FANDOM


Ten wpis zawierać będzie niepowiązane ze sobą historie o Hiccstrid (i nie tylko), tzw. oneparty (lub one-shoty). Są to różnorodne historie, o odmiennej fabule i bez jakiejkolwiek kontynuacji. Po prostu nie chcę mieć chaosu i ton wpisów na blogu, skoro mogę wszystko mieć w jednym miejscu ;) ___________________________________________________________________________________

Noc i łzy

Nigdy go nie znaleźli.

(...) Czekała na niego, żeby do niej wrócił, żeby udowodnił wszystkim, że się mylili; żeby pokazał jej, że wszystko jest w porządku; żeby pokazał, że mogą mieć szczęśliwe zakończenie. (...)

Gdyby ktoś potem trafił na tę wyspę (...) zobaczyłby na pewno szczątki ogromnego potwora (...). Być może znalazłby też kawałki szkieletu Nocnej Furii, a gdyby naprawdę dobrze poszukał, poszarpane fragmenty ludzkich kości (...).

Czekała przez całe życie. Jej łzy nigdy nie wyschły, ale on nigdy nie wrócił. [1]

Noc. Praktycznie cała wioska pogrążona była we śnie. Wokół panowały niczym nie zmącone cisza i spokój. Właściwie nawet nie wiadomo kiedy, w pewien sen wkradła się przepiękna melodia i dobrze znane słowa piosenki z dzieciństwa.

Odkąd pamięta, zawsze stała na toaletce obok lustra.
W białych baletkach wychylona, w powietrzu uniesiona nóżka.
Nudziła się wśród bibelotów, kurz wyłapując w suknię złotą.
I tylko z dołu perski dywan, czasem jej puszczał perskie oko.

Właściwie od zawsze była sama. Chodzące za nią wiecznie tabuny ,,przyjaciół", były tylko pozorami. Tak naprawdę nic dla nich nie znaczyła. Po prostu wszyscy z nią trzymali, bo była najlepsza, piękna, silna, inteligentna. Ojciec nie mógł mieć wymarzonego syna, to ją wychował na twardą wojowniczkę, której wszyscy zazdrościli.

Laleczka z saskiej porcelany, twarz miała bladą jak pergamin.
Nie miała taty, ani mamy i nie tęskniła, ani ani.

Nie czuła się samotna. Bo właściwie nie czuła nic. Wojownicy nie odczuwają, dla nich uczucia nie mają żadnego znaczenia. Liczy się tylko to, żeby być jak najlepszym. ,,Perfekcja to podstawa" zwykł mawiać jej ojciec. Więc nie odczuwała nic, stała się zimna i twarda jak stal. Była zdolna tylko do bojowego szału, a jedyne co się dla niej liczyło, to dążenie do ideału.

Aż dnia pewnego, na komodzie prześliczny książę nagle stanął.
Kapelusz miał w zastygłej dłoni i piękny uśmiech z porcelany.
A w niej zabiło małe serce, co nie jest taką prostą sprawą.
I śniła, że dla niego tańczy, a on ukradkiem bije brawo.

Sama nie wiedziała, dlaczego w ogóle zaczęła zwracać na niego uwagę. Przecież był mały i słaby, własny ojciec go nie akceptował. A jednak, było jej przykro za każdym razem, kiedy ludzie mu dokuczali. Nie umiała czerpać przyjemności z dręczenia go, wręcz przeciwnie, nie chciała, żeby w ogóle ktokolwiek sprawiał mu przykrość. Jednak nigdy nie zrobiła nic, żeby mu pomóc. Może była na to zbyt skołowana, w końcu przez tyle lat nie zwracała uwagi na uczucia, a teraz nagle jakby w niej eksplodowały. A może po prostu bała się utracić szacunek, którym ją darzono.

Jej siostrą była dumna waza, a bratem zabytkowy lichtarz.
Laleczka z saskiej porcelany, maleńka, śliczna pozytywka.

To on ją zmienił, wiedziała to. Kiedy zaczął sobie radzić na smoczym szkoleniu, początkowo nawet się cieszyła. Być może stałby się nawet godny zwrócenia uwagi, na jaką zasługiwał. Ale on był coraz lepszy, aż zaczął ją przewyższać. Wtedy instynkt wojowniczki dał o sobie znać. A był on silniejszy niż... to wszystko. Zazdrość ją zdominowała. Dopiero Szczerbatek pokazał jej, że ten chłopak jest jeszcze bardziej niesamowity niż przypuszczała i jak bardzo się w stosunku do niego pomyliła.

Lecz jakże kruche bywa szczęście w nietrwałym świecie z porcelany.
Złośliwy wiatr zatrzasnął okno i książę rozbił się ,,na amen".
I znowu stoi obok lustra na toaletce, całkiem sama.
I tylko jedna, mała kropla spłynęła w dół po porcelanie.

Po co, na wszystkie demony świata, on tam poleciał? Dlaczego jak zwykle musiał robić wszystko po swojemu? Co chciał w ten sposób osiągnąć, popisać się? Udowodnić, że jest dobry? Czy zwyczajnie się zabić! Jeśli tak, to przynajmniej to mu się udało. Przynajmniej Szczerbatek przeżył. Zaopiekowała się nim, tak jak obiecywała przed ostatnim etapem szkolenia. Tylko co z tego!

Laleczka z saskiej porcelany, twarz miała bladą jak pergamin.
Na zawsze odszedł ukochany, a ona wciąż tęskniła za nim. [2]

Do końca życia żałowała, że nigdy nie miała okazji wyznać mu miłości. Przeklinała jednak jego głupotę i miała mu za złe, że ją opuścił. Trwała tak ze złamanym sercem, czekając cierpliwie, aż nadejdzie jej czas, jednocześnie mając nadzieję, że Odyn pozwoli im spotkać się w Valhalli. Wszystko by oddała, żeby znów zobaczyć jego uroczy uśmiech, dotknąć jedwabistych włosów, zatonąć w hipnotyzująco zielonych oczach, poczuć ciepło jego szczupłego ciała. Po prostu być szczęśliwa u jego boku. Lecz jej marzenie nigdy nie miało się spełnić...

Obudziła się oddychając ciężko i usiadła na łóżku. Spojrzała na śpiącego Szczerbatka i położyła dłoń na miejscu obok siebie. Było puste i zimne. Znów spojrzała na smoka, po czym podciągnęła kolana do piersi, objęła je ramionami i rozpłakała się kryjąc twarz. Nagle drzwi do sypialni otworzyły się i zamknęły cicho.

- Astrid, kochanie, co się stało? - zapytał jej mąż podchodząc do niej i przytulając ją mocno.

- Znowu miałam ten koszmar - szepnęła wtulając się w niego.

- Posłuchaj mnie - ujął jej twarz w dłonie i starł jej łzy. - Nie masz się co bać. Ja zawsze będę przy tobie - zapewnił całując ją namiętnie. - Kocham cię i zawsze będę kochał.

- Też cię kocham - odszepnęła. Trwali tak jeszcze przez chwilę w objęciu, aż w pewnej chwili usłyszeli zza ściany płacz śpiącego dotychczas dziecka.

- Pójdę do niego - uśmiechnął się mężczyzna wypuszczając ją z objęć. Na drewnianej podłodze, cichym stukotem rozbrzmiewał odgłos metalowej nogi.

Miłość cierpliwa jest

https://41.media.tumblr.com/e9b31bf4630a17de1850152c231417d9/tumblr_mw6eym0AAV1r376v0o1_500.png

- Cześć - Jack wyciągnął rękę na powitanie.

- Cześć - Czkawka uścisnął ją i ponownie oparł brodę na kolanie.

- Na co czekasz? - Frost wsparł się na swojej zakrzywionej lasce i usiadł obok przyjaciela.

- A jak ci się wydaje? - westchnął chłopak grzebiąc przy swojej sztucznej nodze.

- No to wygląda na to, że trochę sobie poczekamy.

- A na co? - spytał Julian, który właśnie przyszedł.

- Na nasze kobiety - odpowiedział Jack witając się z nim.

- Serio wolicie siedzieć i czekać, zamiast robić coś innego? - zdziwiła się Merida pojawiając się nagle znikąd. - I cześć tak przy okazji.

- Umówmy się, że tego nie zrozumiesz - Frost zazwyczaj był szczery do bólu.

- To może mi wyjaśnisz? - dziewczyna skrzyżowała ręce.

- W życiu. Idź się pobaw łukiem.

Niewątpliwie źle by się to skończyło, gdyby dwaj pozostali nie zerwali się nagle i nie uspokoili rozwścieczonej Meridy.

- Powiem wszystko twojej dziewczynie, zobaczysz - warknęła jeszcze i odeszła zadzierając głowę do góry.

- Ziomuś... masz delikatnie mówiąc przerąbane - Julian wrócił na swoje miejsce.

- W prawdzie nie bardziej niż ja bym miał, ale i tak kiepsko - Czkawka pokiwał głową.

- Luz, chłopaki, nic mi nie będzie. Nie wiecie, że rude to wredne? - Strażnik spokojnie wyciągnął się w powietrzu.

- Czy aby na pewno rude... - przyszły wódz zaczął się droczyć z przyjacielem, który wstał z miną pytającą ,,masz jakiś problem?". - No co ty, chyba nie skrzywdzisz kuternogi? - chłopak zaśmiał się nerwowo odsuwając się lekko. I o ile jego smok nic sobie z tego nie robił, o tyle na Jacka podziałało i usiadł z powrotem.

- Poza tym, mam sposoby na radzenie sobie ze złością mojej ukochanej.

- Kto ich nie ma? - Wiking uśmiechnął się pod nosem, wspominając własny sposób.

Zapadła chwila milczenia, którą przerwał dopiero zniecierpliwiony Frost.

- No ile można czekać?

- Już się niecierpliwisz? - uśmiechnął się Czkawka drapiąc Szczerbatka za uchem.

- A ty nie? - zdziwił się Strażnik.

- Nie - smoczy jeździec wzruszył ramionami ze spokojem.

- Dlaczego one zawsze muszą się tak długo szykować? - niestety, zimowy duch miał jedną podstawową wadę: szybko się nudził.

- Chcą być piękne - odpowiedział mu Szczerbiec.

- Stary, jesteś w związku tyle czasu, a jeszcze nie wiesz takich rzeczy? - Czkawka spojrzał na przyjaciela z niedowierzaniem. Jack tylko nachmurzył się i nic nie odpowiedział.

- Ciekawe, która przyjdzie pierwsza - zastanowił się Julek.

- Zakład, że moja? - Frost jak zwykle był skory do zabaw.

- Co proszę? Ty chyba nie mówisz poważnie - nie dowierzał były złodziej, ale zakład przyjął. Zapadła kolejna chwila ciszy, którą przerwał tym razem Czkawka.

- Wygrałem! - zawołał radośnie wyrzucając ręce do góry.

- Nawet się nie zakładałeś! - zaprotestował Jack.

- No to co. I tak wygrałem - Wiking skrzyżował ręce.

- A co wygrałeś? - zaciekawiła się Astrid stając przy nim.

- Najlepszą dziewczynę świata - uśmiechnął się wstając, po czym objął ją i pocałował z uczuciem.

- Ale ona nie jest królową - droczył się Frost.

- Ale ma dla mnie więcej czasu - odparował smoczy jeździec, a na to żartowniś nie znalazł ciętej riposty, więc zamilkł, lekko obrażony. Czkawka i Astrid zachichotali ponownie się całując.

- Weźcie wyjdźcie i w ogóle, utrudniacie nam czekanie - Strażnik odwrócił się ostentacyjnie udając zniesmaczenie.

- Daj spokój, wiesz, że oni nie potrafią trzymać się od siebie z dale... - nie dokończył, bo nagle czyjeś małe dłonie zasłoniły mu oczy. - Przestań słońce. I tak wiem, że to ty - uśmiechnął się i odwrócił. Roszpunka zarzuciła mu ręce na szyję, stanęła na palcach i pocałowała go.

- Idziemy, czy czekamy na coś? - zapytała, gdy już przywitała się ze wszystkimi.

- Posiedzimy jeszcze trochę z Jackiem, zanim jego dziewczyna nie przyjdzie - wyjaśnił jej Czkawka.

- Wiesz, taka męska solidarność - Astrid mrugnęła porozumiewawczo. - Zresztą wiesz, jaki on jest. Potrzebuje publiki - poczochrała po przyjacielsku białe włosy chłopaka, który spojrzał na nią ze złością.

- Bo się poczuję zazdrosny - ostrzegł Wiking obejmując ukochaną w talii.

- I dobrze - odparła niewzruszona. - Musisz dbać o to, co twoje.

Chłopak już miał coś na to odpowiedzieć, ale udaremnił mu to nagły okrzyk Jacka.

- No, nareszcie! - wystrzelił jak z procy i poleciał do swojej kobiety.

Elsa uściskała jeszcze siostrę na pożegnanie, zanim stęskniony Frost porwał ją w ramiona. Kristoff i uczepiona jego ramienia Anna pomachali z daleka przyjaciołom, po czym poszli w swoją stronę.

- Cześć wszystkim - Królowa Śniegu przywitała się najpierw ogólnie, a potem z każdym po kolei.

- To co, my już pójdziemy, skoro wszyscy w komplecie, nie? - Roszpunka spojrzała na Juliana.

- No w zasadzie to tak - zgodził się, po czym pożegnali się i odeszli.

- A, mam na ciebie jeszcze jedno - Jack wycelował palec w Czkawkę. - Nie umiesz latać.

- Co? - roześmiał się wskakując na grzbiet swojego smoka i czekając chwilę, aż Astrid usiądzie za nim, o czym dały mu znać jej ręce, które oplotły jego klatkę piersiową oraz ciepło i ciężar jej ciała. - Szczerbek! Pokażmy panu Złośliwemu jak się lata!

Nocna Furia z zadowoleniem wystrzeliła w powietrze, a Frost przycisnął Elsę do siebie i również wzbił się do lotu.

- Nie wiem jak wy, ale ja leżę i nie wstaję - powiedziałam do siebie naciskając ,,Publikuj".

,,To naprawdę nie była twoja wina"

Kontynuacja, o którą prosiliście. Może słabo w temacie, ale nie miałam gdzie
jej wrzucić. Bo pod 1 to było tak dziwnie.

- Miecz, zaczekaj - wołała mała dziewczynka goniąc brata. - Mamo, szybciej! - odwróciła się machając do matki.

Szpadka uśmiechnęła się nieco wymuszenie. Pierwszy raz zabierała tu dzieciaki, choć sama przychodziła codziennie od ponad dziesięciu lat. Dzisiejszy dzień był jednak wyjątkowy. Dzisiaj była rocznica.

Dotarła na miejsce jako ostatnia. Choć dzień był przepiękny, a pogoda wprost nastrajała szczęściem, atmosfera na plaży była ciężka. Dorośli pogrążeni byli we wspomnieniach, a dzieci stały spokojnie rozumiejąc, że to ważna chwila i nie wolno przeszkadzać.

Przyjaciele spojrzeli na Szpadkę, próbując dodać jej otuchy spojrzeniem. Wyjątkiem był Czkawka, który jedną ręką obejmował Astrid, a drugą trzymał na ramieniu ich córki Śnieżynki i patrzył tępo w przestrzeń. Wszyscy wiedzieli, że to tej pory obwiniał się za to, co się stało i nie potrafił sobie wybaczyć.

Obok niego stał Sączysmark z trzema synami, Pięknosmarkiem, Siłosmarkiem i Mądrosmarkiem, natomiast Śledzik trzymał za ręce Księżnisię i Miecza. Szpadka spojrzała na nich, po czym westchnęła i usiadła na piasku, obejmując kolana ramionami.

- Hej, głupolu - powiedziała cicho patrząc w morze i nie przejmując się obecnością innych. - Pamiętasz, jak ostatnio ci obiecałam, że przyprowadzę wszystkich? Teraz możesz poznać nasze dzieciaki - uśmiechnęła się smutno. - Szkoda tylko, że one nie mogą poznać ciebie... - westchnęła.

- Ciociu, co mamusia robi? - zapytała Księżnisia ciągnąc Astrid za rękaw.

- Rozmawia ze swoim bratem - odpowiedziała kobieta biorąc małą na ręce.

- Ale mama nie ma brata - zauważył syn Śledzika.

- Ma. Po prostu nie ma go tutaj - wyjaśnił mu ojciec.

- To gdzie w takim razie jest? - chciała wiedzieć trzymana przez Astrid dziewczynka.

- W Valhalli - odparła cicho żona wodza.

- On... umarł? - spytała Śnieżynka patrząc na ojca szeroko otwartymi oczami. Czkawka nie odpowiedział, tylko wpatrywał się w Szpadkę, po czym z westchnieniem podszedł do niej i usiadł obok.

- Tata wciąż myśli, że to była jego wina - wyjaśniła jej matka.

- Ale to nie może być prawda... prawda?

- Prawda. Ale wiesz jaki on jest. Strasznie uparty - Astrid odstawiła Księżnisię na ziemię i przytuliła się do męża.

- Wiem, co zaraz powiesz - mruknął do niej.

- Nie zamierzałam nic mówić - uśmiechnęła się całując go w policzek. - Chciałam po prostu posiedzieć razem z tobą.

- Mamo... jaki on był? - Księżnisia jak typowa pięciolatka chciała wszystko wiedzieć.

- Był głupi, wredny, egoistyczny, naiwny, bezrozumny i cały czas tylko się ze mną bił albo kłócił... - odpowiedziała ze złością Szpadka. - I tak strasznie mi go brakuje... - szepnęła przytulając córkę ze łzami w oczach.

- A jak zginął? - zaciekawił się Miecz.

- W walce, jak prawdziwy wojownik - odparł milczący dotychczas Sączysmark. - Choć nie ma pewności, czy wykazał się odwagą, czy raczej głupotą.

- Mieczyk był... niezwykły - Astrid próbowała znaleźć odpowiednie słowo, ale żadne takie nie było. - Masz po nim imię - zwróciła się do syna przyjaciół.

- Przez całe życie nie znosiłam mojego brata i dopiero, kiedy go straciłam... - Szpadka urwała i zacisnęła oczy. - Dopiero wtedy zrozumiałam, że tak naprawdę od zawsze go kochałam... - nie była w stanie kontynuować, po prostu wybuchnęła płaczem.

- Nam też strasznie go brakuje - powiedział Śledzik, chcąc jakoś wesprzeć żonę, która codziennie od dziesięciu lat przychodziła na tę plażę i przesiadywała na niej kilka godzin, tęskniąc za swoim bliźniakiem.

- Cały czas się zastanawiam, co by było, gdybym był wtedy z wami - odezwał się cicho Czkawka wciąż wpatrując się w morze szklistymi oczami.

- Tatusiu - Śnieżynka wzięła twarz ojca w swoje małe rączki. - Kiedy to wreszcie do ciebie dotrze? To nie była twoja wina.

- Skąd możesz wiedzieć, przecież cię tam nie było - skrzywił się mężczyzna.

- Ale ja tak mówię. A ja tam byłam i doskonale pamiętam każdy szczegół, jakby to było wczoraj - oświadczyła Astrid.

- Minęło tyle czasu, a nikt z nas nie jest w stanie zapomnieć. Nawet zemsta niewiele dała, a już na pewno nie przywróciła Mieczykowi życia - Sączysmark naprawdę zmądrzał przez ten czas.

- Mimo wszystko, Śnieżynka, Astrid i wszyscy wokół mają rację, Czkawka - Szpadka podniosła głowę ocierając łzy. - To naprawdę nie była twoja wina...

Po części bowiem tylko poznajemy, po części prorokujemy.

- Ej, Astrid?

- Co? - wojowniczka otworzyła leniwie oczy.

- Co byś zrobiła, gdyby ktoś nas teraz zaatakował? - Szpadka i jej pomysły. Dziewczyny relaksowały się w łaźni po kolejnym, wyczerpującym dniu pełnym pracy. Wciąż było mnóstwo do zrobienia i wszyscy mieli wrażenie, że to się chyba nigdy nie skończy. Wiedzieli też jednak, że przywrócenie wioski do ładu, było niesłychanie ważne.

- Astrid! - Szpadka była niecierpliwa.

- Czekaj, myślę - usłyszała w odpowiedzi. Dziewczyna nie przepadała za towarzystwem bliźniaków, choć osobno byli w miarę znośni. Jednak wolała siedzieć tu ze Szpadką niż sama. I nie chodziło o to, że nie umiały się bronić, wręcz przeciwnie, obie walczyły doskonale. Powód był inny, banalnie prosty: podglądacze.

- Na pewno bym się ubrała - odparła wreszcie Astrid. - Nie miałabym najmniejszej ochoty walczyć nago.

- A gdyby wpadli tak nagle, że nie miałabyś czasu się ubrać? - Szpadka najwyraźniej świetnie się bawiła.

- A co to, gra w 20 pytań? - zirytowała się wojowniczka.

- Ja to bym użyła włosów - wzruszyła ramionami.

- Nie wiem, czy wiesz, ale twoje włosy zakrywają znacznie więcej niż moje, nie uważasz? - na dowód, wyłowiła z wody niesamowicie długie pasmo włosów towarzyszki i naprężyła lekko, po czym dla porównania pociągnęła swój kosmyk, sięgający ledwie do łopatek.

- No dlatego pytam.

- Wiesz, nie wiem jak ty, ale ja wolę polegać bardziej na swojej broni i umiejętnościach bojowych, niż na wdziękach - mówiąc to, pogładziła rękojeść topora, który zawsze miała przy sobie.

- A szkoda - bliźniaczka pokręciła głową. - Bo mogłabyś to nieźle wykorzystać. W końcu nie bez powodu wszyscy faceci ślinią się na twój widok - mruknęła kąśliwie.

- Tym bardziej nie mam ochoty, żeby któryś mnie widział nago.

- Nawet Czkawka? - Szpadka zaczynała się rozkręcać.

- Nawet Czkawka - Astrid pozostała niewzruszona.

- O ja cię... To znaczy, że wy... wy... jeszcze nie...? - wpatrywała się w dziewczynę młodego wodza wielkimi oczami.

- Nie - wzruszyła ramionami tamta.

- To na co wy jeszcze czekacie?! Bo w to, że nie macie ochoty, nigdy nie uwierzę - brwi Szpadki powędrowały do góry.

- A może my najpierw chcemy wziąć ślub? To nie jest dla nas najważniejsze - Astrid skrzyżowała ręce.

- No no no, Astrid Hofferson, kto by się spodziewał, że z ciebie taka grzeczna dziewczynka? - zapytała bliźniaczka z przekornym uśmieszkiem. - Ani się obejrzeć, jak zostaniesz kurą domową - wycelowała w nią palec.

- A może ja właśnie chcę zostać kurą domową?

- To zupełnie nie w twoim stylu. Ale jak tak, to kiedy ten ślub?

- Szpadka, mamy dopiero 20 lat i całą wioskę do odbudowania. Niby jak ty sobie wyobrażasz teraz brać ślub? - westchnęła.

- No faktycznie nie bardzo - przyznała, po czym umilkły na chwilę.

- Wobec tego pomówmy o tobie - tym razem Astrid uśmiechnęła się chytrze. - Jak się mają twoje sprawy uczuciowe?

- Cóż... Eret się chyba powoli do mnie przekonuje, a Sączysmark i Śledzik w dalszym ciągu nie ustają w wysiłkach, żeby mnie poderwać. A już miałam nadzieję, że im przeszło - mruknęła zapytana.

- A co zrobisz, jak ci jednak nie wyjdzie z Eretem?

- Nie wiem - wzruszyła ramionami. - Sączysmark świetnie wygląda, ale ma straszny charakter, a Śledzik jest fajny, ale urodą nie grzeszy. Aż ci kurczę normalnie zazdroszczę - spojrzała na towarzyszkę. - Wybierając z pozoru najgorzej, trafiłaś najlepiej. Kto by pomyślał, że nasz mały Czkawuś będzie kiedyś takim ciachem? - uśmiechnęła się szeroko.

- Jeśli już, to nie ,,nasz Czkawuś", tylko ,,mój Czkawuś" - Astrid również się uśmiechnęła z lekkim rozmarzeniem. - Ale nie przeczę, jest bardzo pociągający i trudno mu się oprzeć...

- Nie raz widziałam taką minę u Czkawki, ale u ciebie jeszcze nigdy - Szpadka wpatrywała się rozbawiona w głupkowaty uśmiech przyjaciółki.

- Jaką minę, nie mam żadnej miny - Astrid otrząsnęła się z zamyślenia.

- Jasne jasne. Pewnie wyobrażałaś sobie, jak cię całuje, dotyka, a potem...

- Szpadka! - przerwała jej gniewnie, zanim prowokacje zaszły zbyt daleko.

- Kiedyś i tak to zrobicie, więc o co ci chodzi? Zresztą w ogóle nie rozumiem, po co czekacie.

- Bo chcemy. Już ci mówiłam, to nie jest dla nas ważne. Poza tym chcemy, żeby ten pierwszy raz był wyjątkowy, a jaka okazja jest bardziej wyjątkowa niż noc poślubna? - Astrid uniosła jedną brew.

- No dobra, na to nie mam argumentu - przyznała. - A ty myślisz, że wytrzymacie tyle? - zapytała po chwili, a oczy jej zalśniły.

- Obiecaliśmy sobie. Kwestionujesz słowo wodza? Czy moje? - uniosła topór.

- Nie no, dobra, nic nie kwestionuję - wystawiła ręce w geście obronnym.

- Dobra - mruknęła Astrid przeciągając się. - Ja wychodzę, mam już dość moczenia się.

- Ja też - zgodziła się Szpadka, po czym obie wyszły z wody.

- Słyszałaś to? - zamarła nagle Astrid, przerywając wycieranie się i instynktownie biorąc topór.

Na zewnątrz dało się słyszeć jakieś stłumione głosy i szepty. Po chwili drzwi się otworzyły, a Śledzik, Sączysmark i Mieczyk rozpłaszczyli się na progu, gdy stracili podparcie. Zaskoczona Astrid straciła równowagę z powrotem wpadła do wody, z głośnym pluskiem. Błyskawicznie wyszła i zamachnęła się toporem, a chłopaki jak na komendę zamknęli oczy, choć było na co popatrzeć.

- Zabiję was! - wrzasnęła rozwścieczona. Podglądacze leżeli bezradnie, wciąż bojąc się otworzyć oczy. W pewnym momencie Sączysmark się odważył uchylić odrobinę powiekę, na co dziewczyna zareagowała błyskawicznie, ciskając toporem.

- Co tu się dzieje? - zapytał Czkawka unikając ciosu. To co zobaczył, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Mieczyk ze Smarkiem leżeli na podłodze, na nich Śledzik, a nad całą trójką stała Astrid, wściekła, ociekająca wodą i całkowicie naga. Na jego widok tylko ukryła twarz w dłoniach, załamana.

Młody wódz niewiele myśląc podszedł i przytulił ukochaną, chcąc ją pocieszyć i uspokoić. Chłopaki korzystając z okazji, wynieśli się jak najdalej. Szpadka stała w kącie rozczesując spokojnie włosy. Astrid wtuliła się w ramiona Czkawki, za wszelką cenę próbując się nie rozpłakać, a on stał tylko obejmując ją i próbując nie myśleć. Nie miała pojęcia, jak na niego działała i nie chciał, żeby się dowiedziała.

- Ubierz się spokojnie, kochanie - powiedział cicho odsuwając się i całując ją lekko. - Dopilnuję, żeby już nikt ci nie przeszkodził - uśmiechnął się, po czym wyszedł, nie patrząc na nią.

- Wow... mało który tak szanuje kobiety. Taki facet to skarb - odezwała się Szpadka, będąc pod wielkim wrażeniem.

- Nawet nie wiesz jaki...

Koszulkowy alarm

- Nudno trochę... - Jack ze swoim ADHD nie umiał usiedzieć zbyt długo w jednym miejscu. Mimo iż pogoda była przepiękna, widok błękitnego oceanu iskrzącego się złociście w pełnym słońcu zapierał dech w piersiach, a ciepły piasek plaży przyjemnie grzał. To jednak ile można było tak po prostu siedzieć?

- Mi też się nudzi - przyznał Czkawka głaszcząc mechanicznie Szczerbatka. Lśniące, kruczoczarne łuski smoka mocno się nagrzewały, jednak jemu zdawało się to nie przeszkadzać, wręcz przeciwnie. Z wielką przyjemnością wygrzewał się w słońcu.

- Zagrajmy w coś - zaproponował Kristoff. Był dostawcą lodu, przywykł do zimna, więc zarówno jemu, jak i Svenowi, było dość gorąco.

- Niby w co? W nogę? - zapytał Julian. Jakimś cudem, Maximus leżał obok niego, nie próbując go zabić. Wygląda na to, że wreszcie na dobre się zaprzyjaźnili.

- Halo, kaleka w zespole - Wiking uniósł lekko metalową protezę.

- Zauważyliście, że tylko ja nie mam zwierzaczka? - zapytał Frost patrząc na przyjaciół. W odpowiedzi, Max, Szczerbek i Sven tylko warknęli nieprzyjaźnie.

- Czy ty właśnie nazwałeś naszych przyjaciół ,,zwierzaczkami"? - Julek poklepał konia po śnieżnobiałej szyi. Siwek zdawał się popierać jego słowa.

- Sven jest dla mnie jak brat - skomentował Kristoff, dzieląc się z renem marchewką.

- Wiesz, Jack, ten, jak to określiłeś, ,,zwierzaczek", to mój najlepszy przyjaciel. Prawda, Szczerbuś? - Nocna Furia położyła swojemu jeźdźcowi łeb na brzuchu i zamruczała z zadowoleniem.

- Myślałem, że to ja jestem twoim najlepszym przyjacielem - powiedział Strażnik, lekko urażony.

- Otóż nie. Nic nie zastąpi Szczerbatka - jakby na potwierdzenie tych słów, smok zaczął lizać swojego pana. - Przestań, przestań! - zawołał chłopak uwalniając się od spragnionego czułości Szczerbola. - Wiesz, że to się nie spiera! - spojrzał na niego z wyrzutem. Nocna Furia tylko zaśmiała się gardłowo.

Niezadowolony Czkawka poczłapał w kierunku oceanu, zmyć z siebie smoczą ślinę.

- Dobra chłopaki. To gramy. Was dwóch na nas dwóch? - zapytał Jack.

- Błagam, dwa patyczaki w jednej drużynie? Nie sądzisz, że nie macie najmniejszych szans? - zaśmiał się Kristoff.

- Jeszcze zobaczymy, kto tu nie ma szans - powiedział Frost wyzywająco.

W tym samym czasie...

Merida siedziała na wzgórzu i obserwowała wylegujących się na plaży przyjaciół.

- Ouuu... koszulkowy alarm. Dobrze, że nie ma Astrid - uśmiechnęła się do siebie.

- A czemu? - ciekawska jak zwykle Anna, wyrosła obok jak spod ziemi, a za nią stała jej starsza siostra, Elsa.

- No spójrz tylko. Szczerbatek wylizał Czkawkę, który poszedł wyczyścić ciuchy - wyjaśniła rudowłosa, obserwując chłopaka. Właśnie podszedł do wody i zdjął z siebie tunikę, prezentując szczupłą klatkę piersiową, o lekko zarysowanych mięśniach.

- Mmmm... no tak, koszulkowy alarm. Chyba już rozumiem, co miałaś na myśli - mruknęła Elsa.

- Nooo... Niezły jest - uśmiechnęła się jej siostra.

- O czym gadacie? - zaciekawiła się Roszpunka, siadając obok dziewczyn.

- O chłopaku Astrid. Słodki jest - odpowiedziała jej Anna, prosto z mostu.

- Thorze przenajświętszy... - blond wojowniczka aż zamarła, widząc swojego ukochanego, który właśnie skończył czyścić tunikę i wracał na brzeg. - Nie znoszę, kiedy mi to robi - jęknęła cicho, na co pozostałe dziewczyny tylko zachichotały.

- Aaaa... koszulkowy alarm. Wiedziałam, że jest przystojny, ale nie aż tak - uśmiechnęła się Roszpunka.

- A co ja mam powiedzieć? - dziewczyna wpatrywała się tęsknie w Czkawkę.

A na plaży...

- Chłopaki... - Czkawka odwrócił się do przyjaciół z lekkim uśmieszkiem. - Mamy towarzystwo - oznajmił, wskazując dyskretnie głową kierunek, w którym siedziały dziewczyny.

- Lubię takie towarzystwo - uśmiechnął się Jack. - Co powiecie na to, żeby trochę się z nimi podroczyć?

- Niby jak chcesz to zrobić? - zapytał Julian.

- To proste, tak jak on - Frost wskazał nagą pierś Czkawki.

- Co? Co ty gadasz? - nie zrozumiał Kristoff.

- A spójrz na minę Astrid - Strażnik zerknął dyskretnie na blondynkę, a dostawca lodu zrobił to samo. - Nie wiem jak ty, ale ja chętnie zobaczyłbym taki wyraz twarzy u mojej dziewczyny.

- Myślisz, że to zadziała? - nie był pewien.

- Jest tylko jeden sposób, żeby się przekonać - Jack uśmiechnął się. - Panowie, rozbieramy się - to mówiąc, zdjął swoją niebieską bluzę i zerknął na Elsę. Z triumfem obserwował, jak na jej twarzy pojawia się rumieniec, widoczny nawet z daleka.

- No rzeczywiście - Julian poszedł w jego ślady i prawie padł na widok miny Roszpunki.

- Nie jestem pewien, czy to zadziała...

- No dawaj, Kristoff! Co masz do stracenia? - Frost nie mógł pozwolić, żeby coś zepsuło mu doskonałą zabawę.

- W zasadzie sporo.

- Niby co?

- A może tak godność, reputację, szacunek...? Mówią ci coś te słowa?

- Daj spokój, to jest Jack - powiedział ze śmiechem Czkawka. - Jeszcze go nie znasz?

- No znam, znam... - westchnął.

- Stary, mam dobry argument, który na pewno cię przekona - Julek położył przyjacielowi dłoń na ramieniu. - Będzie ci chłodniej - wypalił z uśmiechem.

Kristoff przewrócił oczami, po czym ustąpił. Na twarzy Anny w mgnieniu oka pojawił się niezbyt mądry, rozmarzony uśmiech, na który patrzył z wyraźną satysfakcją.

- A nie mówiłem? - mruknął uradowany Strażnik.

Wracając do dziewczyn..."

Wszystkie pięć pań wpatrywało się w czterech, półnagich mężczyzn z wyraźnym zachwytem. Meridzie się w końcu znudziło, ale pozostałe ani myślały przestać. Nagle przyjrzała się ich twarzom, po czym ryknęła śmiechem. Przyjaciółki spojrzały na nią zaskoczone.

- Wyglądacie jak dzieci na wyprzedaży w cukierni! - zawołała zwijając się ze śmiechu.

- Dziwisz się? Takie ciacha... - Elsa wsparła brodę na łokciu, który oparła o kolana.

- Siostra, nie spodziewałam się po tobie takich reakcji - zaśmiała się Anna.

- Ja się w ogóle nie dziwię - Roszpunka pokręciła głową.

- Anna, jest koszulkowy alarm do potęgi - powiedziała Merida ze śmiechem. - Nic nie jest normalne, ani do przewidzenia.

Tylko Astrid siedziała w milczeniu, głaszcząc bezwiednie Wichurę i wpatrując się wciąż tęsknym wzrokiem w sylwetkę swojego chłopaka.

- Chodźmy do nich - zaproponowała nieoczekiwanie.

- Co? - zdziwiły się dziewczyny, niemal jednocześnie.

- Po co będziemy tu siedzieć i gapić się, jak to pięknie Merida ujęła, ,,jak dzieci na wyprzedaż w cukierni", skoro możemy tam pójść i wykorzystać to, że są porozbierani - na jej ustach zatańczył znaczący uśmieszek.

- To na co jeszcze czekamy? - Roszpunka wstała błyskawicznie, tak samo zresztą jak Anna.

- Elsa, chodź! Nie mów, że byś nie chciała - wyciągnęła rękę do siostry.

- Idź, Elsa. Raz się żyje - mruknęła Merida.

- No... nie wiem...

- Co masz do stracenia? - Astrid spojrzała na nią znacząco.

- W zasadzie to nic... - odparła niepewnie Królowa Śniegu, chwytając dłoń siostry, która pomogła jej wstać.

- Idźcie, ja sobie zostanę - Merida wiedziała, że i tak nie będzie tam miała nic ciekawego do roboty. Bycie singielką wśród zakochanych par, nie było proste. Ale miała nadzieję, że kiedyś spotka tego jedynego, w którym zakocha się po uszy, jak jej przyjaciółki.

Cztery panie, smoczyca i kameleon ruszyły w stronę plaży. Jak tylko Szczerbatek je usłyszał, od razu się zerwał. Wichurka wybiegła przyjacielowi na spotkanie i już po chwili oba smoki doskonale się bawiły. Gdy Roszpunka przystanęła, żeby pogłaskać Maximusa, Pascal przeskoczył po jej ręce na głowę konia, a Sven polizał go na powitanie.

- Kogo to widzą moje piękne oczy - uśmiechnął się Jack, witając się z dziewczynami.

- Kto powiedział, że są piękne? - mruknęła Elsa.

- Oczywiście ty, skarbie - posłał jej uwodzicielskie spojrzenie, na które tylko zachichotała.

Nagle Czkawka coś mruknął, żeby zwrócić na siebie uwagę, po czym wskazał wzrokiem ocean. Uśmiech żartownisia pojawił się na twarzy Frosta niemal natychmiast. Porwał zaskoczoną Elsę na ręce, po czym bezceremonialnie zaniósł ją do wody i tam wrzucił z wielkim pluskiem, co powtórzyli pozostali.

Ich kobiety były wściekłe, ale oni tego nie zauważali. Z triumfem przybili sobie "piątki" i głośno się śmiali.

- Gratuluję pomysłu, przyjacielu - Strażnik poklepał Wikinga po ramieniu.

- Ty... - Astrid błyskawicznie wyskoczyła z wody i powaliła zaskoczonego chłopaka, wpatrując się w niego z furią.

- Kotku... - powiedział cicho, doskonale wiedząc, że uwielbiała, kiedy tak do niej mówił. Spojrzał na nią ze strachem tymi swoimi wielkimi, zielonymi oczami dziecka, które nadawały jego twarzy tak uroczych rysów małego chłopca. Poczuła, jak mięknie jej serce. Był taki przerażony, taki słodki i bezbronny, że jedyne co zdołała zrobić, to pochylić się i pocałować go czule.

- Przepraszam - powiedziała do przyjaciółek, schodząc z niego po chwili. - Ale nie umiem się na niego gniewać - choć nadal była lekko urażona.

- Tak, wiemy. Wystarczy, że na ciebie spojrzy, a już się rozpływasz - powiedziała Merida podchodząc do nich. Zdecydowała że jednak przyjść.

- Mówiłem, że rude to wredne - mruknął Jack. - Nie przejmuj się, jest zwyczajnie zazdrosna.

- Ja, zazdrosna? Niby o co? - dziewczyna zmierzyła go chłodnym spojrzeniem.

- Po prostu niektórzy rodzą się z takim spojrzeniem - po przyjacielsku zarzucił Czkawce rękę na szyję i uwiesił się lekko na nim.

- Mówiłem już, że wątpię w to, czy aby na pewno to rudy oznacza wredotę? - smoczy jeździec spojrzał na Frosta.

Strażnik szykował się właśnie do kontrataku, ale Astrid skutecznie mu to uniemożliwiła, rzucając mu mordercze spojrzenie i wchodząc w słowo.

- A tak przy okazji. Chodziło tylko o to, żeby zrobić nam kawał, czy zwyczajnie chodziło o widok nas w mokrych bluzkach? - zapytała wypychając lekko klatkę piersiową w przód i rozpraszając go w ten sposób.

Wiking już zamierzał coś na ten temat powiedzieć, ale nagle ogromny cień przysłonił słońce, a niedaleko nich wylądował Chmuroskok.

- Czkawka, tu jesteś. Szukamy cię po całej wiosce - Valka zeskoczyła z grzbietu smoka i podeszła do syna.

- Mnie? Po co? - zdziwił się chłopak.

- Bliźniaki rozniosły wioskę, no a Albrecht...

- Albrecht i bliźniaki? - początkowo nie zrozumiał.

- Albrecht ma dzisiaj przypłynąć - przypomniała mu dziewczyna.

- Jesteś taki sam, jak ojciec. On też o wszystkim zapominał - zaśmiała się Valka.

- Ale teraz już nie - rozległ się lekko urażony głos jej męża, który zsiadł z Czaszkochrupa. - Czkawka, znowu gdzieś się zapodziałeś, a ja cię szukam! - fuknął niezadowolony.

- Byłem tutaj przez cały czas z przyjaciółmi i Astrid - objął dziewczynę w talii, pomimo jej wciąż mokrych ubrań i przytulił się do niej, jakby szukając poczucia bezpieczeństwa, a dziewczyna wtuliła się w jego nagie ramiona.

- Aha, no to chyba, że tak - mruknął. Czkawka wpatrywał się w ojca nie do końca rozumiejąc całą sytuację.

- W kwestii kobiet, Stoick jest dość... wyrozumiały - wyjaśniła mu matka. - Doskonale pamięta, co sam wyczyniał w młodości - uśmiechnęła się, patrząc na męża.

- Właśnie, czyżby klasyczny numer z wrzuceniem do wody? - zapytał widząc mokre dziewczyny.

- Jego pomysł - Jack oszronił przyjacielowi włosy, a ten tylko otrzepał je ze złością. Valka zachichotała cicho na wspomnienie podobnej sceny.

- Wiesz stary, niektórzy twierdzą, że bylibyście niezłą parą - palnął Julian, na co Astrid i Elsa posłały mu mordercze spojrzenia. - Okej, nic nie mówiłem - uniósł ręce w geście obronnym.

- Chodź, synek. Mamy sporo pracy - Stoick wsiadł na smoka, podobnie jak jego żona, po czym odlecieli.

- Dobra, musimy lecieć, powinniśmy się jeszcze przebrać - mruknął Czkawka biorąc Astrid za rękę. - Miło było znów się spotkać - uśmiechnął się.

- Trudno, obowiązki czekają - powiedziała Elsa. - Wiem, jak to jest... - Roszpunka i Julek pokiwali głowami, potwierdzając jej słowa.

Wikingowie wsiedli na smoki i odlecieli.

- To co teraz robimy? - Frost spojrzał po wszystkich.

- ,,My" nic nie robimy, mój drogi. Może Astrid wybaczyła Czkawce, ale my wam jeszcze nie - Elsa przysunęła się do niego tak blisko, że ich usta niemal się stykały. - To pa - powiedziała po chwili, odsuwając się gwałtownie i odchodząc wraz z pozostałymi paniami, zostawiając osłupiałych panów na plaży.

Myślałem, że przyjdzie mi umrzeć, by znów z tobą zatańczyć...

Minęły trzy miesiące, a ja wciąż nie potrafię się pozbierać.
Doceńcie to, że w procesie twórczym wylałam mnóstwo łez.
Jeśli kogoś to nie ruszy, błagam, oszczędźcie mi tych informacji.

Zbliżało się święto Snoggletog. Niezwykle ciepłe i rodzinne, pomimo tego, że wypadało prawie w środku zimy. W dodatku to było pierwsze święto od śmierci Stoicka i młody wódz czuł się z tym źle. Wciąż wątpił w siebie i swoje możliwości, na dodatek na każdym kroku boleśnie odczuwał brak ojca. Nadal nie radził sobie z jego utratą i to było widać. Choć na co dzień bardzo się starał, wkładając maskę akceptacji i uśmiechając się pokazywał, że wszystko jest w porządku, to naprawdę nic nie było. Jedynie Szczerbatek wiedział o wszystkich nieprzespanych nocach, wylanych w poduszkę łzach i dręczących go koszmarach. Czkawka czuł się coraz gorzej. W końcu postanowił zrobić coś, co bardzo uszczęśliwiłoby zarówno jego, jak i zmarłego wodza.

W dzień święta, wydawał się być zdenerwowany bardziej niż zwykle, a przygotowania do wieczornej uczty, całkowicie go pochłonęły. Praktycznie nie odzywał się do nikogo na temat inny niż Snoggletogg. Bardzo chciał, żeby wszystko wypadło idealnie. Gdyby ojciec to zobaczył, na pewno byłby z niego dumny. Wiedział to.

Nadszedł wieczór i czas uczty. Wszyscy zgromadzili się w Twierdzy, żeby wspólnie świętować. Na chwilę przed rozpoczęciem uczty, wódz poprosił wszystkich o ciszę i chwilę uwagi.

- Nadeszło Snoggletogg, najważniejsze z naszych świąt - zaczął. - Powodów do świętowania jest mnóstwo, chyba nie trzeba ich nawet wymieniać. Najpierw uczcijmy jednak pamięć tych, których już z nami nie ma... - gdy to mówił, w jego oczach zalśniły łzy, a na twarzy widać było wyraźnie, tak starannie skrywane przez długi czas cierpienie, ból i tęsknotę. Zapadła chwila ciszy, którą przerwał dopiero Pyskacz.

- Za Stoicka - uniósł kubek, wznosząc toast. Wszyscy poszli w jego ślady, pijąc ku pamięci zmarłego wodza. Następnie uczcili go chwilą ciszy, którą przerwało ciche, niepewne, lecz stopniowo rosnące w siłę gwizdanie.

Żeglować mogę w sztormie też,
Nie czując wcale lęku.
I fali życia dam się nieść,
Gdy dasz swą rękę mi.

Po Twierdzy rozległ się nieśmiały śpiew Czkawki. Wszyscy patrzyli jak zahipnotyzowani na wodza, który podchodził powoli do swojej dziewczyny.

I słońca żar, i wielki mróz
Wędrówki mej nie przerwie,
Gdy serce mi obiecasz już
I kochać wiecznie będziesz

- Astrid - zaczął niepewnie, chwytając ukochaną za ręce. - Wyjdziesz za mnie?

Dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. Nie spodziewała się tego zupełnie, a na pewno nie teraz. Gdy otrząsnęła się już z pierwszego szoku, zrobiła coś, co wywołało ogólne zdumienie i szeroki uśmiech na twarzy jej ukochanego: kontynuowała pieśń, pociągając go przy tym do tańca.

Najdroższy, ukochany mój,
Jest wielka moc w twych słowach.
Nie w głowie wielkie czyny mi,
Kiedy tonę w twych ramionach.

Pierścieni złotych dam ci trzos,
Zaśpiewam przy ognisku.
Nie spadnie z twojej głowy włos,
Gdy będziesz przy mnie blisko.

Pierścieni złotych nie chcę mieć,
O serenady nie dbam też.
Chcę twoją dłoń czuć w dłoni swej.
Chcę żebyś była przy mnie.

By tulić i całować cię,
Czy w marzeniach, czy też w tańcu.
Na smutne i radosne dnie
Twą miłość w sobie zamknąć.

Żeglować mogę w sztormie też,
Nie czując wcale lęku.
I fali życia dam się nieść,
Gdy dasz swą rękę mi.

- Tak - odparła szczęśliwa. - Tak, wyjdę za ciebie.

Chłopak porwał ją w ramiona, okręcił kilka razy wokół własnej osi, po czym przytulił i pocałował czule. Dziewczyna zarzuciła mu ręce na szyję i ze śmiechem odwzajemniła pocałunek.

Valka stała przy drzwiach, głęboko wzruszona, a w jej oczach błyszczały łzy. Wiedziała, że jej syn planuje coś specjalnego, ale nigdy by się nie spodziewała zaręczyn. Kiedy nikt nie patrzył, wymknęła się dyskretnie z Twierdzy. Musiała pójść na odległy klif, odetchnąć i wszystko przemyśleć.

- Wiesz, Stoick - mówiła cicho, wdychając mroźne, nocne powietrze. - Czkawka doskonale sobie radzi. Naprawdę byłbyś z niego dumny. Cieszyłbyś się tak jak ja, że poślubi Astrid. Oświadczył się jej tak samo, jak ty mi, wiesz? - westchnęła, ocierając spływające z oczu łzy. - Tak strasznie za tobą tęsknię... - wyznała szeptem.

Nagle poczuła, że grunt usuwa się jej spod nóg i spada w dół. Zanim zorientowała się, co się dzieje, poczuła silny ból i nastała ciemność.

Kiedy otworzyła oczy, było jasno i ciepło. Świeciło słońce, co nie mogło być możliwe w środku zimy. Nie było ani odrobiny śniegu. Nie miała pojęcia, co się stało i gdzie się znajduje, dopóki nie usłyszała pewnego głosu, na dźwięk którego mocniej zabiło jej serce.

- Witaj, najdroższa. Czekałem na ciebie. Teraz już zawsze będziemy razem.

- Stoick... - szepnęła znów młoda Valka, wpadając w silne objęcia męża.

Trwają oboje. Zakochani bez pamięci. Na zawsze razem. Czuwają z Valhalli nad swym synem, jego ukochaną i maleńką istotką, wzrastającą pod jej sercem.

,,Żeglować mogę w sztormie też,
Nie czując wcale lęku.
I fali życia dam się nieść,
Gdy dasz swą rękę mi.

I słońca żar, i wielki mróz,
Wędrówki mej nie przerwie,
Gdy serce mi obiecasz już
I kochać wiecznie będziesz..."

Wynik - 0:0

- To koniec, Astrid. Przykro mi, ale jest w moim życiu ktoś inny...

- Kto? - zapytała ze ściśniętym gardłem.

- Ja - Jack pojawił się znikąd i objął Czkawkę w talii.

- Więc to dlatego mnie rzuciłeś? - spytała Elsa ze łzami w oczach.

- Dlatego - odparł, całując swojego nowego chłopaka.

Czkawka usiadł gwałtownie na łóżku, oddychając ciężko. Nie mógł uwierzyć w to, co się stało. Przetarł twarz, próbując się uspokoić. Sąsiednie miejsce obok niego było puste, jednak zagniecenia świadczyły o tym, że ktoś wcześniej tam leżał. Chłopak wstał, drżąc lekko i wyszedł z sypialni, musiał napić się wody. W kuchni zastał Jacka, który uśmiechnął się krzywo na jego widok.

- Nie możesz spać, co? - zagadnął.

- Miałem straszny sen - przyznał. - Stary, śniło mi się, że dla ciebie zerwałem z Astrid...

Jack zrobił wielkie oczy i wpatrywał się w Wikinga zaskoczony.

- Ja też... Dokładnie to samo, zostawiłem Elsę, żeby być z tobą...

- To nie może być prawda... - przyjaciele patrzyli na siebie niepewnie. Nie wiedzieli, że stojące za drzwiami dziewczyny, słyszą każde ich słowo. Nagle po prostu weszły do kuchni, trzymając się za ręce. Widok dwóch niesamowicie przystojnych chłopaków bez koszulek działał im na wyobraźnię, ale wydawały się to ignorować.

- A wy czemu nie śpicie? - zapytała Astrid, jak gdyby nigdy nic. Chłopcy tylko wzruszyli ramionami.

- Jak zwykle, nawet nie odpowiedzą - mruknęła Elsa. - Chodź, Astriś, wracajmy do łóżka.

- Zaraz, co? - prawie wrzasnął Jack.

- No co? Nie pamiętasz, że się zeszłyśmy po tym, jak nas zostawiliście?

- Astrid... powiedz, że to nieprawda... - Czkawka spojrzał błagalnie na dziewczynę. - Przecież dobrze wiesz, że jesteś dla mnie jedyna na świecie i kocham tylko ciebie.

- Też tak myślałam i się zawiodłam - odparła chłodno. - Chodźmy spać - cmoknęła lekko w policzek Elsę, objęła ją ramieniem i wyszły z kuchni.

- A to miały być takie piękne wakacje... - jęknął Frost. - I co teraz?

- Zrobimy tak: poczekamy aż zasną i ostrożnie zabierzesz sobie swoją dziewczynę z nadzieją, że nie obudzi się po drodze. A rano nie damy im się zemścić. Nawet jeśli to prawda, to mi się nie podoba, chcę być z Astrid.

- A ja z Elsą. Zgoda, zrobimy jak mówisz.

Siedzieli i czekali około godziny, w końcu uznali, że odczekali swoje i po cichu udali się do sypialni pary Wikingów.

Na ich szczęście, dziewczyny spały nie przytulając się. Patrzyli na nie przez chwilę z czułością i miłością, po chwili Czkawka ziewnął. Jack uśmiechnął się pod nosem, podszedł do łóżka i bardzo delikatnie wziął swoją ukochaną na ręce, po czym wyleciał ostrożnie z pokoju, bardzo uważając, żeby jej nie obudzić. Jego przyjaciel uśmiechnął się i wsunął się do rozgrzanego łóżka, tuż obok pogrążonej we śnie dziewczyny i przytulił ją do siebie, a następnie usnął, czując łaskoczący dotyk jej złocistych włosów na swojej nagiej skórze.

Kiedy Astrid obudziła się rankiem, poczuła dziwny ucisk w pasie. Uśmiechnęła się na wspomnienie kawału, który wczoraj wraz z Elsą zrobiły chłopakom. Nie mogła uwierzyć, że tak łatwo to kupili. Tak bezczelnie dali się nabrać, a zwłaszcza po Czkawce spodziewała się większej bystrości. Swoją drogą był środek nocy, może to było przyczyną ich łatwowierności?

Zadowolona z siebie spróbowała wstać, ale ucisk w talii się nasilił. Wtedy zrozumiała, że spoczywa w czyichś ramionach i to dość silnych. Znów spróbowała się podnieść, ale zdecydowany uścisk jej nie pozwolił.

- To nie jest śmieszne - mruknęła myśląc, że to Elsa i po prostu sobie żartuje. Dotknęła obejmującej ją ręki i zamarła. To nie była Elsa, ale lekko umięśnione i stuprocentowo męskie objęcia. Po raz kolejny podjęła próbę oswobodzenia się, co zaowocowało tylko tym, że nagle poczuła na ramieniu lekki pocałunek i drapiący dotyk zarostu.

- Nic z tego, kotku, nie puszczę cię - wyszeptał Czkawka, łaskocząc ją w szyję gorącym oddechem.

- Więc jednak nie dałeś się nabrać, co? - uśmiechnęła się.

- Nie dałem - zgodził się. - Przecież nigdy bym cię nie zostawił, kotku - wymruczał i uśmiechnął się z satysfakcją, gdy zadrżała pod wpływem ostatniego słowa. Wiedział, jak na nią zadziałać.

- Powinniśmy wstać - powiedziała cicho, ale chłopak tylko uniósł się na łokciu i odwrócił ją na plecy, w ten sposób znajdując się nad nią.

- Nie - odparł stanowczo, unieruchamiając jej nadgarstki nad głową i patrząc jej w oczy.

- Nie ma nie. Wstajemy i to już - daremnie próbowała się mu wyrwać.

- Cicho - nakazał, zamykając jej usta pocałunkiem. - Twój nocny wybryk pokazał, że chyba za mało o ciebie dbam, przez co zapomniałaś, jak powinna się zachowywać dziewczyna, wobec tego ci przypomnę - musnął delikatnie podbródkiem wrażliwą skórę na jej szyi. Jej reakcja była gwałtowna i bardzo mu się spodobała. Patrzył na nią z pożądaniem pociemniałymi oczami o rozszerzonych źrenicach. - Jesteś tylko moja, kotku - pocałował ją namiętnie. - A ja jestem cały twój i zawsze byłem... - był czuły i delikatny, a zarazem jakiś mroczny, pewny siebie i dominujący, zmuszał ją do uległości, jednak nie miała nic przeciwko temu. Wręcz przeciwnie, uwielbiała, kiedy przejmował inicjatywę i z chęcią mu się poddawała.

Jakiś czas później, Anna z Kristoffem, Roszpunka z Julianem i Elsa jedli śniadanie, gdy zjawiła się trzecia zakochana para. Jacka nigdzie nie było.

- A gdzie Frost? - zapytał Czkawka, zajmując miejsce przy stole.

- Aż tak ci go brakuje? Możesz do niego dołączyć, skoro tak bardzo chcesz - Królowa Śniegu wyraźnie była niezadowolona.

- Ktoś tu jest niezadowolony - zauważyła Astrid, uśmiechając się.

- Widać nie wszyscy mieli tak udany poranek, jak wy dwoje - powiedział uszczypliwie Julek, na co Wikingowie zarumienili się.

- Aż tak to widać? - spytała blond wojowniczka, poprawiając grzywkę.

- Widać i słychać - odpowiedział Kristoff ze śmiechem. Dziewczyna tylko ukryła twarz w dłoniach, załamana i zawstydzona.

- Możemy zmienić temat? - warknęła Elsa.

- Komuś by się przydał taki poranek - zaśmiała się Anna, a siostra posłała jej mordercze spojrzenie.

- Może sprawdzę, co tam u Jacka - Czkawka wstał od stołu i poszedł do sypialni przyjaciół po chwili dało się słyszeć jego głośny śmiech. Jak na komendę, wszyscy oprócz Elsy zerwali się z miejsc i popędzili do Czkawki, który zwijał się ze śmiechu na podłodze przed drzwiami, nie mogąc wydusić słowa. Zajrzeli do środka i sami wybuchnęli szczerym śmiechem.

Wściekły Strażnik leżał na łóżku, całkowicie uziemiony. Jedynie głowa wystawała mu z bryły lodu, w której uwięziła go jego dziewczyna.

- Coś ci nie wyszło? - zażartował Julian nie przestając się śmiać.

- Bardzo śmieszne. Może byście pomogli? - fuknął Jack.

- Po co, za dobrze się bawimy - odparła Astrid.

- Stary... miałeś tylko zrobić jedną, prostą rzecz, zresztą nie pierwszy raz... - Czkawka nie potrafił się powstrzymać. Frost tylko warknął w odpowiedzi.

W końcu szóstka przyjaciół przestała się śmiać. Wspólnymi siłami wyciągnęli nieszczęsnego Casanovę i wrócili do śniadania. Zaś skłócona para zamknęła się w sypialni, gdzie najpierw długo się kłócili, potem jeszcze dłużej godzili, aż w końcu wyszli w bardzo dobrych humorach. W tym czasie reszta wylegiwała się na brzegu basenu.

- Takie wakacje, to ja w sumie mógłbym mieć ciągle - przyznał Jack.

- To co, jutro wszystko powtarzamy? - zaproponowała Elsa.

- NIE! - rozległ się jednogłośny sprzeciw.

- Wszystko może nie, ale niektóre rzeczy czemu nie? - Astrid spojrzała znacząco na Czkawkę, który przyciągnął ją do siebie i pocałował.

- Jakie to piękne, że wreszcie możemy robić co chcemy i nikt nie każe nam zachowywać się przyzwoicie - Julian wychylił się i pocałował Roszpunkę w policzek.

- Naprawdę możemy robić co chcemy? - zapytała blond wojowniczka, siadając na kolanach swojego chłopaka, przyciągając go do siebie i mocno całując.

- I tak nie zrobicie tego przy nas, więc o co chodzi? - zauważył Kristoff.

- Założysz się? - Astrid spojrzała na niego wyzywająco.

- No... nie - obrzucił ją uważnym spojrzeniem. - Jeszcze nie zwariowałem, żeby ci rzucać wyzwanie.

Dziewczyna zaśmiała się, odklejając się od swojego ukochanego.

- Nie znoszę, jak mnie tak wykorzystujesz - mruknął Czkawka.

- A jeśli obiecam, że należycie się odwdzięczę?

- Wiesz, że mam wysokie wymagania?

- Oczywiście. Nikt nie zna cię lepiej niż ja.

- Zobaczymy wieczorem.

- Zobaczymy.

I zobaczyli tyle, że nikt nie miał racji. Czkawka przekonał się, że nie ma tak wysokich wymagań, a Astrid, że wcale go tak dobrze nie zna. Wynik - 0:0.

Problem

Tak zwane drabble dialogowe. Za czasów Castle pisałam tego multum.

- Cześć...

- Cześć.

-Co słychać?

- Nic. A u ciebie?

- Mam problem...

- Jak zwykle.

-Daj spokój, co? To poważna sprawa.

- Ty i poważna sprawa?

- Przestań. Muszę z kimś porozmawiać...

- Dobra. To o co chodzi?

- Chodzi o to... że jestem... jestem...

- No wyduś to z siebie wreszcie.

- Jestem w ciąży...

- Okej.

- " Okej"?! Tylko tyle masz mi do powiedzenia?!

- No tak.

- Nie obchodzi cię, że nasza rodzina się powiększy?

- Nie. Ani trochę.

- I nawet się nie cieszysz...?

- Niby z czego? Z wrzeszczącego bachora, który tylko je, śpi i brudzi?

- To nie żaden bachor!

- Mniejsza z tym. Jak zwał tak zwał.

- Wiesz co? Jesteś potworem!!!

- No już, nie rycz.

- Będę ryczeć! Wolno mi!

- Bo jesteś w ciąży?

- Tak, baranie. A ty powinieneś się cieszyć!

- No i?

- W ogóle cię to nie obchodzi, co?!

- No dobra, daj spokój.

- Masz gdzieś, że będę miała dziecko!

- No nie mam... Przyznaję... Weź nie rycz już jak jakaś baba.

- Ale ciebie to nie obchodzi...

- Obchodzi. Słyszysz? Bardzo obchodzi.

- Czyli cieszysz się?

- Tak... Cieszę. A teraz przestań wyć.

- Wiesz Mieczyk, nienawidzę cię.

- Też cię kocham, siostruniu.

Taki tam trolling. Lubię niedopowiedzenia C:

Careful what you wish for!

dedykacja dla pewnego anonima, który przekonał mnie, że powinnam to napisać

- Tak się składa, że smoki to nie jedyna rzecz w życiu, która mi się marzy.

- Jasne, i ja mam ci uwierzyć? Z taką miną? - dziewczyna uniosła brwi.

Czkawka zacisnął usta i spojrzał na nią. Widząc ten wzrok, blondynka zmrużyła lekko oczy i uśmiechnęła się nieco złowieszczo. Chłopak głośno przełknął ślinę, przyglądając się jej. Bardzo mu się podobała, ale momentami naprawdę się jej bał. Kiedy chciała, potrafiła budzić strach, co jednak nie osłabiało jego uczucia.

- Jestem ciekawa - zaczęła cichym, prowokującym głosem. - Co w takim razie jeszcze ci się marzy? - zbliżyła się do niego, sprawiając, że aż wstrzymał oddech z wrażenia. Zakręciło mu się w głowie od jej bliskości, zapachu i wyzywającej postawy.

- No w-wiesz... - zająknął się.

- Choć może powinnam powiedzieć "kto?" - bardzo powoli zaczęła go okrążać.

- Astrid... daj spokój... - poprosił zamykając oczy i próbując uspokoić łomoczące serce i rozbudzoną wyobraźnię, jednocześnie czując pojawiający się na jego twarzy rumieniec.

- Po prostu chciałabym wiedzieć o czym myślisz - zrobiła niewinną minkę.

- Oj nie chcesz, wierz mi - zapewnił szybko.

- Właśnie, że chcę - szepnęła mu do ucha, na co aż zadrżał.

- Przestań...

- Bo co?

- Astrid... - jęknął. - Uspokój się.

- Nie chcę... Tak jest zabawniej - musnęła jego policzek ustami i ciepłym oddechem.

- Jak dla kogo - mruknął. Dziękował sobie w myślach, za dość luźne spodnie i w miarę długą tunikę, starannie ukrywające jego mały... no dobra, duży problem. Sytuacja, w jakiej postawiła go w tym momencie Astrid, była bardzo niezręczna i niewygodna.

Marzył o niej od kilku lat, była dla niego ideałem. Piękna, silna, inteligentna, doskonale walczyła, ale umiała docenić sztukę czy ładny widok. Bardzo mu się podobała, choć nigdy nie odważył się czegokolwiek jej powiedzieć, działała na niego silnie, ale też onieśmielała swą niedostępnością. W prawdzie powoli się tego wyzbywała, o czym mogło świadczyć tych kilka pocałunków, do jakich doszło między nimi. Jednak nie byli jeszcze gotowi na poważny związek, co nie przeszkadzało im w potajemnym fantazjowaniu.

Czkawka czuł, że policzki go palą, gdy jego myśli zeszły na niebezpieczną drogę. Bliskość Astrid dodatkowo utrudniała zachowanie spokoju. Niemal odruchowo wyobraził ją sobie w swoim łóżku. Zastanawiał się, jak by wyglądały jej rozpuszczone złote włosy rozrzucone na poduszce, jak by patrzyły te oszałamiające błękitne oczy przepełnione miłością, jak cudowne byłyby różane wargi pod naciskiem jego intensywnych pocałunków, jak miękka i ciepła by była jedwabista skóra jej idealnego szczupłego ciała pod delikatnym i czułym dotykiem jego dłoni, jak by brzmiało w jej ustach jego imię, gdyby...

Nagle chwycił jej nadgarstki i przytrzymał mocno. Bał się, że za chwilę nie wytrzyma i po prostu się na nią rzuci, tak silnie rozpalała jego bujną wyobraźnię. Przez twarz dziewczyny przebiegł cień przerażenia, jakby bała się, że pokaże swoje prawdziwe uczucia, jakimi go darzyła, ujawniając tym samym, że tak naprawdę to coś więcej niż zabawa i przyjacielskie drażnienie się.

- Przestań - powiedział z naciskiem, patrząc jej w oczy.

Spuściła powoli głowę i spróbowała wyrwać się z jego uścisku, nagle dziwnie uległa i uspokojona.

- Chodźmy już... - powiedziała cicho i spokojnie. - Marazmor sam się nie pokona.

Czkawka zaśmiał się, wyobrażając sobie Marazmora, który na tyle nie ogarnia rzeczywistości, że jest w stanie sam się pokonać, a może nawet zabić, co znacznie pomogło mu się opanować.

- Przepraszam... Mógłbym... Dacie mi coś powiedzieć? - odezwał się Czkawka. - Dzisiaj sporo się dowiedzieliśmy o Marazmorze i naturalnie wszystko opowiem, ale... ale uwaga, najważniejsza sprawa. Nieustraszony Finn Hofferson naprawdę był nieustraszony. Tak jak i reszta Hoffersonów - spojrzał na Astrid, która uśmiechnęła się ze wzruszeniem, a w jej oczach błyszczała wdzięczność.

- Brawo, dzieciaki! - zawołał ktoś z tłumu.

- No to myślę, że wuj byłby z ciebie dumny, mała - pogratulował Pyskacz.

- A może z tej okazji urządzimy sobie dzisiaj święto? - zaproponował Stoick, a jego syn oparł dłoń na ramieniu dziewczyny, jakby chcąc podkreślić, komu to wszystko zawdzięczają.

- Święto, tak jest! - ucieszył się Pyskacz, a inni poszli w jego ślady.

Wszyscy ruszyli do Twierdzy, gdzie miało odbyć się wielkie świętowanie na cześć Hoffersonów i z okazji przepędzenia Marazmora.

Impreza na dobre się rozpoczęła, gdy Smark wreszcie dołączył i oczywiście od razu pobił się z bliźniakami za to, że kazali mu szukać tych wszystkich głupich rzeczy. Śledzik i Czkawka siedzieli nad Smoczą Księgą uzupełniając informacje o Marazmorze, a Astrid siedziała samotnie przy stole, wpatrując się w swój kubek.

- Pozwolisz milady, że się przysiądę? - tak mogła do niej powiedzieć tylko jedna osoba.

- Nie wygłupiaj się - przewróciła oczami z uśmiechem. - Dlaczego w ogóle mnie tak nazywasz? - zaciekawiła się.

- "Milady"? - spytał chłopak, siadając obok niej. Na potwierdzenie skinęła tylko głową. - Nie wiem - wzruszył ramionami. - Tak jakoś wyszło...

- Uważam, że to słodkie - zarumieniła się lekko, nie patrząc na niego.

- Wikingowie nie mają być słodcy.

- Cóż... tobie się udaje.

- Mogę przestać, jeśli chcesz - zaoferował.

- Nie, nie. Lubię, kiedy tak mówisz - wyznała, czerwieniąc się jeszcze bardziej.

Nagle Czkawka poczuł, że jego również pieką policzki. Uwielbiał, kiedy odkrywała przed nim wrażliwą stronę swojej osobowości, nikt inny jej takiej nie znał. Patrzył na nią z blaskiem w szmaragdowych oczach i próbował ją przejrzeć. Wyraźnie wyczuwał, że między nimi iskrzy i ona doskonale to wie, ale z jakiegoś powodu ucieka i boi się do tego przyznać i zaangażować.

- A ja lubię, kiedy jesteś sobą - powiedział cicho, nieświadomie zbliżając się do niej. - Kiedy porzucasz ten mur, który stworzyłaś dla ochrony przed światem i pozwalasz mi wejść do środka, żeby poznać tę prawdziwą Astrid. Wrażliwą i delikatną - nawet nie zauważył, że zniżył głos do szeptu. Wokół nich było głośno, ale nie zauważali tego, jakby cały świat przestał istnieć i naprawdę znaleźli się wewnątrz bariery, którą Astrid odcinała się od wszystkich.

Czkawka działał jak w transie, wyciągnął rękę i pogłaskał policzek dziewczyny. Zadrżała lekko, ale zamiast się odsunąć i jak zwykle uciec, chwyciła jego dłoń i przytrzymała. Oboje zamarli na chwilę, czując łomotanie swoich serc, zapatrzeni w swoje oczy. To był ich cichy, intymny moment wśród imprezowego rozgardiaszu, którego nic nie było w stanie zakłócić. To była wyjątkowa chwila, wręcz idealna.

Idealna na pocałunek.

Astrid niewiele myśląc zbliżyła się do chłopaka jeszcze bardziej tak, że czuła na ustach jego gorący oddech. Nie reagował, nie był w stanie zrobić czegokolwiek nie mając pewności, że ona tego chce. Nie potrafił zrobić pierwszego kroku.

A jednak się przełamał. Pochylił się odrobinę do przodu, aż dosięgnął jej koralowych, wilgotnych warg, tak cudownie ciepłych i miękkich. Poczuł elektryzujący dreszcz przeszywający jego ciało. Po dłuższej chwili się odsunął, drżąc z przejęcia.

- To za to, że jesteś - wyszeptał z trudem. Właśnie odważył się pocałować Astrid Hofferson, najpiękniejszą dziewczynę w wiosce, a ona go nie zabiła. Przeciwnie, położyła dłoń na jego szyi, by po chwili znów go do siebie przyciągnąć w geście tęsknoty i eksplodującej w jej sercu namiętności. Całowała go zachłannie i z tak wielką pasją, że początkowo wręcz zapomniał jak się oddycha. Dopiero po chwili objął ją w talii, przesuwając do siebie i pogłębiając pocałunek.

Gdy się od siebie oderwali, zdawało się, że minęły wieki, a nie zaledwie minuty. Siedzieli chwilę stykając się czołami odzyskując oddech. Jego ręce obejmowały ją czule, jedna z jej dłoni była wparta w jego pierś, a druga wpleciona w jego brązowe kosmyki z tyłu głowy. W końcu spojrzeli sobie w oczy z uśmiechem i poczuli prawie jakby popatrzyli w lustro. Uczucia, obawy, nadzieje, niepewności - wszystko było takie samo. Aż do tej chwili, nie próbowali podsycać będącej między nimi iskry. Z nadmiaru emocji, Czkawka niemal nie usłyszał cichego szeptu Astrid.

- A to, za całą resztę...

Na najważniejszych skrzyżowaniach życiowych, nie stoją żadne drogowskazy ~Charlie Chaplin

dedykuję Kimiko, pomysł narodził się podczas pisania z nią
i Kolejnemu fanowi JWS za fantastyczne blogi i umiejętności
no i Sami... nie wiem jak to zrobiłeś, ale zmniejszyłeś moją blokadę twórczą

Astrid obudziła się w Akademii z bólem głowy i kacem. Było jasno, przez uchylone drzwi wpadał do pomieszczenia snop przedpołudniowego światła. Początkowo nie wiedziała w ogóle, co się stało i dlaczego spała na futrze na podłodze, owinięta w koc i przytulona do czegoś miękkiego, ciepłego i poruszającego się. Przesunęła po tym dłonią, było gładkie w dotyku, jednak pod powierzchnią mogła wyczuć coś twardego, jakby żebra? Dopiero po chwili zrozumiała, że tym czymś była pierś szczupłego chłopaka. Kiedy uniosła głowę i spojrzała w górę, zobaczyła spokojną twarz pogrążonego we śnie Czkawki.

Usiadła i natychmiast podparła się rękami, bo zakręciło jej się w głowie. Po chwili rozbudziła się i przeciągnęła lekko, a następnie odgarnęła włosy, odwróciła się i spojrzała na chłopaka. Oddychał miarowo i spokojnie, nagle zacisnął mocniej oczy i skrzywił się lekko, gdy na rozgrzanej skórze poczuł chłód wiosennego poranka.

- Nie wstawajmy jeszcze - wymruczał cicho.

- Musimy - odparła. - Chcesz, żeby ktoś nas przyłapał?

Westchnął i niechętnie otworzył lekko oczy, po czym zamknął je z powrotem.

- Dla takiego widoku mogę wstać - uśmiechnął się siadając. Astrid również się uśmiechnęła i z lekkim rumieńcem poprawiła koc, który się zsunął odsłaniając jej nagie ciało, po czym wychyliła się lekko, żeby go pocałować.

- Powinniśmy iść - wtuliła się w niego, gdy wreszcie się od siebie oderwali.

- Naprawdę musimy? Jest tak przyjemnie - jęknął niechętnie.

- Tak... Słuchaj... To, co się stało w nocy... to prawda?

- Prawda - odpowiedział spokojnie, patrząc na nią uważnie. - Chyba nie żałujesz, że to zrobiliśmy? - zapytał z wahaniem.

- Na razie nie mogę uwierzyć, że to nie sen - mruknęła.

- Astrid, kotku. To z całą pewnością nie mógł być sen. To się stało, naprawdę - głaskał ją delikatnie po plecach.

- Mam trochę mieszane uczucia. Z jednej strony było cudownie, ale z drugiej... mamy dopiero 18 lat... no i piliśmy.

- Nie przesadzaj. Nie spiliśmy się przecież do utraty przytomności jak reszta. Zresztą na imprezach bliźniaków prawie zawsze jest alkohol, a skoro były to urodziny Sączysmarka, który też chętnie sięga po coś mocniejszego, a Mieczyk i Szpadka to organizowali, to mogliśmy wszyscy być niemal pewni, że będziemy pić.

- Tak, my tylko wylądowaliśmy w łóżku, choć niezbyt dosłownie. Rzeczywiście wielkie pocieszenie - powiedziała ironicznie.

- Thorze, Astrid. Przecież nas nie zabiją za to, że ze sobą spaliśmy - przewrócił oczami.

- Ale mogą nam zabronić się spotykać.

- Nieprawda. Nie myśl o tym - pocałował ją mocno i z powrotem położył na futrze. - Korzystaj z chwili spokoju - wodził opuszkami palców po jej skórze, przyglądał się jej, zachwycony jej urodą i zwyczajnie zakochany.

- A jeśli jestem w ciąży? - nie mogła przestać myśleć o skutkach ich zachowania.

- To będziemy mieli cudowne dziecko, które razem wychowamy.

- Naprawdę chcesz w tym wieku zostać ojcem?

- Nie chcę. Ale jestem gotów ponieść konsekwencje tego, co zrobiliśmy.

- To było nieodpowiedzialne i głupie.

- Owszem. Ale czasu nie cofniesz.

- Nie o to chodzi. Skoro to, co zrobiliśmy było złe, to dlaczego nie żałuję ani chwili?

- Bo to nie było złe. Niedojrzałe, nieodpowiedzialne i niemądre tak, ale nie złe. Więc przestań się zadręczać takimi głupotami.

- I naprawdę mnie nie zostawisz, jeśli wpadliśmy?

- Przecież wiesz, że cię kocham.

- Wiem... i też cię kocham...

- To korzystaj z chwili spokoju - pocałował ją w czubek głowy i przykrył czule kocem.

Jakiś czas później, kiedy uznali, że ludzie mogą zacząć ich szukać, wrócili do wioski mając nadzieję, że będzie dobrze. Pożegnali się czule i poszli do swoich domów.

Czkawka bez wahania wszedł do domu. O tej porze nie spodziewał się zastać tam ojca, nie mówiąc już o tym, że nie za bardzo przejmował się konsekwencjami ich zachowania. Stoick nie należał do wyjątkowo opiekuńczych ojców, miał dobry kontakt z synem, ale nie wnikał jakoś szczególnie w jego życie. Był dość wyrozumiały i choć nietrudno było go rozzłościć, Czkawka był spokojny.

Najważniejsze było dla niego to, że Astrid wreszcie w pełni była jego. A on należał teraz do niej. Od tak dawna o niej marzył i nie mógł się doczekać chwili, w której ją posiądzie, jednocześnie oddając jej siebie. Nagle miał to już za sobą, nie musiał się zastanawiać, jak to jest być z kobietą, bo teraz wreszcie to wiedział. Mało tego, jego partnerka, najpiękniejsza dziewczyna w wiosce, od kilku lat była obiektem westchnień wielu przedstawicieli płci męskiej. Niejeden chciałby zobaczyć to, co on widział; dotknąć tego, czego on dotykał; poczuć to, co on czuł. Słowem, wielu chciało ją mieć, a jednak dostał właśnie on.

Z drugiej strony nie mógł się nadziwić, co takiego ona w nim widzi. Prawda, ostatnio coraz częściej słyszał, że wyrósł na ciacho, ale nie traktował tego szczególnie poważnie. Teraz, patrząc na swoje odbicie w lustrze pomyślał, że może jednak coś w tym jest.

Nie był już taki chudziutki jak kiedyś, pod skórą coraz wyraźniej zarysowywały się kształtujące się powoli mięśnie. Znacznie wyrósł i wydoroślał, rysy jego twarzy się wyostrzyły, piegi zbladły, włosy ściemniały i układały się znacznie lepiej, odkąd je skrócił. Nad górną wargą, na podbródku i na linii szczęki coraz bardziej widoczny był lekki zarost, którego musiał się pozbywać co kilka dni, jeśli nie chciał wyglądać jak jaskiniowiec i narażać się Astrid, która bynajmniej nie była zachwycona, ilekroć zapomniał się ogolić.

W szmaragdowozielonych oczach lśniły teraz pewność siebie i determinacja, ale też swego rodzaju niewinność i łagodność, jakby wręcz bał się tego, że jest już prawie dorosły. To właśnie te oczy najbardziej pociągały kobiety, Astrid potrafiła wpatrywać się w nie godzinami, a wiele dziewczyn rumieniło się, gdy tylko na nie spojrzał z lekkim uśmiechem. Starsze kobiety zwracały uwagę na jego podobieństwo do Stoicka, który ponoć w młodości również był szalenie przystojny, choć znacznie bardziej... masywny... Ale zarówno ojciec jak i syn, dość sceptycznie odnosili się do takiego "babskiego gadania".

Po kąpieli przyszedł czas na zabawę ze Szczerbatkiem, który potrafił niemal roznieść dom, jeśli nie otrzymał dziennej dawki ruchu. Najpierw Czkawka rzucał mu swój stary but, który smok posłusznie przynosił, za każdym razem coraz bardziej go gryząc. Z jakichś powodów ta kapryśna bestia gryzła wszystkie swoje zabawki, jakie tylko sobie znalazła. Nie było ważne, czy to stary but, czy drewniane wiosło, nowiutki kosz z wikliny, czy jedwabne majciochy Pyskacza (oczywiście zapasowe, nieużywane, bo używanych nic by nie tknęło). Gdy Nocnej Furii znudziła się zabawa w aportowanie, chłopak założył jej siodło, które jak z doświadczenia wiedział, podczas zabaw łatwo mogło ulec "wypadkowi" i uszkodzeniu, a potem razem udali się na długi lot wokół wyspy.

Szczerbatek był smokiem nie do zdarcia, więc pójście do Akademii i uczestniczenie w zajęciach nie stanowiło dla niego problemu, mimo takiego wysiłku. Zresztą kiedy tylko zabrał swojego pana na miejsce, natychmiast ułożył się wygodnie i zapadł w drzemkę, podobnie jak inne smoki, które nie przejmowały się problemami swoich jeźdźców.

Natomiast uwagę Czkawki przykuła rozgrywająca się tam scena. Z pozoru nie było w niej nic niezwykłego, ale po bliższej obserwacji zaiste budziła niepokój. Śledzik z wypiekami na twarzy czytał Smoczą Księgę, jedną ręką bezwiednie drapiąc drzemiącą Sztukamięs. Bliźniaki się biły, a Wym i Jot znudzili się ciągłymi próbami rozdzielenia ich. Sączysmark próbował nauczyć Hakokła nowych sztuczek, ale ten uparcie go ignorował. Wichura leżała zwinięta w kłębek, a Astrid ostrzyła topór.

Zaraz... Astrid nigdy nie pokazywała się z rozpuszczonymi włosami... A już na pewno nie tak, żeby zasłaniały jej twarz. Czkawka od razu wyczuł, że coś jest nie w porządku, więc od razu ruszył w jej stronę, tak cicho, jak mu na to pozwalała proteza. W pewnym momencie znieruchomiał, gdy usłyszał pewien dźwięk.

Stłumiony szloch.

Astrid Hofferson płakała.

- Astrid, kotku... - odezwał się cicho i łagodnie.

- Odejdź - nakazała, po jej głosie od razu poznał, że się nie mylił. - Nie chcę, żebyś mnie taką oglądał.

- Dla mnie zawsze będziesz piękna - wyznał, patrząc na nią zaniepokojony. Ma rozpuszczone włosy, płacze i nie kryje się z tym... To było bardziej niż dziwne. Podchodził niepewnie i bardzo ostrożnie, w pełni świadomy faktu, że dziewczyna ma broń. Na dodatek była mistrzynią w posługiwaniu się nią. Cóż za paradoks, ona może w każdej chwili zabić go toporem, który sam dla niej zrobił w prezencie. - Zresztą płacz dodaje ci uroku.

- Nie...

- Kotku, nie przesadzaj. Przecież to nic złego - w końcu poszedł na tyle blisko, że mógł usiąść obok niej. - Nawet mój ojciec czasem płacze, ja też - wyszeptał jej do ucha.

- Może i tak - mruknęła i zadrżała lekko, gdy odgarnął jej część włosów za ucho. - Nie rób tego - jęknęła cicho, błagalnym tonem.

- Ciiii - pogładził delikatnie jej długie blond pasma. - Przecież cokolwiek się stało możesz mi powiedzieć - otoczył ją ramieniem i przytulił do siebie. Gdy dotknął jej policzka, usłyszał cichy syk bólu, a pod palcami wyczuł gorącą skórę i dziwne zniekształcenia. Momentalnie oderwał się od niej i usiadł naprzeciwko. - Astrid, co się dzieje? - zapytał nie kryjąc zmartwienia. Dziewczyna nie odpowiedziała, tylko odwróciła głowę. Czkawka zdecydowanym ruchem chwycił jej podbródek, obracając jej twarz ku sobie, po czym odgarnął resztę włosów i zamarł.

Cały policzek był mocno zaczerwieniony, w jednym miejscu widniało wyraźne zasinienie. Oko było lekko zmniejszone z powodu znacznej opuchlizny, a całość wyglądała naprawdę źle. Uniósł dłoń i najdelikatniej jak mógł, otarł łzy z jej posiniaczonej twarzy.

- Bardzo boli? - zmartwił się, gdy skrzywiła się czując jego dotyk. - Co się stało, kto ci to zrobił?

- Oni wiedzą - szepnęła załamana. - Cała wioska wie. Ktoś musiał nas widzieć jak spaliśmy - jego oczy rozszerzyły się z przerażenia, a serce z każdą chwilą łomotało coraz mocniej. Myśli zaczęły przelatywać przez jego głowę jak oszalałe.

- C-co? Ale j-jak... - zająknął się. Ktoś ich przyłapał i rozgadał całej wiosce... To brzmiało jak wyjątkowo realistyczny koszmar. - Skąd wiesz?

Zadrżała i spuściła wzrok, mimowolnie odwracając w jego kierunku zdrowy policzek i jakby próbując ukryć uszkodzony.

- Kotku, co się stało? - w odpowiedzi pokręciła tylko głową. - Astrid proszę cię, powiedz mi. Astriś...

Przytuliła się do niego, a jasne włosy z powrotem opadły jej na twarz.

- Jak przyszłam do domu, czekał na mnie ojciec - zaczęła cichym głosem. - Był strasznie wściekły i... pijany. Zapytał mnie, dlaczego wracam dopiero o tej porze, skoro reszta już od dawna leczy kaca w Twierdzy, a mnie przez cały czas z nimi nie było. Nie wiedziałam co odpowiedzieć, a on wtedy, że wie co zrobiliśmy i jak mogłam być taka podła, i zhańbić dobre imię naszej rodziny. Próbowałam protestować, ale z nim nie ma dyskusji. Zwyzywał mnie od najgorszych, a potem... - jej ciałem wstrząsnął stłumiony szloch. - Kiedy powiedziałam, że dla mnie liczy się tylko nasza miłość, wyśmiał mnie. Zakazał mi spotykania się z tobą, a jak powiedziałam "nie"... uderzył mnie - wyznała niemal szeptem. - Po raz pierwszy w życiu podniósł na mnie rękę... - była równie załamana co zszokowana.

Czkawka kołysał ją lekko w ramionach, starając uspokoić ich oboje. Ledwo wierzył w to, co przed chwilą usłyszał. Przecież Astrid zawsze była oczkiem w głowie ojca, odkąd tylko pogodził się z tym, że nie jest jego upragnionym synem. Zadrżał lekko. Nawet jego ojciec nigdy go nie uderzył, choć przecież kiedyś co rusz przynosił mu wstyd. Choć pewnie miało to związek z podobieństwem chłopca do matki, ukochanej żony Stoicka. Nie mógłby skrzywdzić jej syna, ich syna, najpiękniejszej pamiątki, jaka mu po niej pozostała.

- Już dobrze kochanie, jestem tu - mówił uspokajająco. Kątem oka zauważył wchodzącego do Akademii Stoicka. No pięknie.

- Synu, musimy porozmawiać - oznajmił, podchodząc do przytulonej pary.

- Jak zwykle - mruknął chłopak. - Co tym razem?

- Już ty dobrze wiesz - nie był zły. Lekko zdenerwowany owszem, ale nie wściekły. To coś nowego, Czkawka narozrabiał, a ojciec jest spokojny. Tak piękne, że aż nierealne.

- Jeśli chodzi ci o nas, to to musi zaczekać - odparł tonem nieznoszącym sprzeciwu, niemal identycznym jak Stoick.

- Co się stało? - ukląkł przy nich, lekko zaniepokojony. Dziewczyna wtuliła się mocniej w próbującego ją odsunąć chłopaka.

- Astrid, spokojnie. To tylko tata.

- Dla ciebie. Dla mnie to wódz - odparła stłumionym głosem. Czkawka westchnął.

- Ufasz mi?

- Oczywiście.

- A ja ufam jemu. Proszę, Astrid. Ja chcę, żeby wiedział.

Powoli i z wahaniem oderwała się od jego piersi, ale wzrok miała spuszczony. Czkawka delikatnie odsunął jej włosy z twarzy i zerknął na ojca. Stoick wpatrywał się przez chwilę w dziewczynę syna, po czym ze świstem wypuścił powietrze z płuc.

- Kto ci to zrobił? - zapytał łagodnie, ujmując podbródek blond wojowniczki i lekko odwracając jej głowę, żeby przyjrzeć się sińcowi. - Ojciec? - z jej oczu wyczytał prawdę, nic więcej nie potrzebował. - Pogadam z nim - mruknął, wstając.

- Nie! - zaprotestowała szybko. - Nie chcę, żeby miał kłopoty.

- Ten drań cię uderzył.

- Tato... Może ona ma rację? Jeśli coś mu zrobisz, może się na niej zemścić.

- Słusznie.

- Ale nie wiem, co w takim razie zrobić - przyznała.

- Śpisz dzisiaj u mnie - zadecydował chłopak. - A jutro, jak twój ojciec wytrzeźwieje, rozprawimy się z nim - spojrzał na Stoicka.

- I tak już o was plotkują, więc nie mamy nic do stracenia - wzruszył ramionami. - Tylko nie chcę was słyszeć w nocy.

- Tato... - Czkawka przewrócił oczami. - Chodź, kotku - pomógł ukochanej wstać i zaprowadził ją do swojego domu, nie wypuszczając z objęć.

Następnego dnia rano, we troje jedli śniadanie. Czy raczej we czworo, bo Szczerbek też przecież jada w domu. Dzięki okładom z lodu i kapusty, opuchlizna zeszła przez noc i policzek Astrid wyglądał już nieco lepiej. Zaś specjalna maść sporządzona według instrukcji Gothi miała sprawić, że siniec zniknie szybciej.

Nagle rozległo się pukanie do drzwi, więc Stoick poszedł otworzyć.

- Nie sądziłam, że przy twoim ojcu można czuć się tak swobodnie - przyznała cicho dziewczyna.

- Nie można - odparł jej ukochany. - Pierwszy raz się tak zachowuje. Jakby nie traktował mnie jak dziecko, przy którym musi być autorytetem, tylko jak przyjaciela. I szczerze mówiąc taka relacja bardziej mi się podoba.

- Cóż, lepiej późno niż wcale.

- A może to ty masz na niego taki dobry wpływ?

- Taki, jak na ciebie?

- Mhm - wychylił się i pocałował ją czule. W odpowiedzi przesiadła się na jego kolana i objęła go za szyję.

- Hmm... Astrid? - rozległ się nagle głos Stoicka. - Nie chcę wam przerywać, ale jest sprawa, dość istotna.

- Lepiej idź - Czkawka odsunął się lekko.

- Za chwilę. To może poczekać, w tej chwili mój facet jest najważniejszy - z powrotem przywarła do jego ust. - W życiu chyba nie byłam taka szczęśliwa - uśmiechnęła się szeroko.

- Cieszę się.

Na dźwięk tego głosu oboje znieruchomieli. Czkawka wstał, po czym odwrócił się, zasłaniając sobą dziewczynę.

- Co tu robisz... tato? - spytała cicho, patrząc niepewnie na ojca, stojącego naprzeciwko nich.

- Przyszedłem przeprosić, za moje wczorajsze zachowanie - wyznał skruszony. - Po prostu... i tak ciężko mi się pogodzić z tym, że jesteś już dorosła. To mnie oczywiście nie usprawiedliwia, ale chcę, żebyś wiedziała, że żałuję i jest mi bardzo przykro z powodu tego, co ci zrobiłem - mówił szczerze, naprawdę dręczyły go ogromne wyrzuty sumienia.

- To tylko siniec - jej głos był cichy, ale spokojny. Słychać w nim było ulgę i radość, niepewnie odsunęła się od Czkawki i podeszła do ojca.

- Wybacz mi - powiedział cicho mężczyzna, patrząc na córkę. Niespodziewanie, dziewczyna rzuciła się mu na szyję.

- Już dawno ci wybaczyłam - wyznała, walcząc ze łzami, kiedy ojciec zamknął ją w czułym uścisku.

- Dziękuję, córeczko. To dla mnie wiele znaczy.

Kiedy się od siebie odsunęli, na twarzach obojga widniały uśmiechy. Uspokojony Stoick wrócił do śniadania, Czkawka patrzył jednak nachmurzony.

- Hej, co jest? - dziewczyna podeszła do niego, widząc jego nastrój.

- Nic - mruknął niechętnie.

- Astrid, ja go rozumiem. Sam byłbym wściekły, gdyby ktoś skrzywdził twoją matkę - przyznał jej ojciec. - Wiesz chłopcze, nie tak wyobrażałem sobie idealnego partnera dla mojej córki.

- To komplement czy obraza? - zapytał opanowanym głosem.

- Wstęp. Chciałem powiedzieć, że nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że kiedyś będziecie parą. Wiesz, jak to z tobą było. Ale najważniejsze, że Astrid jest szczęśliwa. Zresztą w całej wiosce nie ma teraz lepszej partii od ciebie, więc chyba dobrze zrobiłem, nie wtrącając się w jej życie - przyznał.

- Cóż... i tak dziękuję. Za Astrid. Minionej nocy obiecałem sobie, że gdy tylko spotkam pana, albo pana żonę, podziękuję za taki skarb - objął dziewczynę w talii i pocałował ją we włosy.

- A ja dziękuję tobie. Uczyniłeś ją tak szczęśliwą jak nigdy. Wiem, że moja mała córeczka będzie z tobą bezpieczna i dobrze się nią zaopiekujesz.

- Oczywiście, jak mógłbym postąpić inaczej?

- Ale jeśli kiedyś ją skrzywdzisz...

- I vice versa.

Przez chwilę mierzyli się wzrokiem, po czym Hofferson uśmiechnął się.

- Miłego dnia - rzucił i wyszedł.

- Chyba mu zaimponowałeś - delikatne i zręczne dłonie Astrid spoczęły na karku ukochanego i zaczęły rozmasowywać jego spięte mięśnie.

- Tak myślisz? - spytał niepewnie, nagle cała śmiałość go opuściła.

- Jestem tego pewna - odparła z uśmiechem. Czkawka odwrócił się i spojrzał na nią tym słodkim wzrokiem małego chłopca. Teraz było widać, jak wiele nerwów kosztowała go konfrontacja z jej ojcem. - Mój bohater - dodała, a jego twarz rozświetlił nieśmiały uśmiech. - A teraz, skoro nasi ojcowie najwyraźniej nie mają nic przeciwko, może dokończymy śniadanie i pójdziemy do łóżka? I bynajmniej nie po to, żeby spać.

- A gdzie twoje wątpliwości? - uniósł brew.

- Wszystkie rozwiałeś. Chcę ci za to należycie podziękować - wychyliła się, żeby go pocałować, ale odsunął się, zanim zdołała dosięgnąć jego ust.

- Najpierw śniadanie - chwycił ją za rękę i posadził przy stole, po czym skończyli jedzenie i posprzątali ze stołu. - Co? - zapytał, widząc jej wzrok.

- Ty wiesz co.

- Nie, nie wiem - z trudem opanował śmiech.

- Kochaj się ze mną. Teraz - nakazała tak poważnym i poirytowanym głosem, że w końcu wybuchnął śmiechem.

- Jak sobie życzysz, milady - wziął ją na ręce i zaniósł prosto do swojego łóżka, żeby spełnić jej żądanie.

Jesteś lekiem na całe zło...[3]

- Astrid, moja droga. Wyglądasz przepięknie - Valka z uśmiechem weszła do domu dziewczyny. Blondynka odwróciła się i również uśmiechnęła się lekko. Miała na sobie prostą, białą, obszytą futerkiem suknię z szerokimi rękawami, biały, futrzany płaszcz z kapturem, luźno upięte włosy ozdobione sokolimi piórami, delikatny pasek na biodrach i lekkie, jasne buty.

- Dziękuję. Na pewno jest dobrze? - spojrzała po sobie, wygładziła suknię i poprawiła płaszcz, pełna niepewności.

- Wręcz idealnie. Jesteś najpiękniejszą panną młodą, jaką widziałam - kobieta wzięła dziewczynę za ręce. - Tak się cieszę, że to właśnie ty zostaniesz żoną mojego syna. Jest przy tobie taki szczęśliwy - matka wodza aż promieniała. Tak jak jej mąż, uwielbiała Astrid i z całego serca życzyła im obojgu jak najlepiej.

Jednak jej słowa sprawiły, że złe samopoczucie wojowniczki tylko się pogorszyło. Ponoć to były tylko nerwy, ale ona czuła, że chodzi o coś więcej. Kiedy patrzyła na te dekoracje, ogólną radość i poruszenie, odczuwała coraz większy strach. Zaczęły ją dopadać wątpliwości, czy rzeczywiście chce wychodzić za mąż.

Kiedy tylko Valka wyszła, Astrid poczuła, że da rady znieść tej presji. Wszyscy będą na nią patrzeć, kiedy Pyskacz w imieniu Czkawki (który z przyczyn oczywistych nie może tego zrobić) będzie udzielał im ślubu, a potem jeszcze te głupie, upokarzające tradycje weselne. Nawet w noc poślubną nie będzie mogła mieć ukochanego tylko dla siebie, bo przecież muszą być świadkowie, którzy będą mogli potwierdzić, że tych dwoje przypieczętowało swój związek. To ją najbardziej przerażało, nie chciała, żeby ich pierwszy raz był traumatycznym przeżyciem, jak dla większości. To miało być coś cudownego.

Tymczasem chwile upływały i do ceremonii zostało coraz mniej czasu. Astrid wyjrzała przed dom, na środku placu zaczynali się gromadzić ludzie, to tam miała się odbyć ceremonia. Zamknęła drzwi, cała roztrzęsiona. Kochała Czkawkę, ale nie czuła się dość gotowa do małżeństwa, bała się, że sobie nie poradzi. Nagle wstała, czując, że musi to wszystko dokładnie przemyśleć. Ostrożnie wymknęła się z domu i niezauważona poszła odwiedzić swoją smoczycę.

- Hej, Wichurko - poklepała smoczycę po nosie. - Zrobisz coś dla mnie? - spytała, wsiadając na grzbiet smoczycy.

Kilka godzin później, wszystko było już przygotowane, brakowało tylko jednego drobiazgu: panny młodej.

- Nie martw się, znajdziemy ją - zapewnił Eret.

- Nie. Ja sam ją znajdę - zaprotestował Czkawka, wskakując na grzbiet Szczerbatka. - Nie czekajcie, to może trochę potrwać.

- Ale ślub... - odezwała się jakaś kobieta, chyba matka bliźniaków.

- Kogo obchodzi ślub? Dla mnie najważniejsza jest Astrid. Jeśli ma jakiś powód, że się nie zjawiła, musimy rozwiązać tę kwestię razem - to mówiąc odleciał.

Znalazł ją dopiero po kilku godzinach, w naprawdę niespodziewanym miejscu. Siedziała na wyspie, na której wylęgały się pisklęta, zanim smoki zamieszkały na stałe na Berk i wpatrywała się w zachodzące już słońce. Z pewnością go zauważyła, ale mimo to nie reagowała, jakby jego obecność zupełnie jej nie przeszkadzała. Wichura siedziała w pobliżu zwinięta w kłębek i drzemała, słysząc Szczerbola, poderwała się, czujna jak zwykle.

- Więc tu się chowasz, milady - Czkawka podszedł do dziewczyny i usiadł obok niej. - Co się stało, jeśli wolno spytać? Rozmyśliłaś się? A może masz kogoś innego? - wpatrywał się w nią z napięciem.

Nie odpowiedziała od razu. Parsknął ze złością i żalem, zamierzał wstać i ją zostawić, ale mu nie pozwoliła. Owszem, wolałaby być tu sama, ale wiedziała też, że jeśli teraz go wypuści, będzie to ich ostatnie spotkanie.

- Zdecyduj się, olewasz mnie czy chcesz - mruknął.

- Po prostu milcz - odezwała się cicho, prawie szeptem.

- Chcę się dowiedzieć, dlaczego uciekłaś mi sprzed ołtarza, to takie trudne? - nie chciał się na nią złościć, ale naprawdę mocno go zraniła swoim zachowaniem.

Znów zamilkła, przygryzając nerwowo wargę. Tym razem się jej wyrwał i poszedł szybko w stronę Szczerbatka. Chciał odlecieć i zapomnieć o niej, skoro takie najwyraźniej było jej życzenie.

- Boję się - wyznała nagle, głośniej niż zamierzała. To jednak odniosło spodziewany efekt, chłopak zatrzymał się gwałtownie i zaczął do niej wracać.

- Ty się czegoś boisz? - zapytał z niedowierzaniem, przyklękając przy niej. Dopiero po dłuższej chwili spojrzała na niego tymi swoimi błękitnymi oczami, w których czaił się autentyczny strach.

- Chciałabym móc wziąć ślub tutaj, w ciszy i spokoju, a nie przed całą wioską - wyznała opierając głowę na jego ramieniu.

- Wiesz ile rzeczy ja bym chciał? Na przykład mieć cię tu i teraz... - palnął, dopiero po chwili orientując się, co powiedział. Zerknął na nią nerwowo i ku swojemu zdziwieniu zobaczył w jej oczach coś, czego absolutnie się nie spodziewał: nadzieję.

- Naprawdę byś to zrobił? - zapytała niepewnie, przygryzając wargę.

Otworzył usta, żeby wytłumaczyć się w jakiś głupi lub zabawny sposób, coś nakłamać, albo szybko zmienić temat, ale nic nie powiedział. Zamiast tego, zwyczajnie skinął głową, rumieniąc się.

- Więc bierz - szepnęła, całując go tęsknie. - Weź mnie, skoro tak bardzo tego chcesz.

- Astrid... Tyle już czekaliśmy, nie możesz poczekać jeszcze trochę? - próbował oponować.

- Chcę być tylko twoja, bez głupich świadków i tradycji, bez tego całego ślubu - z każdym słowem była coraz śmielsza.

- Wiesz, że to będzie bolało? - nadal nie był pewien, chciał tego, ale jako wódz miał większy respekt do tradycji.

- Wiem - odparła z przekonaniem. - Ale przy tobie się nie boję - czekała zniecierpliwiona, aż zacznie działać. - Co jeszcze mam powiedzieć, żeby cię przekonać? - westchnęła.

Nie musiała nic mówić, bo w tym momencie przemówiło jego ciało i słowa nie miały szansy opuścić jej ust.

Czkawka też się bał. Musiał przyznać, że miała rację, jego też krępowała myśl o wszystkich tradycjach, choć chyba bardziej obawiał się jej. Gdyby to zrobili po ślubie, nie byłoby odwrotu, a teraz wszystko jeszcze może się zmienić, w każdej chwili może go zostawić, albo wyśmiać. Zaufał jej jednak. Skoro wytrzymała z nim tyle lat, to może nie będzie wcale tak źle.

Nagle dotarło do niego, że właśnie tego chce: żeby ukochana oddała się mu z miłości, a nie dlatego, że to jej obowiązek jako żony. Jego wątpliwości znikły, coraz śmielej zsuwał białą suknię, odsłaniając kolejne skrawki jedwabistej skóry. Coraz mniej się bał, nie obchodziło go już to, że sam był prawie nagi. Ufał jej i wiedział, że go nie zrani. Została jeszcze jedna kwestia.

- Jesteś tego pewna? - wyszeptał, przerywając pocałunek i patrząc jej głęboko w oczy. - Nie chcę cię skrzywdzić.

- Jeśli będziesz delikatny, to jestem bardziej niż pewna - oplotła nogami jego biodra, dodając mu pewności siebie. - Nie myśl tyle, po prostu to zrób.

Więc zrobił to. A wtedy cały świat przestał istnieć.

Powrócił dopiero następnego ranka, wraz z oślepiającym słońcem, które wzeszło na tyle wysoko, żeby stać się nieznośnym. Czkawka otworzył oczy. Od dawna nie spał tak dobrze i tak długo, przygotowania do ślubu całkowicie go wykańczały. Teraz leżał na plaży otulony płaszczem swoim i Astrid, z ręką spoczywającą na nagim biodrze śpiącej ukochanej, wtulonej w jego pierś. Pierwszy raz od wielu dni nie myślał o tym, że musi wstać, że ma dużo pracy, że bez niego ludzie sobie nie poradzą. Nieprawda. Wiosce nic się nie stanie, a on potrzebuje dnia wolnego.

Ta noc uświadomiła mu, jak bardzo Astrid jest dla niego ważna i jak niewiele czasu ostatnio jej poświęcał. Postanowił od teraz bardziej angażować ją w swoje sprawy. Przecież nie musi ze wszystkim radzić sobie sam, w końcu po coś człowiek ma przyjaciół. Przyglądał się spokojnie śpiącej dziewczynie i nagle zapragnął znów się z nią kochać. Powtórzyć tę upojną noc i potwierdzić swój dowód miłości, jaki jej wczoraj ofiarował. Nagle poruszyła się i przeciągnęła leniwie.

- Hej - uśmiechnęła się sennie.

- Jak się czujesz? - zapytał cicho.

- Obolała - skrzywiła się.

- Wybacz... Nie chciałem zrobić ci krzywdy... - zmartwił się bardzo, był gotów wszystko jej wynagrodzić.

- Hej, nie zrobiłeś - uniosła głowę i spojrzała na niego. - Niczego nie żałuję. Kocham cię i bardzo tego chciałam, cieszę się, że ty też.

- Tak?

- Tak. Chciałam, żebyśmy zrobili to z miłości, nie z obowiązku.

Jego oczy rozbłysły, przyciągnął ją do siebie i pocałował z uczuciem.

- Wiesz, na początku się wahałem, ale teraz też już nie żałuję. Naprawdę się cieszę, że mnie przekonałaś - uśmiechnął się, objął ją ramionami i przytulił mocno. Odwzajemniła uśmiech, wtulając się w niego.

- Tu jesteście - aż podskoczyli, słysząc znajomy głos. Valka stała kilka metrów od nich, z niezadowolonym wyrazem twarzy. - Macie kłopoty i to duże... - oparła dłonie na biodrach.

- Mamo... A możemy o tym porozmawiać jak się ubierzemy? - Czkawka naciągnął płaszcz na ramiona Astrid i przytulił ją ściślej do siebie. Kobieta nic nie powiedziała, tylko odeszła na tyle, żeby im nie przeszkadzać.

- A zapowiadał się taki piękny poranek - mruknęła dziewczyna, przypadkowo za bardzo zsuwając płaszcz. - Widzę, że nie tylko ja miałam nadzieję na więcej - jej pełen pożądania wzrok przesuwał się po całym jego ciele. Chłopak odruchowo spojrzał w dół, po czym zaczerwienił się i ukrył twarz w dłoniach gdy zrozumiał, o czym ona mówi.

- Wybacz... To takie strasznie głupie...

- To nie jest głupie. To normalne - odjęła jego ręce od twarzy. - Nie musisz się bać ani wstydzić - powiedziała łagodnie, głaszcząc go po policzku. - Kocham cię i całe twoje ciało mi się podoba - pochyliła się i pocałowała go. - A teraz się ubieraj, zanim twoja mama postanowi wrócić - rzuciła w niego tuniką.

Sprawnie włożyli swoje ubrania i doprowadzili się do względnego porządku, choć oboje mieli włosy w nieładzie, których w żaden sposób nie dało się uczesać bez grzebienia. Niestety akurat nie mieli go pod ręką, musieli więc jakoś przeżyć koszmarne fryzury i stawić czoła matce wodza. Nawet z daleka było widać, że czekająca na nich Valka jest wściekła, choć tak naprawdę nie zrobili przecież nic złego.

- Co wy sobie wyobrażacie?! - syknęła z furią. - Tyle przygotowań, a wy tak po prostu sobie poszliście! I do tego... bogowie...

- Mamo, ja wiem. Ale zdecydowałem, że nie chcę tego.

- Nie chcesz brać ze mną ślubu? - Astrid spojrzała na niego, smutek, rozczarowanie i złość mieszały się w niej z poczuciem pustki.

- Nie, nie. Chcę ślub - uspokoił ją. - Ale nie taki.

- Co ma znaczyć "nie taki"? - duże, zielone oczy Valki zwężyły się ze złości.

- Nie taki... huczny. Astrid ma rację, nie potrzebujemy setek gości, czyli całej wioski i trzydniowego wesela. Ślub może się odbyć po cichu, nawet wodza.

- Czyli dostosowujesz się do wymagań Astrid, byle tylko cię nie zostawiała?

- No... nie do końca. Ja też tego chcę, ale przecież nie powiem ludziom, że nagle łamię wszystkie tradycje, bo się boję. A jeśli zrobię to dla Astrid, po prostu powiedzą, że oszalałem.

- Za wiele się nie pomylą...

- Ta, no dzięki mamo. Ale jeśli mówimy o miłości, to rzeczywiście oszalałem i to już dawno - przytulił czule ukochaną.

- Więc tego właśnie chcesz?

- Tak. Chcę, żeby Astrid była ze mną szczęśliwa i zrobię dla niej wszystko.

- No dobrze. Zatem wracajmy do wioski przeorganizować wszystko - wydawała się smutna, jakby nie cieszyło jej szczęście syna.

- Mamo... Coś nie tak? - chłopak chwycił ją za ręce i wpatrywał się w nią z niepokojem.

- Och, synku... - Valka przytuliła mocno Czkawkę, walcząc ze łzami.

- Co się stało? - objął ją jak małe dziecko, które próbuje pocieszyć mamę.

- Po prostu... tak strasznie przypominasz mi twojego ojca... On też był gotów przynieść mi gwiazdkę z nieba...

- Wiem, mamo. Też bardzo za nim tęsknię. On tak bardzo chciał udzielić mi ślubu, wyprawić wesele, mieć wnuki... Gdybym go wtedy posłuchał...

- Nie, Czkawka. To moja wina - odezwała się nagle Astrid. - Gdybym nie znalazła Drago, nic by się nie stało.

- A gdybym ja wierzyła w niego mocniej i wróciła...

- Każde z nas jest po trochu winne - wyciągnął rękę do narzeczonej, dając jej znak, żeby podeszła i przytuliła się do niego.

- Wracajmy na Berk - poprosiła Valka po dłuższej chwili.

Jeźdźcy przywołali swoje smoki, dosiedli ich i po chwili wszyscy lecieli w kierunku domu. Reszta ze zniecierpliwieniem oczekiwała na ich powrót i wszyscy odetchnęli z ulgą widząc Szczerbatka, Wichurę i Chmuroskoka. Mimo powszechnego oburzenia, Czkawka odwołał ślub, zamiast tego wydał w Twierdzy ucztę, a sam wraz z Astrid, matką, Pyskaczem i resztą przyjaciół oraz ich rodziców, a także naturalnie smokami, udał się do Zatoczki. Do miejsca, od którego wszystko się zaczęło, żeby teraz wszystko należycie skończyć.

Tak być musi, bo ciągle się tli w nas ogień
Wieczny ogień, który jest nadzieją
~Jaskier Zapachniało jesienią

ktoś mi kiedyś podsunął taki pomysł, ale nie pamiętam kto

- Naprawdę musisz lecieć? - spytała smutno Astrid, gdy jej ukochany wybierał się na zjazd wszystkich wodzów.

- Muszę - westchnął przytulając ją. Nie znosił się z nią rozstawać, każda sekunda rozdzielenia była dla obojga istną torturą. Byli młodzi i szaleńczo w sobie zakochani, nic więc dziwnego, że każdą chwilę chcieli spędzać razem. - Nie martw się, wrócę zanim się obejrzysz - uśmiechnął się pocieszająco całując ją w czubek głowy. Pocałował ją ostatni raz na pożegnanie, po czym wsiadł na Szczerbatka i odleciał.

Miała dziwne przeczucie, że widzi go po raz ostatni.

Za wiele się nie pomyliła.

Mniej więcej dwa tygodnie później, kiedy już cała wioska zaczynała się martwić o Czkawkę, na Berk dotarł posłaniec z wiadomością, która załamała wszystkich.

Czkawka nie żyje.

Nie wiadomo jak. Nie wiadomo gdzie. Nie wiadomo kiedy. Nie ma go.

Minęły cztery lata. Na Berk właśnie zapadał zmierzch, ale ludzie bynajmniej nie szykowali się do snu. W wiosce panowało poruszenie, wręcz panika. Kto tylko mógł, przez cały dzień angażował się w poszukiwania pewnej niesfornej, trzyipółletniej dziewczynki. Wszyscy odchodzili od zmysłów, zamartwiając się o dziecko.

Wyjątkiem był tajemniczy przybysz, który tego ranka pojawił się na wyspie niezauważony. W głębi lasu założył niewielki obóz dla siebie i swojego smoka, nie chciał na razie iść do wioski. Ogromnie się zdziwił, gdy jego plany uległy zmianie.

Było wczesne przedpołudnie, siedział i grzał się przy ognisku, wykąpany i ogolony, w czystych ubraniach, a reszta leżała uprana w pobliżu i schła. Smok również był umyty, drzemał spokojnie zwinięty w kłębek. Nagle podniósł głowę, gdy usłyszał szelest. Mężczyzna również to usłyszał i spojrzał w kierunku, z którego dochodził. Powoli i ostrożnie wstał, a następnie po cichu zbliżył się do krzaków. Ku jego zaskoczeniu, wypadło stamtąd dziecko. Mała dziewczynka o blond włosach i dużych, zielonych oczach, szczupła jak na swój wiek. Uśmiechnęła się, gdy jej wzrok napotkał spojrzenie nieznajomego. Była niezwykle odważna i śmiała, więc nie przeszkadzało jej, że nigdy przedtem nie spotkała tego człowieka.

- Skąd się tu wzięłaś? - zapytał łagodnie, pomagając jej wstać.

- Przyszłam - uśmiechnęła się.

Bez wahania poszła za nim do obozowiska i przytuliła się do smoka, nie okazując odrobiny lęku. Mężczyzna szybko stracił poczucie czasu i spędził z dzieckiem cały dzień. Po południu, gdy zasnęła, zaczął się zastanawiać, jak znaleźć jej rodziców, którzy na pewno się martwią. Jak tylko się obudziła, wziął ją na ręce i zabrał do wioski.

- Smok! Chcę smoka! - zawołała, gdy zaczęli się oddalać.

- Smok musi zostać, maleńka - głos nieznajomego był ciepły i łagodny. - Idziemy do mamy.

- Dobrze - uśmiechnęła się dziewczynka. - Ale ze smokiem! - wskazała na gada. Mężczyzna westchnął i skinął na smoka, który podążył za nimi. Mała przez cały czas wyciągała do niego rączki i śmiała się, wciąż chciała się bawić. Wreszcie dotarli do wioski. Był już wieczór i zapadał zmrok.

- Gdzie jest twój dom? - zwrócił się do dziewczynki. Pokazała rączką jeden z domów.

- A smok? - zapytała patrząc w stronę gada ukrytego na skraju lasu.

- Smok musi zostać, mała. Na razie - odparł spokojnie mężczyzna. - Twoi rodzice pewnie bardzo się martwią - zapukał do drzwi domu, wskazanego przez dziewczynkę. Otworzył je postawny, czarnowłosy mężczyzna.

- Isla! - wykrzyknął na widok dziewczynki. - Twoja matka odchodzi od zmysłów! Coś ty sobie w ogóle wyobrażała?!

Chwilę później w drzwiach pojawiła się młoda kobieta o blond włosach, identycznych jak u dziecka.

- Och, Isla! Jak mogłaś tak zniknąć?! Wiesz, jak ja się martwiłam?! - zawołała z ulgą, ale i wyrzutem. Dziewczynka przestraszyła się okrzyków i wtuliła się mocno w nieznajomego mężczyznę.

- Puść mnie, maleńka. Musisz wracać do rodziców - powiedział łagodnie.

- Zostań ze mną - pisnęła błagalnie mała, obejmując go mocniej.

- Nie mogę. Muszę wracać do smoka - odparł cicho.

- Zostań... - poprosiła.

- A przynajmniej wejdź - kobieta cofnęła się, przepuszczając go w drzwiach.

- Nie będę robił kłopotu...

- Znalazłeś moją córkę. Zresztą ona cię tak łatwo nie puści. Jest uparta jak jej ojciec.

Mężczyzna wszedł więc do środka, a wraz z nim stukot metalu o drewno. Wewnątrz siedział chłopczyk, identyczny jak Isla. Podniósł swoje zielone oczy na przybysza, przyglądając się mu uważnie. Widząc go, mała oderwała się od nieznajomego i podbiegła do brata, gdy tylko sięgnęła podłogi.

- Patrz Finn! Znalazłam dla nas tatę! Ma takiego fajnego, czarnego smoka!

Jej matka wydała z siebie stłumiony okrzyk, gdy to usłyszała. Patrzyła na tajemniczego mężczyznę z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- O bogowie... Czy to możliwe? - wyszeptała. Powoli zbliżyła się do niego, po czym dotknęła delikatnie prawej strony jego podbródka. Gwałtownie cofnęła dłoń, wyczuwając niewielką, wąską bliznę. - Czkawka... To naprawdę ty... - szepnęła, po czym rzuciła się mu na szyję, a z jej oczu spływały łzy szczęścia. - Wiedziałam, że wrócisz...

- Więc jestem w domu? - zapytał z niedowierzaniem.

- Mhm - mruknęła i zanim zdążył zareagować, pocałowała go tęsknie.

- Nie, Astrid - odsunął się od niej. - Nie rób tego.

- Dlaczego? - spojrzała na niego ze smutkiem błyszczącymi od łez niebieskimi oczami.

- To ty mi powiedz. Przez cztery lata robiliśmy ze Szczerbatkiem co w naszej mocy, żeby wrócić do domu, do ciebie. A ty w tym czasie widzę doskonale sobie poradziłaś beze mnie - powiedział z wyrzutem, w szmaragdowych oczach lśnił zawód. - Masz własną rodzinę...

- Powiedzcie mu - odwróciła się do dzieci. - Powiedzcie temu niedowiarkowi, jak się nazywacie - zażądała nieznoszącym sprzeciwu tonem. - No już! - krzyknęła, gdy dzieci milczały.

- I-Isla Valka Haddock - wykrztusiła przerażona dziewczynka.

- Finn Stoick Haddock - zawtórował jej brat.

- To są twoje dzieci, matole. Miałam ci powiedzieć jak wrócisz ze zjazdu - Astrid była zła. Jak mógł choć przez chwilę zwątpić w jej miłość i wierność?

- Mam... dzieci?! - szczęka Czkawki opadła niemal do podłogi.

- My mamy - sprostowała już łagodniej.

- No widzisz, mówiłam, że znalazłam dla nas tatę - mruknęła Isla do brata.

- Masz więcej racji, niż ci się wydaje, maleńka - szepnął mężczyzna przez ściśnięte ze wzruszenia gardło, biorąc ukochaną w objęcia.

Brace yourself. Winter is coming

dedykacja znów dla Kimiko :)
treść w jakichś 75% jest kopią naszego archiwum z gg, a pomysły w 90% xD
nie miałam gdzie tego wcisnąć w sumie...

Zima powoli zbliżała się do końca, wskazywało na to wiele czynników. Jednym z nich były kończące się zapasy, niby nic niezwykłego. Czkawka oszacował, że powinno ich wystarczyć do czasu, aż będzie można zdobyć więcej jedzenia. Niestety, los lubi być nieprzewidywalny.

Śniegi zamiast topnieć zaczęły padać jeszcze mocniej. Temperatura spadła i morze zaczęło zamarzać, przez co uzupełnianie wyczerpujących się zapasów stało się niemożliwe. Młody wódz wpadł w panikę. Śniegu przybywało, więc ludzie i smoki zgromadzili się w Twierdzy. Jedzenia szybko ubywało i nastał głód. Czkawka rozdzielał zapasy najlepiej jak umiał, osobiście wszystkiego pilnował. Do tego nieustannie martwił się Astrid, której ciąża była najbardziej zaawansowana spośród wszystkich kobiet w takim stanie, przez co najbardziej zagrożona. Pozostali początkowo też się martwili, ale z czasem zmartwienia własnych rodzin sprawiły, że nawet życie dziecka wodza przestało się liczyć.

Stoick zebrał kilku mężczyzn, chcąc spróbować zdobyć trochę jedzenia. Wśród nich był ojciec dwóch dziewczynek, Elisy i Anyi. Ich matka zajmowała się ich młodszym, niedawno narodzonym bratem, więc obie siostry były pod opieką Astrid. Wrócili po kilku godzinach, całkowicie przemarznięci, niewiele udało im się zdobyć.

- Ocean był niemal całkowicie zamarznięty - były wódz cichym głosem zdawał synowi raport z wyprawy. - Jak tak dalej pójdzie, ludzie zaczną umierać. Jest źle i musimy szybko coś wymyślić, bo będzie jeszcze gorzej - stali, grzejąc się przy ogniu. Przynajmniej tego nie brakowało.

Nagle Anya podbiegła do Czkawki i szarpnęła go za rękaw, wyjątkowo śmiały krok jak na pięciolatkę, zwłaszcza w stosunku do osoby cieszącej się tak dużym szacunkiem.

- Wodzu... - odezwała się słabym głosikiem, jej dziecięce oczy wydawały się większe niż w rzeczywistości w kontraście z bladą, wychudzoną twarzyczką. Wpatrywała się w niego z przerażeniem.

- Słucham? - powiedział łagodnym głosem młody mężczyzna, przykucając przed dziewczynką, żeby dodać jej odwagi.

- Elisa kazała cię zawołać - wskazała drżącą rączką na siostrę, która klęczała przerażona przy nieprzytomnej Astrid.

- O nie... - zerwał się gwałtownie i podbiegł do niej. - Astrid, kotku... - wziął ją w ramiona i głaskał delikatnie po włosach. W końcu z trudem otworzyła oczy, nie miała nawet siły wstać. Jak inni mieszkańcy wioski, mocno schudła, choć nie było tego aż tak widać na jej szczupłym ciele. - Kiedy ostatnio coś jadłaś? - zapytał zaniepokojony. Odwróciła wzrok i nie odpowiedziała, ale było po niej widać, że dawno.

Valka widząc to, przyniosła swoją porcję, chcąc jej oddać.

- Proszę, jedz - podsunęła wojowniczce miskę.

- Nic mi nie będzie - mruknęła blondynka.

- Narażasz siebie i dziecko - powiedziała spokojnie matka wodza.

- Nie jestem jedyną ciężarną.

- Ale jesteś w na tyle zaawansowanej ciąży, że i ty i dziecko możecie umrzeć. Dlatego jedz.

Czkawka odsunął się od ukochanej i przywołał Sączysmarka.

- Co jest? - przybiegł od razu. Odkąd zaczął pomagać Czkawce w pracy, stał się znacznie dojrzalszy, bardziej odpowiedzialny i chętny do pomocy. Dodatkowo wreszcie nabrał szacunku do swojego wodza i przyjaciela.

- Musisz mi pomóc w jednej rzeczy. Hakokieł da radę latać?

- Pewnie tak, ale głód bardzo go osłabił - spojrzał z niepokojem na swojego Ponocnika. - A czemu pytasz?

- Wiem, jak rozwiązać nasze problemy. Tato, zajmij się ludźmi - polecił. - Szczerbatek, idziemy.

Smok przyszedł z niewielkim ociąganiem. Ostatnio mocno schudł, podobnie jak jego jeździec. Jako alfa chronił wszystkie smoki kosztem siebie, jednak nie skarżył się. Wiedział, że muszą zrobić wszystko, żeby chronić Berk.

- Dokąd chcesz lecieć? - zapytał zaniepokojony Stoick. - W taką pogodę to bardzo niebezpieczne.

- Trudno. Nie będę siedział z założonymi rękami i patrzył, jak moja rodzina umiera - pogłaskał Szczerbka i skierował się do drzwi.

- Czkawka, nie chcę cię zatrzymywać, ale wolałbym wiedzieć, co planujesz.

- Dowiesz się w swoim czasie. Sączysmark, rusz się - poczekał, aż smoki i Smark wyjdą, po czym sam wyszedł, zamykając dokładnie drzwi. Wsiadł na grzbiet Szczerbatka, po czym wystartował, zostawiając ojca.

Zależało mu na czasie, ale nie poganiał smoków, które i tak starały się jak mogły. Jakby same wiedziały, że to sprawa najwyższej wagi. Mimo ogromnego zmęczenia, lecieli walcząc ze śnieżycą. Musieli to zrobić.

Nagle nawałnica zaczęła słabnąć, wyraźnie z niej wylatywali. Sączysmark zaczął rozpoznawać miejsce, które ukazało się na horyzoncie.

- Wyspa Łupieżców? Słuchaj, co ty w sumie kombinujesz? - zapytał z powątpiewaniem. - Przecież to...

- To nasi przyjaciele i musimy prosić ich o pomoc - odparł stanowczo młody wódz. - Kiedy u nas jest mroźna zima, u nich łagodna i na odwrót, rozumiesz? Na pewno mają jedzenie, którym mogą się z nami podzielić - rzeczywiście, w miarę jak zbliżali się do wyspy, śnieg padał coraz słabiej, aż w końcu przestał zupełnie. - Szkoda tylko, że nie wpadłem na to wcześniej.

- Daj spokój, nawet twój ojciec mówił, że takiej zimy jeszcze nie było. Sam zastanawiał się, co robić - przypomniał Smark.

- No wiem...

- A Astrid... jest sama sobie winna. Widziałem, jak oddaje jedzenie innym dzieciom, nie przejmując się własnym. Jak ją kiedyś przyłapałem to obiecała, że przestanie i błagała, żebym nic ci nie mówił, bo będziesz na nią wściekły. Jednak w obecnej sytuacji... - westchnął. - Najgorsze było to, że kiedy ktoś oddawał jej swoje jedzenie, również je rozdawała. Od kilku dni co najmniej, nie jadła zupełnie nic. Dlatego zemdlała.

- A tak wcześniej nie mogłeś? - syknął z wyrzutem, zaciskając mocniej dłonie na uchwycie.

- Czkawka, ona obiecała, że będzie jeść. Nie sądziłem, że kłamała. Dopiero dzisiaj skojarzyłem...

Wódz Wandali warknął cicho, podchodząc do lądowania. Łupieżcy już dawno ich zauważyli, sam Albrecht wyszedł im na powitanie.

- Witajcie przyjaciele. Co was do nas sprowadza? - zapytał przyjaźnie, choć po przybyszach gołym okiem było widać, że są wygłodzeni.

- Witaj... Przyszliśmy prosić o pomoc... - odparł cicho przybyły.

- Zrobię co w mojej mocy - Albrecht nie wahał się ani chwili. - Zima daje się wam we znaki? - zgadł.

- Przedłużyła się znacznie bardziej niż zwykle, w dodatku przybrała na sile. Zapasy nam się kończą, jeszcze chwila, a ludzie zaczną umierać... Dlatego, proszę cię, daj nam tyle jedzenia ile możesz. Każda ryba się przyda - ton Czkawki był nieco błagalny, a w jego oczach widniała desperacja. Osłabnięcie Astrid i groźba utraty dziecka naprawdę go przestraszyły, był w stanie zrobić wszystko, żeby ich ratować.

- Zobaczę, co się da zrobić - odparł Al, choć było widać, że to dla niego kłopot. Bardzo jednak chciał im pomóc, dlatego nie powiedział ani słowa skargi.

- Dziękuję - młody wódz kiwnął głową z wdzięcznością. Zdecydowanie lepiej mieć w Albrechcie przyjaciela niż wroga.

- A tymczasem zapraszam was i wasze smoki na posiłek, na pewno wam się przyda.

- Smokom na pewno... Ale zależy nam na czasie.

- Wy i tak nie będziecie jeść dłużej niż smoki - uprzytomnił mu wódz Łupieżców.

- No dobrze, niech ci będzie... - skapitulował Czkawka, ale wiedział, że nie jest w stanie nic przełknąć, skoro jego wioska była zagrożona. Podczas posiłku nie jadł, bo za bardzo się martwił i czekał aż reszta zje, dopóki Smark go nie uświadomił, że potrzebuje sił. Hakokieł i jego pan z wdzięcznością przyjęli jedzenie i natychmiast wszystko pochłonęli. Szczerbatek starał się jeść powoli i ostrożnie, żeby jego żołądek to zniósł, a Czkawka wmuszał w siebie swoją porcję.

Po skończonym posiłku, Albrecht odprowadził przyjaciół na zewnątrz, gdzie czekały dwa smoki obładowane jedzeniem.

- Jesteśmy naprawdę wdzięczni - młody wódz uśmiechnął się przyjaźnie.

- Daj spokój. Zrobiłbyś dla nas to samo. Nie musicie się o nie martwić, same wrócą - poklepał jednego ze Śmiertników. - Lećcie bezpiecznie.

- Jeszcze raz dzięki - obaj Wandale wsiedli na swoje smoki i odlecieli. Po jakimś czasie dotarli na Berk, o czym uprzednio poinformowało ich pogorszenie się pogody. Od razu weszli do Twierdzy, razem z Sączysmarkiem odwiązali jedzenie i zaczęli je rozdawać, przy okazji wypuszczając nieznane innym smoki. Wyygłodniali ludzie wręcz rzucili się na jedzenie, Stoick pomagał je rozdzielać.

- Albrecht był dosyć hojny... - powiedział Czkawka do ojca, gdy żywność została rozdzielona.

- Domyślam się, że nie był zachwycony. Też bym nie był.

- Ale jednak pomógł. Mają taką zimę, że mogą w każdej chwili wypłynąć na ocean... My nie... - rozmawiali cicho, nie chcieli, żeby ktoś ich usłyszał.

- Cena sojuszu. Nie wolno pozwolić swoim sprzymierzeńcom i przyjaciołom zginąć z głodu. Zresztą my byśmy postąpili tak samo.

- Dokładnie - wódz wreszcie odetchnął z ulgą i uśmiechnął się widząc, że wszyscy jego ludzie jedzą. No, prawie wszyscy. Valka na siłę wciskała jedzenie Astrid, która siedziała w kącie, skulona na tyle, na ile pozwalał jej brzuch i nie chciała jeść. Czkawka widząc to, wpadł w złość.

- Trzymaj mnie, tata, bo chyba nie wiem, co zaraz zrobię - warknął przez zęby i zacisnął pięści.

- Co się stało?

- Nie jadła od tygodnia... Astrid. I nadal nie chce jeść. Jak tak dalej pójdzie, to w końcu nasze dziecko umrze z głodu - nieświadomie powiedział to zbyt głośno. Astrid usłyszała to, zamarła i jeszcze bardziej zwinęła się w kłębek.

Stoick zerknął na nią, a potem na niego.

- Ty też nie jesz - zauważył. - A znając ciebie nawet dłużej niż kilka dni. I nie uważasz, że coś tu nie gra?

- Ja to ja... Zresztą jadłem. I niby co nie gra? - był zbyt zmęczony, żeby myśleć.

- Już ci mówię co. Po pierwsze nie kłam, wiem, że nie jesz. A po drugie, jak jesteś głodny, stajesz się drażliwy, wręcz momentami agresywny.

- No i? Co ma to wspólnego z nią?

- Zgadnij - mruknął. - Boi się - oświecił go po chwili.

- Ale że mnie? A co ja zrobiłem? - wpatrywał się w ojca zdziwiony, nic z tego nie rozumiał.

- Boi się, że ją znienawidzisz za to, że zaniedbywała siebie i wasze dziecko, dokarmiając inne. Przez ten strach nie może teraz jeść. A ty złoszcząc się, tylko go potęgujesz.

Czkawka warknął cicho z niezadowoleniem. Nie spodziewał się tak prostego i logicznego wyjaśnienia. Znów warknął cicho ze złością i wziął się do pracy. Trzeba było poukładać zapasy przywiezione od Albrechta, a było tego sporo. Mimo iż Stoick mu pomagał, i tak zajęło to trochę czasu.

- Mam nadzieję, że to nam starczy - gdy skończyli, usiadł gdzieś z boku.

- Kilka smoków nam dzisiaj uciekło, wróciły po jakimś czasie kompletnie przemarznięte, ale przyniosły sporo ryb. Wziąłem część smoczych zapasów dla nas, bo na tamte ryby nikt z nas nie miał ochoty - przyznał.

- Dobrze - młody wódz skinął głową i patrzył, jak jego najedzeni ludzie kładą się w spokoju spać.

- Co zamierzasz zrobić? - ojciec spojrzał na niego.

- Teraz? Nic... - był tak zmęczony, że ignorował nawet burczenie w brzuchu, dawno nie spał porządnie, jadł niby stosunkowo niedawno, ale wysiłek sprawił, że znów był głodny. Dodatkowo po podróży był mocno przemarznięty, a ogrzanie organizmu też zabierało potrzebną energię.

- Zjedz coś. Cokolwiek. Potrzebny nam przytomny wódz - nakazał, ale on nie posłuchał. Nadal siedział półprzytomny, oczy same mu się zamykały. Stoick odszukał wzrokiem żonę i przywołał ją gestem, gdy spojrzała na niego.

- Czkawka... - szepnęła zaniepokojona Valka i pobiegła do nich, choć niektórzy ludzie ją słyszeli. - Co jest?

- Nic, w porządku - beztrosko posadził ją sobie na kolanach, chcąc ją uspokoić. - Jak zaśnie, pomóż mi go nakarmić* - wyszeptał nagle do jej ucha. W tym momencie Czkawka dość nieprzytomnie upadł na podłogę.

- Może już? - odetchnęła z ulgą, bała się, że to coś poważniejszego.

- Możemy spróbować - przyznał, puścił ją, a gdy wstała, ostrożnie podniósł syna i posadził sobie na kolanach. Przyniosła jakąś zupę i ostrożnie podała Czkawce, który pił łapczywie, a ojciec trzymał go tak, żeby się nie zakrztusił, więc wypił bez problemu całą miskę.

- Powinien odpocząć... Zdaje się, że dawno nie spał. Przybliż go tylko do ognia - poleciła.

- Nie dziwię się - pokiwał głową i położył go przy ogniu, żeby go rozgrzać. - Sam bym nie spał, mając takie zmartwienia.

Valka uśmiechnęła się lekko i usiadła obok swojej rodziny. Kawałek dalej, Sączysmark spał okryty futrem i oparty o ojca, jego również podróż wymęczyła i wychłodziła. We śnie obaj wyglądali tak młodo i uroczo. Mieli ponad 20 lat, Czkawce niedługo urodzi się dziecko, a mimo to sam wyglądał jak mały chłopiec. Smark sprawiał wrażenie starszego z powodu szczuplejszej twarzy i szczeciniastego zarostu, ale jego rysy nadal miały w sobie coś dziecięcego.

Tej nocy spali dość długo jak na siebie, ale potrzebowali tego. Kiedy Czkawka otworzył oczy, pierwszym na co spojrzał, była Astrid. Siedziała w kącie zwinięta w kłębek i wyglądała naprawdę źle. Potrzebowała natychmiastowej pomocy i jedzenia, do którego jakoś musiał ją nakłonić. Odrzucił futro, wstał i podszedł do niej ostrożnie, po czym ukląkł przy jej boku i wziął ją za ręce.

- Astrid... - powiedział łagodnie, zupełnie niechcący ją budząc. Otworzyła szeroko oczy i spojrzała na niego z lekkim przestrachem. Wyraźnie obawiała się jego reakcji.

- Nie bój się mnie... Nie jestem na ciebie zły - wyszeptał łagodnie.

- Przepraszam... - szepnęła, jej oddech był przyspieszony.

- Nie masz za co... - nadal łagodnie. - Po prostu chciałaś dobrze... Nic się nie stało - na te słowa pokręciła przecząco głową.

- Ono się prawie nie rusza... - wyznała ze łzami w oczach. - To moja wina... - wyraźnie się bała i potrzebowała go przy sobie.

- Wiem, dlaczego to robiłaś. Smark mi powiedział - przytulił ją do siebie. Wtuliła się z walącym sercem i zamknęła oczy, ale to jej pomogło. Przy nim zawsze czuła się bezpiecznie. On doskonale o tym wiedział, usiadł obok niej i ponownie przytulił, jedną ręką dotykając jej brzucha. - Obiecaj mi, że będziesz jeść... Że będziesz słuchać się swojej i mojej mamy.

- Dopóki było co, to jadłam - powiedziała cicho. - Przestałam... niedawno - skuliła się lekko, czując burczenie w brzuchu.

- I teraz jest co... Starczy nam już do końca. Nikt nie będzie chodzić głodny... Pamiętaj, że głodzisz nie tylko siebie...

- Ja wiem... ale kiedy patrzyłam na te dzieci... widziałam siebie jako małą dziewczynkę, zostawioną na pastwę losu...

- Tak, wiem co czujesz... A wyobraź sobie teraz, że któreś z tych dzieci jest nasze... Co byś robiła?

- To samo...

- To dlaczego nasze dziecko głoduje? - był spokojny i łagodny, owszem, miał do niej żal, ale wiedział, że złość tylko ją przestraszy i pogorszy sprawę.

- Bo to nie to samo...

- To właśnie jest to samo... Wiesz... Wodzowanie nauczyło mnie jednej rzeczy. Nie można myśleć o przeszłości. Trzeba myśleć o teraźniejszości i przyszłości.

- Ale ja nie jestem w stanie jeść... Po prostu nie mogę... nie mogłam spokojnie jeść widząc te głodne dzieci... - oparła głowę na jego ramieniu, wyraźnie nie miała siły.

- Teraz już nikt nie będzie głodny. Poza tym, musisz jeść - pokręciła tylko głową, a w jej brzuchu znów głośno zaburczało.

- Sączysmark! - krzyknął nagle.

- Co? - zawołany zjawił się natychmiast i bez protestów.

- Leć po jakąś zupę czy coś...

Gdy ten przyniósł, Czkawka przejął miskę od Sączysmarka i podał jej.

- Astrid... Musisz jeść, jeśli nie chcesz zabić naszego maleństwa - powiedział poważnie. Nie chciał jej straszyć, ale wiedział, że to może być jedyny argument zdolny ją nakłonić do jedzenia. Bo powód, dla którego nie jadła, miał przede wszystkim podłoże psychiczne. Podsunął jej miskę z zupą, zrezygnowana i wygłodzona, niechętnie zaczęła pić.

- Dziękuję - uśmiechnął się, ale nie odwzajemniła gestu. Zabrał pustą miskę, wstał i poszedł do swoich zajęć. Nagle Sączysmark odciągnął go na bok, gdy odszedł na tyle daleko, żeby Astrid ich nie słyszała i nie widziała.

- Co jest? - zapytał wódz niepewnie, z lekkim niepokojem.

- Mam teorię, ale trochę głupią...

- Niby jaką?

- Ona to zrobiła częściowo, żeby zwrócić twoją uwagę. A teraz ją to gryzie - zerknął na Astrid, która wciąż siedziała w kącie załamana.

- Ale... przecież... Codziennie z nią rozmawiam... Śpimy razem... - nie wiedział o co chodzi, ale brzmiało to znajomo, aż spojrzał na własnego ojca. Przecież sam tak robił jako dziecko.

- Rozmawiacie? Zamieniacie parę słów, po czym padasz wykończony. Kiedy ostatnio naprawdę się nią zainteresowałeś tak, jak dzisiaj? Skupiłeś całą swoją uwagę tylko na niej? Jasne, miałeś ważniejsze sprawy i ona o tym wie. Dlatego nic ci nie mówiła, a teraz pewnie żałuje, że dodała ci zmartwień, wiesz jaka jest.

Czkawka nie odpowiedział, poczucie winy zżerało go od środka.

- Nie szukaj mnie... - wyszeptał, wymknął się z Twierdzy za nim ktoś go zauważył. Jakieś 10 minut później ktoś zauważył jego nieobecność i zaczęli się pytać o wodza. Minął jakiś czas, kolejne 10 minut, a jego nie było. Było jasne, że jest na zewnątrz. W końcu Stoick wyjrzał przed drzwi Twierdzy. Młody wódz rzucał kulką w jakiś cel na swoim domu, wyraźnie był na coś wściekły.

- Czkawka? Co ty tu robisz? - spytał zaniepokojony ojciec, gdy był już dość blisko.

- Rzucam sobie - syknął i rzucił kulką.

- Ludzie się niepokoją, szukają cię.

- Nie chcę być wodzem, ty nim bądź - warknął i z całej siły rzucił kulką.

- Nie sądzisz, że to trochę nie pora, na takie fochy?

- Ona zrobiła to samo co ja z tobą... - wyznał cicho. Przepraszam... - jeszcze ciszej.

- To znaczy? Myślisz, że Astrid nie jadła ze względu na ciebie?

- Nie... Astrid nie jadła, żeby zwrócić moją uwagę... Tak jak ja nie jadłem, żeby zwrócić uwagę twoją.

- Powiedziała ci to?

- A czy ja ci mówiłem? - spojrzał na ojca. - Teraz rozumiem, że miałeś przeze mnie więcej roboty... A co jeśli moje dziecko będzie postępować jak ja? Co jeśli nie będę mieć czasu ani na dziecko, ani na własną żonę... - jeszcze ciszej.

- Czkawka - potężny mężczyzna chwycił syna za ramiona. - Ostatnie tygodnie były bardzo trudne dla nas wszystkich. Nawet ja nigdy nie zmagałem się z tak ciężką zimą. A ty poradziłeś sobie doskonale, wszyscy żyją, ludzie i smoki, nawet zwierzęta za bardzo nie ucierpiały. Synu, dokonałeś niemal cudu - patrzył na niego z dumą i podziwem.

- Cudu? - spojrzał na niego załamany. - Nie zauważyłem, że moje najbliższe osoby głodują... Jak ty byś się czuł, gdyby moja mama głodowała, a byłaby w ciąży?

- Pewnie tak jak ty - przyznał. - Ale właśnie, Astrid jest w ciąży. Potrzebuje cię bardziej niż zwykle, co przy twojej pracy i tak trudnej sytuacji, jest bardzo trudne, prawie niemożliwe. Z czasem się nauczysz godzić obowiązki wodza i męża, a kiedyś także ojca. Pogadaj z mamą, skoro mi nie wierzysz.

- Jak to się skończy, będę musiał chyba odpocząć... - westchnął, ulepił kulkę i znowu rzucił.

- Nareszcie mówisz rozsądnie - uśmiechnął się. Czkawka nie odwzajemnił uśmiechu, tylko dotknął czoła.

- Aż mnie głowa rozbolała... - mruknął. Stoick w przypływie ochoty na dziecinną zabawę, zgarnął trochę śniegu z zaspy i sypnął mu na głowę. Syn spojrzał na niego jak na idiotę, otrzepał włosy ze śniegu.

- No co? Trochę chłodu zawsze mi pomaga - zaśmiał się.

- Mnie nie pomogło - przyznał, układając brązowe kosmyki. - Naprawdę nie miałeś tak wcześniej?

- Bywało ciężko, ale nigdy aż tak. Zawsze jakoś dawaliśmy radę wytrwać do końca zimy z tym, co mieliśmy.

- Tylko ja mam takiego pecha. Wracaj do Twierdzy, bo zmarzniesz... - nawet nie zauważyli, że śnieg przestał padać.

- Nie wrócę tam bez ciebie.

Nagle promyki słońca uderzyły prosto w ich twarze, oślepiając ich.

- Głupie słońce - mruknął wódz, rzucając znowu śnieżką, nie zdając sobie dokładnie sprawy z tego, co powiedział.

- Przykro mi, nic z tym nie zrobisz - zaśmiał się Stoick.

- Zaraz... Słońce? - zamarł nagle zaskoczony i spojrzał na ojca.

- Co? A! Słońce! Zima się kończy! - zawołał podekscytowany. Obaj pobiegli do Twierdzy i razem otworzyli drzwi.

- Moi kochani! Wyszło słońce! - zawołał z radością Czkawka, kiedy ludzie na niego spojrzeli. - I przestał padać śnieg! - zapanowała ogólna radość, wszyscy wybiegli, z trudem przedostawali się do domów. Wódz wszedł do twierdzy na oględziny czy nikt nie pozostał, a gdy przekonał się, że jest pusto, poszedł do domu Astrid.

Przyszła mama właśnie się kąpała, jej rodzice wyszli pomóc odśnieżać wioskę. Oczywiście usłyszała stukot metalowej nogi na podłodze i swoje imię, świadczące o tym, że jej ukochany wszedł do domu, ale nie odpowiedziała. Było jednak słychać plusk wody z łazienki, więc podszedł do drzwi i zapukał. W dalszym ciągu nic nie powiedziała, ale drzwi były otwarte, więc wszedł niepewnie do środka.

- Dlaczego się nie odzywasz, jak cię wołam? - zmartwiony spojrzał na nią, ukucnął przed wanną.

- Myślałam, że odpuścisz i uznasz, że mnie nie ma - mruknęła. - Zresztą masz ważniejsze zmartwienia, na pewno jesteś potrzebny w wiosce - mówiła spokojnie, nie miała pretensji.

- Wszyscy odśnieżają domy... - nadal patrzył na nią. - I przepraszam... - dodał cicho.

- Za co? - zdziwiła się.

- Że nie poświęcałem tobie tak dużo uwagi, jakiej chciałaś. Ale... mogłaś zwyczajnie powiedzieć.

- Byłeś zajęty wioską. Nie chciałam ci sprawiać kłopotów...

- Kłopot? Ty? Szczerze powiedziawszy więcej kłopotu i zmartwień sprawiłaś jak przestałaś jeść - wyznał spokojnie, również nie miał pretensji. - Ale zamiast patrzeć na ciebie, mogłem podejść i chociaż trochę porozmawiać... - wyszeptał, wyraźnie miał wyrzuty z tego powodu.

- Ale ja mogłam po prostu ci powiedzieć, a nie udawać, że wszystko w porządku, aż coś we mnie pękło - też ją to gryzło. Wiedziała, że nie powinna się tak zachowywać.

- Ale teraz... mamy cały dzień dla siebie - zauważył, uśmiechając się szeroko.

- Zmądrzałeś i bierzesz wolne? - również się uśmiechnęła. - To zrób coś dla mnie z tej okazji.

- Co tylko zechcesz. Ale wolne mam tylko dzisiaj. Ludzie i tak chcą odpocząć, najeść się i odśnieżyć domy... Nie potrzebują mnie przy tym. Zresztą wiedzą, że potrzebuję odpoczynku.

- Od jednego dnia się zaczyna. Jak to ująłeś, małymi kroczkami.

- Nie mogę zrobić więcej wolnego, czas na zbieranie jedzenia i uzupełnianie zapasów - zauważył.

- A czy ja mówię teraz? Przecież wiem, że teraz będzie okres cięższej pracy.

- Jak się czujesz? - zmienił szybko temat, nie chciał rozmawiać o pracy.

- Dobrze, choć nadal jestem słaba - skrzywiła się. Nie znosiła być słaba i nie dawać sobie sama rady. Przez te trzy miesiące, odkąd odkryła, że spodziewa się dziecka, robiła co mogła, żeby udowodnić, że ciąża to nie choroba.

- Bo musisz więcej jeść... Więc co mam dla ciebie zrobić?

- Wykąp się - palnęła po prostu.

- Aż tak mocno śmierdzę? - zażartował.

- Ze mną się wykąp.

- Z tobą? - spytał niepewnie, choć był błysk w oku.

- Przecież mówię.

- A woda chociaż ciepła? - uśmiechnął się i powoli zaczął się rozbierać.

- A to już sam ocenisz - mruknęła robiąc mu miejsce.

- Idealna - dołączył do niej i od razu wziął ją w ramiona. Przytuliła się do niego, niemal momentalnie się relaksując i całkowicie uspokajając. On również w końcu się zrelaksował, brakowało mu tego. Ciepła kąpiel i bliskość drugiej połówki, działała na oboje niezwykle uspokajająco.

- Mógłbym tak siedzieć dosyć długo - wyznał, przytulając się do niej.

- Ja też - odparła z uśmiechem. - Uwielbiam, kiedy tak robisz - szepnęła, gdy dotknął jej brzucha i zaczął głaskać.

- Ja też to lubię... - chciał, żeby dziecko kopnęło, czy się poruszyło. Byłby troszeczkę uspokojony. Jak na zawołanie maluch zaczął kopać, wyczuwając obecność ojca. Czkawka zamknął oczy, czuł, że za chwilę może usnąć, dawno nie był taki zrelaksowany. Nagle zsunął się pod wodę, ale poderwał się gwałtownie do pozycji siedzącej, rozbudzając się.

- Kończymy kąpiel, czy po prostu staramy się nie usnąć? - Astrid również już przysypiała.

- Lepiej skończmy... - odparł, wychodząc. - Nie zamierzam ryzykować utonięcia.

- Ja tym bardziej - przyznała, również wychodząc. Po krótkiej chwili namysłu, wrzuciła do wanny swoje ciuchy. - Później to upiorę - mruknęła jakby do siebie. Wyszła z łazienki i weszła niemal w czyste ubranie Czkawki, które ktoś zostawił pod drzwiami. Rozejrzał się, ale nikogo nie było, wzięła te rzeczy, zamknęła drzwi i podała ukochanemu.

- Mama - zaśmiał się i ubrał. Jego partnerka wrzuciła jego brudne ciuchy do swoich.

- To co robimy? - uśmiechnął się niepewnie.

- Co chcesz - wzruszyła ramionami. - Ale teraz to ja idę się ubrać - wyszła z łazienki i pobiegła do siebie. Poszedł za nią i usiadł na łóżku.

- A ty co chciałabyś robić? - patrzył na nią i na jej ruchy. Lubiła, kiedy to robił, ale ubierała się dość sprawnie z powodu zimna.

- Najchętniej spać, ale przecież nie prześpimy całego wolnego dnia - odpowiedziała.

- Prześpimy... Wybacz, ale ja chyba nie jestem zdolny dzisiaj do niczego.

- To chodź spać - położyła się do łóżka.

- Ale... nie jesteś zła? - położył się niepewnie obok niej.

- Zła? - przytuliła się do niego najbardziej jak mogła, przykrywając oboje futrem. - Dlaczego?

- Że prześpimy cały dzień, bo ja nie jestem do niczego zdolny...

- A w łeb chcesz? - spojrzała na niego zmęczonym wzrokiem.

- Nie... - wyszeptał i przytulił ją bardziej do siebie, jego dłoń od razu powędrowała na jej zaokrąglony brzuch.

- To się przymknij i daj mi spać.

Nie odezwał się już, błyskawicznie zasnął, ona zresztą chwilę później. Po tak trudnej sytuacji ostatnich tygodni, oboje potrzebowali solidnego odpoczynku.

* Nie czepiajcie się, według Kimiko jest to możliwe.

Są takie momenty, kiedy nie wszystko idzie po naszej myśli...

to dla ciebie, Arbiter ;)
i jeszcze dla jednego anonimka ;)

Parno. To chyba najlepsze określenie pogody, jaka panowała, nawet zimowe moce Elsy i Jacka nie na wiele się zdawały. Było gorąco, duszno i leniwie, a dziewiątka przyjaciół siedziała znudzona na werandzie jakiegoś baru, nie mając siły na nic.

- A może w coś zagramy? - zaproponowała w końcu Anna.

- Tylko w co? - zapytał od razu Kristoff.

- W butelkę? - wypalił Frost.

- Nie, nie chce mi się myśleć nad pytaniami i wyzwaniami - Astrid wyciągnęła się wygodniej na ławce i ułożyła na piersi przysypiającego Czkawki.

- Jest inna wersja tej gry - rzucił Julian jakby od niechcenia.

- Myślisz, że ktoś się na to zgodzi? - Kristoff uniósł lekko brwi.

- A co to za wersja? - zaciekawiła się Roszpunka.

- Na całowanie. Musisz pocałować tego, kto wypadnie - wyjaśnił Jack, a wszystkie oczy zwróciły się na niego.

- Nie wiem jak ty, ale ja nie wiem, czy chcę, żeby ktoś całował moją dziewczynę - dłoń Czkawki zacisnęła się lekko na biodrze Astrid, mnąc nieco materiał spódniczki w odrobinę zaborczym geście.

- W sumie to może być fajne - blond wojowniczka uniosła głowę, żeby spojrzeć w zielone oczy ukochanego.

- Ja i tak odpadam - Merida skrzyżowała ręce.

- Daj spokój, chodzi o zwykłe "cmok" - namawiał Jack.

- Zależy, na kogo się trafi - zauważyła Anna.

- Po kilku kolejkach i tak będzie ci wszystko jedno - Julek wzruszył ramionami.

- A ty co myślisz? - Roszpunka zwróciła się do Elsy, która nie odezwała się jeszcze od początku wieczoru.

- Myślę... że muszę się napić - odparła królowa, pocierając skronie.

- Chodźcie, laski. Przyniesiemy coś zimnego - jej siostra skoczyła na równe nogi.

- Dobra myśl - zgodziła się Astrid, ale nie wstała. - Kotek... Puść mnie - mruknęła niezadowolona, a kiedy Czkawka się nie ruszył, wyszeptała mu do ucha kilka słów, po których chłopakowi zalśniły oczy i od razu ją wypuścił.

- Ale obiecujesz? - spytał z nadzieją, gdy wstała.

- Jeśli tylko będziesz grzeczny - zmierzwiła mu pieszczotliwie włosy, po czym poszła z resztą dziewczyn.

- No dawaj, co ci powiedziała? - Frost patrzył na przyjaciela z szerokim uśmiechem.

- Zapomnij. Chcę żyć. I chcę, żeby spełniła obietnicę.

- No nie bądź taki...

- Co ty, kumplom nie powiesz? - Julian był wyraźnie rozczarowany.

- Nie. Ja was nie wypytuję o prywatne sprawy.

Kiedy po kilkunastu minutach wróciły dziewczyny z zapasem alkoholu, chłopcy byli na siebie poobrażani.

- Niech zgadnę, próbowali z ciebie wyciągnąć, co ci powiedziałam? - Astrid podała Czkawce butelkę i przytuliła się do niego tak jak poprzednio.

- Mhm - mruknął, upijając solidny łyk.

- A ty się nie dałeś? Mój bohater - pocałowała go w policzek, co trochę poprawiło mu humor. Otworzyła usta, żeby powiedzieć coś jeszcze, ale zrezygnowała.

- Jeśli zamierzałaś skomentować mój zarost, to lepiej nie dobijaj.

- Przecież nic nie mówię.

- Gramy? - Frost postawił pustą butelkę na stół. - Zaczyna ruda - zarządził.

Merida chcąc nie chcąc musiała zakręcić. Wypadło na Kristoffa, który wzruszył tylko ramionami. Zgodnie z umową, pocałunek był tylko muśnięciem ust, ale Frost i tak miał ubaw, dopóki butelka nie wskazała jego. Dwaj przyjaciele wymienili się zbolałymi spojrzeniami, a ich całus skończył się szybciej niż zaczął.

- Bez komentarza - rzucił Strażnik do Elsy, która spojrzała na siostrę i obie zachichotały. Chwilę później to Annie zrzedła mina, gdy została wylosowana. Jej z kolei wypadł Julian, a temu znów Jack. Obie siostry znów się zaśmiały, natomiast Frost odetchnął z ulgą, gdy trafił na Meridę, niespecjalnie tym faktem zachwyconą. Pełna niechęci obdarzyła go chłodnym, antypatycznym pocałunkiem. Zupełnie innym niż ten, który chwilę później otrzymał Czkawka.

- Czy mi się wydaje, czy wasz pocałunek był dłuższy niż inne? - zaborczość Astrid dała o sobie znać.

- Bo trwał sekundę, a nie pół? - chłopak przewrócił oczami i zakręcił butelką.

- Tak, właśnie.

- Czy ty jesteś zazdrosna, czy za dużo wypiłaś? - spojrzał jej w oczy.

- Jedno i drugie.

- To przestań być zaślepiona zazdrością i zobacz, kogo wskazuje butelka.

- Mnie... - patrzyła to na stół, to na niego.

- Więc teraz ci zademonstruję, jak wygląda długi pocałunek - ujął jej podbródek, obracając jej twarz ku sobie.

- Nie gadaj tyle - mruknęła blond wojowniczka, dosłownie rzucając się na ukochanego. Na szczęście jej długie włosy jako tako uchroniły resztę towarzystwa od wątpliwej przyjemności oglądania zachłannego pocałunku zakochanej w sobie na zabój pary.

- Usatysfakcjonowana? - zapytał Czkawka po dłuższej chwili, gdy oderwali się od siebie z braku powietrza.

- Na razie - odparła, kręcąc butelką i odgarniając mu grzywkę z czoła. Wypadła Elsa, na co obie dziewczyny uśmiechnęły się do siebie i mrugnęły porozumiewawczo, wspominając, jak chcąc nabrać swoich partnerów udawały, że są razem. Pocałowały się więc jak dwie bliskie przyjaciółki, na co ich chłopcy patrzyli z kamiennymi twarzami, ale widać im też przypomniała się tamta noc.

Elsa trafiła na Juliana, który mruknął coś o pechu, gdy wylosował Czkawkę, ten zaś Roszpunkę. Tym razem jego dziewczyna nie była zazdrosna, zapewne za sprawą poprzedniego pocałunku, którego wspomnienie wciąż rozlewało się po jej ciele przyjemnym ciepłem i sprawiało, że miała ochotę zabrać stąd swojego faceta i to prosto do sypialni. Roszpunce wypadła Anna, której tym razem dopisało szczęście, bo butelka wskazała Kristoffa. Ten trafił Astrid, a ona, ku swojemu niezadowoleniu - Jacka.

- Mam cię na oku - ostrzegł przyjaciela Czkawka, nie zdejmując dłoni z talii ukochanej.

- Ja też - Elsa szturchnęła Frosta łokciem.

- Czemu wszyscy myślą, że mam coś do Astrid? - Strażnik rozejrzał się po twarzach przyjaciół z oburzeniem i urazą.

- Bo jesteś dziwny i nie wiadomo, kto ci się podoba - zauważyła kąśliwie Merida.

- A może ty, cukiereczku?

- Nie nazywaj mnie tak!

- Ale sama słyszałam, jak kiedyś kłóciłeś się o to z moją siostrą...

- Anka - Elsa spojrzała na siostrę ostrzegawczo. - Nie kłap dziobem, bo ci go zamrożę.

- Ale kochanie, ja tego nie rozumiem. Przecież wiesz, że kocham tylko ciebie, moja słodka śnieżynko...

- Och, na litość Thora, grajmy! - zirytowana Astrid wstała, zrzucając z siebie dłoń Czkawki i wycisnęła na ustach Jacka soczysty całus zakończony charakterystycznym, głośnym cmoknięciem. - Nie róbcie problemów - otarła usta wierzchem dłoni i napiła się. Frost potulnie zakręcił butelką i nie ruszyło go wylosowanie Roszpunki. Następna była Elsa, potem Merida i wtedy skończył się alkohol, więc porządnie spici przyjaciele zgodnie lub nie, postanowili wracać.

To była ostra jazda i to bez trzymanki. Jack latał na wszystkie strony, rozbijając się o rozmaite przedmioty. Astrid i Czkawka cały czas uważali na sztuczną nogę chłopaka, która i na trzeźwo znacznie utrudniała mu chodzenie, a co dopiero teraz. Anna z Julianem i Roszpunką śpiewali coś na całe gardła, a Kristoff opowiadał Elsie historie o pijackich hulankach w karczmach, jakich parę razy bywał świadkiem, co rozśmieszało ją niemal do łez. Merida zaś próbowała udawać trzeźwą, co Jack bezustannie usiłował udaremnić. Właściwie chyba tylko cudem dotarli do domu, gdzie padli tak, jak stali.

Kristoff i Julian dotarli tylko do kanapy w salonie. Merida z Roszpunką usiadły na chwilę na korytarzu i tam już zostały. Jack władował się do łóżka Czkawce i Astrid, którzy zasnęli obok niego wtuleni w siebie. Elsa wskutek pomyłki położyła się w pokoju siostry, a Anna usnęła w wannie.

Kiedy wszyscy wreszcie zebrali się w kuchni solidnie skacowani, dochodziło południe. Anna, Merida i Roszpunka z głośnymi jękami rozmasowywały sobie obolałe karki i ramiona. Julek i Kristoff jeszcze drzemali przy stole, a Elsa siedziała nad kubkiem herbaty uciskając skronie, jakby chciała utrzymać w całości pękającą głowę. Zaprawieni w bojach dzięki libacjom bliźniaków Czkawka i Astrid, znacznie łagodniej znosili dokuczliwe skutki imprezy i rozmawiali o czymś szeptem. Natomiast Jack wciąż spał w ich łóżku.

- Jak dobrze, że nie za często mamy takie wakacje - mruknęła cicho królowa śniegu, a przyjaciele natychmiast się z nią zgodzili.

- To co, jutro rozbierany poker?

Miłość nie unosi się gniewem... ale tylko wobec siebie

pisząc to, cały czas miałam gdzieś w głowie głos mówiący: Stąpasz po cienkim lodzie
jednakowoż zdecydowałam się zaryzykować publikację
czy słusznie? Cóż, wy mi powiedzcie

- Hej przystojniaku. Co tam? - Astrid weszła do kuźni i pocałowała Czkawkę w policzek.

- Całkiem nieźle. Prawie skończyłem na dziś - zamocował dokładniej pasek od naramiennika, który właśnie naprawiał.

- A co robisz? - spytała, patrząc na niego.

- Musiałem wymienić te paski, bo stare za bardzo się wytarły - pokazał jej z dumą swoje dzieło.

- Mhm. Masz jakieś dalsze plany? - spytała niewinnie.

- Nie, w sumie to nie. A co?

- A nic. Gdybyś miał na coś ochotę...

- Na ciebie? Zawsze - spojrzał na nią. Z satysfakcją zauważył, że zarumieniła się lekko. Podszedł do niej i objął ją w talii. - Lubię, kiedy się rumienisz - wyszeptał jej do ucha. Był z siebie dumny, bo nie był to łatwy wyczyn.

- Chcesz zobaczyć więcej moich rumieńców? - spytała uwodzicielskim głosem. - To chodź - wzięła go za rękę.

- Do mnie czy do ciebie?

- Do ciebie - pocałowała go lekko, jakby na zachętę i już po chwili spacerowym krokiem zmierzali w kierunku domu wodza.

Tuż po przekroczeniu progu, zatracili się w swoim świecie namiętnych pocałunków i czułych objęć, nie liczyło się nic poza nimi, a miłość unosiła się wokół.

Niestety, ich przyjaciele nie czuli tego romantycznego nastroju. Chcieli urządzić sobie wyścigi smoków, a wiadomo, że im więcej jeźdźców, tym lepsza zabawa, nawet jeśli Czkawka zazwyczaj wygrywał, dzięki Nocnej Furii. Dopóki była jakakolwiek nadzieja na to, że można go pokonać, próbowali. A przecież każdemu mogło się poszczęścić.

Nie znalazłszy ich nigdzie w wiosce, zebrali się w celu ustalenia potencjalnego miejsca pobytu pary.

- Gdzie też oni mogą być? - Sączysmark podrapał się w tył głowy.

- Chyba wszędzie sprawdziliśmy... - Śledzik drapał Sztukamięs, jakby to miało sprawić, że wpadnie mu do głowy jakiś pomysł.

- Oprócz ich domów - mruknął Mieczyk.

- Przecież wy mieliście tam sprawdzić! - zawołał Smark, oburzony.

- Mieliśmy? - chłopak spojrzał na bliźniaczkę. - Te, siostra, mieliśmy?

- A ja wiem? - Szpadka wzruszyła ramionami.

- Och, chodźcie - Jorgenson machnął ręką i ruszył z wściekłością w stronę domu przyszłego wodza.

To był błąd.

Miłość... Gorąca, czuła, zmysłowa - wszechobecna. Wchodząc do domu Haddocków miało się wrażenie, że wchodzi się do rozgrzanego pieca, albo słodziutkiej kartki walentynkowej. Bynajmniej nie miało to nic wspólnego z temperaturą ani wystrojem wnętrza. To kwestia namiętności promieniującej z zakochanej pary i stworzonej przez to atmosfery, która wywoływała owe wrażenia. To było jak wszystkie les jours d'amour świata razem wzięte.

Freja to podłe bydlę. Tak samo jak wszystkie inne: Afrodyta, Wenus, Hathor, Lakszmi, Inanna i tak dalej, nawet mały i słodki Kupidynek. Ale najpodlejszy z nich jest Eros, Amor, czy jak go tam zwą. Freja musiała być z nim w zmowie, kiedy zamiast wycofać czwórkę przyjaciół z miejsca, do którego nie powinni byli wchodzić, zaćmiła ich umysły i wyłączyła zdrowe rozsądki sprawiając, że zagłębiali się coraz bardziej i bardziej w pozornie spokojny dom.

Smark otworzył drzwi. Po cichu, nie jak zawsze, nie przejmując się niczym. Kto lub co sprawiło, że tak postąpił, nikt nigdy się nie dowie (ekhe, ehe - Freja - ehe, khe).

- Przestań! - z góry dało się słyszeć rozbawiony głos Astrid, a zaraz potem niepohamowany śmiech. - Przestań, mówię! Wiesz, że mam straszne łaskotki.

- Wiem - roześmiał się Czkawka. - Ale jak inaczej miałem cię zmusić do wyluzowania?

- Wystarczyły rączki w odpowiednich miejscach.

- Przecież są.

- Nie! Nie tu!

- To gdzie?

- O tu. A teraz wyżej. Wyżej... wyżej... jeszcze troszkę... oooooo tak, właśnie tu... Uwielbiam, jak tak robisz...

- A ja uwielbiam ciebie.

- A ja cię kocham.

- Ja ciebie... - reszta wypowiedzi utonęła w pocałunku.

Słowa nie wystarczyły. Trójka niezbyt rozgarniętych przyjaciół postanowiła sprawdzić, co tam się dzieje.

- Błagam, chodźmy stąd! - szepnął rozpaczliwie Śledzik, który jako jedyny zorientował się, co się święci.

- A skąd wiesz, co oni robią? - odszepnęła Szpadka.

- Są we dwoje w pustym domu i bardzo, ale to bardzo zakochani. To chyba logiczne, co mogą robić.

- Eeee... nie? - Mieczyk nie zrozumiał aluzji, ale przynajmniej miał dość rozumu, żeby powiedzieć to cicho.

- Właśnie, poza tym chcemy się pościgać - dodał Smark, stawiając cicho stopę na pierwszym schodku.

- Mamusiu... - pisnął Śledź, wciskając się w pusty kąt domu.

A na górze zabawa trwała dalej, z każdą chwilą wątpliwości co do jej charakteru malały.

- Mmmm... kocham cię, wiesz?

- Widzę... I słyszę... I czuję... I wiem... A! A ty wiesz?

- Wiem... auuuu! Astrid, nie drap...

- Przepraszam, ale nie mogę...

- To boli...

- To twoja wina...

- Moja... wina... tak?

- Ach... tak... twoja...

- Moja?

- Twoja...

- Moja?

- Two...aaaa... - reszta kłótni w zasadzie przestała być rozmową, przynajmniej na poziomie werbalnym. Jeśli chodzi o hmmm... język ciała... porozumienie dwojga kochanków było tak idealne, że słowa nie były potrzebne.

Freja. Jest. Podła.

A nawet do potęgi. Nie dość, że pozwoliła Smarkowi i bliźniakom wejść do domu, to jeszcze bezczelnie ich podpuściła, żeby weszli na górę. A to, co tam zobaczyli... cóż... trauma na całe życie, nie ma co. Chyba nikt nie chciałby zastać przyjaciół w jakiejkolwiek osobistej sytuacji. Albo co gorsza być zastanym.

Dość powiedzieć, że gdy szok trójki oszołomów minął, to znaczy było po wszystkim, ich powolne mózgi nareszcie włączyły komendę, którą powinny były uruchomić jeszcze przed przekroczeniem progu domu: CHODU!

Hahaha, łatwo powiedzieć, trudno zrobić. Zwłaszcza, gdy ma się do czynienia z parą najlepszych jeźdźców smoków na Berk, których cechuje między innymi doskonały wzrok i słuch. Nawet miłość nie jest w stanie zaślepić ich na tyle, żeby nie zauważyli baryły i dwóch jaczych łbów.

Jeśli ktoś myślał, że umie się szybko ubierać, to chyba nigdy nie widział Astrid w akcji. Wyskoczyła z łóżka jak tylko tamci się odwrócili i zaczęli uciekać, kiedy wypadali przez drzwi była w miarę ubrana, a kiedy biegli przez wioskę, już ich goniła z toporem w ręku, ku zdumieniu pozostałych mieszkańców. Jej wygląd mówił sam za siebie: niekompletne ubranie, włosy w nieładzie, rumieńce na twarzy i dzika żądza mordu w oczach. Tak samo jak miny uciekinierów: całkowita panika i przerażenie. Swoją drogą dobrze, że Śledzik nawiał wcześniej.

- Tak się kończy podglądanie! - roześmiał się Pyskacz na ten widok, a inni mu zawtórowali.

Zaś Czkawka, jak to Czkawka, przeczesał grzywkę, która lepiła mu się do mokrego od potu czoła, opadł z powrotem na poduszkę, okrył się futrem i zasnął, zbyt zmęczony spotkaniem z ukochaną, żeby myśleć o zemście...

Wojna płci

- Nudno trochę...

- No, trochę... Ale z drugiej strony nie chce mi się nic robić. Nawet na latanie nie mam ochoty.

- Szczerbatek chyba też. Zobacz, jak słodko śpi.

- Widzę.

- Ty też wyglądasz tak słodko, kiedy śpisz.

- Ja nie wyglądam słodko.

- Oczywiście, że tak. Obaj jesteście słodcy.

- Astrid...

- No co? Mówię jak jest.

- Jasne.

Para siedziała w Smoczej Akademii, nie za bardzo wiedząc, co ze sobą zrobić. Niedawno minęło południe, więc zdecydowanie nie była to pora na miłosne igraszki, nie mówiąc już o braku sprzyjających okoliczności i nastroju. Oba smoki drzemały spokojnie, a resztę przyjaciół gdzieś wcięło. Nie na długo, jak się jednak okazało.

Do Akademii zdecydowanym krokiem wszedł Sączysmark, a tuż za nim Heather. Na końcu szedł Śledzik i bliźniaki, które kłóciły się ze sobą zażarcie. W końcu Mieczyk warknął coś wściekły i poszedł.

- O co znów poszło? - zapytał Czkawka nieco zmęczonym głosem.

- Nawet nie pytaj... - Smark usiadł ciężko obok niego.

- Powiedział mi, że kompletnie nie umiem gotować i w ogóle żadna kobieta nie umie, muszą się dopiero uczyć. Za to mężczyźni mają do tego talent - odparła rozwścieczona Szpadka.

- No i racja - mruknął Czkawka.

- Słucham? - Astrid spojrzała gniewnie na chłopaka.

- Nic, nic - odparł szybko, rozumiejąc swój błąd.

- Nie, nie, proszę, kontynuuj. Uważasz, że nie gotuję dość dobrze, tak?

- Oj Astrid, chyba jesteś przewrażliwiona - Sączysmark przewrócił oczami.

- Przewrażliwiona? - tym razem wyrzut pochodził od Heather.

- Sama chyba przyznasz, że zdarza jej się przesadzać...

- Nie, nie przyznam.

- Bo co, nam to można wytykać błędy, a wam już nie?

- Co racja to racja - odezwał się nieśmiało Śledzik.

- I ty przeciwko mnie? Mieczyka rozumiem, on tak zawsze, ale ty? - Szpadka nie kryła zaskoczenia.

- No co, trzyma właściwą stronę. Męską - Smark uśmiechnął się i klepnął Śledzia po ramieniu.

- No jasne, męska solidarność - fuknęła Heather.

- Astrid, ja... - zaczął Czkawka.

- Nic nie mów - przerwała mu. - Ja trzymam z dziewczynami.

- Dobra, jak chcesz.

- Tak! Tak chcę! Chodźcie laski - wyszła z Akademii, a dziewczyny poszły za nią. Przypadkowo natknęły się na Valkę, która szła właśnie w stronę domu.

- Co macie takie miny? - zapytała, zauważając je.

- Pokłóciłyśmy się z chłopakami - mruknęła Heather.

- Ich wina, wkurzyli nas - dodała Szpadka.

- A może pomożecie mi upiec chleb? - zaproponowała kobieta.

- Chleb? - zdziwiła się bliźniaczka.

- Jasne. Nie ma nic lepszego na złość, niż ugniatanie ciasta.

- Czemu nie? Możemy pomóc - Heather spojrzała na przyjaciółki, które skinęły potakująco. Wszystkie cztery poszły więc do domu wodza i po krótkich przygotowaniach rozpoczęły pracę.

Valka może nie radziła sobie najlepiej z gotowaniem, ale chleb robiła całkiem niezły. Miała swój własny, wypracowany przepis, którym dotychczas z nikim się nie dzieliła. Postanowiła tym razem zrobić wyjątek, dziewczynom naprawdę przyda się ta lekcja. One najwyraźniej były tego samego zdania, bo chętnie zabrały się do pracy i szybko się uwinęły z przygotowaniem składników.

- Teraz najlepsza część: wyrabianie ciasta - instruowała je Valka. - Wyobraźcie sobie po prostu, że to wasz facet. Kiedy jesteście wkurzone, walicie mocno w ciasto, jakbyście obijały tego głupka, z którym się związałyście. A jak wam przejdzie, albo nie jesteście złe, wyrabiacie je delikatnie i z czułością, jakbyście pieściły swojego kochanka - zaczęła łagodnie mieszać składniki, podczas gdy dziewczyny tłukły ciasto ile wlezie, wyżywając się i kierując przeciwko niemu gniew na chłopaków.

Po chwili Astrid odpuściła, złość jej przeszła, a jej dłonie stały się bardziej delikatne i czułe. Nawet uśmiechała się lekko, jakby rzeczywiście dopieszczała ukochanego i sprawiała mu przyjemność, zamiast robić chleb. Heather również dość szybko poszła w jej ślady. Najdłużej walczyła Szpadka, w końcu była zła nie tylko na partnera, ale i na brata. Wreszcie jednak i ona się poddała.

- Teraz musicie dodać to, co lubią najbardziej - Valka dorzuciła do swojej miski ziaren i nasion, Stoick uwielbiał chleb z pełnymi ziarnami.

- Teraz nam to mówisz? - zawołała Szpadka.

- I skąd mamy wiedzieć, jaki jest ich ulubiony chleb? - zmartwiła się Heather.

Astrid nie było. Jak tylko Valka dokończyła wypowiedź, wybiegła z domu. Wiedziała dokładnie, czego szukać, choć musiała się spieszyć, żeby ciasto nie zaczęło rosnąć. Pobiegała trochę po wiosce, poszukała dobrze i wróciła, po czym podała dziewczynom pojemniki.

- Smark bardzo lubi suszone owoce, choć nie wiedzieć czemu, uważa je za niemęskie - powiedziała, objaśniając tym samym zawartość pudełka. - Śledź je dużo orzechów, podobno dobrze wpływają na mózg, pomagają się uczyć i zapamiętywać - rozwiązała się zagadka drugiego pudełka. - A Czkawka preferuje aromatyczne zioła - wsypała do ciasta roztarte, suszone rośliny ze swojego pojemnika.

- Dzięki Astrid - obie przyjaciółki dodały brakujące składniki do swoich misek, wymieszały ciasto i uformowały, a następnie cztery chlebki leżały sobie w cieple, wyrastając spokojnie. Kiedy były gotowe, trafiły do pieczenia, a stamtąd pod nóż, jeszcze ciepłe.

Tymczasem chłopcy przez cały czas zastanawiali się, jak udobruchać swoje rozwścieczone partnerki. Nic ciekawego nie wymyślili, ale wpadli na to, żeby ich poszukać i przynajmniej przeprosić. Dziewczyn nie znaleźli, ale wpadli na Stoicka.

- A co wy macie takie miny? - zdziwił się.

- Cześć, tata. Dziewczyny się na nas wściekły...

- Nie widział ich wódz może? - zapytał nieśmiało Śledzik.

- Jasne, że widziałem. Spotkały Val i szły chyba do naszego domu.

- O nie... - Czkawka jęknął i zbladł lekko.

- Co?

- Mama i dziewczyny? To nie wróży nic dobrego...

- Daj spokój, przesadzasz - Smark machnął ręką.

- Nie, nie przesadza - Stoick również się zaniepokoił. - Może jednak chodźmy sprawdzić, co knują. Tak na wszelki wypadek.

Usilnie starając się zachować spokój, wszyscy czterej poszli do domu wodza w tempie ekspresowym. Cicho i ostrożnie wśliznęli się do środka, nie chcąc się narazić na gniew kobiet. Odetchnęli z ulgą, gdy usłyszeli ze środka śmiech. Wszystkie cztery siedziały na futrze rozłożonym w pobliżu paleniska, rozmawiały i piły w najlepsze miód, jedząc upieczony przez siebie chleb.

- A w ogóle to jak ty i twoja kicia- AUA! - Szpadka zarobiła cios w ramię. - To bolało!

- Nie przesadzaj, to wcale nie było tak mocno - Astrid wzruszyła ramionami.

- Było! Za co to, tak w ogóle?

- Zajmij się tym swoim niedźwiedziem.

- Osz ty...

- Dziewczyny! Chyba nie będziecie się bić? - Heather próbowała załagodzić sytuację.

- Nie, jasne, że nie. Gdybym chciała się bić, wzięłabym topór. I następnym razem tak zrobię, jeśli jeszcze raz powiesz "kicia".

- Dobra, nie złość się tak już - w przeciwieństwie do brata, Szpadka wiedziała, kiedy się wycofać i odpuścić.

- To mnie nie drażnij.

- Eee... laski? Nie chcę wam przerywać pasjonujących kłótni, ale mamy towarzystwo.

- Już po nas! - pisnął Śledź, usilnie starając się schować za przyjaciółmi.

- To ja was zostawiam - Stoick ulotnił się do żony, nie solidaryzując się z winowajcami, bo nie miał powodów.

Sączysmark skulił się za Czkawką, a Śledzik za nimi obydwoma. Syn wodza nie miał zamiaru być żywą tarczą, dlatego podobnie jak ojciec, porzucił swoich przyjaciół. Tylko, że on wszedł w samą paszczę lwa. Czy raczej lwicy. Odważnie podszedł do swojej wybranki i jak gdyby nigdy nic, usiadł obok niej.

- Astrid.... ja... Muszę cię bardzo, ale to mnhmbmphmnm - nie zdołał dokończyć przeprosin, słowa pochłonęła cudowna miękkość jej ust. - Astrid... - wydusił zaskoczony i oszołomiony. - Mamo, co ty zrobiłaś i gdzie jest moja Astrid? Taka, która po kłótni prędzej dałaby mi w łeb niż witała pocałunkiem.

- Złość mi dawno przeszła. A co, taka ci się nie podobam? - wojowniczka uśmiechnęła się zalotnie.

- Nie no, podobasz, oczywiście. To moja druga ulubiona wersja ciebie.

- To jaka jest pierwsza?

Czkawka nachylił się i przez chwilę szeptał jej coś do ucha. Na twarzy blondynki odmalował się wyraz oburzenia. Gdy się odsunął z rozbawieniem, spojrzała na niego i trzepnęła go w ramię, była lekko zła, ale w oczach błyszczała wesołość, która ją zdradzała. Sam był rozbawiony, w końcu wybuchnął śmiechem, ale zapchała go kromką jego ulubionego chleba ziołowego.

W tym czasie reszta dziewczyn też dała się przeprosić, choć Heather miała niezły ubaw, obserwując Smarka, który na klęczkach błagał o wybaczenie, a Szpadka z satysfakcją gnębiła Śledzika. Ostatecznie wszyscy trzej usiedli przy swoich partnerkach, już spokojni i pogodzeni.

- I jak, może być? - spytała niepewnie bliźniaczka, wskazując na chleb.

- Pycha - uśmiechnął się jej chłopak. - I bynajmniej nie mówię tego dlatego, że nie chcę cię urazić. Co was właściwie naszło?

- To pomysł Val. Chciała nam pomóc poradzić sobie ze złością na was - wyjaśniła Heather.

- A kto wymyślił alkoholizowanie się bez nas? - Sączysmark upił łyk miodu z jej kubka.

- To jakoś tak... samo wyszło... - Szpadka prawie wsadziła nos w swój napój.

Astrid objęła Czkawkę za szyję, przytulając się do niego i zamknęła oczy. W pewnym momencie jej palce powędrowały za jego ucho, w okolice warkoczyków. Zaczęła się nimi bawić, jak gdyby nigdy nic, ale delikatnie masowała skórę głowy, przesuwając palce w różnych kierunkach i od czasu do czasu drapiąc leciutko paznokciami. Z początku zamknął oczy, relaksując się i poddając przyjemnemu uczuciu, po chwili jednak oprzytomniał.

- Astrid, nie - powiedział stanowczo, otwierając oczy i odsuwając się.

- No co? Przecież nic nie robię - udawała niewiniątko, ale wiedział, że tak naprawdę szukała jego strefy erogennej.

- To nie ruszaj moich włosów.

- Chciałam cię tylko podrapać trochę za uchem... - znów sięgnęła ręką do jego głowy.

- Ani mi się waż. Nie Astrid, nie wolno! - gdy nie odpuszczała, odwrócił ją plecami do siebie, skrzyżował jej ręce na brzuchu i objął ją mocno. - Nie ma.

- Nie chcesz, żeby się dowiedzieli, dlaczego nazywam cię kotkiem, co? - uśmiechnęła się, nawet nie próbowała się wyrwać, wiedziała, że to na nic. Od jakiegoś czasu był od niej silniejszy, o czym parę razy przekonała się w sposób bolesny dla jej dumy.

- Nie, nie chcę - wtulił twarz w jej szyję.

- Ale my chcemy - wcięła się nagle Szpadka. Para spojrzała zaskoczona. Rozmawiali przyciszonymi głosami, ale byli tak zaabsorbowani sobą, że nie zwrócili uwagi na resztę towarzystwa, która ucichła i zaczęła się im przysłuchiwać.

- Mowy nie ma - uciął Czkawka.

- Oj, no weź... - poprosił Sączysmark.

- Nie.

- Pokazałabym wam, ale on teraz się nie da - Astrid spojrzała na przyjaciół przepraszająco.

- Szkoda... Tak uroczo mruczy - Valka uśmiechnęła się tajemniczo.

- A skąd ty wiesz takie rzeczy? - chłopak spojrzał na matkę.

- Ja i twój ojciec wiemy o tobie naprawdę wiele.

- Choć niektórych rzeczy wolelibyśmy nie wiedzieć - Stoick spojrzał w sufit.

- Na przykład? - Szpadce aż zalśniły oczy.

- Nie znaczy nie - upomniał ją Śledzik, który przez większość czasu milczał.

- Nie dla niej - zaśmiała się Heather, zabierając swój kubek Smarkowi.

Chłopakom oczywiście nie chciało się pójść po własne kubki, dlatego pili na spółkę ze swoimi dziewczynami. Tym bardziej, że one już trochę wypiły, Astrid nawet zaczęła zasypiać. Siedziała w ramionach ukochanego, opierając się wygodnie o niego. Będąc parą najdłużej ze wszystkich, oczywiście pomijając Stoicka i Valkę, nie mieli problemu z okazywaniem sobie tego rodzaju czułości bez skrępowania. Śledzik na przykład ciągle miał obawy, że swoimi rozmiarami i siłą zrobi coś Szpadce, którą ani trochę to nie obchodziło, w końcu razem z bratem często pakowali się w wiele niebezpiecznych sytuacji. Z kolei Smark bardzo się zmienił dla Heather i cały czas bał się zrobić coś nie tak, a ona uważała, że takie zachowanie jest słodkie, ale nie na tym etapie związku, z uwagi na dużą bliskość fizyczną.

- Nie śpij, kotku - mruknął Czkawka.

- Nie śpię... - odparła sennie.

- Śpisz - szturchnął ją delikatnie.

- Zostaw mnie - skrzywiła się, odwracając się i układając na jego piersi. Chłopak odchylił się do tyłu i oparł o ojca, żeby zapewnić ukochanej większą wygodę, na co uśmiechnęła się lekko.

- Daj jej spać, skoro chce - Stoick poczochrał żartobliwie włosy syna, który spojrzał na niego z irytacją i ułożył fryzurę po swojemu.

- Ale ona chce spać na mnie...

- No nie mów, że ci się to nie podoba - Szpadka znowu swoje.

- Wolę, jak śpi ze mną, niż na mnie.

- Czemu? Jesteś bardzo wygodny - Astrid zaśmiała się cicho.

- Ale muszę iść do kuźni...

- Nie musisz.

- Pyskacz mnie zabije.

- Nie zabije.

- Tak, zabi... - zniecierpliwiona dziewczyna zamknęła mu usta pocałunkiem.

- Będziesz ty cicho, Czkawka?

Posłusznie zamknął usta i umilkł, skutecznie uciszony.

Alfabet uczuć

to będzie taki cykl krótkich opowiadań

A jak agresja

Astrid zawsze miała problem z nadmierną agresją. Nie tłumiła w sobie złości, zawsze ją wyładowywała na czym się dało, na drzewach, na ludziach, czasem nawet na swoim chłopaku. Jej ulubionym zajęciem było rzucanie toporem lub bicie, a najczęstszymi ofiarami drzewa, Sączysmark, Śledzik i niestety Czkawka. Któregoś dnia przyszły wódz miał dość. Byli parą, on powinien ją wielbić, a nie się jej bać, a ona powinna go szanować, a nie traktować jak worek treningowy. Zaszył się w swoim pokoju i obmyślał, jak by ją uspokoić. Musiał sprawić, żeby rozładowała nadmiar agresji, ale zupełnie nie wiedział jak. W końcu wpadł na pomysł. Zaczekał, aż Astrid pójdzie do lasu porzucać toporem i gdy tylko wykonała pierwszy rzut, wyszedł z kryjówki. Starał się zachowywać pewność siebie i nie pokazywać, jak bardzo się boi. Gdyby stchórzył, cały plan poszedłby na marne, a dziewczyna by go zabiła. Musiał zaatakować ją jej własną bronią. Podszedł do niej pewnie, chwycił mocno jej nadgarstki i pocałował ją namiętnie, przypierając do drzewa.

- Czkawka? Co ty robisz? - wyszeptała zaskoczona, gdy przeniósł się z pocałunkami na jej szyję.

- Masz problem z nadmierną agresją. Zamierzam go rozwiązać raz a dobrze - wymruczał, niemal nie odrywając ust od jej skóry.

- Przecież ja... nie mam... problemu - wykrztusiła, niezwykle trudno było jej się skupić przez to, co robił.

- Nie będziesz mieć dopiero, jak z tobą skończę.

- Och, Czkawka... - nie była w stanie wypowiedzieć nic więcej.

Kiedy potem wrócili do wioski, udawali, że nic się nie wydarzyło. Przez kilkanaście kolejnych dni Astrid była spokojna, potem ilekroć znowu zaczynała być zła, Czkawka zabierał ją gdzieś, gdzie mogli być tylko we dwoje i swoim magicznym sposobem uspokajał ją. Przyjaciele nie wiedzieli, skąd ta nagła zmiana w zachowaniu, ale woleli nie pytać, chcąc zachować życie i zdrowie. Po cichu tylko gratulowali Czkawce, że wreszcie udało mu się nad nią zapanować, że komukolwiek się to udało. Zauważyli też, że i on się zmienił, stał się pewniejszy i odważniejszy. Dla bezpieczeństwa jednak nie pytali.

B jak bliskość

Wieczór był spokojny, wręcz leniwy. Czkawka siedział w domu przy ogniu, opierając się o Szczerbatka i obejmując usypiającą Astrid, która leżała wygodnie na jego piersi. Zamknął oczy, rozkoszując się bliskością ich obojga. Kiedyś był sam. Większość wieczorów spędzał w kuźni, albo snując się bezczynnie po domu, czy rysując, by w końcu usnąć gdziekolwiek. Teraz miał nie tylko najlepszego przyjaciela, ale i dziewczynę. Przez długi czas o niej marzył, była jego pierwszą miłością, tak jak on jej. Z czasem, kiedy lepiej ją poznawał, okazywało się, że nie jest idealna. Przestawała być odległym marzeniem z jego snów, a stawała się prawdziwą osobą. Żywą, ciepłą i kochającą dziewczyną, która zawsze była blisko. Tak samo Szczerbatek, z groźnej bestii przeistoczył się w prawdziwego pieszczocha i najwierniejszego towarzysza, jakiego można było mieć. Pomrukiwał cicho pod wpływem głaszczącej go dłoni Czkawki i wydawał się spać. Uniósł jednak uszy i głowę na dźwięk kroków, otwieranych drzwi i dwóch głosów.

- Ciiicho - szepnął chłopak, gestem uciszając rodziców. Astrid zdążyła już zasnąć, a on nie chciał jej budzić. Mógł robić za poduszkę nawet przez całą noc, byle tylko była przy nim.

- Wybacz - powiedział cicho Stoick. W jego oczach był blask, którego Czkawka nigdy dotąd nie widział. Taki sam lśnił w oczach Valki.

- Jak tam randka? - uśmiechnął się młody.

- Tak dobrze, jak twoja - kobieta podeszła do syna i poczochrała mu lekko włosy. Uwielbiała ich dotykać, były niezwykle mięciutkie.

- To nie była randka. Zwyczajne siedzenie. A wy wyprawialiście Thor wie co.

- Przesadzasz. Po prostu twój ojciec zabrał mnie na romantyczny lot - Valka uśmiechnęła się rozmarzona.

- Dobra, dobra. Idźcie sobie, bo obudzicie mi Astrid - widok szczęśliwych rodziców był dla Czkawki najwspanialszy na świecie. Stoick zniknął na chwilę na górze, po czym wrócił z kocem, którym okrył syna i jego ukochaną.

To kolejna rzecz, którą zyskał: rodzina. Kiedyś mamy nie było, ojciec był zajęty wioską, a on był sam. Teraz mama wróciła, a z ojcem odzyskał kontakt. Miał wszystko, bliskich, których zawsze mu brakowało. Pocałował Astrid w czubek głowy i ułożył się wygodniej. Podrapał Szczerbatka za uchem i zamknął oczy. W końcu usnął, rozkoszując się bliskością tych, których kochał.

C jak czułość

Szczerbek był pieszczochem, nie sposób zaprzeczyć. Poniekąd winę za to ponosił Czkawka, który głaskał smoka przy pierwszej nadarzającej się okazji. A jak wiadomo, apetyt rośnie w miarę jedzenia. Dlatego bezczelna bestia robiła wszystko, byle tylko dostać odrobinę czułości. Powalał ludzi na ziemię, wpychał się do łóżek, wylizywał wszystko i wszystkich, no i stosował uroczy, błagalny wzrok, któremu nie sposób było się oprzeć. Przymilał się praktycznie do każdego, kto miał choć jedną rękę i ludzie żartowali, że jeśli chcesz porozmawiać z Czkawką, musisz pogłaskać Szczerbatka. Najbardziej oczywiście domagał się czułości od Czkawki i Valki, ale od Astrid też. Nawet Stoick nie zawsze miał spokój. Najgorzej jednak mieli młodzi.

- Uch... co on taki niewyżyty? No gorzej niż ty - mruknęła Astrid, drapiąc pod brodą smoka, który bezczelnie wpakował im się do łóżka, gdy byli zajęci sobą.

- Ja przynajmniej mam ciebie - Czkawka spojrzał na dziewczynę błyszczącymi oczami. Tak bardzo jej pragnął, a Szczerbol akurat teraz musiał mu to uniemożliwić.

- A on jest sam. Biedactwo - smok zamruczał z zadowoleniem. Lubił być w centrum uwagi.

- Dobra, dość tego. Szczerbatek, idź sobie.

- Kotek, on potrzebuje czułości.

- A ja to niby nie? - posłał jej smutne spojrzenie, jeszcze słodsze niż Szczerbeła.

- Oooo... Jak mogłabym odmówić takiej słodkości? Idź sobie - poklepała smoka po szyi. Zamruczał niechętnie, podobała mu się jej czułość. - Idź. Muszę się zająć jeszcze jednym pieszczochem...

D jak duma

Tłum wiwatował jak szalony, kiedy Czkawka zdobył kolejny punkt. Zgarniał kolejne owce i umieszczał je w swoim koszu, zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, że jest w ogóle jakaś owca. Uzbierał 9, kiedy Stoick zdecydował, że czas wystrzelić czarną owcę. Wiadomo było, kto wygra, nietrudno było to zgadnąć. Kiedy owca poleciała, oczywiście Szczerbatek pierwszy jej dopadł. Reszta jeźdźców próbowała go dogonić, ale nie mieli szans z Nocną Furią. Tłum na trybunach oszalał, Stoick zniecierpliwiony oczekiwał, aż syn umieści owcę w koszu i wygra. Czarny smok przeleciał nad koszami, a jego jeździec cisnął owcę do kosza. Ludzie jednak zamarli, zamiast wiwatować. Zadowolony z siebie Czkawka wylądował i dopiero teraz spostrzegł że jest jakoś dziwnie cicho. Rozejrzał się, nie rozumiejąc zupełnie, o co chodzi. Pozostali jeźdźcy wylądowali, nie za bardzo wiedząc, co zrobić lub powiedzieć.

- O co chodzi? - chłopak spojrzał na przyjaciół zaskoczony.

- No... o owcę... - powiedział Śledzik.

- O owcę?

- O tę, którą wrzuciłeś do mojego kosza - Astrid skrzyżowała ręce.

- No co? Wygrałaś, nie?

- Ty... specjalnie to zrobiłeś?

- No wiesz, raczej ciężko się pomylić. Nasze kosze nie są nawet obok siebie.

- Jak mogłeś mi to zrobić?!

- O co ci chodzi, Astrid?

- Myślisz, że sama nie potrafię sobie poradzić?! Nie potrzebuję twojej litości!

- Jakiej litości?

- To dlaczego wrzuciłeś mi owcę?!

- A dlaczego ci dwaj - wskazał na Śledzika i Sączysmarka - oddają swoje owce Szpadce?

- Bo są głupi.

- To ja też jestem głupi.

- Jesteś. Nawet bardzo.

- Następnym razem dam wygrać bliźniakom - mruknął, w odpowiedzi Astrid rozłożyła ster w jego kostiumie. Warknął i zwinął go ze złością, po czym zrobił coś niespodziewanego. Zarzucił jej kaptur na głowę, przyciągnął ją do siebie i pocałował. Gdy się odsunął, patrzyła na niego zaskoczona. Nie zachował się jak Czkawka. Zachował się jak... ona...

- Synu - odezwał się nagle Stoick, stając za plecami chłopaka - możesz mi to wyjaśnić?

- No co? Nie wygrałem.

- To wiem, ale dlaczego?

- Bo chciałem, żeby Astrid wygrała. Wiem, jak bardzo to lubi, a mi nie zależy.

- Zrobiłeś to dla mnie? - to jeszcze bardziej ją zaskoczyło.

- Raczej nie dla bliźniaków - mruknął ironicznie i spojrzał na ojca. - No co tak patrzysz? Przegrałem. To żaden powód do dumy.

- Wcale nie przegrałeś. Jestem z ciebie dumny, bo postąpiłeś jak wódz. Oddałeś zwycięstwo, żeby uszczęśliwić kogoś innego, a wódz myśli przede wszystkim o ludziach, a dopiero potem o sobie - położył synowi rękę na ramieniu, a młody uśmiechnął się niepewnie.

- No i umiesz też uszczęśliwić kobietę, jak prawdziwy mężczyzna - uśmiechnęła się Astrid, przytulając się do ukochanego.

E jak ekscytacja

- Słuchajcie! - Śledzik wpadł do Twierdzy jak oszalały.

- A tobie co? - Sączysmark spojrzał na niego, ale wyraźnie mało zainteresowany.

- Jakiś kolejny smok? - spytał Mieczyk znudzony. - No powiedz wreszcie! - Śledź nie mógł złapać tchu, zdecydowanie nie powinien biegać.

- Dajcie mu odetchnąć - Heather czekała cierpliwie na nowiny.

- Astrid... to już... - wydusił tylko, ale to wystarczyło. Dziewczyny zerwały się z miejsc i zapiszczały z radości. Mieczyk jak zwykle nie ogarnął, a Smark się przestraszył.

- A-ale to chyba powinniśmy powiedzieć Czkawce...

- Jest przy niej.

- No to na co czekamy? Chodźcie! - Szpadka pognała w stronę wyjścia i po chwili wszyscy biegli w stronę domu wodza, gdzie już zgromadził się spory tłumek.

- Zdążyliśmy, prawda? - Sączysmark spojrzał na ojca, który stał obok Stoicka.

- Spokojnie, młody. To potrwa jeszcze z kilka, albo i kilkanaście godzin - Pyskacz rozwiał wszelkie wątpliwości.

- Tak długo? - zawołały bliźniaki jednogłośnie.

- Tak długo - mruknął zdenerwowany wódz.

Po kilku godzinach większości ludzi się znudziło, przyjaciele byli coraz bardziej podekscytowani, nie mogli się doczekać, ale Stoick i Magnus byli w coraz większych nerwach.

- Spokojnie, stary - mruknął wódz, patrząc na przyjaciela, chodzącego nerwowo w kółko.

- Spokojnie? Jak mam być spokojny? Wiesz, jak ja ją kocham...

- Wiem. Ale zaufaj mi, nasze żony doskonale się nią zajmują. No i jest tam Czkawka. A on zrobi wszystko dla swojej księżniczki.

- Naprawdę tak o niej mówi? - zaskoczony spojrzał na przyjaciela.

- Mówi, traktuje... Dla niego naprawdę jest księżniczką, dlatego mówię ci, będzie dobrze.

- Bardzo ją kocha, prawda?

- Tak. I przykro im, że nie akceptujesz ich związku.

- A może przemyślałem sprawę i zmieniłem zdanie?

- Serio?

- Astrid jest z nim szczęśliwa, a to jest najważniejsze. Zresztą nie jest już małą dziewczynką, nie muszę się o nią tak troszczyć.

- Dobrze, że wreszcie to zrozumiałeś.

Nagle drzwi się otworzyły i stanął w nich ledwo żywy Czkawka. Spocone włosy lepiły mu się do czoła i błyszczącej twarzy, tunikę i spodnie miał zachlapane wodą, a także łzy w oczach.

- Czkawka! - Stoick podbiegł do niego i chwycił go za ramiona. Przyjaciele jak na komendę zerwali się, z rosnącą ekscytacją i wlepili wzrok w swojego lidera.

- Mam syna... - wyszeptał, patrząc na ojca, po czym spojrzał na przyjaciół. - MAM SYNA! - zawołał ze szczęściem, żeby każdy dobrze usłyszał. Zapanowała ogólna radość, wszyscy wiwatowali, a ci stojący najbliżej, składali Czkawce gratulacje.

F jak frustracja

heh, tytuł bardzo maturalny

- Nie dam rady...

Dasz.

- Nie, nie potrafię. Nie jestem taki jak ty...

Trochę jesteś. Ale w tej lepszej części. No i pamiętaj, że nie jesteś sam.

- J-jak to?

Masz mamę, Astrid i przyjaciół. Ja nie miałem nikogo poza tobą.

- Ale... ja ich tylko zawodzę...

Daj sobie pomóc. Nie próbuj udowodnić nie wiadomo czego.

- Chcę tylko być dobrym wodzem i pomóc każdemu.

Tak się nie da. Nie pomożesz wszystkim i to cię frustruje.

- Wcale nie. Odejdź.

Czkawka...

- Zostaw mnie! Nie jesteś moim ojcem, jesteś głosem w mojej głowie! Nie potrzebuję ciebie! Potrzebuję... taty...

Astrid weszła do domu i westchnęła. Z pokoju Czkawki dochodził stłumiony płacz. Cicho poszła na górę i spojrzała na chłopaka, który siedział przy biurku z twarzą ukrytą w dłoniach.

- Czkawka... - podeszła do niego i delikatnie pogłaskała jego ramiona. Odsunął się i spojrzał na nią zaczerwienionymi oczami. Bez słowa objął ukochaną w talii i przyciągnął do siebie. Posadził ją na swoich kolanach i wtulił się w nią.

- Nie jestem dobrym wodzem - wyszeptał po chwili, gdy trochę się uspokoił.

- Jesteś - zaprzeczyła łagodnym głosem. - Jesteś, kochanie. Tylko nie możesz robić wszystkiego sam.

- Chcę być taki jak tata... Najlepszy.

- Nie musisz być taki jak on, żeby być najlepszy. Bierzesz na siebie za dużo zadań i nie dajesz rady, dlatego się denerwujesz. Nie musisz robić wszystkiego osobiście. Masz w końcu kogoś, kogoś, kto ci pomoże.

- Ale to ja jestem wodzem.

- Dlatego masz dopilnować po prostu, żeby robota była zrobiona. Nie musisz robić tego osobiście - powtórzyła.

- Muszę - odsunął się i spojrzał na nią zmęczonym wzrokiem, po czym ziewnął przesłodko.

- Musisz, to pójść spać.

- Nie chcę. Mam za dużo pracy.

Po długiej chwili udało jej się wreszcie zaciągnąć go do łóżka. Wtulił się w nią jak tylko położyła się obok, bardzo potrzebował czułości i bliskości kochanej osoby.

- Dziękuję, że tu jesteś, Astrid - wyszeptał.

- Nie ma za co - uśmiechnęła się. - Po to mnie masz.

Miała rację, zawsze była przy nim. Była jego ukojeniem, pocieszeniem, wsparciem, zawsze, kiedy była mu potrzebna.

- Nie... Za to cię kocham...

G jak gniew

tak jak ten...

https://40.media.tumblr.com/29e51e4e209fa38716610e6d687a588e/tumblr_nj54c8yfUK1ttlyhio1_540.png

Jednostajny stukot metalu roznosił się po całej kuźni. Uderzenia były głośne i silne, wyraźnie sygnalizujące gniew. Półnagi Czkawka kuł zawzięcie, próbując pozbyć się nagromadzonej w nim złości, a krople potu lśniły na jego ciele. Powinien już dawno spać, ale zwyczajnie nie był w stanie. Nie zauważył nawet, że nie jest w kuźni sam.

- Tłuczesz się i tłuczesz - odezwała się Astrid, gdy wkładał kawałek metalu do wody.

- Nie drażnij mnie - warknął wściekły.

- Spokojnie, przecież nic ci nie zrobiłam - przyglądała się mu z wyraźnym podziwem.

- Daj mi spokój! - rzucił wszystko i ze złością poszedł do kanciapy. Oczywiście nie odpuściła, tylko poszła za nim.

- Siadaj - nakazała, posadziła go przy biurku i zaczęła masować mu kark i ramiona. - A teraz powiedz, co się stało - poleciła łagodnie, gdy jego mięśnie znacznie się rozluźniły.

- Mieczyk i Szpadka uznali za zabawne przywiązanie węgorza do ogona Hakokła. Nawet mama nie mogła go opanować - mruknął nadal zły, choć spokojniejszy.

- Idioci.

- Kompletni - odwrócił się do niej i przysunął ją do siebie. - Przepraszam, że na ciebie nawarczałem.

- Nie szkodzi. Jesteś zły i zmęczony. Rozumiem to - zadrżała, gdy jego dłonie przesunęły się po jej nagich udach.

- Sama chyba miałaś iść spać - zauważył, że była przygotowana do snu.

- Miałam, ale bez ciebie mi ciężko. Zresztą hałasowałeś.

- Wybacz...

- Nie gniewam się - odgarnęła mu włosy z czoła.

- Astrid?

- Hm?

- Dawno nie... no wiesz...

- Wiem.

- Możemy teraz? - spytał z nadzieją, posyłając jej błagalne spojrzenie.

- Możemy - pochyliła się i pocałowała go lekko. Posadził ją na swoich kolanach, odwzajemniając pocałunek. - Powinieneś się wykąpać - mruknęła, choć zapach jego potu nie był dla niej nieprzyjemny. Bardziej chodziło o dym, kurz i sadzę.

- Później... wykąpiemy się razem - obiecał. Jego brudne dłonie zostawiały czarne smugi na jej ciele, odcinające się wyraźnie od jasnej skóry. Tak bardzo był stęskniony, że prawie nie myślał, całym sobą domagał się tylko jednego: jej. W kuźni i tak już było gorąco, ale jeszcze bardziej podgrzali atmosferę, działając na siebie tak, jak tylko oni potrafili.

- A... teraz? - spytała cicho, jakiś czas później, gdy wtuleni w siebie uspokajali oddechy i cieszyli się swoją bliskością.

- Teraz kąpiel - odparł równie cicho, z ustami przy jej skórze. - Dziękuję ci, że tu jesteś - był już całkiem spokojny, miłość pomogła mu rozładować gniew lepiej niż praca.

- Nie ma za co. A teraz chodź, zanim ktoś nas tak zastanie.

H jak histeria

ten jeszcze bardziej
dla Lisiczki, Bertis i  Matiego

Kolejny, spokojny dzień... BZDURA! Na Berk nie ma spokojnych dni, to wie każdy, kto pomieszkał tu choć trochę. Jakby nie wystarczał sam fakt, że niemal każdego dnia, smoki dostarczają nowych wrażeń. Są jeszcze wrogowie w ludziach. I jakby jeszcze tego było mało, są nienormalni. Atakują kiedy nie trzeba, za każdym razem poprzysięgają zemstę i za każdym razem tego nie spełniają. Więc próbują od nowa i od nowa, i jeszcze, i ciągle, i w kółko, i tak cały czas. Jednym z takich idiotów jest Dagur, zwany Szalonym, wódz Berserków. Za panowania jego ojca, Oswalda Zgodnopysznego, byli sojusznikami Wandali. Wszystko się zmieniło, kiedy jego obłąkany syn objął stanowisko i wymyślił sobie, że podporządkuje sobie Nocną Furię należącą do dziedzica Berk, Czkawki, syna Stoicka Ważkiego. Oczywiście kiedy mu się to nie udało, chciał się zemścić i tak się mści już nie wiadomo ile.

- Ha, myślałeś, że tym razem uda ci się uciec, co? Nie ze mną te numery, panie Nocna Furia. Jak cię tylko...

- Dagurku, z kim rozmawiasz?

- Nie rozmawiam, mamo! Ćwiczę zwycięski monolog!

- Jeszcze jeden? Dałbyś sobie spokój.

- Zamknij się, bo cię wypatroszę!

- Syneczku, nie wolno tak mówić do siostry.

- To wariat, mamo. Zostawmy go i wracajmy do domu.

- Sama jesteś wariat! Przypominam ci, że jestem twoim wodzem!

- Nie.

- Jak to nie?

- No nie, nie zachowujesz się jak wódz. Siedzisz gdzieś, nie wiadomo gdzie i atakujesz Berk. Pogrzało cię?

- Mają moją Nocną Furię!

- Nie twoją, tylko Czkawki. Swoją drogą, wyrósł na niezłego przystojniaka...

- Tylko mi się tu nie zakochuj w tym... tym...

- A co, zazdrosny jesteś?

- Co ty mówisz, córeczko? Dagurek na pewno wie, co robi.

- Mamo... nie wierzę, że tego nie widzisz. A ty nie odpowiedziałeś.

- Bo nie muszę.

- Czyli miałam rację. Podoba ci się Czkawka.

- Oszalałaś?!

- Ty tu jesteś szalony.

- Dzieci, nie kłóćcie się.

- Ja tylko mówię, że się zakochał.

- Wcale się nie zakochałem!

- Nie histeryzuj. Czkawka jest tak przystojny, że nawet ci się nie dziwię.

- NIE ZAKOCHAŁEM SIĘ!

- Dagurku, dokąd idziesz? Zaraz będzie obiad. Słuchaj... Naprawdę myślisz, że on mógłby się zakochać w tym chłopcu?

- Nie. Po prostu uwielbiam go dręczyć.

I jak irytacja

o tym, to już nie wspomnę

Astrid od samego rana chodziła rozdrażniona. Zaczęło się już przy śniadaniu, kiedy okazało się, że nie ma jajek. Normalnie po prostu by po nie poszła, ale tym razem wyjątkowo ją to zirytowało. Prawie zapomniała przez to nakarmić Wichurę. Kiedy wyszła z domu, było trochę lepiej, latanie zawsze poprawiało jej humor, nawet na tak krótkie dystanse. W Smoczej Akademii nie było jeszcze nikogo, więc postanowiła sobie trochę potrenować. I nagle kolejna rzecz, która przywróciła jej irytację: okazało się, że zapomniała z domu ulubionego topora i musiała po niego wrócić. Kiedy przyleciała z powrotem, był tam już Sączysmark. Wiedziała, że jeśli powie do niej choć jedno słowo, zabije go. To zdecydowanie nie był dobry dzień na drażnienie jej. Na szczęście Smark po prostu normalnie się przywitał, nie próbował żadnych numerów. W spokoju zaczęła sobie trenować, a w tym czasie przybyła reszta.

- Ej, Astrid? - zaczął Mieczyk.

- Czego? - warknęła.

- Sączysmark to też dobry worek treningowy.

- Nie kuś jej. Przecież nic nie zrobiłem - zaprotestował wymieniony.

- Ludzie, ogarnijcie się, dobrze? - upomniał Czkawka. - Zaczynamy.

- Powiedz to swojej dziewczynie.

- Mieczyk!

- No co? Smark fajnie by wyglądał martwy.

- Zaraz sam będziesz martwy - zagroziła mu dziewczyna.

- A ja poprawię - warknął Jorgenson.

- Skończcie już - ich przywódca przewrócił oczami.

- To by było naprawdę fajne.

- Mieczyk, lepiej się zamknij - poradziła Szpadka.

- Ale...

- ZAMKNIJ SIĘ! - topór Astrid świsnął niebezpiecznie blisko jego ucha i wbił się w ścianę.

- No już, już, uspokajamy się - Czkawka objął dziewczynę, ukrywając jej twarz w swoim ramieniu. Wtuliła się mocno, powoli odprężając się pod wpływem jego bliskości i dotyku. - Słowo daję, Mieczyk, jesteś głupi jak but. Tyle lat mieszkasz z siostrą bliźniaczką i jeszcze nie wiesz, że nie drażni się dziewczyn, jak mają okres?

J jak jedność

- Dawaj stary, dasz radę - mruknął Czkawka. - TAK! - wrzasnął uradowany. - Wiedziałem, że ci się uda! - pogłaskał Szczerbatka po głowie, a smok zamruczał zadowolony i wylądował.

- Rany, Czkawka, to było niesamowite! - Śledzik podbiegł do przyjaciela.

- Prawda? On jest genialny. Nie ma takiej rzeczy, której by nie zrobił - podrapał Nocną Furię za uchem.

- Wiesz, to nie tylko jego zasługa. Chodzi także o zgranie z jeźdźcem.

- No, tak jak ja i Hakokieł - wciął się Smark. - My to jesteśmy normalnie jednomyślni.

- Te, panie jednomyślny, tyłek ci się pali - zarechotał Mieczyk, a Sączysmark z wrzaskiem pobiegł ugasić pożar.

- Śledzik, chyba trochę przesadzasz - Czkawka skrzywił się lekko z powątpiewaniem. - Do takich sztuczek trzeba mieć predyspozycje. No zobacz na siebie i Sztukamięs. Też się świetnie dogadujecie, a nie dalibyście rady tego powtórzyć.

- Ale Wichura już by dała radę. Zrozum, Czkawka, nie tylko smok jest ważny. Ty tego nie widzisz, ale z daleka to naprawdę wygląda, jakbyście byli jednym ciałem. Przy startowaniu czy lądowaniu, wasze mięśnie pracują zgodnie, jakbyście stanowili jedność.

- Od kiedy ty się przyglądasz na mięśnie Czkawki? - Szpadka spojrzała na Śledzika podejrzliwie.

- Od kiedy zaczęła mnie fascynować jego technika lotu. No i odkąd ubiera się tak, że coś widać.

- Masz na myśli te obcisłe spodnie, pięknie eksponujące tyłeczek i...

- Wystarczy - Czkawka przerwał jej, zaczerwieniony.

- Baba - mruknął Mieczyk. - Ona tylko o jednym.

- A ty to niby nie?

- Nie.

- Ty... Czekaj, jak cię dorwę...

- Najpierw dorwij - wybiegł z Akademii, a siostra za nim.

- Czyli co, koniec zajęć? Świetnie, mamy ze Sztusią trochę zajęć - Śledzik również wyszedł, a Smarka nie było nigdzie widać.

- No to zostaliśmy we dwoje - Astrid podeszła do chłopaka.

- Taaa... - potarł kark. - Słuchaj, odnośnie tego, co Szpadka powiedziała...

- Nie ma sprawy. Potem z nią pogadam, jak dziewczyna z dziewczyną. Twarzą w pięść.

- Nie przesadzasz?

- Zębacze są lojalne, ale bywają też zaborcze. Po tylu latach powinieneś to wiedzieć, kochanie.

- No dobra. A co myślisz o tym, co powiedział Śledzik?

- Ma rację. Obaj macie. Ważne są indywidualne zdolności smoka, ale więź też. Sztukamięs nawet sama nie dałaby sobie rady z tymi sztuczkami. A Szczerbek owszem, gdyby miał sprawny ogon - podrapała smoka pod szyją. - Ale z drugiej strony, z kimkolwiek innym na grzbiecie, nie zrobiłby tego, bo tobie jednemu na tyle ufa.

- Czyli też uważasz, że to zasługa jedności?

- Po części. A skoro o tym mowa... Gdybyś chciał popracować nad jednością, przyjdź wieczorem - na te słowa chłopakowi aż zabłysły oczy. Uśmiechnęła się tylko i wyszła z Akademii.

Wieczorem stawił się u niej, jak tylko Szczerbatkowi znudziło się latanie. Był zmęczony, więc jak tylko zjadł, od razu usnął, a jego jeździec wymknął się do ukochanej.

- Śpisz? - spytał głośnym szeptem, wchodząc do jej sypialni.

- Myślałam, że nie przyjdziesz - odparła, siadając na łóżku.

- Przecież mi coś obiecałaś.

- A obiecałam. Czas wytresować smoka... - uśmiechnęła się, sięgając do jego spodni.

Rano obudziło go światło i skrzek Wichury. Leniwie odwrócił się na bok i zobaczył jasne plecy śpiącej jeszcze Astrid. Uśmiechnął się lekko, wiedział z doświadczenia, że kiedy dotykał jej pleców, a zwłaszcza kręgosłupa, przeistaczała się w dzikie zwierzę, miał tego przykład choćby minionej nocy. Wyglądała jednak słodko i niewinnie, nie mógł się powstrzymać. Zaczął ją delikatnie dotykać opuszkami palców, a następnie obsypywać pocałunkami.

- Znowu się nie ogoliłeś - mruknęła sennie. Jej miękka skóra doskonale wyczuwała jego lekki zarost.

- Nie było czasu. Mieliśmy pracować nad jednością - uśmiechnął się, gdy jej dłoń prześlizgnęła się po jego ciele, w dobrze znanym kierunku. - Jeszcze ci mało?

- Praktyka czyni mistrza. Zresztą uwielbiam te nasze ćwiczenia - szybko się rozbudziła.

- Nie tylko... mmm...

K jak koszmar

dla Kimiko

Jego krzyk odbił się echem po pokoju. Gwałtownie usiadł na łóżku zlany potem i rozejrzał się nieprzytomnie. Był w swoim pokoju, ale sam. Drżał mocno, a łóżko było mokre. Ukrył twarz w dłoniach, wyrwał mu się pojedynczy szloch, a po policzku spłynęło kilka łez. Znowu miał ten koszmar, widział, jak Szczerbatek strzela w niego i jak ojciec poświęca życie, by go ratować. Rozpłakał się na dobre, cicho wzywając Stoicka.

- Czkawka? - znajomy, miękki głos i ciche kroki sprawiły, że ból w sercu wzrósł. To nie jej potrzebował, tylko ojca. - Znowu zmoczyłeś łóżko - zauważyła spokojnie, wyciągając ze skrzyni czysty koc i ubranie. Mimo jego oporu zdołała go przebrać. Była dla niego czulsza i bardziej wyrozumiała niż matka, której nie chciał nic mówić, żeby jej nie martwić, a która sama nie była pewna, jak postępować. Początkowo Astrid też nie chciał nic mówić, wstydził się każdej wpadki, ale ona za każdym razem mu pomagała, bez słowa skargi, czy jakiejkolwiek nieprzyjemnej uwagi. Jej miłość i łagodność uspokajały go, nauczył się bardziej jej ufać. Zawsze kładła się obok niego, a jego głowę na swoim sercu i głaskała go, aż usnął, wsłuchany w miarowy rytm. Tym razem też tak zrobiła, nagle jednak usłyszała ciężkie kroki na schodach.

- Znowu koszmar? - spytał cicho Stoick.

- Niestety - odparła Astrid, głaszcząc mięciutkie włosy Czkawki. - I ciągle ten sam. Śni mu się, że wtedy zginąłeś. Bardzo się tego boi, dlatego moczy łóżko - pocałowała chłopaka w głowę. Nadal cicho płakał, a jego ciałem wstrząsały łkania.

- Daj mi go - wódz usiadł z drugiej strony łóżka, po czym delikatnie acz stanowczo wziął syna na ręce, Astrid zaś wstała i poszła zanieść rzeczy do prania.

- Tatusiu... - wyszeptał Czkawka.

- Jestem tu, synku - kołysał go delikatnie, chcąc go uspokoić. Znowu czuł się, jakby trzymał w ramionach małe dziecko, a nie dorosłego mężczyznę. W zasadzie Czkawka miał psychikę dziecka, która ujawniała się w momentach załamania i była związana z jego dzieciństwem, którego prawie nie miał, bo Stoick był wiecznie zapracowany.

- Boję się...

- Nie masz czego. Jestem przy tobie - nagle wpadł na pomysł. Ostrożnie wstał, zniósł go na dół i położył na swoim łóżku, tuż obok śpiącej żony, która obudziła się nagle.

- Znowu koszmar? - spytała półprzytomnie, widząc syna obok siebie.

- Do tego mokry.

- Och, moje biedactwo - przytuliła czule Czkawkę i pocałowała go w głowę. Powoli przestawał płakać i uspokajał się. Stoick przytulił go z drugiej strony i to wystarczyło, żeby chłopak błyskawicznie zasnął i spał spokojnie aż do rana.

L jak lęk

- Jak się czuje Astrid? - zapytał Magnus, wciąż zaniepokojony.

- Dobrze. Możecie ich zobaczyć - odparł chłopak, promieniejąc z radości. Obaj ojcowie weszli za nim do domu, gdzie w oczy rzucało się łóżko, które jakiś czas temu Stoick przeniósł na dół, podobnie jak wtedy, gdy Czkawka został ranny w bitwie z Czerwoną Śmiercią. Tym razem jednak, w łóżku siedziała Astrid z rozpuszczonymi, umytymi włosami i wyraźnym zmęczeniem na twarzy. Była jednak szczęśliwa, patrzyła ze wzruszeniem na spoczywającego w jej ramionach noworodka, który łapczywie ssał pokarm z jej piersi.

- Astriś, kochanie - Czkawka usiadł przy ukochanej i pocałował ją w skroń. - Zobacz, kto przyszedł.

- Cześć, tato - uśmiechnęła się lekko, gdy uniosła głowę.

- Jak się czujesz, córeczko? - podszedł niepewnie do niej.

- Dobrze, choć jestem wykończona.

- Jest taki malutki... - spojrzał na wnuka z czułością.

- Ale silny, zdrowy, donoszony... Nic mu nie będzie, jest niemal pewne, że przeżyje. Czkawka był wcześniakiem, znacznie słabszym, a przeżył mimo niewielkich szans - Valka stanęła obok Stoicka i również patrzyła na młodych.

- Zresztą pamiętaj, że jest też Hoffersonem, a zawsze powtarzałeś, że Hoffersonowie są najtwardszymi wojownikami - Brunhilda położyła dłoń na ramieniu męża.

- No wiem...

- To o co się boisz? - Valka spojrzała na przyjaciela.

- Ja wiem... Chodzi o Astrid, prawda? - bystremu wzrokowi Czkawki nie umknęła nadmierna ojcowska troska.

- Tak - przyznał mężczyzna. - Ale tym razem nie o wasz związek. W tej kwestii przemyślałem wszystko i postanowiłem odpuścić. Przecież najważniejsze jest szczęście mojej małej córeczki - uśmiechnął się słabo.

- To przez twoją matkę? - zapytał niepewnie Stoick.

- A co się stało? - Astrid oderwała się na chwilę od dziecka.

- Moja matka... zmarła po urodzeniu Finna... - wyznał Magnus. - Tak strasznie się boję, że tobie też coś się stanie - popatrzył na córkę ze smutkiem. - Tym bardziej, że Czkawka też wychowywał się bez matki, a przysłowie głosi, że historia lubi się powtarzać.

- Tato, nic mi nie będzie - zapewniła z uśmiechem.

- Właśnie... To przecież Astrid, najtwardsza wojowniczka w całej wiosce. Nawet będąc w ciąży starała się żyć normalnie. Oboje dadzą sobie radę - Czkawka objął czule ukochaną, patrząc z dumą na synka.

- To co? Wydajemy przyjęcie, żeby dać młodym odpocząć? - rzucił Stoick.

- W sumie czemu nie, chętnie się zrelaksujemy. Poród jest męczący nie tylko dla matki i dziecka. Dla akuszerek również - obie babcie wymieniły ze sobą uśmiechy.

- Odpoczywajcie, a my zajmiemy się gratulacjami i tak dalej - dodał Magnus i wszyscy czworo wyszli z domu.

- Powinnaś się przespać - zauważył łagodnie Czkawka.

- A mały?

- Zajmę się nim - obiecał. Wziął delikatnie najedzone niemowlę, które spało w najlepsze i odłożył je do kołyski, którą zbudowali wspólnie z Pyskaczem.

- Jesteś kochany - uśmiechnęła się i szybko zasnęła. Czkawka patrzył na nią w zamyśleniu. Nigdy by się jej do tego nie przyznał, ale jej ojciec miał rację. Gdyby coś się stało jej albo dziecku, nigdy by sobie tego nie darował...

M jak miłość

Czkawka przyszedł do domu, zmęczony ciężkim dniem. Bycie wodzem naprawdę potrafiło dać w kość, o czym przekonywał się każdego dnia. Szczerbatek wlókł się obok niego, ledwo powłócząc łapami. Zaczekał, aż jego pan usiądzie i położył mu łeb na kolanach.

- Wiem, mordko. Ja też padam z nóg - podrapał przyjaciela za uchem, na co smok zamruczał.

- No, jesteś wreszcie. Zaczęliśmy się już o ciebie martwić - Valka wyszła z sypialni, po czym szybko nałożyła Czkawce jedzenie i postawiła porcję ryb przed Szczerbatkiem. Smok szybko pochłonął swój posiłek i wrócił do leżenia na kolanach jeźdźca, uprzednio obdarzając jego policzek mokrym "całusem".

- Też cię kocham, stary - uśmiechnął się. - Idź już spać, zaraz przyjdę - Nocna Furia cicho wspięła się po schodach i zwinęła się na swoim kamieniu.

- Odpocznij porządnie, synku - Val wróciła do sypialni, za to chwilę później wyszedł z niej Stoick.

- Nawet o tym nie myśl - uprzedził, widząc Czkawkę dobierającego się do stosu dokumentów.

- Mam mnóstwo pracy... - zaprotestował młody.

- Nie masz. Zrobiliśmy to wszystko za ciebie. Obok masz drugi stosik, ze sprawami, które musisz załatwić sam i naszym ogólnym raportem zamiast wszystkich tych raportów - druga kupka była znacznie niższa.

- Rany... dzięki tato...

- Nie ma sprawy. I tak nie mamy z mamą co robić - uśmiechnął się i wrócił do sypialni. Czkawka zaś zjadł i poczłapał na górę.

- Astrid... o rany, wybacz... Wiem, że obiecałem wrócić wcześniej...

- Ciii... - położyła mu palec na ustach. - Nic się nie stało - sprawnie zdjęła jego tunikę, odsłaniając szczupłą, ale umięśnioną klatkę piersiową, której przyjrzała się pożądliwym wzrokiem.

- Ale... Astrid... jestem zmęczony... - zamknęła mu usta pocałunkiem i powaliła na łóżko tak, że zaskoczony wylądował na brzuchu.

- Leż spokojnie - nakazała cicho, a jej dłonie zaczęły wykonywać swoje magiczne sztuczki na jego plecach, likwidując cały stres, ból i napięcie. Masaż był ostatecznym ukojeniem, którego bardzo potrzebował. - Lepiej się czujesz? - spytała, gdy skończyła.

- O wiele. Jesteś cudowna - wymruczał sennie i z trudem przekręcił się na plecy.

- Nie przesadzaj - zachichotała, kładąc się obok niego.

- Nie przesadzam. Dziękuję. Jesteś najlepszym, co mnie w życiu spotkało - objął ją czule i przytulił. Zasypiał spokojnie, czując jej oddech, delikatnie łaskoczący jego szyję. Myślał o niej, o rodzicach i o Szczerbatku. Wreszcie czuł, że nie jest sam.

Wreszcie czuł się... kochany.

N jak nadzieja

Po śmierci ojca nie czuł się najlepiej. Niemal całkiem się załamał, choć ukrywał to starannie. W dzień był poważnym, odpowiedzialnym wodzem, a w nocy pogrążonym w żałobie małym chłopcem, na którego zrzucono cały ciężar. To on musiał zakończyć wojnę, bronić wyspy i jeszcze utrzymać rodzinę, którą były chora matka i żona. Minęło wiele lat, matka zmarła i został niemal sam. Jedynym oparciem była dla niego ukochana żona, która też nie radziła sobie najlepiej. Próbowała jednak jakoś dodawać mu otuchy. Ich życie było prawdziwym pasmem nieszczęść. Najpierw zginął jego ojciec, teraz zmarła matka, na dodatek nie mogli mieć dzieci, bo jego ukochana żona była za słaba i traciła kolejne ciąże. I kiedy myśleli, że już nigdy nie będzie dobrze...

- Jak się trzymasz, skarbie? - kobieta objęła męża za szyję, kiedy siedział na klifie i patrzył w ocean.

- Kiepsko - wyznał cicho. - Tęsknię za nimi...

- Wiem. Utrata rodziców jest bolesna, ale nie warto się tym zadręczać.

- Jak to nie?

- Mamy inne zmartwienia.

- Niby jakie?

- Dziecko. Utrzymałam je, rozumiesz? Już sześć miesięcy, pół roku, 24 tygodnie - głaskała krągły brzuch, a jej twarz promieniała szczęściem. - Według Gothi, najprawdopodobniej przeżyje.

- Więc jednak zostanę ojcem? - spytał z lekkim niedowierzaniem

- Tak - odparła pewnie.

Dwa miesiące później, jednak nie wszystko było takie pewne. Niespodziewanie odeszły wody, pojawiły się skurcze i zaczął się przedwczesny poród. Wódz cały w nerwach oczekiwał na jego koniec, nie pozwolono mu wejść do domu.

- Będzie dobrze, zobaczysz.

- Pyskacz, to jest dopiero 35 tydzień. Przynajmniej o trzy za wcześnie.

- Nie panikuj. Tym razem się uda.

- Łatwo ci mówić. To nie ty masz ciągłe problemy - warknął urażony. Kowal nie zdążył odpowiedzieć, bo z domu rozległ się nagle cichy płacz dziecka i wzruszony ojciec pognał do środka, zanim ktoś zdążył go zatrzymać. - Kochanie, jak się czujesz? - spytał z troską żonę.

- Boję się... On jest słaby, za słaby. Nie da sobie rady... - wyznała spanikowana.

- On? Więc to chłopiec? - w tym momencie Gothi podała mu noworodka i kiwnęła głową, że jest to chłopiec. - Spójrz tylko na niego. Jest śliczny - otulił delikatnie maleństwo, żeby nie zmarzło.

- On nie przeżyje...

- Przeżyje, zobaczysz. Będzie największy i najsilniejszy ze wszystkich. Zostanie wspaniałym wodzem i dokona wielkich rzeczy. Jak go nazwiemy?

- Jest bardzo słaby... Jak Czkawka - wyraźnie wpadała w depresję poporodową.

- Skoro chcesz, niech tak będzie. Nasz mały Czkawka. Mówię ci, wyrośnie na potężnego wodza.

- Stoick, nie przesadzaj.

- Nie przesadzam. To jest mój syn, Val. I ja w niego wierzę, bo dał mi nadzieję na lepsze jutro.

O jak odpowiedzialność

- Czkawka, idź wreszcie spać.

- Zaraz...

- Słowo daję, jakbym widział Stoicka...

- Pyskacz... odczep się, co?

- Powinieneś już iść. Robota nie ucie... O, może wy przemówicie mu do rozsądku - kowal spojrzał na przyjaciela i jego żonę, którzy pojawili się w kuźni.

- Znowu nie chce iść spać? - odgadła Valka. - Słowo daję, zupełnie jak Stoick.

- Też mu to mówiłem.

- Praca wodza to wielka odpowiedzialność.

- Ale on ma też inne obowiązki, kochanie.

- Dobra, zostawiam was z nim. Powodzenia - Pyskacz udał się w stronę domu.

- Może ty z nim pogadaj, wiesz, jak ojciec z synem - zaproponowała Valka.

- Nigdy mi to nie wychodziło, ale spróbować mogę - Stoick wszedł do kanciapy, ale zajęty Czkawka go nie zauważył. - Może zrobiłbyś już przerwę?

- Nie mogę.

- Już późno.

- Mam sporo pracy.

- Dokończysz jutro. Teraz idziesz spać - wziął syna na ręce, nie zważając na jego protesty i wrzaski, po czym wyniósł go z kuźni i zabrał do domu.

- Nie chcę spać! - warknął ze złością młody, gdy ojciec postawił go na nogach.

- Chcesz, tylko jeszcze tego nie wiesz.

- Tato...

- Nie. Do łóżka.

- Ale...

- Twój ojciec ma rację. Idź spać.

- Nie chcę!

- Czkawka?

- No świetnie - młody wódz odwrócił się i ujrzał swoją ukochaną, schodzącą ze schodów.

- Chodź spać, kotek - poprosiła łagodnie, podchodząc do niego.

- Nie mogę - mruknął niechętnie.

- Kobiecie w ciąży się nie odmawia.

Westchnął i położył dłonie na jej wydatnym, zaokrąglonym brzuchu. Uśmiechnął się lekko, czując kopnięcie, wymierzone w jego rękę.

- I ty przeciwko mnie? - mruknął cicho, a dziecko ponownie kopnęło.

- Jemu też chyba nie odmówisz? - Astrid uśmiechnęła się lekko.

- Niech wam będzie - westchnął i poszedł na górę razem z nią. - Co ja robię nie tak? - zapytał cicho, gdy już ułożyli się wygodnie.

- Musisz odpuścić - odpowiedziała. - Ja wiem, że chcesz być idealnym wodzem, ale masz ważniejsze sprawy niż wioska. Za trzy miesiące zostaniesz ojcem, a ja nie mam zamiaru wychowywać naszego dziecka samotnie.

- Nie mogę zaniedbać wioski.

- Rodziny tym bardziej. Pogadaj ze Śledzikiem, z Sączysmarkiem, pomogą ci. Sam doskonale wiesz, że dziecko potrzebuje ojca.

- No wiem...

- Nie martw się. Nauczysz się, po prostu potrzebujesz czasu.

- Czy ja wiem... - nie był przekonany. Zaczął głaskać brzuch Astrid, szukając w niej oparcia i ukojenia. - To mnie chyba przerasta...

- Kotek, nie jesteś sam. Masz przecież mnie, rodziców, Szczerbatka i przyjaciół. Dasz sobie radę.

- A ty się nie boisz? - spojrzał na nią uważnie, szmaragdowymi oczami.

- Boję się - wyznała. - W końcu bycie rodzicem to wielka odpowiedzialność. Ale mam ciebie i wiem, że mnie nie opuścisz. Prawda?

- Prawda. Masz rację, ty i maleństwo jesteście dla mnie najważniejsi i kocham was najbardziej na świecie - pocałował ją z miłością.

- My też cię kochamy - uśmiechnęła się lekko. - Śpij już, kochanie.

- Ty też - przytulił się do niej. - I dziękuję ci. Jesteś najcudowniejszą żoną, jaką mógłbym mieć...

P jak porozumienie

Czkawka znowu wrócił późno do domu. Miał nadzieję, że ukochana nie będzie zła z tego powodu, choć od jakiegoś czasu zachowywała się dość dziwnie. Przegryzł coś i przemknął do sypialni, marząc o spokojnym śnie. Nie było mu to mu jednak dane.

- O, nie śpisz kochanie - zaśmiał się nerwowo.

- Jak widać - mruknęła. Teraz, w blasku świecy uwidocznił się jej wygląd: blada skóra, podkrążone ze zmęczenia oczy, upięte byle jak włosy i jej ogólne zaniedbanie, do tego znacznie schudła. Już nie była najpiękniejszą kobietą w wiosce, choć on zdawał się tego nie zauważać.

- Coś się stało? - spytał niepewnie, kładąc się do łóżka.

- Nie, skąd - warknęła cicho. - Poza tym, że prawie cię nie ma w domu, wszystko jest w absolutnym porządku.

- Astrid, o co ci chodzi? Jestem zmęczony, nie mam ochoty na domyślanie się.

- Jeszcze się pytasz? Obiecywałeś, że mnie nie zostawisz, a teraz co? Muszę radzić sobie sama, bo ty masz wszystko gdzieś. Tylko praca się liczy.

- W końcu jestem wodzem.

- A ja twoją żoną! Powinnam być ważniejsza niż to wszystko!

- Jesteś...

- Nie widzę. Zajmujesz się wyłącznie pracą, rodzinę kompletnie ignorujesz.

- Czy ty musisz wiecznie wszystko utrudniać?

- Słucham? Pragnę ci przypomnieć, mój drogi, że tam, za ścianą, śpi twój niespełna miesięczny syn, który pewnie nawet nie wie, jak wyglądasz. Obiecałeś, że razem go wychowamy, a teraz co?

- Daj mi spać.

- Jesteś taki sam jak wszyscy. Nie wiem, co wyjątkowego ja w tobie widziałam.

- Teraz przesadzasz. Od samego początku doskonale wiedziałaś, na co się piszesz. Sama mnie nawet zachęcałaś, mówiłaś, że będzie dobrze, że będziesz mnie wspierać. A teraz co? Masz pretensje do mnie, a sama nie jesteś lepsza.

- Bo nie przypuszczałam, że tak szybko zrobisz mi dzieciaka.

- Skoro tak bardzo ci przeszkadza, to mogłaś się pozbyć problemu.

- Zwariowałeś? Miałabym go zabić?

- To może sama spróbuj odwalić moją robotę i zobacz, czy nie zwariujesz!

- Na pewno będę w tym lepsza od ciebie! A ty w takim razie zajmiesz się małym, skoro według ciebie przesadzam.

- Zgoda.

- No i dobrze - oboje ze złością położyli się plecami do siebie i poszli spać.

Następnego dnia, Astrid wstała wcześniej, żeby się wykąpać. Drgnęła, gdy usłyszała płacz dziecka, ale nie zareagowała. Mały nie był głodny, niedawno go karmiła, więc to pewnie pielucha, albo coś innego, z czym tatuś sobie poradzi. W spokoju dokończyła kąpiel, po czym wyszła i ubrała się w luźną tunikę rozpinaną z przodu, skórzane spodnie i skórzaną kamizelkę. Włosy na razie rozczesała i zostawiła luźno, żeby wyschły. Wiedziała, że prezentuje się zabójczo.

Jak gdyby nigdy nic, zrobiła sobie śniadanie, zjadła i zaplotła wilgotne włosy w warkocz. Nakarmiła jeszcze Szczerbatka i wyszła z domu. Oczywiście ludzie się dziwili, co się stało, dlaczego nie ma Czkawki, a kiedy im wreszcie wyjaśniała, wypytywali o nią i dziecko. Cierpliwie odpowiadała na pytania, starając się jak najszybciej przejść do rzeczy i zająć się pracą. Przez kilka pierwszych godzin szło jej nieźle, potem było gorzej. Jej myśli cały czas szły w kierunku synka, martwiła się, czy Czkawka na pewno da sobie z nim radę. W dodatku powoli wyczuwała, że zbliża się pora karmienia i to ją niepokoiło.

- Astrid! - Heather klasnęła jej przed nosem. - Skup się!

- Przepraszam. Po prostu martwię się o Czkawkę. Pokłóciliśmy się i on został dzisiaj z małym, a ja rządzę.

- Widzę. Szło by ci znacznie lepiej, gdybyś się skoncentrowała na pracy, zamiast rozkojarzać się jak on.

- On się rozkojarza? - spojrzała zaskoczona na przyjaciółkę.

- Nawet nie wiesz jak. Gdyby nie to, kończyłby znacznie wcześniej.

- Może byłam dla niego za ostra...

- Nie przejmuj się. W miesiąc po porodzie masz prawo wariować.

- Zwariuję to ja zaraz - blondynka wstała i wyszła z Twierdzy, rozdrażniona. Akurat wtedy zobaczył ją Czkawka, który w mgnieniu oka znalazł się przy niej, a jego nadejście poprzedzał głośny płacz dziecka.

- Astrid, ratuj - jęknął. - On cały czas płacze, ja już nie wiem co robić. Przepraszam, miałaś rację to wcale nie jest łat... Astrid? - spojrzał zaskoczony na żonę, która bez słowa rozwiązała kamizelkę i rozpięła tunikę, po czym wyciągnęła ręce po niemowlaka. Oddał jej go, mocno zaskoczony, ale zaraz zrozumiał, kiedy usiadła na schodach prowadzących do Twierdzy i rozchyliła ubranie, odsłaniając nabrzmiałe od pokarmu piersi. Delikatnie podsunęła jedną maluszkowi, który natychmiast zaczął ssać.

- Po prostu był głodny - wyjaśniła, spoglądając na męża. Na jej twarzy widoczny był wyraz ulgi, ciężkie, pełne mleka piersi naprawdę ją drażniły.

- Nie wpadłem na to... - westchnął i usiadł obok niej, patrząc z czułością na dwie najukochańsze osoby. - Może ja się nie nadaję na ojca?

- Za mało czasu z nim spędzasz. A dowiedziałam się, że pracujesz tak długo, bo się nie skupiasz. Ty też miałeś rację, zarządzanie wioską nie jest takie proste, gdy przez cały czas się myśli o rodzinie - uśmiechnęła się. Odwzajemnił uśmiech, wychylił się i pocałował ją, po raz pierwszy od wielu dni tak prawdziwie i z miłością.

- Czyli wybaczasz mi? - spytał cicho z nadzieją.

- Wybaczam. A ty mi?

- Zawsze, milady.

R jak radość

- Słuchaj, a to na pewno dobry pomysł?

- Jasne. Nie dramatyzuj, stary. Będzie dobrze.

- Dlaczego zawsze, kiedy tak mówisz, mam wrażenie, że nadchodzi koniec świata?

- Bardzo śmieszne. Poczucie humoru dopisuje?

- To prawda, Smark. Ty i bliźniaki jesteście zdolni wywołać koniec świata.

- Powiedział facet, który sam zawsze się pcha w paszcze smoków.

- Wcale się nie pcham...

- To tylko metafora. A myślałem, że jesteś bystry.

Czkawka warknął tylko i w milczeniu szedł dalej. Żałował, że nie zabrał ze sobą Szczerbatka, ten leń pewnie spał teraz w domu, albo przed nim. Czasami żałował, że nie jest smokiem, mógłby cały dzień nic nie robić, zamiast być skazanym na towarzystwo Smarka.

- Podaj hasło - odezwał się Mieczyk, gdy Smark zapukał do drzwi.

- Zaraz ci przywalę!

- Okej, może być. Właźcie - otworzył drzwi i wpuścił przyjaciół.

- Czy ty wszystko musisz rozwiązywać siłą? - Czkawka spojrzał z wyrzutem na Sączysmarka.

- No co? Astrid może, a ja nie?

- Nie.

- Znowu się kłócicie?

- Ależ misia, nikt tu się nie kłóci

- Zamknij się.

- Odpuść mu, Astrid. Nie kłóćmy się dzisiaj.

- W porządku - zgodziła się dziewczyna.

- Dlaczego ty zawsze robisz to, co Czkawka powie? - zaczął znowu Smark.

- Bo jest naszym szefem i przyszłym wodzem.

- Dobra, cicho być - zarządziła Szpadka.

- Zebraliśmy się tutaj, żeby obchodzić niezwykłą uroczystość, jaką są nasze urodziny! - ogłosił radośnie Mieczyk.

- I z tej okazji... - jego siostra wystawiła na stół beczkę z miodem. - Starzy się nie zorientują.

- Jesteście pewni? - zaniepokoił się Śledzik.

- Jasne. Rok temu się nie zorientowali.

- A zabawa była genialna - Sączysmark uśmiechnął się szeroko. - Może teraz powinniście załatwić dwie? W końcu jest nas dwa razy więcej.

- Wypiliście to we trójkę? - Astrid popatrzyła zaskoczona na przyjaciół.

- Nieźle, co?

- Właśnie źle. Ja nie piję.

- A co, boisz się, że pijana wyznasz mi miłość?

- Przestań - prychnęła, patrząc na Smarka z obrzydzeniem. Rzeczywiście się bała, że ujawni swoje uczucia, tylko nie w stosunku do niego.

- Astrid, wyluzuj. Spodziewałam się, że Czkawka będzie protestował, ale ty? - Szpadka spojrzała na dziewczynę.

- Po co mam protestować, przecież i tak mnie nie słuchacie - mruknął Czkawka, wyraźnie zły.

- A skąd wiesz? - spytał Mieczyk, który najwyraźniej uwielbiał wszystkich drażnić.

- Bo was zna, to chyba oczywiste - odpowiedziała mu Astrid.

- Nie przesadzaj, czasem się słuchamy.

- Czasem? Szpadka posłuchała się raz, jak musiała oswoić Wrzeńka - zauważył Śledzik.

- Ale się posłuchała.

- Mieczyk, nie kombinuj, tylko polewaj - zniecierpliwił się Sączysmark. Chłopak pokiwał głową i napełnił sześć kubków. - No to wasze zdrowie! - uniósł kubek i wypił.

Ku zdziwieniu Astrid, tylko ona nie tknęła alkoholu.

- Poważnie? Jestem jedyna rozsądna?

- Astrid, wyluzuj i baw się dobrze - mruknęła Szpadka.

- Przy was to niemożliwe - ale napiła się dla świętego spokoju.

Po kilku godzinach, wszyscy byli mniej lub bardziej pijani, a antałek opróżniony. Śledzik miał słabą głowę, więc padł jako pierwszy. Bliźniaki chlały w najlepsze, a Sączysmark rozmawiał z Astrid, opierając rękę obok jej głowy.

- Wiesz... Astriś... - wybełkotał. - Teraz to... normalnie mógłbym... cię... pocałować...

- O nie - odepchnęła go. Wypiła mało, więc jedynie lekko szumiało jej w głowie. - Nikt nie będzie mnie całował, nigdy!

Nagle Czkawka podszedł do niej jak gdyby nigdy nic, objął ją w talii i złożył na jej ustach długi, czuły pocałunek. Gdy ją wypuścił, oparła się o ścianę i powoli dotknęła warg, mocno zaskoczona jego zachowaniem.

- Pogromca smoków działa też na Astrid - zarechotał Mieczyk. - Przykro mi, Smark. Ktoś ci zwinął dziewczynę.

- No co? - spytał Czkawka, widząc minę Astrid. - Ja też cię kocham.

Nie odpowiedziała, uśmiechnęła się tylko szeroko i rzuciła się mu na szyję.

S jak smutek

Jedna... Druga... Trzecia...

Łzy powoli spływają po skroniach i wsiąkają we włosy. Choć są gorące, pozostawione przez nie ślady powodują uczucie chłodu, wywołane nocnym powietrzem. Księżyc świeci tej nocy jasno, jednak plama srebrzystego światła nie obejmuje łóżka. Z twojej piersi wyrywa się szloch i czujesz, jak ciemność cię pochłania i to nie tylko ta nocna. Całe twoje życie spowija mrok, zawsze tak było. Zdarzyło się kilka promyczków światła, ale smutku było za dużo. Łzy same cisną się do oczu i opuszczają ich kąciki, choć próbujesz je przegonić, a tłumiony szloch powoduje bolesny, dławiący ucisk w sercu.

Nagle czujesz dłoń, która niczym wąż zaczyna pełznąć po twoim brzuchu, aż sięga biodra. Jeden silny ruch i już czujesz przy ramieniu ciężar rozgrzanego od snu ciała, a na skroni miękkie usta, delikatnie scałowujące łzy nieco leniwymi ruchami.

- Przepraszam - szepczesz, starając się brzmieć naturalnie, choć gardło masz ściśnięte.

- Za co? - słodko brzmiący, senny głos twojej drugiej połówki, wywołuje jeszcze silniejszą chęć płaczu.

- Za obudzenie cię - udaje ci się wykrztusić z trudem i kolejny szloch wstrząsa twoim ciałem.

- Co się dzieje? Dlaczego płaczesz? - ten cudowny głos przepełnia troska, potęgująca twój ucisk w piersi.

- Nie wiem...

- Chodź do mnie - niemal automatycznie odwracasz się, wtulając się w te najdroższe dla ciebie ramiona i wybuchasz płaczem, czując na głowie dotyk znajomej dłoni i czułe pocałunki. Miłość twojego życia nie stara się ciebie uspokoić, po prostu pozwala ci się wypłakać, rozumie, że tego potrzebujesz i po prostu przy tobie jest. Kiedy w końcu się uspokajasz i odsuwasz, ta sama dłoń ociera łzy z twojej zmęczonej twarzy.

- Lepiej?

- Tak... - odpowiadasz sennie. - Dziękuję...

- Nie ma za co. Po prostu spróbuj zasnąć, kochanie.

Usypiasz, wsłuchując się w ciche uderzenia dwóch serc, kojące bardziej niż jakieś słowa otuchy.

T jak tęsknota

- Prawa! Lewa! Noga! Paruj! Dobrze! Pięć minut przerwy.

Czkawka usiadł na trawie zdyszany. Codzienne treningi, które odbywał ze swoją dziewczyną, były coraz bardziej wyczerpujące i skomplikowane. Każdego dnia zaskakiwała go nowymi sztuczkami i choć obiecywał sobie, że tym razem nie da się zmęczyć, zawsze sprawiała, że był obolały i wykończony.

- Wstawaj. Pięć minut minęło.

- Może jeszcze pięć? Ja nie ćwiczyłem całe życie, jak ty. Zresztą jest gorąco.

- Ostatni raz. No chodź.

Niechętnie dźwignął się na nogi i chwycił kij. Co jakiś czas Astrid wykrzykiwała komendy i nagany albo pochwały. W pewnym momencie podciął jej nogi i upadł wraz z nią na trawę.

- Walka skończona - oznajmił, łapiąc oddech.

- Szybko się uczysz - odgarnęła mu grzywkę z oczu.

- Co powiesz na małą wizytę w Zatoczce?

- Randka?

- Może być.

- Muszę się przygotować...

- Nie musisz. Bierz Wichurę i chodź.

- No dobra. Skoczę tylko do domu.

Po chwili wraz ze smoczycą były gotowe. Polecieli prosto do Zatoczki i zsiedli ze smoków.

- Dlaczego akurat tu? - spytała zaciekawiona Astrid.

- Bo nikt nie będzie nas tu szukał - Czkawka podszedł do jeziorka. - A ja cały się kleję - zrzucił tunikę, spodnie i całą resztę, po czym wszedł do wody. - Zimna - mruknął.

- Dopiero było ci gorąco.

- Wiem, wiem - zanurzył się cały, chłodząc rozgrzane ciało i spłukując pokrywający je pot.

- Już, umyłeś się?

- Nie. Jak ci się nie podoba, możesz sobie iść.

- Och, podoba - usłyszał cichy plusk. - Ale może być jeszcze fajniej.

Odwrócił się i ujrzał ją tuż za sobą. Rozpuszczone włosy spływały miękko na ramiona długimi falami, w niebieskich oczach odbijało się niebo, a jasna skóra lśniła w słońcu.

- Wciąż nie mogę zrozumieć, jak to jest, że taka bogini, piękność z moich snów, wybrała coś takiego jak ja.

- Nie przesadzaj - wylała na dłoń odrobinę olejku, którego używali do kąpieli i zaczęła go myć. Była to specjalna kompozycja zapachowa, która na każdym z nich pachniała inaczej, na Czkawce męsko, na Astrid kobieco. Mało kto wiedział, że to ten sam olejek.

- Nie przesadzam. No spójrz tylko na mnie...

- Patrzę. I widzę wspaniałego, przystojnego mężczyznę, swojego przyszłego wodza, męża i ojca moich dzieci - uśmiechnęła się lekko i pocałowała go w nos.

- Jasne...

- Nie wierzysz mi?

- To tylko twoje zdanie.

- A czy nie o to ci chodziło? - znalazła wygodne miejsce, żeby sobie usiąść.

- Niby o to, ale... - westchnął i usiadł przed nią. Zamknął oczy i odchylił głowę, pozwalając jej na umycie mu włosów.

- Nie przejmuj się tym, co mówią ludzie. Nawet nie wiesz ile dziewczyn chciałoby się z tobą spotykać - masowała lekko skórę jego głowy, to pomagało mu się uspokoić.

- Wiem... Dlatego mam ochotę znów być niewidzialny. Jak kiedyś.

- Tęsknisz za dzieciństwem?

- Mhm. Wtedy bycie wodzem wydawało się takie odległe, a teraz... mam prawie 20 lat, tylko czekać, aż ojciec zacznie gadać o emeryturze i tak dalej.

- Wiesz, gdybyś znowu był dzieckiem, nie miałbyś wielu ważnych rzeczy. Szczerbatka, mnie, ojca, przyjaciół.

- Bez ojca i przyjaciół dałbym radę. Ale ty i Szczerbatek jesteście całym moim światem - odwrócił się do niej, gdy skończyła mycie i pocałował ją lekko.

- Mnie też czasem się zdarza tęsknić za przeszłością - wyznała, gdy się zamieniali miejscami.

- No tak. Byłaś w końcu najlepsza - nabrał wody w dłoń i zaczął moczyć dokładnie jej włosy.

- Nie o to chodzi. Dzieci mają łatwiejsze życie, wbrew temu, co im się wydaje. Potem jednak myślę o tobie. Nie byłabym bez ciebie szczęśliwa, nie po tym, co razem przeszliśmy - zamruczała, jego masaż relaksował ją. Wygięła się lekko, gdy dotknął jej karku. - Nie rób tak.

- Przecież to lubisz.

- Ale w łóżku, nie przy kąpieli. To kolejna rzecz, której czasem mi brakuje: twojego niedoświadczenia i braku pewności siebie. Kiedyś bałeś się mnie dotknąć, a teraz bywasz bezczelny.

- Ja? Bezczelny?

- No ty, ty.

- To źle, że lubię cię dotykać? Tyle razy mówiłaś, że uwielbiasz mój dotyk.

- Bo uwielbiam. Ale nie w nieodpowiednich momentach, jak na przykład teraz.

- Dlaczego?

- Bo mamy się kąpać, a nie kochać.

- Już się wykąpaliśmy. Teraz możemy się kochać - wstał i pociągnął ją za sobą.

- Kotek...

- Ciii - pocałował ją i uniósł. - To chyba nie jest powód do tęsknoty za dzieciństwem?

- Nie jest. W takich chwilach nawet się cieszę, że jesteśmy dorośli - przyznała, oddając pocałunek i wbijając paznokcie w jego kark. - Za tym tęsknię bardziej... - szepnęła, rozpływając się w jego ramionach.

U jak ulga

 dedykacja dla Lisiczki :3

Potężny, czarnowłosy mężczyzna o twarzy pooranej bliznami, siedział na plaży. Obok niego w piasek wbity był długi kij, którym się podpierał, a czarny płaszcz zsunął mu się z ramion. Był tak pogrążony w swoich myślach, że nie zauważył niewielkiej łodzi, przybijającej do brzegu. Dopiero kiedy ktoś podszedł do niego, uniósł lekko głowę. Stał przed nim dość dziwny, wściekle rudy człowiek o poczochranych włosach i nierównej brodzie. Jego ubranie było poszarpane, jakby spędził parę lat na bezludnej wyspie.

- Pan Drago Krwawdoń? - zapytał niepewnie, a gdy przyjrzał się mężczyźnie, zaczął podskakiwać z radości jak wariat. - Wiedziałem, że pana znajdę! - chwycił jego rękę i potrząsnął mocno. - Jestem Dagur Szalony, wódz plemienia Berserków i pana największy fan!

- Ty jesteś wodzem? - odezwał się Drago.

- Nooo... byłem. Dopóki ten Czkawka i ta jego Nocna Furia nie-

- Czkawka? Ten słynny "Władca Smoków" z Berk?

- Dokładnie ten sam! Znacie się.

- Ten dzieciak pozbawił mnie smoczej armii - wstał.

- Uuuuu, a więc szykujemy zemstę?

- My? - spojrzał zaskoczony na Berserka.

- Skoro mamy wspólnego wroga, może warto połączyć siły? Zresztą współpraca z panem będzie dla mnie zaszczytem. Proszę, proszę, proszę, niech się pan zgodzi!

To jakiś kompletny wariat pomyślał Drago, ale na głos westchnął tylko. - Niech ci będzie.

- Tak jest! Ahahahaha! - Dagur znowu podskoczył. - Nareszcie! Uważaj, Czkawkuniu! Zemścimy się na tobie i tej twojej Nocnej Furii! - zaczął wykonywać jakiś swój taniec zwycięstwa, czemu Krwawdoń przypatrywał się z miną "bogowie, zabijcie mnie, błagam".

- Skończyłeś? - spytał w końcu.

- Hehe... taaa - szaleniec ogarnął się.

- Najpierw musimy znaleźć jakieś smoki - ruszył w głąb wyspy. Szedł prosto, przed siebie, a Dagur latał w tę i wewtę, jakby cały czas inscenizował spotkanie z Czkawką. Nawet Grumpy Cat nie przebiłby wyrazu twarzy Drago, ilekroć jego wzrok padł na "sojusznika". W końcu natrafili na stadko Śmiertników Zębaczy.

- Chodźcie do wujcia Dagurka! - wrzasnął Berserk.

- To się nie tak robi! AAAAAAAAAAAAA! AAAAAAAAAAAAAAAAAAA! AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA! - zaczął się drzeć po swojemu, machając dzidą.

Lol, co to ma być zaskrzeczał jeden ze smoków.

Wat? To jakieś psychole odpowiedział kolejny.

O w mordę, ziomy, zwijamy się, bo jeszcze nie wiadomo co zrobią rzucił inny.

Ok, dobra, byle szybko pospieszył jeszcze inny.

Chodu! całe stado poderwało się do lotu.

- No i co? Chyba ma pan złe metody - Dagur patrzył bezradnie na odlatujące smoki.

- Ja? To twoja wina, smarkaczu! - wrzasnął Krwawdoń.

- Moja? No, skoro tak pan uważa...

- Znajdźmy lepiej coś innego.

Każda kolejna próba tak samo jednak kończyła się niepowodzeniem. W końcu Dagur stracił nadzieję w powodzenie swojego planu i wsiadł do łódki, którą tu przypłynął.

- Nie jest pan jednak tak wspaniały, jak myślałem - przyznał. - Do niezobaczenia - odpłynął.

- W KOŃCU! - wrzasnął uradowany Drago i roześmiał się z ulgą.

W jak wzajemność

Czkawka lubił długo spać, a Astrid lubiła go obserwować. Był wtedy jeszcze słodszy niż zazwyczaj. Przewracając się, zsunął z siebie koc, więc teraz jego nagie ciało było w pełni wystawione na jej wzrok, przepełniony miłością, zachwytem i pożądaniem. Tego ranka wyjątkowo, to nie mięśnie przykuwały jej uwagę, a pokrywające je blizny.

Najmniejsza, ale najwcześniejsza, to drobny ślad na podbródku. Pozostałość po jego pierwszym kontakcie ze smokiem, kiedy był jeszcze niemowlęciem. Zwykły wypadek. Na czole pod włosami jest inna pamiątka wypadku, całkiem niedawno oberwał w Akademii od jednego ze smoków swoich uczniów z grupy dziecięcej. Nieźle się o to wściekła, z trudem zdołali jej wytłumaczyć, że to był wypadek. Dalej nie było nic ciekawego, nie licząc malinki na szyi, którą zrobiła mu w nocy. Uśmiechnęła się lekko na to wspomnienie. Lubiła go zaznaczać, żeby pamiętał, że jest tylko jej. Następnie jej wzrok padł na niewielką bliznę po oparzeniu, kiedy oberwał pociskiem Albrechta, próbując złapać Księgę Smoków, którą wykradła Heather. Teraz oboje byli przyjaciółmi Berk, Heather tu zamieszkała i stała się najlepszą przyjaciółką Astrid, coś nawet było między nią i Sączysmarkiem, a Albrecht okazał się bardzo pomocnym sąsiadem. Mimo wszystko, Czkawka miał bliznę z ich winy. Inny ślad po oparzeniu miał na biodrze oraz na przedramieniu, z wypadków podczas pracy w kuźni. Walcząc ze sobą, żeby nie spojrzeć w ulubione miejsce, przesunęła wzrok na jego nogi i zadrżała. Nierówna, olbrzymia blizna w połowie lewej łydki, powstała po amputacji kończyny, zawsze przywoływała złe wspomnienia. Zgruchotana, przypalona, ociekająca krwią resztka nogi była bez wątpienia najstraszniejszym, najbardziej traumatycznym widokiem, jaki w życiu miała nieprzyjemność oglądać. Nawet zmasakrowane przez smoki ciała mieszkańców wioski, które widywała już jako dziecko, nie wywarły na niej takiego wrażenia. Być może dlatego, że nie znała tych ludzi. A Czkawka był dla niej wszystkim.

Zamarła, gdy jej kochanek odwrócił się na brzuch i zadrżał z zimna. Upewniwszy się, że nadal śpi, okryła go kocem do bioder i spojrzała na jego plecy. Na ramionach miał drobne, prawie już niewidoczne blizny po pazurkach Ostrostrzała, który lubił tam przesiadywać, dlatego jego właściciel zrobił sobie skórzany pancerz. Zaczerwieniła się, gdy jej wzrok padł na cztery długie, jasne blizny na łopatce, ślady jej własnych paznokci, pamiątka pewnej wyjątkowo gorącej nocy. Naciągnęła koc aż po szyję, żeby nie marzł dłużej i przysunęła się do niego. Jej dłoń odruchowo powędrowała na jej własne ciało, do blizny ciągnącej się od biodra aż do połowy uda. Zarobiła ją kilka lat temu, gdy w czasie ataku nie zdołała uciec przed szponem Ponocnika. To z jej powodu nie lubiła wypadów na plażę i bardzo się bała, że przerazi ona Czkawkę. On jednak zrobił tak, jak ona ze wszystkimi jego bliznami: obsypał szramę pocałunkami. Wtedy wiedziała, że ją kocha, nie mógł jej dać piękniejszego dowodu miłości. Oderwała się od swoich myśli i odgarnęła chłopakowi grzywkę z czoła. Gdy odwrócił się na bok, przylgnęła do niego i uśmiechnęła się, czując jego silne ramiona otaczające jej szczupłą talię. Zamknęła oczy, wtulając się w jego skórę, rozkoszując się jego zapachem i ciepłem ich nagich ciał. Oboje wiele przeszli w życiu, mieli blizny nie tylko na skórze, ale też na psychice. Mimo to, wiedzieli, że kochają się nad życie i każdą noc będą spędzać w swoich objęciach.

Z jak zazdrość

- Szczerbatek, co ty wyprawiasz?! - zawołał rozgniewany Czkawka, gdy smok wcisnął się między niego i Astrid.

- Pewnie chce się pobawić - zauważyła dziewczyna.

- Teraz? Nie mam dla ciebie czasu, idź sobie - odepchnął Nocną Furię. - Co mu ostatnio odbiło? Zachowuje się dziwnie, cały czas na ciebie warczy i przeszkadza nam.

- Może jest zazdrosny.

- O ciebie? Przecież to głupie. Z resztą może posiedzieć trochę sam, a nie mazać się jak dziecko.

Tego już było za wiele. Czarny gad wskoczył na swojego pana, przewracając go na ziemię i zaryczał ze złością. Po chwili wstał, usiadł obok Astrid i warknął. Wskazał głową na siebie, na nią, a potem spojrzał na Czkawkę.

- CO?! Ty chyba zwariowałeś! Mam wybierać między tobą a nią?! - chłopak naprawdę się zdenerwował, nie spodziewał się takiego zachowania. Smok warknął, jakby poganiając go. - Dobrze! Wybieram Astrid, a wiesz dlaczego?! Bo ona do niczego mnie nie zmusza! Potrafi się dzielić! A ty sam sobie radź, jak jesteś taki! - odbiegł w stronę wioski. Szczerbatek prychnął tylko i uciekł w przeciwnym kierunku. Astrid westchnęła i poszła za Czkawką, musiała jakoś spróbować pogodzić skłóconych braci.

- Czkawka? - weszła nieśmiało do kuźni.

- A, to ty - uspokoił się nieco. - Przepraszam, że tak cię zostawiłem.

- Nie szkodzi. Zdenerwowałeś się.

- A dziwisz się? Ja rozumiem, że to mój najlepszy przyjaciel, ale tu już przesadził. Ty byś w życiu nie kazała mi wybierać między wami.

- Bo wiem, że do szczęścia potrzebujesz nas obojga.

- Dokładnie. A on tego najwyraźniej nie widzi.

- Może spróbuj z nim pogadać?

- Nie, wiesz co, mam robotę.

- No dobrze - westchnęła i wyszła z kuźni. Udała się w stronę lasu, gdzie ostatnio pobiegł Szczerbek.

Smok leżał sobie na klifie i wpatrywał się tęsknie w niebo. Poruszył uchem i odwrócił się, gdy usłyszał szelest. Warknął niepocieszony, gdy zobaczył kto przyszedł i z powrotem oparł głowę na łapach.

- Sprawiłeś mu wielką przykrość, wiesz? - dziewczyna usiadła obok Nocnej Furii, która odsunęła się ostentacyjnie. - Myślałam, że się przyjaźnimy. Dlaczego jesteś taki zazdrosny? Przecież wiesz, że ja nie próbuję ci go odebrać - patrzyła na gada, który zdawał się ją ignorować. - Posłuchaj, chodzi o to, że wy jesteście przyjaciółmi już jakiś czas, a ja i Czkawka jesteśmy parą dopiero od niedawna. Chce się mną nacieszyć i spędzić trochę czasu tylko ze mną. Może źle się czuje w twojej obecności, bo nie chce, żebyś był zazdrosny. Zresztą to tylko początek, potem wszystko się ułoży. Dla niego to też trudne i nowe, tyle czasu był sam, a nagle ma ciebie, mnie, ojca... Musi nauczyć się dzielić czas między nas wszystkich. Proszę cię, nie utrudniaj mu tego - niepewnie położyła dłoń na głowie Szczerbatka i zaczęła go głaskać. - Wiem, że go kochasz i zasługujesz na jak najwięcej, ale musisz nauczyć się nim dzielić. No i... jest silniejszy, niż się wydaje, poradzi sobie bez twojej opieki. On potrzebuje przyjaciela, nie niani. A przyjaciel musi czasami dać drugiemu przyjacielowi trochę przestrzeni - smok zerknął na nią niepewnie. - A ja ci obiecuję, że nie będę próbowała rozbić waszej przyjaźni. On potrzebuje nas obojga, nie mam żadnego interesu w krzywdzeniu i unieszczęśliwianiu go. Ciebie też o to proszę, żebyś to zrozumiał i zaakceptował. Wiem, że potrafisz, jesteś bardzo mądry - zsunęła dłoń na szyję, wiedziała, że to uwielbiał. - To jak będzie, Szczerbuś? Będziemy znów przyjaciółmi? Podzielimy się Czkawką? - drapała smoka, który zamknął oczy i zamruczał, w końcu podniósł głowę i polizał jej policzek. - Wiedziałam, że zrozumiesz - zaśmiała się i zaczęła go głaskać. W pewnym momencie odwrócił się i odsłonił brzuch. Usiadła na nim, intensywnie drapiąc czarne łuski. Smok mruczał głośno jak wielki kot, a Astrid śmiała się, co rzadko jej się zdarzało.

- Widzę, że doskonale się bawicie - rozległ się nagle głos Czkawki. Oboje zamarli i odwrócili się w jego kierunku. - Mam być zazdrosny?

- Jasne. Tak naprawdę to z nim chcę chodzić, a ty będziesz naszym pupilkiem - zażartowała wstając.

- Miau - podszedł do niej. - Prawda, że słodki ze mnie kotek?

- Najsłodszy - podrapała go za uchem, na co zamruczał. Objął ją w talii i przytulił, cały czas pomrukując cicho.

Szczerbek tymczasem ułożył się na ziemi i zrobił słodkie oczka. Chciał przeprosić za swoje wcześniejsze zachowanie, zrozumiał, co robił źle i miał nadzieję, że przyjaciel mu wybaczy. Czkawka spojrzał na niego i westchnął.

- No chodź, ty gadzie ty... - wyciągnął rękę, a Nocna Furia wstała i przytuliła się do pary. - Nie chcę wybierać między wami - chłopak przytulił policzek do lśniących, czarnych łusek przyjaciela. - Kocham was oboje. Może dam radę podzielić czas między wami, co?

Szczerbatek zamruczał cicho. Źle zrobił, będąc zazdrosnym o Astrid. Wichura nie robiła problemów o to, że jej przyjaciółka ma drugą połówkę. Może dlatego, że sama miała partnera i dzieci. Szczerbek miał niestety tylko Czkawkę i trochę Stoicka. Bał się, że przyjaciel zostawi go samego. Jakiś czas później przekonał się jednak, że dzieją się ciekawe rzeczy, kiedy Astrid zostaje na noc, a najlepszą z nich jest poranna kradzież koca, będąca dla smoka najfajniejszą zabawą. Czego nie można było powiedzieć o dwójce kochanków.

Zwrot akcji

modern. Czemu? Bo mogę.
ta, wzorowane trochę na FNiN

- Pamiętajcie, że dzisiaj jest pierwsza próba - przypomniała wychowawczyni.

- Jaka próba? - zdziwił się Sączysmark.

- Próba czego? - zawtórowały mu bliźniaki.

- Spektaklu, który wystawiamy w ramach akcji charytatywnej z okazji Dnia Dziecka.

- Że jak?

- Nie pytaj, po prostu przyjdź. Wszystkim występującym podwyższę oceny z zachowania.

- No, to by się przydało. Wam w sumie też, młotki - rzucił do bliźniaków.

- Dobra.

- Niech ci będzie.

- Wspaniale - ucieszyła się wychowawczyni. - Ktoś jeszcze?

Dwie ręce podniosły się w górę.

- Wy? Przecież macie wzorowe zachowanie - zdziwił się Smark.

- Ale lubimy akcje charytatywne - odparł Czkawka.

- Jakie? - Mieczyk wytrzeszczył oczy.

- Takie, że się komuś bezinteresownie pomaga - wyjaśnił Śledzik.

- A ty, skarbie?

- Chyba śnisz - Astrid zmierzyła Sączysmarka chłodnym spojrzeniem.

- Nie marudź, będzie fajnie - zachęcała Szpadka.

- Zresztą świetnie się nadajesz - przyznał Śledzik. Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale przeszkodził mu w tym łokieć dziewczyny, wbijający się w jego brzuch

- Racja. Bardzo byś się nam przydała - zauważyła wychowawczyni.

- Skoro pani profesor tak uważa... - westchnęła.

Po lekcjach wszyscy sześcioro stawili się na próbie.

- Tylko my jesteśmy? - zdziwił się Śledzik.

- Na to wygląda - odparła Astrid.

Po kilkunastu minutach, do sali wpadła wychowawczyni.

- Tylko wy jesteście? - nieświadomie powtórzyła słowa Śledzika. - No trudno. Słuchajcie, wypadło mi coś i muszę lecieć, poradzicie sobie sami?

- Pewnie - uśmiechnął się Czkawka.

- Świetnie. Macie scenariusz, a ja muszę iść - wręczyła im plik kartek i wybiegła.

- ,,Śpiąca królewna"? - Astrid zajrzała chłopakowi przez ramię. - Nie no, to chyba jakieś żarty.

- Ależ skąd, królewno - Sączysmark spojrzał na nią z miną Casanovy, na której widok większość dziewczyn mdliło.

- Po moim trupie. Chcę być czarownicą.

- W życiu! Ja się bardziej nadaję! - zaprotestowała Szpadka.

- No, ona się nadaje - poparł ją Mieczyk. - Jest strasznie wredna, do tego bije jak facet. Aua! - zarobił od siostry cios w policzek. - Widzisz?

- Nie ma mowy, za nic nie będę królewną - Astrid skrzyżowała ręce.

- Niby dlaczego? - zaciekawił się Śledź.

- Bo ten palant chce być królewiczem - wskazała na Smarka.

- Dobra, to wszystko tłumaczy.

- Słuchajcie, ale tu jest znacznie więcej ról. Sorka chyba myślała, że przyjdzie cała klasa - zauważył Czkawka, przeglądając scenariusz.

- No to kiepsko, bo jesteśmy tylko my. I raczej nikt więcej nie przyjdzie.

- Co ty nie powiesz - chłopak spojrzał ciężko na Szpadkę. - Jakoś trzeba to ogarnąć. Potrzebujemy dwóch króli, królową się zabije, herolda, niani, trzech wróżek, czarownicy, królewny i królewicza.

- Ale to jest 10 osób. Jak ty chcesz to podzielić na 6? - zapytał Śledzik.

- Proste. Niektórzy będą grać dwie role. Na przykład ty będziesz królem, Szpadka będzie nianią, która przyniesie królowi dziecko, a Mieczyk będzie heroldem, który powie, że królowa nie żyje.

- Może lepiej ja będę heroldem, a Mieczyk królem? - zaproponował Smark.

- Mieczyk królem? - zarechotała Szpadka.

- Zaraz... ale ty chcesz być królewiczem... Mam grać twojego ojca?! - wrzasnął bliźniak.

- Mojego albo Astrid.

- Ja nie będę królewną - warknęła dziewczyna.

- Wolę Astrid.

- Czy ja już nie mam tu nic do powiedzenia?

- Nie - powiedzieli jednocześnie.

- Czkawka, ale potrzebne nam są trzy wróżki, a mamy tylko dwie dziewczyny.

- No wiem. Dlatego Mieczyk będzie heroldem, a potem wróżkiem. Razem ze Szpadką i Smarkiem.

- Że jak?! - zawołała cała trójka.

- Tak jak powiedziałem. I odpuścimy sobie drugiego króla, wystarczy ojciec królewny.

- Nie ustaliłeś jeszcze, kto będzie czarownicą - zauważyła Astrid.

- Ja! - zawołała Szpadka.

- Ty jesteś dobrą wróżką, nie możesz być złą.

- Jak to nie?

- Dość tego! - uciszył je Czkawka. - Sam będę czarownicą! Znaczy... czarownikiem.

- Aha, czyli ja mam być królewną, a ten kretyn królewiczem? Lepiej od razu mnie zabij.

- Da się zrobić - Mieczyk podwinął rękawy.

- Chwila - zatrzymał go Śledzik. - Kto w końcu jest kim, bo już się pogubiłem...

Czkawka westchnął i napisał na tablicy: A - królewna, C - czarownik, M - herold i wróżek #1, Są - królewicz i wróżek #2, Sz - niania i wróżka #3, Ś - król.

- Coś jeszcze jest niejasne?

- Poza tym, dlaczego ja mam być królewną, to nie.

- Bo Szpadka nie chce, a innej dziewczyny nie mamy.

- To sam sobie bądź królewną.

- Daj spokój, znasz przecież bajkę. I tak za dużo zmieniliśmy. Przerobię scenariusz i jutro wam rozdam.

- Nienawidzę cię - warknęła Astrid i chwyciła torbę.

- Poczekaj - Czkawka złapał ją za rękę. - Co mam zrobić, żebyś zagrała? - spytał, gdy reszta wyszła.

- Och, to całkiem proste. Nie daj Smarkowi mnie pocałować - wyrwała się i wybiegła z sali.

Długo rozmyślał nad tym, jak to zrobić, ale nic nie wymyślił. Tak jak powiedział, rozdał przyjaciołom skrócone wersje scenariuszy, z których wyrzucił zbędne postacie. Kilka dni później okazało się, że wychowawczyni się rozchorowała i nie będzie w stanie im pomagać przy przedstawieniu. Wszystko zostało więc na głowie Czkawki, który namówiwszy Astrid do pomocy, robił z nią dekoracje, szukał kostiumów oraz muzyki i próbował zmusić przyjaciół do prób. To ostatnie zadanie okazało się najtrudniejszym i choć nic nie szło jak należy, wychowawczyni żyła w przeświadczeniu, że wszystko idzie perfekcyjnie.

Kiedy nadszedł dzień imprezy, Czkawka był cały w nerwach. Prawie nic nie zjadł i długo nie był w stanie zasnąć, tak był zestresowany.

- W porządku? - Stoick poklepał syna po ramieniu.

- Taaa... - mruknął młody.

- Kochanie, nic nie zjadłeś - zauważyła Valka.

- To przez stres.

- Musisz zjeść, bo jeszcze zemdlejesz.

- Może to i dobrze... nie będę musiał oglądać naszej kompromitacji.

- Na pewno nie będzie tak źle - pocieszył go Stoick.

- Tata, będzie źle. Będzie bardzo źle - czekał aż rodzice zjedzą, w końcu prezydent miasta musiał być obecny na imprezie, którą sam organizował.

- Niepotrzebnie dramatyzujesz.

- Mówisz tak, bo tego nie widziałaś. Mamo, ja wiem, że z tego nie wyjdzie nic dobrego. Oni ledwo umieją swoje role.

- Jedz, nie przejmuj się - ucięła matka.

Wmusiwszy w siebie śniadanie, chłopak powlókł się do samochodu. Dekoracje i kostiumy zapakowali wieczorem, w kieszeni bluzy bezpiecznie spoczywał pendrive z muzyką wybraną przez Astrid. Od strony technicznej spektakl był doskonale przygotowany, nic nie mogło nawalić. Gorzej z aktorami. Wszyscy w prawdzie przyszli, ale kiedy przyszedł czas na zaprezentowanie spektaklu, Czkawka wchodził na scenę jak na szafot.

- Em... Witam wszystkich zgromadzonych... Chciałbym... my chcielibyśmy...

- Chciałeś właśnie powiedzieć, że zamierzamy wystawić spektakl pod tytułem ,,Śpiąca królewna", na który serdecznie wszystkich zapraszamy, a dochód z biletów będzie przeznaczony na cele charytatywne - Astrid nachyliła się do mikrofonu, opierając się o ramię chłopaka. - O czymś zapomniałam?

- O tym, że ratujesz mi tyłek?

- To weź się w garść i do roboty - posłała mu uśmiech gwiazdy filmowej, po czym zabrała mu mikrofon i wygoniła go za kulisy. - Jak widać, wszyscy są przejęci. Tylko nie spadnij ze schodków - w tym momencie rozległ się głośny syk bólu. - Mówiłam, nie spadnij... - teatralnym gestem dotknęła czoła, a publiczność zachichotała. - Pójdę go poskładać - zeszła ze sceny wśród kolejnego chichotu i zachęcających oklasków.

- Nie wiem, czy widziałaś, ale tam jest nasza klasa - mruknął Czkawka, gdy podeszła do niego za kulisami.

- Widziałam. Będzie dobrze, po prostu skup się na sobie.

- Nie umiem...

- To skup się na mnie.

- Ty wypadniesz świetnie, o ciebie się nie boję.

- Dlatego myśl tylko o mnie.

- Masz rację.

- Wiem - pocałowała go w policzek. - Do roboty.

- Zapomnieliśmy o narratorze... - zrobił nagle wielkie oczy.

- Pisz do ojca - zarządziła po chwili namysłu. Pokiwał głową i napisał, chwilę później, Stoick zjawił się za kulisami.

- Co się dzieje?

- Potrzebujemy narratora - wyjaśniła Astrid.

- Żaden problem. Dajcie mi tylko tekst.

- Serio? - Czkawka uniósł brwi.

- Jasne. No, szybko.

Gdy tylko otrzymał scenariusz, wziął krzesło, mikrofon i wyszedł na scenę, po czym usiadł z brzegu.

- Tak się złożyło, że dostąpiłem zaszczytu zostania narratorem tej opowieści - wyjaśnił. Włożył okulary i zaczął czytać. - Dawno, dawno temu, żyli sobie król i królowa, którzy bardzo pragnęli dziecka. Pewnego dnia ich marzenie się spełniło i na świat przyszła prześliczna dziewczynka. Król był bardzo zniecierpliwiony, gdyż narodziny dziecka trwały długo - na scenę wparadował Śledzik w stroju króla i zaczął nerwowo chodzić w kółko, na co klasa zachichotała. - W końcu się doczekał.

- Jaśnie panie! - Mieczyk jako herold wszedł na scenę. - Yyyy... co to ja chciałem? - podrapał się po głowie.

- Może przekazać mi jakieś wieści? - próbował podpowiedzieć Śledzik.

- A, wieści. No tak. Tylko jakie...

- Może o mojej żonie i dziecku?

- To ty masz żonę? - zdziwił się Mieczyk, na co widownia wybuchnęła śmiechem.

- Mieczyk - syknęła Astrid zza kulis. - Królowa nie żyje.

- Jak to królowa nie żyje?! Aaaa... że królowa. Ta, co nie żyje. Właśnie, królu, królowa nie żyje.

- Och nie, co ja teraz zrobię? - Śledzik usiadł na tronie.

- Nie wiem... może poczytaj - herold wzruszył ramionami, a widownia znów zaniosła się śmiechem.

- Panie! - zawołała Szpadka. - Królowa nie żyje, ale... - w tym momencie brat podstawił jej nogę i runęła jak długa, upuszczając trzymaną w rękach lalkę. - No, dziecko chyba też... - to wywołało kolejną salwę śmiechu.

- O ja nieszczęsny! Co ja teraz pocznę? - lamentował król.

- E, stary, a od czego są wróżki? - Mieczyk machnął rękami i na scenę wlazł Sączysmark w stroju dosyć... osobliwym. Wyglądał trochę jak męska wersja Dzwoneczka z ,,Piotrusia Pana", zaś z głośników leciał taniec śnieżynek z ,,Dziadka do orzechów".

- Abrakadabra i żyje - machnął różdżką od niechcenia, po czym podniósł lalkę i podał Śledzikowi. W tym czasie, Astrid ściągnęła ze sceny bliźniaki, wcisnęła je w kostiumy i z powrotem wypchnęła na scenę.

- Dziękuję ci, potężny wróżku. A gdzie twoi przyjaciele?

- Te dwa pacany? O tam - wskazał ręką. Publiczność ryknęła śmiechem, widząc Mieczyka, nieudolnie naśladującego primabalerinę.

- Te, brat, co ty robisz?

- No jestem wróżką, nie?

- No w sumie - Szpadka poszła w ślady brata. W końcu stanęli koło tronu.

- Dobra, skoro on cię uratował, to ja zrobię z ciebie wypasioną laskę, bo hajs już masz - Mieczyk machnął różdżką nad lalką.

- To... zaiste wielki dar... - Śledzik nie wiedział do końca jak zareagować i czy pokładająca się ze śmiechu publiczność to dobry, czy zły znak. Nagle z głośników huknęło AC/DC i na scenie pojawił się Czkawka w długim, czarnym płaszczu. Kilka dziewczyn na widowni pisnęło z zachwytu.

- Moje uszanowanie - mruknął z pogardą.

- A ty coś za jeden? - spytał Mieczyk.

- To zła wróżka, baranie - Szpadka trzepnęła brata w tył głowy.

- Chyba widzę, owco - odpłacił jej tym samym.

- Cisza! - huknął Czkawka. - Ponieważ nie zaprosiliście mnie na to święto, dam królewnie piękny prezent na 18 urodziny.

- Stary, ona się dopiero urodziła, a ty już chcesz jej szampana kupować? - Smark wydawał się nie załapać.

- Powiedziałem, że macie być cicho! - czarownik naprawdę wczuł się w rolę, wszyscy na sali zamilkli, nawet publiczność. - Mój dar jest wyjątkowy. Kiedy królewna będzie pełnoletnia, ukłuje się w palec i umrze! Nieważne, co to będzie. Dlatego palenie kołowrotków wam nie pomoże, nie dacie rady spalić wszystkich ostrych rzeczy - roześmiał się złowrogo. - Żegnam - owinął się płaszczem i zszedł ze sceny.

- Pokręcony kolo - mruknął Mieczyk, a publiczność znowu się roześmiała.

- No to co my teraz zrobimy? - spytał król.

- Spoko, spoko. Weźmiemy dzieciaka i schowamy w lesie - powiedział Smark.

- Zaopiekujecie się nią?

- A musimy? - Szpadka spojrzała na pozostałych wróżków, a potem za kulisy, gdzie napotkała groźną minę Astrid. - Dobra, zaopiekujemy się - wzięła lalkę od Śledzika. - Jeszcze coś? A, no i zrobię tak, że nie umrzesz, tylko zaśniesz, a książę-z-bajki-super-ciacho cię obudzi - machnęła różdżką i wszyscy zeszli ze sceny.

- Mijały lata - czytał dalej Stoick. - Królewna dorastała w odosobnieniu, pod opieką trojga wróżków, nie mając pojęcia o swoim pochodzeniu. Każdego dnia spacerowała po lesie w otoczeniu leśnych zwierząt - w tym momencie rozbrzmiały łagodne dźwięki ,,Forbidden frienship" z ,,Jak wytresować smoka". Na scenę wkroczyła Astrid, uśmiechając się do siebie, uwielbiała tę muzykę. Wyglądała prześlicznie w prostej, szarej sukni i puszystych lokach. - Pewnego dnia, tuż przed jej 18 urodzinami, wydarzyło się coś, czego się nie spodziewała.

Po scenie zaczął przemykać Sączysmark. Przemykać to może za dużo powiedziane, zważywszy na to, że miał grację nosorożca. W porównaniu z kocim chodem Astrid, prezentował się komicznie.

- Witaj piękna - odezwał się, na co odwróciła się ze zdziwieniem, jak przystało grzecznej panience.

- Dzień dobry - powiedziała cicho.

- Co taka urocza dama robi samotnie w środku lasu?

- Nie rozmawiam z nieznajomymi.

- Nie jestem nieznajomym, tylko księciem z bajki. A właściwie królewiczem. No, to już mnie znasz. Zresztą na pewno śniłaś o mnie.

- Eee... nie. Tak się składa, że muszę już iść, inaczej będą mnie szukać - skłoniła się i zbiegła ze sceny. Pozostawiony sam sobie Smark, zrobił to samo.

- W dniu urodzin, wróżkowie podarowali królewnie prezenty i opowiedzieli o tym, kim jest - kontynuował Stoick. - Królewna wyszła na chwilę do ogrodu, żeby odetchnąć i przetrawić usłyszane wieści - Astrid wróciła, tym razem w błękitnym stroju i z diademem na głowie. - Pech chciał, że w ogrodzie rosły róże. Królewna zerwała jedną, ale kiedy wpinała ją we włosy, ukłuła się niewielkim kolcem i upadła na ziemię, pogrążona w magicznym śnie. Kiedy wróżkowie ją znaleźli, zabrali ją do króla.

- Ale ona na pewno śpi? - zapytał Śledzik, stojąc przy ,,łóżku".

- Cóż, pewności nigdy nie ma - Szpadka podrapała się po głowie. - Zawsze mogłam pomylić zaklęcia.

- Jak to pomylić?!

- Żartowałam. Zobaczymy, co będzie, jak przyjdzie książę.

- Może go poszukajmy? - zaproponował Smark.

- Dobra myśl - zgodził się Śledzik i zeszli ze sceny.

Nagle, z głośników rozległo się ,,Once upon a dream" Lany del Rey i zamiast księcia, ukazał się Czkawka. Stanął przy królewnie i odgarnął jej grzywkę z czoła.

- Ej, a ty co tu robisz? - zawołał Smark.

- Chyba nie sądzisz, że pozwolę ci wygrać! Zmieniłem zdanie. Chcę zabrać sobie królewnę.

- Chciałbyś!

- Co, myślicie, że tylko wy możecie sobie improwizować? Teraz moja kolej na zabawę. A ja nie oddam ci królewny.

- Tak? No to chodź, powalczymy o nią - królewicz uniósł pięści.

- Nie będę walczył z takim cieniasem.

- Ja jestem cieniasem?!

- Tak, ty!

- Dość tego! - zawołała nagle Astrid, zeskakując z ,,łóżka".

- I co zrobiłeś? Tak się drzesz, że nawet Śpiącą Królewnę obudziłeś - Czkawka oskarżycielsko wycelował palec w Sączysmarka.

- To nie ja się drę, tylko ty. A ty wracaj do łóżka, mała.

- Chyba śnisz - warknęła.

- No to cię zaniosę - chwycił ją i przerzucił sobie przez ramię.

- Puść mnie! Jestem kobietą, nie workiem kartofli! - zawołała, próbując się uwolnić.

- Ej, zostaw moją królewnę! - zawołał czarownik.

- Bo co?

- Bo... - nagle rozległo się chrupanie. Obaj spojrzeli za kulisy.

- O, sorki. Chcecie trochę? - Mieczyk wlazł na scenę z pudełkiem popcornu, na co publiczność ryknęła śmiechem.

- Nie chcemy i złaź ze sceny. A najlepiej zabierz stąd tego pacana - Czkawka zakrył oczy dłonią. Astrid skorzystała z zaskoczenia Smarka i uwolniła się, po czym otrzepała sukienkę i włożyła diadem na głowę.

- Ej, to ,,Śpiąca Królewna", nie ,,Piękna i Bestia" - Szpadka dołączyła do brata. - Ty won do łóżka - wskazała królewnę. - A ty daj mu się zabić - wskazała czarownika, a potem królewicza.

- A jak nie, to co? - zawołali Czkawka i Astrid wojowniczo.

- Ty patrz, co za synchron. Może my mamy złego księcia, co? - wróżka oparła łokieć na ramieniu brata. - Ty, królewna! Pierwszy pocałunek jest magiczny, sprawdź, może zamieni ci żabę w księcia! - zażartowała.

- Że Smar... - uniosła brew i spojrzała na Szpadkę. - Aaaaa... - zrozumiała. Zanim ktokolwiek się zorientował, przyciągnęła do siebie Czkawkę i pocałowała go z uczuciem. Szpadka stuknęła go różdżką, rozwiązała mu czarną pelerynę i wsadziła na głowę koronę, którą Mieczyk zwinął Smarkowi.

- I proszę, masz prawdziwego księcia.

- Ale to ja jestem prawdziwym księciem! - zaprotestował Sączysmark.

- Już nie. Zostałeś zdetronizowany - oznajmiła Astrid, odrywając się od Czkawki.

- Astrid... - mruknął chłopak wycierając usta.

- Co?

- Ile razy mówiłem ci o błyszczyku? Wiesz, że tego nie znoszę - syknął.

- Wybacz, kotek - powiedziała cicho.

Szpadka wytrzeszczyła na nich oczy.

- Co się tak wytrzeszczasz? - Czkawka zerknął na nią.

- Jak mogliście nam nie powiedzieć, że jesteście parą?

Od odpowiedzi uratował go Stoick, który odchrząknął.

- Król ucieszył się, że córka żyje. Królewna poślubiła księcia z bajki. I żyli długo i szczęśliwie - zakończył. Wszyscy stanęli w rzędzie, chwycili się za ręce i ukłonili. Posypały się oklaski na stojąco, ludzie byli szczerze ubawieni występem.

- I co, nie było tak źle, prawda? - Astrid szturchnęła Czkawkę łokciem, gdy zeszli ze sceny.

- Nie. Skupiłem się na tobie i wyszło.

- Też cię kocham - pocałowała go w policzek.

- Błyszczyk, Astrid! Mówiłem ci coś o nim! - zirytowany otarł policzek. Zaczął się przebierać, ale nagle za nim stanęli przyjaciele, krzyżując ręce.

- Kiedy zamierzaliście nam powiedzieć? - zapytała Szpadka.

- Niby o czym? - mruknął.

- Właśnie, o czym? - Astrid podeszła do chłopaka i odwróciła się, odsuwając włosy. Bez słowa rozpiął jej sukienkę, ale nie mógł się powstrzymać i pocałował ją w kark. - Jesteś niemożliwy - pokręciła głową, odwracając się.

- To ty jesteś śliczna - wyszeptał.

- Halo! Ziemia do gołąbków! - Smark zamachał rękami. - Dlaczego nam nie powiedzieliście?

- Jakoś tak nie było kiedy - Astrid wzruszyła ramionami, zapinając spodnie. - A wy się lepiej przebierajcie, zwijamy się stąd - włożyła bluzę i trampki, po czym zaczęła zbierać kostiumy, które reszta z siebie zdejmowała.

- Kochani, byliście wspaniali - wychowawczyni zjawiła się za kulisami. - To był najlepszy i najzabawniejszy pokaz improwizacji, jaki miałam okazję oglądać. Za rok musimy to powtórzyć.

- Będzie po maturach, więc dlaczego nie? - Czkawka spojrzał na przyjaciół.

- Zgoda. Ale to my wybieramy bajkę - zaznaczyła Astrid.

Will you still love me, when I'm no longer young and beautiful? [4]

Valka siedziała przed lustrem, rozplatając warkocze. Gładziła delikatnie długie pasma, układające się w fale. Niegdyś długość jej włosów budziła zazdrość, była uważana za najpiękniejszą kobietę w wiosce. Dziś już tak nie było. Czas zrobił swoje, w kącikach oczu pojawiły się zmarszczki, uwydatniające się przy każdym uśmiechu, może i były urocze, ale niewątpliwie dawały znać o jej wieku. Tak samo jak lekko posiwiałe włosy. Westchnęła, patrząc w gładką taflę lustra. Teraz to ona czuła zazdrość, ilekroć jakaś młoda dziewczyna pojawiła się w zasięgu jej wzroku, najczęściej była to Astrid. Spędzała z Czkawką bardzo dużo czasu, zarówno w wiosce, jak i w domu. Matka młodego wodza oczywiście bardzo się z tego cieszyła, również nie mogła się doczekać ślubu. Coś jednak w niej tkwiło, co zakłócało to szczęście. Nie potrafiła pogodzić się z tym, że to jej przyszła synowa jest najpiękniejsza z całej wioski. Starała się tego po sobie nie pokazywać, ale to psuło jej całą radość.

- Witaj, kochanie - Stoick z uśmiechem wszedł do domu. Nie zwróciła na niego uwagi, w zamyśleniu czesała włosy. Dostrzegła go dopiero, gdy spojrzała w lustro.

- Co to jest? - odwróciła się zaskoczona, odkładając grzebień.

- Kwiaty. Dla najpiękniejszej kobiety na świecie - wręczył jej bukiet.

- Daj spokój, nie jestem najpiękniejsza - odłożyła kwiaty, odwróciła się do lustra i z powrotem zaczęła rozczesywać włosy.

- Ależ kochanie, co ty mówisz?

- Jestem już stara. Nie jestem piękna.

- Val, posłuchaj mnie - uklęknął obok żony i wziął ją za ręce. - Nie jesteś wcale stara. A nawet jeśli, i tak jesteś prześliczna.

- Wcale nie. Tylko tak mówisz.

- Słońce mojego życia - ujął w palce pasmo jej długich włosów. - Mój księżycu i gwiazdy, to ty jesteś najpiękniejsza. Zawsze byłaś i zawsze będziesz, choćby ludzie gadali, że jesteś stara i brzydka, dla mnie zawsze będziesz najpiękniejsza. Będziesz świecić najjaśniej ze wszystkich gwiazd, piękniejsza od słońca i księżyca. Kocham cię, Val. I dla mnie nie liczy się twój wygląd.

- I nie zostawiłbyś mnie dla młodszej? - niepewnie przytuliła się do niego.

- Nigdzie nie znajdę takiej piękności - objął ją czule. - Jedyną, która dorównuje ci urodą, jest Astrid, którą traktujemy jak córkę.

- Myślisz, że Czkawka dobrze wybrał?

- Kiedy widzę, jak na siebie patrzą, przypomina mi się, jak my patrzyliśmy na siebie. Kiedy widzę, jak się całują, przypomina mi się, jak my się całowaliśmy. Kiedy widzę, jak bardzo są szczęśliwi, przypomina mi się, jak szczęśliwi my byliśmy. Są tacy jak my w ich wieku.

- A ty? Dobrze wybrałeś?

- Najlepiej, kochanie - pocałował żonę w czubek głowy.

- Kocham cię, Stoick - wyszeptała.

- Ja też cię kocham. I będę kochał, choćby nie wiem co.

Zamknęła oczy i uścisnęła go mocno, całkiem uspokojona.

I know, you will...

Człowiek, który nie czyta, ma tylko jedno życie. ~ G.R.R. Martin

Impreza trwała w najlepsze, gdy nagle Mieczyk zerknął na zegarek, zerwał się jak oparzony i dopadł telewizora.

- Macie HBO? - rzucił w stronę przyjaciół, którzy patrzyli na niego z zaskoczeniem.

- Mamy - odparła Astrid. - Ale po co ci to teraz?

- A jaki dzisiaj dzień? - chłopak w końcu znalazł właściwy kanał. Na ekranie pokazał się napis "Game of Thrones".

- Rzeczywiście, całkiem zapomnieliśmy - zauważyła Szpadka.

- Macie szczęście, że zdążyliśmy. A raczej ja zdążyłem.

- Cicho, jest mój ulubiony wątek - Astrid z uśmiechem patrzyła na Daenerys w otoczeniu smoków. Przyjaciele obejrzeli odcinek w ogromnych emocjach, żaden mecz nigdy nie wywoływał takich reakcji jak "Gra o Tron".

- I do następnego tygodnia - mruknął Czkawka, wyłączając telewizor, gdy pokazały się napisy końcowe.

- Myślałam, że tylko mój brat jest takim fanatykiem - zauważyła Szpadka. - A tu się okazuje, że wszyscy.

- Ja w ferie skończyłam "Taniec ze smokami" i nadrobiłam cały serial - pochwaliła się Astrid.

- My tylko oglądamy, nie czytamy.

- My najpierw czytaliśmy.

- Nawet ja zacząłem czytać - pochwalił się Smark

- Ciekawe kto cię zmusił - Heather spojrzała na niego.

- Co ci zrobiła? - zapytał Czkawka rozbawiony.

- Zagroziła, że będę spał na kanapie, jeśli jeszcze raz zachwycę się serialem, nie czytając książki.

- I jak ci idzie?

- Opornie, ale idzie - Heather wyręczyła swojego chłopaka w odpowiedzi.

- To możesz być z niego dumna. Smark nigdy nie czyta - powiedział Mieczyk.

- Dumna to będę jak skończy.

- Czyli za jakieś sto lat? - zażartował Śledzik. - W zasadzie niezła metoda, skoro na Smarka działa, może i na ciebie zadziała - zwrócił się do Szpadki.

- Tylko spróbuj - zmroziła go spojrzeniem. - Ja i książki to najgorsze połączenie.

- Dobrze, że w ogóle umiecie czytać. Jakim cudem wy jesteście na studiach? - Eret spojrzał na bliźniaki.

- Ma się te sposoby - Mieczyk założył ręce za głowę i odchylił się na krześle.

- Postraszyłeś wszystkich wilkorem? - zażartowała Heather.

- A żebyś wiedziała - przyjaciele roześmiali się.

- To ciekawe, bo wydajesz się bardziej być Lannisterem niż Starkiem - stwierdziła Astrid.

- Sama jesteś Lannisterem - mruknął Mieczyk.

- Uuu, toś palnęła - Szpadka upiła łyk swojego drinka. - Mieczyk uwielbia Starków. Strasznie się wściekł, jak zabili Robba. Swoją drogą rzeczywiście przypominasz Cersei...

- Odszczekaj to. Nienawidzę jej - warknęła.

- Teraz to ty palnęłaś - zaśmiał się Czkawka. - Przy niektórych scenach myślałem, że porwie książkę, albo rozwali telewizor.

- Mieczyk tak samo. Więc też jesteś Starkiem?

- Ona? W życiu. Ja tak, ale nie Astrid.

- Wiem! - wrzasnął Smark. - Na początku odcinka powiedziałaś, że twój ulubiony wątek to ten z Danką!

- A w łeb chcesz? - dziewczyna posłała mu mordercze spojrzenie.

- Za co?

- Za Dankę.

- Co ci w niej nie pasuje?

- To idiotyczne zdrobnienie.

- Spokojnie, kochanie - Czkawka pocałował dziewczynę w skroń.

- Łatwo ci mówić. Jakoś Bran ma samych fanów.

- Wcale nie. Po prostu się nimi nie przejmuję.

- Starkowie generalnie mają mało hejterów - zauważyła Heather.

- Ale on też sobie wybiera takie lubiane postacie. Gdyby na przykład miał być Targaryenem, byłby Aegonem Zdobywcą - mruknęła Astrid.

- Martwym od paru setek lat? - zaśmiał się Śledzik. - Gratuluję.

- Byłbyś całkiem przystojnym zombie - Szpadka wycelowała w przyjaciela widelec.

- Ta, no dzięki... - spojrzał na nią niepewnie. - Dlatego wolałbym być Branem. I tak jestem kaleką - uniósł lewą nogę.

- I tak Tyrion jest najlepszy - odezwał się Sączysmark.

- Ja tam wolałem Drogo - odparł Eret.

- O, to mamy... - zaczął Smark.

- Nic nie mamy - uciął Czkawka. - Khaleesi jest moja - przysunął ukochaną do siebie.

- Jesteś khalem Tanio? - zażartował Eret i przyjaciele roześmiali się.

- Lepszy dobry Tanio niż słaby Drogo - odparowała Astrid.

- Uuu, pocisnęła ci - Heather przybiła piątkę z zadowoloną z siebie Astrid.

- Mistrz ciętej riposty byłby z ciebie dumny - stwierdził Sączysmark. - Znaczy Tyrion.

- Mistrz ciętej riposty to Hodor - zaprzeczyła Szpadka.

- Hodor wymiata! - zgodził się Mieczyk. - Ale wolę Ogara.

- Ja tam lubię Sama - mruknął Śledzik.

- Nawet jesteście podobni - zauważył Smark.

- A ty, Heather? - spytał zaciekawiony Czkawka.

- Wiesz co... Chyba najbardziej lubiłam Ygritte - odpowiedziała po chwili zamyślenia.

- "You know nothing, Jon Snow." Tak mówi mój wykładowca, kiedy ktoś nie potrafi odpowiedzieć na zadane pytanie - oznajmiła Astrid. Znowu się roześmiali, a Mieczyk sięgnął do kieszeni i wyciągnął telefon.

- Moja dziewczyna każe was pozdrowić - ogłosił, czytając sms.

- Też ją pozdrów - odparł Czkawka.

- I spytaj, kogo z GoT-a lubi najbardziej - polecił Eret.

- To zadzwonię do niej - zaproponował Mieczyk, wybierając jej numer i włączając głośnik.

- Mmm? - rozległ się wyraźnie zmęczony głos.

- Śpisz? - spytał.

- Prawie, a co?

- A nic.

- Dzięki za pozdrowienia - odezwał się Czkawka.

- I też cię pozdrawiamy - dodała Heather.

- I żałujemy, że nie dałaś rady przyjść. Brakuje mi cię - poskarżyła się Szpadka.

- Mi też was brakuje. Ale niestety, nikt nie mógł się zamienić. Będę następnym razem.

- No, mam nadzieję.

- Mamy jeszcze takie pytanie... Kogo z "Gry o Tron" najbardziej lubisz? - wciął się Smark. W słuchawce na chwilę zapadła cisza.

- Ciężko wybrać tylko jedną postać... Ale gdybym musiała, chyba byłby to Jon Snow, tak jak mój brat.

- Rzeczy, które wie Jon Snow: 99% - nothing, 1% - where to put it - zażartowała Astrid.

- Dokładnie - rozległ się śmiech, a potem ziewnięcie. - Dobra, kochani, ja idę spać, bo padam z nóg. Mieczyk, postaraj się nie obudzić mnie jak będziesz wracał.

- Daj spokój, nie jest aż taki pijany - zażartował Śledzik.

- Mieczyk i na trzeźwo jest głośny - zauważyła Szpadka.

- Niestety. Także dla mnie kolorowych snów, a wam miłej imprezy.

- Mieczykowych snów - rzucił Eret ze śmiechem.

- Jasne - zaśmiała się i rozłączyła.

- Przypomniało mi się, że moja kuzynka lubi Cersei i Jaimego - odezwała się Astrid.

- Jaime jest spoko. Nie lepszy niż Tyrion, ale ujdzie - stwierdził Sączysmark.

- My tam ich nie lubimy - mruknęła Szpadka.

- Chyba jasne, dlaczego - dodał Mieczyk. - Sypiać z siostrą bliźniaczką? - wzdrygnął się z obrzydzenia. - To trzeba mieć nierówno pod sufitem.

- Co poradzisz, Lannisterowie - Astrid rozłożyła ręce. Czarny kot, niezauważenie kręcący się pod nogami, skorzystał z okazji i wskoczył jej na kolana.

- Cześć, Szczerbuś - Czkawka pogłaskał go. - Znudziło ci się spanie? - kot miauknął cicho i wtulił się w dłoń pana, domagając się pieszczot.

- A podobno zwierzę upodabnia się do swojego właściciela - Śledzik patrzył na przyjaciół, bawiących się z mruczącym głośno Szczerbatkiem.

- Tak jest. Nie masz pojęcia, jaki z niego pieszczoch - Astrid wskazała głową ukochanego.

- Czkawka? Pieszczoch? - zdziwił się Smark. - Od kiedy?

- Odkąd się spotykamy, a może i wcześniej. Czasem nie mogę go od siebie odkleić.

- Kiedyś cię zwiążę i będę się do ciebie kleił cały dzień - mruknął chłopak.

- Pisiont twarzy Czkawki? - zażartowała Heather.

- Raczej pisiont twarzy Astrid. W tych sprawach to raczej ona ma nowe, nierzadko głupie pomysły.

- Niektóre ci się spodobały - jego dziewczyna przewróciła oczami.

- No właśnie. Niektóre. Inne były do niczego.

- Na przykład?

- Serio? Teraz chcesz o tym gadać?

- Wrócimy do tego - westchnęła, choć wiedziała, że tak nie będzie. Raczej zrobią tak jak zwykle i po prostu pójdą się kochać, zamiast się o to kłócić.

What is love

What is love if it's not with you?
I know when you're alone you feel it too.
In your arms is where I long to be,
'Cause being with you gives me sanity.
Listen to me, darling,
I wake up every morning
Thinking 'bout the way you feel.

Są takie dni, kiedy wstajemy rano w doskonałym humorze, przekonani, że świat jest piękny, a życie to bajka. Ale są i takie, kiedy chcemy tylko zagrzebać się w łóżku, uciec przed całym światem i nigdy nie wychodzić. Niestety, Czkawka dość szybko przekonał się, że praca wodza obfituje raczej w ten drugi rodzaj dni. Zazwyczaj lubił odkrywać nowe lądy i poznawać nowych ludzi, choć podróże oznaczały dla niego rozłąkę z rodziną, dlatego starał się wyjeżdżać jak najrzadziej i na jak najkrócej. Dlatego kiedy dowiedział się o kolejnym potencjalnym sojuszniku, niezbyt chętnie zbierał się do wyjazdu. W końcu Astrid zaproponowała, że poleci z nim.

- Co?! Nie ma mowy - oświadczył.

- Ale dlaczego nie? Zostawimy małego z twoimi rodzicami, wiesz, że go uwielbiają.

- To jest bardzo zły pomysł.

- Kochanie, on ma pięć lat. Ty w jego wieku pomagałeś Pyskaczowi w kuźni.

- Ale ja nie miałem mamy, która by się mną opiekowała, gdy ojca nie było.

- To tylko góra dwa tygodnie. Potraktuj to jak takie małe wakacje.

- Wakacje?

- Powinniśmy gdzieś razem wyjechać i odpocząć. Tylko ty i ja.

- No nie wiem...

- Kotek, proszę. Kiedy ostatnio gdzieś byliśmy? Odkąd Jon się urodził, zajmujemy się tylko nim. Świętujemy tylko dzień zakochanych, nasze urodziny i rocznicę ślubu. Mamy dla siebie cztery dni w roku, nie uważasz, że to trochę za mało?

- Astriś...

- Nie. Ja chcę spędzić z tobą trochę czasu. Chyba mam do tego prawo?

- Może gdyby nie ważniejsze sprawy...

- Ty coś sugerujesz?

- A owszem. I nawet nie sugeruję, a powiem ci to wprost: za wcześnie zostaliśmy rodzicami.

- Teraz raczej czasu nie cofniesz. Zresztą co ci strzeliło do głowy? Tak to wzorowy tatuś, a nagle ci się znudziło? I zaraz pewnie jeszcze powiesz, że to moja wina, bo nie dopilnowałam dokładnie bezpiecznego czasu?!

- Skoro tak stawiasz sprawę... to masz rację, czasem tak myślę.

- Ty uważaj, żebym ja nie zaczęła myśleć, czy dobrze zrobiłam wychodząc za ciebie. I nie po to się męczyłam z ciążą i porodem, żebyś stroił fochy! - niemal wybiegła z domu, trzaskając drzwiami.

- Nie przejmuj się - mruknął do Szczerbatka, drapiąc go pod szyją. - To pewnie tylko okres. Przejdzie jej.

Jednak nie przechodziło. Była na niego wściekła i pewnie gdyby nie Jon, nawet by nie gotowała. Któregoś wieczoru, gdy młody już spał, Czkawka jadł kolację, a Astrid sprzątała zawzięcie. Kiedy przechodziła obok stołu w celu pójścia do sypialni, chwycił jej nadgarstek. A chwyt miał silny od pracy w kuźni, nie była w stanie się wyrwać.

- Pojutrze lecę. Rozmawiałem z rodzicami, zajmą się Jonem, nasi przyjaciele im pomogą. Możesz lecieć ze mną, jeśli nadal tego chcesz - wypuścił ją. Bez słowa poszła do sypialni, jakby w ogóle go nie słuchając. Westchnął i dokończył posiłek, po czym poszedł za nią. Przebrał się w coś do spania i położył się obok żony, obejmując ją w talii. - Co mam zrobić, żebyś przestała się złościć? - szepnął, całując ją w ramię.

- Ty wiesz co - odparła cicho. Zadrżała, gdy przesunął dłoń na jej biodro i pogłaskał jej udo.

- Więc chcesz mnie, milady? - wymruczał z ustami przy jej szyi.

- Tylko ciebie - w końcu odwróciła się do niego, a oczy jej błyszczały. Już nie była zła.

- Zatem nie mogę pozwolić ci czekać.

Następnego dnia nie miał najmniejszej ochoty na wstawanie. Przytulił mocniej śpiącą jeszcze ukochaną, dawno nie spędzili ze sobą tak wspaniałej nocy. Wreszcie zrozumiał jej wściekłość, skoro tego jej brakowało, to nie ma się co dziwić. Poruszyła się, mocniej go przytulając, a jej dłoń powędrowała za jego ucho. Zamruczał niczym kot, gdy zaczęła go tam drapać, uwielbiał, gdy to robiła.

- To jest Czkawka, za którym tęskniłam - mruknęła sennie. - Tylko mój.

- Ty też jesteś teraz tylko moja - pocałował ją w czubek głowy.

- Zawsze jestem tylko twoja - uśmiechnęła się. - Jeśli akurat nie zajmuję się naszym synem.

- Taaa... Powinniśmy wstawać. Trzeba się szykować do wyjazdu.

- Jeszcze trochę... chcę się tobą nacieszyć.

W końcu jednak musieli wstać i przygotowywać się do wyjazdu. Jon robił trochę problemów, nie lubił, kiedy tata wyjeżdżał, a teraz mama też zamierzała to zrobić. Ostatecznie jednak przekonał go Eret, który był całkiem niezłą nianią, mały uwielbiał jego opowieści o polowaniach na smoki. Astrid jak to matka denerwowała się, a Czkawka ją uspokajał. I tak przez całą drogę.

W końcu dolecieli do celu. Na horyzoncie rzeczywiście pojawiła się wyspa, o której mówił Johann. Jak można się jednak spodziewać, lądowanie na niej nie było proste. Ludzie byli jednymi z tych, których smoki atakowały na rozkazy Czerwonej Śmierci, więc widząc "szkodniki" po raz pierwszy od 10 lat, przypuścili atak. Na szczęście jeźdźcy byli na to przygotowani, nie raz sobie z tym radzili. Zręcznie wyminęli pociski i wylądowali z dala od wojowników, dla których niemałym szokiem okazał się widok ludzi na smokach.

- Witajcie! - odezwał się Czkawka, gdy zdjął hełm, po czym zsiadł z grzbietu Szczerbatka i podrapał przyjaciela pod szyją. - Bez obaw, przybywamy w pokoju. Czy mógłbym rozmawiać z waszym wodzem?

Z tłumu wystąpił około 50-letni mężczyzna, potężny i groźny.

- Kim jesteś i czego chcesz? - spytał niezbyt przyjaźnie.

- Jestem Czkawka, syn Stoicka Ważkiego i wódz wyspy Berk - ludzie zaczęli szeptać między sobą, w końcu jego imię było znane w całym archipelagu.

- Ty? - wódz wydawał się rozbawiony.

- A widziałeś kiedyś innego człowieka, dosiadającego Nocną Furię? No właśnie - uśmiechnął się i przytulił policzek do głowy przyjaciela. - Chcielibyśmy zaproponować wam pokój ze smokami. Nauczymy was, jak je trenować.

- To nie jest dobry pomysł, wodzu - odezwał się młody mężczyzna, mniej więcej w ich wieku, wyraźnie o wojowniczym usposobieniu. - Będziemy mieli potem dług wobec nich.

- Ależ skąd. Ja to robię dla smoków - zaprzeczył Czkawka. - Więc jeśli ktoś będzie miał dług, to tylko one.

- A nie boisz się, że zwrócimy je przeciwko tobie?

- Nie. Szczerbatek jest Alfą, ma nad nimi władzę i autorytet. W razie czego, przywoła smoki do porządku. Ale bez obaw, to się stanie tylko jeśli zaatakujecie.

- Skąd mamy mieć pewność?

- Wątpisz w słowo wodza, który jest żywą legendą? - odezwała się milcząca dotąd Astrid.

- Jak...

- Wystarczy, Lykosie - uciął wódz, a wojownik posłusznie zamilkł.

- Lykos? - blondynka spojrzała zaskoczona na niego. - W dzieciństwie miałam przyjaciela o takim imieniu...

- Nic mi nie mówiłaś - mruknął Czkawka.

- Bo nie było o czym. Miałam pięć lat, jak go ostatnio widziałam.

- Jak to?

- Po prostu zostałam wywieziona z wyspy i zamieszkałam na Berk. Pewnie już od dawna nie żyje.

- Też miałem przyjaciółkę. Przez nią do dziś wszyscy nazywają mnie Lycio - mruknął Lykos. - Za to ona się wściekała, jak nazywałem ją Acia.

- Co jest? - Czkawka spojrzał na ukochaną, która wyglądała, jakby miała zemdleć.

- To niemożliwe... - szepnęła. - Po tylu latach?

- Astrid, co się dzieje?

- Astrid? - wojownik podszedł do niej niepewnie. - Czy to możliwe, że ty...

- Wszystko na to wskazuje... Co ty...?! - zamarła, gdy mężczyzna chwycił jej rękę i odsłonił przedramię. Był na nim wycięty malutki znak X. Następnie pokazał identyczny znak na swojej ręce.

- To był jednak dobry pomysł - uśmiechnął się. - Choć mama mnie prawie zabiła.

- Mnie też - odwzajemniła uśmiech. - To niesamowite, że po tylu latach, kiedy myślałam, że...

- Też byłem pewien, że cię więcej nie zobaczę - uściskał ją. Z początku zaskoczyło ją to, ale potem odwzajemniła uścisk. - Wodzu, to ona, na pewno - pociągnął Astrid w stronę mężczyzny, gdy oderwał się od niej, po czym pokazał znaki. Wódz patrzył jak skamieniały.

- Em... a co ja mam do... - zaczęła.

- Co ty, ojca własnego nie poznajesz?

- Ojca? - Czkawka był równie zaskoczony. - Przecież mówiłaś...

- No wiem. I nie wierzę w to, co widzę...

W końcu wódz otrząsnął się i przytulił odnalezioną córkę.

- Taką okazję koniecznie trzeba uczcić! - ogłosił w końcu. - A ty musisz mi wszystko opowiedzieć - zaprowadził ją do domu. W środku zastali nastolatka i małą dziewczynkę, a z kuchni wyszła około 40-letnia kobieta. - Nie uwierzycie, co się stało. Okazało się, że moja córka, która ponad 20 lat temu musiała uciekać z tej wyspy, żyje i wróciła do domu!

- Ale chyba to nie znaczy, że jest twoim dziedzicem - odezwała się kobieta.

- Owszem, znaczy.

- Co? Tato, ja nie zamierzam tu zostać. Moje miejsce jest na Berk. Zresztą z tego co widzę, masz syna. On na pewno będzie lepszym wodzem.

- Czyli ty...

- Tak, wracam na Berk zaraz po nawiązaniu sojuszu.

- W takim razie wracam z tobą.

- A wioska? Nie. Lepiej poczekaj kilka lat.

- Ma rację, Lyall jest za młody na bycie wodzem. Nie poradzi sobie.

- Mamo... Mam 15 lat, nie jestem za młody. Dam sobie radę - odezwał się chłopak.

- Spokój, zrobimy to inaczej. Najpierw odpowiedz mi, co w kwestii smoczego szkolenia? - Czkawka zwrócił się do wodza.

- Zgadzam się - odparł.

- W takim razie zostaniemy tu przez kilka dni. Potem wrócimy, a ty zbierzesz grupę chętnych i przypłyniecie do nas.

- A dlaczego ty nie możesz przywieźć smoków do nas?

- Bo my mamy Smoczą Akademię, stworzoną i przystosowaną do tego, żeby szkolić tam smoki. Będzie bezpieczniej.

- No dobra, skoro tak uważasz.

- Przez ten czas, twój syn zajmie się wioską. To będzie taki jakby test, zarówno dla ciebie, jak i dla niego. Zobaczycie, jak sobie poradzi i po powrocie zdecydujesz, czy jest gotowy, czy nie.

- To bardzo dobry pomysł - wódz pokiwał głową.

- Mój bohater - uśmiechnęła się Astrid. Czkawka przewrócił oczami, ale zarumienił się lekko, jak zawsze, gdy tak mówiła.

Do wieczora dwaj wodzowie omawiali warunki sojuszu, a Astrid wraz z Lykosem spacerowała po wyspie, wspominając dawne czasy. Kiedy nadszedł czas uczty, wszyscy zebrali się w wielkiej sali, żeby świętować.

- Wyrosła na piękną kobietę - odezwał się nagle wódz, siadając obok Czkawki, który obserwował tańczącą ukochaną.

- Każdego dnia się o tym przekonuję - odparł, głaszcząc Szczerbatka.

- Patrzysz na nią, jakbyś ją kochał.

- Och... no tak... - zmieszał się. - Nie było jakoś okazji powiedzieć...

- Coś was łączy?

- Jesteśmy parą. Od 10 lat - wyznał. - A od czterech jesteśmy małżeństwem.

- To już rozumiem, dlaczego nie chciała zostać... - wypuścił powietrze ze świstem. - Być żoną wodza to poważna sprawa.

W tym momencie Astrid zauważyła ich i podeszła.

- Jakie mam szansę na to, że któryś z was ze mną zatańczy? - uśmiechnęła się, a oczy jej iskrzyły.

- Cóż, chcieliśmy sobie porozmawiać trochę - odparł jej ojciec. - W końcu jesteśmy sojusznikami. I, jak by nie patrzeć, rodziną.

- Och... więc wiesz... chyba nie jesteś zły?

- Jesteś żoną wodza, wielkiego Władcy Smoków, człowieka, o którym krążą legendy i którego zna cały archipelag. Wysoko zaszłaś. Jak mogę być zły?

- Jest kimś więcej niż żoną - Czkawka spojrzał na ukochaną z miłością. - Jest moim wsparciem, bez którego nie dałbym sobie rady.

- Daj spokój, jak zwykle przesadzasz. Chodź zatańczyć - popatrzyła na niego błagalnie.

- Dobrze, kochanie, dla ciebie wszystko - westchnął i poszedł za nią.

Kolejne dni nie wyglądały jednak tak kolorowo. Astrid znikała na całe dnie, w czasie gdy Czkawka tłumaczył ludziom, dlaczego powinni zacząć tresować smoki. Coraz częściej widywał ją w towarzystwie Lykosa, do tego zbyt szczęśliwą, niż powinna być przy starym znajomym. Jednak nie robił jej z tego powodu wyrzutów, głównie dlatego, że nie miał jak. Kiedy wracał, ona już spała, a kiedy wstawał, już jej nie było. W przeciwieństwie do niego była rannym ptaszkiem i wolała latać po wschodzie słońca, niż o zmroku. W końcu nadszedł czas powrotu na Berk i przygotowania wszystkiego na przybycie sojuszników. Obaj wodzowie zgromadzili grupę ochotników, która tego dnia wypłynęła, a jeźdźcy polecieli. Podróż odbyła się w milczeniu, choć nagle Czkawka się odezwał.

- Chcesz się tam przeprowadzić? - spytał.

- Co? Nie, nie... - odparła szybko.

- Przez cały czas sprawiałaś takie wrażenie. Jeśli tego chcesz, nie będę cię zatrzymywał.

- A co z Jonem? Mam pozbawić dziecko matki? Albo ojca? Jego szczęście jest ważniejsze niż moje.

- Ja chcę, żebyście oboje byli szczęśliwi.

- Może gdyby oni zamieszkali na Berk...

- Zobaczymy po szkoleniu.

Kiedy wylądowali w wiosce, ludzie powitali ich z wielką radością.

- Mama! Tata! - rozległ się radosny okrzyk. Astrid odwróciła się od Wichury i w ostatniej chwili zdążyła przykucnąć, zanim Jon rzucił się jej w objęcia. - Tęskniłem za tobą, mamusiu - powiedział maluch.

- Ja za tobą też, kochanie - wstała, podnosząc synka, który wyciągnął rączki do ojca, który wziął go na ręce.

- Za tobą też tęskniłem, tatusiu.

- Wiem, synku. To tak jak ja - uśmiechnął się, całując go w czoło. - I jak było? - zwrócił się do rodziców.

- W porządku - odezwał się Eret. - Miewał kłopoty z zasypianiem, ale świetnie się bawiliśmy. Opieka nad tym maluchem to czysta przyjemność. Jeśli się ma stalowe nerwy... - dodał po chwili. - I jest się szybkim. Na szczęście spełniam oba te kryteria.

- Wujek Eret jest super! Opowiada prawie tak fajne rzeczy jak mama - Jon był wyraźnie zachwycony swoim opiekunem. - I ma takie wielkie mięśnie! Tata, dlaczego ty nie masz takich?

- Bo jestem bardziej podobny do mamy niż do taty - odparł spokojnie wódz, ignorując chichot wokół.

- Aha. Szkoda. Ale i tak jesteś najlepszy na świecie.

- Naprawdę? - ruszył w stronę domu.

- Jesteś moim tatą. Gdyby ktoś inny był najlepszy, to ten ktoś byłby moim tatą.

- Mama ci tak powiedziała? - zaśmiał się.

- Przecież nie skłamałam - odezwała się Astrid. Komentarz, Czkawka zachował dla siebie.

Kilka dni później, sojusznicy przypłynęli. Wódz oczywiście poinformował mieszkańców wioski o tym, co się szykuje, ale nie byli zaskoczeni. Takie wydarzenia miały miejsce co jakiś czas. Sporym szokiem był jednak fakt, że stary Hofferson żyje, wielu znało go osobiście. Dlatego cała wioska oczekiwała przybyszy.

- Witaj, synu - wódz uściskał Czkawkę na powitanie, zdecydowanie zbyt mocno.

- Taaak - wydusił tamten. - Całkiem jak mój tata - skrzywił się i rozprostował pogniecione kości.

- Stoick!

- Witaj, przyjacielu - również się uściskali.

- Widzę, że nie tylko ja powstałem z martwych - zażartował na widok Valki.

- Same niespodzianki - uśmiechnęła się kobieta.

- Skoro o niespodziankach mowa... - odezwała się Astrid. Podeszła bliżej, trzymając na rękach nieco przestraszonego synka. - Poznaj Jona.

- Więc... jestem dziadkiem? Ludzie, jestem dziadkiem! - ucieszył się mężczyzna. Ujął delikatnie podbródek chłopca. - Masz oczy po mamie - powiedział małemu. - Ile masz lat?

- Pięć - odparł chłopiec.

- To duży chłopak z ciebie.

- Drugi dziadek też tak mówi - wszyscy się roześmiali.

- Może obejrzymy Smoczą Akademię? - zaproponował Czkawka.

- To chodźmy.

Goście szybko zadomowili się w wiosce i przywykli do smoków. Tymczasem relacja Czkawki i Astrid zaczęła się psuć. Wódz oprócz obowiązków w wiosce doglądał też szkolenia, nad którym generalnie czuwał Śledzik, zaś jego żona spędzała całe dnie z nowymi przyjaciółmi. Któregoś wieczoru zdarzyła się scena identyczna jak przed wyjazdem. Tylko tym razem to on był wściekły.

- Jak tam w pracy? - zagadnęła w końcu.

- W porządku.

- A szkolenie?

- Jakoś idzie - mruknął. - A co u ciebie?

- Bardzo dobrze. Lykos jest pojętnym uczniem, a po lekcjach bawi się z Jonem. Bardzo się polubili.

- Mhm.

- Coś się stało?

- Nie, skąd.

- Przecież widzę.

- Po prostu mam już tego dosyć. Nie dość, że spędzasz z nim tyle czasu, to jeszcze ciągle o nim gadasz - warknął.

- O, a więc jesteś zazdrosny? - spytała zirytowana.

- Tak, żebyś wiedziała, że jestem. W końcu jesteś moją żoną - podkreślił ostatnie słowo.

- Teraz sobie przypomniałeś?

- Ja pamiętam cały czas. Pytanie tylko, czy ty pamiętasz. A może zwyczajnie zmieniłaś zdanie?

- Sądzisz, że wolę jego od ciebie?

- Na to wygląda.

- On przynajmniej ma dla mnie czas.

- A ty nie masz czasu dla mnie. Zwykle mi pomagałaś w pracy, a teraz co?

- Mam inne sprawy.

- Jasne, ważniejsze niż ja.

- A żebyś wiedział. O co ci w ogóle chodzi?

- Ludzie gadają, że mnie z nim zdradzasz - wyznał.

- Co? Nie zdradzam. Kocham tylko ciebie - wyglądała na autentycznie zaskoczoną, ale i oburzoną taką sugestią.

- Ostatnio coraz bardziej w to wątpię.

- Słucham?

- To co słyszałaś. Nie jestem pewien, czy rzeczywiście aż tak mnie kochasz.

- Oczekujesz dowodu?

- Niezbitego - złość mu przeszła, teraz knuł chytry plan.

- Czy ty przypadkiem nie próbujesz mnie zaciągnąć do łóżka?

- A kto powiedział, że do łóżka? Każde miejsce jest dobre.

- Jak futro przed paleniskiem? - oczy jej zabłysły.

- Wiedziałem, że się skusisz - uśmiechnął się, przyciągając ją do siebie.

Długo później niemal już usypiali, wykończeni.

- Teraz mi wierzysz? - szepnęła Astrid.

- Hmm... wiem, że stać cię na więcej - ziewnął. - Ale to już innym razem...

- Czyli wierzysz.

- Niech ci będzie. Wierzę.

- Jesteś niemożliwy. Jak mogłeś w ogóle sądzić, że ktokolwiek mógłby cię zastąpić?

- Tak jakoś...

- Jak mam kochać, to tylko ciebie. Tylko o tobie myślę w każdej chwili, tylko przy tobie chcę być, zasypiać, budzić się... Jesteś moją drugą połówką, miłością mojego życia, ukochanym mężem i ojcem moich dzieci.

- Też cię bardzo kocham - uśmiechnął się. - Chwila... - spojrzał nagle na nią. - Jak to "dzieci"...

- Nie chciałam ci mówić, póki nie nabrałam pewności.

- Czyli ty... ty...

- Jestem w ciąży.

- Astrid... - szepnął wzruszony. - To cudownie - pocałował ją mocno i dotknął jej brzucha.

- Ma już prawie cztery miesiące, a za kilka tygodni zacznie kopać - uśmiechnęła się. - Ciekawe, czy Jon się ucieszy...

- Na pewno, kochanie. Od kiedy wiesz?

- Zaczęłam podejrzewać na krótko przed naszą podróżą. Potem było tyle spraw, że zupełnie zapomniałam, na wszelki wypadek jednak unikałam alkoholu i starałam się pilnować regularnych posiłków. Jakoś parę dni temu dopiero podsumowałam sobie wszystkie objawy i zyskałam pewność.

- Teraz muszę się postarać i zadbać o ciebie.

- Dam sobie radę.

- W to nie wątpię. Ale i tak będę się tobą opiekował.

- Tylko dlatego...

- Dlatego, że nosisz w sobie moje dziecko - nadal głaskał ją po brzuchu. - I o nie zamierzam się troszczyć.

- Ale o mnie też. W końcu póki co, stanowimy jedno. Dlatego powinnam się wysypiać - wtuliła się w objęcia męża i ułożyła wygodnie.

- Kocham cię, Astrid - wyszeptał, zamykając oczy.

- Też cię kocham - odszepnęła, usypiając.

What good is love
if it's not your love? [5]

Nikt nie obiecywał, że życie będzie łatwe

- Gustaw!

Chłopak otrząsnął się z zamyślenia. Stojąca przed nim Astrid była wściekła, widocznie znowu się rozmarzył zamiast ćwiczyć.

- Hej, Astrid...

- Czkawka udzielił nam szczegółowych instrukcji w kwestii twojego szkolenia, ale jeśli nie chcesz, mam lepsze rzeczy do roboty.

- Nie, nie. Już się ogarniam.

- No mam nadzieję - odwróciła się i odeszła. Była piękna, a szczególnie kiedy się złościła.

Gustaw wrócił do ćwiczeń, co jakiś czas zerkając na dziewczynę. Zadurzył się w niej na tyle mocno, że był zdecydowany jej to powiedzieć, mając tym samym nadzieję na zdobycie jej. Po skończonym treningu zamierzał do niej podejść, ale zniknęła. Zaczął jej szukać i wypatrzył ją, jak wchodzi do swojego domku, a chwilę później z niego wychodzi i kieruje się w nieznaną mu stronę. Postanowił ją śledzić i po kilkunastu minutach dotarli do kilku niewielkich jeziorek, z części których unosiła się para. Był to kompleks wód termalnych, który jeźdźcy wykorzystywali do kąpieli. Chłopak nie miał o tym pojęcia, dlatego był mocno zaskoczony, gdy obiekt jego westchnień zaczął pozbywać się ubrań. Zaczerwienił się przy tym, pomyślał, że Astrid by go zabiła, gdyby wiedziała, że tu jest. Jednocześnie dreszczyk emocji i niesamowity widok dodawały mu rezonu. Chwilę później znów jednak obleciał go strach.

- Widzę, że postanowiłaś nie czekać - rozległ się nagle głos Czkawki. Astrid krzyknęła zaskoczona i odwróciła się, zakrywając się rękami.

- Nie strasz mnie... - odetchnęła, opuszczając ręce, przed ukochanym nie musiała się kryć. Niestety, tym razem widział to również Gustaw, któremu prawie oczy wyszły na wierzch. Nigdy nie widział nagiej kobiety, a najpiękniejsza z nich stała właśnie zanurzona po pas w wodzie, kilkanaście metrów od niego. Aż zrobiło mu się słabo.

- Sama kazałaś mi przyjść - przywódca skrzyżował ręce, wpatrując się w dziewczynę. - Kto inny by napisał "Spotkajmy się wiesz gdzie, wiesz kto."

- Każdy mógł to napisać.

- A to serduszko pod spodem?

- To też każdy mógł zrobić. Nieważne, przyłączasz się czy idziesz sobie?

- Ja miałbym ci odmówić? - przyszły wódz uśmiechnął się, zdejmując swój skomplikowany strój. Tego widoku Gustaw postanowił sobie oszczędzić i na wszelki wypadek zamknął oczy. Otworzył je dopiero jak usłyszał plusk. A to co zobaczył zaskoczyło go. Przyjaciele obejmowali się i całowali jak zakochana para. Chłopak poczuł, jak wzbiera w nim zazdrość na widok dłoni Czkawki gładzących ciało Astrid. Nie mógł zrozumieć, dlaczego ten facet dostaje zawsze to, co najfajniejsze. Usłyszał śmiechy i pluski, gdy para nagle zaczęła się łaskotać i wygłupiać. W końcu usiedli w jeziorku, zanurzając się po szyje i w spokoju się kąpali.

- I jak tam, masz coś nowego? - zagadnęła blondynka.

- Niezbyt - przywódca zasępił się. - Cały czas kombinujemy ze Śledzikiem jak rozgryźć to Smocze Oko, ale ono ciągle nas zaskakuje. A jak ci idzie z Gustawem?

- Cóż, jeśli skupia się na zadaniach, a nie na myśleniu o niebieskich migdałach, jest coraz lepszy.

- Tylko co? - spytał, a dziewczyna spojrzała na niego zaskoczona. - Daj spokój, Astriś. Znam cię na tyle, że wiem, kiedy coś ukrywasz.

- Tylko... mam wrażenie, że się we mnie zakochał... - wyznała.

- Mam się czuć zazdrosny?

- Kotek, ja poważnie mówię. Jak mam mu wyperswadować, że nie ma u mnie szans?

- Powiedz, że jesteś moja.

- Oficjalnie nie jesteśmy parą.

- Fakt. To powiedz po prostu, że kogoś masz.

- Niby kogo?

- No to nie wiem, powiedz, że wolisz dziewczyny.

- Czasem jak ty coś powiesz...

- Próbuję tylko pomóc. Masz lepszy pomysł?

- Jeszcze nie.

- O matko... To co, nadal będziesz udawać, że o niczym nie wiesz?

- Może... Podsunąłbyś jakiś dobry pomysł.

- Mam jeden - wyszeptał jej parę słów do ucha.

- Może masz rację... Potrzebuję trochę rozrywki.

Czkawka przyciągnął ukochaną do siebie i pocałował ją w szyję. Tego było dla Gustawa za wiele, mógł patrzeć jak się kąpią, ale nie jak się kochają. Najgorsze było to, że nie mógł nikomu się zwierzyć, bo by się wydało, że szpiegował i podglądał Astrid. Jak gdyby nigdy nic wrócił do siedziby Smoczego Skraju i zajął się Kiełohakiem.

- O, tu jesteś - Sączysmark wszedł na arenę. - A my cię szukamy.

- Poszedłem się przejść - mruknął młody.

- To teraz sobie polatamy. No chodź - przywołał Hakokła i polecieli.

- Słuchaj... - zaczął chłopak niepewnie. - Jak zdobyć dziewczynę?

- Jeśli masz na myśli Astrid, to lepiej od razu odpuść. Jest niemożliwa do zdobycia. Nawet ja odpuściłem.

- Jak to niemożliwa?

- Tak po prostu, nie da się i już. Zresztą nie odbija się dziewczyny przyjacielowi.

- Co?

- Astrid jest dziewczyną Czkawki. Wszyscy to wiedzą, tylko oni myślą, że się kryją.

- A wy skąd wiecie?

- Któregoś ranka pokłóciłem się o coś ze Śledzikiem, a bliźniaki wpadły na pomysł, żeby pójść do Czkawki i poprosić o rozsądzenie nas. Pukamy i nic. Wchodzimy i nic. Nie ma go, a Szczerbatek śpi spokojnie. No to zaraz lecimy do Astrid, powiedzieć jej, że Czkawka zniknął. Wchodzimy, a tam co? Oboje śpią sobie słodko, a ich ciuchy walają się dookoła. No to wychodzimy i udajemy, że nic nie widzieliśmy.

- Czyli...

- Czyli im szybciej o niej zapomnisz, tym lepiej dla ciebie.

Gustaw wziął sobie do serca radę Smarka i próbował zapomnieć, ale widok nagiej blond piękności prześladował go za każdym razem, kiedy choćby zamknął oczy. W końcu zdecydował się porzucić marzenie o zostaniu Smoczym Jeźdźcem. Wiedział, że nie będzie mógł być jednym z nich, mając świadomość, że jego ideał należy do innego. Tłumacząc się pilnym listem od matki, wrócił na Berk. Nie chciał rujnować szczęścia dziewczyny swoich marzeń. Musiał zrobić tylko jedno: za wszelką cenę nie mówić jej o swoich uczuciach.

Always look in the bright side of life

Dzień jak co dzień. Wróciłam z pracy, zrobiłam zakupy i zajęłam się gotowaniem obiadu. Niedługo mąż wróci z pracy, a córka ze szkoły, zaś w domu panuje zasada: kto pierwszy, ten gotuje. Nagle zaskoczona zauważyłam w kuchni postać szczupłej nastolatki. Powinna mieć jeszcze lekcje, więc nie sądziłam, że jest w domu.

- A ty nie powinnaś być w szkole? - spytałam. Młoda podskoczyła i spojrzała na mnie przerażona.

- Zwolniłam się - powiedziała cicho. Od jakiegoś czasu zachowuje się dość dziwnie, zaczynam się o nią niepokoić.

- Co się stało? - pytam z troską, a ona kręci głową.

- Nic. Tylko źle się poczułam - to mówiąc zachwiała się. Podbiegłam do niej, ale odsunęła się jak oparzona. Od niedawna przestała się przytulać, choć wcześniej to uwielbiała.

- Skarbie, co się dzieje? - teraz widzę, że naprawdę jest z nią źle. - Córciu, przecież możesz mi powiedzieć o wszystkim.

- Nie o wszystkim - wyszeptała, zaciskając dłonie w pięści.

- Zaryzykuj.

- N-nie. Ja... nie mogę ci powiedzieć...

- Kochanie, coraz bardziej martwię się o ciebie. Zachowujesz się jak nie ty. Co się dzieje?

- Powiem ci... Ale obiecaj, że nie będziesz wściekła - spojrzała na mnie niepewnie.

- Nie będę - obiecałam, choć to jeszcze bardziej mnie przeraziło. Skoro tak mówi, to musi być naprawdę źle.

- No więc ja... - odetchnęła głęboko. - Jestem w ciąży.

Poczułam, jak nogi się pode mną uginają. Niemal na oślep znalazłam stołek i opadłam na niego ciężko. W ciąży...?! Przez myśl mi nawet nie przeszło, że moja idealna córeczka mogłaby zrobić coś takiego. Jasne, ja też wcześnie zostałam matką, ale na bogów, byłam na studiach! Ona niedawno zaczęła liceum, za dwa miesiące miała mieć dopiero 17 lat!

- Jesteś pewna? - spytałam, byłam w ciężkim szoku.

- Jestem - uniosła bluzkę, ukazując wypukły brzuch. Aż straciłam dech. Kompletnie nie miałam pojęcia, co teraz mam robić. Na szczęście instynkt przemówił za mnie.

- Chodź do mnie - powiedziałam cicho, wyciągając ręce. Kiedy niepewnie podeszła, wstałam i przytuliłam ją mocno. Poczułam jak drży, a po chwili jej ciałem wstrząsa szloch. - Już dobrze, kochanie - pocałowałam ją w czubek głowy i pogłaskałam po włosach. - Jakoś sobie poradzimy. Teraz najważniejsze jest twoje zdrowie - odsunęłam ją i otarłam jej łzy, uśmiechając się łagodnie.

- Więc... nie jesteś zła? - spytała niepewnie.

- Zszokowana, zaskoczona, trochę przerażona, ale nie, zła nie jestem - znów objęłam ją czule. - Czkawka wie? - musiałam o to spytać.

- Wie... - odparła wolno, sztywniejąc na dźwięk jego imienia.

- Bo zakładam, że to on jest ojcem.

- Sugerujesz, że mogłam go zdradzić? - spojrzała na mnie oburzona. Moja Astrid wróciła.

- No wiesz, twoja odpowiedź mogła wiele sugerować...

- Mamo! Nigdy bym go nie zdradziła, przecież go kocham.

- I dlatego przestaliście się spotykać? - zauważyłam. Od kilku miesięcy, chłopak mojej córki nie pojawiał się w naszym domu, choć kiedyś bywał bardzo często.

- My... skąd wiesz?

- Jakoś dawno go u nas nie było.

- Zerwałam z nim - westchnęła. - Nie chcę mu marnować życia tym dzieckiem.

- A jak zareagował, jak się dowiedział?

- Mniej więcej tak jak ty. Był w szoku, ale potem powiedział, że się mną zajmie i mi pomoże.

- To teraz trzeba jeszcze powiadomić jego rodziców.

- Po co?

- Skarbie, twój chłopak zachował się jak prawdziwy mężczyzna. Postanowił ponieść konsekwencje waszego zachowania. Ty postąpiłaś szlachetnie, próbując go chronić, ale bez jego wsparcia nie dasz sobie rady. Wierz mi, wiem co mówię - sięgnęłam po telefon.

- Dzwonisz do nich?

- Nie, do lekarza. Trzeba cię umówić na wizytę. Liczę na to, że powiesz Czkawce, żeby przyszedł do nas któregoś dnia z rodzicami.

- Dobrze. Tylko... na razie nie mów tacie...

- Nie powiem - obiecałam. Też obawiałam się reakcji męża, miał tendencję do nadopiekuńczości względem naszej córki.

Kilka dni później, nasi przyjaciele odwiedzili nas ze swoim synem. Nie powiem, bardzo się denerwowałam. Ręce mi drżały tak mocno, że ledwo zdołałam zrobić kawę i herbatę. W końcu wszyscy usiedliśmy przy stole.

- Zaprosiłam was nie bez powodu - zaczęłam. - Otóż nasze dzieci postanowiły zrobić nam niespodziankę. Czy miłą, to zależy od naszego podejścia.

- Do rzeczy - mruknął Stoick. Nigdy nie lubił owijać w bawełnę.

Astrid sięgnęła po torebkę, z której wyjęła wydruki z USG, na których wyraźnie było widać 20-tygodniowe maleństwo. Wszyscy czworo zaniemówili. Czkawka wziął zdjęcia i patrzył na nie z czułością. Już wiedziałam, że mimo młodego wieku, będzie świetnym ojcem.

- Teraz zanim cokolwiek powiecie, ja muszę się trochę nagadać - odezwałam się. - Mam już gotowy plan działania i choćbym musiała zrealizować go sama...

- Daj spokój - przerwała mi Valka. - Jesteśmy w ciężkim szoku, ale nie zwariowaliśmy. Tylko dziwię się, że dowiadujemy się tego teraz - spojrzała z wyrzutem na syna.

- Ja też dowiedziałam się dopiero teraz - popatrzyłam na córkę.

- Baliśmy się wam powiedzieć - mruknął cicho Czkawka.

- Przecież to nie koniec świata - pocieszyła go matka.

- Dla mnie był. Astrid powiedziała, że z nami koniec.

- Chciałam cię tylko chronić - wyznała. - Nie chcę, żebyś też zmarnował sobie życie.

- Nikt nie zmarnuje sobie życia. Termin mamy na początek września. Do maja Astrid pochodzi normalnie do szkoły, na czerwiec załatwię jej nauczanie indywidualne, tak jak na cały następny rok, a Czkawce powiedzmy na pierwsze półrocze.

- Przydałoby się zamieszkać gdzieś bliżej siebie - odezwał się Stoick, a wszyscy na niego popatrzyli. - No co? Val ma rację, to nie koniec świata. Zresztą chcę być dziadkiem, może niekoniecznie teraz, ale trudno, stało się.

Uśmiechnęłam się. Moi przyjaciele okazali się wspaniałymi rodzicami, doskonale rozumieli, czego potrzebują dzieci w takiej sytuacji: wsparcia.

- A ty? - spojrzałam na męża. - Co o tym myślisz?

- Sam już nie wiem... - mruknął rozdrażniony.

- Chyba nie chcesz zachować się jak moja matka - powiedziałam poważnie.

- A jak się zachowała? - zaciekawiła się Astrid. Wiedziała, że nie ma kontaktu z babcią, bo od lat jesteśmy skłóceni, ale nigdy nie powiedziałam jej, dlaczego tak się stało.

- Byłam na pierwszym roku studiów. Tak się zdarzyło, że zaszłam w ciążę. A moja kochana mamusia jak tylko się dowiedziała, wyrzuciła mnie z domu. Był środek zimy i gdyby nie rodzice twojego ojca, prawdopodobnie nas obu nie byłoby na świecie. Dlatego się dziwię jego zachowaniu.

- My przynajmniej byliśmy dorośli - mruknął.

- Pełnoletni - poprawiłam. - I powinieneś się cieszyć, że twoja córka ma tak mądrego chłopaka, jakim ty byłeś. Który ją wspiera, a nie tchórzliwie ucieka - Czkawka zarumienił się na moje słowa.

- Masz rację.

Kilka tygodni później przeprowadziliśmy się do dużego domu, w którym było dość miejsca dla czterech rodzin, a co dopiero dla naszej. Uznaliśmy, że to dobre rozwiązanie, naszym dzieciom będzie łatwiej opiekować się maluchem, a jeśli zechcą się wyprowadzić, nam nie będzie smutno na starość. A że zrobiliśmy dwa osobne kompleksy mieszkalne plus małą część dla młodych, w zasadzie mieszkaliśmy bardziej po sąsiedzku niż razem. To pomogło uniknąć wielu konfliktów, a zacieśniło nasze relacje. Teraz możemy z Val rozmawiać kiedy tylko chcemy, a nasi mężowie mogą razem oglądać mecze kiedy tylko chcą. Zaś kiedy pod koniec sierpnia urodził się nasz wnuk, wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że to najpiękniejszy dzień naszego życia.

Każdy zasługuje na miłość

dedykacje, dedykacje...
przede wszystkim dla Samisia i Kimiko
ale także dla wszystkich, którzy przyczynili się do tego, że się nie poddałam

- Nie możesz go zabić! To twój brat! - krzyczał Czkawka do Heather, wskazując Dagura.

- Ech... Bullshit - mruknęłam siadając. Nie lubiłam tego wspomnienia.
- Co jest? - Samiś leniwie podniósł łeb, wyczuwając mój ruch.
- Nic, nic... - pogłaskałam go po szyi. - Śpij dalej.
- Jak zwykle gadasz do swoich myśli? - smok przeciągnął się i ułożył wygodniej.
- Ta, no wiesz... umysł artystki zawsze pracuje - z powrotem się do niego
przytuliłam. Znowu byliśmy sobą, tym, od kogo się zaczęło: anielicą i jej smokiem.
Żadnych dzieci (bo spały), żadnego adminowania (bo wystarczy na dziś), żadnych
zbędnych odpałów (bo przysypiamy). Tylko my.
- Nad czym tym razem?
- Nie podoba mi się canon w sprawach Heather.
- Więc jaki masz pomysł?
Zamyśliłam się...

Chcę bohatera! [6]

wersja 2.0
poprzednią zjadł lis (czyt. Firefox się popsuł)

Chcę bohatera!
Tak, tego właśnie mi trzeba,
zanim skończy się noc.
I choć siłę by miał,
i był szybki jak wiatr,
który w polu by wywiał swą moc.

Chcę bohatera!
Tak, tego właśnie mi trzeba
po nocy kres
I ma zjawić się tu,
bo uwierzyć mu chcę,
I ma stawiać się większym niż jest,
Większym niż jest...

Zium!

Mało spostrzegawczy człowiek niczego nie zauważy, ale spostrzegawczy od razu domyśli się, że minęła go Nocna Furia. Astrid bynajmniej do tych pierwszych nie należała, więc od razu ruszyła w pogoń za smokiem. Czy raczej jego jeźdźcem. Chociaż zniknęli jej z oczu, domyślała się, gdzie lecą: na łąkę smoczymiętki. To było jedno z ulubionych miejsc zarówno smoków, jak i ludzi. Ustronne, półdzikie, nastrojowe miejsce było rajem dla dwojga wiecznie spragnionych siebie kochanków. Wichura przyspieszyła i już po chwili znalazły się u celu.

- Zasłaniasz mi słońce - mruknął Czkawka, gdy cień dziewczyny padł na jego twarz.

- Chcesz powiedzieć, że przysłoniłam ci świat? - zażartowała, układając się obok niego i opierając o brzuch Szczerbatka.

- Jakże by inaczej - objął ukochaną ramieniem i pocałował w czubek głowy.

Astrid skuliła się lekko, zwykle ojciec ją tak całował, a ten gest zapewniał jej poczucie bezpieczeństwa. W końcu ojciec zawsze chroni swoją córeczkę. Przy swojej drugiej połówce też czuła się bezpiecznie. Można by pomyśleć, że twarde wojowniczki nie potrzebują czegoś takiego, ale Astrid w głębi serca była jednak wrażliwa i mimo wszystko w jakimś stopniu potrzebowała przy sobie mężczyzny. Zwłaszcza tak czułego i kochającego.

- Fajnie, że wreszcie możemy pobyć sami - uśmiechnęła się, przymykając oczy.

- Mhm. Nie wiem, czemu reszta jest na nas tak strasznie cięta. Czasem nawet boję się do ciebie odezwać, bo się boję, że zaczną wrzeszczeć.

- Na szczęście teraz możemy nacieszyć się sobą.

- W końcu - uniósł jej podbródek i pocałował ją delikatnie.

Jej warkocz uderzył go w pierś, gdy uniosła się i z pasją odwzajemniła jego pocałunek. Koniuszek jego języka musnął jej wargę, zadrżała lekko i zamruczała z zadowoleniem. Zamierzali właśnie przejść do czegoś więcej, gdy usłyszeli nad sobą chrząknięcie. Niechętnie oderwali się od siebie i spojrzeli z niezadowoleniem na "przeszkadzaczy".

- Czy za każdym razem musimy trafiać na scenkę tak słodką, że aż mnie mdli? - jęknęła Szpadka.

- A co, zazdrosna jesteś? - spytała uszczypliwie Astrid.

- No wiesz, nie wszyscy z nas są szczęśliwie zakochani.

- Nie miałabyś tego problemu, gdybyś wreszcie zdecydowała, którego z nas wolisz - zauważył Smark.

- Żadnego - warknęła dziewczyna.

- Właśnie, odczepcie się od niej - poparł siostrę Mieczyk.

- A tobie co się stało? - bliźniaczka spojrzała na brata.

- Nic. Po prostu mam dość, że ci dwaj kręcą się koło ciebie.

- Dam sobie radę sama. Ale dobra, nie po to tu przyszliśmy, żeby się kłócić.

- Tylko żeby nam przeszkadzać - mruknęła Astrid.

- Też nie. Johann wreszcie przypłynął. Chodźcie.

- Chyba nie mamy wyboru.

- Nie macie.

Para niechętnie wstała i dosiadła rozleniwionych smoków, które równie niechętnie poleciały do portu. Młody wódz wylądował obok Stoicka, który czekał aż Kupczy przybije do brzegu.

- Cześć tata - rzucił zeskakując ze smoka, po czym wrzasnął i runął jak długi.

- Co się stało? - mężczyzna zaskoczony spojrzał pod nogi.

- Nie zmieniłem końcówki - jęknął, zbierając się z ziemi. Ojciec tylko zaśmiał się i postawił go do pionu, żeby mógł zmienić końcówkę do latania na tę do chodzenia. - A gdzie mama?

- Poleciała gdzieś z Chmuroskokiem.

Kiedy Johann przybił do portu, rzucił się na niego rozentuzjazmowany tłum. Każdy był ciekaw, co tym razem przywiózł handlarz. Zaraz jednak ludzie się rozstąpili, gdy z pokładu zeskoczyła czarnowłosa dziewczyna, a za nią zszedł smok o metalicznie połyskujących łuskach, jakby wykonanych ze stali. Czkawka i Astrid podeszli zaintrygowani, w końcu to był zupełnie nowy gatunek.

- Heather? - zaskoczony wódz rozpoznał w dziewczynie dawną znajomą. Dziewczyna uśmiechnęła się promiennie i uściskała ich na powitanie. - Co ty tutaj robisz?

- To trochę... długa historia. Wódz nie będzie miał nic przeciwko, żebym została tu na jakiś czas?

- Oczywiście, że nie - blondynka spojrzała na ukochanego. - Prawda, wodzu?

- Teraz ty jesteś wodzem? - Heather wytrzeszczyła oczy zaskoczona.

- Taaa, jakoś tak wyszło, że tak - zakłopotany Czkawka potarł kark.

- Czyli mogę?

- Jasne, oczywiście.

- A, jest jeszcze jedna sprawa... Kilka tygodni temu miałyśmy mały wypadek i Windshear chyba ma złamane skrzydło - położyła dłoń na głowie smoczycy, która spojrzała na nią smutno. - Opatrzyłam je, ale chyba ktoś bardziej obeznany powinien je zobaczyć.

- Możemy ją wziąć do Pyskacza, ale lepiej byłoby zaczekać, aż mama wróci - chłopak rzucił szybko okiem na opatrunek. - Wydaje mi się jednak, że jest w porządku.

- Mama? - kruczowłosa spojrzała na przyjaciół coraz bardziej zdziwiona.

- To długa historia. Chodź, znajdziemy dla Windshear miejsce w Hangarze i wszystko ci opowiem - zaproponowała Astrid. - A ty kotek wracaj do pracy - rzuciła na odchodne i poszły. Po zakwaterowaniu rannej smoczycy, dziewczyny poszły na spacer. Heather była bardzo zaskoczona zmianami, jakie zaszły na Berk, odkąd ostatnio tu gościła.

- Tu jest wspaniale... To wszystko pomysły Czkawki?

- Większość. Do wielu dokładali się inni, na przykład jego rodzice, Pyskacz, czy ja i Śledzik. Nawet bliźniaki coś wniosły. Ale bez niego nic by tu nie było - kiedy mówiła o Czkawce, wyraźnie się ożywiała i błyszczały jej oczy.

- Nie sądziłam, że kiedyś zobaczę cię zakochaną. I to w Czkawce - zaśmiała się kruczowłosa.

- Dlaczego? Przecież jest taki słodki...

- No, rzeczywiście jest. Jak tu byłam z 5-6 lat temu, nic tego nie zapowiadało.

- Wszyscy zrobili się przystojniejsi. Nawet Sączysmark.

- Kim jesteś i co zrobiłaś z Astrid? - spojrzała na przyjaciółkę.

- No co? Musisz przyznać, że też jest całkiem słodki. Nie tak jak mój Czkawuś, ale zawsze.

- Szalejesz za tym swoim narzeczonym.

- A wiesz dlaczego? Bo jest świetny w łóżku.

- Serio?

- Jak najbardziej. Nie jest może wymarzonym chłopakiem, bo dużo pracuje i nie ma dla mnie tyle czasu ile bym chciała, ale za to jest idealnym kochankiem. W łóżku wynagradza mi wszystko.

- Aż ci normalnie zazdroszczę.

- Nie ty jedna. Swoją drogą jestem ciekawa, czy Smark przestanie zarywać do Szpadki i skupi się na tobie...

- Daj spokój. Niby czemu miałby to robić?

- Bo jesteś śliczna. A wiesz jaki on jest.

- Wcale nie...

- Wcale tak. Zresztą nieważne. Wracajmy, niedługo powinna wrócić mama Czkawki.

Astrid miała rację, Sączysmark rzeczywiście zaczął okazywać swoje zainteresowanie dziewczyną, z początku dość nachalnie, potem coraz mniej zdecydowanie. Oczywiście za każdym razem spotykał się z tą samą odpowiedzią, która coraz bardziej go zniechęcała. W końcu postanowił zasięgnąć porady.

- Cześć - przywitał się, wchodząc do kuźni.

- Cześć - odparł zaskoczony Czkawka. Jego przyjaciel był jedną z ostatnich osób, jakich by się tu spodziewał.

- Możemy pogadać?

- Jasne.

- Słuchaj... Jak zdobyłeś Astrid?

- Wiesz... - młody wódz potarł kark. - Byliśmy zakochani w sobie od dłuższego czasu, ale się kryliśmy. Potem się zaprzyjaźniliśmy i choć czuliśmy, że iskrzy, jakoś się nie przyznawaliśmy. Dopiero jak po którejś imprezie wylądowaliśmy w łóżku, postanowiliśmy spróbować być razem.

- Czyli... wystarczyło zaciągnąć ją do łóżka? - Smark z właściwą sobie błyskotliwością tak to zrozumiał.

- Nie - Czkawka pacnął się w czoło. - A w ogóle dlaczego mnie o to pytasz?

- No bo... To przez Heather. Już nie wiem co mam zrobić, żeby się jej spodobać... A skoro ty masz narzeczoną kiedyś uważaną za najbardziej niedostępną w całej wiosce, pomyślałem, że mógłbyś mi pomóc.

- A może... nie wiem... przystopuj trochę. Skoro nie jest zainteresowana, nie wysilaj się na darmo. Spróbuj też pokazać, że jesteś wrażliwy. One to lubią. Wiem, że to może być dla ciebie trudne, bo zazwyczaj taki nie jesteś, ale myślę, że to może zadziałać.

- Oszalałeś? Ja tego nie zrobię!

- Niby dlaczego?

- Bo to nie zadziała.

- Mnie się udało, mojemu tacie też, to czemu tobie miałoby nie?

- Bo jestem Jorgenson, nie Haddock?

- Ale skoro metody Jorgensonów nie działają, może spróbuj metod Haddocków?

- Chyba sam sobie muszę dać radę.

- Ja tylko mówię, że niepotrzebnie się wysilasz. Czasem trzeba po prostu przystopować i poczekać, a dziewczyna sama padnie ci w ramiona.

Smark pożegnał się i wyszedł. Mimo niechęci, postanowił w końcu się przełamać i spróbować pomysłu Czkawki. Odpuścił i zwyczajnie czekał na dobrą okazję.

Musiał się jednak wykazać ogromną cierpliwością, Heather cały czas spędzała z Astrid i Windshear, a kiedy skrzydło smoczycy całkiem wyzdrowiało, stawały się niemal nierozłączne. Niemal, bo blond wojowniczka od czasu do czasu opuszczała przyjaciółkę, żeby udać się na małą randkę z narzeczonym. Dla Heather to było jak najbardziej zrozumiałe, cieszyła się jej szczęściem, jednak była odrobinę zazdrosna. Przez ten cały czas bardzo się do siebie zbliżyły, niemal kochały się jak siostry. Nic więc dziwnego, że chciałyby mieć się na wyłączność.

Któregoś wieczoru Windshear bardzo miała ochotę na nocny lot. Jej właścicielka chcąc nie chcąc musiała spełnić usilne prośby smoczycy. Kiedy wróciły, było już bardzo późno. Heather wśliznęła się cicho do domu, przekonana, że Astrid śpi i stanęła jak wryta. W nastrojowym świetle przygasającego w palenisku ognia, wyraźnie rysował się kształt dwóch nagich, splecionych ze sobą ciał. Przyjaciółka i jej facet przeżywali bardzo romantyczne chwile na ulubionym przez nich futrze. Kruczowłosa miała okazję na własne oczy zobaczyć to, co do tej pory znała tylko z opowieści Astrid. Sęk jednak w tym, że nie chciała tego oglądać. Dyskretnie wycofała się niezauważona i westchnęła. Musiała poczekać jeszcze jakiś czas, aż zasną i przekraść się do pokoju, który dzieliła z przyjaciółką. Tylko co rano? Rozmyślała, włócząc się po wiosce i tak się zamyśliła, że na kogoś wpadła.

- Przepraszam... Sączysmark? Co ty tutaj robisz?

- Równie dobrze mógłbym zapytać o to samo - pomógł jej wstać.

- Ja byłam pierwsza.

- No dobrze - westchnął. - Nie mogę spać. Zadowolona?

- A ja nie mam gdzie...

- Jak to?

- Bo te gołąbki... no wiesz...

- No wiem. Nie chcę się narzucać, ale mogłabyś przenocować u mnie.

- Ojej, to... to bardzo miłe z twojej strony, ale nie chcę sprawiać kłopotu - ziewnęła. Ze zmęczenia ledwo trzymała się na nogach.

- Ty? Kłopot? Nie żartuj. Idziesz, czy mam cię zanieść?

- Nie uniesiesz mnie.

- Rzucasz mi wyzwanie? No dobra - jednym płynnym ruchem wziął ją na ręce i zaniósł do domu. Musiała przyznać, że w istocie był tak silny, na jakiego wyglądał, a może i silniejszy. Poczuła się tak bezpiecznie, że odruchowo oparła głowę na jego ramieniu, a jej senność się wzmogła.

Smark niemal nie dowierzał własnemu szczęściu. Czkawka miał rację, wystarczyło odpuścić, a dziewczyna sama wpadła mu w ramiona. Był z siebie szalenie dumny, ostrożnie zaniósł Heather do swojego pokoju i położył ją do łóżka. Zdążyła usnąć po drodze i teraz wyglądała słodko jak mała dziewczynka. Patrzył na nią przez chwilę z czułością, po czym po cichu wyszedł. Ułożył się obok Hakokła, który zamruczał przez sen, okrył się jego skrzydłem i zasnął.

Heather obudziła się dość wcześnie. Początkowo nie rozumiała, gdzie się znajduje i co się właściwie wydarzyło, ale poskładała wszystko, jak tylko się rozbudziła. Cicho wyskoczyła z łóżka i wymknęła się z domu, po drodze posyłając Smarkowi uśmiech. Nie sądziła, że kiedykolwiek tak pozytywnie ją zaskoczy. W dobrym humorze weszła do domu Astrid i z ulgą zauważyła, że futro było puste, para najpewniej się kąpała. Dziewczyna nakarmiła smoki, przygotowała śniadanie i zaczęła jeść w spokoju, oczekując na przyjaciół. W końcu się pojawili, w doskonałych humorach.

- Heather? Więc jednak wróciłaś? - Czkawkę zaskoczył jej widok.

- Tylko zajrzałam... - wyznała, rumieniąc się lekko.

- I widziałaś... nas? - Astrid przygryzła nerwowo wargę, a przyjaciółka skinęła głową. - Wybacz. Trochę straciliśmy poczucie czasu.

- Nie szkodzi. Przespałam się u Windshear - skłamała. Nie chciała mówić prawdy, bo bała się tego, co pomyślą. - A teraz jedzcie zanim wystygnie.

Kolejne dni upływały w spokoju. Dziewczyny kończyły rozbudowę spichlerza na ryby, gdy nagle dwa dzikie Ponocniki uznały, że to fajne miejsce zabaw. Zanim ktokolwiek zdążył zareagować, wszystko się waliło. Astrid i smoki zdołały uciec. Heather miała mniej szczęścia. Wtedy niemal znikąd pojawił się Hakokieł i dosiadający go Sączysmark. W mgnieniu oka uratowali dziewczynę, zanim wszystko całkowicie runęło. Kilka dni później, przyjaciółki przechadzały się po wiosce, gdy ujrzały pędzący wóz z jabłkami. Oczywiście zatrzymał go Smark. Innym razem Heather prawie padła ofiarą kawału bliźniaków. Prawie, bo Smark ją ostrzegł. Kiedy indziej pouciekały dziki. Kto ocalił Heather? To chyba jasne...

Po tej serii niefortunnych zdarzeń, dziewczyny z pomocą Czkawki przeprowadziły małe śledztwo, aby się upewnić, że Smark nie ma z tym nic wspólnego. Przyciśnięty przez wodza wyznał, że po prostu zawsze starał się być w pobliżu i mieć oko na Heather na wypadek, gdyby coś jej się stało.

- No i co ja mam o tym myśleć? - jęknęła, gdy któregoś wieczoru razem z Czkawką naprawiała w kuźni siodło Windshear.

- Nie wiem, mnie się pytasz?

- No a kogo?

- Kogokolwiek, byle nie mnie.

- Ale ty jesteś wodzem.

- Ja się na tym nie znam.

- A narzeczoną to ci trolle załatwiły?

- Trolle wolą kraść onucki. Albo strzelać do choinek z bazooki.

- Bardzo śmieszne.

- Wybacz, po prostu próbuję ci przekazać, że nie jestem odpowiednią osobą do tego typu rozmów.

- Czkawka, jesteś facetem, tak? I do tego moim przyjacielem. Jak ty mi nie pomożesz, to już nikt nie pomoże.

- Heather, nie powiem ci, co masz zrobić, bo zwyczajnie nie wiem. Moim zdaniem powinnaś dać mu szansę, widzisz przecież, że chłopak się stara. Ale zdecydować musisz sama, w końcu ty najlepiej wiesz, co czujesz.

- Dzięki. Za wiele mi nie pomogłeś, ale lepsze to niż nic - wzięła naprawione siodło i wyszła.

Mijały dni, a ona nadal nie mogła się zdecydować, co powinna zrobić, Sączysmark coraz bardziej tracił nadzieję, choć wciąż się starał i co jakiś czas zaskakiwał ją drobnym prezentem albo miłym gestem. Kiedyś zapewne za takie coś by oberwał, ale dziewczyna ostatnio bardzo pogubiła się w swoich uczuciach, jej reakcje często były bardzo głupie i nieprzemyślane.

Nadchodziło święto Snoggletogga. Wszędzie leżały puchate warstwy śniegu, dzieci bawiły się w najlepsze, a ich rodzice angażowali się w przygotowania. Smoki także szykowały się do swych corocznych godów, wokół unosiła się atmosfera miłości i radości, szczególnie udzielająca się zakochanym. Heather jednak jeszcze bardziej się poplątała i pogubiła. Im bliżej było do święta, tym bardziej nie wiedziała co robić. Aż do jednego dnia.

Razem z Astrid i swymi smoczycami zajmowały się dekorowaniem wioski. Wszystko przebiegało gładko, ale do czasu. Stado owiec Nie-Tak-Niemego Svena uciekło z zagrody i w panice biegło przez wioskę. Dziewczyny szybko włączyły się do akcji, dzięki czemu Czkawka wraz z resztą jeźdźców sprawnie okiełznał przestraszone zwierzęta, a przynajmniej tak myśleli. Dopóki nie zobaczyli, że jedna sztuka biegnie na oślep w stronę klifu. Smark powiedział, że się nią zajmie. I tak się zajął, że zatrzymawszy owcę, pośliznął się i zleciał z klifu.

Przyjaciele w mgnieniu oka skoczyli na smoki, ale byli za daleko i zanim dolecieli, chłopak już leżał w śniegu na plaży. Jako pierwsza dopadła go Heather, rzuciła się na kolana obok niego i zaczęła nim potrząsać.

- Nie rób mi tego... - jęknęła błagalnie. - Obudź się...

Chłopak powoli otworzył oczy.

- Ty weź nie odwalaj nam tu kity - odezwał się Mieczyk.

- Przecież nie odwalam - odezwał się poszkodowany i wstał, ale zachwiał się.

- Nic ci nie jest? - spytał Czkawka, zawsze się przejmował, jeśli coś się stało przyjaciołom.

- Nic, tylko jestem trochę... skołowany. Na tym śniegu ląduje się miękko jak na poduszce - zaśmiał się. - AUA! - wrzasnął, kiedy Heather trzepnęła go w głowę. - Za co?

- Masz pojęcie, jak mnie nastraszyłeś?! - warknęła.

- Czyli ci zależy? - uśmiechnął się szelmowsko.

- Co to w ogóle za pytanie?! Oczywiście, że mi zależy! - walnęła go w ramię. - Jak mogłeś zrobić coś tak głupiego i nieostrożnego?! - zaczęła okładać pięściami jego pierś i ramiona.

- Przepraszam - przycisnął ją do siebie, obejmując mocno. Nawet się nie wyrywała, tylko wtuliła się mocniej, zaciskając dłonie na ubraniu chłopaka.

- Nigdy więcej mi tak nie rób.

- Nie zrobię, obiecuję - spojrzał na nią i z lekkim zaskoczeniem dostrzegł spływające po policzkach pojedyncze łzy. - Co jest?

- Wystraszyłeś mnie. Przez chwilę myślałam, że cię straciłam - wyznała cicho. Zupełnie zapomnieli, że nie są tu sami.

- Wybacz. Naprawdę nie chciałem - otarł kciukami jej łzy. - Chciałem tylko w końcu zwrócić twoją uwagę.

- Nie musisz się rzucać z klifu i ciągle mnie ratować, żeby to zrobić - zaśmiała się, choć jej oczy ciągle błyszczały i nowe łzy spływały po policzkach.

- To co mam zrobić, żeby cię zdobyć?

- Już nic... już dawno mnie zdobyłeś - wyszeptała, przybliżając się do niego. Ponownie otarł jej łzy i przyciągnął ją do siebie delikatnie, całując lekko. Oddała pocałunek, ale z pasją i tęsknotą, obejmując dłońmi jego szyję.

- To jak będzie? - odsunął się na tyle, żeby móc mówić. - Zostaniesz moją dziewczyną? - spytał z nadzieją.

- Pewnie - uśmiechnęła się szeroko i już miała ponownie go pocałować, gdy jej stopy znalazły się w powietrzu. Chłopak z radości porwał ją na ręce i obrócił się kilka razy wokół własnej osi. - Puść mnie, wariacie! - pisnęła ze śmiechem. - Dopiero zleciałeś z klifu - przypomniała mu, trzepiąc go w ramię, gdy już ją odstawił.

- Nic mi nie jest - mruknął, tym razem pozwalając się pocałować.

Kilka dni później, na święcie Snoggletogga wystąpili już jako oficjalna para.

- Ciekawy pomysł.
- Nie przeczę.
- Bo twój. Mam jednak wrażenie, że nie skończyłaś całkowicie.
- O, jednak wychwyciłeś sugestię.
- Że lubisz gadać? To wiem od dawna.
- To nie derpuj, tylko słuchaj.

Miłość rośnie wokół nas [7]

dedykacja standardowo dla Kimiko za bazę opka
i dla Nati za pomysł ratujący życie C:

Miłość rośnie wokół nas
W spokojną, jasną noc.
Nareszcie świat zaczyna w zgodzie żyć
Magiczną czując moc

Odkąd Smark odpuścił podrywanie Szpadki i zajął się Heather, Śledzik czuł, jakby dostał od niebios szansę. Wreszcie nie musiał z nikim rywalizować o względy dziewczyny i miał ją całą tylko dla siebie. No, może nie do końca. Była bowiem jedna, dość spora przeszkoda, która zwała się "Mieczyk"...

Z nieznanych powodów nagle zrobił się bardzo zazdrosny, wręcz zaborczy. Gdy widział, że choćby rozmawia z jakimś chłopakiem, odciągał ją siłą pod byle jakim pretekstem. Powoli sama Szpadka zaczynała mieć tego dość, nie mówiąc już o chłopakach, drżących ze strachu przed Mieczykiem. Był tak nieprzewidywalny, że nawet ci, co się go nie bali, woleli nie sprawdzać do czego jest zdolny, głównie z obawy przed wodzem, w skrajnych przypadkach przed jego ojcem. Przyjaciele Czkawki byli traktowani nieco inaczej niż większość mieszkańców. To znaczy, że każdy chciał się z nimi kumplować, ale i każdy bał się im podpaść. Dlatego bliźniaczka Thorston mogła obserwować malejące zainteresowanie swoją osobą, wielu adoratorów nagle się ulotniło i choć rzucali dyskretnie tęskne spojrzenia, mało który odważył się zagadać, a jeśli już, to znikali jak tylko na horyzoncie pojawiał się brat dziewczyny.

W nieco lepszej sytuacji był Śledzik. Przyjaciele spędzali razem przynajmniej jeden dzień w tygodniu, a Mieczyk tak się nie rzucał, jeśli któryś z chłopaków rozmawiał z jego siostrą. Czkawka był zaręczony, a Sączysmark zainteresowany inną, więc nie byli zagrożeniem. Śledzik się jakoś... prześlizgiwał. Jeśli zdarzyło mu się porozmawiać ze Szpadką w towarzystwie reszty paczki, uchodziło mu to na sucho, tym bardziej, że nie próbował rozmawiać z nią w cztery oczy, no i niezbyt mieli o czym rozmawiać. To sprawiało, że Mieczyk czuł się spokojniejszy o siostrę.

Mijały dni. W zasadzie nic ciekawego się nie wydarzyło, nie licząc drobnego incydentu. Otóż pewnego dnia, Sączysmark przyszedł do Szpadki po radę w sprawie Heather, gdy przyłapał ich Mieczyk. Smark prawie stracił zęby, ale w porę zdołał wytłumaczyć, że przychodzi po pomoc. Kumpel z początku nie chciał w to wierzyć, ale w końcu dał się przekonać. Nawet taki tępak w końcu musiał zauważyć, że Jorgenson naprawdę nie jest zainteresowany jego siostrą i kruczowłosa piękność całkowicie zawładnęła jego sercem. To go uspokoiło, a Szpadka podzielała jego zdanie. Była zadowolona, że chociaż jeden dał jej spokój, no i nie prowokował jej brata.

W końcu Smark osiągnął cel. Swoim uporem i wieloma próbami zdobył serce Heather, a ostatecznie stało się to w Snoggletogg. Wtedy bliźniaczka Thorston poczuła ukłucie zazdrości. Mieli w paczce już dwie szczęśliwe pary, a ona nie należała do żadnej z nich. Udawała, że nie obchodzi ją nic co się działo dookoła, a liczy się tylko miód i wino w jej kubku. Starała się nie zwracać uwagi na Czkawkę i Astrid bawiących się z pisklętami Wichury, a chwilę później wyciągających z dłoni Czkawki drobne kolce jednego z maluchów i Heather, wybuchającą głośnym śmiechem, gdy jedno z dzieci Hakokła podpaliło się na kolanach Sączysmarka. Nagle coś szturchnęło ją w ramię, spojrzała więc na miejsce obok siebie. Jedno z piskląt Sztukamięs próbowało wcisnąć się pod jej rękę, szukając czułości. Patrzyła chwilę na smoczka i po chwili namysłu jak gdyby nigdy nic wzięła go na kolana. Maluch zwinął się w kłębek, pomrukując radośnie, gdy podrapała go pod szyją.

Tymczasem Śledzik, który jak zwykle miał świra na punkcie pisklaków, wpadł w panikę, gdy nagle jednego zabrakło. Przeliczał je kilkanaście razy i już miał ruszać na poszukiwania, gdy dostrzegł zgubę. Odetchnął z ulgą i usiadł obok Szpadki.

- To chyba twoje - odezwała się, wskazując na pisklaka, który ani myślał się ruszać.

- Ściślej mówiąc, Sztusi...

- Ale ty się nimi opiekujesz - przewróciła oczami.

- No... ja - przyznał, zaskoczony, że na to nie wpadł. - Chyba cię polubił.

- Na to wygląda.

Zapadła między nimi cisza, dość niezręczna. Nagle rozległa się muzyka, oznajmująca nadejście kolejnej części święta, na którą szczególnie czekały dzieci: zaczęły się tańce. Mężczyźni prosili swoje żony, chłopcy próbowali szczęścia u dziewcząt, a młodsze dzieci tańczyły razem. Oczywiście tymi, którzy przodowali, byli rodzice Czkawki. Tak szczęśliwego Stoicka pamiętali tylko ci, którzy znali go w czasach sprzed porwania Valki. Uwielbiali tańczyć, a ich energia udzielała się innym, w pewnej chwili nawet ich syn zdecydował się wstać, podać rękę swojej drugiej połówce i pociągnąć ją do tańca. O dziwo, był z niego świetny tancerz, ruszał się lepiej niż niejeden z dwoma nogami. Bardzo wdał się w rodziców, nawet Astrid czuła się przy nim nieśmiało. Znów wszystkich zaskoczył.

- Słuchaj... tak sobie pomyślałem, że może... - Szpadka odwróciła głowę i spojrzała na Śledzika jakby zaskoczona samym faktem, że w ogóle jeszcze tu jest, a do tego ma czelność do niej mówić.

- Że co?

- Że może mogłabyś... znaczy ja chciałbym...

- Zatańczyć? Chętnie - wpadła mu w słowo, zanim zdążyła ugryźć się w język. Zganiła się w duchu za to zachowanie. Dopiła resztę miodu i pomyślała, że to pewnie wina alkoholu. Niestety, nie mogła się wycofać, więc zdjęła pisklaka z kolan i wstała. - No idziesz? - spytała, chcąc to mieć jak najszybciej za sobą.

Postarała się, żeby znaleźli się w miarę możliwości jak najdalej od jej brata i wtedy ze zdziwieniem przekonała się, że może jednak zbyt pochopnie oceniała Śledzika. Nie radził sobie w tańcu tak świetnie jak Czkawka, ale nie był też beznadziejny, gorszy od dobrych, ale lepszy niż by się można po nim spodziewać. Dodatkowo wypity alkohol sprawiał, że prawie nie zauważała tego, co robił źle, więc dla niej tańczył wręcz idealnie. Po kilku takich tańcach, znów odważył się odezwać.

- Dobrze tańczysz.

- Ty też, jak na kogoś takiego.

- To znaczy?

- No wiesz, tak... wielkiego.

- Dzięki.

- Nie ma za co - uśmiechnęła się. Omal serce mu nie wyskoczyło, tak podobał mu się jej uśmiech.

- Słuchaj, pomyślałem sobie, że może... moglibyśmy spróbować... wiesz...

- Nie wiem.

- Oj no skoro Astrid i Czkawka są razem, Heather i Sączysmark jakimś cudem też, to może i my byśmy mogli...

- Nie - sprzeciwiła się ostro. - Nie jestem aż tak pijana, żeby się zgodzić na takie szaleństwo. Po prostu odpuść sobie - spojrzała na niego gniewnie i szybko wyszła z Twierdzy, zostawiając chłopaka między tańczącymi parami.

Odrzucała go pół roku. Nawet Mieczyk odpuścił, widząc, że siostra naprawdę nie jest zainteresowana żadnym randkowaniem z ich przyjacielem. I podczas gdy jej wiodło się coraz gorzej, szczęśliwe pary nie miały tego problemu, wręcz przeciwnie. Któregoś dnia, dziewczyny umówiły się na piżamową imprezę u Astrid, z racji tego, że coraz częściej Heather nocowała u swojego chłopaka. Miały się spotkać już rano, żeby wszystko przygotować i Szpadka przyszła o umówionej porze, natomiast trzecia z dziewcząt gdzieś się zawieruszyła. Gdy wreszcie się pojawiła, było niemal południe.

- Mmm, co to za mina? - Astrid skrzyżowała ręce, patrząc na przyjaciółkę i ledwo powstrzymując uśmiech.

- Jaka mina? Nie mam żadnej miny - kruczowłosa speszyła się i nerwowo odgarnęła kosmyk włosów za ucho.

- Mina bezgranicznego szczęścia. Można wiedzieć, gdzie to się podziewałaś do tej pory?

- Co najmniej od godziny na ciebie czekamy - dorzuciła Szpadka.

- Właśnie.

- Więc wyobraź sobie, że nie tylko ty miałaś wczoraj randkę - Heather oparła ręce na biodrach.

- Randkę? Już ty dobrze wiesz, jak te nasze randki wyglądają - odparła narzeczona wodza.

- No i?

- Jak to "no i?"? Chyba nie powiesz mi, że... - urwała, patrząc na nieumiejętnie skrywany szeroki uśmiech przyjaciółki.

- Może trochę nas wczoraj poniosło...

- No i? - tym razem Szpadka chciała przyspieszyć rozmowę.

- No i... tak jakby... No poszliśmy do łóżka, no - wyznała, nie mogąc znieść pełnego napięcia wzroku Astrid.

- Serio? - bliźniaczka nie kryła zaskoczenia. - I jak było?

- Fajnie, nawet bardzo fajnie. Na początku dość nieciekawie, ale szybko się rozkręciliśmy.

- To gratuluję! - przyjaciółki uściskały się.

- Tak, cieszymy się - ton Szpadki był totalnym przeciwieństwem jej słów.

- Opowiadaj - zarządziła Astrid.

- Serio? Musisz? - bliźniaczka nie podzielała tego entuzjazmu.

- Znalazłabyś sobie jakiegoś faceta, a nie tylko jojczysz - wojowniczka przewróciła oczami.

- Właśnie - zawtórowała Heather.

- Łatwo wam mówić - fuknęła Szpadka.

- Jeszcze nie tak dawno mój chłopak próbował zdobyć ciebie. A teraz co, nagle jak jest zajęty, to zmieniłaś co do niego zdanie?

- Bo się zmienił.

- Ja go zmieniłam. Więc jest mój. A ty nawet nie waż się o nim myśleć - ostrzegła.

- To co mam zrobić? Chodzić z tym kujonem?

- Przesadzasz - skrzywiła się narzeczona wodza. - Śledzik nie jest taki zły. Opiekuńczy, miły, inteligentny...

- Tchórzliwy, słaby, kujonowaty.

- Z takim podejściem za wiele nie zwojujesz.

- A może ja nie chcę wojować?

- Jak dotąd tylko on się nie poddał, mimo zachowania twojego brata - wtrąciła się Heather.

- No właśnie, nie zapominajcie o tym, co odstawia Mieczyk.

- Przecież ty nigdy nie chciałaś się podporządkowywać, jeśli coś ci nie pasowało - Astrid zmrużyła oczy.

- No... nie chciałam... - przyznała. - I nadal nie zamierzam.

- Czyżby? Pokazujesz coś dokładnie odwrotnego - kruczowłosa zrozumiała zamiary przyjaciółki.

- Wcale nie. Mogę wam w każdej chwili udowodnić, że gdybym chciała z nim chodzić, nawet Mieczyk by mnie nie powstrzymał.

- Więc udowodnij.

Następnego dnia, Szpadka nie mogła przestać myśleć o tym, w jaki sposób ma się pozbyć ingerującego w jej życie brata. Najprościej było po prostu codziennie się z nim bić i robić mu na złość. Gdy tak szła przez wioskę, zauważył ją Śledzik.

- Nie miałabyś ochoty wybrać się na spacer? - zawołał, podbiegając do niej.

- A wiesz, że chętnie? - odpowiedziała po krótkiej chwili namysłu. Poprzedniego wieczora dziewczyny pouczyły ją co nieco w kwestii postępowania z chłopakami i właśnie nadarzyła się okazja, żeby wszystko przećwiczyć i wypróbować.

- N-naprawdę? - chłopak aż nie dowierzał własnemu szczęściu.

- No przecież mówię.

- W takim razie chodźmy.

Nawet jeśli Mieczyk ich widział, nie zareagował. Przez kilka kolejnych dni, sytuacja się powtarzała. Dziewczyna przyjmowała wszystkie zaproszenia i prezenty, nie obraziła się nawet kiedy dostała kwiaty, na które była uczulona. Śledź był coraz szczęśliwszy, natomiast brat dziewczyny coraz bardziej zasępiony. W końcu znów zaczął ingerować w relację siostry z chłopakiem, ale to nie było takie łatwe. Stawiała większy opór niż dotychczas, jakby bardziej jej zależało. A odkąd oficjalnie zostali parą, wybuchła wojna. Batalia trwała kilka tygodni, im bardziej Mieczyk próbował zniszczyć ten związek, tym bliżsi sobie byli zakochani. W końcu znalazł coś, co zapewniło mu zwycięstwo.

Na zajęcia w Akademii przybył ostatni, ale trudno mu się dziwić. Ostatnimi czasy unikał spotkania z przyjaciółmi, którzy popierali związek jego siostry, wyjątek robił dla Sączysmarka, którego naprawdę nie obchodziło z kim Szpadka się spotyka. W kwestii dziewczyn był wpatrzony tylko w swoją jedyną. A w przeciwieństwie do Czkawki miał czas, który mógł poświęcać kumplowi, więc Mieczyk nie czuł się całkiem osamotniony. To jednak było co innego niż spotkanie z całą grupą, na które właśnie zmierzał, choć tym razem był przygotowany i solidnie uzbrojony.

- Znowu chcesz się bić? - spytała Szpadka, widząc pewność siebie i wojowniczą postawę brata.

- Tym razem nie muszę się bić. Zwycięstwo mam w kieszeni - oświadczył.

- O czym ty mówisz?

- O tym, że jesteś podstępną i kłamliwą żmiją. Robisz to wszystko tylko po to, żeby zrobić mi na złość. Zadajesz się z nim, żeby mnie wkurzyć - wskazał Śledzika.

- Co ty gadasz?! To nieprawda!

- Czyżby? - rzucił jej coś pod nogi. Pamiętnik. Otwarty dokładnie na stronie, na której opisała wszystko, co przed chwilą powiedział. Zaniemówiła. Wiedziała, że jest pokonana.

- Jak śmiałeś w ogóle go tknąć?! - wrzasnęła w końcu, czerwieniąc się ze złości i zakłopotania.

- Leżał otwarty na stole, to zajrzałem z ciekawości.

- Więc to prawda? - spytał Śledzik, łamiącym się głosem. Wyglądał jakby nagle się zmniejszył.

- Nie! - zaprzeczyła gwałtownie Szpadka.

- Tak! - odezwał się Mieczyk. - Poczytaj sobie, tam jest wszyst-

Nie zdążył dokończyć, bo w tym momencie siostra rzuciła się na niego i przyłożyła mu pięścią w nos, po czym zaczęła go okładać.

- Lepiej nie - Astrid szybko podniosła pamiętnik, po który sięgał Śledzik i zatrzasnęła go. - Nie powinieneś tego czytać, dla własnego dobra - powiedziała cicho i łagodnie położyła dłoń na jego ramieniu.

- Wcale nie chciałem - mruknął niezbyt przekonująco. Powlókł się w stronę wyjścia, kompletnie załamany.

- Szkoda mi go - Heather patrzyła za chłopakiem.

- Jak dla mnie jest sam sobie winien - odparł Sączysmark. - Mówiłem mu, żeby nie robił sobie zbytniej nadziei, bo w końcu Szpadka wywinie mu jakiś numer i będzie płacz.

- Powinien był posłuchać - zauważył Czkawka. - W końcu kto jak kto, ale Smark dobrze zna bliźniaki i wie, czego się po nich spodziewać.

- To co zrobimy? - kruczowłosa spojrzała po przyjaciołach.

- Nic - odezwała się Astrid. - Nie będziemy się mieszać.

To jednak niezbyt się jej udało. Jeszcze tego samego wieczora zastała w swoim domu Szpadkę, opróżniającą kubek wina.

- Nawaliłam, wiem - jej stan wskazywał, że nie był to pierwszy kubek.

- Powiedziałabym nawet, że na całej linii - zgodziła się wojowniczka, siadając obok. - I co z tym zrobisz?

- W ogóle coś mogę?

- Nawet musisz. Mocno go zraniłaś.

- Nie chciałam... Miał się nigdy nie dowiedzieć.

- Chciałaś go tak okłamywać?

- A miałam inne wyjście?

- Wiesz dlaczego mi i Czkawce tak dobrze się układa? - spytała, choć wiedziała, że przyjaciółka nie zna odpowiedzi. - Dlatego, że umiemy ze sobą rozmawiać. Jesteśmy szczerzy, zwłaszcza jeśli coś się nie układa.

- Ale jak mu mówiłam, że nie chcę z nim być, to nie słuchał.

- Gdybyś nie chciała, nie byłoby cię tu. Chcesz wiedzieć jak to wszystko naprawić i spróbować go odzyskać. Mam rację?

Wiedziała, że ma. Znały się praktycznie od urodzenia i choć nigdy nie były ze sobą zbyt blisko, rozumiały się. To była jedna z rzeczy, której Heather nie mogła pojąć, była bardzo zżyta z Astrid, a czasem to Szpadka lepiej wiedziała, o co jej chodzi.

- Napij się ze mną - padła odpowiedź.

- Już chyba ci wystarczy.

- Proszę...

- Alkohol nie rozwiąże twoich problemów.

- Astrid, nie chcę rozwiązywać problemów, chcę o nich zapomnieć. Podobno czas leczy rany.

- W sumie racja.

Kiedy Heather wróciła późnym wieczorem mocno się zdziwiła widokiem Szpadki, która spała na futrze przy palenisku.

- Widzę, że ominęła mnie niezła impreza...

- Daj spokój - mruknęła Astrid, kierując się do siebie. - W ogóle to myślałam, że nie będzie cię całą noc.

- Tak wyszło, że jednak nie. Co zamierza zrobić?

- Na razie upiła się i o wszystkim zapomniała. Jutro będzie miała kaca i pewnie dopiero za kilka dni zbierze się w garść i porozmawia z nim.

- Nie powinna zrobić tego od razu?

- Kobieto, życie jej się posypało. Nie da rady. Zresztą pewnie Śledź nie będzie chciał jej wysłuchać, albo jej nie uwierzy. Trzeba będzie z nim pogadać.

- Mówiłaś, że mamy się nie mieszać.

- Mówiłam. Ale to było zanim Szpadka wszystko mi powiedziała.

- A co powiedziała?

- Że faktycznie, początkowo chciała zrobić na złość bratu, ale z czasem jej przeszło i naprawdę się zakochała. Mówiła, że mieliśmy rację, a ona była zbyt głupia i ślepa, żeby to zrozumieć. Traci takiego fajnego faceta przez własną głupotę.

- Nie dziwię się, że jest załamana.

- No nie? Dobra, lepiej się wyśpijmy. Coś czuję, że czeka nas niełatwy ranek.

W istocie. Szpadka obudziła się z gigantycznym wręcz kacem, adekwatnym do ilości procentowych trunków, spożytych poprzedniego wieczora. Po długich narzekaniach i utyskiwaniach, wreszcie udało się jakoś ją ogarnąć. Można więc było ją zostawić i pójść na naradę, którą dziewczyny zwołały w domu Czkawki.

- Jesteśmy w komplecie, czy czekamy na kogoś? - spytał Smark, gdy dołączył do nich Czkawka.

- Nie, wszyscy są - odpowiedziała Heather. W naradzie uczestniczyła tylko ta część paczki, która nie była bezpośrednio związana ze sprawą.

- To co chciałyście? - wódz usiadł na łóżku i ściągnął protezę. Wyraźnie noga mu dokuczała.

- Przemyślałam sprawę i zdecydowałam, że jednak musimy się wmieszać - oświadczyła Astrid.

- Dopiero mówiłaś, żeby się nie mieszać - Sączysmark popatrzył na przyjaciółkę, a potem na swoją dziewczynę. Na twarzy miał wyraz kompletnego niezrozumienia, zresztą jak to on.

- Wiem, ale sprawa jest dość poważna. Generalnie wszystko, co Mieczyk powiedział o pamiętniku, to prawda... ale i nieprawda.

- Jaśniej można?

- No... - westchnęła. - To była prawda parę tygodni temu. Początkowo rzeczywiście robiła to wszystko na złość bratu, ale potem się zmieniła. Zakochała się.

- A co my mamy do tego?

- Chcesz, żebyśmy pogadali ze Śledzikiem i mu to powiedzieli - bardziej stwierdził niż spytał Czkawka.

- Zasadniczo... tak - Heather skinęła głową.

- Mowy nie ma - wódz skrzyżował ręce.

- Kotek... - spróbowała Astrid.

- Nie. Szpadka narobiła bałaganu, a my mamy za nią sprzątać?

- Jak tak na to spojrzeć, to rzeczywiście lepiej się nie mieszać - przyznał Sączysmark.

- Po czyjej ty jesteś stronie? - Heather spojrzała na niego z oburzeniem.

- Po tej, która ma rację, oczywiście.

- Czyli się zgadzasz?

- Słońce, tym razem wyjątkowo to on ma rację - wskazał na przyjaciela.

- Dobrze wiecie, że jej nie uwierzy - wtrąciła Astrid.

- Trudno - Czkawka rozłożył ręce. - Kochanie, ja wiem, że chcesz dobrze, ale wierz mi, gdybyś to ty mnie okłamała, nie miałbym ochoty słuchać co inni mają do powiedzenia - włożył protezę z powrotem i wstał.

- Czyli narada skończona? - ucieszył się Smark.

- My jeszcze zostaniemy - blondynka spojrzała gniewnie na narzeczonego.

- Nie zostaniemy. Nie przekonasz mnie do swojej racji. Wiem, jak Śledzik może się czuć i wiem też, że powinniśmy dać szansę Szpadce. Niech sama spróbuje naprawić co zepsuła, może jednak jej uwierzy?

- Kotek...

- Powiedziałem: nie. Astriś, daj im czas - pochylił się i pocałował ukochaną. - Zobaczysz, będzie dobrze - uśmiechnął się i wyszedł.

Wiedział co mówi. Jednak o ile Astrid odpuściła w kwestii Śledzika, o tyle Szpadce nie zamierzała. Dość dobitnie wyrażała swoje zdanie na temat jej zachowania i udzielała rad, czy raczej nakazów dotyczących tego, co z tym zrobić. Skutek był taki, że bliźniaczka uciekła na kilka dni do jaskini, w której kiedyś chowali się z bratem. Była jednak świadoma faktu, że nie może ukrywać się wiecznie i w końcu wyszła. I chociaż Astrid dała jej spokój, to nie był koniec. Wreszcie musiała zrobić to, przed czym do tej pory uciekała.

- Możemy pogadać? - odezwała się cicho, wchodząc nieśmiało do pokoju.

- Nie mamy o czym - Śledzik jak zwykle trzymał nos w książkach, ale tym razem nie sprawiało mu to przyjemności.

- Słuchaj, nie chciałam, żeby tak to wyszło. Przepraszam. Rzeczywiście na początku spotykałam się z tobą na złość bratu, ale potem to się zmieniło. Ja się zmieniłam. Naprawdę mi zależy.

- Zależy? Niby na czym, na nas? Nie ma żadnych nas i nigdy nie było.

- Nie mów tak... Ja naprawdę chcę z tobą być.

- Kłamiesz. To wszystko nic dla ciebie nie znaczy.

- Właśnie, że znaczy i to bardzo dużo.

- Nie wierzę ci.

- To daj znać jak uwierzysz - odwróciła się i wyszła. Spodziewała się, że pobiegnie za nią, ale nic takiego się nie stało. Jakby nie zwrócił uwagi, że wyszła.

Minęło kilka ciężkich dni. Zarówno Szpadka, jak i przyjaciele, powoli tracili nadzieję, że cokolwiek z tego będzie. Nawet niespecjalnie się dziwili, w końcu ostro narozrabiała i była sama sobie winna. I chociaż takie zachowanie było zupełnie niepodobne do Śledzika, rozumieli go. Spodziewali się jednak, że to nie będzie trwać wiecznie. Nie mylili się.

- Przepraszam - powiedział któregoś dnia, wprawiając Szpadkę w totalne osłupienie.

- Ty przepraszasz? Przecież to ja nawaliłam.

- Ale powinienem był ci uwierzyć. Powinienem wybaczyć.

- Nie musisz mi wybaczać. Zasłużyłam sobie.

- Ale chcę. Postanowiłem dać ci drugą szansę.

Rzuciła się na niego z taką siłą, że omal się nie przewrócił. Przytuliła się mocno, jakby nie wierzyła we własne szczęście i w to, że jej wybaczył.

- Nie zmarnuję jej. Obiecuję.

- O ile się nie mylę, został jeszcze ktoś.
- Racja, nie mylisz się.
- Super, jeszcze jedna opowieść.

Pytam się gwiazdy... [8]

Długo to trwało, ale lepiej późno niż wcale.

Za oknami dawno zapadł już zmrok, a Mieczyk leżał w łóżku wpatrując się w sufit. Nie mógł uwierzyć, że siostra tak po prostu go zostawiła, że tak podle go oszukała. Choć z drugiej strony sam nie pozostawał bez winy. Również miał swoje sekrety i mimo iż wiedział, że nie utrzyma ich przez wieczność, to jednak miał nadzieję, że w końcu nadejdzie ten odpowiedni moment i będzie mógł o wszystkim powiedzieć. Pozbyć się tego ciężaru, który od dłuższego czasu nie dawał mu spokoju.

- Nie śpisz jeszcze? - usłyszał nagle.

- Myślę - mruknął. - Zastanawiam się, co by zrobiła moja siostra, gdyby się o nas dowiedziała.

- A co by miała zrobić? Raczej by cię nie zabiła chyba, nie?

- No nie wiem... Z nią to nigdy nic nie wiadomo.

- Ta, no niby trochę racji masz.

Jego druga połówka przewróciła się na drugi bok, przytulając się do niego. W zamyśleniu niemal tego nie zauważył.

- Ale kiedyś będziemy musieli powiedzieć. Nie możemy się wiecznie ukrywać.

- No dobrze, ale nie tak od razu. Co, mam podejść do twojej siostry i powiedzieć: "Hej, wiesz, spotykam się z twoim bratem".

- Może ciebie by nie zabiła.

- To był sarkazm.

- Wiesz, że ja tego nie łapię. Poza tym mówiłem poważnie.

- No i ja też. Nie powiemy jej tak po prostu. Musimy trafić na odpowiednią okazję.

- Trafić? To może się nigdy nie zdarzyć.

- Za to wiem co może...

- Nie no, daj spokój. Przestań mnie rozpraszać, muszę pomyśleć - dłonie i usta, które czuł na swojej skórze, skutecznie zaburzały prawidłowy tok myślenia.

- Ja cię nie rozpraszam, chcę tylko sprawić ci przyjemność.

- No weź... Eret...

- Zamknij się i wyluzuj - mruknął, a jego pieszczoty się wzmogły, wypędzając wszelkie myśli z głowy jego chłopaka.

Czujecie się dość strollowani?
To zapraszam na właściwe opko :D
Zakładając, że nie wyłączyliście bloga xD
Tak, uwielbiam was torturować C:
PS Pozdrawiam Lisiczkę C:

Pytam się gwiazdy, co drogę wskazać błądzącym miała
Czemu ze wszystkich pragnień na świecie to ty mnie wybrałaś.
Gwiazda, co w rzece wciąż się przegląda, też tego nie wie
Czemu ze wszystkich pragnień na świecie wybrałem ciebie.

Stoick z Valką jedli już śniadanie, kiedy młodzi wreszcie zeszli z góry.

- O, są i nasze gołąbki - mruknął ojciec wodza.

- Tata... - Czkawka przewrócił oczami i objął ukochaną od tyłu, opierając brodę na jej ramieniu.

- Daj im spokój, Stoick - zaśmiała się Valka. - Są młodzi, zakochani... My też tacy byliśmy w ich wieku.

- Jasne. Czytaj - wręczył synowi jakieś pismo.

- Propozycja oficjalnego sojuszu? - chłopak przebiegł wzrokiem tekst.

- Od jednego z wodzów, którego poznałem na którymś zjeździe.

- Ale zobacz jak to daleko - Astrid wskazała palcem fragment listu.

- Lecimy tam? - Czkawka spojrzał na ojca.

- Ja lecę. Chcę się spotkać z dawnym znajomym. A ty jak chcesz.

- Nie bardzo... Mam dużo pracy tu na Berk, nie mam czasu na takie podróże.

- No to nie. W razie czego masz kilka dni na zastanowienie się.

Parę dni później nadeszła pora odlotu. Czkawka nie zmienił zdania, więc Stoick sam poszedł do stajni, żeby wziąć Czaszkochrupa. Smok jednak nie wyglądał najlepiej. Valka zbadała go i stwierdziła niegroźną, choć zaraźliwą chorobę. Orzekła, że powinien zostać w domu, żeby jej nie roznieść, w związku z czym Stoick musiał płynąć statkiem. Tak więc wszystko zostało przeogranizowane, a niezbyt zachwycony były wódz udał się do portu i odpłynął.

Po mniej więcej dwóch godzinach drogi usłyszał jakieś odgłosy pod pokładem, więc zszedł ostrożnie na dół w celu zbadania ich źródła. Gdy tylko je odkrył, stanął jak wryty.

- Mieczyk? - spytał zaskoczony. - A co ty tu robisz?

- Jem, a co? - chłopak jadł sobie w najlepsze zapasy, które Stoick planował wykorzystać przez całą podróż.

- Poza tym, że to moje jedzenie? Wynoś się stąd!

- Chętnie, tylko widzisz, wodzu... tak jakby jesteśmy na morzu...

Stoick westchnął i wyszedł z zamiarem zawrócenia statku.

- Wracamy na Berk - mruknął. Szkoda mu było marnować czasu, ale z drugiej strony towarzystwo Mieczyka zdecydowanie nie było jego wymarzonym.

- Nie chcę.

- Nie obchodzi mnie to, mam do załatwienia ważną misję dyplomatyczną. Ostatnie czego mi potrzeba, to ty i twoje skłonności destrukcyjne.

- Bez Szpadki to już nie to samo - mruknął chłopak, wyraźnie przybity.

- A co się stało? - zainteresował się. - Przecież zwykle jesteście nierozłączni.

- Znalazła se chłopa, to już mnie nie potrzebuje. W sumie to i dobrze, ja też jej nie potrzebuję.

- Jak uważasz. Ale wiedz, że będzie lepiej jeśli wrócimy. Siostra na pewno będzie się martwić, wasi rodzice tak samo. Że o przyjaciołach nie wspomnę.

- Niech się martwią, to nie mój problem - chłopak skrzyżował ręce. - Ja nie mam zamiaru wracać.

- Jeszcze zatęsknisz za rodziną, gwarantuję ci to.

Mieczyk nie odpowiedział, tylko położył się wygodnie, patrząc w niebo. W tym momencie był przekonany, że nigdy nie zatęskni za siostrą, której przecież już nie miał. Stracił ją na rzecz chłopaka i choć uciekł tuż po tym jak ujawnił jej pamiętnik, czuł w kościach, że i tak się nie rozejdą. Śledzik był za miękki, żeby tak po prostu zerwać ze Szpadką, nawet jeśli mocno go zraniła. A to niestety oznaczało, że on zostawał sam. Nic dziwnego, że nie miał ochoty wracać na Berk. Wolał już monotonną podróż i towarzystwo ojca wodza.

Stoick za to musiał przyznać, że mylił się nieco w kwestii Mieczyka. Nawet trochę więcej niż "nieco". Chłopak naprawdę się starał i pomagał przez cały rejs. Trochę wypytywał o cel, czas i miejsce podróży, ale przynajmniej nie było cicho i nudno. Zresztą kiedy chciał, potrafił słuchać, a emerytowany wódz lubił opowiadać. Wprawiał się, by być gotowym przed pojawieniem się wnuków, które miał nadzieję ujrzeć w przeciągu najbliższych kilku lat. Wiedział, że synowi niespieszno do ojcostwa, ale pamiętał jak sam się zachowywał w jego wieku. Był zatem przekonany, że kiedy Astrid zajdzie w ciążę, Czkawka zmieni zdanie i wychowa dziecko jak najlepiej. A potem się przekona i popracuje nad kolejnymi.

Po wielu dniach żeglugi, ujrzeli wreszcie na horyzoncie zarys wyspy. Mieczyk znacznie się ożywił, był bardzo ciekawy, co ich spotka na tej wyspie. Może i nie miał dziewczyny, ale przeżywał jakąś przygodę i będzie co opowiadać. Gdyby miał, na pewno nie pozwoliłaby mu płynąć. Zresztą pewnie by nie chciał. Wolałby być z nią niż wypływać w nieznane, tak daleko od domu. A teraz nie miał nic do stracenia i był nawet ciekawy, co znajdą na tej wyspie. Odkąd Czkawka został wodzem, przestali odkrywać nowe miejsca i prawie zapomnieli, jakie to fascynujące. Kiedy przybijali do brzegu, uwijał się przy robocie, żeby tylko jak najszybciej zejść na ląd.

Wyspa była większa od Berk i znacznie bardziej górzysta. Wioska rozciągała się pomiędzy dwoma bliźniaczymi szczytami. Domy tworzyły istny labirynt pnący się na zbocza gór, wystarczyła chwila nieuwagi, by się w nim zgubić. Miało to jednak swój urok, zwłaszcza, gdy oglądało się panoramę z poziomu portu, położonego u stóp obu gór. Otaczający wieś gęsty las przywodził nieco na myśl krajobrazy Berk, brakowało jedynie poszarpanych skał i malowniczych klifów. Rodoh niezwykle zaintrygowała Mieczyka, była tak podobna do domu, a zarazem tak inna. Miał wrażenie, że mógłby podziwiać ją godzinami, ale tutaj wszystko było nowe i nieznane, opanował go więc zupełnie inny rodzaj zachwytu niż ten, którego doświadczał na rodzinnej wyspie.

- Witaj, stary druhu - wódz uśmiechnął się serdecznie.

- Horest! Miło znów cię zobaczyć - Stoick przywitał się, zszedłszy z pokładu. - Dziękuję ci za zaproszenie.

- Nie masz za co, cieszę się, że je przyjąłeś.

- Mój syn niestety nie mógł płynąć, wiesz jak jest, obowiązki wodza.

- Twój syn jest już wodzem? - tamten wytrzeszczył oczy. - Czekaj, ile on ma?

- Jest dwa lata starszy od twojej córki.

- Na Odyna... Nie potrzebujesz może synowej? - zaśmiał się.

- Nie - odparł Stoick, również ze śmiechem. - Już jest zaręczony.

- Już? Mój nawet o tym nie myśli, że o wodzowaniu nie wspomnę. A jest pięć lat starszy od twojego.

- Co poradzić, młody świata nie widzi poza swoją kobietą, niech się żeni, skoro chce. A że zdrowie już nie takie, to musiał mnie zastąpić.

- Chodź, obgadamy wszystko w domu.

- Byłbym zapomniał. Przywiozłem ze sobą pasażera na gapę, przyjaciela mojego syna. Mam nadzieję, że to nie jest kłopot...

- A skąd, gdzie tam - wódz machnął ręką. - Na naszej wyspie jest dużo miejsca dla wielu gości.

- W takim razie możemy iść.

Ruszyli pod górę. Droga była z pozoru prosta, choć nietrudno zabłądzić w takim labiryncie. Domy wybudowano dość gęsto, żeby zmieściły się na jak najmniejszym terenie, który swoją powierzchnią raczej zniechęcał do osiedlania się. Jednak dla ludzi z klanu Niszczycieli nie było to przeszkodą. Ich lubiący wyzwania przodkowie osiedlili się tu wiele lat temu i obecnie plemię mieszkało na tej wyspie od pokoleń. Jego członkowie zdążyli się już przyzwyczaić do struktury wyspy. Byli oswojeni z tym nieprzyjaznym krajobrazem, nie miał przed nimi tajemnic i nie stanowił zagrożenia. Co innego przybysze z Berk, od tak dawna przemieszczali się głównie na smokach, że ich kondycja zaczęła niedomagać. Czego nie można było powiedzieć o mieszkańcach wyspy.

Kiedy dotarli przed dom wodza, Mieczyk pomyślał, że w trakcie podróży jednak umarł i trafił do Valhalli. Po chwili jednak stwierdził, że to niemożliwe. W jego Valhalli nie byłoby Stoicka i tych wszystkich ludzi. Byłaby za to siostra, za którą wbrew wszystkim zapewnieniom, bardzo tęsknił. Zdecydował w takim razie, że to muszą być jego przywidzenia, bo to przecież nieprawdopodobne, żeby objawiła mu się sama bogini Freya. Przypuszczał nawet, że i ona nie byłaby uosobieniem cudu, który ujrzał.

Dziewczyna była mniej więcej jego wzrostu. Miała idealne ciało w kształcie klepsydry: szczupłe, z lekko zarysowanymi mięśniami, do tego szerokie biodra i krągłe piersi. Jej twarz również była idealna: pociągła, o wysokich kościach policzkowych i spiczastym podbródku. Długie i ciemne rzęsy okalały duże oczy w kształcie migdałów, chłodne i szare jak stal. Gęste, czarne włosy ścięte były do połowy szyi, a na czoło opadała grzywka. To była najpiękniejsza kobieta, jaką w życiu widział. Nawet mimo tego, że była zmęczona, spocona i zaczerwieniona od treningu, który właśnie odbywała.

- Jeszcze raz! - krzyczał umięśniony mężczyzna, który ćwiczył razem z nią. - Ręce wyżej, nogi prosto i celuj lepiej! Lewa! Prawa! Lewa! Lewa! Prawa! Lewa!

- Powiedziałeś lewa! - oburzyła się, gdy zaatakował z prawej.

- Ale wyraźnie dałem ci znak, że zamierzam uderzyć z prawej. Nie skupiłaś się i zbyt łatwo dałaś wyprowadzić się w pole.

- Co wy wyprawiacie?! - wrzasnął wódz, był tak zajęty rozmową ze Stoickiem, że dopiero teraz ich zauważył.

- Trenujemy, a co? - mężczyzna spojrzał na niego, nie przerywając ćwiczeń. - Nie zabraniałeś.

- Ale mówiłem, że spodziewamy się gości!

- Ale nie powiedziałeś kiedy.

- Bo nie wiedziałem! A wy mieliście wszystko przygotować!

- Wyluzuj, ojciec, wszystko gotowe. Na miłość Thora, skup się, Reena! - zawołał, gdy dziewczyna po raz kolejny dała się nabrać na jego sztuczkę.

- Łatwo ci mówić - syknęła, podnosząc się z ziemi. - Ty puszczasz mimo uszu wszystko, co ojciec do ciebie mówi.

- Na polu walki jest znacznie więcej rozpraszających czynników, nie tylko nawijający ojciec. Zachowujesz się, jakbyś pierwszy raz w życiu ćwiczyła.

- Z tym czymś pierwszy - rzuciła drewniany miecz na ziemię. - I na razie mam dość - weszła do domu, w którym uprzednio zniknęli Horest i Stoick, nie zamierzający czekać na rozwój wydarzeń.

- I tak to właśnie wygląda - wódz nalał napitku sobie i gościowi, po czym usiadł przy stole. - Słowo daję, czasem mam ochotę zostawić wioskę Reenie.

- Nie przejmuj się, Czkawka też robi co chce. Ale zmądrzeje, kiedy przyjdzie czas - zaśmiał się Stoick.

- Ja już przestałem w to wierzyć.

- Ty przynajmniej masz jeszcze córkę, jest kogo zrobić wodzem.

- A twoja przyszła synowa?

- Astrid? Prędzej nakłoni Czkawkę niż sama zacznie rządzić.

- Zawsze coś.

Rozmawiali tak do wieczora i nic nie było w stanie im przeszkodzić. No, prawie nic.

- Tato! - wściekła Reena boleśnie uderzyła ojca w ramię.

- No co? - Horest spojrzał na córkę z wyrzutem.

- Kolacja. Ile razy mam was wołać?

- Chyba trochę się zagadaliśmy.

- Trochę?

- No już, młoda, nie wściekaj się tak - Bran poklepał siostrę po ramieniu. - Przecież w końcu usłyszeli.

Dziewczyna prychnęła z niezadowoleniem, ale usiadła do stołu. Posiłek przebiegał w ciszy, wszyscy byli głodni, więc jedli w skupieniu.

- Mam nadzieję, że pamiętasz co jest jutro - odezwała się po jakimś czasie, patrząc na ojca.

- Oczywiście. Chyba... - odpowiedział niepewnie wódz. - Pamiętam, pamiętam - dorzucił szybko, gdy córka posłała mu gniewne spojrzenie. - Chodzi o tradycyjną ucztę na cześć naszych gości, prawda? - upewnił się.

- Oczywiście - fuknęła.

- Jakbym słyszał moją żonę - mruknął Stoick. - Pamięta za mnie o wszystkim.

- Od tego jest żona wodza - odparła Reena.

- Racja. Nie wiem, co bym bez niej zrobił.

Nie odpowiedziała i do końca posiłku panowała cisza. Po kolacji, dziewczyna zajęła się sprzątaniem, a reszta udała się spać. No, z drobnym wyjątkiem.

- Może pomóc? - spytał cicho Mieczyk, nie chcąc przestraszyć zajętej dziewczyny.

- Dam sobie radę - odparła.

- To ja... ten... Mieczyk jestem - wyciągnął rękę.

- Katarina - odparła, wymieniając z nim uścisk dłoni. - Ale wszyscy mówią mi Reena - uśmiechnęła się. To był najpiękniejszy widok, jaki chłopak kiedykolwiek miał okazję oglądać. Kompletnie zapomniał o wszystkim, po prostu stał jak kołek. Patrzył na jej zdecydowane ruchy nie mogąc oderwać wzroku. - Napijesz się czegoś? - spytała w końcu.

- Co? - otrząsnął się z zamyślenia. - J-jasne. W sumie to czemu nie?

- Masz ulubione owoce?

- Ale takie jedne? Bo właściwie to dużo lubię, wiesz, wszystkie są dobre. Ale jak już muszę wybrać, to może jagody? Tak, jagódki są dobre, takie- Może... może sobie zamilknę - ku wielkiemu zdziwieniu zauważył, że rozbawiło ją to. Zwykle dziewczyny się irytowały, gdy tak nawijał, ale ona tylko się uśmiechnęła, przygotowała dwa kubki napoju i usiadła przy palenisku, tuż obok niego. - Dobre - mruknął, gdy spróbował. - Co to?

- Miód - odparła spokojnie.

- Czy ty próbujesz mi wcisnąć jakiś kit? Kochana, ja i moja siostra jesteśmy ekspertami od alkoholi i jestem pewien, że miód tak nie smakuje. W miodzie nie ma jagódek.

- W moim są. A konkretniej ich sok.

- Ty... bardzo sprytnie to wykombinowałaś.

Reena roześmiała się, a Mieczyk wpatrywał się w nią jak w ósmy cud świata. Wiedział już, że nie opuści tej wyspy tak szybko, może nawet w ogóle jej nie opuści?

Na jego szczęście, przybyli na Rodoh w dość niekorzystnej porze roku, tak zwanym sezonie burz. Deszcz praktycznie nie przestawał padać, pioruny waliły raz za razem, nie było nawet mowy o jakiejkolwiek próbie powrotu. Sojusz był podpisany, wszystko ustalone, a możliwości powrotu praktycznie zerowe. Stoick coraz bardziej się denerwował, tęsknił za rodziną i był gotów płynąć w każdej chwili, Horest wciąż musiał mu tłumaczyć, że nawet nie wypłynąłby z portu, tylko roztrzaskałby się o pobliskie skały, a może i nabrzeże. Zaś Mieczyk wręcz przeciwnie, nie palił się do powrotu. Spędzał cudowne wieczory w towarzystwie córki wodza, której opowiadał o Berk, o smokach, o szkoleniu i bez słowa skargi wysłuchiwał jej narzekań na nadopiekuńczego ojca, który od śmierci matki ma paranoję, chłopaków, którzy jej nie szanują, bo obchodzi ich tylko to, że jest córką wodza i na brak jakiejkolwiek swobody życiowej. Okazywał jej uwagę, jakiej od zawsze szukała, a jakiej ojciec i brat nie potrafili okazać. To w nim znalazła oparcie i wiernego słuchacza, nawet jeśli nie do końca ją rozumiał. I z dnia na dzień zakochiwał się coraz bardziej, nic nie mógł na to poradzić. Z przerażeniem myślał o zbliżającym się wyjeździe. Choć dziewczyna uświadomiła mu, że powinien pogodzić się z siostrą, której naprawdę zaczęło mu brakować, wiedział, że jej będzie mu brakować jeszcze bardziej.

Nadszedł w końcu ten nieubłagany dzień, kiedy Stoick postanowił zaryzykować podróż powrotną. Morze było niespokojne, ale niebo wolne od burzowych chmur, choć zasnute warstwą zwykłych. Statek został załadowany i nadszedł czas pożegnań.

- Dziękuję za wszystko - odezwał się Stoick, ściskając przyjaciela.

- To ja dziękuję - odparł Horest. - Mam nadzieję, że nie widzimy się ostatni raz.

- Na pewno nie. Jak tylko pogoda się uspokoi, przypływajcie do nas.

- Oczywiście. Na pewno popłynie Bran, w końcu musi się nauczyć tresury smoków - wódz spojrzał na syna, który mimo zbliżających się wielkimi krokami 30 urodzin, ani myślał o ustatkowaniu się. Był jednak świetnym nauczycielem, dlatego to on miał płynąć na Berk, opanować tajniki szkolenia smoków i wrócić na Rodoh, aby nauczyć tego innych mieszkańców.

- Nie mogę się już doczekać - przyznał wspomniany. W przeciwieństwie do innych pomysłów ojca, ten przypadł mu do gustu i w jego tonie nie było sarkazmu, a nawet lekka ekscytacja.

- W takim razie do zobaczenia - Stoick skierował się w stronę statku.

- Spotkamy się jeszcze, prawda? - Mieczyk spojrzał z nadzieją na Reenę.

- Nie wiem - odparła cicho. - Ale mam nadzieję, że tak - uśmiechnęła się pocieszająco.

Odwzajemnił uśmiech, ale nie zdążył zrobić nic więcej, bo w tym momencie ojciec Czkawki go zawołał i dziewczyna kazała mu iść. Niechętnie wsiadł na pokład, ale patrzył tylko na nią. Odwrócił wzrok dopiero, kiedy odeszła. Nawet jeśli jego współpasażer to dostrzegł, nie skomentował ani słowem.

Tymczasem na Berk panował chaos. Jak tylko Szpadka wyszła na prostą, zorientowała się, że Mieczyk zniknął. Czy raczej dopiero to do niej dotarło, podczas gdy jej rodzice od dawna się zamartwiali i niemal codziennie pytali Czkawkę co robić. Kiedy jeszcze dołączyła do nich córka, młody wódz naprawdę stracił cierpliwość. Po awanturze, którą Valka i reszta jeźdźców niemal cudem załagodzili, sytuacja była jeszcze bardziej napięta, a im dłużej Mieczyk się nie znajdywał, tym częściej dochodziło do takich akcji. W końcu wszyscy się martwili.

Dlatego kiedy zwiadowcy przynieśli Czkawce wiadomość, że Stoick wraca, był w siódmym niebie. Jak tylko statek dobił do brzegu, wódz przywitał ojca z ogromnym entuzjazmem, który ustąpił miejsca zdziwieniu, gdy z pokładu zszedł ktoś jeszcze.

- Mieczyk?! - wykrzyknął na widok przyjaciela. - Gdzieś ty się podziewał? Twoja rodzina codziennie suszy mi głowę, każąc cię szukać. Nie pomaga tłumaczenie, że przetrząsnęliśmy chyba cały archipelag.

- Niepotrzebnie - chłopak uściskał krótko wodza. - Gdzie Szpadka?

- Chodź - Czkawka wskoczył na Szczerbatka. - Podrzucę cię.

- Dzięki.

Kiedy wylądowali w wiosce, radości nie było końca. Thorstonowie nie posiadali się ze szczęścia, że Mieczyk się odnalazł. Szpadka wyglądała, jakby zamierzała już nigdy nie wypuszczać brata z objęć, ale odkleiła się po nieco łzawych przeprosinach, jakie między sobą wymienili. Stuknęli się jeszcze hełmami i wszystko wróciło do normy. Niestety, tylko na pozór. Mieczyk już nie był tym samym chłopakiem, jakim był jeszcze kilka tygodni wcześniej. Jego serce pozostało na Rodoh i z dnia na dzień coraz bardziej usychał z tęsknoty, próbując się przekonać, że cała podróż była tylko snem. Siostra coraz bardziej się o niego martwiła, nikomu jednak nie chciał mówić co się dzieje, a wyłącznie Stoick mógł się czegoś domyślać. Wszelkie przypuszczenia zachowywał jednak dla siebie.

Minęła wiosna, lato rozkwitło w pełni. Zgrana dotychczas grupa, powoli traciła ze sobą kontakt. Przestali się razem spotykać ze względu na Mieczyka, który nie mógł znieść widoku par. Nawet rodzice zaczynali mu przeszkadzać. Zdawało się, że bogowie nie mają nad nim litości.

Któregoś pięknego dnia na horyzoncie pokazał się statek. Zwiadowcy go nie rozpoznali, ale ponieważ był tylko jeden, nie zaatakowali. Czkawka nakazał pozwolenie statkowi na zawinięcie do portu. Chciał najpierw przekonać się o zamiarach przybyszów, a nie mogło być ich dużo, skoro przypłynęli tylko jednym statkiem.

Na ląd zeszły tylko dwie osoby: młody mężczyzna i nieznacznie młodsza od niego kobieta, wręcz dziewczyna. Szybko wyjaśnili Czkawce co i jak, a ich słowa potwierdził Stoick, który pomógł synowi wszystko zrozumieć. Młody wódz był zachwycony takim obrotem spraw, wiele jego problemów nagle po prostu się rozwiązało.

- Smark, leć po bliźniaki - zarządził w końcu.

- Dlaczego ja? - zapytał wywołany.

- Na słodkiego Thora, co miota piorunami, leć! - pogoniła go Astrid.

Poleciał. Nie za bardzo wprawdzie wiedział o co chodzi, ale skoro wódz wydał rozkaz, należało go wykonać. Wparował do domu bliźniaków jak do siebie i wygonił oboje na zewnątrz. Nie rezygnował, mimo ich oporu, po prostu wsadził na Hakokła i zabrał do portu. Kto jak kto, ale Sączysmark wiedział jak na nich wpłynąć. Czkawka wybrał idealną osobę do tego zadania. Smark jednego tylko nie przewidział: że bliźniaki jak zwykle pokłócą się i pobiją. I bynajmniej było to istotne, gdyż w pewnym momencie Szpadka tak popchnęła brata, że wywinął popisowego orła i wylądował prawie na Stoicku. Prawie, bo były wódz się odsunął, więc chłopak leżał przed kimś zupełnie innym.

- Nie musiałeś padać mi do stóp - usłyszał rozbawiony głos. Poprawił hełm, który zsunął mu się na oczy i spojrzał w górę z niedowierzaniem. Przez moment był pewien, że to sen.

- R-reena? - wykrztusił, zbierając się z ziemi.

- A kogo się spodziewałeś? Hiszpańskiej Inkwizycji?

- Ja... wiesz... no... w sumie... - plątał się, kompletnie nie mogąc znaleźć właściwych słów.

- Wiem - uśmiechnęła się tylko, pomagając mu wstać i przytulając go mocno. - Ja też tęskniłam.

- Czyli to nie był sen? - spytał nadal w szoku.

- Nie był - zgodziła się i spojrzała mu w oczy. Dostrzegła w nich wyraźnie cały ogrom smutku i niedowierzania, które tłamsił w sobie tyle czasu. Ostatnie tygodnie musiały być dla niego torturą, zupełnie jakby tylko nadzieja na ponowne spotkanie trzymała go przy życiu.

- Nawet nie masz pojęcia, jak się cieszę.

- Za wszystko dziękuj mojemu bratu. Musi być cudotwórcą, że przekonał ojca, by pozwolił mi jechać.

- Tak zrobię - odparł, wpatrując się w dziewczynę z zachwytem. - Chciałbym zrobić coś jeszcze...

- O czym ostatnio zapomniałam? Teraz ojciec nie zobaczy.

- N-naprawdę? Mogę?

- Jeszcze się pytasz?

Dwa razy nie musiała mówić. Niewiele myśląc, zrobił wreszcie to, o czym marzył od dawna: pocałował dziewczynę swoich marzeń. To było najbardziej niezręczna, a zarazem wspaniała chwila, jaką pamiętał. Pocieszał się tylko tym, że jego ukochana musi się czuć podobnie i że z tego co wiedział, pierwsze pocałunki bywają krępujące. Chwila jednak była magiczna.

Ale w tym momencie, pozbawiona wyczucia Szpadka musiała rozbić nastrój.

- Ej, brat! Mogłeś mi powiedzieć, co?

- To twoja siostra? - Reena spojrzała na dziewczynę, a potem z powrotem na Mieczyka. - Wcale nie jest identyczna. Nie wiem, jak można was mylić...

- Dobra jest - zauważyła cicho blondynka. - Nawet rodzice ledwo nas rozróżniają.

- Miło mi - zachichotała. - Katarina - wyciągnęła rękę do bliźniaczki. - Ale wszyscy mówią mi Reena.

- Szpadka - niepewnie uścisnęła dłoń nowo przybyłej. - Więc... to u ciebie siedział mój brat, jak go nie było?

- To był czysty przypadek - zaprotestował chłopak.

- Prawda. Nie miał pojęcia, dokąd płynie. Ale jak się okazało, wyszło nam to na dobre.

- Czyli w końcu przestaniesz być taki smętny? - Szpadka patrzyła na brata wyczekująco.

- Przestanę - odparł spokojnie, choć oczy mu błyszczały z radości. Z Reeną u boku wszystko było możliwe. Wreszcie odzyskał sens życia.

- To teraz rusz się i pokaż swojej pannie wioskę.

- Z przyjemnością. Szpadka?

- No?

- Dzięki. Jesteś świetną siostrą - uścisnął bliźniaczkę, chwycił Reenę za rękę i odszedł, zostawiając Szpadkę, zbierającą szczękę z podłogi.

- I co?
- I nic. To już koniec.
- Ale... ale jak to...
- Nie martw się, będą inne historie.
- Pytanie tylko kiedy...
- Szybko. Chyba...
- Oby. Dziam?
- Dziam. I drapanko.
- Smokanoc mój aniele.
- Awww. Smokanoc.

Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość - te trzy: z nich zaś największa jest miłość.


Zimowe szaleństwo

Elsa siedziała przed portretem rodziców i przyglądała się mu, kiedy nagle usłyszała ciche kroki. Dywany na zamku w Arendelle doskonale tłumiły hałas, dlatego metalowa proteza Czkawki nie odznaczała się tak, jak na posadzce.

- Co tak siedzisz? - spytał chłopak, wręczając królowej kubek gorącej czekolady.

- Myślę - odparła cicho. - Dzięki - upiła łyk ulubionego napoju.

- Tęsknisz za nimi - bardziej stwierdził niż zapytał, spoglądając na portret.

- Mhm... Gdyby wtedy nie popłynęli...

- Wiem, jak to jest. Mój tata prawie zginął, ratując mi życie. Do dziś zastanawiam się, czy gdybym nie był taki uparty i nie postawił na swoim, on byłby zdrowy. Ale przynajmniej odzyskałem mamę, której nigdy nie miałem.

- No właśnie. Masz wspaniałą rodzinę.

- Hej, przecież masz siostrę. Ja nie mam nikogo takiego. Całe życie byłem sam.

- Tak jak ja...

- Anna nigdy cię nie opuściła. To ty nie dopuszczałaś jej do siebie.

- Nie chciałam jej skrzywdzić... - Elsa wyczarowała malutką śnieżynkę. - Bałam się. Wiesz, jak to jest, cały czas żyć w strachu.

- Wiem - uśmiechnął się wiking. - Aż za dobrze.

- No właśnie. Jesteśmy tacy podobni...

- Czasem tak jest.

- Zdarza mi się zastanawiać... - przysunęła się bliżej. - Co by było, gdybyśmy spotkali się wcześniej...

- Pewnie sporo by się zmieniło.

- Pewnie tak... - zanim się zorientowała, straciła nad sobą panowanie i poczuła na ustach dłoń Czkawki.

- Nie chcesz tego - powiedział łagodnie. - Potem będziesz żałować i oboje będziemy mieli kłopoty.

- Przepraszam... - odsunęła się. - To było silniejsze. Nie zrozum mnie źle, kocham Jacka i jestem z nim szczęśliwa, ale ty... jesteś lepszym przyjacielem... Kiedy coś mnie gryzie, on mnie rozbawi, ale to ty słuchasz i radzisz. Ty mnie rozumiesz.

- Bo wiem, na czym polega odpowiedzialność i ciężar władzy. Masz rację, jesteśmy podobni. Ale ty i Jack też. On był bardziej samotny i znacznie dłużej, i też się bał. Powinnaś z nim porozmawiać i poprosić, żeby zwracał większą uwagę na to, że jesteś królową i nie wszystkie twoje dylematy da się rozwiązać zabawą - otoczył ją ramieniem.

- Dzięki. Wiesz, na pewno jesteś świetnym wodzem i ludzie cię kochają - wtuliła się w niego.

- Moja Astrid też tak mówi.

- To słodkie, jak tak o niej mówisz. Myślisz, że by się wściekła, gdyby nas zobaczyła?

- Może trochę... Ale raczej zażądałaby wyjaśnień. Jest trochę zaborcza, ale ufa mi, tak jak ja jej. Wie, że nie mógłbym jej skrzywdzić.

- Prawdziwa z niej szczęściara.

- Nie myśl o tym. Pomyśl o sobie i swoim życiu. Też masz fajnego faceta, skup się na nim, zamiast zadręczać się tym, że inni mają lepiej.

- Masz rację - położyła głowę na jego ramieniu. Zanim się zorientował, usnęła, przytulona do niego. Odstawił pod ścianę kubki po czekoladzie, po czym wziął przyjaciółkę na ręce i zaniósł ją do jej sypialni. Zastanawiał się przez chwilę jak otworzyć drzwi, ale zaledwie w nie stuknął, stanął w nich zaskoczony Jack.

- Hej. Gadaliśmy trochę i zasnęła - wyjaśnił, przekazując przyjacielowi dziewczynę, który położył ją do łóżka. - Słuchaj... chyba powinniście porozmawiać.

- Jasne. Dzięki za radę - mruknął Frost.

- Poważnie mówię. Próbowała mnie pocałować.

- Co?! - zawołał, ale szybko się opamiętał. - Co? - powtórzył cicho.

- To co słyszałeś. Między wami na pewno wszystko dobrze?

- Tak... a przynajmniej... nic nie mówiła...

- Może nie pytałeś...

- A ty pytałeś?

- Też nie. Mimo to, powiedziała mi, że cię kocha, dobrze wam razem i jest z tobą szczęśliwa, ale... nie wyglądała na taką... Przyznała, że nie zawsze ją rozumiesz. Wiesz, ona czasami potrzebuje być poważna.

- Mogła mi powiedzieć...

- Rano z nią pogadaj.

- Dobry pomysł, dzięki.

- Nie ma za co. Pójdę już.

- Jasne. A... i dzięki, że mi powiedziałeś... o tym wszystkim...

- Przecież się przyjaźnimy - uśmiechnął się Czkawka i poszedł do siebie.

- Gdzie byłeś? - spytała Astrid. Siedziała na łóżku i nacierała nagie ciało olejkiem nawilżającym. Wyglądała oszałamiająco, jednak był tak zamyślony, że nie zrobiło to na nim wrażenia.

- Rozmawiałem z Elsą, a potem z Jackiem. Wiesz, chyba nie do końca im się układa - usiadł za nią i zaczął jej pomagać, przy okazji rozmasowując kark i ramiona.

- Daj spokój, jak źle może być? - wymruczała, relaksując się pod wpływem masażu.

- Próbowała mnie pocałować...

- Elsa? - zaskoczona Astrid spojrzała na ukochanego. - To do niej niepodobne...

- Wiem. Zaskoczyło mnie to, ale w porę ją powstrzymałem.

- I co za to chcesz, bohaterze?

- Nic. Jakoś nie mam na nic ochoty. A najchętniej zostałbym sam...

- Żeby się zadręczać tymi myślami? Wykluczone - ubrała się. - Zrobię ci masaż i pójdziemy spać.

- Jesteś kochana, wiesz? - rozebrał się od pasa w górę i położył na łóżku.

- Często mi to powtarzasz - usiadła na nim i zaczęła masować mu plecy. Gdy skończyła, zorientowała się, że zasnął podczas zabiegu. Pokręciła głową z uśmiechem i położyła się obok niego, okrywając go szczelnie, żeby nie zmarzł.

Następnego dnia rano, za oknem na wszystkich czekała niespodzianka.

- Śnieg pada! - ucieszyła się Anna i pognała do pokoju siostry. - Elsa! - zapukała. - Ulepimy dziś bałwana?

- Yyyy... nie? - padła niepewna odpowiedź.

- Co? Jak to nie? Jack, zabieraj od niej ręce! - nakazała. - A teraz?

- Nie.

- Co ja mówiłam?! Rączki przy sobie, Frost! - wrzasnęła.

- To jeszcze jej to powiedz... - rozległ się jęk Strażnika. - Ja jestem grzeczny...

- Elsa...? Jak to? - zawiedziona Anna uniosła brwi.

- Anka, po prostu daj mi spokój. Jestem zajęta.

- No dobrze... - powlokła się na śniadanie.

- A gdzie te gołąbki? - zapytała uszczypliwie Merida.

- Zgadnij...

- No tak... W zasadzie nie wiem, jak twoja siostra może to robić z tym...

- Licz się ze słowami, młoda - upomniał ją Czkawka. - Możesz go nie znosić, ale należy do naszej paczki i musicie się tolerować.

- Zresztą każda potwora znajdzie swojego amatora, znasz to przysłowie? - spytała Astrid.

- Im lepiej ją znam, tym bardziej w to wątpię - przyznał Julian, wskazując rudą lekkim ruchem głowy.

- Coś w tym jest - zgodził się Kristoff. - Chociaż Anna ma podobny charakter.

- Astrid też kiedyś taka była.

- Astrid? Niemożliwe - chłopcy spojrzeli na siebie. - Przecież to ideał kobiety.

- Naprawdę. A nawet gorsza, była wredna, agresywna i uwielbiała wyładowywać nieskończone pokłady złości na czym się dało, czy raczej na kim się dało. Skoro Astrid złagodniała, to może i młoda dorośnie.

- Ja tu jestem, kochanie - przypomniała jego ukochana.

- Anna jak na razie dorastać nie zamierza...

- No wiesz? - oburzyła się dziewczyna.

- To małe, rude też - mruknął Julek.

- Wiecie co? Mam ochotę na bitwę na śnieżki - odezwała się nagle Roszpunka.

- Niegłupi pomysł - zgodziła się Anna.

- Ja też mam ochotę skopać parę tyłków, najlepiej męskich - Merida zatarła ręce.

- Uuu, czyżby drużyny ustalone? - Julian uniósł brew.

- Chwila, co? Przecież to nie fair, mają przewagę liczebną - zaprotestował Czkawka.

- No chyba nas nie opuścisz? - Kristoff zerknął na kumpla.

- Bądź facetem. Co z tą słynną męską solidarnością? - prosił Julek.

- No dobra... - westchnął wiking. - Ale i tak musimy poczekać na Jacka i Elsę.

W końcu oboje się zjawili i byli w znacznie lepszych humorach. Czkawka uśmiechnął się, najwyraźniej jego sugestia pomogła i wszystko sobie wyjaśnili.

- Dzięki, stary - mruknął cicho Frost, siadając obok przyjaciela. - Nie wiem, co bym bez ciebie zrobił.

- Daj spokój. Postąpiłbyś tak samo.

Jack uśmiechnął się lekko, ale z wyraźną wdzięcznością. Prawie nie zauważył, że Elsa coś do niego mówi. W końcu dźgnęła go palcem w żebra.

- Aua! - pisnął. - Za co?

- Nie słuchasz mnie - odpowiedziała spokojnie.

- Przepraszam.

- Zbierajcie się szybciej - fuknęła Merida. - Nie mogę się doczekać tej bitwy na śnieżki.

- Czy ja usłyszałem "bitwa na śnieżki"? - Strażnik poderwał się z miejsca. - Na co wy czekacie! - i już go nie było. Przyjaciele w spokoju dokończyli śniadanie, ubrali się ciepło i dopiero wtedy do niego dołączyli. Po chwili zabawa trwała w najlepsze.

- Wiecie co? To był naprawdę dobry pomysł z tymi wakacjami - Czkawka uniósł tarczę z gronkielowego żelaza, a rzucona przez Elsę śnieżka, uderzyła w nią z głuchym puknięciem.

- Lato w Coronie, zima w Arendelle... Co pół roku gdzie indziej. Ciekawy pomysł - Kristoff schował się za zaspą.

- To co? W lecie zjawiacie się na Berk? - spytała Astrid, atakując zawzięcie.

- Słyszałem, że u was bardziej niezwykła jest zima - Jack także nie próżnował.

- No nie wiem, czy chcielibyście u nas być w czasie Snoggletogg...

- A dlaczego? - zaciekawiła się Roszpunka.

- Bo to okres godowy smoków - wyjaśnił Czkawka i roześmiał się, gdy trafił śnieżką nieostrożną Annę.

- To może być ciekawe - zauważyła Elsa.

- Dla mnie i mojej mamy na pewno.

- Nie zapominaj o Śledziku - Astrid rzuciła śnieżką, zwalając Jacka z nóg.

- No tak - zaśmiał się wódz. - A bliźniaki? Wiesz jak lubią, kiedy coś wybucha.

- Jak tak o tym gadacie, naprawdę mam ochotę to zobaczyć, wiecie? - Anna po raz kolejny chybiła celu.

- Ty to byś chyba wszystko zjadła, zanim zaczęłaby się uczta - zażartował Frost. Elsa skorzystała z okazji i ostrzelała go śnieżkami.

- Ja mogę wpadać - oświadczyła Merida. - Jeśli tylko ta uczta nie jest nudna jak niektóre z przyjęć mojej matki.

- "Nudna" to ostatnie co można o niej powiedzieć - zachichotał Czkawka, kryjąc się za tarczą. - Ale wiem jedno: Roszpunka byłaby zachwycona nieograniczonymi możliwościami dekorowania. Te wszystkie ozdoby ktoś musi zrobić, raj dla artystów.

- Słyszałeś, Julek? - ucieszyła się księżniczka.

- Słyszałem, słyszałem. Mów tak dalej, a masz jak w banku, że się zjawimy - Julian ostrzegł kumpla.

- To do zobaczenia za rok, bo w tym roku już jest po świętach - odparł Czkawka.

- Mam tylko nadzieję, że nie powtórzy się to, co było teraz... - rzuciła Astrid.

- Znaczy co? - zaciekawiła się Merida.

- Znaczy...

- Wasza wysokość! - rozległ się nagle głos ze strony zamku.

- Wybaczcie, obowiązki wzywają - Elsa pospiesznie opuściła pole bitwy.

- Może lepiej też wracajmy - zasugerował Czkawka. - Zbiera się na burzę i coś mi mówi, że nastrój naszej przyjaciółki nie ma na to wpływu. Szczerbek! Wichura!

- Masz rację... - zgodził się Kristoff. - Max! Sven! Chodźcie!

Wikingowie zajęli się odśnieżeniem i wytarciem swoich smoków, Merida poszła w ich ślady oporządzając Angusa, Julian i Roszpunka to samo zrobili z Maxem, bo zwyczajnie lubili opiekować się nim wspólnie, natomiast w kwestii Svena, Kristoffowi potrzebna była pomoc Anny, z uwagi na długie i grube futro rena.

- Jak burza przejdzie, to polatamy - obiecał Czkawka, drapiąc Szczerbatka za uchem. - A na razie my musimy się wysuszyć i ogrzać - objął ukochaną w talii i zabrał do pokoju, pozostali zrobili to samo, po czym przebrani wrócili do przytulnego salonu, gdzie Jack znowu kłócił się o coś z Meridą. Tych dwoje naprawdę się nie znosiło.

- Astrid, nie dokończyłaś tego, co mówiłaś - przypomniała sobie Roszpunka, kiedy trzy pary usiadły przy kominku.

- A... - blondynka spochmurniała. - Chodziło mi o to, że nie do końca było co świętować...

- Co się stało? - zaniepokoiła się Anna.

- Sami dokładnie nie wiemy - Czkawka przytulił czule swoją partnerkę. - W parę dni po święcie, po prostu pisklaki zaczęły nam zdychać. Takie kilkudniowe maluchy... Wichura straciła tylko jedno, ale Windshear... smoczyca Heather, naszej przyjaciółki... straciła wszystkie. Astrid ciężko to przeżyła, bo Heather całkiem się załamała, a są ze sobą blisko. To były pierwsze pisklaki Windshear. Nawet mama nie wiedziała co się dzieje.

- To straszne... - Roszpunka spojrzała na nich współczująco.

- Wiesz, czasem się zdarzało, że jeden czy dwa na całą wioskę po prostu padały, bo były zbyt słabe. Ale w tym wypadku to były jeden czy dwa na każdą parę smoków. Niektóre, tak jak Windshear, straciły cały miot. Niektóre, jak Wichura i jej partner, miały szczęście i straciły tylko jedno. Mama stwierdziła, że musiały na coś zachorować, tylko nie jest w stanie ustalić na co - pocałował Astrid we włosy. - Ale podobno to się zdarza. Twierdziła, że wiele razy była świadkiem śmierci piskląt, a w końcu siedzi w tym od ponad 20 lat. Mimo to przyznała, że tak źle nie było jeszcze nigdy. Dlatego bym wolał, żebyście nie musieli przy tym być, gdyby za rok to się miało powtórzyć.

- Przecież moglibyśmy pomóc - zaprotestowała Roszpunka.

- Raczej patrzylibyście tylko jak choroba się rozprzestrzenia, a kolejne pisklęta umierają - blond wojowniczka zadrżała w ramionach swojej drugiej połówki. - Nic nie moglibyście zrobić, a bezradność by was dobiła...

- Astriś, nie myśl o tym... - poprosił błagalnie chłopak.

- Racja. Nie mówmy już o tym - zgodziła się Anna.

- Pójdę sprawdzić co u Elsy - mruknął Frost i odleciał. Czuł się trochę samotny i zazdrosny przy trzech zakochanych parach, które przytulały się pocieszająco po tej smutnej historii. Zawsze była Merida, ale ta stwierdziła już dawno temu, że woli przytulać dzikie niedźwiedzie niż jego.

Królowa siedziała w gabinecie, pogrążona w papierkowej robocie, której serdecznie nienawidziła i drażniło ją jakiekolwiek przeszkadzanie, o czym Frost wiele razy dość boleśnie się przekonał. Mimo to, zaryzykował.

- Witaj, moja słodka śnieżynko - swobodnym krokiem podszedł do dziewczyny i pocałował ją w szyję, obejmując ją w talii.

- Nie przeszkadzaj mi - mruknęła, nie zwracając na niego uwagi.

- Nie zamierzam - odsunął się. - Przyszedłem ci pomóc.

- Ty? Pomóc? - Elsa spojrzała zaskoczona na Strażnika, nie wierząc własnym uszom.

- No co? Rano obiecałem, że przywiążę większą wagę do obowiązków, więc zamierzam ci pomóc - wziął kilka dokumentów z pokaźnej sterty. - Dobra, co my tu mamy... Polityka - odłożył kartkę - handel - odłożył obok - dyplomacja... polityka... znowu polityka... handel... sprawy królestwa... dyplomacja... Strasznie nieciekawe rzeczy tu masz - sprawnie sortował dokumenty. - O, jakaś korespondencja...

- Tego lepiej nie czytaj - poradziła z uśmiechem. - Nie chcesz wiedzieć, co niektórzy do mnie wypisują.

- Powinienem się martwić?

- Ależ skąd, kochanie. To tylko nieszkodliwi adoratorzy.

- Uważaj, bo poczuję się zazdrosny.

- Jack... Pamiętasz, że mam serce z lodu?

- Nie raz mi powtarzałaś, że tylko taki bałwan mógł ci się spodobać - zachichotał Strażnik, pochylając się nad partnerką.

- Czy ja usłyszałem "bałwan"? - rozległ się nagle głos, który sprawił, że odskoczyli od siebie gwałtownie.

- Olaf! - królowa nieco rozpaczliwie przekładała papiery na biurku, próbując nie zwracać uwagi na zaczerwienione policzki. - Tak tylko sobie gadamy...

- I pracujemy - dorzucił Frost, segregując dokumenty.

- Nie, nie, nie przeszkadzajcie sobie. Miłość to piękne uczucie - bałwanek jak zwykle tryskał radością, zachwycony otaczającym go światem.

- Idź do salonu, może Merida jednak będzie chciała się przytulić - zażartował Jack.

- W końcu kto by nie chciał przytulić Olafa? - zgodziła się Elsa.

- Już się tam udaję - ucieszył się Olaf i podreptał do wyznaczonego celu. Strażnik cicho zamknął za nim drzwi.

- To na czym skończyliśmy? - uśmiechnął się łobuzersko.

- Na robocie - odparła spokojnie jego dziewczyna.

- Oj chyba jednak nie.

- Oj chyba jednak tak. Słuchaj, albo będziesz mnie rozpraszał i będziemy tak siedzieć do nocy, albo mi pomożesz i skończymy szybko. A wtedy będę cała twoja.

- Kusząca propozycja, skarbie. Ale póki co, to tylko ja tu pracuję - skończył układać dokumenty i oparł się o laskę.

- Ojej, bo się jeszcze zmęczysz - pokazała mu język.

- Już się zmęczyłem. Może mógłbym liczyć na coś, co by mi dodało energii?

- Po robocie.

- Ale zrobiłem swoje.

- To siedź cicho i nie przeszkadzaj.

Jack westchnął i usiadł na parapecie. Nie znosił, kiedy stawała się zimną królową, pogrążoną w świecie obowiązków. Znacznie bardziej wolał, kiedy była jego czułą i kochaną dziewczyną, poświęcającą mu czas. Wiedział jednak, że nie ma wyjścia i musi jakoś to wytrzymać, wyraźnie mu powiedziała, że woli na bieżąco rozprawiać się z obowiązkami i nie mieć zaległości. Patrzył przez okno na szalejącą śnieżycę i z nudów pokrywał szyby wzorami. Zanim Elsa skończyła pracę, każda szyba była nimi pokryta, nie zostało ani jedno przejrzyste okno.

- Bardzo się nudziłeś, co? - wstała z krzesła i podeszła do chłopaka.

- Bardzo - uśmiechnął się, gdy pogłaskała go po policzku i objął ją w talii.

- Lubię, gdy jesteś przy mnie, wiesz? - poprawiła mu grzywkę. - Nawet jak tylko siedzisz i nic nie robisz. Dziękuję ci za to - pochyliła się, całując go.

- Drobiazg. Wracamy do reszty?

- Wracamy.

"Reszta" siedziała w milczeniu, przysypiając. Bitwa na śnieżki znacznie ich zmęczyła, a pogoda za oknem bynajmniej nie nastrajała pozytywnie. Dodatkowym przygnębiającym czynnikiem były ponure historie, którymi się podzielili pod nieobecność przyjaciół.

- Ej, co to za miny? - Frost wparował do środka tryskając humorem, zresztą jak to on. - Umówiliście się dotrwać do obiadu w grobowej atmosferze? - zerknął na stojący na kominku niewielki zegar.

- Faktycznie, już pora obiadu - ożywiła się Anna.

- Gdyby przestało padać, moglibyśmy pójść na spacer - zaproponowała Roszpunka.

- Obiecałem Szczerbatkowi lot - wtrącił Czkawka.

- Jeszcze masz na to dużo czasu, którego nie warto marnować. Ciesz się, póki możesz się bawić - Frost wystrzelił pod sufit garstką śniegu.

- Na razie chodźmy jeść. Umieram z głodu - Merida wstała i rozprostowała kości.

- Potem możemy pobawić się w berka - zażartowała Astrid, przeciągając się po drzemce.

- Po pałacu? - Elsa uniosła brwi.

- Pewnie, to świetna zabawa! - Anka skoczyła na równe nogi, nagle pełna energii.

- To wy się ganiajcie, my pogramy w karty - Julian szturchnął łokciem Kristoffa, który przytaknął ochoczo.

- To twoja sprawka, że im odbiło? - Czkawka zerknął na Jacka, wskazując Annę i Roszpunkę, które zaczęły chichotać.

- Eee...

- Tak czy nie? - Elsa skrzyżowała ręce.

- Nie czepiajcie się, jestem w końcu strażnikiem dobrej zabawy, nie? - Frost z kolei rozłożył ręce, demonstrując swoją niewinność.

- Nieważne, czyja wina. Merida ma rację, chodźmy jeść - Astrid pociągnęła swojego chłopaka w kierunku jadalni, a za nimi ruszyła reszta, teraz już w dobrych nastrojach.

Strach tnie głębiej niż miecze ~G.R.R. Martin

dedykacja dla Opal, Kimiko i Mistrza (znaczy Kolejnego Fana JWS)
nie wiem dlaczego akurat dla nich, moja intuicja stwierdziła, że jakoś tak pasują
PS Ja nie umiem pisać angstów...

Ból. Potworny ból w lewej łydce przeszył całe jego ciało przy próbie ruchu. Otworzył oczy i rozejrzał się. Zewsząd otaczała go biel, więc przez chwilę pomyślał, że może jest w niebie i natychmiast sparaliżował go strach. Nie mógł umrzeć, nie mógł zostawić ukochanej i przyjaciół. Nagle go olśniło. Nie może być w niebie, skoro tak potwornie boli. Ostrożnie usiadł, starając się nie poruszyć nogą. Teraz mógł lepiej zorientować się w sytuacji. Znajdował się w białej sali szpitalnej, a na łóżkach leżeli koledzy z jego oddziału. Nie było ich za wielu, bo tylko trzech. Nigdy nie spodziewał się, że coś takiego może się stać. W jednej sekundzie wchodzili do budynku, w drugiej już nie żyli. On też nie żył, a przynajmniej na takiego wyglądał. Tylko dlatego teraz znajdował się tutaj, a nie w obozie. Miał naprawdę wielkie szczęście.

Usłyszał kroki na korytarzu, a po chwili dźwięk otwieranych drzwi. Natychmiast spojrzał w tamtą stronę i poczuł, jakby rozpływał się od środka. Błękitne oczy, blond warkocz i ten zniewalający uśmiech były wszystkim, czego w życiu potrzebował.

- Obudziłeś się, śpiochu - sanitariuszka przeszła przez salę i usiadła na łóżku pacjenta. - Jak się czujesz?

- Nieważne. Jak ty się czujesz? - wychrypiał, gardło miał zupełnie wyschnięte.

- Dobrze - podała mu kubek z wodą.

- To i ja dobrze - napił się. - Tylko noga mnie boli...

- Wiesz... Musisz o czymś wiedzieć... - spojrzała na niego niepewnie. - Musieliśmy amputować tę nogę - wypaliła.

- Co?! - wrzasnął, po chwili zwinął się z bólu. Widać żebra też ucierpiały. - Jak to? - spytał już znacznie ciszej.

- Przykro mi, nie mieliśmy wyboru. Ale spójrz na to z innej strony, przynajmniej już nie wrócisz na front.

- Tylko zabiją mnie Szwaby - mruknął. - Słyszałaś o Auschwitz. Nawet tam nie brali kalek.

- Czyli wolałbyś tam wrócić, tak? Do tego piekła?

- Przynajmniej miałbym szansę umrzeć godnie. Z bronią w ręku jak mężczyzna, może nawet bohater.

- Więc o to chodzi. Chłopczyk chce się bawić w żołnierza.

- Przestań.

- A co, może tak nie jest?

- Nie jest.

- Jesteś draniem. I zwyczajnie nieodpowiedzialnym, dziecinnym, podłym-

- Astrid. Przepraszam - przytulił dziewczynę do siebie. - Zapomniałem, że nie powinnaś się denerwować - przesunął dłoń na jej brzuch. Wyczuwał, jak drżała z nerwów, wiedział, że się o niego bała, ale nadal nie potrafił zaakceptować tego, że został kaleką. W głębi duszy nawet się cieszył, że nie wróci na front, ale z drugiej strony jego przyjaciele mogą tam wyruszyć jak tylko wyzdrowieją. I mogą zginąć. A on zostanie sam, bo Astrid pewnie będzie pracować w szpitalu dopóki będzie mogła. Westchnął. Nie tak miało wyglądać ich życie. Powinni się uczyć, cieszyć, bawić. Powinni z radością przygotowywać się na zostanie rodzicami, a nie z przerażeniem myśleć, czy ten dzień nie jest ich ostatnim. Czy za chwilę nie wtargną Hitlerowcy i wszystkich nie zabiją. Albo co gorsza, czy nie wywiozą do obozu. Wiedział, że Auschwitz nie było jedyne i wiedział, że wiele obozów jeszcze działa. Co jeśli Niemcy zaczną brać kogo popadnie i zabijać byle szybciej i więcej? Pamiętał łapanki uliczne w Warszawie i to ich obawiał się najbardziej, zaraz po byciu wydanym. Wiedział, że za konspirację groził wyrok śmierci, ale wiedział też, że to konieczne.

Przed wojną był nikim. Marnym chuderlakiem, którego nikt nie lubił. Zwyczajnym 16-latkiem. Kiedy w '39r. ojciec dostał wezwanie do wojska, wiedział już, że to koniec. Wtedy był za młody, ale czuł, że wkrótce i on dostanie wezwanie. Starali się z matką żyć w miarę normalnie, dopóki nie postanowiła wyruszyć w pole i pomagać w szpitalach. Został sam. W konspirację włączył się bardziej z nudów niż z poczucia patriotyzmu, ale ani przez chwilę tego nie żałował. To tam poznał swoich obecnych przyjaciół. Tam poznał swoją ukochaną. Zachowywali się jak nie wzbudzająca podejrzeń grupka nastolatków, chodzili na tajne nauczanie, bawili się w konspirację i nie traktowali życia na poważnie. Po maturze ich drogi się rozeszły. Chłopcy poszli do wojska i trafili na front, Astrid i Heather do pracy w szpitalu, a Szpadka została łączniczką. Pozostali jednak bliskimi przyjaciółmi, na tyle bliskimi, że wyjawili sobie swoje prawdziwe imiona i nazwiska, czego nie mogli robić, działając jako konspiratorzy. Wtedy jednak ich życie przestało być zabawą. Każde z nich doświadczyło na własnej skórze okropności wojny, śmierć stała się dla nich powszednia. Trzymali się jednak blisko, kiedy Warszawa padła, dziewczyny przyjechały na front, wspierać chłopaków. Tak samo jak wcześniej, gdy rodziców Heather wywieziono do Dachau, albo kiedy wuja Astrid aresztowało gestapo, albo kiedy ojciec Śledzika zginął. O reszcie rodziców nie mieli informacji, w zasadzie wiedzieli tylko, że rodzice Czkawki i ojciec Sączysmarka nadal żyją. Co się działo z rodzicami bliźniaków i Astrid, matkami Smarka i Śledzika, nie mówił im nikt. Tak naprawdę pierwszym radosnym zdarzeniem w ich życiu był dzień, w którym Astrid i Heather oświadczyły z dumą, że spodziewają się dzieci. Wraz z Sączysmarkiem również prawie pękli z dumy i uroczyście przysięgli nie dać się zabić. Niewiele brakowało, a nie dotrzymaliby słowa. Astrid miała rację, powinien cieszyć się, że żyje, a nie narzekać na brak nogi.

- Kiedy Pyskacz stwierdził, że nogi nie da się uratować, płakałam bardzo długo. Wiedziałam, że będziesz nieszczęśliwy, ale wolałam mieć cię żywego niż wcale - wyznała cicho. - Na początku się nie zgadzałam, ale kiedy zagroził, że to cię zabije... nie miałam wyboru.

- Już dobrze, kochanie - pocałował ją we włosy. - Masz rację, najważniejsze, że będziemy razem - zacisnął dłoń na jej ramieniu, gdy zakręciło mu się w głowie. Jednak był jeszcze zbyt słaby, żeby narażać się na tak silne emocje.

- Powinieneś się przespać - zauważyła jego zmęczenie.

- Chyba masz rację.

- Wiem, że mam - uśmiechnęła się i pocałowała go. Nie usłyszeli odgłosu otwieranych drzwi.

- Astrid, nie romansuj z pacjentami - Pyskacz wszedł do sali.

- Dla tego jednego mogę zrobić wyjątek - oderwała się od chłopaka i pomogła mu położyć się na poduszce.

- Dla niego zawsze robisz wyjątek. Inni poczują się zazdrośni - lekarz kuśtykał od jednego łóżka do drugiego. Jako młody chłopak walczył na frontach I wojny u boku ojca Czkawki i paru innych przyjaciół. Tam też stracił lewą rękę i prawą nogę, ale to nie przeszkodziło mu w zrobieniu kariery medycznej.

- Co mnie obchodzą inni? Ja już mam tego jedynego - dziewczyna pogłaskała ukochanego po policzku.

- Twój jedyny potrzebuje odpoczynku. Idź się zajmij robotą.

- Najlepiej odpoczywam przy niej - zaprotestował Czkawka, ale wiedział, że Astrid ma dużo pracy.

- Przyjdę jeszcze - pocieszyła go, złożyła na jego czole pocałunek i wyszła.

W ciągu najbliższych kilku dni, pozostali chłopcy również odzyskali przytomność. Ich rany się goiły i wyglądało na to, że żaden nie ucierpiał trwale. Zostanie im parę blizn, ale kiedy kości się pozrastają, będą musieli wrócić do walki. To dołowało Czkawkę, w końcu do tej pory byli nierozłączni, a teraz oni za kilka tygodni wyjdą, a jego czeka jeszcze długa rehabilitacja zanim w ogóle będzie w stanie samodzielnie chodzić. I nigdy już nie będzie walczył.

Któregoś dnia rozmawiali, śmiali się i wspominali dawne lata. Przez chwilę czuli się znów jak licealiści, jakby tej całej wojny nie było, jakby znów siedzieli w jednej z warszawskich kawiarni i cieszyli się wiosną. Musiał jednak nadejść moment, w którym atmosfera prysła i rzeczywistość powróciła.

- A jak sobie radzi Heather? - zagadnął w końcu Sączysmark. Na dźwięk tego imienia Astrid zamarła, a po jej minie od razu widać było, że coś się stało.

- Nie powinnam ci tego mówić... - zaczęła, a Smark zbladł. Przeczuwał, co usłyszy za chwilę. - Chodź. Nogi masz zdrowe, dasz radę wstać.

- Też idę - Czkawka sięgnął po kulę i wstał.

- Ty lepiej zostań.

- Daj spokój. Prowadź - ruszył do wyjścia z sali, nieporadnie próbując zastąpić utraconą kończynę podparciem. Sanitariuszka westchnęła i poprowadziła ich do innej z sal.

- Tylko postarajcie się zachować spokój - otworzyła drzwi i wpuściła ich do środka. Na jednym z łóżek leżała młoda dziewczyna, jej czarne włosy kontrastowały z białą pościelą, a twarz pokrywały sińce i zadrapania. Smark błyskawicznie rzucił się do niej. - Pojechała do szpitala polowego przewieźć rannych - wyjaśniła Astrid. - W drodze powrotnej, furgonetka wjechała na minę przeciwpiechotną. Tylko dlatego wraz z kilkoma szczęściarzami przeżyła - patrzyła, jak chłopak głaszcze delikatnie policzek jej przyjaciółki.

- Jak bardzo z nią źle? - spytał zdenerwowany.

- Nie bardzo. Cały czas jest nieprzytomna, ale rany się goją - blondynka zagryzła nerwowo wargę, ukrywała jeszcze jedną rzecz.

- A co z... z dzieckiem?

- Przykro mi - wyszeptała, a oczy zaszły jej łzami. - Nie udało się go uratować. Dostała odłamkiem w brzuch i w trakcie operacji... - głos jej się załamał, skrzyżowała ręce na brzuchu. - Maluch po prostu umarł nam na stole.

Sączysmark spojrzał na nią, jakby nie wierząc, że to co słyszy jest prawdą. Patrzył to na ukochaną, to na przyjaciółkę, aż w końcu oparł czoło o ściskaną dłoń rannej. Po chwili jego ciałem wstrząsnął szloch.

- Chodźmy stąd - Czkawka delikatnie objął swoją dziewczynę ramieniem. - Zostawmy ich samych - wyszli na korytarz i stanęli przy ścianie.

- Prawie mnie przez nią odesłali - wyszeptała. - Nie mogłam się pozbierać. Boję się, jak ona zareaguje jak się dowie.

- Jakoś przez to przejdą. Możemy ich tylko wspierać i modlić się, żeby nas to nie spotkało - położył dłoń na jej brzuchu i spojrzał jej w oczy. Przytuliła się do niego tak mocno, że pęknięte żebra dały o sobie znać i chłopak syknął z bólu.

- Przepraszam. Po prostu tak strasznie się boję...

- Wiem, kochanie. Ale dopóki tu jesteśmy, nic nam nie grozi. Słyszałaś Pyskacza, mała jest szansa, żeby Niemcy dotarli aż tutaj.

- Do Warszawy też mieli nie dotrzeć. A teraz co? Za niedługo minie pół roku, odkąd padła.

- Nie martw się. Podobno nasi zyskują przewagę i maszerują na Berlin. Coraz częściej mówią, że wojna już się kończy.

- A jeśli nie? Co jeśli ta wojna nigdy się nie skończy? Jak mogę urodzić nasze dziecko wiedząc, że na każdym kroku będzie na nie czekać śmierć?

- Nie mów tak - pocałował ją mocno, ze wszystkich sił starając się dodać jej odwagi. - Nie mów tak - powtórzył. - To piekło musi się kiedyś skończyć.

Smark w końcu wyszedł z sali, a na jego twarzy widniały ślady łez. Nie dziwili się.

- Tak strasznie mi przykro - powtórzyła Astrid, a Czkawka bez słowa przytulił przyjaciela. Do sali wracali w milczeniu, dziewczyna nawet nie weszła do środka.

- Astrid - odezwał się Sączysmark. - Powiesz mi, jeśli się obudzi?

- Powiem - przytaknęła i odeszła, zająć się pracą.

Nie rozmawiali o tym, dopiero w nocy Czkawka ponownie usłyszał płacz przyjaciela. Nie spodziewał się tego, w końcu Smark zawsze był twardy, nic nie zapowiadało, że aż tak będzie przeżywał utratę dziecka.

- Będzie dobrze - powiedział cicho, chcąc wesprzeć przyjaciela.

- Tak myślisz? - pociągnął nosem.

- Taką mam nadzieję...

- Słuchaj, jak ty to robisz?

- Niby co?

- Że się nie boisz.

- Daj spokój - parsknął. - Boję się i to jak diabli. O Astrid, o dziecko, o siebie i o was wszystkich. Bywały noce, kiedy rzygałem ze strachu i nie mogłem spać.

- Jak sobie poradziłeś?

- Nie poradziłem. Po prostu zwijałem się pod kocem i błagałem, żeby to się skończyło. Dalej tak robię - przyznał.

- I to pomaga?

- W końcu tak. W końcu przyzwyczajasz się i przestajesz się tak przejmować.

- Mhm.

- Śpij już.

- Jasne. I Czkawka?

- No?

- Dzięki.

- Nie ma za co.

Następnego dnia było tak ciepło, że otworzyli okna na oścież. Wiosenne słońce przyjemnie grzało, wokół unosił się zapach kwiatów, to był zupełnie inny świat. Ucieczka na ziemie małopolskie była najlepszą decyzją, jaką podjęli. Tutejsze tereny były niemal nietknięte wojną. Wszędzie panował spokój i cisza, czasami tylko jakiś samolot przelatywał wysoko po niebie, albo odezwał się silnik ciężarówki, przywożącej nowych rannych, bądź zapasy. Dzień był tak piękny, a okolica tak spokojna, że stwarzały idealne warunki do odpoczynku. To było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.

Astrid jako pierwsza zauważyła, co się dzieje. Wybiegła z sali nagle, strasząc wszystkich. Po chwili ujrzeli ją za oknem, kiedy biegła w stronę drzew.

- Szpadka, ty idiotko! - wrzasnęła na cały głos. Mieczyk i Śledzik jak na komendę poderwali się i rzucili do okna. Koszmarnie brudna łączniczka szła wsparta na ramieniu jakiegoś chłopaka, ledwo powłócząc nogami. Lewe ramię miała całe we krwi i ogólnie była w złym stanie. Jej brat pobiegł do drzwi, ale jakaś sanitariuszka go zatrzymała. Musiał czekać w sali, aż przyszła Astrid, prowadząc półżywą dziewczynę. Była już czysta, a jej ręka była opatrzona. Z trudem opadła na wolne łóżko.

- Co z nią? - Mieczyk chyba nigdy nie wyrażał takiej troski o siostrę.

- Dostała kulkę w ramię i straciła sporo krwi. Ale nie wygląda na to, żeby doszło do zakażenia rany. Nic jej nie będzie - uspokoiła go sanitariuszka. Chłopak odetchnął z ulgą.

W normalnych okolicznościach, zaraz Smark zaczepiłby go jakimś tekstem o nadmiernej trosce. W normalnych okolicznościach siostra przywaliłaby mu za martwienie się. W normalnych okolicznościach wszyscy by się pobili. Ale to nie były normalne okoliczności. Wszyscy byli tak wykończeni wojną, że wszelkie drobne przejawy czułości były dla nich na wagę złota. Nawet cenniejsze od złota. Nie mieli sił na bicie się między sobą. Siostra była nieprzytomna, więc nie mogła mu przywalić. A Smark martwił się o Heather. Niestety, musiał minąć dobry tydzień, zanim się obudziła. Oczywiście gdy tylko to nastąpiło, Astrid powiadomiła jej chłopaka.

- Witaj słońce, jak się czujesz? - spytał Smark, wchodząc z uśmiechem do sali. Starał się nie pokazywać, jak bardzo jest załamany.

- Dobrze - uśmiechnęła się dziewczyna. - A ty? - zaniepokoiła się, widząc gips na jego ręce.

- Nic mi nie będzie - usiadł koło łóżka. - Najważniejsze, że wyjdziemy z tego cało - ucałował jej dłoń.

- Bałam się, że więcej cię nie zobaczę, wiesz? - jej oliwkowe oczy przepełnione były radością.

- Wiem. To tak jak ja.

- Stało się coś? Jesteś jakiś dziwny...

- Nie będę cię okłamywał - westchnął. - Ale ostrzegam, że to może być dla ciebie bardzo trudne.

- Powiedz, kochany. Jakoś to zniosę.

- Chodzi o to, że... - westchnął. - Straciliśmy dziecko - wyszeptał.

- J-jak to... - jej usta zadrżały, a oczy wypełniły się łzami. - Nie... to niemożliwe...

- Wiem, że ci ciężko, ale jakoś przez to przejdziemy. Ja i Astrid też na początku byliśmy załamani, ale jakoś daliśmy sobie radę. Zobaczysz-

- Przytul mnie - przerwała mu. Ostrożnie położył się obok niej i spełnił jej prośbę. Wtuliła się w niego mocno i wybuchła płaczem.

Potrzebowali kolejnych kilkunastu dni, żeby całkowicie się pozbierać. W tym czasie nadeszły urodziny Astrid i cała grupka przyjaciół zebrała się, żeby je świętować. Czuli się już prawie normalnie, jakby wojna była tylko koszmarnym snem. Rozmawiali sobie, żartowali i powoli wracali do zdrowia. Nagle do sali wpadł Pyskacz.

- Czkawka! - wrzasnął, ściskając w dłoni kawałek papieru. - Przyszedł list od twojego ojca - wcisnął mu w rękę wiadomość.

- No, czytaj, co tam staruszek pisze - pogonił go Smark.

- Już, już - chłopak rozwinął kartkę i zaczął czytać. Po chwili jego oczy napełniły się łzami, które szybko zaczęły spływać po policzkach.

- Kotek... - zaniepokojona Astrid dotknęła jego ramienia. Była mocno zaskoczona, gdy porwał ją w objęcia i pocałował tak długo, że zabrakło jej tchu.

- Czytaj - wyszeptał, podsuwając jej papier.

- Boże... To niemożliwe... - po chwili i ona zaczęła płakać, ściskając mocno ukochanego, a do listu dorwał się Smark.

- O k***a... Wojna się skończyła... - wykrztusił.

- Co?! - zawołały jednocześnie bliźniaki.

- Ojciec Czkawki pisze, że nasze wojska dotarły do Berlina. Hitler nie żyje, a Rzesza skapitulowała. Mamy koniec wojny! - wykrzyknął, jakby nie wierząc własnemu szczęściu.

- Pokaż! - bliźniaki, a potem wszyscy po kolei zaczęli czytać list, pragnąc na własne oczy zobaczyć to, o czym marzyli od 6 lat.

- Jesteśmy bezpieczni... w końcu... - szepnął Czkawka, płacząc jak dziecko. Wraz z wieściami o końcu wojny, pękła ogromna tama, zatrzymująca cały jego gniew, strach i smutek. Płakał ze szczęścia i ulgi, że piekło wreszcie dobiegło końca, nie wiedział, jak długo jeszcze by wytrzymał. Być może pewnego dnia obudziłby się rano i zastrzeliłby ukochaną, a potem siebie, nie mogąc dłużej znieść tej wojny. Strach tnie głębiej niż miecze. Rany na psychice wyrządzają więcej szkody niż rany na ciele.

Kuchnia Lidla Angel

Zbliżają się Walentynki, więc z tej okazji wpadłam na taki ciekawy pomysł maratonu drabbli. Takie swoiste wyzwanie, któremu mam nadzieję sprostać. Łączy w sobie wielokulturowość, jedzenie i miłość, czyli trzy niezwykle interesujące tematy. Do tego jakże adekwatnie do okresu, jakim jest rozpoczęta niedawno sesja, postanowiłam umieścić naszych ulubieńców w takiej właśnie czasoprzestrzeni C: Odliczanie do Walentynek uważam oficjalnie za rozpoczęte!

Dzień 1: 愛してる

- Zjadłbym sushi.

Astrid oderwała wzrok od książki i spojrzała na ukochanego, który kolejną już godzinę próbował złożyć jakiś model na pracę zaliczeniową, co szło mu dość opornie.

- To ty jeszcze odczuwasz głód? Myślałam, że zostałeś cyborgiem. Nawet Szczerbatek od ciebie uciekł - pogłaskała czarnego kota, śpiącego beztrosko na oparciu kanapy, a nie jak zwykle na kolanach swojego właściciela.

- Muszę odpocząć, bo mózg mi chyba wyparuje.

- Mówiłam ci to chyba ze dwie godziny temu. To co, zamawiamy czy masz ochotę pogotować? - wsunęła zakładkę do książki i przeciągnęła się. Jej również nauka nie szła najlepiej.

- Z tobą mógłbym robić wszystko, kochanie - Czkawka poczochrał włosy, które i tak już sterczały na wszystkie strony.

- Najpierw sprawdźmy, czy w ogóle mamy składniki.

- Coś na pewno zostało. Kiedy ostatnio robiliśmy sushi?

- Jak miałyśmy babski wieczór z Heather. Więc technicznie to my robiłyśmy.

- To na pewno coś jest.

- Może wstań i zobacz?

- Nie chce mi się samemu.

- A mi się nie chce wstawać.

Czkawka uśmiechnął się złowieszczo i po cichu podszedł do kanapy, na której jego ukochana bawiła się z kotem. Wiedział, że musi być szybki, Astrid miała dobry refleks. Na szczęście on też i zanim się obejrzała, była w powietrzu.

- Koniec zabawy, idziemy jeść - pocałował ją w skroń i skierował się do kuchni.

- Postaw mnie - zażądała. - Wiesz, że nie lubię jak to robisz.

- Nie ufasz mi? Przecież cię nie upuszczę.

- Ufam, ale to nie zmienia faktu, że tego nie lubię.

- Jesteś mało romantyczna, kochanie.

- Sam zarzuciłeś temat sushi. Japończycy nie słyną z romantyzmu, w ich kulturze miłość okazuje się praktycznymi gestami.

- Dlatego idziemy razem zrobić żarcie.

- Jesteś niemożliwy.

- I tak mnie kochasz.

- Niestety...

Dzień 2: मैं तुमसे प्यार करता/करती हूँ

Czkawka wrócił wściekle głodny i zły. Zmarnował pół dnia na coś, co powinno mu zająć kilkanaście minut. Nawet odepchnął kota, który przyszedł go przywitać i skierował się prosto do kuchni.

- Jesteś już? - Astrid wyszła z sypialni z widelcem w dłoni. Widocznie znowu jadła w łóżku, jak to miała w zwyczaju.

- Daj mi spokój - warknął. Westchnęła i pokręciła głową, po czym weszła do kuchni i wygoniła go do stołu. Początkowo chciał protestować, ale kiedy zobaczył w jej rękach talerz z jedzeniem, natychmiast się uspokoił. Przyniosła z sypialni własny talerz, kończąc jedzenie po drodze. Była w stanie jeść absolutnie wszędzie, co czasem okazywało niezbyt szczęśliwym pomysłem.

- No to mów - zachęciła go, gdy zjadł.

- Co cię tak naszło na azjatycką kuchnię? - spróbował uniknąć tematu.

- Lubię samosy. I nie zbywaj mnie.

- Nie zbywam. A jaką masz ciekawostkę?

- Właśnie widzę - skrzyżowała ręce, ignorując pytanie.

- Zmarnowałem cały dzień, to był jakiś koszmar. Kilometrowe kolejki, jakby wszyscy nagle chcieli się poprawiać w jednej chwili.

- Czyli co, nie zaliczyłeś?

- Nie no, zaliczyłem. Ale cudem.

- To czym się przejmujesz? - objęła go za szyję i uściskała, całując w policzek.

- Nie przejmuję się. Jestem tylko zmęczony. I w ogóle ta biurokracja mnie dobija.

- Musisz odpocząć - jej zręczne dłonie rozwiązały krawat i rozpięły kilka guzików koszuli, miała już taką wprawę, że nie musiała nawet widzieć co robi. - A przede wszystkim zdjąć ten garnitur.

- Za każdym razem zapominam, że wariujesz jak widzisz mnie w koszuli - zachichotał, przyciągając ją do siebie i sadzając sobie na kolanach.

- Nie tak bardzo jak ty, kiedy widzisz w niej mnie.

- Sama powtarzasz, że dla mężczyzny kobieta najpiękniej wygląda w jego ubraniach.

- Nie zaprzeczysz, że tak jest.

- Ty wyglądasz pięknie we wszystkim.

- A ty w niczym.

- To hejt czy aluzja?

- A jak myślisz?

- Z twojego zachowania wnioskuję, że aluzja - zerknął na jej dłonie, które uporały się z koszulą i dotarły do paska od spodni.

- Dobrze wnioskujesz - uśmiechnęła się, całując go.

- Nie odpowiedziałaś na moje pytanie.

- Jakie pytanie? - przekrzywiła głowę zaskoczona.

- Co z dzisiejszą ciekawostką? Wczoraj, kiedy zaproponowałem sushi, powiedziałaś, że Japończycy okazują miłość gestami. A jak jest w Indiach?

- Mają aranżowane małżeństwa. Teraz już coraz rzadziej praktykuje się ten zwyczaj, ale wciąż bywa obecny.

- To musi być straszne.

- Nie martw się, twoi rodzice mnie uwielbiają. Na pewno próbowaliby nas wyswatać. Zresztą moi też cię lubią, tylko ojciec za nic się nie przyzna.

- Więc uważasz, że i tak bylibyśmy razem?

- Raczej jestem na ciebie skazana.

- Pozmywam naczynia.

- Nic nie mówiłam.

Dzień 3: я люблю тебя

- Dzwoni Heather i pyta, czy wpadniemy do nich - Astrid odsunęła od ucha telefon i spojrzała na chłopaka, który wrócił do pokoju z dwoma kubkami herbaty.

- Nie wiem... Jutro chyba Smark ma egzamin, nie?

- Miał dzisiaj. I zdał, więc chcą trochę poświętować. Jutro mają bliźniaki.

- Poświętujemy jak skończy się sesja.

- Strasznie marudzisz.

- Bo mam już dość tego wszystkiego.

- Przyjdziemy - rzuciła do telefonu. - Muszę go wyciągnąć z domu, bo oboje oszalejemy. No, do zobaczenia.

- Nie mam ochoty wychodzić - mruknął Czkawka, głaszcząc Szczerbka.

- Kotek, nie możesz wiecznie siedzieć w domu. Poza tym będziemy mogli kontynuować wczorajszą i przedwczorajszą fazę na orientalne smaki. Heather wypróbowała przepis swojej babci na rosyjskie bliny.

- To co mi powiesz na temat miłości w tej kulturze? - łobuzerski uśmiech zastąpił dotychczasowy grymas zniechęcenia.

- Oczekujesz ciekawostki za każdym razem, kiedy będziemy jeść coś nietypowego?

- Tylko przez ten tydzień. Takie wyzwanie: jedno danie z jakiegoś kraju i jedna ciekawostka.

- A skąd mam wiedzieć co przygotować?

- Nie będziemy się przygotowywać. Wszystko całkowicie spontanicznie, na co będziemy mieli ochotę, to zrobimy. Poproszę dzisiejszą ciekawostkę.

- Hmm... - dotknęła palcem wskazującym zagłębienia nad górną wargą, jak zwykle, gdy o czymś myślała. - Wiem na pewno, że jest dużo nieudanych związków. Kobiety nie wierzą w to, że miłość jest im potrzebna do szczęścia.

- Ale ty wierzysz?

- Bo ktoś mnie do tego przekonał.

- Ciekawe kto...

- Jak to kto? Oczywiście on - wzięła kota na ręce i pocałowała go za uchem. - Nikt tak nie kocha kobiety jak kot.

- No wiesz?

- Masz jakieś obiekcje, kotku? - tym razem pogłaskała brązowe włosy chłopaka.

Uwielbiała się z nim droczyć.

Dzień 4: Σε αγαπώ

Szczerbatek miał w zwyczaju bardzo nachalnie dopraszać się uwagi, zwłaszcza, kiedy był głodny. I absolutnie nie przyjmował odmowy. Dlatego kiedy rano oberwał poduszką, nie zamierzał się cackać.

Wrzask Czkawki skutecznie rozbudził zarówno jego, jak i jego dziewczynę.

- Co się stało? - Astrid natychmiast usiadła, rozglądając się nieprzytomnie.

- Ta złośliwa bestia mnie podrapała - jęknął, oglądając bolące ramię.

- Ty głupi kocie - zaśmiała się, drapiąc Szczerbatka za uchem. - Nie wiesz, że po śniadanie przychodzi się do mnie? - przeciągnęła się i wstała.

- Nie dość, że łeb mi pęka, to jeszcze ramię boli.

- Było wczoraj tyle nie pić.

- Nie wypiłem wcale tak dużo.

- Ale na tyle dużo, że boli cię głowa. Spróbuj się jeszcze zdrzemnąć - pocałowała go w czoło i wyszła z sypialni. Dała jeść kotu, po czym wzięła się za śniadanie dla siebie i swojego chłopaka.

- Jesteś idealna - uśmiechnął się, kiedy wróciła z tacą z jedzeniem, kawą i lekami przeciwbólowymi.

- Wiem - odparła i zaczekała, aż usiądzie wygodnie, zanim umościła się obok niego.

- Sałatka grecka? To pewnie masz coś naprawdę interesującego - nabił na widelec kawałek pomidora i podsunął jej.

- Cóż, mam parę asów w rękawie - wzruszyła ramionami.

- Nie masz rękawów - spojrzał z rozbawieniem na jej koszulkę i poprawił ramiączko, które ciągle się zsuwało.

- To takie mentalne rękawy.

- No więc?

- Mogę ci opowiedzieć o Grecji jako kolebce homoerotyzmu, ale to cię chyba nie zaciekawi.

- Dopóki nie zamierzasz zmieniać płci, to nie.

- Dobrze mi z moją kobiecością, nie martw się.

- Czy ja się martwię? I tak bym cię kochał.

- To słodkie. Mam inną ciekawostkę, która akurat może odnosić się do nas.

- Zamieniam się w słuch.

- Jeden z greckich filozofów powiedział, że kiedy człowiek się rodzi, połowa jego duszy trafia do kogoś innego i całe życie polega na tym, żeby ją znaleźć.

- Czyli moje życie nie ma sensu odkąd mam ciebie.

- Naprawdę uważasz, że jesteśmy połówkami jednej duszy?

- Jeśli założyć, że nasza dusza wygląda jak Yin-Yang, to jak najbardziej.

- Chyba nie ujęłabym tego lepiej.

Dzień 5: Ti amo

- Ach, cóż to za noc, my cudowną tę noc nazywamy "bella notte" - podśpiewywał pod nosem Czkawka, krzątając się po kuchni.

- "Zakochany kundel"? Dzisiejszy obiad musi być bardzo... specyficzny - Astrid rzuciła torebkę na krzesło i przytuliła ukochanego.

- Jak tam egzamin? - pocałował ją w czubek głowy i objął czule, wdychając zapach jej perfum.

- Zdałam, ale... mogłam się bardziej przyłożyć i lepiej go napisać - przymknęła oczy, zmęczona.

- Daj spokój, kochanie. I tak się dużo uczyłaś - pogłaskał ją po plecach i odsunął się, żeby sprawdzić, czy obiad się nie przypala.

- Ale mogłam więcej.

- Astriś, ja wiem, że jesteś bardzo ambitna, ale tego materiału było dużo i nie należał do najłatwiejszych. Zrobiłaś co mogłaś - nałożył jedzenie na talerze.

- Spaghetti? Mogłam się domyślić, że wymyślisz coś prostego. I skoro pojawił się motyw z "Zakochanego kundla", to powinniśmy chyba zjeść na jednym talerzu.

- Jak miło, że wraca ci zwykły nastrój. I nie, nie powinniśmy, bo uwzględniłem, że po egzaminie będziesz głodna.

- Powiedziałabym, że jesteś słodki, ale chyba chcesz powiedzieć, że na co dzień jestem wredna i uszczypliwa. A myślałam, że tylko, jak jestem zmęczona.

- Jednak nie.

- Bo nie usłyszysz ciekawostki.

- Już milczę.

- No więc Włosi są uważani za najbardziej romantyczny naród świata, tuż przed Francuzami. Nawet łacińska nazwa Rzymu, czyli Roma, to czytane wspak słowo "amor" czyli miłość. Więc to w zasadzie stolica miłości. No i Włosi są ponoć najlepszymi kochankami.

- Bo się obrażę.

- Powiedziałam "ponoć".

- Ale to i tak brzmi jakbyś narzekała.

- Nie narzekam. I nie myśl sobie, że mnie sprowokujesz, jestem tak wykończona, że marzę tylko o ciepłej kąpieli.

- Że co, że ja nie dam rady?

- A i owszem. Pozmywaj, a ja idę odpocząć - posłała mu w powietrzu pocałunek i jak gdyby nigdy nic poszła do łazienki.

Dzień 6: Te quiero

- ...i ja jej to powiedziałam, a wtedy... No dokładnie, dokładnie tak samo miałam - Astrid wyszła z sypialni, rozmawiając przez telefon. - Co tam, Szczerbuś? - spytała cicho, głaszcząc kota. - No ale wiesz, niby tak jest, a w praktyce co możesz, no nic nie możesz. No wiem, wiem.

- Z kimkolwiek gadasz, pozdrów - odezwał się Czkawka z kuchni.

- Czkawka cię pozdrawia - przekazała z uśmiechem. - Heather ciebie też - oznajmiła chłopakowi.

- Miło.

- Pyta co robimy. Ja gadam z tobą, a mój kotek gotuje. No widzisz, jak mam dobrze? Hahah, zapomnij, za nic się nie zamienię.

- A co? Zazdrosna jest, że Smark jej nie gotuje? - zaśmiał się Czkawka.

- Mhm. Skoro już o tym mowa, co gotujesz? - zajrzała mu przez ramię.

- Paellę.

- Heather chyba zatkało - oświadczyła po chwili. - I chyba zaczyna zazdrościć mi jeszcze bardziej. Zadzwonię później, żeby cię nie dobijać - rzuciła do telefonu i rozłączyła się. - Czasem to jej współczuję. Sączysmark bywa palantem, który nie zasługuje na w ogóle jakąkolwiek dziewczynę.

- Przestań, przecież wiesz, że ją kocha. Mogę mu powiedzieć przy najbliższej okazji, że kobiety uwielbiają, kiedy mężczyźni dla nich gotują.

- Będzie zachwycona. Tylko nie wiem, co na to Smark. Wiesz przecież, że on nie umie gotować.

- To mu powiesz, żeby się nauczył.

- Ja? Myślałam, że to ty chcesz z nim gadać.

- Ale ja mu nie powiem, że gotowanie jest sexy.

- Niby dlaczego nie?

- Bo facet facetowi nie mówi takich rzeczy. Zresztą masz na niego większy wpływ.

- Przesadzasz.

- Ani trochę. Jaką masz ciekawostkę na dziś?

- Tak szczerze to żadnej.

- Postaraj się.

- Może... z Hiszpanii wywodzi się motyw Don Juana, czyli typowego uwodziciela i bawidamka. Swoją drogą, jego imię powinno się czytać jak hiszpańskie, czyli "Huan", a nie jak francuskie, czyli "Żuan". Poza tym, wyrażanie miłości w stylu hiszpańskim jest namiętne, zmysłowe i żywiołowe jak flamenco.

- A nie tango?

- Tango jest argentyńskie, kochanie. Ale wpływy kultury hiszpańskiej są wyraźne w całej Ameryce Łacińskiej.

- Czyli w zasadzie to nie za wiele się pomyliłem.

- Technicznie rzecz biorąc, to wiele.

- Mogłabyś chociaż udawać, że próbujesz być miła.

- Nie jestem niemiła, po prostu dobitnie uświadamiam ci twój błąd.

- To mogłabyś być mniej dobitna.

- Od kiedy to jesteś taki wrażliwy?

- Od zawsze - skrzyżował ręce i zrobił obrażoną minę.

- Czkawuś... nie obrażaj się - zero reakcji. - Przepraszam - nadal nic. - No przepraszam - wyciągnęła rękę i podrapała go za uchem.

- Dzisiaj ty zmywasz - odparł tylko i poszedł sobie.

Dzień 7: Je t'aime

Astrid weszła do kuchni i zamarła. Jej facet nigdy nie był rannym ptaszkiem, zdecydowanie lepiej funkcjonował w trybie nietoperza. Dlatego widok Czkawki na nogach o tak wczesnej porze i do tego w kuchni, był czymś absolutnie zaskakującym.

- Voilà! Fhąsuskie śniadanie dla pięknej madam. Khuasą y bagiet di fhomaż - parodiując francuski akcent, postawił na stole talerz, którego zawartości nie powstydziłaby się niejedna francuska knajpa. Cóż, przynajmniej jakaś z filmu, bo jakie były realia, oboje nie mieli za bardzo pojęcia.

- Merci beacoup, mon chéri - uśmiechnęła się. - I mówi się "croissants et baguettes avec de fromage", bo wyszedł ci włoski.

- Czepiasz się szczegółów, chérie.

- A to powiedziałeś dobrze. Widzisz, jak chcesz to potrafisz.

- Nie wszyscy interesują się obcymi językami. To co masz mi do powiedzenia na temat miłości francuskiej?

Astrid zakrztusiła się kanapką. Zrobił to specjalnie, wiedziała o tym. I doskonale zrozumiała podtekst, nie musiała nawet patrzeć na ten triumfalny uśmieszek.

- Może nie przy jedzeniu, co?

- Zachowujesz się jakbyśmy nigdy tego- AUA! - wrzasnął, gdy trzepnęła go w ramię. - Za co?

- Już ty wiesz za co. Zostawmy takie tematy na później, chcę w spokoju zjeść śniadanie - nie dała mu szansy na odpowiedź, chwyciła z talerza rogalika i bezceremonialnie wepchnęła mu w usta.

- Myślałem, że jesteś feministką i nie uznajesz przemocy domowej.

- Sprowokowałeś mnie. Doskonale wiedziałeś, czego nie powinieneś mówić, a powiedziałeś to. Zasłużyłeś. Zresztą od kiedy wiesz, że feministki nie uznają przemocy domowej?

- Od kiedy wraz z Heather zrobiłyście Smarkowi i bliźniakom łopatologiczny wykład na temat tego, że feminizm to walka o równość, a nie dominację kobiet. I nawet się z tym zgadzam.

- A wiedziałeś, że pierwsze feministki były Francuzkami?

- Nie wiedziałem.

- To już wiesz. I nie waż się odzywać, dopóki nie skończę śniadania.

- Dlaczego, mam ochotę kontynuować temat.

- Jeżeli spróbujesz, to będziesz mógł zapomnieć o jakiejkolwiek miłości, a już francuskiej w szczególności.

- Myślałem, że Francja to kraj wolności, równości i braterstwa.

- Hasła Wielkiej Rewolucji? A wiesz, że nie zakładały równości płci, tylko równość stanową?

- To nie jest powód, dla którego możesz mnie terroryzować i szantażować.

- Skoro ci źle, to droga wolna.

- Nie zostawiłbym cię, przecież jestem dla ciebie jak powietrze i nie mogłabyś beze mnie żyć.

- Skąd wiesz?

- Mówiłaś mi. Zresztą ty jesteś dla mnie bardziej cenna niż powietrze.

- To takie...

- Romantyczne?

- Ckliwe.

- Starałem się tylko wczuć w klimat francuski.

- Coś nie pykło.

- No trochę.

- Dobra, chodź.

- Niby gdzie?

- Przedyskutujemy kwestię tej miłości francuskiej w bardziej odpowiednim do tego miejscu.

- Nie mogę się doczekać, milady.

Dzień 8: Ich liebe dich

- Przytrzymaj drzwi, bo nie mam ręki.

Zaczekała, aż dwie wychodzące właśnie kobiety przejdą i spełniła prośbę. Po krótkiej wspinaczce po schodach, stanęli przed drzwiami mieszkania przyjaciół. Astrid zapukała i już chwilę później otworzyła im uśmiechnięta Heather.

- Cześć - zaprosiła przyjaciół do środka i uściskała ich na powitanie. - Hakuś, zachowuj się - odgoniła czekoladowego dobermana, który przybiegł, słysząc gości. - A kogo my tu mamy? - wzięła od Czkawki przypominający torbę pojemnik transportowy. - Hej, słodziaku - uśmiechnęła się, wyciągając ze środka Szczerbatka, który miauknął cicho, z powrotem przywołując psa.

- Co, stęskniłeś się za przyjacielem? - Astrid pogłaskała Hakokła. - Fakt, dawno się nie widzieliście.

Heather wypuściła kota i oba zwierzaki zajęły się sobą, a dziewczyny rozmową. Tymczasem w kuchni również toczyła się konwersacja.

- Pomóc? - Czkawka niepewnie obserwował poczynania przyjaciela, który usiłował gotować.

- Nie, dam sobie radę - Smark machnął ręką.

- Coś ci się pali.

- Gdzie?! - rozejrzał się spanikowany.

- Jeszcze nigdzie, ale zaraz będzie - podszedł do kuchenki i sprawnie przemieszał zawartość garnka. - Heather aż tak ci wlazła na ambicję?

- To wszystko twoja wina.

- Domyślam się.

- Dobra, wystarczy tego gotowania. Jestem głodny - zamieszał, spróbował i wyłączył palnik. - Można jeść.

- Nie tak od razu - Czkawka ze śmiechem wyjął talerze. - A przy okazji... ty w ogóle wiesz co ugotowałeś?

- Heather wie.

- Oby to było to samo... - nałożyli jedzenie na talerze i zanieśli na stół.

- Drogie panie, podano do stołu - oznajmił Sączysmark.

- Nareszcie. Myślałam już, że nigdy tego nie skończysz - zaśmiała się Heather.

- Nie doceniasz mnie, słońce. A właśnie, pamiętasz jak to się nazywało?

- To jakiś taki niemiecki gulasz.

- Macie pakt Ribbentrop-Mołotow? - zażartowała Astrid. - Ostatnio kuchnia rosyjska, teraz niemiecka - wyjaśniła, gdy przyjaciele nie zrozumieli. - Taki historyczny żarcik...

- Lepiej opowiedz jakąś naprawdę fajną ciekawostkę - Czkawka nie zamierzał odpuścić wyzwania.

- Z tego co wiem, to Niemcy nie są zbyt uczuciowi, a przynajmniej większość z nich. Nie potrafią uwodzić i zazwyczaj nie myślą o poważnych związkach zbyt szybko. I kategorycznie niedopuszczalne jest jakiekolwiek spóźnienie na randkę.

- To bliźniaki byłyby forever alone - zaśmiał się Smark.

- Ty popatrz najpierw na siebie - odgryzła się Astrid.

- Ja się nie spóźniam na randki.

- To prawda - przyznała Heather. - Zawsze jest przed czasem.

- Ale odstraszyłby każdą dziewczynę swoim gadaniem - blondynka nie zamierzała się poddać.

- Co prawda to prawda, bywa dość męczący... - przyjaciółka przyznała jej rację.

- Powinnaś trzymać moją stronę! - zaprotestował jej facet.

- To nie znaczy, że mam zaprzeczać faktom.

- Mogłabyś.

- I tak masz dostatecznie wielkie ego.

- Jesteś okrutna.

- Też cię kocham.

- My też się tak zachowujemy? - spytała cicho Astrid, zerkając na ukochanego.

- Wygląda na to, że tak - Czkawka wzruszył ramionami.

- Jeśli jeszcze kiedyś zacznę się z tobą droczyć, spraw, żebym się zamknęła.

- Masz moje słowo, że sprawię.

- Ale nie musisz się tak szatańsko uśmiechać...

Dzień 9: I love you

Astrid siedziała przed komputerem już od samego rana. Korzystając z okazji, że Czkawka jeszcze śpi, postanowiła odpalić sobie jakąś grę i zwyczajnie się wyluzować. Miała już dość nauki i stresów, cieszyła się, że sesja wreszcie się kończy. Założyła słuchawki i włączyła najnowsze Call of Duty. Naszła ją ochota, żeby tak zwyczajnie się wyżyć i bezmyślnie sobie postrzelać. Była w tym coraz lepsza i coraz rzadziej ginęła, choć i tak chłopak zawsze miażdżył ją bezlitośnie, bo zachowywał spokój nawet jeśli po raz kolejny dał się ukatrupić.

Po mniej więcej trzech rozgrywkach miała dość. Ze względu na zmęczenie egzaminami nawet boty ją pokonywały. Westchnęła i rozmasowała lekko ramiona. Nagle tuż przed nią pojawiła się ręka z parującym kubkiem, a na szyi poczuła ciepły pocałunek i kłucie zarostu.

- Wstałeś - uśmiechnęła się, zdejmując słuchawki. Pogłaskała rozczochrane włosy ukochanego i wzięła od niego kubek z herbatą.

- Nawet zrobiłem ci śniadanie - przytaknął.

- Ubierz się, bo normalnie mi zimno, jak na ciebie patrzę - mruknęła, obrzucając go spojrzeniem pełnym dezaprobaty. Czkawka miał na sobie wyłącznie spodnie od piżamy, co mocno kontrastowało z jej szarymi dresami i ciemnoniebieską bluzą.

- Zaraz - machnął ręką. - Jestem głodny.

- Kotek...

- Nie odpuścisz?

- Nigdy.

- Niech ci będzie - chwycił z kanapy szmaragdową bluzę, pasującą do jego oczu i narzucił na siebie, nawet nie zaprzątając sobie głowy zapięciem jej. Co nie znaczy, że Astrid tego nie zrobiła. - Słowo daję, jesteś gorsza niż moja mama - przewrócił oczami.

- Ktoś musi o ciebie dbać. Nawet to, że jest sobota i nie musimy nic robić, nie usprawiedliwia cię w najmniejszym choćby stopniu - wstała z fotela i skierowała się do kuchni, ciągnąc chłopaka za sobą. - Tosty i herbata? Niech zgadnę, motyw angielski?

- Niech zgadłaś.

- Zatem pozwól, że opowiem ci tylko brytyjską ciekawostkę. Gdybym miała rozważać wszystkie anglojęzyczne kraje, tosty by mi wystygły - usiadła przy stole.

- Jak zwykle zamieniam się w słuch.

- Najjaskrawszym przykładem brytyjskiej kultury są oczywiście Anglicy. Mówi się o nich, że są jak ich pogoda, nudni i flegmatyczni. Ale to nieprawda. Choć w relacjach powierzchownych są powściągliwi, przy bliższym poznaniu bardzo zyskują. Potrafią mieć naprawdę ogromne poczucie humoru. Jednak tym, co ujmuje kobiety, nawet jeśli nie brytyjskie to zagraniczne, jest idea gentlemana. To naprawdę pomaga w relacjach miłosnych.

- Tak, kochanie. Doskonale wiem, co znaczy być gentlemanem.

- Wiem, że wiesz. I nawet nie masz pojęcia, jak się z tego cieszę.

Dzień 10: Kocham cię

- Mam ochotę na kruche ciasteczka. Zrobimy? - Czkawka spojrzał na swoją dziewczynę słodkim, błagalnym wzrokiem.

Astrid patrzyła na niego przez chwilę, zaskoczona tak nagłą propozycją, po czym bez słowa wstała i poszła do kuchni.

- Znajdź przepis - poleciła tylko. Gotowali razem już tyle razy, że bez problemu dzielili się zadaniami. Kiedy pierwsza partia ciasteczek była gotowa do dekoracji, robienie reszty spadło na Astrid, jako że Czkawka ze swoim talentem plastycznym potrafił wyczarować cuda na ciasteczkach.

- Dzisiaj są Walentynki - odezwał się po dłuższej chwili milczenia.

- Wiem - odparła spokojnie.

- Powinniśmy je jakoś świętować.

- Kotek, miłość powinno się okazywać sobie na co dzień, a nie od święta.

- Tak, ale od święta powinno się ją okazywać w szczególny sposób. Sęk w tym, że nie mogłem wymyślić żadnego szczególnego sposobu. Mógłbym zabrać cię do jakiejś eleganckiej restauracji na elegancką kolację, jasne. Ale wszyscy tak robią i to nie jest wyjątkowe. Do tego pewnie zrobiłabyś się na bóstwo, założyła jakąś ładną sukienkę i buty, ładnie byś się umalowała, a ja musiałbym się wbić w garnitur, ogolić i uczesać. Ale to też wszyscy robią.

- Do czego ty zmierzasz? - spojrzała na niego podejrzliwie.

- Próbuję ci powiedzieć, że nie potrafię wyrazić tego, jak wyjątkowa jesteś. Dla mnie wyglądasz najpiękniej na świecie właśnie teraz, w starym dresie, z nieuczesanymi włosami, rękami w cieście i mąką na czole - zaśmiał się i starł mąkę. - Albo kiedy przychodzisz wykończona, padasz na łóżko i momentalnie usypiasz, przytulając się do mnie. Albo kiedy bawisz się ze Szczerbatkiem. Albo kiedy wieczorem zmywasz makijaż i tak uroczo uśmiechasz się z ulgą. W ogóle kiedy się śmiejesz. I też kiedy śpisz, uczysz się, grasz, jesz, kąpiesz się, rozmawiasz, nawet kiedy się złościsz i płaczesz, kiedy sprzątasz, przypalasz obiad, robisz pranie, zakupy, zdjęcia, czytasz książkę, oglądasz film, grasz na kompie... Po prostu w takich najzwyklejszych, codziennych rzeczach jesteś niezwykła i wyjątkowa. A ja nie wiem, jak ci to okazać, wszystkie pomysły wydają się oklepane.

- Nie musisz mi tego okazywać, ja to doskonale wiem. I też cię kocham - uśmiechnęła się czule i pocałowała go w policzek. Nie do końca wiedziała, jaki cel miała ta cała jego przemowa, ale nie pytała. Przeczuwała, że za jakiś czas się dowie.

- Ale o miłość trzeba dbać. Nie wolno jej brać za pewnik, bo to ostatni gwóźdź do trumny dla związku.

- Przecież my dbamy, a przynajmniej tak mi się wydaje. Wszystko co robię, robię z miłością i dla ciebie. I wiem, że ty też. Dlatego trochę nie rozumiem, po co ta cała rozmowa.

- Bo obiecałem sobie jakiś czas temu, że z tobą o tym porozmawiam. To całe wyzwanie z ciekawostkami... miałem nadzieję, na jakiś ciekawy pomysł na dzisiejszy dzień.

- Przecież wiesz, że ja nie oczekuję niczego specjalnego - zauważyła, że ukochany wyraźnie się denerwuje i to ją zmartwiło. Nie lubiła, kiedy coś go gryzło.

- Ale zasługujesz na to. Dostarczyłaś mi mnóstwa pomysłów, ale żaden nie wydawał mi się dość dobry, wszystkie były takie zwyczajne i oklepane.

- Po prostu powiedz, o co chodzi. Przecież widzę, że coś cię gryzie.

- Wiesz co? Masz rację. Jak nie dziś to kiedy? - uśmiechnął się słabo, jeszcze bardziej zbijając ją z tropu. - To też jest oklepane i pewnie to najbardziej lamerski sposób, w jaki można to zrobić, ale jak to mówią żyje się tylko raz. A ja naprawdę nie wiem, co mogę zrobić, żeby to było wyjątkowe.

- Powiesz wreszcie co jest grane? - spytała zirytowana, ale zupełnie nie spodziewała się odpowiedzi. Zobaczyła, jak sięga do kieszeni, a chwilę później cały świat wywrócił się do góry nogami.

- Wyjdziesz za mnie? - na wyciągniętej dłoni błyszczał srebrny pierścionek z szafirowym oczkiem. Wyglądał na stary.

- Idiota... - wyszeptała, czując zbierające się pod powiekami łzy. - Jesteś idiotą. Jak mogłeś sądzić, że potrzeba jakiejś wielkiej okazji, żebyś w końcu o to spytał? - gardło miała ściśnięte ze wzruszenia, ledwo była w stanie mówić. - I co, teraz ci się wydaje, że mogę się nie zgodzić tylko dlatego, że są Walentynki, a ty zamiast zabrać mnie na wyjątkową randkę, postanowiłeś oświadczyć mi się w kuchni przy pieczeniu ciastek, tak?

- No wiesz... jeśli tak to ujmiesz, to rzeczywiście trochę tak jest... - odpowiedział, wyglądając jakby miał zejść na zawał.

- A nie pomyślałeś, głupku jeden, że może ja też tak się czuję? - położyła ostatnie ciastko na blasze i zaczęła sprzątać. - Nie pomyślałeś, że może ja też każdego dnia wstaję rano, patrzę jak śpisz i zastanawiam się, czym sobie zasłużyłam na taki skarb? - przerwała sprzątanie i umyła ręce, drżały jej tak mocno, że ledwo zdołała to zrobić. - Może po prostu ja też tak bardzo cię kocham, że wydaje mi się niemożliwe zrewanżowanie ci się za tę całą miłość i wszystko, co dla mnie robisz? - łzy już od jakiegoś czasu spływały jej po policzkach, ale zdawała się tego nie zauważać.

- Nie pomyślałem... - przyznał cicho. Wyciągnął nieśmiało rękę, a gdy ją chwyciła, przyciągnął ją do siebie i posadził sobie na kolanach.

- Miłość cię zaślepiła - zażartowała. - Nigdy nie sądziłam, że potrafię płakać ze szczęścia - zaśmiała się, pociągając nosem i ocierając łzy.

- Nie dałaś mi w końcu jednoznacznej odpowiedzi - pocałował ją w skroń.

- A potrzebujesz jej?

- Wiesz... w sumie to nie - ujął jej dłoń i wsunął pierścionek na palec. - To pamiątka rodzinna, ale jeśli ci się nie podoba, mogę...

- Zwariowałeś? Zamierzam spędzić z tobą resztę życia, a nie przejmować się kawałkiem metalu na ręce. To jest najważniejsze, nie jakiś tam pierścionek.

- Jesteś cudowna, wiesz?

- Ty też. Nie przeraża cię myśl, że będziesz na mnie skazany już do końca życia?

- Takie życie to będzie bajka.

- A bajki nie są zbyt oklepane?

- To będzie nasza własna bajka, Taka, jakiej nikt jeszcze nie zna.

- Wyjątkowa?

- Tak. Jak ty.

- Jak my.

- Niech ci będzie.

- Ciastka się palą.

Miłość nie pamięta złego

 Endżel siem spszedała!!!!!oneone!!!!!111 Zdrajczyni!!11!!! Fak ju bicz!!1!!!one!
 Poczytacie, zrozumiecie.
 Dla Lisiczki i Kimiko

Kolejny atak, kolejna bitwa. Nawet w powiększonym składzie, jeźdźcom ciężko było odnosić kolejne sukcesy i zwykle były okupione dużym wysiłkiem. Zbroje brzęczały, miecze dźwięczały, strzały świszczały, statki płonęły. Cud, że nikomu nic się nie stało. Łowcy smoków naprawdę nie zważali na straty, więc ósemka jeźdźców nie mogła sobie pozwolić na najmniejszy błąd. Czkawka wielokrotnie zmieniał taktykę, próbując się dopasować do tego, co serwowali im oponenci. Sprawnie kierował Szczerbatkiem, unikając strzał, ale w pewnym momencie jedna świsnęła mu tuż koło ucha. Odruchowo się odsunął i w tej samej chwili poczuł z drugiej strony palący ból. Nie zauważył kolejnej strzały, która z powodzeniem by go minęła. A tak zarobił dość głębokie draśnięcie. Trudno, miał inne zmartwienia. Nie zważając na ból i spływającą po twarzy krew, kierował bitwą najlepiej jak umiał. Dopiero kiedy agresorzy uznali swoją klęskę i zarządzili odwrót, skierował się na Koniec Świata.

- Bogowie, Czkawka, jesteś ranny! - wykrzyknęła Heather, gdy przywódca wkroczył do Klubu.

- Później. Najpierw naprawimy uszkodzenia - machnął ręką i zaczął wydawać rozkazy. - Powiedziałem: później - warknął, gdy Astrid zaatakowała go wilgotną szmatką.

- Nie wierć się - chciała go przytrzymać, ale uciekł. Otarł trochę krwi rękawem i poszedł do roboty.

Odkładanie na później mściło się na nim wiele razy, dlaczego nie miałoby i teraz? Już po południu nie czuł się najlepiej, a wieczorem ledwo Szczerbatek doholował go do Klubu. Zaraz po lądowaniu zsunął się bezwładnie z grzbietu smoka.

- Wszystko gra? - spytała Szpadka, podchodząc do przyjaciela.

- Jak umierasz, zamawiam Szczerbatka! - zawołał Mieczyk.

- Nic mi nie jest - mruknął Czkawka, dźwigając się na cztery kończyny. Wyżej nie dał rady.

- Nie udawaj twardziela, przecież widać, że źle z tobą - Dagur wymienił z siostrą zaniepokojone spojrzenia. Astrid podeszła do chłopaka.

- Jesteś rozpalony - stwierdziła, dotykając jego czoła. Zajrzała w jego szkliste oczy i obejrzała zaschniętą ranę. Nie wyglądała za dobrze. Dziewczyna zaklęła perfidnie.

- Wyrażaj się! - upomniała ją Szpadka.

- Czy ktoś z was pomyślał, że te strzały mogą być zatrute? - warknęła, była wściekła, bo z Czkawką było naprawdę niedobrze. - Pakuj się do łóżka, mój drogi - gwizdnęła na Wichurę i przetransportowała przywódcę do jego chatki. Był za słaby, żeby protestować.

- Co mamy robić? - spytał Dagur, gdy pozostała szóstka stawiła się w domku.

- Potrzebna mi wrząca woda, woda z lodem albo śnieg, czyste bandaże, kilka czystych szmatek i parę ziół na rany.

- Lecimy - zakomenderowała Heather. Jeźdźcy podzielili się zadaniami, a Astrid zajęła się przygotowywaniem pacjenta do zabiegu. Co oznaczało pozostawienie go w samych spodniach, niezależnie od tego, co o tym sądził.

- Mamy wszystko, co dalej? - zapytał Sączysmark. On i reszta czekali na dalsze instrukcje. Astrid wyciągnęła nóż i zanurzyła go w gorącej wodzie, następnie zmoczyła jedną ze ścierek w zimnej wodzie, zwilżyła nią klatkę piersiową Czkawki i położyła mu na czoło, jako zimny kompres.

- Niewykluczone, że trzeba go będzie przytrzymać - powiedziała, wkładając inną szmatkę do gorącej wody, wyciskając ją i wycierając zaschniętą krew z szyi. Im bardziej zbliżała się do policzka, tym bardziej chłopak protestował. - Smark - rzuciła w pewnym momencie, a przyjaciel znalazł się przy rannym i przytrzymał jego ręce.

- Sam jesteś sobie winien - mruknął, gdy przywódca nadal próbował się opierać. - Było dać się opatrzyć wcześniej.

Czkawka nadal się wyrywał, rana była zaogniona i porządnie bolała. Nawet gdyby próbował leżeć spokojnie, zwyczajnie nie mógł, roznosiło go z bólu.

- Dagur, pomóż mu - poleciła Astrid, zauważając, że Smark nie daje sobie rady sam.

- Zaskakujące ile siły jest w tym wątłym ciałku - odezwał się Mieczyk.

- Więcej niż myślisz - syknęła Astrid, oczyszczając skórę wokół rany. Wyjęła nóż z wody. - A teraz trzymajcie go mocno, jak się ruszy, mogę mu zrobić krzywdę. Heather, przydasz mi się - gdy przyjaciółka podeszła, kazała jej trzymać głowę chłopaka tak, żeby nie mógł nią ruszyć, ani otworzyć ust. Każdy ruch niósł ryzyko przypadkowego powiększenia rany.

Kiedy wszystko było gotowe, zaczęła delikatnie zrywać strup. Rana wymagała oczyszczenia, żeby nie zaczęła ropieć. Po krótkiej chwili miała palce we krwi, ale nie zważała na to. Gdy rana była na powrót otwarta, polała ją gorącym wywarem z ziół. Lepsze byłoby wino, ale go nie posiadali. Odstawiając wywar, przypadkowo go rozlała, także na swoje dłonie, ale nie miała czasu się tym przejmować. Przemyła ranę zimną wodą, łagodząc nieco ból, zrobiła okład z ziół i śliny Szczerbatka i zabandażowała ranę. Dopiero wtedy pozwoliła przyjaciołom odpuścić.

- Nie sądziłem, że to taka ciężka robota - mruknął Sączysmark.

- A widzisz - Astrid ponownie zwilżyła tors rannego, tym razem ścierając z niego pot. Chłopak był cały mokry z gorączki i wysiłku. - Idźcie spać. Zostanę przy nim - zmieniła mu okład na czole. Jeźdźcy spojrzeli tylko na prawie niewidoczną twarz przyjaciela i jeden po drugim opuścili chatkę.

Czkawka gorączkował przez całą noc, zasnął ze zmęczenia, ale spał bardzo niespokojnie. Majaczył w gorączce, trochę płakał, wzywał ojca i Szczerbatka, kilka razy matkę, a nawet i ją. Czuwająca przy nim dziewczyna robiła co mogła, żeby go uspokoić. Dopiero nad ranem gorączka spadła i chłopak odzyskał przytomność.

- A... Astrid - wyszeptał, gardło i usta miał suche jak wiór.

- Jak się czujesz? - spytała z troską.

- Fatalnie - wyznał. Spojrzał na nią z wdzięcznością, gdy podsunęła mu kubek z wodą i pomogła się unieść, żeby mógł się napić. - Dzięki - powiedział cicho.

- Kiedy ty się wreszcie nauczysz, że ran nie odkłada się na później? - odkleiła mu mokre włosy od czoła i przyłożyła kompres.

- Myślałem, że to nic takiego - ledwo mówił, jego ciało było wyczerpane walką z urazem.

- Żadnej rany nie wolno bagatelizować, trzeba ją opatrzyć jak tylko skończy się bitwa - wojowniczka spojrzała w szmaragdowe oczy. - Jeszcze trochę i mogło być po tobie. Masz szczęście, że niczym jej nie zakaziłeś, bo amputacja raczej nie wchodziłaby w grę.

- Przepraszam...

- Nieważne. Prześpij się jeszcze, gorączka już spada, powinieneś móc spać normalnie - głaskała go po włosach, co działało kojąco i usypiająco. I rzeczywiście, kilka następnych godzin przespał spokojnie, po przebudzeniu był w stanie samodzielnie usiąść.

- Dzieńdoberek! - przywitał się Smark, wchodząc do domku, a za nim reszta. - Jak zdrówko?

- Bywało lepiej - uśmiechnął się przywódca. - Ale przydałaby mi się kąpiel, cały się kleję przez tę gorączkę.

- A dowleczesz się w ogóle? - spytała Szpadka uszczypliwie.

- Zaniesiesz go - Mieczyk szturchnął siostrę łokciem.

- Sam go nieś! - oddała mu.

- Uspokójcie się - warknęła Astrid. Nieprzespana noc dawała się we znaki, sama obecność tylu osób ją drażniła.

- Powinnaś się przespać - zauważyła Heather.

- Nie mogę - odparła. - Nie jestem w stanie zmrużyć oka, dopóki Czkawka nie wydobrzeje.

- Heather ma rację. Idź spać, zajmiemy się nim - Dagur poparł siostrę.

- Sam się mogę sobą zająć - zaprotestował przywódca, ale nikt go nie słuchał.

- Dajcie spokój, i tak nie będę mogła zasnąć - wojowniczka była wykończona, ale nie śpiąca. Za bardzo się martwiła. W końcu odpuścili.

Po kąpieli, Czkawka czuł się znacznie lepiej. Chłodna woda orzeźwiła go i wróciła mu jasność umysłu. Po powrocie do domku, był niemal w pełni sił. Pozwolił Astrid obejrzeć ranę, która wyglądała już znacznie lepiej niż w nocy. Założyła więc nowy opatrunek i niechętnie zgodziła się, żeby popracował nad jakimiś projektami. Sama zaś zwinęła się w kłębek przy drzemiącym Szczerbatku i obserwowała chłopaka. Była taka zmęczona, w chatce było tak cicho, a smok był taki ciepły i wygodny, że nawet nie wiedziała, kiedy zasnęła. Czkawka mimo to nie ruszył się z domu na krok. I to wcale nie dlatego, że nie chciał jej martwić, po prostu wiedział, że Szczerbek mu nie pozwoli. Więc gdy Astrid obudziła się po południu, nadal spokojnie rysował projekty, a na podłodze stały miski po jedzeniu, które przynosiła mu Heather.

- Wyspałaś się? - spytał z uśmiechem, słysząc, że dziewczyna nie śpi.

- Długo spałam? - spytała rozespana.

- Cały dzień. Nie martw się, dobrze o mnie dbali - pokazał puste naczynia.

- Czyli jednak można na nich polegać - przeciągnęła się, humor znacznie się jej poprawił.

- Jak widać.

Następnego dnia, Czkawka był już w pełni sił, a kolejnego, nie potrzebował już opatrunku. Jego gładki dotychczas policzek, przecinała czerwona szrama, która przyciągała wzrok szczególnie, gdy coś mówił i ciężko było nie patrzeć, tylko skupić się na słowach. Do tej pory ukrywał wszystkie rany, widzieli je jedynie Pyskacz i ojciec. Ten ślad zobaczy każdy, kto na niego spojrzy. Wolał nie myśleć, co zrobi Stoick, jak go zobaczy.

- Co tam, braciszku? - Dagur otoczył ramieniem wpatrzonego w morze chłopaka.

- Cały czas się zastanawiam, która chwila w tym miejscu będzie moją ostatnią - westchnął.

- Chyba nie zamierzasz odchodzić ani... umierać... nie? - Berserk spojrzał na towarzysza z niepokojem.

- Nie, ale znając mojego ojca, jak tylko zobaczy mnie z taką szramą, zabierze mnie na Berk i uziemi...

- Może nie będzie tak źle. Spójrz na to z innej strony, jeśli zostanie ci blizna, będziemy wyglądać podobnie.

- Jakoś mało mnie to pociesza.

- Cóż, starałem się. Co jeszcze cię gryzie?

- Nic.

- No dawaj, bratu nie powiesz?

- Chodzi o to... - westchnął. - Chodzi o Astrid.

- Coś z nią nie tak?

- Już wcześniej nie miałem u niej szans. A mimo to, wydawała się mnie lubić. Za to teraz... pewnie nawet na mnie nie spojrzy.

- Co ty, nie mów tak. Skoro cię lubi, nie będzie jej to przeszkadzać. Nam nie przeszkadza, musimy tylko do niej przywyknąć.

- Lubi? Daj spokój. Kto by chciał mieć tak oszpeconego chłopaka - zakrył policzek ręką. - Jeśli nawet jeszcze mnie lubi, to przestanie.

- Masz rację - odezwała się nagle.

- Astrid! - aż podskoczył i odwrócił się, zobaczył stojącą za nim dziewczynę z nieodgadnionym wyrazem twarzy.

- Nie lubię cię. I już od dawna chciałam ci to powiedzieć - przyznała.

- Wiedziałem... - spuścił głowę, mocno zraniony.

- Nie zapytałeś nawet dlaczego.

- A to istotne?

- Tak.

- Więc dlaczego? - spytał, za wszelką cenę starając się nie rozpłakać.

- Nie mogę cię lubić - podeszła bardzo blisko niego i odsunęła dłoń z jego twarzy. - Ponieważ od kilku lat jestem szaleńczo i na zabój zakochana - wyznała, dotykając delikatnie zranionego policzka.

- W-we mnie? - wykrztusił.

- I to po same uszy.

Zanim się zorientował, już go całowała. Najpiękniejsza dziewczyna na świecie właśnie wyznała mu miłość. To cud, że jeszcze nie zemdlał. Niewiele myśląc, po prostu odwzajemnił pocałunek. A wszystkiemu z rozbawieniem przypatrywał się Dagur.

- Nie żebym nie mówił, ale... A nie mówiłem? - spytał triumfalnie.

Odpowiedzi się nie doczekał. W końcu Czkawka miał zajęte usta.

Kto nie zrozumiał: przysięgałam kiedyś nigdy nie napisać dobrego słowa o Dagurze

Zakupowe szaleństwo

a dedykacje dostają Lisiczka, Nati i Trollka
moje kochane Atomówki Angelówki i sprawczynie całego opka :3

W Berk City nastał właśnie słoneczny, piękny dzień, co było rzadkością o tej porze roku. Pogoda nastrajała bardzo radośnie, aż chciało się wyjść z domu i coś zrobić. Dlatego Dagur bardzo się zdziwił, gdy zobaczył Heather rozpłaszczoną na kuchennym stole. Nie, nie przejechał jej walec drogowy, ani nie zaczęła się rozpuszczać. Po prostu siedziała przy stole z brodą opartą na blacie i rękami wyciągniętymi przed siebie. Ogólnie wyglądała, jakby miała zaraz umrzeć z nudów.

- Co to za nastrój, siostrzyczko? - spytał, robiąc sobie kawę, której wcale nie potrzebował, i bez niej potrafił wszystko roznieść. Pech chciał, że lubił kawę.

- Wszystkie plany mi się posypały - odparła. - Miałam iść z Astrid na zakupy, ale nic z tego.

- Czemu?

- Skręciła kostkę i leży tylko na kanapie, nawet do łazienki nie może wstać. Jeśli czegoś chce, Czkawka jej to przynosi, albo zanosi ją tam. Strasznie ją to dobija, nienawidzi musieć na kimś polegać.

- Rzeczywiście przykre. A bardzo chcesz iść na te zakupy?

- No chciałam się czymś zająć, a nie tak siedzieć bezczynnie i czekać aż Sączysmark wróci. Już mi się nudzi samej.

- Gdzie on właściwie jest?

- Pojechał gdzieś z ojcem, pomagają babci w remoncie, czy jakoś tak...

- Jesteś pewna?

- Jestem. Jego ojciec sam po niego przyjechał, a kilka razy jak dzwonił, było słychać dźwięki remontu w tle, raz nawet ojciec go zawołał. Ufam mojemu facetowi, Dagur - spojrzała na brata, podkreślając wagę swoich słów.

- No dobrze, dobrze.

- Nie ma powodu mnie zdradzać. A nawet jeśli to zrobi, to raczej po pijaku i z głupoty, a nie dlatego, że mu ze mną źle.

- Mhm. To co zamierzasz dzisiaj robić?

- Nie wiem.

- Może pójdziemy gdzieś razem?

- Co?

- To wprost fantastyczny dzień na zakupy. Co ja gadam? Każdy dzień jest dobry na zakupy.

- I ty niby zamierzasz włóczyć się ze mną po sklepach? - aż podniosła się zaskoczona.

- Dlaczego nie?

- No dobra, skoro chcesz - wstała od stołu i wyszła z kuchni.

- A ty dokąd?

- No przecież nie wyjdę z domu w piżamie - udała się do pokoju, skąd wyszła po chwili ubrana w szare jeansy i czarną bluzę. - Co? - spytała, widząc wzrok brata. - Nie idę na randkę, tylko na zakupy. Nie muszę się odstawiać.

- Powinnaś nosić więcej kolorów.

- Specjalista się znalazł. Idziesz?

- Idę, idę.

- To rusz się.

Heather nie była do końca przekonana o słuszności tego pomysłu, ale postanowiła zaufać bratu. W końcu nie co dzień zdarzało się, że mieli okazję spędzić razem tyle czasu. Po rozwodzie rodziców zostali rozdzieleni, a przeprowadzka całkiem zerwała kontakt. Odnaleźli się dopiero całkiem niedawno i do tego przypadkiem. Dzięki pomocy przyjaciół, wyciągnęła Dagura z gangu, pomogła mu się wypłacić z długów i w końcu wyszedł na prostą dzięki całej ekipie. Odwiedzała go przynajmniej raz w tygodniu, a na czas wyjazdu chłopaka, przeprowadziła się do niego. Wiedziała, że tylko dzięki niej jej brat jeszcze żyje i nie wrócił do dawnego stylu, dlatego przykładała do ich relacji naprawdę dużą wagę. Nawet jeśli nie zawsze miała na coś ochotę, robiła to dla niego.

- Szukasz czegoś konkretnego? - spytał, gdy wchodzili do galerii.

- Właściwie myślałam o jakiejś sukience i może nowy sweter czy kurtka...

- Czyli nie masz sprecyzowanych oczekiwań?

- W sumie to miałam też rozejrzeć się za stanikiem, ale to bezwarunkowo poczeka na Astrid.

- Dlaczego?

- Daruj, ale co chłopak może wiedzieć o takich rzeczach? Zakupy bieliźniane zawsze robimy w damskim towarzystwie. Naszych chłopaków obchodzi tylko to, czy wygląda zachęcająco, a nie czy pasuje. I tak jedyne o czym marzą, to pozbycie się tego, bardziej interesuje ich to, co jest pod spodem.

- Nie doceniasz mnie, siostruniu. Chodź - pociągnął ją do najbliższego sklepu.

- Tylko nie przesadzaj. Jeszcze nie jestem milionerką.

- Spokojnie, najwyżej nowy komp poczeka. Stary jeszcze nie jest w aż tak złym stanie.

- Nie będziesz płacił za moje zakupy!

- Potraktuj to jako prezent za te wszystkie urodziny.

- Dagur, ty chyba oszalałeś.

- Dopiero to zauważyłaś? - przyłożył do niej granatowy sweter, ale po namyśle zamienił go na ciemny fiolet. - Ten będzie ci pasował.

- Fioletowy?

- Bardzo dobry do twojego typu urody. I kontrastuje z twoimi oczami, a że masz ciemniejszą cerę, to nie wyglądasz blado.

- Bo jestem opalona po lecie. Potem znowu będę jasna.

- Nie marudź, bo ci dorzucę łososiowe spodnie. Całkiem nieźle by tu pasowały, ale wiem, że i tak nie będziesz ich nosić.

- Zgadza się. Zresztą co ci się nie podoba w szarościach i czerni? Też podkreślają moją urodę.

- Ale są nijakie. Zresztą w czerni każdy wygląda dobrze, choć mając jeszcze czarne włosy nabierasz stylówki metala. Musisz ożywić swój wygląd, w szarych ubraniach wydajesz się pozbawiona charakteru - podszedł do intensywnie żółtej bluzki.

- Nawet o tym nie myśl.

- To by pasowało Szpadce - potarł w zamyśleniu podbródek. - A ten czerwony żakiet byłby idealny dla Astrid. Ale na razie skupmy się na tobie. Skoro nie chcesz jaskrawych kolorów, zaczniemy od ciemnych. Ten sweter bierzesz obowiązkowo, tylko znajdź dobry rozmiar i go przymierz.

- Czy ty masz ambicję zostać stylistą? - zaśmiała się, zdejmując bluzę i zakładając sweter. Zerknęła do lustra i była w szoku. Naprawdę było jej dobrze w tym kolorze.

- A tam zaraz ambicję... Może co najwyżej takie małe marzenie - przyznał. - Chodź. Przed nami jeszcze trochę zakupów.

Po kilku godzinach łażenia po sklepach, Heather miała dosyć. Była zmęczona i głodna, a Dagur najwyraźniej był w swoim żywiole. Biegał radośnie od sklepu do sklepu, niczym się zupełnie nie przejmując, a dziewczyna nie wiedziała już, jak ma go zatrzymać.

- Astrid, ratuj! - jęknęła, gdy tylko połączenie zostało odebrane. Może telefon do przyjaciela pomoże.

- Zaraz, czekaj - odezwał się w słuchawce Czkawka. - Tylko zaniosę jej telefon.

- Pospiesz się, bo ja tu nie wytrzymam.

- Co się stało? - zabrzmiał głos przyjaciółki.

- Poszłam z Dagurem na zakupy i nie mogę go wyciągnąć ze sklepów. Okej, wybiera fajne ubrania, ale ja mam dość łażenia!

- To mu to powiedz.

- Nie słucha mnie.

- Usiądź gdzieś i przestań za nim chodzić. Albo po prostu wyjdź.

- Ech...

- No co?

- Nie mogę tego zrobić. Pierwszy raz widzę, żeby coś sprawiało mu aż taką przyjemność.

- Bardziej go urazisz, jeśli nie będziesz z nim szczera - zauważył Czkawka.

- Serio, spróbuj po prostu z nim pogadać - zgodziła się Astrid. - Aua, Czkawka, zabierz go! - jęknęła boleśnie.

- Co się stało?

- Szczerbatek próbował mi wejść na nogę - po chwili rozległo się miauknięcie i mruczenie, kiedy Czkawka wziął kota na ręce.

- Może chciał się przytulić.

- To mógł do drugiej nogi.

- Z kim rozmawiasz? - odezwał się nagle Dagur, stając za jej plecami.

- Z Astrid. I nie strasz tak - odparła Heather, oddychając głęboko po mini zawale, jakiego dostała.

- Pozdrów Czkawkę.

- Oni też cię pozdrawiają. To na razie - rozłączyła się. - Słuchaj... ja mam już dość tych zakupów.

- Ale jeszcze nie skończyliśmy.

- Daj spokój, łazimy tak kilka godzin. Jestem zmęczona. Zresztą nigdy nie lubiłam zakupów. Wytrzymałam tak długo tylko dlatego, żebyśmy mogli spędzić ze sobą więcej czasu.

- Zrobiłaś to dla mnie? Och, jakie to urocze. Jesteś kochaną siostrą, wiesz?

- No mam nadzieję - uśmiechnęła się. - To co, możemy iść?

- Jeszcze ostatnia rzecz - ruszył przed siebie, aż dotarł do sklepu, którego poszukiwał.

- Chyba jasno się wyraziłam na temat zakupów bieliźnianych.

- Zobaczysz, twój chłopak będzie zachwycony.

- Dagur, ja nie żartuję. Nie zamierzam tu z tobą niczego kupować, poczekam aż Astrid wydobrzeje, serio.

- Nie rób z tego takiej tragedii, to ubranie jak każde inne.

- Wcale nie.

- Siostra, weź się nie zachowuj jak dziecko i mi zaufaj, dobra?

- Dzień dobry, w czym mogę pomóc? - uśmiechnęła się przyjaźnie ekspedientka.

- Może pani powiedzieć mojemu bratu, żeby nie próbował udawać, że facet wie cokolwiek o doborze stanika - mruknęła Heather.

- Cóż, przykro mi, że panią rozczaruję, ale mężczyźni też mogą się na tym znać - zaśmiała się kobieta. - Czego szukamy?

- Czegoś wygodnego i funkcjonalnego.

- Ale nie zaszkodzi, jak będzie dobrze wyglądać - dorzucił Dagur.

- Proszę się nie martwić, zaraz coś dobierzemy.

Po przymierzeniu jakichś 10 modeli, Heather miała dosyć. Jej brat rzeczywiście okazał się pomocny, zwracał uwagę na ogólny wygląd, na szczegóły, na możliwe układanie po kilku praniach. Doradzał równie dobrze jak Astrid i miał męski punkt widzenia jak Sączysmark. Idealne połączenie, ale nie dla kogoś, kto od paru godzin był na nogach i ostatnie, czego chciał, to dalsze zakupy. Niechętnie przymierzyła kolejny model i kiedy spojrzała w lustro, niemal usłyszała kliknięcie, jakby element układanki wskoczył na swoje miejsce. Biustonosz leżał idealnie, a przy tym wyglądał jak trzeba, kobiecy, ale niezbyt wyzywający.

- I co? - spytał Dagur, który również zaczynał się już niecierpliwić.

- Biorę go - odparła, odsłaniając zasłonkę przymierzalni. Czuła się tak dobrze, że w zasadzie inne ubrania nie były jej potrzebne.

- No, wygląda całkiem, całkiem. Tylko musi być szary?

- Nie jest szary, tylko grafitowy - oburzyła się dziewczyna.

- To to samo.

- Prawie. Jest cudowny, to mój nowy ulubiony.

- Kiedyś ci sprezentuję czerwony.

- Sam sobie noś czerwony. Astrid możesz go prezentować, ona lubi czerwony.

- Czerwony to twój kolor, twój i Reeny. Wy macie typ urody zimowy, Astrid ze Szpadką są wiosnami, przy czym Szpadka przechodzi trochę w lato. Do tych typów są zupełnie inne gamy kolorów.

- Dobra, panie specjalisto. Nie tylko kolory się liczą. A teraz daj mi się przebrać zanim się zakocham i nie będę chciała go zdjąć - zasłoniła zasłonkę i wskoczyła w swoje ciuchy. Opuściła przymierzalnię, zapłaciła i w końcu ku swojej radości skierowała się do domu.

- To kogo zabierasz na następne zakupy? - spytał Dagur z rozbawieniem.

- Astrid. Bez dwóch zdań. Ale jeśli się zgodzi, będziesz mógł pójść z nami. I koniecznie trzeba będzie zabrać Szpadkę.

- A po co?

- Jest mistrzynią wyprzedaży. Nikt nie ma takiego nosa co ona, wszystkie rabaty, przeceny, okazje, dosłownie wszystko ci wynajdzie.

- Brzmi kusząco. Cieszę się, że poszłaś ze mną na te zakupy.

- Też się cieszę. Nawet nie było tak źle. I wybiorę się na kolejne. O ile oczywiście nie będą za szybko.

Fangirl to niebezpieczna istota. Szczególnie, gdy jest smokiem

Astrid patrzyła w przygasający już ogień, nie zważając na piekące i łzawiące oczy. Miała ochotę płakać, najlepiej zwinięta w kłębek pod kocem i skrzydłem Wichury. Dlatego musiała przyjść tu, nie mogła tak po prostu rozpaczać, najważniejsze było teraz obmyślenie dalszego planu działania i chłodna kalkulacja. Która przy obecnym stanie rzeczy wydawała się wręcz niemożliwa.

- Co tak siedzisz? - Heather weszła do Klubu i zajęła miejsce obok przyjaciółki.

- Tak jakoś... - odparła bez przekonania. Nie miała ochoty na zwierzenia i rozmowy, choć bardzo tego potrzebowała.

- Słuchaj... mogłabym cię prosić o radę? - spytała niepewnie dziewczyna, bawiąc się swoim czarnym warkoczem.

- Wiesz...

- Co, kiepski moment?

- Tak jakby. Sama potrzebuję porady - przyznała blondynka.

- No to dawaj. Opowiemy sobie nasze problemy i wspólnie wymyślimy rozwiązania.

- No nie wiem...

- Daj spokój, gorzej niż ja na pewno nie masz - Heather uśmiechnęła się lekko. Wiedziała, że rzucając towarzyszce wyzwanie, łatwiej ją skłoni do mówienia.

- Nikt nie ma gorzej niż ja - mruknęła.

- Co takiego się stało? - przyjaciółka spojrzała wymownie w sufit. - Ulubiony topór ci się stępił? Kochana, ty przecież nie masz poważnych zmartwień.

- Okres mi się spóźnia - odparła. - Wiesz, co to oznacza.

- To nic nie oznacza, chyba że... Nie.

- Tak.

- Żartujesz. Kto jest ojcem?

- Zgadnij - syknęła.

- Czkawka? - intensywny rumieniec wystarczył za odpowiedź. Heather nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu. - Rozmawiałaś już z nim?

- No właśnie na tym polega mój problem. Nie wiem jak mu to powiedzieć - rozłożyła bezradnie ręce.

- Najlepiej wprost.

- Tak, jasne. Jak ty to sobie wyobrażasz? "Wiesz, kochanie, okres mi się spóźnia i prawdopodobnie jestem w ciąży. Ale nie przejmuj się, wiesz, że Stoick się ucieszy z wnuka i na pewno poradzisz sobie bez jednego jeźdźca" tak mam mu to powiedzieć? - Astrid w końcu spojrzała na przyjaciółkę.

- Kochanie? Czyli wy już tak na poważnie ze sobą jesteście?

- Oj daj spokój, co? Nie musimy wam się ze wszystkiego tłumaczyć - skrzyżowała ręce.

- Ale i nie musicie robić z tego takiej tajemnicy.

- Nie robimy żadnej tajemnicy, po prostu chcemy mieć spokój. A ty? Co takiego zmalowałaś? - blond wojowniczka postanowiła zmienić temat.

- Lepiej, żebyś nie wiedziała... - westchnęła jej ciemnowłosa towarzyszka. - Zakochałam się chyba.

- Jak to? Przecież już masz chłopaka.

- No właśnie... Okazuje się, że to nie do końca to, o czym myślałam. To chyba rzeczywiście nie jest facet dla mnie.

- Nic takiego wielkiego się nie stało. Jak ci nie przejdzie, to zerwij ze Śledzikiem i kłopot z głowy.

- No właśnie nie, to jest dopiero początek kłopotów.

- To ja już nic nie rozumiem.

- Chodzi o to, że ja lubię czasem zaszaleć, zrobić coś głupiego i nieodpowiedzialnego, Śledzik zawsze albo się boi, albo jest zbyt poważny i zbyt ostrożny. Za to jest na Końcu Świata inna osoba, która nie ma nic przeciwko temu. Mało tego, przy nim wreszcie nie czuję się niedouczona i mogę robić niemal wszystko, czego chcę. W końcu czuję, że mam faktyczną dominację. A on... naprawdę wiele zyskuje przy bliższym poznaniu. I jak mu się wytłumaczy pewne sprawy.

- Błagam cię, powiedz, że mówisz o Czkawce albo o Mieczyku - jęknęła Astrid, przeczuwając, co przyjaciółka chce jej powiedzieć.

- Czkawka jest twój. Zresztą kocham go jak brata, nie mogłabym spojrzeć na niego w ten sposób. A Mieczyk jest... specyficzny.

- I to na pewno chodzi o chłopaka? - szukała ostatniej nadziei.

- Astrid, proszę cię. Tak, zakochałam się w Smarku, choć wiem, co sądzisz na ten temat. Ale zrozum, wystarczyło mu wyjaśnić, że puszenie się jak paw nic nie da i raczej odstrasza dziewczyny niż je przyciąga, że my lubimy jak facet jest czuły i kochany, jak nie narzuca się i nie myśli o sobie. No i jak widać, że mu zależy, ale przesadnie. To go zmieniło, wiesz?

- Zauważyłam wprawdzie, że ostatnio przystopował z tymi zalotami i szczeniackim zachowaniem, ale nie sądziłam, że to twoja sprawka.

- Zaczął się starać tak naprawdę. Zrobił się miły, spoważniał, przestał szukać poklasku. Okazało się, że pod powłoką macho, kryje się wspaniały, wrażliwy facet.

- Przecież on mi żyć nie da - jęknęła. - Ale to się jeszcze da odkręcić, nie? Może ci przejdzie, może to nic takiego, rutyna w związku i takie tam...

- Spędziłam z nim noc.

- Ale w tym znaczeniu?

- W innym to nie byłoby istotne.

- Ja to cię naprawdę nie ogarniam. Przecież to jest... Sączysmark - wojowniczka była zdegustowana.

- Mówiłam, zmienił się.

Astrid pokręciła głową. Znała Smarka od dziecka i wiedziała, że jest okropny. Ale z drugiej strony, jeśli by rzeczywiście zmienił swój charakter, który był jego największą wadą, nie był taki zły. Bądź co bądź był oddanym przyjacielem, potrzebnym i ważnym członkiem drużyny, no i mimo wszystko całkiem przystojnym facetem. Zdecydowanie nie w jej typie, ale przyjemnie było popatrzeć. Chyba za ostro go oceniała.

- Aaa... - zawahała się - dobrze ci chociaż z nim było? - uśmiechnęła się lekko.

- Bosko - odparła kruczowłosa z rozmarzeniem. Nachyliła się do przyjaciółki i wyszeptała jej do ucha kilka słów.

- Ile?! - Astrid wytrzeszczyła oczy. - W ciągu jednej nocy? - nie dowierzała.

- Mhm. Przysięgam, policzyłam.

- Nie powiem, zazdrość bierze. Czkawka by nie dał rady - przyznała.

- Ale teraz rozumiesz mój problem.

- No tak. Z jednej strony miły i sympatyczny Śledzik, z którym spokojnie można budować stały związek, a z drugiej... no... mimo wszystko to Smark.

- Bardzo dobry Smark. Kto by pomyślał, że jest w tych sprawach-

- Nie kończ, błagam cię. Nie mam zamiaru tego słuchać.

- Czego nie masz zamiaru słuchać? - zainteresował się Mieczyk, wchodząc do Klubu.

- Nie powiemy ci. To babskie pogaduchy - powiedziała dobitnie Heather.

- Ale przecież to ja, Szpadka - zaprotestował, próbując udawać głos siostry.

- Mieczyk, to przestało działać jakieś pięć lat temu - Astrid spojrzała ciężko na chłopaka.

- Dlaczego akurat wtedy? - zaciekawiła się jej towarzyszka.

- Bo wtedy wszyscy zaczęliśmy dorastać. Jemu zmienił się głos, jej figura. On zaczął mieć zarost, ona okres. I zwyczajnie nie dało się ich pomylić.

- Całkiem logiczne.

- No dajcie spokój. Możecie mi przecież powiedzieć. Znam się na babskich sprawach.

- I co, może nam jeszcze doradzisz? - mruknęła sarkastycznie Heather.

- Jeśli będę umiał - wzruszył ramionami.

- To może nie być takie głupie - zauważyła blondynka. - W końcu jest chłopakiem. I to jedynym niezamieszanym w sprawę.

- Naprawdę chcesz mu powiedzieć o wszystkim?

- Prędzej czy później i tak się dowie. A tak to może nam jednak coś doradzi.

- Przecież to Mieczyk.

- Też go kiedyś nie doceniałam. A potem zostałam z nim sama, kiedy nas atakowaliście. I zrozumiałam, że bardzo go nie doceniamy.

- Dajcie spokój i mówcie co jest grane - bliźniak patrzył na dziewczyny z lekkim poirytowaniem.

- Jedna zdradziła, druga zaciążyła. I nie wiemy jak się do tego przyznać - odpowiedziała mu Astrid.

- Może tak wprost? Jak przed chwilą? - zasugerował Miecz.

- Wprost? Czy ty siebie słyszysz? Takich rzeczy nie mówi się ot tak po prostu! - oburzyła się kruczowłosa.

- Tylko jak? Słuchaj, oni może nie wyglądają, ale chłopaki to proste mechanizmy. Nie lubimy zagadek i domyślania się o co wam chodzi.

- Serio? Ciekawe skąd ty wiesz takie rzeczy?

- Pozwól, że cię oświecę, moja panno: też jestem chłopakiem.

- Ale do najbystrzejszych nie należysz - mruknęła, krzyżując ręce. - Nie mogę tak po prostu zranić Śledzika, rozumiesz?

- To proszę, udawaj dalej, że nic się nie stało - wzruszył ramionami. - Na pewno nie będzie wściekły, jak już się dowie. A dowie się na pewno, jak nie ty, to ktoś inny mu powie.

- Czy ja coś przegapiłem? - odezwał się Czkawka, który wraz ze Szczerbatkiem stał przez chwilę przy wejściu. Na jego widok, dziewczyny się spłoszyły, jakby zobaczyły ducha. - Od kiedy prosicie Mieczyka o radę?

- Tak jakoś wyszło - odparła Astrid. Zerknęła na przyjaciela, który wzrokiem dał jej znać, że jeśli ma coś powiedzieć, powinna zrobić to teraz. - Musimy porozmawiać - oświadczyła, wstając.

- Coś się stało? - zaniepokoił się przywódca.

- Mam nadzieję, że nie - podeszła do niego. - Przejdziemy się?

- Dobrze - w jego głosie brzmiała podejrzliwość, ale chciał się dowiedzieć o co chodzi.

- Eee... Astrid? - zaczął Mieczyk, ale zignorowała go. Jeśli teraz się zawaha, może nie dać rady, a musiała się przyznać. Już wychodziła, kiedy Heather złapała ją za ramię.

- Co jest? - spojrzała na nią.

- Twój problem sam się rozwiązał - wyjaśniła. Podwinęła lekko spódniczkę przyjaciółki, ukazując sporą plamę krwi na legginsach. - Tak się martwiłaś, że nie zauważyłaś.

Na ten widok Astrid odetchnęła głęboko z ulgą. Jeszcze nigdy tak się nie cieszyła.

- Dowiem się co się stało? - Czkawka przypomniał o swojej obecności.

- Okres mi się spóźniał i bałam się, że... wiesz.

- I to była ta arcyważna rzecz, której bałaś się powiedzieć? - chłopak robił co mógł, żeby nie wybuchnąć śmiechem.

- Bawi cię to? - syknęła. - Wiesz w jak poważnych kłopotach mogliśmy być?

- Ale nie jesteśmy. A nawet gdybyśmy byli, niczego by to między nami nie zmieniało.

- N-naprawdę?

- Oczywiście. Jak mogłaś pomyśleć inaczej? - przytulił ją z uśmiechem.

- Szkoda, że mój problem nie jest taki prosty - westchnęła Heather, patrząc na wtuloną w siebie parę. Wyszła z Klubu nawet nie zwracając uwagi na Szpicrutę bawiącą się z Wichurą i Szczerbatkiem. Do domku Śledzika udała się na piechotę. Po drodze starała się wszystko poukładać, ale w głowie miała taki mętlik, że nie mogła się skupić. Z walącym mocno sercem zapukała do drzwi. Gdy nie uzyskała odpowiedzi, otworzyła je niepewnie.

- O, to ty. Wejdź - chłopak jak zwykle siedział z nosem w książkach.

- Możemy pogadać? - spytała niepewnie.

- Jasne. Coś się stało? - nawet na nią nie spojrzał.

- A mógłbyś na chwilę oderwać się od tych książek? - natychmiast pożałowała, że o to poprosiła. Kiedy spojrzał jej w oczy, poczuła, że nie da rady się przyznać. Ale musiała. Zebrała się w sobie i odetchnęła. - Muszę ci powiedzieć coś bardzo ważnego. Próbowałam to odwlekać, wiedziałam, że nie mogę ci tego zrobić, ale tak będzie lepiej.

- Chcesz ze mną zerwać? Zrobiłem coś nie tak, prawda? To moja wina? - zaczął panikować.

- Uspokój się. To moja wina, jak już. Po prostu... Zrozumiałam, że nie jesteśmy sobie pisani. To się nie uda.

- Jak to nie? Przecież było dobrze.

- Nie, Śledzik, nie było. Zrozum... Po prostu za bardzo się różnimy. Będąc z tobą, czuję się przytłoczona i ograniczona. Doceniam, że się o mnie troszczysz, ale nadmiernie. Sama umiem o siebie zadbać, a czasem po prostu muszę zaszaleć. No i wiesz tyle rzeczy, to budzi podziw, ale na dłuższą metę jest męczące - przyznała.

- Do tej pory ci to nie przeszkadzało - zauważył z przekąsem.

- Ale jak emocje opadły, to przeszkadza - wyjaśniła spokojnie. - Po prostu to nie jest to, o czym myślałam. Nie pasujemy do siebie, nie czuję tego iskrzenia między nami.

- Iskrzenia?

- No spójrz choćby na Czkawkę i Astrid. Jak tylko jesteś blisko nich, miłość aż wisi w powietrzu. Z daleka widać, że się kochają. A my... u nas tego nie ma.

- Czyli to koniec? Definitywnie?

- Tak. Nie chcę ciągnąć czegoś, co nie ma przyszłości. Nie chcę też cię ranić. Dziękuję ci za to, co było.

- Wyjdź, proszę - oświadczył po dłuższej chwili. - Chcę zostać sam.

Spełniła prośbę. Opuściła chatkę Śledzika, czując się naprawdę podle. Ruszyła przed siebie, chcąc wrócić do własnego domku, ale podświadomie skierowała się do innej chatki i zapukała do drzwi.

- Co się stało? - spytał właściciel, gdy tylko stanął w drzwiach.

- Zerwałam z nim - odparła cicho. - Nie mogłam go ranić.

- Powiedziałaś mu prawdę?

- Nie - pokręciła głową. - Nie umiałam. Tak chyba będzie lepiej - przyznała. Kiedy wyciągnął rękę, przyjęła ją bez wahania i pozwoliła wciągnąć się do środka. Nie wróciła do siebie na noc. I tym razem nie miała wyrzutów sumienia.

Hooked on a feeling [9]

Kimiko, wyzywam cię, uzupełnij swoją fazą xD

- No idziesz? - Astrid wpatrywała się w sufit, leżąc na kanapie z nogami przewieszonymi przez oparcie i podśpiewywała pod nosem Hooked on a feeling.

- Idę, idę - padła odpowiedź z kuchni, jednak nic poza tym.

- To się pospiesz.

- Przecież się nie pali.

- Kotek...

- No dobra, dobra - Czkawka w końcu przyszedł do pokoju z dwoma kubkami w rękach. - I jak ja mam usiąść? - spojrzał w dół na ukochaną, zajmującą całą kanapę.

- O tak - podniosła się, żeby zrobić mu miejsce, po czym położyła się na jego kolanach.

- W porządku - odstawił kubki i objął ją. - Co w ogóle oglądamy?

- Avengers - odpowiedziała, wciskając przycisk na pilocie.

- Już się bałem, że znowu Strażników Galaktyki - zaśmiał się, całując ją we włosy.

- Przecież trzy dni temu to oglądaliśmy - spojrzała na niego, nie rozumiejąc co ma na myśli.

- Tak, ale w ciągu tych trzech dni obejrzałaś obie części przynajmniej raz dziennie na laptopie.

- Przynajmniej na laptopie, nie na telewizorze, jak Kim. Od tygodnia ogląda wszystkie Iron Many, na przemian ze Spider-Man: Homecoming. Dagur już powoli ma jej dość. Zresztą nie moja wina, że Marvel ma tak genialne filmy.

- Dagur mający dość swojej dziewczyny? Nie sądziłem, że tego dożyję - Czkawka znał film tak dobrze, że nie musiał nawet skupiać się na tym, co działo się na ekranie i mógł beztrosko przeciągać rozmowę.

- A widzisz. Heather też już ma go dość, podobno jeszcze trochę i facet przerzuci się na DC.

- Smark będzie w siódmym niebie.

- Ale wiesz, że Dagur obwinia nas? - Astrid jeszcze kątem oka zerkała w telewizor, ale nie zwariowała do tego stopnia, żeby cenić filmy wyżej niż spędzanie czasu z ukochanym.

- Nas? Dlaczego? To nie nasza wina, że Kim odbiło - zdziwił się chłopak.

- Ale my jej pokazaliśmy całe Marvel Cinematic Universe.

- Równie dobrze może winić Stana Lee.

- Tylko weź mu to wytłumacz.

- To tak jakbym ja się na ciebie wściekał, że od trzech dni oglądasz do samo, a jak nie oglądasz, to czytasz fanfiki. I kompletnie świrujesz na tym punkcie.

- No wiesz, ty nie masz o co być zazdrosny - skomentowała, sięgając po kubek.

- Jak to zazdrosny? - spojrzał na nią zaskoczony.

- No wiesz... Dagur na każdym kroku wysłuchuje zachwytów odnośnie Starka i Parkera...

- Odezwała się ta, co w ogóle nie jara się Quillem - mruknął sarkastycznie Czkawka.

- Kotek, chyba jest różnica między Dagurem a Tonym Starkiem, nie? - spojrzała na niego poważnie.

- A niby między mną a Peterem Quillem nie ma?

- Nie obraziłabym się, jakbyś miał więcej mięśni i pozytywnego nastawienia do świata, ale poza tym to nie.

- No jasne. Dwa przegrywy, skrzywdzone przez los i ciągle wpadające w kłopoty.

- Czkawka, ja mówię poważnie - Astrid zapauzowała film i usiadła, żeby spojrzeć ukochanemu prosto w oczy. - Właśnie dlatego ta postać tak mi się podoba. Bo jest totalnie w moim typie. No spójrz tylko. Ciemne, lekko rudawe włosy? Jest. Zielone oczy? Zgadza się. Przywódca? Jak najbardziej. Najlepszy pilot w galaktyce? Pewnie tak. Wrażliwy? Jeszcze jak. Szczery? Owszem. Ekspresywny? Bardzo. Czuły? Zawsze. Spojrzenie małego chłopca i uśmiech, od którego rozpływa się serce? Zdecydowanie - pogłaskała go po policzku. - Naprawdę jesteś moim własnym, osobistym Star-Lordem - uśmiechnęła się i pocałowała go.

- Niech ci będzie - przyznał. - Ale nie nazywaj mnie tak.

- Nigdy - obiecała.

- Właściwie jakby się tak zastanowić, masz wiele wspólnego z Gamorą - powiedział po chwili namysłu. Jego dziewczyna uśmiechnęła się, siadając mu na kolanach. - Już ci się odechciało oglądać? - zaśmiał się, całując ją w szyję.

- Może...

- W takim razie proponuję spędzić ten wieczór bardziej przyjemnie. O ile masz ochotę na nieziemską zabawę.

Astrid odsunęła się od chłopaka na całą długość ramion, patrząc na niego z niedowierzaniem i odrobiną zażenowania.

- Nie wierzę, że to powiedziałeś... - zamrugała, zmieszana.

- Girl, you just don't realize what you do to me - zanucił, przyciągając ją do siebie ponownie. - Może masz rację... może naprawdę mam w sobie coś ze Star-Lorda...

- Czkawka, błagam - mruknęła, ale tym razem się nie odsunęła.

- Oglądamy ten film? - spytał po chwili.

- Nie oglądamy - odparła. - I'm hooked on a feeling and I'm high on believing that you're in love with me...

Nie będę przepraszać za to, że Peter Quill jest moim ideałem mężczyzny.


_______________________________________________________________
Ten wpis zawiera niepowiązane ze sobą historie o Hiccstrid (i nie tylko), tzw. oneparty (lub one-shoty). Są to różnorodne historie, o odmiennej fabule i bez jakiejkolwiek kontynuacji!

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.