoś podejrzanie dziś wygląda, nie sądzisz?

- Sączysmark nie ma na koncie tresury Nocnych Koszmarów - wtrącił sceptycznie Czkawka.

- Naprawdę? - warknęła Szpadka. - To już nie masz lepszych argumentów, że musisz bawić się w wykopaliska?

- A widzisz, mówiłem, że będzie nam to wypominał do końca życia i jeden dzień dłużej - rzucił Mieczyk.

- Szpadka, wróżyłaś z tych kołków - westchnął, wskazując kciukiem stojącą za nim smoczą myjnię. - Mieczyk mi mówił.

- A skąd mogłam wiedzieć, że to twoje? Podpisane były czy co?

- Nie, one nie były moje, ale...

- A Straszliwce znoszą bolce do waszego domu - blondynka dorzuciła kolejny argument.

- I co, nauczyłam je tego, bo już nie mam co robić, tylko sprzątać po hordzie smoków? - piekliła się bliźniaczka.

Astrid spojrzała wyczekująco na Czkawkę. Ten wzruszył tylko ramionami.

- No, nie zdziwiłbym się, gdybyście z Mieczykiem dla żartu najpierw je wytresowali, a potem pomyśleli o skutkach.

- Jakich znowu skutkach? - spytał nagle Mieczyk. Wódz westchnął.

- Nie słuchałeś, prawda?

- No nie, bo chciałem cię właśnie zapytać. Słyszałem, jak mówią, że "kto pyta, zabłądzi". Śmiesznie by było... Ale to chyba jakaś ściema jest, bo w ogóle nie działa - rozejrzał się dookoła i zmarszczył brwi. - A może to ja coś powiedziałem nie tak? Co myślisz? Czekaj, spróbuję znaleźć drogę do domu. Zobaczymy, czy się uda.

Czkawka pokręcił głową.

- Proszę, powiedz, że ty to robisz celowo, bo inaczej będę się chyba musiał załamać.

- Bez przesady - Astrid szturchnęła go lekko łokciem, po czym zwróciła się spokojnie do rozeźlonej Szpadki. - A co do skutków - chodzi o to, że nie pomyśleliście o jednym szczególe: że Straszliwce zaczną was nachodzić, i tym samym przy okazji was zdradzą - wyjaśniła.

- Akurat miałem wtedy na myśli fakt, że smoki rozniosą wioskę - sprostował Haddock. - Ale drobiazg, kontynuuj.

Szpadka spojrzała na bliźniaka. Zrozumieli się bez słów.

- Hej, brat, czy to tylko ja mam takie wrażenie, czy Czkawka rzeczywiście w coś nas wrabia?...

- Co?!...

- Oj, nieładnie, Czkawka, bardzo nieładnie - Mieczyk pokręcił głową i razem z siostrą wsiadł na Zębiroga. - Przyjaciół tak się nie traktuje.

Haddock oparł dłoń na czole (być może aby sprawdzić, czy mózg mu nie paruje).

- Nie, to jakaś porażka... W nic was nie wrabiam!

- Tak właśnie powiedziałby ktoś, kto chce nas wrobić - wtrąciła Szpadka.

- Nie oszukujmy się, masz motyw, i to niejeden - dodał flegmatycznie bliźniak. Czkawka westchnął i puścił tę idiotyczną uwagę mimo uszu.

- Nieważne. Niezależnie od tego, kto zawinił...

- Ty, dla obecnych zgromadzonych to chyba jasne - stwierdził Mieczyk, rozglądając się dookoła.

- Przestańcie z tym. Nic nie zrobiłem, a na dodatek oberwałem.

- No widzisz? - Szpadka oskarżycielsko wyciągnęła palec w jego stronę. - A jak myśmy się tak bronili, to nam nie wierzyłeś. I obrywamy non stop, więc się nie masz czym chwalić.

Czkawka uniósł oczy ku niebu, ale tym razem nie liczył. I bez tego zdążyliby mu wejść w słowo.

- ...Niezależnie od tego trzeba będzie jak najszybciej złapać te Straszliwce, i to zanim zdążą narobić jakiś większych szkód.

- A mogę mieć pytanie techniczne? - spytał od razu Mieczyk.

- Nie. Wyczerpałeś już swój limit głupich pytań na dziś. I nigdzie nie zabłądzisz.

- Kiedy ono wcale nie będzie głupie!...

- Powiedziałem: nie - wódz zgromił go wzrokiem. Mieczyk od razu podniósł obie ręce.

- Jasne, jasne, okej... Ale pretensje to potem nie do mnie - dorzucił.

- Wszyscy na smoki - zakomenderował Czkawka. - Sączysmark, Śledzik, lecicie od wschodu, bliźniaki na zachód...

Mieczyk i Szpadka unieśli brwi. "Zachód? Jaki zachód?"

- ... znaczy, po prostu od drugiej strony, a Astrid do wioski.

- A ja? - chciała wiedzieć Heathera.

- Też masz ochotę za nimi gonić? - zdziwił się, wsiadając na Szczerbatka. - W tym towarzystwie to trochę ryzykowne zajęcie.

- Przecież nie przyleciałam tu, żeby się opalać - uśmiechnęła się. - Nie umiem siedzieć w miejscu, a już zwłaszcza kiedy coś się dzieje.

- Wiesz, jak jesteśmy w temacie, to na Berk można się opalić w sumie tylko smoczym ogniem, bo z takim słońcem to raczej ciężko - zarechotał Mieczyk. - Chociaż plaże mamy niczego sobie.

- Skoro chcesz - Czkawka wzruszył ramionami. - Możesz lecieć...

- Z nami możesz! - krzyknęła Szpadka.

- Was i tak jest na tym smoku o dwoje za dużo - wtrącił szybko. - Polecisz z Astrid.

- Tak, bo nas jak zwykle masz bardzo głęboko; co nie, siostra? - bliźniak oparł się niesymetrycznie na rogach Jota.

- Nie, skąd. Wy macie teraz szansę pokazać się z lepszej strony - oznajmił spokojnie. - I udowodnić mi, że nie potrzebujecie nadzoru dwadzieścia cztery na dobę, siedem dni w tygodniu.

- Pięć. Wyłącz weekendy - wtrąciła Szpadka. - Każdemu się coś od życia należy.

- O matko... - jęknął Czkawka. - Wy może weźcie już lećcie, co?

- Tylko że, stary, jest taki problem... Bo jak my mamy same lepsze strony, to co wtedy? - spytał Mieczyk, a Szpadka zaczęła kręcić się w siodle, próbując obejrzeć swoje plecy.

- To sobie którąś wybierzcie; tylko zabierajcie się już i łapcie te Straszliwce, bo mi się cierpliwość w ciągu ostatnich minut drastycznie skurczyła - westchnął ciężko.

- I to rozumiem - powiedziała Szpadka, razem z bratem poderwała Zębiroga - i tyle ich widzieli. Wódz popatrzył za nimi i pokręcił głową.

- Lecimy, Hakokieł! - krzyknął Sączysmark, a Ponocnik wystartował i z wywieszonym jęzorem popędził w wyznaczonym kierunku.

- Ja to ci się wcale nie dziwię, że wysiadasz nerwowo - przyznał Śledzik. - Dobrze, że tym razem oszczędziłeś ich nam wszystkim.

- Tak, ostatnimi czasy rozrabiają o wiele za dużo, nawet jak na siebie - mruknął Czkawka. - Trzeba ich będzie jakoś utemperować.

- Byle nie przy jakach - zastrzegł Ingerman. - W zeszłym tygodniu puścili je przez wioskę i próbowali ujeżdżać, bo stwierdzili, że w ten sposób na pewno da się je oswoić. Mało co nie stratowali Pyskacza, bo przerażone zwierzęta poszły na kuźnię.

- I tłumacz tu takiemu, że one już są oswojone... - westchnęła Astrid.

- Wiem, pamiętam - powiedział wódz. - Pomyślę. W ogóle czeka mnie dziś dużo myślenia... No nic, lećcie już, zanim wam się Straszliwce rozejdą po całej wyspie - zawrócił Szczerbatka w przeciwnym kierunku. - Pamiętajcie: każdy, który się rzuci na coś małego, ma trafić do Akademii.

- Nie idziesz z nami? - zdziwiła się Astrid.

- Nie. Lecę do domu, spróbuję wymyślić jakiś zatrzask czy inne mocowanie do tej smoczej myjni, którego smoki nie dadzą rady zerwać. Może w ten sposób uda nam się je zająć, dopóki nie zamkniemy wszystkich i nie zresocjalizujemy. No i nie zaszkodzi się zabezpieczyć na przyszłość - wsunął stopę w pedał. - A może w międzyczasie wpadnie mi do głowy jakaś konstruktywna kara dla bliźniaków? Coś bardziej kreatywnego niż czyszczenie stajni. Bo naprawdę by im się przydało wylać na te puste łby po kuble lodowatej wody.

28.Wielki Wybuch

Big Bang! :P

Czkawka pochylił się nad kartką notesu, potrącając łokciem pustą miskę, której zawartość od czterdziestu minut leżała mu na żołądku i niespecjalnie dawała o sobie zapomnieć. Przez chwilę próbował kreślić ołówkiem jakieś kształty, zrobić chociażby zarys szkicu, kilka chaotycznych kresek, ale ani razu nie docisnął węgla do papieru. Obrócił kawałek drewna w palcach i puścił go swobodnie na blat. Ołówek odbił się parę razy, po czym z głośnym stuknięciem spadł na podłogę, turlając się tuż pod łapy leżącego obok smoka. Szczerbatek otworzył oczy i zastrzygł uszami, spoglądając to na Czkawkę, to na jego narzędzie pracy. W końcu wstał, chwycił ołówek w zęby i położył go z powrotem na biurku, zaraz obok ręki przyjaciela.

Szatyn spojrzał na podarunek bez szczególnego entuzjazmu.

- Nie musiałeś - skwitował, odłożył rysik na bok i zamknął notes. Furia gruchnęła cicho, trącając pyskiem jego dłoń. Chyba zauważyła, że prace się nie posuwają.

- Nie mam pomysłów. Nic, klapa, zero. Nie idzie mi to - mruknął, głaszcząc machinalnie ciepłe łuski na głowie smoka. Szczerbatek spuścił wzrok, jakby się zastanawiał, ale zaraz zdecydowanym ruchem wepchnął się jeźdźcowi pod ramię, gruchnął i wywalił jęzor w najbardziej naiwnej ze szczęśliwych smoczych min. Czkawka uśmiechnął się, kiedy dwoje zielonych oczu spojrzało na niego niemal spod jego łokcia. Jeśli próbował wywołać u niego choćby iskrę dobrego humoru, to był na całkiem dobrej drodze.

- Nie wiem, jak ty to robisz, że nie mam cię jeszcze dość - podrapał smoka za uszami - ale całe szczęście, że tak potrafisz.

Szczerbatek warknął przyjaźnie i dmuchnął w stronę notesu. Ołówek znowu przeturlał się po stole.

- Nie, do jutra chyba nie dam rady go otworzyć - stwierdził Czkawka, kładąc dłoń na zeszycie. - Mam serdecznie dosyć myślenia, szczególnie, że to dzisiejsze nic mi jeszcze nie dało. A przynajmniej nic konstruktywnego. Myjnia nadal nie działa - i z tym tempem to chyba na razie nie będzie, a na dodatek jeszcze te bliźniaki... - pokręcił głową. Wstał z taboretu i przesiadł się na skraj łóżka, opierając się wygodnie o ramę. Szczerbatek klapnął przed nim i przekrzywił głowę.

- No powiedz, co ja mam z nimi zrobić? - zapytał, jakby liczył, że Furia coś zasugeruje. - Tunele Szeptozgonów, jaki, Straszliwce... A za karę mogą co najwyżej posprzątać stajnie, bo to jak na razie jedyna rzecz, której nie są w stanie sknocić. Przydałaby się jakaś dorywcza praca. Może zrobić im dyżury przy studni, co? - spojrzał na smoka, ale ten tylko zdecydowanie prychnął.

- Tak, rzeczywiście, studnia jeszcze nam się przyda... Chyba że ich automat do wysadzania znalazłby się w tym czasie po drugiej stronie wyspy. Zawsze to jakiś pomysł. Tylko wtedy Wym i Jot też musieliby się czymś zająć, i najlepiej żeby nie wymagało to stałego nadzoru, bo wtedy ktoś dodatkowo musiałby dostać niezasłużoną karę pilnowania Zębiroga... Pytanie brzmi: czym? A właściwa odpowiedź... hm...

Szczerbatek fuknął i otrzepał się od głowy do ogona.

- No widzisz - uśmiechnął się Czkawka. - A ja muszę tak główkować od godziny. Czyli co, oboje zgadzamy się co do tego, że potrzeba nam przerwy?

Furia warknęła radośnie i lekko uniosła skrzydła: "To lecimy?"

- Domyślna mordka. Wiesz, że ja zawsze - wódz bez wahania wskoczył na grzbiet smoka, który pocwałował na dół i zaraz po wyjściu z domu wzbił się w powietrze, szybując w stronę zatoki.

Czkawka wyprostował się i wziął głęboki wdech.

- Nie ma jak przewietrzyć umysł - ocenił. - To co, rundka wokół wyspy? - spytał i zmienił ustawienie lotki. Szczerbatek przytaknął krótkim warknięciem i mocniej uderzył skrzydłami.

W tym właśnie momencie wioską wstrząsnął gwałtowny wybuch. Czkawka ostro zatrzymał przyjaciela i zerknął przez ramię.

- Co tam się znowu wyprawia? - mruknął, mrużąc oczy. Miał złe przeczucia, w dodatku dość mocno konkretne. - Żeby to nie było to, co ja myślę, że to jest. Żeby to nie było...

W okolicach zbiornika z wodą zauważył niewielki obłoczek dymu.

- ...No i jest - dokończył z rezygnacją. - A na godzinę ich zostawiłem samych, na godzinę tylko! - jęknął, zawracając smoka. Szczerbatek warknął, niezbyt zadowolony.

- Oj, mnie też się to nie podoba, ale trudno, nie mamy wyjścia - powiedział, klepiąc Furię po szyi. - Nie martw się, szybko to sprawdzimy i już nas tam nie ma.

Przestawił lotkę, a smok niechętnie ruszył w stronę zbiornika. Po drodze spotkali lecącą od strony wioski Astrid.

- O, cześć. Dobrze że jesteś - rzucił Czkawka, ciesząc się, że nie będzie musiał sam mierzyć się z Thorstonami. Nienawidził momentów, kiedy ich poplątane wywody odbierały mu mowę i zdolność logicznej argumentacji. A że rodzeństwa było dwoje, zawsze któreś naprędce wymyśliło, jak zapełnić tę dziurę. I to właśnie tych zapełnień Czkawka nie lubił najbardziej.

- Gdzie Heathera?

- Została uspokoić ludzi. Wszyscy od razu myślą, że idzie wojna, i co poniektórzy już spekulują, z kim - wymownie przewróciła oczami.

- I co, coś ciekawego wyspekulowali? - uśmiechnął się krzywo.

- Wiesz, krzyczeli różne rzeczy i to dosyć chaotycznie, a że nie mówię w języku rozgardiaszu i paniki, to ci raczej nie przetłumaczę...

- A nie wiesz przypadkiem, co tam się stało? - spytał Czkawka, wskazując głową dym unoszący się przed nimi.

- Nie, ale zakładam, że jak zwykle myślimy o tym samym - spojrzała w dół. - Szczególnie, jeśli oboje widzimy oplątanego wokół kolumny Zębiroga, a na nim Mieczyka i Szpadkę. I cała czwórka dymi. Znaczy, słup, smok i dwoje idiotów.

- Tak, z tej czwórki przejąłbym się chyba tylko tym słupem - skrzywił się. - Bo całą resztę można poskładać bez presji czasu. Mordko, migiem na dół! - przyspieszył Szczerbatka, który owinął się skrzydłami i ostro zanurkował.

- O, Czkawka, jak miło, że wpadłeś - Szpadka uśmiechnęła się głupawo, a filar głośno trzasnął. Wódz nawet z siodła mógł bez trudu stwierdzić uszkodzenia. Dolna część drewnianego słupa była nadpalona, i to do tego stopnia, że groziła zniszczeniem całej konstrukcji - na co Czkawka bynajmniej nie zamierzał pozwolić.

- Szybko jakiś głaz! - krzyknął do góry, schodząc na ziemię. Astrid skinęła głową, a Wichura natychmiast pomknęła w stronę nadmorskich skał, po drodze mijając się z Koszmarem Ponocnikiem. Dziewczyna machnęła ręką na Sączysmarka i musiała przekazać mu krótki acz treściwy komunikat, bo bez gadania zawrócił i poleciał za nią.

- Dobrze, że jesteście - zakaszlał Mieczyk. - Bo to coś nad głową tak jakoś dziwnie trzeszczy...

Szczerbatek podszedł do filara i trącił łbem zwęgloną część. Konstrukcja zaskrzypiała podejrzanie.

- Szczerbek, uważaj! - Czkawka podbiegł do smoka i spróbował odciągnąć go do tyłu. Furia warknęła na niego gardłowo. Najwyraźniej nie miała ochoty stać bezczynnie.

- Ja wiem, ale tym razem nie możesz pomóc - chciał położyć dłoń na łbie przyjaciela, ale Szczerbatek otrzepał się i zaryczał głośno w stronę Zębiroga, jakby nakazywał ewakuację. Jednak szyje Wyma i Jota były dziwnie zaplątane, a sam smok do tego stopnia oszołomiony, że nie robił nic poza przestraszonym mruganiem. Furia postanowiła wziąć sprawę w swoje łapy i znów ruszyła do przodu, ale Czkawka powstrzymał ją stanowczo.

- Nie! Zmiażdży cię, rozumiesz? Sami nic nie zrobimy, więc proszę, bądź tak dobry i się odsuń - zdecydowanym ruchem chwycił jego pysk i w ten sposób odprowadził smoka na bok.

- Hej, nie szarp go tak, wie co robi! - zaprotestowała gwałtownie Szpadka. - Śmiem nawet twierdzić, że lepiej niż ty.

- Doprawdy? - uniósł brwi. Szczerbatek spojrzał na niego zaniepokojony i warknął z cicha.

- Nie martw się - szatyn wyciągnął powoli rękę. - Już dobrze, już działamy. Wszystko jest pod kontrolą.

Furia po krótkiej chwili przyłożyła pysk do jego dłoni. Na twarzy Czkawki pojawił się ledwo dostrzegalny uśmiech.

- Właśnie tak.

- Super, czułości piękna rzecz, ale może dokończycie później, co? - wtrącił z tyłu Mieczyk. - Bo jeśli dobrze kombinuję, a zdaje się, że dobrze, to za chwilę coś nam się zawali prosto na głowę.

- No i widzisz, nie mówiłam? My tu zaraz zginiemy, a on obraca się plecami i jeszcze smoka nastawia przeciwko nam, żeby nas przypadkiem nie ratował - Szpadka butnie założyła ręce.

- I patrz, ten smok jeszcze się go słucha - dodał brat. - To nie w porządku, Wym i Jot to nie powstrzymywali odruchu serca i wyciągnęli go ze statku Łowców. A szkoda, bo byłoby na ziemi jednego tyrana mniej.

- Oj, ale mi słodzisz - odezwał się wódz. - Jakbyście przestali gadać, a zaczęli myśleć... Szpadko!... - spojrzał na dziewczynę - to już byście dawno stamtąd wyszli, zamiast tkwić w tych siodłach.

- Może, gdybyśmy tylko mogli - odciął się Mieczyk. - Co, ty myślisz, że my tu sobie siedzimy dla przyjemności, bo już nie mamy co robić?

Czkawka rozłożył ręce.

- Z ust mi to wyjąłeś.

- No to sobie wyobraź, że jednak nie - fuknęła Szpadka.

- Próbuję. A wyjść nie możecie, bo...?

- A ty byś zostawił swoją głowę na pewną śmierć, niewdzięczniku? - spytał z wyrzutem wiking, przytulając się do Jota.

- Ale wy wiecie, że oni szybciej się rozplączą bez balastu? - szatyn uniósł jedną brew.

- Już skończ ty nas wrabiać! - ucięła ostro Szpadka. - Raz ci nie starczyło?

- Dokładnie! - poparł solidarnie bliźniak. - Nie za dużo tego wkręcania na dziś?

- Yhm - mruknął tylko Haddock. - Czyli co, od dziś wolicie ginąć razem? Okej, rozumiem, bardzo szlachetnie. Chodź, mordko, na wszelki wypadek lepiej się kawałek odsunąć - skinął głową i odwrócił się z zamiarem odejścia.

- Ej, a ty dokąd? Przecież nie mówimy o ginięciu tak na poważnie. Co nie? - upewnił się Mieczyk.

- Jasne, że nie. Taką mam przynajmniej nadzieję - wrócił z powrotem do Szczerbatka i przez chwilę lustrował konstrukcję wzrokiem. - Dobra. Wym, Jot! - uniósł dłoń i narysował w powietrzu coś w rodzaju spirali. - Owiązać to ładnie i głowy do góry, to wszystko będzie dobrze.

Bliźniaki zdziwiły się, nie rozumiejąc, o co chodzi wodzowi, ale Zębiróg - nieco bardziej pojętny - na widok sygnału zebrał się w sobie, mocno okręcił słup dwiema szyjami i napiął wszystkie mięśnie.

- Świetnie. Teraz czekamy na wsparcie - Czkawka z niecierpliwością spojrzał w kierunku, z którego spodziewał się przybycia Astrid i Smarka.

- Ty, a ja nawet nie wiedziałam, że oni tak potrafią - powiedziała z podziwem Szpadka, spoglądając w dół. - Ej, brat, wiedziałeś, że mamy takie fajne, wysokie klify?

- Racja. A spójrz niżej. Skały w dole wyglądają kusząco... - ocenił fachowo Mieczyk.

- Trzeba będzie kiedyś poskakać.

- Bez dwóch zdań. Ale się z ciebie zrobił sztywniak, kolego - bliźniak dotknął szyi Jota. Smok ostro warknął.

- Miecz! - ostrzegł Czkawka. - Nie chcesz mieć tego na głowie, zapewniam cię. Tam są hektolitry wody. A jak poleci słup, zrobi się niemała wyrwa.

Bliźniak powoli spojrzał nad siebie, potem na wodza, a na koniec zawiesił wzrok na swoim smoku.

- Jasne, jasne, spokojnie... Twoja szyja, twoja sprawa - podniósł obie ręce, energicznie kiwając głową. - Ale nic się nie martw, rozmasujemy cię, jak tylko Czkawka naprawi, co zepsuł. Znaczy myjnię.

Nad zbiornikiem rozległ się szum skrzydeł i Hakokieł z Wichurą pojawili się w polu widzenia, niosąc w szponach spore skalne odłamy.

- Już jesteśmy - Astrid kazała smoczycy zlecieć trochę niżej. - Śledzik jeszcze szuka, spotkaliśmy go na plaży. Chcieliśmy szybciej, ale nie było odpowiedniego... O, pomysłowe - mruknęła nagle, patrząc na Zębiroga. - Ciekawe zabezpieczenie. Sam na to wpadłeś?

- Jasne, bo przecież nas to by się nie raczyli posłuchać - mruknęła Szpadka. Bliźniak popukał w drewno, domagając się odrobiny uwagi.

- Jeśli wolno się wtrącić: możemy później? Bo nam się chyba smok przegrzewa...

- Jasne. Sączysmark! - Czkawka przywołał go gestem i wskazał zniszczony fragment słupa. - Podeprzyj to. Astrid, wsuń twój głaz zamiast tego spalonego kawałka, bo inaczej ten filar gotów w każdej chwili runąć.

Dziewczyna skinęła głową.

- Wichura, już! - gestem nakazała upuścić ładunek, więc smoczyca posłusznie zrzuciła kamień na miejsce. Szczerbatek natychmiast podbiegł i wsunął go pod kolumnę. Hakokieł podleciał i wsparł słup swoim głazem, po czym wylądował obok Czkawki.

- Ładnie, dobra robota - wódz skinął głową i spojrzał na Zębiroga. - W porządku, możecie już zostawić ten filar.

Wym i Jot natychmiast puścili swoje łby w obroty i odczepili się od słupa, okręcając się przy okazji ponownie sami o siebie.

- Łał, ale odlot! - Mieczyk potrząsnął głową, pozbywając się zawrotów. - Możemy jeszcze raz?

- O, co to, to nie - powstrzymał go Czkawka. - Wychodźcie stamtąd.

Zębiróg po dwóch próbach odkręcił się, wymanewrował na małej przestrzeni za słupem i powoli wyczłapał spod zbiornika.

- W każdym razie trzeba to będzie jeszcze kiedyś powtórzyć - stwierdziła Szpadka, kiedy stali już w bezpiecznej odległości. - Nie ma jak adrenalina o poranku!

- Zaraz będzie wieczór, matoły - wtrącił Sączysmark. Czkawka podszedł do słupa i uważnie mu się przyjrzał.

- No dobrze... To co tu się tak właściwie stało? - spytał, rozcierając w palcach odrobinę węgla.

- Nic, co się miało stać? - Mieczyk wzruszył ramionami. Wódz obrócił się i spojrzał na Thorstona zdegustowany.

- Nie wiem, ale dosyć destrukcyjne to twoje nic - wskazał kciukiem stojącą za jego plecami konstrukcję.

- Myśmy robili tylko to, co kazałeś - uprzedził od razu Mieczyk.

- Mówisz... A kiedy kazałem wysadzić filar zbiornika? W ogóle, ja coś kazałem wysadzać? - zmarszczył brwi.

- Nie zabroniłeś - odparła wymijająco Szpadka. Czkawce brakło słów, żeby zaprotestować. Spojrzał na Astrid z niemym niedowierzaniem, ale ta jakoś nie kwapiła się przyjść mu z pomocą. Przeczesał palcami włosy i zaczął od początku.

- Słuchajcie, polecenie brzmiało: "złapcie Straszliwce". I nic ponadto. To, do stu piorunów, co to ma być, ja się pytam?

- Ekhem... Rzetelnie uprzedziłem, że mam pytanie w kwestii technicznej, to nie chciałeś słuchać - przypomniał Mieczyk.

- Aha. A jak to się miało do kwestii technicznych? - spojrzał na nich chłodno, sceptycznie. - Zaplanowałeś wysadzić ten filar czy co?

- Nie, chcieliśmy wiedzieć, czy dla dobra sprawy wolno coś przypadkiem zdemolować - wyjaśniła za brata Szpadka.

- Przypadkiem? - wycedził uprzejmie.

- No, bo wiesz, mówią że cel uświęca środki - uzupełnił Mieczyk. - A nie doprecyzowałeś niczego, co się tyczy wysadzania, niszczenia i rozbijania.

- I to był właśnie świetny przykład, bo generalnie Straszliwiec wleciał nam za filar i nie pozwolił się cywilizowanie wykurzyć.

- I...? - przynaglił Czkawka.

- Ja wiem, ja wiem! Jot! - wypalił nagle Mieczyk. Smok podniósł głowę i warknął pytająco.

- Od kiedy ty znasz alfabet? - zdziwiła się Astrid.

- Tak jakoś... od pięciu lat chyba. No, od kiedy na nim latam - uśmiechnął się skromnie.

- A co to ma wspólnego z lataniem? Czytałeś jakiś podręcznik czy co?

- Nie no, co ty, z Wichury spadłaś? - Mieczyk wydawał się szczerze oburzony podobną sugestią. - Przecież musiałem sobie nazwać smoka. Co, myślałaś, że nie miałem żadnego pomysłu i tak mu po prostu wybrałem, żeby wyszło coś z Wymem, bo "wymiot" jest taki melodyjny?

Zapadło krępujące milczenie.

- Nie miał żadnego pomysłu i tak mu po prostu wybrał, żeby wyszło coś z Wymem, bo "wymiot" jest taki melodyjny - przyznała w końcu Szpadka.

- Wyrodna siostra - naburmuszył się Mieczyk.

- Ale alfabet też zna - dodała gwoli sprawiedliwości bliźniaczka, po czym bezlitośnie uściśliła: - Przynajmniej część. Tę mniejszą.

- A idź, zdrajco, spadaj z mojego smoka! - krzyknął i rzucił się w stronę Szpadki. Wym i Jot rozjechali się jednak w dwie przeciwne strony i Mieczyk zawisł, drapiąc rękami powietrze.

- Jeszcze się z tobą policzę - zagroził, zanim wrócił do pionu.

- Dobra, koniec! Pytam raz jeszcze, co tu się stało? - przerwał Czkawka.

- Ee, takie tam, małe czołowe. Nic wielkiego - Szpadka wzruszyła ramionami.

- No, chyba jednak było wielkie, skoro fragment kolumny zwęglił się do tego stopnia, że część się wykruszyła - otrzepał ręce z popiołu i zatrzymał na nich pytający wzrok. Bliźniaki spojrzały po sobie niezdecydowane, ale jakoś nie kwapiły się z odpowiedzią.

- Hej, a możemy dwie minuty przerwy? - spytał w końcu Mieczyk. - Musimy ustalić jedną wersję.

Czkawka spojrzał groźnie.

- Słuchajcie, nie mam zamiaru drugi raz dzisiaj bawić się w dochodzenie, więc lepiej mówicie co i jak. I tym razem bez wykrętów, bo wam przyłożę takich obowiązków, że się potem przez miesiąc nie pozbieracie - ostrzegł.

- Czyli rozumiem, że nie możemy dwóch minut?...

- Miecz!

- No dobra, po co te nerwy? Szpadka ci już przecież powiedziała...

- Węgiel... - Czkawka postukał palcem w słup.

- To też jego wina - stwierdziła dziewczyna. - W sensie, tego Straszliwca, co wleciał za filar.

- Co, i ten Straszliwiec wam wybuchł?

- Nie, to myśmy wybuchli - wyjaśnił szybko Mieczyk.

- Już żałuję, że nie widziałem - zarechotał Sączysmark.

- Wy? - upewnił się Czkawka.

- No, bo myśmy chcieli go tam zaskoczyć - wtrąciła Szpadka. - To wymyśliliśmy sobie, że podlecimy z boku i złapiemy drania.

- Ale trochę nie zrozumieliśmy się co do kierunku - dodał Mieczyk, opierając się o rogi Jota. - Rozumiesz, Czkawka, mówię jej: w prawo - wyciągnął rękę - a ona mi nagle odbija w drugą stronę. To jaka to ma być współpraca, ja się pytam?

- To ty pochrzaniłeś, bracie. Jedno gadasz, drugie robisz - wtrąciła litościwie Szpadka. - I taki jesteś mądry, że sam poleciałeś na lewo, bo to - dotknęła jego wyciągniętego ramienia - jest lewa ręka, a nie prawa, matole.

Mieczyk zdziwiony obejrzał obie dłonie i zestawił je dla porównania.

- A widzisz, bo mi się zawsze te dwie mylą, prawa i lewa - przyznał przepraszającym tonem. - Żadne inne, tylko akurat te... Może to dlatego, że są takie podobne? Mógłbym sobie na którejś obciąć palec.

- To wtedy zapomnisz, na której ci go brakuje.

- A niech to... w sumie jest taka możliwość - westchnął ciężko. Szpadka wróciła do opowieści.

- No, nieważne, w każdym razie jak słup wpadł nam między głowy, to mieliśmy chwilowy przystop i Straszliwiec nawiał. Więc zawróciliśmy i pogoniliśmy za nim.

- Albo raczej chcieliśmy pogonić, tyle że znowu nam się pomyliły kierunki - sprostował Mieczyk.

- No, powiedzmy... Przyrąbał we mnie tak ostro, że mną dwa razy w siodle obróciło - kontynuowała jego siostra. - Jeszcze Jot się z Wymem tak jakoś śmiesznie okręcili, że ani w w przód, ani do tyłu... No i klapa totalna, bo szyje i Straszliwca mieliśmy po jednej stronie, a reszta chłopaków została pod zbiornikiem.

- Było zostawić już tego Straszliwca i zająć się odplątywaniem waszych wierzchowców - wtrącił Czkawka.

- I jeszcze czego? - oburzył się Mieczyk.

- Właśnie, żebyś nam potem znowu mówił, jak bardzo jesteśmy beznadziejni? - zawtórowała mu Szpadka.

- Kiedy ja wam nigdy nic takiego nie powiedziałem...

- Jasne, w kółko tylko "nie ja" i "nic takiego" - burknął bliźniak. - Ty weź już zmień repertuar, bo to się powoli robi nudne.

Czkawka pomasował sobie skroń.

- To co z tym Straszliwcem?

- A co ma być? Uciekł - wzruszyła ramionami Szpadka. - Ale, żeby nie było, że znowu tylko się gapimy, to spróbowaliśmy go jeszcze zestrzelić. I odpaliliśmy, stary, taki ładunek...

- Tyle, że równocześnie i nie do końca w tym kierunku, co trzeba było - sprostował znowu Mieczyk. - A na dodatek Szpadka jakoś dziwnie szarpnęła Wyma...

- To nie ja, tylko gaz, baranie!

- No, mniejsza o to. W każdym razie ogłuszyliśmy nie tego smoka, co trzeba było.

- W sensie: naszego. I to tak całkiem efektywnie.

- Potrzebował dłuższej chwili, żeby mu obydwa mózgi wróciły na miejsce...

- A jak z waszymi? - chciał wiedzieć Sączysmark. - Dobra, głupie pytanie. Przecież wy nic tam nie macie.

- Zawsze to więcej niż u ciebie - zarechotała Szpadka. - Przy tym czymś nawet kapusta Pleśniaka nieźle się prezentuje. To chyba ten sam gatunek, co nie, brat?

- Powiedziała, mądra, co nie potrafi rozróżnić prawej od lewej - fuknął Jorgenson.

- Ej, to nie byłam ja! Zawsze musicie mnie do niego mieszać, bo jest moim bliźniakiem?

- No, ale przyznaj, są podobne - wtrącił Mieczyk. - W sumie to identyczne. No, gdyby nie kierunek.

- Już, kochani, koniec tego dobrego - przerwał głośno Czkawka i postukał palcem w słup.

- Ale... kiedy myśmy dopiero zaczęli! - zaprotestowała Szpadka.

- W sumie to Smark zaczął - wtrącił Mieczyk.

- A ciebie co tak dziś wzięło? - zdenerwował się Jorgenson. - Robisz za Śledzia po godzinach czy jak?

- Słuchajcie, resztę może sobie odłóżcie na potem, bo mam waszej rozmowy naprawdę powyżej uszu - przerwał zdecydowanie wódz. - Wracamy na ziemię, raz dwa.

- Że niby mamy zejść ze smoków? - spytał zdezorientowany Mieczyk.

- Ja tam go nigdy dobrze nie zrozumiem, więc na mnie nie patrz - wzruszyła ramionami Szpadka.

Wódz podarował sobie komentarz.

- I co z tym robimy? - Astrid przyjrzała się słupowi. Czkawka zlustrował konstrukcję od podstaw do samej góry.

- To tak, filar - fajnie by było wymienić, ale nie mamy na to ani czasu, ani ochoty; zniszczony kawałek trzeba będzie wstawić od nowa, wszystko połączyć i obić blachą, żeby się nie rozleciało, ale to też nie dziś, bo nie wiem, jak wy, ale ja już lecę z nóg - odgarnął włosy z czoła i westchnął. W tej samej chwili usłyszeli metaliczny łoskot, a znad ostatnich domów wyłonił się lśniący Zbiczatrzasł.

- Jestem - sapnęła Heathera, zeszła z siodła i lewą ręką poklepała smoczycę po szyi. - Miałyśmy ze Szpicrutką trochę gimnastyki, ale już jest spokój. Co tu się stało?

Szpadka otwarła usta, żeby udzielić wyczerpującej odpowiedzi, ale Czkawka natychmiast przypadł do Wyma i ręcznie ją zakneblował.

- Astrid ci wyjaśni - stwierdził krótko.

- A gdzie wolność słowa, co?! - bliźniaczka nie bez wysiłku odepchnęła jego dłoń ze swojej twarzy.

- Sączysmark, możesz znaleźć tego Straszliwca? - wódz zupełnie nie zwrócił na nią uwagi.

- Pięć minut i z głowy - ocenił lekko. - Jeszcze zobaczymy, kto tu ma kapuściany mózg - rzucił wyzywająco w stronę Thorstonów i poderwał smoka.

Mieczyk spojrzał na siostrę apatycznie.

- Ty też wyczułaś ten ton?

- Chyba tak - westchnęła. - Warto by było odpowiedzieć, nie?

- No, i sprzątnąć mu tego Straszliwca. To co, lecimy?

- Nie, żebym się mieszał, ale rachunki ze Smarkiem to sobie wyrównacie kiedy indziej, bo teraz czekają na was smocze stajnie - oznajmił autorytatywnie Czkawka.

- Aach, wiedziałam, że nie ratowali nas za darmo - jęknęła Szpadka i zawróciła swoją smoczą głowę. - Czemu to sprzątanie zawsze wypada w najlepszych momentach naszego życia?

- A to czasem nie dlatego, że za karę? - zasugerował Mieczyk.

- Nie, wcale nie za... - zaczął szatyn, ale nie doczekał się posłuchu.

- Znowu? - uniosła brwi, a Zębiróg wzbił się w powietrze. - Mógłby się ten Czkawka chociaż raz trochę wysilić.

- Nie kracz - ostrzegł szybko Mieczyk. - Nie wiadomo, co za mroczne myśli siedzą w tej jego głowie, władza umie nieźle namieszać. Jeszcze by nam kazał... Hm, nie wiem.

- Na przykład naciągać wodę ze studni.

- A chociażby. Wiałoby nudą nawet bardziej niż teraz - Mieczyk pokręcił głową. - Koszmar.

- Ty, czekaj, a za co właściwie ta kara? - spytała nagle siostra.

- A ja tam wiem? Mamy chyba za długą listę sztuczek, wygłupów i świetnych pomysłów, żeby się domyślić, o co chodzi tym razem.

Widząc Zębiroga znikającego w hangarze, Czkawka odetchnął z ulgą. Najgorsze już załatwione.

- Miejmy nadzieję, że dziś już więcej nie narozrabiają - stwierdził tytułem podsumowania, a potem odwrócił się do wojowniczek. - Dziewczyny, przypilnujecie Akademii i Straszliwców?

- Nie ma sprawy - skinęła głową Heathera.

- Ale co ze słupem? - spytała blondynka, oglądając konstrukcję. - Na noc trzeba by chyba było jakoś go zabezpieczyć.

- Na razie czymś to tylko wzmocnimy, najlepiej jeszcze kilkoma kamieniami, żeby czasem do głowy mu przypadkiem nie przyszło się przewrócić, bo będziemy mieli pływające Berk. Tylko ktoś musi po nie zrobić jeszcze jeden kurs.

- Mówisz i masz - odezwała się Heathera na widok nadlatującej Sztukamięs.

- Cześć! - przywitał się Śledzik, zawisając w powietrzu zaraz obok kolumny. - O, widzę, że ogarnęliście już bałagan. Potrzebujecie jeszcze tych skał? Bo nam ze Sztusią wypadła kolacja, więc jakby co...

- Spadasz nam z nieba, Śledzik - przerwał Czkawka. - Zrzuć wszystko tam, gdzie jesteś. My to już ze Szczerbkiem poukładamy.

Ingerman skinął głową i klepnął dwa razy bok wierzchowca.

- Zostaw - nakazał. Posłuszna smoczyca ostrożnie upuściła głazy, a potem spojrzała na wikinga z wyczekiwaniem.

- No, z buzi też - przypomniał Śledzik. Zawiedziony Gronkiel niechętnie wypluł obślinione kamienie.

- Nie, coś ty, bez przesady - Czkawka natychmiast zatuszował grymas krzywym uśmiechem. - Sztukamięs na pewno jest strasznie głodna.

- Oj tam... my zaraz sobie zjemy, a to przecież nie może czekać - chłopak pogłaskał smoczycę po pysku, a ona odwdzięczyła mu się przyjaznym warknięciem. - Bezpieczeństwo przede wszystkim.

- Tak, pamiętam - mruknął wódz z niesmakiem. - No, to... wielkie dzięki za pomoc.

Ton jego głosu i mina zdradzały, że już zastanawiał się, jak ma się za to wszystko zabrać.

- Pomóc wam? - spytała z grzbietu Wichury Astrid, zauważywszy jego rozterkę.

- Nie - zaprzeczył szybko. - Ale jak skończycie z Akademią, nie obraziłbym się za patrol.

- Jasne. Słyszałaś, Wichurka? - poklepała smoczycę po szyi, a ta natychmiast wzbiła się w powietrze i poszybowała w stronę areny; za nimi, w blasku mającego się ku zachodowi słońca, ruszył Zbiczatrzasł. Szczerbatek podszedł do sterty kamieni zaczął przesuwać je pyskiem, czasem pomagając sobie przednimi łapami. Czkawka mentalnie zakasał rękawy i podszedł do wierzchowca.

- Czekaj, mordko, pomogę ci z tym - stęknął, podnosząc (choć właściwiej byłoby powiedzieć "wtaczając") wyżej sporych rozmiarów kamień.

- Na pewno nie chcesz pomocy? - spytał z powątpiewaniem Śledzik.

- Coś ty, dajemy radę. Idzie jak po maśle - zapewnił Czkawka. Asysty Ingermana z powodu tych oblizanych skał wprost z gronklowej paszczy jakoś niespecjalnie sobie życzył. Nie chciał wyjść na niewdzięcznego, ale nie zmieniało to faktu, że smocza ślina nie zachęcała do tulenia kamieni.

Od strony Sztukamięs dał się słyszeć dziwny dźwięk.

- Dobra, to my się już zbieramy, bo Sztusi burczy w brzuchu - stwierdził Śledzik. Pomachał mu krótko na pożegnanie i odleciał w stronę swojego domu.

- No, na razie - Czkawka spojrzał za przyjacielem, a potem przeniósł wzrok na obślinione skały.

- To co, mordko? Może tymi chcesz się zająć? - zaproponował z krzywym uśmiechem. Szczerbatek nie okazał najmniejszego sprzeciwu i zabrał się za przesuwanie kamieni. Czkawka przypomniał sobie, jak Chmuroskok podzielił się kiedyś z jego smokiem rybami... Tak, jemu chyba nie dało się obrzydzić niczego, a już na pewno nie jedzenia. Za to Czkawka na to wspomnienie zdecydowanie odsunął się od wyplutych przez Sztukamięs skał - chociaż doceniał jej siłę woli (w końcu z paszczy do żołądka nie jest wcale daleko). Dosyć szybko uporał się z pozostałymi, a i Szczerbatek poradził sobie ze swoimi całkiem nieźle.

- Dobra, mały, zostaw już. Miejmy nadzieję, że się nie rozleci. Idziemy do domu - wspiął się na siodło i machnąwszy już na wszystko ręką położył się na smoku, pozwalając, żeby ten sam pilnował kierunku i tempa. Furia spokojnie podreptała w stronę chaty wodza.

Czkawka zakrył twarz dłońmi i zamknął oczy. Dziś wydarzyło się zdecydowanie za dużo jak na jeden dzień: trening Evel, przybycie Heathery, smocza myjnia, Straszliwce, a na deser wysadzony słup. Generalnie padał z nóg, a przeczucie, że to jeszcze nie koniec, wcale nie poprawiało sytuacji. Chwila, miał coś jeszcze do zrobienia? Trening w Akademii odhaczony, sprawdzenie osłon burzowych mogło jeszcze poczekać, chociaż teoretycznie nie powinno... Chyba nikt niczego nowego dziś nie zgłaszał. Z zamyślenia wyrwało go pytające warknięcie Szczerbatka.

- Nic, zmęczony jestem... - westchnął. - Chciałbym się już położyć.

Odpowiedziało mu rozbawione gruchnięcie.

- Ale nie na tobie, w łóżku - uśmiechnął się. - Chociaż doceniam transport. Całkiem wygodny i nawet nie trzęsie. Jak dobrze, że dziewczyny wzięły patrol - podłożył sobie ręce pod głowę. Szczerbatek zamruczał coś pod nosem.

- Nie marudź, i tak dużo dzisiaj lataliśmy. Wiem, że lubisz wieczorną rundkę, ale ja dziś kompletnie nie mam siły i pewnie po drodze bym z ciebie spadł. Znaczy, obaj byśmy spadli... A tak, zobacz, Astrid z Heatherą wszystko spokojnie sprawdzą, a my... Czekaj - przerwał niespodziewanie. Jakieś niejasne przeczucie kazało mu zatrzymać się przy tym imieniu. - Heathera...?

Usiadł, marszcząc brwi. To z nią coś było na rzeczy. W dodatku zdał sobie z tego sprawę niedawno. Chyba zaraz po tym, jak przyleciała...

Powoli zaczęło mu świtać. Ręka.

Powodowany impulsem, powstałym wskutek nagłego olśnienia, pacnął się dłonią w czoło.

A niech to! List do Blake'a.

- Szlag by to - wyrwało mu się. - Stop, Szczerbek.

Smok gruchnął coś po swojemu, zerkając ciekawie na właściciela. W następnej chwili Czkawka, przed sekundą rzekomo taki zmęczony, już przemierzał kolejne metry na własnych nogach. I to w dodatku w kierunku zupełnie innym od kursu na ich dom.

- Wiedziałem, czułem, że czegoś nie zrobiłem - mruczał pod nosem. Jak bardzo musiało go zaćmić, żeby o tym zapomniał? W dodatku po krótkich obliczeniach uświadomił sobie jeszcze jedną rzecz.

Miesiąc!

Minął miesiąc, od kiedy miał odesłać odpowiedź. Czyli miesiąc temu wszystko powinno być już zrobione.

Jakim cudem zapomniał? Drago - owszem, w związku z tym kilkudniowe spóźnienie mógł u siebie zrozumieć. Ale miesiąc? Co, kto...?

Ach. Kto.

Czkawka zdał sobie sprawę, że tym walcem zarobił dziś od losu w łeb całkiem zasłużenie.

Wyglądało na to, że na pewien czas zapomniał o wielu rzeczach przez zbytnie zaabsorbowanie pewną młodą brunetką.

Nocna Furia, obserwująca swojego jeźdźca ze zdziwieniem, gruchnęła za nim pytająco.

- E... Szczerbatek? - chłopak dopiero teraz zauważył, że nie ma przy nim smoka. Jego wierzchowiec stał w miejscu, wciąż tam, gdzie szatyn go opuścił, i przyglądał mu się uważnie.

- Raz dwa, mały, pędem do kuźni - zachęcił go niecierpliwym gestem. - No, bo czas ucieka. A w zasadzie już uciekł, tak ściśle rzecz biorąc. No chodź, przydasz mi się - powtórnie skinął dłonią na ociągającego się przyjaciela. - Pierwszy ocenisz.

29.Na horyzoncie

W poprzednim odcinku... XD

Bliźniaki podczas pogoni za Straszliwcem niszczą jedną z podpór wielkiego zbiornika na wodę. Jeźdźcom udaje się na czas wyciągnąć Thorstonów spod basenu i jako tako wzmocnić słup. Wszyscy rozchodzą się do swoich obowiązków, a Czkawka dziwnym trafem przypomina sobie o zaległej powinności.

Z daleka dmuchnął potężny wicher i szarpnął wydętym, brudnym żaglem łowieckiego statku. Ostro trzasnęły wiązania lin. Rufą zakołysała pierwsza, jeszcze niezbyt silna fala, na którą łódź odpowiedziała podejrzanym skrzypnięciem. Czarne, ciężkie chmury przysłoniły zachód i zdusiły ostatnie promienie słońca. Na pokładzie dały się słyszeć odgłosy gorączkowej bieganiny i jakieś krzyki. Z metalicznym łoskotem podniosła się klapa prowadząca do dolnego korytarza. Łagodna, zachodnia bryza właśnie dobiegła końca.

Ciemnowłosy, dobrze zbudowany mężczyzna wyjrzał przez okno swojej kajuty i zaklął pod nosem. Szybkim ruchem narzucił na siebie skórzaną kamizelę, wiszącą na haku przy wyjściu, szarpnął drzwi i biegiem pokonał schody prowadzące na mostek.

- Niech to szlag... - syknął znowu, widząc rozlewającą się po niebie czerń. - Czemu ja go wcześniej nie widziałem? Długo nas ściga ten sztorm? - spytał, patrząc na sternika.

- Nie, kapitanie. Wichura zerwała się parę minut temu, ale burza leci na złamanie karku. Wprawdzie idzie z tyłu, ale i tak na mój gust jej nie wytrzymamy. A z wiatrem nie damy rady uciec.

- Przecież widzę - zdenerwował się i odwrócił w stronę załogi. - Opuścić żagle i przymocować towar! Reszta do wioseł, ale migiem!

- Zmienić kurs?

- O tym to już ja zdecyduję - warknął nisko. Jasny materiał żagla z furkotem podjechał do rei, a z obu stron łodzi wysunęły się podłużne drągi.

- Może... zwyczajnie popłyniemy prosto do celu? - zasugerował delikatnie sternik. - Odbijemy na południe, ominiemy centrum burzy... Przynajmniej mamy szansę.

- Ani mi się waż! Chcesz nas wywieźć na Berk?! Przecież tamte tereny patrolują jeźdźcy smoków!

- Ale to jeszcze szmat drogi, kapitanie! Ominiemy wyspę i ruszymy na południe, tak, jak planowaliś...

- Ośle, ty wiesz, jak szybko smok pokonuje taki "szmat"? Wiatr jest zbyt silny, zniesie nas, a wtedy to już ci żadna broń nie pomoże. Ster lewo na burt!

- Na północ? - zdziwił się sternik. - Przecież te tereny kontrolują ludzie Alexa...

- Wschód też kontrolują i jakoś dało się płynąć - warknął. - Do nich mamy dużo dalej, a i tak to mniejsze zło niż ta druga hołota. No już, bij na północ, jeśli nie chcesz wylądować za burtą!

- Są na wschodzie? - zdziwił się sternik, ale ponaglony niebezpiecznym spojrzeniem natychmiast wykonał polecenie. Statek z wolna zaczął zakreślać szeroki łuk ku północy. Kapitan spojrzał na zachód, na doganiający ich sztorm, a potem odwrócił się w przeciwnym kierunku i zmrużył oczy.

- Są na wschodzie - potwierdził jego niski, gardłowy pomruk. - Wszyscy ci, których nikt nie powinien się tam spodziewać.

W oddali, za jego plecami, niebo przecięła oślepiająca błyskawica.

- Zaczyna się - stwierdził, nie precyzując, czy chodzi mu o sztorm, czy o coś zupełnie innego.

Do ich uszu dobiegł po chwili złowieszczy grom. Nagle kapitan odwrócił się i spojrzał w niebo, czujnie nasłuchując. Miał wrażenie, że z hukiem pioruna zmieszał się drugi odgłos. Nie pomylił się. Po chwili z chmur wyłonił się duży smok, na sekundy zawisł w powietrzu, badając wzrokiem otoczenie, a potem zanurkował w stronę statku.

- Ha! Jest w końcu jakaś sztuka! - ucieszył się. - Wszyscy do wyrzutni! Zdjąć mi go!

Łowcy natychmiast znaleźli się na pokładzie. Skrzypnęły maszyny, uruchomione pierwszy raz od dawna - i pierwsza partia sieci i boli wystrzeliła w powietrze. Smok jednak nader zręcznie umknął przed ostrzałem, nie zmieniając kierunku i wbrew zdrowemu rozsądkowi ciągle obniżając lot.

- Albo jest wściekły, albo mu odbiło... Żywiej tam! - krzyknął na załogę. - Co to niby miało być? Rozgrzewka?!

Wyrzutnie wypluły kolejną salwę pocisków, ale gad i tym razem popisał się wyjątkowymi zdolnościami akrobatycznymi oraz wyczuciem, omijając wszystkie przeszkody. Wykręcił w powietrzu sporą pętlę i zanim łowcy zdążyli załadować maszyny, szybko zbliżył się do statku.

- Co, do diaska... - mruknął kapitan, chwytając za miecz. Smok wylądował na pokładzie, głośno warcząc, ale nie ruszał ani ludzi, ani towarów. Wszyscy, którzy stali w pobliżu, chwycili za broń i zamierzyli się na wystraszone zwierzę. Nagle mężczyzna zauważył, że smok nie jest sam. Za jego głową ukrywał się jeździec.

- Stać! - podniósł rękę, wstrzymał stojących za nim łuczników i zszedł z mostka. Wiedział, że w razie niebezpieczeństwa osłaniają go czekający w ukryciu strzelcy z dmuchawkami. Jedna zatruta strzałka z reguły wystarczała.

- Proszę, proszę... - usłyszał kobiecy głos. - Rick jak zwykle czujny. Widzę, że nie wypadłeś jeszcze z formy - dziewczyna zeskoczyła z siodła i zdjęła kaptur.

- A niech mnie! - na twarzy kapitana zagościło coś na kształt uśmiechu. Jednym ruchem schował miecz i dał znać swoim ludziom, żeby opuścili broń. - Mała Alexa na moim statku! Przyznam, że byłaś ostatnią osobą, której się spodziewałem na tym jaszczurze.

- Zakładam, że właśnie stąd takie gorące powitanie, tak? - przetaksowała go wzrokiem, ale kącik jej ust także lekko się uniósł.

- Można tak powiedzieć - skinął głową. - Dawno cię u nas nie było.

- No, dawno. Ale łajba ani trochę ci się nie zmieniła. Zresztą, tak jak jej kapitan.

- Za to ty sporo wyrosłaś.

- Przez cztery czy pięć miesięcy nie można wyrosnąć - pokręciła głową.

- To dopiero tyle? A niech mnie piorun, jeśli nie myślałem, że będzie dużo więcej. Jaka to była wtedy okazja?

- Nie pamiętam. Chyba po prostu sprawdzaliśmy z Alexem wyspę, przy której cumowałeś.

- Yhm... To co tym razem cię sprowadza? Jakaś wiadomość od brata? - spojrzał badawczo. Potrząsnęła przecząco głową.

- Nie, dziś to akurat JA mam do ciebie sprawę...

Rick przez chwilę mierzył się z nią wzrokiem, próbując wybadać, czy mówi prawdę (a jeśli tak, to o co chodzi), ale jego uwagę szybko odwrócił zbliżający się sztorm. Rozejrzał się po statku i zmusił do podjęcia szybkiej decyzji.

- Wejdź do środka - mruknął, wskazując jej drzwi swojej kajuty. - A jaszczura pod pokład i dobrze zamknąć, bo zaraz zacznie się kołyska. I popędzić mi tych od wioseł, bo jak się nie postarają, to ich poszczuję tym wściekłym Śmiertnikiem z ostatniej klatki!

- Nie dotykać smoka - sprzeciwiła się dziewczyna. Kapitan obejrzał się na nią, kryjąc wściekłość.

- Ja tu dowodzę - warknął, patrząc jej w oczy. Wytrzymała jego spojrzenie.

- Nie dotykać - powtórzyła. - To prywatny transport Alexa. Pożyczony. Ma zostać na zewnątrz.

Na dźwięk doskonale znanego imienia Rick stłumił w sobie gniew. Przeszedł koło niej spokojnym krokiem, nachylając się nieznacznie do jej ucha.

- Dobrze... Ale jak burza go zmiecie (a zmiecie), to nie miej pretensji, że nie masz czym wracać - powiedział cicho, tak, żeby tylko ona usłyszała. - Szalup tu nie mam, zresztą i tak bym ci nie dał. A ja cię nigdzie nie będę podwoził.

- Zgoda - mruknęła przez zęby. Kapitan odwrócił się do załogi, która czekała w napięciu.

- Zostawić bestię na pokładzie i trzech z lancami do pilnowania, żeby mi się tu nie rozochociła za bardzo! - zarządził, i zanim dziewczyna zdążyła zaprotestować, wepchnął ją do kajuty i zamknął za sobą drzwi.

- Ej, co to miało być? - oburzyła się. Rick podszedł do biurka i usiadł przy nim od swojej strony, grzecznie wskazując jej miejsce naprzeciwko. Mimo swojej niechęci skorzystała z zaproszenia. Nikłe światło trzech bujających się lamp oświetliło ich twarze.

- Mała, musimy sobie wyjaśnić jedną rzecz: to, że się znamy, nie uprawnia cię wcale do podkopywania mojego autorytetu u załogi - stwierdził uprzejmym głosem, wypranym z jakiejkolwiek złości. - Więc jeśli na tej łajbie ja coś mówię, to tak jest. Rozumiemy się?

- Niby tak, tylko czemu kazałeś im wziąć włócznie? Jeśli zrobią coś temu smokowi, Alex ich zabije, a ja dostanę po głowie. To strategicznie bardzo ważny gad, jestem za niego odpowiedzialna i mam go pilnować.

- Tak? Wybacz, że zapytam, ale chyba jeszcze nie zauważyłem... - oparł łokieć na biurku i badawczo jej się przyjrzał. - Co w nim takiego... strategicznego? To jakaś Alfa czy jak?

Dziewczyna zmrużyła oczy.

- U nas zasada jest taka, że zbędnych pytań nie zadajemy. Ale - jako że widziałeś się z Alexem tak dawno, że pewnie już nie pamiętasz - wybaczam i tym razem nie wyciągnę konsekwencji - odparła chłodno. Spojrzenie kapitana przestało ją na chwilę przewiercać, bo statek lekko się zakołysał.

- Do najgorszej plagi... - warknął, wyglądając przez okno. - Mówiłem, będzie huśtawka. A ci na dole urządzają sobie pewnie konkurs spania!

- Dlaczego nie rozwinąłeś żagla? - ściągnęła brwi.

- Dmie mi z zachodu, a staram się uciec na północ, dziewczynko - stwierdził, siadając z powrotem na swoim miejscu. - To trzeba zrobić z pomocą wioseł. I kupy chłopa tam na dole, ale to chyba wiesz.

- I co z tego? Z żaglem uciekłbyś choćby i z wiatrem.

- Mocno wątpię - uśmiechnął się ironicznie. - Chmury są od nas trochę lżejsze. I szybsze. Zresztą nie zależy mi, żeby zostać na trasie szkwału. Szkoda statku.

Jego rozmówczyni wolała się nie spierać. Mimo wielu lat spędzonych na morzu nie mogła mu dorównać biegłością w żeglarskim rzemiośle, to akurat wiedziała.

- I tak mogłeś go zwinąć później - rzuciła burkliwie, acz pojednawczo. - Patrzyłam. Z góry.

- O, no tak. Tylko więcej przyniosłoby to szkody niż pożytku - mruknął, rozpierając się na swojej niewielkiej kanapie. - Nasz żagiel nie wytrzymałby takiego huraganu i mielibyśmy potem najwyżej mnóstwo szmatek do apteczki, a jak wiesz, nie posiadamy czegoś takiego jak "apteczka". A tak - rozłożył ręce - można go jeszcze wykorzystać przy słabszej bryzie.

- Jak zresztą cały statek, prawda? - uniosła brwi. - Wszystko do słabszej bryzy. Pordzewiałe wyrzutnie, liny sprzed stulecia, a tej dziury na fordeku nie ma sensu zasłaniać deskami, bo woda i tak się wleje przy większej fali...

Uśmiechnął się kpiąco.

- Nie przewiduję większych fal. To żeby ludzie nie wpadali.

- Nie boisz się, że ci się ta łajba kiedyś rozjedzie pod nogami na kilka części?

- Ty, siostrzyczko, w naszym zawodzie nie jest łatwo o zarobek, szczególnie od kiedy na Berk panoszy się ten cały smoczy ochroniarz - założył nogę na nogę. - To i tak cud, że jeszcze wszystko tutaj działa, drugorzędne, jak. Nie ma za co naprawiać, nie ma gdzie...

- No, właśnie słyszałam, że macie ostatnio spore... problemy finansowe.

- Zwał jak zwał - mruknął wymijająco kapitan.

- I to dlatego nie płyniecie do Mroźnej Zatoki? Przecież Alex zbiera tam armię, wszystkich łowców Drago...

- Kto ci powiedział, że nie płyniemy? - zainteresował się Rick.

- Znajomi - zmarszczyła nos. - Obserwuję was, krążycie na tym szlaku już od jakiegoś czasu. Gdybyście zamierzali płynąć, dawno byście to zrobili.

- Nie wiedziałem, że Alex ma nad wszystkim taką kontrolę... - pokiwał głową z udanym uznaniem. - Tylko, że my, koleżanko - oczywiście z całym szacunkiem dla szanownego brata - jesteśmy z innej branży.

- Nadal organizujesz walki? - uniosła brwi ze śladowymi ilościami zainteresowania.

- Niezupełnie. Od pewnego czasu łapiemy smoki i wystawiamy do walk na południowych arenach, bo swoich już nie utrzymuję. Ale ostatnio zdarza się coraz więcej słabych sztuk i - powiedzmy szczerze - ciężko z tej roboty wyżyć.

Dziewczyna z zainteresowaniem obejrzała stojący na biurku kubek.

- A Nocna Furia - byłaby silną sztuką? - podniosła wzrok i bez wahania spotkała się z nim spojrzeniem. Zobaczyła płonący w jego oczach ogień. Tak, to było dokładnie to, czego chciał.

- Nocna Furia jest niepokonana - odpowiedział w końcu pewnym głosem.

- Aha... No dobra. Możesz o niej powiedzieć coś więcej?

Rick wstał z siedzenia i stanął z boku biurka, zaraz przy dziewczynie.

- Furia jest tylko jedna, ma ją wódz Berk i parszywie trudno ją dostać - warknął niezadowolony. - Słuchaj, z góry powiem: jej odbicie jest praktycznie niemożliwe. I jeśli Alex chce mnie w coś wkopać, to odpowiedz mu grzecznie, że absolutnie nie, bo teraz, żeby mieć żarcia pod dostatkiem, trzeba sobie zapracować. Kieszenie świecą pustkami, nie mam czasu na wojnę ani na łowienie mu smoków do armii - a już na pewno nie TAKICH smoków.

Dziewczyna odsunęła się lekko.

- Po pierwsze: powtarzam, ta sprawa nie ma nic wspólnego z Alexem - i tak szczerze, to lepiej, żeby nie miała. Po drugie - wcale nie ty miałbyś tu łowić...

Rick zmarszczył brwi, nie do końca nadążając. Po chwili jednak pojął jako tako: a więc oferta.

-...A po trzecie, skoro nie masz już zupełnie nic, płyń do Zatoki, co masz do stracenia? - odbiła nagle od tematu. - Na razie mój brat załatwi wam najpotrzebniejsze rzeczy - a potem coś ci się może nawet oberwie. Jakiś udział w łupach...

- Łupach? Dziewczynko, łupy to będą, jak skończy się wojna, a jak szanowny brat nie zbierze armii - co już mu idzie opornie - to się nawet nie zacznie. Natomiast do stracenia, owszem, mam statek. Więc wybacz, ale wolę robić to, w czym jestem dobry, nawet jeśli chwilowo mamy mały regres.

Zmrużyła oczy.

- Zawsze grałeś twardo, Rick.

- A ty zawsze byłaś kiepskim zdrajcą - uśmiechnął się ze złośliwym błyskiem w oku. - No, dajesz. Śmiało, nie wstydź się. I tak już zrozumiałem, że chcesz mi coś zaproponować.

- Działanie na własną rękę to jeszcze nie zdrada... - wzruszyła ramionami. - Równie dobrze mogłabym donieść na ciebie, że zdradziłeś swoich, bo wolisz pływać i łowić sobie tak zupełnie sam, co jest, swoją drogą, bardzo niebezpieczne. Jedno spotkanie ze smoczymi jeźdźcami i po tobie.

- Nie mogłabyś - uśmiechnął się przebiegle. - Za bardzo mnie lubisz. Chociaż, w zasadzie tu nie ma to nic do rzeczy... Nie mogłabyś na mnie donieść, bo przecież zależy ci, żebym wysłuchał twojej oferty...

- Zupełnie tak, jak tobie zależy na Nocnej Furii - stwierdziła, mimochodem przytakując jego słowom.

- No właśnie. Ale ostrzegam - w razie jakiegokolwiek podstępu nasza przyjaźń szybko się zakończy.

Westchnęła i sięgnęła ręką do małego woreczka, umocowanego przy pasie.

- Wobec tego... Może przekona cię do mnie to - wyciągnęła dłoń z dziesiątkami malutkich, błyszczących kamyczków. Rick zmarszczył brwi.

- Nie rozumiem. Czyli co - nie oferta? Jednak mi płacisz?

- Niezupełnie. To dopiero zaliczka.

- Zaliczka... - pokiwał głową, wyciągnął z jej ręki jeden z kryształków i spojrzał na niego, ustawiając go pod światło jednej z lamp. - To oznacza, że zamierzasz dopłacić jeszcze więcej, tak?

- Tak jakby.

- Ale zazwyczaj nie płaci się po prostu z dobrego serca... - odwrócił się od lampy i wrócił na swoją kanapę, cały czas przewracając w palcach kamyczek. - A ja mówiłem, że nie zamierzam czynnie uczestniczyć w żadnej spółce. Ani z twoim bratem, ani z tobą. Biernie - owszem, jeśli już. Miała być oferta, a nie zamówienie.

- Ale tym razem chodzi o coś zupełnie innego - uśmiechnęła się tajemniczo, po czym nagle spoważniała. - Oczywiście, mam nadzieję, że ta rozmowa i w ogóle cała sprawa zostanie między nami... Bo jeśli coś komuś piśniesz, dam Alexowi namiary na twój niesubordynowany statek i tyle się będziesz cieszył kryształkami.

- Pomyślę, jak dowiem się już wszystkiego - odparł obojętnie. - Ale znając "hojność" twojego brata (bez urazy), zakładam, że zdrada mi się póki co nie opłaca. A skoro już o kryształkach mowa... skąd je masz?

- Moja sprawa. Ciebie powinno obchodzić tylko to, że są prawdziwe i trochę warte.

"Może nie jakoś niebotycznie dużo", dodała w duchu, "ale na szczęście się na tym nie znasz".

Prawda, łowcy raczej woleli operować srebrem i złotem niż błyskotkami, więc nieczęsto mieli z tymi ostatnimi styczność.

- Zgoda - przyznał, gładząc palcem kamyczek. - Ale jeśli jesteśmy przy wartości - czym zamierzasz zapłacić resztę? Koszem tego czegoś? - uśmiechnął się kpiąco. Najwyraźniej naprawdę nie domyślał się, jakim sposobem i ile czasu zdobywała okruchy minerałów, inaczej nie zadałby takiego pytania.

Dziewczyna wygodniej usiadła na krześle.

- Nocną Furią.

Rick z uznaniem pokiwał głową.

- Podobasz mi się - powiedział zwięźle. - Słuchaj, nie chciałbym cię zrazić - bo te twoje kamyczki naprawdę cieszą oko - ale że jesteś nawet sympatyczną dziewczynką, powiem ci, jak ta sytuacja realnie się przedstawia. Coś mi się już kiedyś obiło o uszy na temat takich, co to próbowali odbić Furię. Jak dotąd z żadnym z nich nie udało mi się porozmawiać po raz drugi - spojrzał wymownie.

- Nic nie ryzykujesz - wzruszyła ramionami. - Wchodzisz w spółkę, dostajesz zaliczkę. Jeśli mi się nie uda - trudno, moja sprawa, ty swoje masz. A jeśli jednak zdobędę smoka - będziesz obrzydliwie bogaty i wyświadczysz mi tylko drobną przysługę. Co ty na to?

Kapitan przez chwilę się zastanawiał.

- No dobra - odezwał się w końcu, prostując plecy. - Wchodzę. Tylko chciałbym dowiedzieć się, na czym polega przysługa, za którą chcesz mi aż tyle zapłacić...

Dziewczyna uśmiechnęła się pod nosem.

- To coś, czego nikt oprócz ciebie raczej by za mnie nie zrobił... Kojarzysz Czkawkę Haddocka, prawda?

30.Czyżby woda?

Słońce już dawno schowało się głęboko za horyzontem, a nad Berk zawisły ciemne chmury. Piętro domu wodza rozjaśniało kilka chybotliwych płomieni świec, stojących na biurku i przy łóżku. Czkawka siedział na taborecie i opierając łokcie na kolanach, obracał w palcach zimny, metalowy przedmiot. Jego myśli krążyły gdzieś w nieokreślonej przestrzeni, co jakiś czas to przybijając do wyspy Berserków i Blake'a, to znowu powracając na Berk, do Astrid. Podniósł głowę i zatrzymał wzrok na stojącym pod oknem drugim krześle. Niewidzialne trybiki pracowały mu w mózgu pełną parą, mieląc słowa i kolejne wersje zdania o banalnie prostym znaczeniu, a tak trudnej do dobrania formie.

Szczerbatek przekręcił się na posłaniu i położył łeb na przednich łapach, przyglądając się przyjacielowi. W końcu wstał, podszedł do zamyślonego Czkawki i zerknął mu przez ramię, mrucząc z aprobatą.

- Dzięki - uśmiechnął się, przesuwając palcem po malusieńkich płytkach na pysku zwierzęcia. Smok oblizał nos i obniżył łeb do jego dłoni, a chłopak poczuł na skórze podmuch ciepłego powietrza. Szczerbatek powąchał kawałek metalu, a potem znacząco trącił rękę wodza, gruchając cicho.

- No wiem... Ale to wszystko nie jest takie proste - pokręcił głową i powoli odpiął guziki przy zbroi. - Myślę nad tym. Co, serio myślę - dodał, gdy smok spojrzał na niego z czymś, co przypominało pobłażanie.

Nagle na schodach dał się słyszeć jakiś rumor, a skrzypnięcie pod drzwiami zdradziło, że ktoś właśnie tam dobiegł i prawdopodobnie za ułamek sekundy wtargnie mu do pokoju. Czkawka szybko wrzucił przedmiot do kieszonki na piersi i na powrót zapiął zbroję. Obawy okazały się jednak niepotrzebne, bo tajemniczy gość grzecznie zapukał. Hm, miło z jego strony.

- Kto tam?

- Patrol idzie - roześmiała się Astrid i uznając pytanie za zaproszenie, weszła do pokoju.

- Coś szybko się nacieszyłaś tą Heatherą - stwierdził, jednocześnie drapiąc pod brodą Szczerbatka. Smok momentalnie odpłynął. Gdyby nie ta interwencja, na pewno zacząłby skakać radośnie koło dziewczyny, a na to Czkawka o tej godzinie nie zamierzał pozwolić.

- Ty się o nas nie martw, mamy jeszcze masę czasu, zwłaszcza jeśli u mnie mieszka - rzuciła. - Już się dzisiaj nagadałyśmy. Teraz śpi jak suseł.

- A ty się nie masz gdzie podziać - uzupełnił z uśmiechem.

- Trochę tak. Ale w sumie wpadłam sprawdzić, czy żyjesz.

- A zanosiło się na coś innego? - uniósł brwi.

- Czy ja wiem? Po dzisiejszym dniu mogło być różnie - wzruszyła ramionami, wchodząc w głąb pomieszczenia. Dopiero teraz zauważył jej ociekające wodą włosy i ubranie.

- A co to, pada?

Nie, tak sobie latała do góry nogami nad oceanem, a szum za oknem to wytwór zmęczonej wyobraźni. Trzeba by to pytanie dopisać do listy najdziwniejszych w karierze. Albo może najmniej potrzebnych.

- I to jak... Człowieku, w tym deszczu można by się było bez problemu utopić - oceniła, wyciskając warkocz. Normalnie z pewnością nie spojrzałby przychylnie na strużki wody, zalewające mu podłogę, ale tym razem nie raczył się zainteresować, bo jego myśli zajęło od razu coś innego.

- To niedobrze - zerkając na nią podszedł do okna, uchylił okiennice i wyjrzał na zewnątrz, ale od razu cofnął głowę, która mimo krótkiego czasu przebywania poza pomieszczeniem już była mokra. Lało nie jak z jednego cebra, ale jak z setki, a wicher ciął niczym napędzany skrzydłem Wandersmoka. - A Wichura stoi tu pod domem?

- Nie, zostawiłam ją w przybudówce i przyleciałam pieszo - uspokoiła, bo chyba zmartwił się tym, że Śmiertnik moknie. - A czemu niedobrze?

- Tak sobie głośno pomyślałem... - poprawił haczyk trzymający okiennice. Wiatr i tak trochę je popychał, wprawiając w ruch, ale niezbyt mocno. - Trochę nie jestem pewien mocowania tej kolumny, co ją bliźniaki wysadziły.

- Jak to? A to nie ty przypadkiem pilnowałeś zabezpieczeń? W sensie, tych kamieni, które Sztukamięs przyniosła.

- No właśnie, niby ja... - przyznał z wahaniem.

- I...? - ponagliła.

- I dopilnowałem. Marząc w międzyczasie o ciepłym łóżku i poduszce - posłał wspomnianym tęskne spojrzenie, jakby coś nadal broniło mu się tam położyć.

- Czyli niezbyt efektywnie - odgadła bez trudu.

- No niezbyt - wrócił na stołek, westchnął i lekko stuknął otwartą dłonią w blat biurka. - Że też akurat zbiornik na wodę im się uwidział, jakby na Berk było mało skał i innych, mniej potrzebnych ludzi albo rzeczy, na których można się rozbić. I akurat niezabezpieczona kolumna... Przecież mieli jeszcze cztery inne do wyboru.

- Nie za wszystkie mógł wlecieć Straszliwiec.

- Tego to mi już w ogóle nie przypominaj, bo mi znów skoczy ciśnienie - ostrzegł. - Co im w ogóle strzeliło do głowy z tą tresurą?

- No nie? Dziwne to, nawet jak na bliźniaki. Może to rzeczywiście nie ich sprawka?

- Nie. Proszę. Nie mam dzisiaj siły na trzecie dochodzenie - zaprotestował słabo i przesiadł się z taboretu na łóżko. - Bliźniaki, koniec, kropka i nawet wykrzyknik, jeśli chcesz. Idę spać.

- Aż tak ciężko? - spytała ze współczuciem.

- Proszę cię... Do dzisiaj myślałem, że ciężko to ja mam na codzień. Ale to... to był jakiś maraton. Najpierw ty i ten cały trening... - machnął rękami, wyrażając niewerbalnie, jak bardzo irracjonalne w jego mniemaniu to było.

- Coś ci się nie podobało? - uniosła brwi. Chłodny ton głosu ostrzegł go, że to temat, który dziewczyna niekoniecznie chce poruszać.

- Powiedzmy, że nie było tak lekko jak zazwyczaj - odparł wymijająco. Astrid wzruszyła ramionami.

- Było jej nie zapraszać.

- Pamiętasz, o co cię prosiłem w Akademii?

- A pamiętasz, co odpowiedziałam?

Czkawka na moment stracił wątek, ale naglący wzrok blondynki popędził go nieco w poszukiwaniu utraconego krańca opowieści. W dyskusję wolał się w chwili obecnej nie wdawać, więc zwyczajnie ruszył dalej.

- ...Dobra, nie było pytania. Potem poleciałem z Evel na drugi trening i przy okazji nie zjadłem obiadu - zaczął wyliczać na palcach. Odchylił się do tyłu, położył jakoś koślawo na plecach i westchnął z ulgą, podciągając buta na skraj ramy. - Thorze, łóżko. No ale dalej - zapomniałem, że Pyskacz dziś nic nie gotuje. Wróciłem do chaty, to napadnięto mnie przy samych drzwiach, a Mieczyk zdemolował mi cały dom, bo myślał, że chowam się przed nim w szafce na talerze.

- Co?!

- Nie pytaj, ja tego nawet nie próbuję zrozumieć... W dodatku zrobił mi w szafce totalny "nieład artystyczny", którym później dostałem w łeb, kiedy chciałem sobie wyjąć kubek i nieopatrznie otworzyłem drzwiczki, stając tuż pod nimi. Przyleciała Heathera, ale nawet nie zdążyłem z nią porozmawiać (i nadal nie zjadłem obiadu), bo znowu siadła smocza myjnia. Okazało się, że to nie myjnia, tylko wściekłe smoki, a ja przy okazji dostałem od nich w łeb. Drugi raz tego dnia. Cudowne uczucie - mruknął sarkastycznie.

- Ty, bo ci palców braknie - uśmiechnęła się Astrid. Zabawnie wyglądał, licząc z pomocą dłoni, opowiadając o tym, co go spotkało i równocześnie gapiąc się w sufit, jakby mu coś bardzo ważnego tłumaczył.

- A jestem dopiero w połowie - zauważył. - Przez pół godziny użerałem się z bliźniakami, wróciłem do domu strasznie głodny, ale że nie miałem za bardzo czasu ani zapału, zadowoliłem się wczorajszą zupą od mamy... - zawiesił głos, szukając słów, jakimi mógłby jej zobrazować to wspomnienie. Po chwili bezdźwięcznego wydychania powietrza chrząknął. - Powiem tak, myślałem, że będzie lżej.

- Mogłeś powiedzieć, coś bym ci zrobiła - zasugerowała lekko, ostrożnie opierając się łokciami o wysoki, drewniany słupek, element ramy łóżka.

- Miałbym ci zawracać głowę moim obiadem? Aż tak nieporadny jeszcze nie jestem. Zresztą, wolałem nie ryzykować - uśmiechnął się krzywo. Wspomnienie maminej przeterminowanej potrawy przesłonił mglisty widok wielkiego, śmierdzącego jakiem dzbana, a przełyk nawet po tylu latach zacisnął się w wyrazie niemego protestu "nigdy więcej nie bierz tego do ust". - Tak, nie ryzykować.

- Hej, bez takich - szturchnęła go lekko w kolano, które jako jedyna cześć jego ciała było teraz w zasięgu pięści wojowniczki. - Heathera paru rzeczy już mnie nauczyła, nie jest tak tragicznie. Zwłaszcza w porównaniu z dwudniową zupą rybną.

- No dobra, wierzę na słowo - przyznał, choć bez przekonania. Była pewna, że wcale nie wierzył. - Ale trauma po jaczym moglu mi pozostała.

- Spróbuję ją w najbliższym czasie wyleczyć - uśmiechnęła się, a Czkawka od razu rozważył, czy nie warto by zawczasu pożyczyć od Gothi trochę ziół. Nie chodziło przecież tylko o mogiel. Od tamtej obrzydliwej chwili doskonale wiedział, że nie spróbuje niczego jej produkcji chyba już nigdy w życiu. Najlepsze, że Astrid też o tym wiedziała. Raz mu się wymknęło. A potem w miarę regularnie jej to powtarzał, na wypadek, gdyby miała zamiar się popisać.

- No, mniejsza... - zostawił temat, mając nadzieję, że Astrid szybko o nim zapomni. - W każdym razie, miałem wymyślić zatrzask do smoczej myjni, ale zamiast rozrysować projekt, upaprałem zupą kartkę. Wyrzuciłem ołówek, a Szczerbek mi go przyniósł... Zabrzmi dziwnie, ale to mnie wtedy dobiło.

Szczerbatek, do tej pory tylko od czasu do czasu lekko falujący lewym uchem, warknął z kąta z wytłumaczeniem.

- Wiem, że nie chciałeś - odparł machinalnie Czkawka. - Wyszliśmy polatać, ale w tym momencie wybuchły bliźniaki. Znaczy... matko, gadam od rzeczy. Kolumna wybuchła. A przed chwilą byłem w kuźni i właśnie skończyłem... - intonacja wznosząca sugerowała, że coś powinno być dalej, ale wódz zdążył ugryźć się w język i nie zagalopować. - Pomagać Pyskaczowi - dokończył. Bez wyrzutów sumienia (można to było uznać za białe kłamstwo) pozostawił w spokoju zmęczony jego zwierzeniami sufit i spojrzał na dziewczynę.

- I nie zdążyłem sprawdzić osłon burzowych.

Astrid mimowolnie parsknęła śmiechem.

- Nie wierzę. Naprawdę? - uniósł brwi. - Będziesz się teraz ze mnie śmiać?

- Nie, coś ty - zaprzeczyła szybko, nie mogąc stłumić wesołości. - Ja tylko... Przynieść ci lodu?

- Ee... - powoli zmarszczył jedną brew, po czym doszedł do wniosku, że jego mózg nie pracuje tak szybko, jak by chciał. - Po co?

- Potrzymam ci przy tej obolałej głowie.

- A... Nie trzeba - westchnął i przymknął powieki. - Po prostu mam już dosyć, dosyć, dosyć tego dnia... I bardzo niepokojące przeczucie, że to jeszcze nie koniec. A ta ulewa tylko to potwierdza.

- Dobra, idź ty już spać. Przynajmniej nie będziesz jej słyszał - poradziła, prostując się. - Po tym wszystkim musisz porządnie odpocząć. I ja chyba też. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak długo mówiłeś - zażartowała.

- Gdzie idziesz? - mruknął tęsknie, kiedy wstała i odwróciła się w stronę drzwi.

- No, jak to: gdzie? - zdziwiła się. - Do domu, oczywiście. Może nie latałam dzisiaj z jęzorem do pasa, ale normalnym ludziom też chce się czasem spać. Po zachodzie słońca to już szczególnie.

- Coś ty, w taki deszcz? Zostań u mnie - uśmiechnął się leniwie. - No, chyba że tam, nie wiem, do godziny przestanie padać. Albo jeśli tak bardzo lubisz pływać...

- I ty myślisz, że ja jeszcze godzinę będę siedzieć? - udała zdziwienie. - Dla ciebie? Zabawny jesteś.

- Dla siebie - skorygował.

- Nie jestem masochistką, żeby dla siebie stać i czekać, zamiast jak człowiek zakopać się pod koc i kimnąć - zauważyła z rozbawieniem.

- Nie powiedziałem, że nie możesz w tym czasie spać - podniósł się z łóżka i ziewnął. - Masz, dobranoc. Idę po rekina.

- Myślałam, że zostaniesz ze mną - spojrzała zdezorientowana.

- No, zostanę. Muszę go tu tylko wtaszczyć - mruknął, próbując z przymkniętymi oczami dojść do drzwi. Chociaż pomagał sobie rękami, nieszczególnie mu to wyszło, bo już po kilku krokach wpadł na komodę, syknął z bólu i dopiero zorientował się, że obrał zły kierunek.

- Spróbuj bez eksperymentów - poradziła z boku Astrid, siadając na brzegu koca. - Bo ostatnie, czego nam dzisiaj trzeba, to żebym w tym deszczu targała cię do Gothi.

- Przepraszam, jeśli ktoś już miałby mnie targać, to prędzej Szczerbatek niż ty - Czkawce udało się bez kolejnych wpadek dojść do futryny.

- To może obudzić go, żeby sprowadził cię na dół? - zaproponowała litościwie.

- Dzięki za troskę, sam trafię - stwierdził i ruszył po stopniach, na wszelki wypadek cały czas przesuwając ręką po ścianie.

Dziewczyna czekała przez chwilę, ale kiedy nieobecność wodza zaczęła się przedłużać, a do tego doszły, dochodzące z parteru, dosyć niepokojące dźwięki (przesuwanie mebli, otwieranie drzwi) i kilka mocnych słów, okraszających niewinne pytanie "No gdzież to jest?", krzyknęła w stronę drzwi:

- Wszystko w porządku?

- Co? A, tak, tak jasne - usłyszała, po czym z głośnym skrzypieniem otworzyło się wieko (chyba) skrzyni.

- To czego ty tam szukasz?

- Wczorajszego dnia - odparował ironicznie. - Rekina oczywiście.

- W skrzyni? - zdziwiła się.

- Ach, no bo nigdzie go nie ma... Jeszcze nie znam za dobrze zdolności mojej matki, więc nie mam pojęcia, gdzie potrafiłaby go upchnąć - stwierdził i chyba zamknął kufer. Usłyszała jeszcze jakieś dziwne szuranie i stuk drewna, a potem w końcu kroki chłopaka na schodach.

- I co? - spytała, gdy pokazał się w drzwiach.

- Eem, więc tak, rekina brak. Widocznie mama zabrała albo ewentualnie gdzieś posiałem - wzruszył ramionami.

- Całego rekina? - w jej głosie obok zdumienia zabrzmiała nutka niepokoju, bo Astrid przez krótką chwilę zastanowiła się, czy Czkawka jest dość przytomny, żeby wiedzieć, o czym mówi.

- Zdarzają mi się momenty dekoncentracji, okej? Poniekąd nadal jestem zwykłym człowiekiem. A zważywszy na to, że swego czasu zgubiłem całego smoka - wskazał kciukiem cicho posapującego w kącie Szczerbatka - rekin nie jest pierwszym takim wyczynem. A na pewno nie największym.

- Ale rekin... raczej sam nie lata.

- Toteż dlatego mówię, raczej mama zrobiła z nim porządek albo po prostu go sobie wzięła. Dowiemy się jutro. Ale tyle to już na pewno nie będziesz chciała czekać - kąciki jego ust uniosły się w niewinnym uśmieszku.

Niewinnym? Aha, jeszcze czego.

- Dobra, daj już spokój. I tak zmieścimy się tu we dwójkę - zauważyła. - Chyba, że potrzebujesz bardzo dużo miejsca.

- W łapach Nocnej Furii bywa skrajnie ciasno, a nawet do takiego spania jestem przyzwyczajony, więc raczej nie - uśmiechnął się. - Tylko pod warunkiem, że nie kopiesz, bo wtedy na pewno ktoś z nas będzie mieć bliskie spotkanie z podłogą. A tym kimś najprawdopodobniej będę ja.

- A skąd mam to wiedzieć? Przecież zawsze śpię sama, nigdy nie miałam okazji sprawdzić. Poza tym gorzej, jakbyś ty kopnął...

- Zabawne.

- Co, kiedy taka prawda.

- No to ciesz się, że akurat ja śpię spo... - jego głos przycichł lekko, a on sam popatrzył na dziewczynę tak, jakby zobaczył ją pierwszy raz w życiu.

- ...kojnie. Spokojnie. To miałeś na myśli? - naprowadziła, ale Czkawka tylko soczyście pacnął się w czoło.

- O matko, ale ze mnie osioł - zauważył, szczerze zdumiony własną ślepotą. - Przecież ty jesteś cała mokra!

- Nie przesadzaj. W czasie twojej relacji zdążyłabym ze dwa razy wyschnąć.

- Chodź - otworzył drzwi. Wziął zdezorientowaną Astrid za rękę i pociągnął za sobą.

- Po co, dokąd? - spytała i w tym samym momencie przez przypadek przyłożyła stopą w stojącą przy futrynie tarczę Czkawki. Metaliczny trzask wyrwał ze snu Szczerbatka, który zerwał się jak oparzony, nerwowo omiatając wzrokiem pokój.

- Spokojnie, mordko - uśmiechnął się wódz. - To tylko my. Cała jesteś? - zwrócił się do Astrid i odstawił tarczę na bok.

- Cała, cała... A ty, rozumiem, postanowiłeś mnie wywalić? - spytała pogodnie. - W sumie ci się nie dziwię, gdybyś był cały mokry, też bym się z tobą nie ściskała w jednym łóżku.

- Ha ha, bardzo śmieszne. Chcesz zostać komediantem? - rzucił retorycznie, nie wypuszczając jej dłoni i ciągnąc ją za sobą po schodach.

- Ee... Czkawka? - odezwała się nieco skonfundowana. - Bo ja znam drogę do drzwi.

- Przecież cię nie prowadzę do drzwi - zauważył, podprowadzając ją za ramiona do paleniska. - Chyba nie myślałaś, że będziesz się suszyć przy świeczce na górze.

Za nimi z pokoju powoli wysunął się rozespany Szczerbatek.

- W sumie to w ogóle nie myślałam w tych kategoriach, ale fakt. To by trwało więcej niż godzinę - wyciągnęła ręce w kierunku huczących wesoło płomieni. - Ach... ale fajnie.

- Pewnie, że fajnie - przytaknął i poszedł zalać w kociołku trochę ziół.

- Co robisz? - spojrzała przez ramię

- Nic. Jak ci minął dzień? - zainteresował się ni stąd, ni zowąd. - Nic nie powiedziałaś.

- I tak nie dałbyś mi dość do słowa... - mruknęła pod nosem.

- Co?

- Nic. Rano trening, potem polatałyśmy sobie trochę z Wichurką tu i tam, po obiedzie przyleciała Heathera, pogadałyśmy... A później już w sumie tylko Straszliwce i patrol. Nic ciekawego. Żadnych pasjonujących uderzeń w głowę czy rzeczy tego rodzaju.

- Mów co chcesz, ja tam bym się z chęcią zamienił - powiesił naczynie nad ogniem. Szczerbatek przeciągnął się i podszedł do jeźdźca, pchając ciekawski nos do szybko grzejącej się cieczy.

- Co? Tobie też chce się pić? - zapytał, po czym nalał trochę wody do leżącej obok stołu miski. Smok zaaprobował pomysł mruknięciem i zaczął cicho chłeptać. Czkawka przez chwilę przyglądał mu się z uśmiechem, bez słowa. Z niewiadomego powodu ucieszył się, że ma przy sobie takiego przyjaciela. Powoli podniósł oczy i przypadkiem natrafił wzrokiem na duże, dębowe krzesło ojca, które stało w kącie. Tam zostawił je Stoick, kiedy ostatni raz wychodził z domu... Jego syn do tej pory nie odważył się go przesunąć. Teraz zmarszczył brwi i z lekkim wahaniem podszedł bliżej. Przesunął palcami po szorstkim drewnie, zamykając oczy. Nagle strasznie zaciążyło mu to puste miejsce. Chciał choć przez chwilę mieć wrażenie, że ojciec wciąż tu jest. Brakowało mu jego wsparcia. Zdążył już nieraz spotkać się problemem, którego nie potrafił rozwiązać; z chwilą, kiedy nie wiedział, co zrobić, co powiedzieć; z momentami, w których podejmował tylko złe decyzje... Kiedyś nawet nie zdawał sobie sprawy, ile może się zdarzyć w ciągu krótkich... trzech miesięcy? Nawet niecałych. Tak, chyba tyle upłynęło od śmierci ojca. I Czkawka nadal nie mógł sobie z tym poradzić. Dobrze, że miał jeszcze mamę i Szczerbatka, bo inaczej dom zostałby zupełnie pusty... Valka naprawdę starała się wypełnić mu tę lukę, ale przecież nie mogła zastąpić człowieka, którego znał całe życie. Nawet jeśli Stoick był często pochopny w swoich osądach, popędliwy i apodyktyczny, nawet jeśli tyle razy się pomylił...

Był dobrym wodzem i dobrym ojcem.

Mylimy się całe życie, jesteśmy przecież tylko ludźmi. To nie nasze błędy o nas świadczą, tylko to, czy potrafimy je zauważyć i się do nich przyznać. I może ojcu nie przychodziło to łatwo, ale umiał przepraszać. Starał się zawsze mieć na względzie dobro innych ludzi, nie podejmował decyzji dla siebie, ale dla dobra wszystkich. I nie bał się poświęceń.

Nawet tych największych.

Czkawka poczuł, że jakaś żelazna obręcz ściska mu gardło. Zacisnął palce na drewnianym oparciu i mimowolnie pochylił głowę, walcząc przez chwilę z nachodzącym go wspomnieniem. Panująca wokół niego cisza, przerwana jedynie słabym trzaskiem promieni, nie zdradzała żadnej żywej istoty i chłopak poczuł się nagle strasznie samotny. Jakby naprawdę w tym domu nie było już nikogo... Do dziś jeszcze czasami pytał, dlaczego? Może dziwnie by to zabrzmiało, ale... to źle czy może wcale nie? I chociaż znał odpowiedź, nadal jej szukał, mając nadzieję, że znajdzie jakieś inne wyjaśnienie. W głębi duszy wiedział, że ojciec postąpił najlepiej, jak mógł, ale i tak czuł się potwornie. A taka świadomość niczego nie ułatwiała...

Z natłoku myśli wyrwało go delikatne dotknięcie w prawe ramię. Natychmiast wrócił do rzeczywistości. Szybko podniósł głowę, otworzył oczy i zobaczył obok siebie swojego najlepszego przyjaciela, który od razu wsunął mu się pod rękę i mruknął cicho. Czkawka uśmiechnął się i przytulił ukochany łeb. Tak, jego Nocna Furia miała zdecydowanie lepsze wyczucie czasu niż on sam. Szczerbatek odpowiedział mu swoim smoczym uśmiechem, a wódz podrapał go za uszami. Przypomniał sobie o Astrid. Spojrzał za siebie. Nadal stała przy palenisku i grzała wyciągnięte dłonie, ale tym razem nie patrzyła na niego. Spuściła wzrok, jakby nie chciała mu przeszkadzać. Miał wrażenie, że doskonale wiedziała, o co chodzi. Szczerbatek podążył za spojrzeniem przyjaciela i zdecydowanym ruchem szturchnął Czkawkę w pierś.

- Hej, jeszcze mnie przewrócisz, mały - zaprotestował, na wszelki wypadek przytrzymując się smoka. Astrid na dźwięk jego głosu podniosła głowę. Od razu spotkał się z nią wzrokiem i zrobiło mu się jakoś lżej na sercu.

- I co? Schnie choć trochę? - spytał, podchodząc do paleniska.

- Co? A, pewnie, że tak - uśmiechnęła się z ulgą. - Na pewno lepiej niż przy świeczce.

- Zdecydowanie - zabrał kociołek znad ognia. Słuchała, jak wyciąga kubek i przelewa do niego część zawartości garnka. Z cichym brzęknięciem zestawił kociołek na ziemię i podszedł do niej z kubkiem w ręku. - Proszę.

- Co to? - uniosła brwi, przyjmując naczynie. Gorąca para unosząca się nad wywarem połaskotała jej koniuszek nosa. - Mm... W sumie mniejsza z tym. Ważne, że ciepłe.

Na to szczere wyznanie Czkawka nie mógł się nie uśmiechnąć.

- Ta, też tak myślę. Mam nadzieję, że się tym trochę rozgrzejesz. Jakieś zioła, składu dokładnie nie znam, ale nie trujące - zapewnił od razu, bo Astrid posłała mu z ukosa niebezpieczne spojrzenie. - Mama często to parzy, mamy tego w chacie całkiem sporo, bo regularnie uzupełnia sobie zapasy. W sumie to jedyna część z tej całej zielarni, którą ogarniam.

Astrid omiotła wzrokiem pomieszczenie.

- A właśnie, Valki nie ma w domu, prawda? - spytała. Rzeczywiście, od wejścia miała wrażenie, że w mieszkaniu było zdecydowanie zbyt pusto, ale tak szybko wbiegła na górę, że nie zdążyła się nad tym zastanowić. I w sumie Czkawka też coś o tym wspominał...

- Nie. Rano, jak tylko zjadła śniadanie, wzięła Chmuroskoka i powiedziała, że leci na Smoczą Wyspę - odparł swobodnie.

- I nie wróciła na noc? - dziewczyna zmarszczyła brwi.

- Nie - chłopak schylił się i dorzucił kolejne polano do ognia. - Zapowiedziała się na jutro, pewnie będzie przed południem. Mamy ze Szczerbatkiem chatę tylko dla siebie. Co znaczy, że jak najbardziej możemy przenocować jeszcze jednego lokatora - mrugnął do niej porozumiewawczo.

- I co? Nie martwisz się?

- A niby o co? - spytał jakby odrobinę zdezorientowany. - Przecież jest dość miejsca.

- Ja nie o tym. No, bo skoro tak sama się tam wybrała... Powinna chyba mieć jakieś towarzystwo, nie? Tak na wypadek, gdyby się czasem coś stało.

- Ee, coś ty. Jej? Dwadzieścia lat żyła sama jedna wśród stada dzikich smoków i nic się nie wydarzyło. Poza tym, w razie czego ma Chmuroskoka.

Szczerbatek podszedł do niego od tyłu i otarł się o jego plecy jak kot. Czkawka uśmiechnął się, kiedy pysk smoka kolejny raz wysunął mu się spod ręki. Wyciągnął dłoń i delikatnie pogłaskał zwierzę po głowie. Bardzo lubił dotyk jego nieregularnych łusek, przesuwających mu się pod palcami. Astrid nie zwróciła na to szczególnej uwagi, bo od razu bezceremonialnie zabrała się za wywar. Szczerbatek, kiedy już nacieszył się pieszczotami, zerknął na nią i potarł głową o zbroję Czkawki.

- No co tym razem? Przecież dostałeś swoje - mruknął, siłując się z napierającym na niego smoczym łbem. Naturalnie wiedział, co. Ale smoczydło nie rozumiało, że to zła pora.

Dziewczyna uśmiechnęła się na ten widok i poszła odstawić pusty kubek na szafkę. Furia wymruczała coś, nie spuszczając wzroku ze swojego przyjaciela.

- Dobrze, idę spać, już idę - zdecydowanie odsunął od siebie Szczerbatka, który znowu trącił go pyskiem. Najwyraźniej chciał udowodnić jeźdźcowi, że źle rozumuje. - Hej, powiedziałem, dosyć. Jak jesteś taki zmęczony, możesz iść sam. My zaraz przyjedziemy.

Smok spoglądał przez chwilę to na niego, to na Astrid, ale widząc, że nic nie wskórał, prychnął i zaczął powoli obchodzić ich dookoła.

- Ej, Szczerbek, co ty? - Czkawka spróbował podejść do przyjaciela, ale ten odrobinę przyspieszył kroku i uciekł mu spod ręki.

- On się chce po prostu jeszcze chwilę pobawić - mruknęła dziewczyna. Wódz spojrzał na nią i wzruszył ramionami.

- Dobra, pięć minut. Ale przestań już tak dziwnie krążyć... Szczerbatek, słuchasz ty mnie? Szczerbatek!

Furia nie odpowiedziała, wciąż wpatrując się w jeźdźca swoimi zielonymi oczami. Kręgi, które zataczała, zaczęły z wolna robić się coraz ciaśniejsze. A dodatkowo w obrębie tego koła byli nie tylko oni dwoje, ale również palenisko. To się przestawało robić bezpieczne.

- Eee... Czkawka?

- No wiem, wiem. Widzę - wódz cofnął się o dwa kroki i podszedł bliżej do dziewczyny, nie spuszczając wzroku ze Szczerbatka. - Mordko, co się dzieje? Dobrze się czujesz?

- On często miewa takie odpały? - Astrid obejrzała się na chwilę w kierunku ognia.

- Jak dotąd mu się jeszcze nie zdarzyło... Mały, może ty jesteś chory, co? - stwierdził odkrywczo Czkawka, robiąc już któryś obrót wokół własnej osi, żeby utrzymać kontakt wzrokowy ze zwierzęciem.

- A ty mu na pewno wodę dałeś?... - spytała nieufnie.

- Tak, a niby co innego?

- Nie wiem, ale może to była jakaś mikstura od twojej mamy... Na sto procent pewien jesteś?

- Na dziewięćdziesiąt dziewięć i pół - oszacował, a dziewczyna spojrzała na niego krytycznie. - No co? W stu procentach człowiek chyba nigdy nie jest...

- Właśnie zawsze powinien być. Zwłaszcza, jak to się tyczy posiłków - stwierdziła sceptycznie.

- Oj, a ty byś była pewna, jakbyś mieszkała z osobą, która zupełnie z przypadku jest sobie takim tajemniczym smoczym medykiem, a ty na tych ziołach kompletnie się nie znasz? - spytał, wyciągając przed siebie ręce w uspokajającym geście. Nie rozumiał. Przecież Szczerbatek wydawał się zupełnie przytomny, a jego źrenice były duże i na swój sposób łagodne. Tylko to zachowanie...

- Czkawka? Bo ja jednak mam teorię...

Ekhem, jakby to ująć - nie przepadał za jej teoriami.

- Rety, Astrid, a skąd ja mam niby wiedzieć, jak wyglądają te jej wszystkie wywary? - powiedział w końcu, robiąc jeszcze pół kroku w tył. Furia przestała zmniejszać okręgi. - To był zwykły, przezroczysty, bezbarwny płyn... Dobra, bez paranoi, to musiała być woda.

- No to może powiesz mi, co wyprawia twój smok?

- A wybacz, tego akurat nie wiem - potrząsnął lekko głową, czując zawroty. - Ale na pewno nie dlatego, że się czegoś napił. Znaczy... wody.

- To co robimy?

- Eem... Nic, chyba czekamy - odparł niepewnie. Szczerbatek nie przestawał zataczać kółek, nawet lekko przyspieszył.

- Śmieszna sytuacja - odezwała się nagle Astrid. - Kręcimy się wokół własnej osi, wystraszeni jak dwójka maluchów nakrytych przy kradzieży jagód...

- Ja nie jestem wystraszony!

- ...a dookoła biega sobie oswojona i bardzo łagodna Nocna Furia...

- Super. Tylko jakoś nie jest mi teraz do śmiechu - mruknął.

- No mnie też średnio, ale pomyśl, zabawnie to musi z boku wyglądać.

- Z boku... Ej, to jest myśl - podniósł palec do skroni. - Chodź, musimy się ruszyć, zejść gdzieś na bok, pod ścianę, to nie będzie mógł biegać w kółko.

- No to co wtedy zrobi?

- Nie mam pojęcia, ale - nie wiem jak ty, w każdym razie ja już tak długo nie dam rady.

- Ee, no, mój świat też wiruje - przyznała.

- No to już! - wziął ją za rękę, zatrzymał się (co przypłacił tak porządnym zawrotem głowy, że nie miał szans złapać równowagi) i w chwili, kiedy smok przebiegał po drugiej stronie, pociągnął dziewczynę za sobą na bok, ku ścianie. W tym momencie Szczerbatek od razu się zatrzymał i... spokojnie przysiadł. Czkawka natomiast mimo rozpaczliwej próby podtrzymania się ściany z impetem usiadł na ziemi w dość nienaturalnej pozycji. W dodatku nie przyszło mu do głowy puścić dłoni Astrid i pociągnął dziewczynę za sobą (czy też raczej na siebie), skutkiem czego już chwilę później leżała na nim jak długa. Szczerbatek zarechotał głucho a szczęśliwie.

- Ja ci dam... ty gadzie... - jęknął od spodu Czkawka.

- Ciesz się, że chciał nas tylko wywalić - odezwała się Astrid, szukając dla ręki jakiegoś przyzwoitego oparcia.

- Ała! Astrid, przypominam, że łokieć zgina się tylko w jedną stro...ała, zejdź! Złaź ze mnie, zaraz mi złamiesz rękę! Idź!...

- Nie krzycz tak, przecież słyszę - syknęła, podnosząc się z ziemi. - Zaraz pół wioski tu przyleci, żeby cię ratować, bo pomyślą, że ktoś cię morduje.

Czkawka głośno wypuścił powietrze i spróbował poruszyć palcami.

- O Thorze... Astrid, nie rób mi tego więcej - poprosił, gdy już udało mu się złapać pion.

- Przypominam, geniuszu, że to ty mnie przewróciłeś.

- Na to nic nie poradzę, siła przyzwyczajenia. Tyle razy już musiałem cię łapać, że z reguły nie puszczam. Profilaktycznie - wzruszył ramionami. - Co, swoją drogą, miewa też dobre strony, sama przyznaj.

- Tak, zdarza się... - stwierdziła, otrzepując się i oglądając swoje ubranie. - Uu... Czy ty sobie w ogóle sprzątasz chatę?

- Dosyć często, ale zazwyczaj górę - przyznał. - Resztą zajmuje się mama.

- I od razu widać, kogo dziś nie ma w domu.

Szczerbatek znowu przypomniał o swojej obecności i zagruchał szczęśliwie. Oboje równocześnie spojrzeli w jego stronę.

- To tak się chciałeś zabawić, gadzie? - wódz podszedł do smoka.- Za poważnie dzisiaj ci było? Za co mnie tak nastraszyłeś, co? - podrapał zwierzę po karku. Szczerbatek ponownie rąbnął go łbem w pierś.

- Och, ty... - Czkawka chwycił niespodziewanie pysk Furii i zaczął się z nią siłować. Smok oczywiście nie pozostał mu dłużny i już po chwili chłopak leżał z powrotem na ziemi.

- Dobra. To nie było uczciwe - stwierdził poważnie z podłogi. - Mnie się cały czas kręci w głowie, i to przez ciebie, mały - poklepał go po łbie, a Szczerbatek pomógł mu wstać (służąc za punkt podparcia). - No, idziemy na górę.

- Weź ty się najpierw obejrzyj - roześmiała się Astrid i podeszła do przyjaciół. Furia zlustrowała jeźdźca i gruchnęła zgodnie.

- O rety, trochę paprochów, wielkie mi halo... - mruknął, otrzepując rękawy.

- Jesteś z tyłu cały czarny - pokręciła z uśmiechem głową. Czkawka spróbował obrócić głowę, żeby coś zobaczyć, ale ani za pierwszym, ani za drugim podejściem mu nie wyszło. Dziewczyna nie mogła powstrzymać śmiechu.

- Nie mam oczu na plecach, to nie widzę - stwierdził po kolejnej nieudanej próbie.

- Tym lepiej dla ciebie. Gorzej - dla twojego koca.

- Mmm, biedny koc - mruknął ironicznie, pozbywając się pyłu ze spodni. - To może byś pomogła, co?

Pokręciła głową i zabrała się za tylną część stroju. Szczerbatek oblizał wszystkie zęby, ziewnął i powoli potruchtał po schodach na piętro. Po chwili jednak zawrócił i położył się na samej górze, spuszczając o stopień swój czarny łeb, który idealnie wkomponował się w głęboki cień stojącej przy samym wyjściu grubej, dębowej kolumny. Przymknął oczy i sennym wzrokiem obserwował przyjaciół, czekając, aż w końcu do niego dołączą.

Astrid właśnie stanęła przed wodzem i zlustrowała go od stóp do głów.

- Nie cierpię, kiedy mnie ktoś tak ocenia - westchnął. - Ten twój wzrok... Normalnie jak dziewczyna po dziewczynie. Wiesz może przypadkiem, jakie to... niekomfortowe?

- Sza.

- I co? Dobrze już?

- Nie - podeszła krok bliżej, otrzepała mu okolice kołnierza i zabrała się za jego grzywkę.

- Astrid, bardzo ci dziękuję, ale ja mam ręce. Poradzę sobie.

- Ale nie masz lustra - odparła beztrosko, nie pozwalając mu odsunąć swoich dłoni. - Zresztą nie wiem, czy pamiętasz, ale swego czasu obiecałam ci, że w wolnej chwili udowodnię swoje umiejętności w kwestii działań na tej twojej czuprynie, a ty, o ile sobie przypominam, nie protestowałeś.

- To było piękne zdanie wielokrotnie złożone - podsumował złośliwie. - Przekonałaś mnie.

- Naprawdę? - zdziwiła się sztucznie.

- Jasne. Wiesz, że nie.

- Wiem też, że wciąż tu stoisz, a to oznacza, że nieważne, co tam wymielisz jadaczką, skoro ja i tak zrobię swoje - uśmiechnęła się zwycięsko.

- Mogę się odsunąć, kiedy zechcę - zażartował.

- No, ja wiem, ja wiem. Właśnie widzę - wyszczerzyła się radośnie.

Czkawka mimo swoich zapewnień pozwolił jej działać bez skrępowania. Wiedziała, że to lubił. Wzięła więc sobie to przyzwolenie do serca i dokumentnie zmierzwiła mu wszystkie włosy.

- Ej, chyba miałaś doprowadzić to do porządku, a nie burzyć jeszcze bardziej - prychnął, sięgając dłonią do czubka głowy i przygładzając jeden ze sterczących kosmyków.

- Zostaw, przecież zaraz poprawię. Musiałam wytrzepać - pokazała mu język. Natychmiast zorientował się w sytuacji.

- Żmijo... Nic na nich nie było, prawda?

- Oj tam, cicho - na jej twarzy gościł zadowolony uśmiech. - Dam głowę, że widziałam jakiś paproch.

- Ech, ty... Czekaj chwilę - mruknął i potrząsnął głową na boki, żeby fryzura choćby w małym stopniu przypominała poprzednią. Astrid przeczesała palcami jego włosy i zaczęła walczyć z niesfornymi, brązowymi kosmykami, które jakoś wcale nie chciały wracać na miejsce. Albo tylko to sobie wmawiała.

- Auć - syknął w pewnym momencie i odruchowo poderwał rękę. - Tam ostrożniej.

- Oj, przepraszam. To z tej dzisiejszej smoczej myjni?

- Tak jakby - przyznał ciężko.

- To lekkie stuknięcie, tak? - upewniła się litościwie.

- Znasz Sączysmarka - grymas na jego twarzy przypominał krzywy uśmiech. - Mierzy względem siebie. Nie powiem, rzeczywiście swego czasu dostawał mocniej. Tyle, że zazwyczaj miał na głowie hełm. A ja... sama widzisz. Myślałem, że mnie wścieklizna weźmie od tego bólu.

- To wyjaśnia ten cały raban - pokiwała głową, przesuwając dłonią po jego włosach. - No, guza to ty masz jak stąd do Berserków. Trzeba było przyłożyć lodem - mruknęła z przyganą.

- Tak, chyba bliźniakom. O, no właśnie. W temacie Berserków - Heathera mówiła, kiedy zamierza wracać? Bo nie zdążyłem się jej dzisiaj zapytać.

- Ee, nie - wymruczała Astrid, zaabsorbowana teraz jego fryzurą. - A co, już masz jej dość?

- Co ty, ja? Skąd - zaprzeczył żywo. - Tak tylko z ciekawości.

- Tyle, co powiedziała, to że ma mnóstwo czasu, czyli pewnie posiedzi... nie wiem, może jakiś tydzień? W każdym razie nie uściśliła.

- Aha. Śpi u ciebie na górze?

- Tak, chociaż początkowo zamierzała nocować na parterze. A jeszcze wcześniej to w ogóle u Szpicruty, ale to było... wiesz, zanim zaczęło padać.

- No, to rzeczywiście dłużej niż tydzień raczej nie wytrzyma - uśmiechnął się.

- To była jakaś sugestia? Taka nieznośna to chyba nie jestem - oderwała wzrok od jego włosów i spojrzała na niego, jakby na wszelki wypadek chciała ten fakt zweryfikować z jego opinią.

- To zależy - mruknął wymijająco. Jak miło, że dała się wciągnąć w tę grę.

- Zależy? - uniosła brwi i oparła rękę na biodrze, wpatrując się w jego oczy. W tej zieleni mogłaby się z powodzeniem utopić.

- No, jak dla kogo. Ja tam mógłbym cię znosić przez całe życie - nawet w tym samym pokoju - ale taki, dajmy na to, Sączysmark? Znaczy, znosić by pewnie zniósł... Pytanie, czy by to przeżył?

Astrid otwarła usta, żeby coś odparować, ale widząc jego łobuzerski uśmiech, sama nie mogła opanować swojego. Zmrużyła oczy i znacząco rzuciła okiem na jego włosy.

- Wiesz co?

- Wiem. Brakło ci słów.

- Nie, mam ogromną ochotę jeszcze raz ci to zburzyć - przyznała otwarcie. Czkawka objął ją w talii i przyciągnął do siebie.

- I tak źle ułożyłaś - mruknął cicho i pocałował ją.

- Mhm... Czyli mogę? - spytała. Jej dłoń już wsuwała się na jego kark.

- Yhm. W ogóle, chyba podeschła ci bluzka... - zdążył zauważyć, zanim ponownie przywarła wargami do jego ust.

Szczerbatek, leżący do tej pory cicho na szczycie schodów, gruchnął na ten widok i zatrzygł uszami. Czkawka drgnął, jakby spłoszony tym dźwiękiem, ale Astrid nie pozwoliła mu się odsunąć. Wplotła palce w jego włosy i lekko je zmierzwiła, czując jego dłoń na swoim policzku i skroni. Przez chwilę byli tak zajęci sobą, że gdyby wskutek tajemniczego trzęsienia ziemi zawalił się dom, w którym stali, albo - co bardziej prawdopodobne - któreś przypadkiem wdepnęłoby w palenisko, zapewne nie zwróciliby uwagi (w drugim przypadku raczej do czasu, ale i tak...). Nic więc dziwnego, że kiedy drzwi otworzyły się z takim rozmachem, że aż trzasnęły o ścianę, żadne z nich początkowo nie zareagowało.

- Czkaw... O matko, musicie tak na środku?! - Sączysmark odwrócił wzrok i dla pewności wyciągnął przed siebie otwartą dłoń, zasłaniając sobie widok. Czkawka natychmiast oderwał się od dziewczyny i zdezorientowanym wzrokiem omiótł przestrzeń w okolicach wejścia, a Astrid odruchowo poprawiła zburzone włosy. Z poprawą szło średnio, bo z jednej strony miała ich sporo wysuniętych nieco z warkocza, a manewru wyciągania ich nie dało się tak szybko odwrócić, więc po prostu założyła je sobie za ucho i postanowiła udawać, że tak ma być.

- Co... Ty nigdy nie pukasz?! - warknął ostro Haddock.

- Jakbym się spodziewał tego i tutaj, pewnie zrobiłbym wyjątek - stwierdził kwaśno i nie czekając na zaproszenie, wszedł głębiej do chaty, pobieżnie strzepując z siebie wodę.

- Ej, bo mi nabłocisz - skrzywił się Czkawka. - Co ty tu w ogóle robisz o tej porze?

- A spróbuj zgadnąć! Ta twoja...

- Tonę, ja tonę! - wrzasnął Mieczyk, który w tej samej chwili wpadł do chaty, zanosząc się potężnym kaszlem, i natychmiast zatrzasnął drzwi.

- Ej, ej, ostrożniej trochę, nie mam zamiaru od razu rano wymieniać tych zawiasów - stwierdził niezadowolony wódz. - Albo i drzwi w całości.

- O rety, takiego potopu to ja jeszcze nie widziałem - wydyszał bliźniak. Jego wygląd w pełni potwierdzał te słowa, bo gdyby ktoś wyciągnął go teraz z zatoki, prawdopodobnie byłby suchszy. Oparł ręce na kolanach i zgięty wpół, omiótł wzrokiem pomieszczenie.

- Zimno, tam jest tak strasznie zimno, i do tego woda lodowata... O, kanapka Thorstonów, dobry pomysł! Można się dołączyć? - spytał z nagłą werwą, patrząc na przyjaciół.

- Co? A, jasne - Czkawka natychmiast wypuścił Astrid z objęć. - Znaczy, jasne że nie, to nie była w ogóle żadna... kanapka.

- Raczej pasztet - prychnął Sączysmark, wokół którego zebrała się już spora kałuża. Dziewczyna posłała mu zabójcze spojrzenie.

- No, trudno, pasztet też lubię. Zwłaszcza wieprzowy - Mieczyk strzepnął sobie wodę z twarzy i zaczął wyżymać włosy.

- Hej, hej, koledzy, tu nie suszarnia - zaprotestował Czkawka. - Mieczyk, nie wiem, po coś ty biegał w tym deszczu, ale jak chcesz się tej wody z siebie pozbyć, to nie u mnie.

- Po co ty się w ogóle będziesz suszył, jak zaraz wracasz pilnować zbiornika? - spytał Sączysmark.

- Smark, ty też... Zaraz, jakiego zbiornika? - wódz z przerażeniem (i małym opóźnieniem) zarejestrował w zdaniu obecność pewnego felernego wyrazu.

- Kiedy ja już nie mogę! - jęknął bliźniak. - Tam się leje naraz tyle wody, że w życiu nie widziałeś!

- Bo ocean to gips - mruknął z przekąsem Jorgenson, wycierając mokry hełm o jeszcze bardziej mokre ubranie.

- Gips, nie gips, ale to wszystko wali mi po głowie i wpada dokładnie za kołnierz i do gardła. Nie dałem rady się utrzymać, dosłownie zmyło mnie z siodła. Ty, a co to w ogóle jest ten gips?

- Czekajcie, chwila moment! - przerwał im Czkawka, stając między jednym a drugim. - Sączysmark, powiedz, że nie mówisz o TYM zbiorniku...

- Co? A nie, o tym drugim, co to go na wyspie jeszcze nie mamy - warknął ironicznie, ale Astrid natychmiast wlepiła mu porządnego kuksańca. - Ała, już, już, bez nerwów, śliczna. Pewnie, że o tym. Przecież dlatego tu po ciebie przyleciałem, nie?

- A tego to ja nie wiem. Co się stało? - ściągnął brwi, wymieniając nad jego głową krótkie spojrzenie z dziewczyną.

- Ogólnie rzecz biorąc - mamy to twoje pływające Berk. Szczegóły na miejscu - streścił krótko Jorgenson.

- Trzeba było tak od razu. Szczerbatek, chodź! - Czkawka skinął na smoka, który otrzepał zaspany łeb i jednym susem znalazł się przy swoim jeźdźcu.

- To ja lecę po Wichurę - mruknęła Astrid.

- Obudź po drodze pozostałych - poprosił wódz. Skinęła głową, zarzuciła na nią kaptur i wybiegła z domu.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.