FANDOM


Cześć wszystkim!

Wzięłam się za pisanie nowego, a zarazem starego opowiadania, które pisałam tutaj kiedyś, lecz postanowiłam je poprawić, przez co diamentralnie się zmienił cały zarys fabuły - czy na lepszy, nie mnie oceniać, ale właściwie wydaje mi się, że wszystko będzie lepsze od tamtego :D

Zamysł fabularny nie będzie nowy, wiem, że powstało wiele takich historii, jednak postaram się dodać czegoś nowego. Nie obiecuję, że w żadnym się to nie powtórzy, ponieważ nie czytałam wszystkich takich opowiadań (a i te które czytałam, skończyłam czytać lata temu... z 3 już będzie, później sama pisałam, ale już nie czytałam) i nie mogę zagwarantować, że ktoś już tego nie napisał.

Kilka informacji:

  • Nie wszystko będzie zgodne z kanonem (np. matka Czkawki nie została porwana; trzecia część w ogóle nie będzie wspomniana)
  • I przede wszystkim chciałabym napisać, że aktualizacje nie będą regularne i pewnie będą rzadko dodawane.
  • informacje ode mnie będą pisane pogrubioną czcionką.

Rozdział 1

Gdy szedł do kuźni, słońce już dawno widniało na horyzoncie. Czkawka Haddock zawsze wychodził z domu jak najwcześniej, aby uniknąć spotkania z jego rówieśnikami, ponieważ nie byli przyjaznymi osobami. Zwłaszcza dla niego.

Chłopak usłyszał chichot. Szli do niego, czuł to. Tym razem mu się nie udało. Coś ważnego musiało się stać, skoro postanowili zmienić swoje zwyczaje i wstać wcześniej niż zwykle, pomyślał.
Nie poddawał się jednak i szedł dalej. Nie wiedział nawet, gdzie byli. Nie interesowało go to. Jeśli myśleli, że dobrowolnie poświęci im jego uwagę, to  grubo się mylili. Nie zasługiwali na nią. Nie głupi idiota i  jego trzy bezmyślne pionki.
Czmychnął, ukrywając się za chatą. Chyba go nie zauważyli, stwierdził, lecz nie wiedział na pewno; nie sprawdzał. Odczekał jeszcze chwilę i gdy nie słyszał niczyich głosów, wyszedł z kryjówki. Upewnił się jeszcze, że nie było ich w pobliżu. Nie było. Pewnie skręcili w jakąś alejkę, pomyślał. Nie czekając dalej, wrócił na swoją ścieżkę.

Jego praca od dawna stała się jedną, wielką rutyną. Jak zwykle większość ich uzbrojenia  została zniszczona  podczas walki z ognioziejnymi gadami, więc on oraz Pyskacz Gbur, kowal, któremu pomagał, musieli uzupełnić zapasy.

Wszedł do swojego miejsca pracy. Dach kuźni nie różnił się bardzo od pozostałych; ot, taki sam, spiczasty i wysoki. Tak jak domy mieszkalne została zbudowana z drewnianych belek. Swoją drogą, ciekawe, kiedy skończy się drewno, Czkawka zastanawiał się czasami. Las nie miał nieskończenie wiele drzew, wiedział o tym, a nie było widać końca ich wycinki, ponieważ potrzebowali drewno do budowy nowych domów, które zostawały spalone podczas atakòw smoków.  A ostatnimi czasy zdarzały się one prawie codziennie. Może dlatego kuźnia nie miała od kilku lat zewnętrznych ścian. Czkawka pamiętał, że kiedyś je miała. Kowal powiedział mu kiedyś, gdy się o to zapytał, że miał za mało miejsca, ale kto go tam wiedział.

Pyskacz był niskim i pulchnym wikingiem, który stracił rękę i nogę w walce ze smokami. Tak jak znaczna część ludzi na Berk. Nazwisko mężczyzny bardzo do niego pasowało, dlatego Czkawka często go tak nazywał. Żył w przekonaniu  że nie warto wymyślać czegoś, co już istniało. Kowal był jednym z jego najlepszych przyjaciół — a nie miał ich wielu —  i uwielbiał się z nim droczyć.

Mężczyzna krzątał się pomiędzy narzędziami. Nie nastał jeszcze dzień, w którym to on byłby pierwszy w kuźni.

Dzień minął normalnie. Chaotyczne wpadnięcie do kuźni Sączyślina, ojca tego głupka, który miał własne pionki, również należało do porządku prawie dziennego. Zdarzało się to co najmniej dwa razy w tygodniu.
- Pyskacz, smoki atakują! Daj broń! - huknął od razu przy wejściu. Jak na gust chłopaka, zdecydowanie za głośno. Tak, jakby cała wioska musiała się o tym dowiedzieć. Mógłby szczerze powiedzieć, że już dawno wiedziała. Jakby głośne, wojownicze okrzyki i przerażające ryki nie wystarczały, mógłby wskazać Śmiertnika Zębacza, który właśnie przeleciał za oknem.

- Leżą w środku - odpowiedział spokojnie kowal.
On nigdy nie wykazywał żadnej reakcji na ataki smoków. Nastolatek podejrzewał, że to od niego przejął tę postawę. To, niby tak wielkie zagrożenie, stało się dla niego jedynie kolejną stałą w jego życiu.
- O tam. - Blondyn wskazał palcem wielkie wiadro z różnymi rodzajami broni.
Sączyślin wziął miecz i siekierę, i wyszedł, nie tracąc czasu na podziękowanie.

Haddock spojrzał zza oddalającym się mężczyzną. Kiedyś z zachwytem patrzył za nim i za innymi wojownikami, wyobrażając siebie na ich miejscu. To nigdy nie mogło się stać, bo Pyskacz zawsze pilnował go, aby, jak on to mówił, nie wpadł na jakiś idiotyczny pomysł. Twierdził, że jego ojciec zabiłby go, gdyby zginął u niego na służbie. Jasne. Jakby wielki wódz, Stoick Ważki, kiedykolwiek interesował się takim chuchrem jak on. Wielokrotnie powtarzał mu to, ale mężczyzna za każdym razem zbywał go, twierdząc, że ojciec go kochał, tylko nie potrafił tego okazać.
I miał absolutny zakaz wychodzenia z kuźni, oczywiście.

Kowal złapał chłopaka za ramię, jakby sądził, że zamierzał w każdym momencie wybiec z kuźni. Nie wiedział, że Czkawka już dawno stracił zainteresowanie walką na rzecz pozostania w cieniu. To się już po prostu stało rutyną.
Chwilę po Sączyślinie do kuźni wszedł młody, ciemnowłosy wiking, w szybkim tempie informując, że kowal był pilnie potrzebny na zewnątrz.
- Chyba pamiętasz, że masz siedzieć tutaj, chłopcze? - zapytał, uważnie studiując go wzrokiem. - Muszę pilnie wyjść, jak wrócę, mam cię tu spotkać, jasne? - Rzadko wychodził, ale jeśli już to robił, zawsze kilkakrotnie powtarzał, że chłopak musiał siedzieć ukryty w swojej pracowni.
- Tak - mruknął Czkawka, szurając nogą. – Nie interesuję się walką, wolę pracować w kuźni.
- Żadnych ,,ale" - odparł na odchodne Pyskacz, jakby w ogólne go nie usłyszał.  - Czekasz tutaj cierpliwie na mój powrót. 
Nastolatek został w kuźni sam. Nie było to częste zjawisko, no ale jednak. Naprawdę, czy Pyskacz miał do niego aż tak wielkie zaufanie? — zastanawiał się często. Znał go przecież od małego, powinien wiedzieć, że nie słuchał dorosłych najlepiej. Wiedział tylko, że walka mieczem czy toporem już dawno przestała go interesować.  Chłopak szybko zorientował się, że z jego chuderlawą budową nie miał szans na zabicie tak potężnego stworzenia jakim był smok. Jego samego to nie obchodziło, ale jeśli to miało by sprawić, że jego ojciec byłby z niego dumny, postanowił, że zrobi wszystko, aby mu się udało. Zdecydował się więc na inną taktykę.
Nie musiał być umięśnionym wojownikiem tak jak inni. Sączysmark już dawno zarezerwował to miejsce. Czkawka miał tylko nadzieję, że Astrid — dziewczyna, która trzymała się od niego z daleka, ale nieziemsko nienawidziła Głupka — w przyszłości pobije Smarka tak, że jego nabrzmiałe ego stanie się tylko marnym wspomnieniem w jego łbie.

Haddock od miesięcy był zajęty w kuźni. Pyskacz myślał, że po prostu bawił się, nie wiedząc, co robić, ale tak naprawdę projektował i budował swój najnowszy wynalazek, który miał nadrobić jego brak siły — Wyrzutnię. Tego dnia zamierzał jej użyć i udowodnić wszystkim, że nawet będąc sobą, mógłby być kimś wielkim.

****

Przepychał się z Wyrzutnią wśród tłumu. Nie było łatwo mu biec, gdy musiał uważać nie tylko na ludzi, ale również na strumienie ognia. Na szczęście same smoki nie interesowały się nim, postrzegając  dorosłych za większe zagrożenie niż jego mała osoba.
Dotarł na pagórek, na którym zaplanował całą akcję.
Berk atakowało jak zwykle kilka gatunków smoków. Gronkiele, najwolniejsze z latających gadów, ziejące lawą; Śmiertniki Zębacze o najgorętszym ogniu i strzelające kolcami z ogona; Zębirogi Zamkogłowe o dwóch głowach; Koszmary Ponocniki posiadające zdolność samozapłonu. Jednak to Nocna Furia była największą zagadką wśród wikingów. Nikt nie wiedział, jak wyglądała; wiadomo było jedynie, że potrafiła idealnie wtopić się w tło nocnego nieba. Nie pojawiała się przy każdym nalocie.  Atakowała po cichu, zupełnie niepodobnie do jej gadzich braci, strzelając pociskami w nasze katapulty. To ją Czkawka obrał za cel, ponieważ nikt nigdy nie złapał jej ani nie zabił, a ci, którzy ją spotkali, wyszli martwi z tej potyczki. Gdyby ją zabił, na pewno zdobyłby uznanie wszystkich w wiosce, w tym swoich rodziców.

Obserwował uważnie ciemne niebo. Tej nocy niewiele gwiazd świeciło na nim, stwarzając idealną osłonę dla Pogromcy Burzy. Usłyszał świst. Chwilę później katapulta za nim wybuchła w jasnym świetle. Rozejrzał się. Po Furii nie było śladu. 

Czekał dalej. W oddali słyszał hałas walki toczącej się między wikingami a smokami. Gady wtedy się nim nie interesowały, miał wiele szczęścia, myślał później. Jednak dotyczyło to również Nocnej Furii. W pewnym momencie uznał, że bestia nie pojawi się już tej nocy. Jednak wtedy ciemny kształt przeciął niebo i kolejna katapulta poszła z dymem. Tym razem zobaczył ciemny kształt, skupił się, mrużąc oczy i patrząc w górę. Kształt przesuwał się, wracał z powrotem. Czkawka naciągnął Wyrzutnię. Za nim rozległ się głośny ryk. Chłopak podskoczył, ręce mu zadrżały. Wyrzutnia wystrzeliła, zbyt nisko, by dosięgnąć zamierzony cel.
- No wiesz, już prawie go miałem! - wykrzyknął, myśląc, że to był Smark. Odwrócił się. - Oou... – Przede nim stał Koszmar Ponocnik. — Wiesz... Nie wiedziałem — cofał się — nie wiedziałem, że to ty... panie smoku... Myślałem, że to taki nieprzyjemny typ, często to robił...
Za nim rozległ się skrzek. Stanął jak wryty, nie mając odwagi się odwrócić.

Koszmar Ponocnik zaryczał i pyskiem wskazał na Wyrzutnię, a następnie niebo.
– A... To... – zaczął Czkawka. – To taka... Moja wyrzutnia, wiesz... Nie chciałem nikogo skrzywdzić, smoka ani człowieka... Gdyby to ode mnie zależało, wszyscy by was zostawili w spokoju, ale... Ale chcę, aby mój ojciec był dumny, inaczej się nie da – jąkał się, starając dobrze dobrać słowa. Dopiero po chwili dotarło do niego, że mówił do smoka.I to dość szczerze. Ponocnik przechylił głowę, uważnie się mu przyglądając. – Ty mnie rozumiesz? Głupie pytanie... Znaczy... Pewnie mnie rozumiesz, smoki to mądre stworzenia, jesteś mądry, prawda – Czkawka miał nadzieję, że nie zabrzmiało to jak pytanie.

Ponocnik usiadł, nie spuszczając z niego wzroku. Czkawka chciał wykorzystać okazję i odejść, ale odkrył, że po obu jego stronach stały wcześniej niezauważone smoki, które w ciszy spoglądały na niego.
– Cześć – powiedział słabo do żółtych głów Zębiroga.

Drugim smokiem był Gronkiel. Za nim z kolei znajdował się Śmiertnik, sądząc po charakterystycznym skrzeku, który ponownie usłyszał. Smoki spojrzały na siebie, mrucząc coś i powarkując, co chwilę rzucając na niego spojrzenia. - To ja może pójdę... Nie chcę wam przeszkadzać... nie to, że przeszkadza mi wasza obecność - powiedział. - Wy już sobie lećcie, bo za moment ktoś gorszy niż ja was zauważy - swoją drogą dziwił się, że jeszcze nikt się nie napatoczył - i będzie źle... Lećcie do domu, a ja tu zostanę, w tym strasznym miejscu... Nie chcecie tu być - mówił, czekając tylko na okazję, by uciec. Przemknęło mu przez myśl, żeby zacząć krzyczeć w celu zwrócenia uwagi jakiegoś wikinga, ale szybko opuścił ten pomysł, uznając, że to tylko rozłości gady. Smoki jeszcze raz obrzuciły się spojrzeniem, po czym wszystkie cztery wzbiły się i zawisły nad ziemią. Ponocnik rozszerzył szpony i nim Czkawka mógł cokolwiek zrobić, smok zacisnął pazury na jego ramionach. Potem jak na sygnał wszystkie cztery wzleciały do góry. Smok prawie od razu wrzucił chłopaka na grzbiet Śmiertnika, a sam wrócił się na wyspę. Nim Czkawka zarejestrował to, co się stało, trzy smoki leciały już nad oceanem.

Jeśli ktoś zobaczył jakiś błąd, proszę o informacje w komentarzu. Mam nadzieję, że mimo banalnej fabuły kogoś ten początek zainteresował.

Rozdział 2

Młodzi stażem wojownicy mieli problem ze smokami przy jednej ze spiżarni w centrum wioski, a wszyscy bardziej doświadczeni w boju mieli własne problemy. Z tego właśnie powodu Pyskacz został zmuszony opuścić kuźnię. Minęło dobre kilkadziesiąt minut, nim udało im się przepędzić te piekielne bestie. Niestety, nie zdołali ani jednego zabić. Kowal miał nadzieję, że innym poszło lepiej.
Smoki odlatywały; Pogromca Burzy nie pokazał się, odkąd zniszczył drugą katapultę. Pyskacz wiedział, że coś było na rzeczy; ta krwiożercza bestia nigdy nie zaprzestała tak szybko, zawsze domagała się krwi. Wioska stawała się spokojna, kobiety i dzieci powoli wychodziły z domów. Młodziaki oczekujące na tegoroczne Szkolenie gasiły tlące się jeszcze budynki pod czujnym okiem Wiadra.
W oddali blondyn zobaczył Stoicka w towarzystwie kilku mężczyzn , podszedł do niego. – Jakie straty? – zapytał. Zaczęli iść w górę wioski. – Dwie ogołocone spiżarnie, pięciu rannych, nie ma ofiar śmiertelnych – powiedział. Stoick zawsze po ataku w pierwszej kolejności sprawdzał stan walczących oraz zniszczeń dokonanych przez smoki. – Bywało gorzej – mruknął Gbur, patrząc na niego. – Nie martw się, udało nam się z Alvinem ochronić centralną. – Poklepał rudowłosego po ramieniu. Wódz pokiwał głową. Nie patrzył jednak na przyjaciela, tylko spoglądał na córkę Hoffersonów. Dziewczyna zapowiadała się na twardą wojowniczkę i gdyby Czkawka nie był taki, jaki był, Stoick z chęcią zawarłby umowę zaręczynową z rodzicami dziewczyny pomiędzy nią a swoim synem.  – Coraz lepiej idzie młodemu - Wódz usłyszał, wyrwany z myśli – Dzisiaj prawie odciął nogę Koszmarowi – powiedział Pyskacz, dumnie wypinając pierś. Stoik zamrugał zdziwiony, nie mogąc uwierzyć, że chodziło o jego syna, ale szybko dotarło do niego, że kowal mówił o Alvinie. Młody chłopak  był jego zeszłorocznym uczniem, który wygrał szkolenie. Na arenie spisał się idealnie, lecz musiał jeszcze ciężko trenować, aby być tak samo dobry w prawdziwej walce. Stoik westchnął. Często zastanawiał się, dlaczego Czkawka nie był taki jak inny, silny, odważny. – To bardzo dobrze  – powiedział Stoik. – Potrzebujemy nowych wojowników; smoki rozmnażają się jak mrówki. Niedługo będą miały zbyt wielką przewagę. – Nie martw się, już niedługo szkolenie – pocieszył go blondyn. – A ile złapaliście? – zapytał po chwili. – Za mało.  Zabiliśmy jeszcze mniej.

Resztę drogi do domu wodza przeszli w ciszy.  Stoik zaproponował przyjacielowi, aby wpadłna chwilę, lecz ten odmówił. Już było ciemno, a musiał jeszcze popracować w kuźni.


Gdy wszedł do kuźni, zdziwiła go cisza panująca w pomieszczeniu. Żadnego stukania, zgrzytania, walenia. - Czkawka?  - zawołał, jednak nie doczekał się odpowiedzi. Przeszedł przez pracownię i zamaszystym ruchem odsłonił zasłonę prowadzącą do pokoju chłopaka. Kowal bardzo rzadko tu zaglądał i nie wiedział, co jego uczeń przechowywał w tym miejscu. Pokój był mały; można było się w nim jedynie obrócić. Zawierał wąską półkę, stołek oraz biurko, na którym walały się kartki z projektami — jedyna własność piętnastolatka. Jednak Czkawki w nim nie było.
Kowal skołowany podrapał się po głowie. Chłopak zawsze miał czekać na niego aż wróci. Pyskacz jeszcze raz rzucił okiem na pokój, jednak nie znalazł nic podejrzanego. Wzruszywszy ramionami, stwierdził, że Czkawka musiał zapomnieć o ich umowie. Zamierzał z nim porozmawiać kolejnego dnia o tym oraz o tym – co szybko odkrył – że przed wyjściem musi wykonywać swoje obowiązki. Już dawno o tym nie mówił, bo uznał to za oczywiste, ale widocznie coś się zmieniło.

Śmiertnik jako ostatni wylądował na klifie. Czkawka natychmiast skorzystał z okazji i zsunął się z jego grzbietu, od razu upadając na kolana. Nogi miał jak z waty, trzęsły mu się, jednak szybko wstał i odsunął się, najdalej jak mógł, od smoków. Z klifu widział ledwowidoczny zarys Berk. Pomyślał, że może zostałby tutaj i poczekał, może Johan Kupczy albo rybacy znaleźliby go za jakiś czas i zabrali do domu. Tylko musiałby jakoś zejść na dół. Ukucnął przy krawędzi i spojrzał w dół. Było bardzo stromo, ale stwierdził, że mógłby jakoś zejść, może nie zabijając się przy tym. Obejrzał się przez ramię. Każdy smok miał oczy utkwione w nim. – Pyskacz nigdy nie mówił, co robić w takiej sytuacji – mruknął smętnie pod nosem. Mimo że nie odbył jeszcze Szkolenia, Pyskacz dawał mu wskazówki, jak zachowywać się w towarzystwie ognioziejnych bestii.
Usiadł na krawędzi, patrząc w stronę Berk. W ciemnościach widział dokładnie jedynie punkty palącego się ognia na słupach stojących na placu. Mijały minuty, a on dalej siedział i czekał aż smoki w końcu się znudzą i odlecą. Jednak gdy spoglądał na nie, nie wyglądały, aby zamierzały to zrobić. Wręcz przeciwnie. Śmiertnik usiadł, przymrużając oczy, a Gronkiel oparł się o niego i spał, chrapiąc. Nie widział Zębiroga, ale gad spał gdzieś za nimi.

Czkawce wydawało się, że minęła wieczność odkąd trafił w to miejsce. Księżyc już widniał na niebie; sierp był tak jasny, jakby świecił własnym blaskiem. Fale uderzające o klif normalnie usypiałyby go, ale w tym momencie był zbyt zaniepokojony, by myśleć o śnie. W pewnej chwili zobaczył ruch na niebie. Zza jego pleców rozległ się skrzek. Ruszająca się plama okazała się Koszmarem Ponocnikiem, który z gracją wylądował tuż za Czkawką. Chłopak powoli się odwrócił, chcąc odgadnąć zamiary smoka. Szybko zauważył, że gad miał coś w pysku. Ponocnik, widząc, że patrzył na niego, dumnie podniósł głowę, jakby chcąc pochwalić się, jakim to on nie był dobrym drapieżnikiem. – Cześć... Ponownie... – powiedział Czkawka, podnosząc rękę i niemrawo machając. – Skoro jesteście w komplecie, rozstajemy się, tak? Dziękuję za wycieczkę... Naprawdę było super... To nocne niebo, gwiazdy i to wszystko, było fantastycznie – mówił.

Smoki patrzyły na niego, jakby urosła mu druga głowa, ale nie wyglądały, jakby miały odlecieć. – Naprawdę nie mogę z wami lecieć... Moi rodzice będą się martwić... Tata pewnie będzie zły, że tak długo się szwendam...

Koszmar przechylił głowę. Po chwili podszedł do chłopaka, stuknął w niego nosem i wskazał na swój grzbiet. – Co... – Czkawka urwał, bo zrozumiał, czego oczekiwał smok. – Naprawdę nie mogę, naprawdę! Muszę wracać do domu! Mojego, o tam! – Wskazał palcem. – Nie mogę z wami lecieć – powiedział rozpaczliwie. Smok zmrużył oczy i warknął cicho. Bez ostrzeżenia wzbił się w powietrze, złapał opornego człowieka w szpony i podrzucił go tak, że wylądował na jego szyi. Czkawka chciał ponownie zeskoczyć na klif, ale ostrzegawczy warkot Ponocnika powstrzymał go. Nie chciał, aby smok usmażył go żywcem, więc pozostał na swoim miejscu.

I po chwili cztery smoki leciały w niewiadomym kierunku, zostawiając Berk daleko w tyle.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.