FANDOM


"Kiedy kończy się wojna" - ONE SHOT

Czkawka obudził się, pamiętając ostatnie wydarzenia. Wczoraj wygrali wojnę z Berserkami, która trwała już kilka dobrych miesięcy. Ciągłe ataki, obrona, obmyślanie strategii i czujność, by przypadkiem znów nie dać się złapać w pułapkę. Ale najgorszy był wczorajszy dzień, kiedy to porwano ojca chłopaka i wodza wioski, i choć udało im się ich odbić, wcale nie było to proste. Tak naprawdę, to ostatni dzień był kulminacją wszystkich problemów, gdyż pojawił się także, wciąż nawiedzający Berk, siejący strach, Krzykozgon. Na szczęście jednak, dla Wandali, wszystko udało się rozwiązać po ich myśli. Skończyły się więc wojny i kłopoty.

Dla szatyna jednak, obudzić się ze spokojem, było nowością. Wcześniej zawsze budził się ze strachem, stresem i z kolejnymi pomysłami na pokonanie armady Dagura. Jednak tym razem nie było to wcale potrzebne. Jego kłopoty się skończyły, a on sam nie wiedział, czy się cieszyć, czy smucić. W ciągu tych kilku miesięcy zmienił się. Nie był już tą ofermą, nie bał się walczyć, a dowodzenie i wydawanie poleceń szło mu coraz lepiej. Nabrał więcej odwagi, ale i bardziej ryzykował, z czego nie był specjalnie zadowolony. Sam się nawet zastanawiał, czy nie będzie za tym tęsknił, jednak szybko porzucił tę myśl. Zwlókł się z łóżka, sprawdzając mocowanie protezy, po czym wstał szybko, budząc przy tym, jeszcze smacznie śpiącego, Szczerbatka. Ten spojrzał na niego, zadowolony i zaciekawiony, by za chwilę się przeciągnąć, ku uciesze ich obu.

- Hehe… No, Mordko… - zaczął, jeszcze ziewając. – Tobie też się dobrze spało, co? – mówiąc to, podszedł i podrapał smoka za uchem, na co ten wskazał chłopakowi swój grzbiet. – Polatamy, obiecuję. Tylko najpierw trzeba by coś zjeść, nie?

Nocna Furia ryknęła radośnie, a chłopak się tylko zaśmiał, po czym obaj zeszli na dół, na śniadanie. W pomieszczeniu, Czkawka zastał przyjemny aromat pieczonego kurczaka oraz ojca, krzątającego się przy stole i talerzach.

- Synek! Już wstałeś! – zaczął rudobrody wiking, kładąc porcję na talerzu oraz pokazując Szczerbatkowi kosz, pełen ryb, którymi smok natychmiast się zainteresował. – A co tak wcześnie? – dodał po chwili.

- No, tak jakoś… Heh. – chłopak zaczął się przyglądać ojcu, który niecodziennie szykował śniadania, zwłaszcza, że wczorajszy dzień był jednym z najtrudniejszych i szatyn spodziewał się, iż jego ojciec będzie odpoczywał, a nie gotował. – Na pewno wszystko w porządku? – spytał, pamiętając ostatnie wydarzenia.

Ojciec chłopca skrzywił się nieco na to pytanie, jako że nie było ono zadane po raz pierwszy.

- Ech… Setny raz pytasz… Tak synu… Wszystko gra… - odparł pozornie spokojnie, opierając swe dłonie na stole.

- No… No, przepraszam, no! – chłopak zaczął się tłumaczyć. – Po… Po prostu… Po prostu się martwię, tak? W końcu ojca mam tylko jednego… - ostatnie zdanie mruknął ironicznie, na co wódz jedynie westchnął.

- Wiem… - uspokoił się ojciec chłopaka. – Ja o ciebie też się martwiłem. – nagle jednak przypomniał sobie coś. – I co to był za szalony pomysł, co? Albrecht, Pleśniak, Szeptozgony i Krzykozgon? – spytał, po cichu się śmiejąc.

- Eee… - Czkawka zaczął z nerwów drapać się po głowie, gdyż nie spodziewał się od ojca tak bezpośredniego pytania. – No… No wiesz… Ale zadziałało, nie? Z resztą… Tego, to się Dagur akurat nie spodziewał, więc…

- Dobra, dobra… - Stoick ukrócił pokręcony wywód swojego syna. Po chwili jednak zmienił ton, na bardziej troskliwy. – Wiesz, synu… Jestem z ciebie dumny. Pokazałeś, że potrafisz. – odwrócił się w jego stronę i uśmiechnął.

- Jej… Dzięki. – odparł nieco zaskoczony, ale i zadowolony szatyn.

- Ech… Uratowałeś mi życie, wiesz? – dodał Stoick, wskazując synowi krzesło, Czkawka, który do tej pory stał, usiadł teraz, naprzeciw ojca.

- Mimo, że wcześniej cię naraziłem… - chłopak nie byłby sobą, gdyby nie skwitował wypowiedzi ojca, kąśliwą uwagą, więc burknął, jednakże w taki sposób, by wódz słyszał.

- E, tam. Stare dzieje. – odparł Stoick, żartobliwie.

Czkawka już zamierzał jakoś to skomentować, jak to miał w zwyczaju, jednak powstrzymał się. Zrozumiał, że wódz po prostu nie chciał o tym rozmawiać, nie chciał, by chłopak się zadręczał. I tak on doskonale wiedział, że tę wojnę po części rozpętał jego syn, po części on sam, mimo, że głównie to wódz Berserków szukał powodu do bitwy. Chociaż, gdy głębiej się zastanowił, stwierdził, że nie była to jednak wina Czkawki, gdyż on ratował tylko swego przyjaciela. Na jego miejscu zrobiłby to samo.

- Więc? – Stoick odezwał się, próbując wskrzesić rozmowę. – Co będziecie dziś robić?

- Eee… Nie wiem. – zastanowił się chwilkę. – Normalnie, to byśmy pewno trenowali. – rzekł, przegryzając w międzyczasie, posiłek. I zastanawiając się nad znaczeniem słowa „normalnie”. Ostatnio normą było dla nich zatapianie okrętów wroga i przygotowywanie się do bitwy. Ale w porównaniu z całym jego dotychczasowym życiem, które było w miarę spokojne, wojny tej „normą” nazwać się nie dało. Choć od pewnego czasu nią była, a chłopak zdołał przywyknąć, polubić ryzyko… Po chwili jednak ocknął się. – A tak, to… Pewno patrol się urządzi, może Pyskacz potrzebuje pomocy, Bliźniaki pewno znów będą sztykać jaki, a Sączysmark i Hakokieł podpalą kolejną chatę… - wymówił praktycznie na jednym wydechu.

- Czyli zapowiada się rutyna…? – spytał syna ojciec, przy tym się zastanawiając.

- No… Tak. Tak. Jakby tak.

- Odpoczniesz trochę. – stwierdził wódz, biorąc kolejny kęs kurczaka.

- Tyle, że nie byłem tym zmęczony. – burknął chłopak, po chwili sobie uświadamiając, co powiedział. – Ale wakacje na pewno dobrze nam zrobią! – wykrzyknął trochę zbyt radośnie, by zagłuszyć ostatnie słowa, jednak z marnym skutkiem.

- Ach, tak? Czyli nie przeszkadzało ci codzienne ryzykowanie życia, żeby pozatapiać kilka statków?

- Eee… - chłopak podrapał się po karku. – Niespecjalnie… - mruknął trochę nieśmiale, na co wódz jedynie westchnął.

- Ech, synek, synek… Hehe… Haha! – wódz roześmiał się głośno, z nieświadomego dla Czkawki powodu. – Hahaha…

- Tato? – spytał chłopak z lekkim strachem w oczach, wynikającym z dziwnego zachowania ojca.

- Eche… He… W… W porządku… - zaczął, zduszając resztki śmiechu. – Pamiętam, jak dawniej zrobiłbyś wszystko, żeby uniknąć jatki…

- Eee…. Ciągle tak mam.

- Nie do końca. – Stoick uniósł brew, a młody Haddock skapitulował.

- No dobra… Mniej. Ale może zmienilibyśmy temat, co? – spytał szatyn, zmęczony już konwersacją odnośnie wszelkich wojen i ataków.

- W porządku. Czyli zapowiada się pilnowanie Bliźniaków, tak?

- No… Tak jakby. – odparł chłopak, przypominając sobie ich głupotę.

- A potem?

- Po-potem? W sensie, że co? Co potem?

- No, co potem będziesz robił? Po pilnowaniu Bliźniaków?

- Problem w tym, że pilnowanie Bliźniaków nigdy się nie kończy… - burknął.

- Haha! No, to racja! A poza tym?

- Poza tym? Poza tym… No, co poza tym… Polatam ze Szczerbatkiem, potem może… Po Archipelagu trochę… Smoki się poodkrywa… Sprawdzi, czy Wandersmok ciągle zamrożony, Łupieżców się odwiedzi… - chłopak zaczął mówić o rozkładzie, na następny miesiąc, zapominając o fakcie, iż ojciec pytał go jedynie o dzisiejszy dzień.

- A co ci tak śpieszno do Łupieżców, co? – spytał ojciec chłopaka, zaciekawiony jego ostatnią wypowiedzią, jednocześnie przypominając sobie, iż szatyn specjalną sympatią do Albrechta nie pała.

- A-a… Co? Co? Do Łupieżców? Że w sensie, że mi… - ojciec pokiwał głową w geście twierdzącym. – A, to nie! Nie. Źle… Źle mnie zrozumiałeś. To Sączysmark, nie ja. On ma tam u nich jakąś sprawę, więc pewno się do niego… Dopnę. – stwierdził szatyn, a ojciec chłopca uświadomił sobie, iż bez większego powodu, ten nigdy nie uda się na wyspę byłego wroga.

- A od kiedy to się przyjaźnisz z Sączysmarkiem? – spytał, znów zaciekawiony wódz, tym razem jednak faktem, iż jego syn z własnej woli „dopnie” się do Jorgensona. Nigdy za sobą specjalnie nie przepadali.

- A, od wczoraj. – tym razem bez ogródek odparł szef Smoczej Akademii, jednak wyczuł potrzebę rozwinięcia wątku. – Wiesz… Jak nas wczoraj uratował…

- Dobra. Wiem. Nie będę się czepiał.

- Ale nie! Nie! Nie czepiasz się… - za chwilę dotarło do niego, co powiedział. – No, trochę się czepiasz.

Czkawka zastanowił się chwilkę nad tą rozmową. Pamiętał doskonale, co się wczoraj działo, jednak nie miał specjalnej ochoty rozmawiać o tym, że swoim ojcem. Po chwili jednak uświadomił sobie, iż rozmowa ta może działać w dwie strony, a wódz może powiedzieć o swoich planach także jemu, nie tylko Pyskaczowi.

- A, właśnie. – wznowił chłopak, nie trwającą już od jakiejś minuty, rozmowę. – Co ty będziesz dzisiaj robił? – spytał z wyraźnym naciskiem na słowo „ty”.

- Ja? – dopytał Stoick, na co jego syn pokiwał głową w geście twierdzącym. – Pewno kolejny dzień wysłuchiwania głupot Nie-Tak-Niemego Svena.

- Aha… A co on wygaduje? – spytał z przymusem Czkawka, choć doskonale wiedział, iż nie chce tego słuchać.

- Ech… Wszystko, o czym nie mówił od dwudziestu lat, wyobraź sobie…

- Aha… Nie wiem, czy chcę wiedzieć… - mruknął pod nosem szatyn.

- Rozpowiada wszystkim o chorobach żołądkowych swojej żony!

- Aha…

- Mało tego! Dzieli się z wszystkimi dziewięcioma metodami zapładniania owiec!

- Ble… Po co pytałem… - powiedział na głos chłopak, po czym się otrzepał.

- Sam nie wiem. Ale dobrze jest się czasem wygadać komuś innemu niż Pyskacz.

- Wierzę…

Chłopak, znudzony, spojrzał na zawartość swojego talerza, który okazał się być już pusty. Nie miał jednak zamiaru wciąż siedzieć w domu i słuchać, o czym wygadywał Niemy Sven, żałując, że w ogóle o to spytał. Dlatego rzucił tylko krótkie „cześć tato” i wybiegł z chaty wodza wraz ze Szczerbatkiem, zostawiając w środku nieco zaskoczonego ojca, którego doprawdy dziwiło zachowanie dzisiejszej młodzieży. A zwłaszcza jego syna…

Gdy Czkawka dotarł na zewnątrz, od razu uderzyło w niego świeże, rześkie powietrze. Co prawda, na Berk jest ono normą, jednak tym razem chłopcu wydało się ono być świeższe i bardziej ożywcze. Może było to spowodowane tym, że ostatnio nie miał czasu, by myśleć o naturze, by się zatrzymać, bądź po prostu podziwiać widoki? Tak… Ostatnio dobro wioski było dla niego najważniejsze, a wszystkie inne sprawy pozostawały w tyle. Najważniejsze było bezpieczeństwo Berk. Teraz jednak Czkawka mógł się zatrzymać, pomyśleć, podziwiać. Zająć sprawami innymi niż przyziemne, niż jedynie obrona, bądź atak. Mógł się zresetować, odpocząć. Podumać, na spokojnie. Zająć swoimi wynalazkami. I oczywiście spędzić więcej czasu w powietrzu, wraz ze swoim najlepszym przyjacielem, Szczerbatkiem. Ma teraz wolny czas, tylko dla siebie i nie wiadomo, jak długo. Powinien go wykorzystać najlepiej, jak może.

Myśli te buzowały mu w głowie, niczym natrętne muchy, niedające spokoju. Co, jeśli Dagur w jakiś sposób ucieknie? Na pewno będzie chciał się zemścić, jako że chłopak mu nie pomógł. Jednak Czkawka postanowił nie zadręczać się tym. Więzienie u Łupieżców jest dobrze strzeżone, a nawet, jak ucieknie, to z powrotem się go tam wsadzi. Na razie jest spokój, a chłopak stwierdził, że skoro tak, to należy go wykorzystać. Zaczął się więc wolnym krokiem przechadzać po wiosce, odganiając od siebie złe myśli, które uparcie nie chciały uciec. W końcu jednak szatyn postanowił swoją głowę zająć czymś innym. Oglądał wikingów, którzy z szacunkiem go pozdrawiali, a także wykonywali codzienne czynności. Kobiety wywieszały świeże pranie, a także wystawiały na parapety jeszcze ciepłe, pachnące chleby, by trochę ostygły. Mężczyźni siadali przed domami, co chwila sącząc napój z kufli. Wielu ludzi chodziło z taczkami pełnymi jabłek bądź ryb, by uzupełnić zapasy, bądź stworzyć własne. Nie brakło także podśpiewujących pasterzy, w tym Niemego Svena, którzy przeprowadzali swe owce akurat przez środek wioski. Gdzieniegdzie prowadzono także pojedyncze jaki, a na gdakanie kur nikt nie zwracał już najmniejszej uwagi, gdyż było ono normą. Pomiędzy tym wszystkim biegały, bawiące się w najlepsze, dzieci, które co jakiś czas, przez przypadek wpadały na dorosłych. Oczywiście, nie brakło także i smoków, które spacerowały, bądź latały tu i tam, nie robiąc żadnych szkód. Szatyn pomyślał, że lekcje w Smoczej Akademii rzeczywiście miały swój cel, a spokój w wiosce jest właśnie tego dowodem.

Chłopak zatrzymał się na chwilę, patrząc na tych spokojnych, bezpiecznych ludzi. Zaczął się zastanawiać nad wczorajszymi słowami ojca, który uświadomił mu, iż szatyn będzie kiedyś wodzem, mimo, że ten doskonale o tym wiedział. Chłopak jednak bał się, że nie podoła temu wyzwaniu. W głębi serca nie chciał przewodzić ludowi, mimo, iż miał zdolności przywódcze. Czuł, że to za duża odpowiedzialność. Z drugiej jednak strony, Czkawka wiedział, że nigdy nie dorówna Stoickowi, który był w tym po prostu najlepszy. Dowodem na to był choćby ten spokój w wiosce.

Szatyn tylko nie wiedział, iż on także bardzo się do niego przyczynił.

Po chwili jednak ktoś za nim stanął.

- No, cześć. – usłyszał tak dobrze znany mu głos, a potem oberwał kuksańcem w ramię. – Na co tak patrzysz?

- Aaa… Tak sobie. – mruknął.

- Nudno, co? – chłopak był zaskoczony pytaniem wojowniczki, jako że jemu na razie się nie nudziło. – To, co robimy?

- Eee… - burknął Czkawka ironicznie, po czym wzruszył ramionami.

- Niech zgadnę… Nie wiesz. – odparła, pewna siebie.

- No… Powiedzmy, że… - zaczął się zastanawiać nad odpowiedzią. – Wszystkie myśli ostatnio wykorzystałem na Berserków i Łupieżców, w skutek czego mam… - pomyślał chwilkę nad doborem słów. – Trochę pusto w głowie. – burknął ironicznie, nie odwracając się do dziewczyny, której to nie przejęło.

- No, nie dziwię się. Tyle, co ty się namyślałeś… - teraz to blondynka zaczęła ironizować.

- Dzięki za wsparcie. – mruknął sarkastycznie, za co oberwał następnym kuksańcem, po którym już się obrócił. – Ał…

- Nie ma sprawy. – uśmiechnęła się bardzo szeroko, ale za chwilę przestała żartować. – No, to jak? Co robimy?

Chłopak zaczął się zastanawiać. Sam w sumie nie wiedział, co robić. Mogliby, co prawda wyruszyć na Archipelag, ale do tego potrzebują jeszcze zgody rodziców. Jednocześnie szatyn wiedział, że jedyne osoby, które praktycznie nigdy się nie nudzą, to Bliźniaki, jednak perspektywa spędzania z nimi czasu nie była według Czkawki, specjalnie kolorowa. Prawdopodobnym scenariuszem jest wysadzenie kolejnego budynku przez Thorston’ów, a potem zrzucenie na niego, choć i tak nikt w to nie uwierzy. Jednak samo bycie posądzonym o rozwalenie czegoś wspólnie z Bliźniakami, jest dość upokarzające, gdyż każdego, kto z nimi trzyma, uważa się za wariata, jak oni. Gdy chłopak sobie wyobraził, jak każą jego, wraz z Mieczykiem i Szpadką za kolejny numer, postanowił sobie darować. Nie chciałby być uważany za wariata, choć jego bardziej irracjonalna część, chętnie by narozrabiała, jak za dawnych czasów. Szybko jednak zagłuszył ją rozsądek, przypominając o konsekwencjach takiego zachowania.

- Czkawka? – chłopak ocknął się, po kilkunastu sekundach pobytu we własnym świecie.

- Poczekaj, zastanawiam się… - machnął ręką, po czym do niego powrócił.

W jego głowie siedziało główne pytanie: Co będą robić? Po przemyśleniu wersji spędzenia czasu z Bliźniakami, szatyn stwierdził, że zastanowi się nad Sączysmarkiem, który wieczorem miał lecieć na dwie godziny do Łupieżców, nie wiedząc nawet, czemu. Perspektywa spędzania czasu z samolubnym Jorgensonem też nie wydała mu się specjalnie obiecująca, choć na pewno bardziej niż z rodzeństwem Thorston. Po krótkiej chwili, Czkawka zaczął się zastanawiać nad Śledzikiem, który pewno bada teraz faunę i florę w okolicach Berk. Rozsądek podpowiadał mu, że pomoc Ingermanowi jest najlepszym rozwiązaniem, jednak irracjonalna część jego, odezwała się i tym razem, twierdząc, iż byłoby to nudne. Tym razem jednak chłopak nie zlekceważył jej, choć wiedział, że może powinien. Patrząc na ostatnie wydarzenia, gdy wciąż coś się działo, gdy wciąż walczyli, ryzykowali, oglądanie kwiatków i uciekanie przed dzikami, chcąc je zbadać, wydało mu się nudne. A przynajmniej pierwsze z tych zajęć.

- Czkawka… Jesteś tutaj? – blondynka znów się odezwała, budząc szatyna z zamyśleń, tym razem jednak na dobre, gdyż chłopak w swej głowie oficjalnie stwierdził, że nie ma pomysłów na to, co mógłby zrobić.

- Sam nie wiem… - burknął, odpowiadając jednak na wcześniejsze pytanie Astrid. Tego „jesteś tutaj?”, szatyn nie zakodował.

- Nie wiesz, czy tu jesteś? – dopytywała ironicznie blondynka.

- Nie. Nie wiem, co robić. – odparł spokojnie chłopak, który już całkowicie wydostał się ze swojego świata.

- No, to mamy problem. – stwierdziła dziewczyna, krzyżując ręce.

- Co? Czemu? – dopytywał Czkawka, nie do końca rozumiejąc, o co chodzi przyjaciółce.

- Skoro ty nie wiesz, co robić, to chyba nikt nie wie.

- Eee… W zasadzie, to… Planowałem na dzisiaj wykonanie jednego z moich projektów, jako że mam więcej czasu… Emm… - mruknął chłopak, przypominając sobie o planach. – A potem… Pewno odpocznę. - spojrzał w stronę Nocnej Furii. – I wylatam się ze Szczerbkiem za wszystkie czasy, bo jakże inaczej. – dodał, przerzucając wzrok na dziewczynę.

- Aha… Czyli ty jednak nie będziesz się nudził. – stwierdziła na głos.

- Chyba nie… No, chyba, że mi się wszystkie projekty skończą. – mruknął sarkastycznie, na co oboje zaczęli się śmiać.

- Wiesz… Nie trzeba pomóc?

- Jeśli wiesz, co to przekładnia zębata, to nie ma sprawy. – odparł ironicznie, co dziewczynę nieco speszyło.

- Nie wiem… - mruknęła w końcu, lekko zawstydzona, co nie uszło uwadze szatyna, do którego dotarło, iż jego wcześniejsza wypowiedź brzmiała, jakby nie chciał z nią spędzić czasu. Zastanowił się więc chwilkę…

- Ale i tak najpierw planowałem patrol i lot ze Szczerbkiem… A w dwie osoby może więcej się zauważy, więc… - przeniosła na niego wzrok. – No, chyba, że nie chcesz, to… Albo Wichurka zmęczona… To wezmę Sączysmarka. – użył już ostatniej karty, jaką miał, by przekonać dziewczynę. Wiedział jednak, iż ona zadziała.

- No, co ty. Wichura jeszcze dzisiaj nie latała. – dziewczyna zagwizdała, przywołując smoka.

- Hehe… - Czkawka zaś zachichotał po cichu, podziwiając swą „zdolność przekonywania” i „perswazję”, za co oberwał, trzecim już dzisiaj, kuksańcem w ramię. – Ał… Zawsze musisz być taka brutalna? – spytał z udawanym wyrzutem, który dziewczyna dostrzegła.

- Zawsze. – uśmiechnęła się, wskakując na smoczycę, która podbiegła do niej kilka sekund wcześniej. – To, co? – spytała, podczas gdy szatyn masował, obolałe już, ramię. – Lecimy, czy dalej będziesz się tak lenił? – spytała zadziornie, na co chłopak tylko popatrzył na nią, w ten sam sposób, po czym wskoczył na Szczerbatka i gwałtownie go poderwał.

- Spróbuj mnie dogonić! – krzyknął, a blondynka po chwili uświadomiła sobie, że jeśli nie wystartuje, będzie daleko w tyle.

- Dawaj, mała! – wydała smokowi komendę, po czym wystrzeliła za szatynem.

Chłopak cały czas prowadził, nie przejmując się wiatrem, który targał jego włosami we wszystkie strony. Pogoda była idealna. Słońce ogrzewało chłodne, rześkie powietrze swymi promieniami, sprawiając, iż chłód nie był tak odczuwalny. Gdzieniegdzie nad morzem, w pobliżu skał, unosiła się mgła, dodając uroku i rąbka tajemniczości. Pod wpływem słońca jednak znikała, ukazując granatową taflę, pod sobą. W lasach było równie pięknie. Zieleń aż biła po oczach, a świeży zapach igliwia bądź kwiatów, wdzierał się do nosa, nie pytając o pozwolenie. Światło z trudem przebijało się przez korony drzew, tworząc przy tym wspaniałe, widowiskowe pasy, które w lekkiej mgiełce, pięknie przyozdabiały las. Po chwili widoki pochłonęły tę dwójkę, tak, iż zapomnieli oni o wyścigu, a zaczęli rozkoszować się pięknem przyrody, na co od dawna nie mieli czasu.

Zaczęli zwalniać, przyglądając się krajobrazowi, który z każdą chwilą, wydawał im się coraz piękniejszy.

Na takim „patrolu” spędzili ponad trzy godziny, rozkoszując się upragnionym spokojem i choć chwilową beztroską. Ostatnio rzeczywiście nie mieli na to czasu. Wciąż ciężkie treningi, obmyślanie strategii… I choć szatynowi to, o dziwo, nie przeszkadzało, to jednak innym tak. Wkrótce jednak zrozumiał, że i jemu przyda się odpoczynek, gdyż nie jest wyjątkiem. On także był tym zmęczony, mimo, że to lubił. Dotarło do niego, iż on także musi zwolnić, zrelaksować się i pozbierać siły, gdyż nie wiadomo, co będzie później. Ma teraz czas wolny i musi wykorzystać go najlepiej, jak umie.

Po tych trzech godzinach dotarli jednak do wioski, a gwar i co niektóre krzyki wikingów, upewniły ich, że nie są to jednak ludzie kochający spokój. Po tłoku poznali także, iż jest południe, a wtedy ruch w wiosce jest największy. Chwilkę później Astrid wylądowała na głównym placu, a Czkawka poszedł w ślad za nią, mimo, że nie chciał tego robić. Kochał latać, ale nie miał też wiele do roboty, a spędzanie czasu z Astrid, wydało mu się, jak dotąd, najrozsądniejszym pomysłem. Wylądował więc, tuż za nią, próbując przy okazji nie wlecieć w któregoś z tych biegających wikingów, o dziwo skutecznie. Zsiadł ze Szczerbatka, tak jak jego przyjaciółka z Wichury, po czym udali się w głąb wioski, wiedząc doskonale, iż tam, tłum będzie jeszcze większy. Po chwili jednak Czkawka zatrzymał się, gdyż pomiędzy chatami dostrzegł Bliźniaki, co go zaniepokoiło. Wysnuł prosty wniosek – skoro się chowają, to coś zmalowali. Nie minęła chwila, a dostał niemal potwierdzenie swych przypuszczeń, jako że Mieczyk trzymał w dłoni klucz oczkowy otwarty i śmiał się, w najlepsze, w stronę swojej siostry, której mina była podobna. Jednak szatyn spojrzał nieco dalej, nie zwracając uwagi na Astrid, która także się zatrzymała. Otóż za chatą dostrzegł wóz, prawdopodobnie z jabłkami, któremu Mieczyk prawdopodobnie poluzował koła na osi, jako że klucz, prawdopodobnie pasuje do używanego tam gwintu. Po chwili jednak Czkawka wykreślił ze swojej głowy słowo „prawdopodobnie”, by zastąpić je zwrotem „na pewno”, po czym wolnym krokiem ruszył w ich stronę, a blondynka, widząc co się dzieje, udała się za nim, by w razie czego go wesprzeć.

Czkawka zaszedł Bliźniaki od tyły, gdy te pewno czekały na efekty swej „ciężkiej pracy”, do której to był im potrzebny klucz oczkowy otwarty, prawdopodobnie zwędzony Pyskaczowi.

- Cześć. – mruknął cicho, na co oni podskoczyli i odwrócili się w jego stronę z oniemiałymi minami i otwartymi buziami.

- Eee… Hej. – powiedział, jako pierwszy, Mieczyk, wyręczając siostrę i chowając klucz za plecami, co nie uszło uwadze młodego Haddock’a

- A co wy tu robicie? – spytał Czkawka z pozorną ciekawością, jednocześnie prześwietlając ich wzrokiem.

- Emm… Nic. Nic takiego. – odparł blondyn, patrząc w chmury, którymi nagle się zaciekawił.

- No właśnie. Stoimy. Nie można? – dodała jego siostra, śmiejąc się głupkowato.

- Ale stanie, to już jest czegoś robienie, nie? – spytał Mieczyk, Szpadki, drapiąc się po czole wolną ręką.

- No…

- Czyli… Czyli, że co? Bo powiedziałem, że nic nie robimy…

- Czyli jesteś kłamcą! – dokończyła za niego siostra, ku uciesze już zniecierpliwionego nieco, Czkawki.

- Dobra, słuchajcie. Nie mam siły się w to bawić… - zaczął szatyn, lecz ktoś mu przerwał…

- Ale, że w co? W co się bawimy? – spytał blondyn, a szef Smoczej Akademii uderzył się na to w czoło.

- Ech… Mieczyk, oddaj klucz, który zwędziłeś Pyskaczowi. – Haddock przeszedł do sedna.

- Ale, że klucz? Klucz… Jaki klucz? – Mieczyk znów zaczął udawać głupszego, próbując przeciągnąć rozmowę, choć wiedział, że przegrał, a Czkawka domyślił się ich planu.

- Ten, który masz za plecami, baranie. – ponagliła go siostra, chcąc uniknąć większych konsekwencji.

- Jaki? – nagle go olśniło. – Aaa! – wyciągnął zza pleców prawą rękę, wraz z kluczem. – Ten klucz! – Czkawka wyciągnął rękę, by go zabrać, lecz Mieczyk się cofnął. – Sorry, ale nie. Ja zwędziłem. Mój klucz. – powiedział to, po czym przytulił kawałek metalu, a Szpadka tylko uderzyła się w czoło. Szatyn zaś zaczął się zastanawiać nad sposobem rozumowania Bliźniaków, wiedząc doskonale, iż marnuje tylko czas, a i sam może przy tym zgłupieć. Na razie jednak postanowił sobie darować.

Haddock już zamierzał wyrwać mu ten klucz, gdy nagle do głowy wpadł mu inny pomysł.

- Dobra, Mieczyk. W takim razie sam będziesz naprawiał wóz, kiedy ten się rozleci… - odparł Czkawka z błyskiem w oku, jednocześnie trafiając w słaby punkt Bliźniaków: rozrabianie, ale unikanie kary.

- Nie znam tego klucza! – krzyknął Blondyn, po czym na siłę wepchnął narzędzie w ręce szatyna i uciekł. Szpadka zaś parsknęła tylko, wzruszyła ramionami, po czym pognała za bratem.

Chłopak jedynie westchnął, przeklinając w duchu problematyczne zdolności Bliźniaków. Spojrzał na klucz, dzierżony w dłoni i stwierdził, iż nie ma innego wyjścia, jak po nich posprzątać, prawdopodobnie dzisiaj nie ostatni raz. Westchnął więc po raz drugi i podszedł do wozu, którego problemem były nie tylko poluzowane koła, ale i uchwyty. Po krótkiej chwili nakazał Astrid, by ta pilnowała, żeby nikt nie tknął wozu wraz z ładunkiem, a sam zbliżył się do niebezpiecznej konstrukcji, by zaraz zacząć dokręcać koła do osi. Zadanie to nie należało do najbezpieczniejszych, gdyż wóz w każdej chwili mógł się rozlecieć. Okazało się jednak, iż Bliźniaki nie odkręciły kół aż tak mocno, by miały odpaść od razu. Prawdopodobnie zależało im na tym, by wóz rozpadł się z dala od miejsca zbrodni, by uniknąć podejrzeń. Czkawka musiał przyznać, że jak na Bliźniaki, było to rozwiązanie całkiem sprytne. Na szczęście jednak, udało się uniknąć widowiskowych efektów w postaci zniszczonego środka transportu oraz jego rozrzuconej zawartości, czyli jabłek, ponieważ Haddock w porę naprawił zarówno koła, jak i uchwyty. Udało im się skończyć i odejść, w ostatniej chwili, gdyż tuż po ulotnieniu z chaty wyszedł Magnus i podśpiewując, zaczął pchać wóz w kierunku Spichlerza. Widząc to oraz fakt, iż konstrukcja się nie rozleciała, chłopak odetchnął z ulgą. Kilkanaście minut naprawiania ustrojstwa opłaciło się, a jemu się nie nudziło.

- Chodź… Zaniesiemy klucz Pyskaczowi. – mruknął do Astrid, podnosząc przy tym klucz do góry. – I zasugerujemy mu, żeby go lepiej schował. – dodał po chwili, na co oboje się zaśmiali.

Czkawka ruszył pomału w stronę Kuźni, jednak przypomniał też sobie, iż po wczorajszej bitwie, ilość liny w jego Tarczy drastycznie zmalała, przez co należałoby ją uzupełnić. Tuż przed budynkiem docelowym zatrzymał się więc, poinformował Astrid, by na niego zaczekała oraz pobiegł szybko do chaty. Wpadł do domu, niczym burza, nie zwracając uwagi na nieobecność ojca, prawdopodobnie będącego w Twierdzy. Dotarł do swojego pokoju, gdzie przy biurku był niemały bałagan, jednak on się tym nie przejął. Chwycił, leżącą przy łóżku, Tarczę, założył ją szybko na plecy, po czym, nie zważając na całą resztę rupieci i gratów, wybiegł na zewnątrz, gdzie pod drzwiami czekał już Szczerbatek, a pod kuźnią - Astrid. Już miał zamiar popędzić w tamtą stronę, gdy jednak stwierdził, że równie dobrze może się przejść, bo teraz nie musi się już śpieszyć. Ruszył więc, niezbyt szybkim krokiem, w jej stronę i za chwilę był już na miejscu, choć wymijanie wciąż ruszających się wikingów nie było wcale proste. Gdy więc chłopak dotarł do przyjaciółki, podziękował w myślach, że przynajmniej jest zwinny, choć ostatnio i siły mu nie brakowało, co zawdzięczał Pyskaczowi i jego lekcjom.

- Tarcza? – spytała Astrid, lekko zawiedziona. – Po co ci ona? Przecież już nie walczymy. – dodała, próbując wywrzeć na Czkawce presję, co nawet jej się udało.

- Wiem. – odparł zwyczajnym tonem, a nawet trochę radosnym, co wybiło nieco blondynkę z rytmu, jako że spodziewała się smutku, bądź sprytnego wyminięcia pytania. – Po prostu wczoraj zużyłem dużo liny i chcę ją uzupełnić. Poza tym… - zastanowił się chwilkę nad doborem słów. – Jakoś tak przywykłem. – spojrzała na niego zaskoczona, co nie uszło uwadze chłopaka. – No, co? Ty też się nie rozstajesz z toporem. – ukuł ją w czuły punkt.

- Owszem, ale teraz go jakoś nie mam przy sobie. – odparła, lekko poirytowana.

- Ja, Tarczy też wcześniej nie miałem. – odgryzł się szatyn, na co blondynka się poddała. I tak zdawała sobie sprawę, że go nie przegada, bo on w dyskusji jest najlepszy.

Po chwili jednak każde zapomniało o rozmowie, która miała miejsce kilka minut temu i oboje weszli do budynku, w którym obecnie urzędował Pyskacz. Powitało ich przyjemne ciepło, wydobywające się z pieca, uderzenia młota oraz gwizd kowala, podśpiewującego piosenkę, który właśnie reperował jeden z mieczy. Odkąd smoki mieszkają w wiosce, Gbur prowadzi także zakład dentystyczny, jednak otwiera go jedynie wieczorem, zaś wcześniej naprawia bądź tworzy broń, którą wikingowie i tak potrafią niszczyć w różne, pokrętne sposoby, nie potrzebując do tego smoków, ani wroga. Chyba, że za „wroga” weźmie się na przykład stary stół, który Wiadro próbował pociąć mieczem, zapominając, od czego jest siekierka.

- Hej, Pyskacz! – zaczął szatyn, choć dźwięk młota skutecznie go zagłuszył. – Pyskacz… PYSKACZ! – wrzasnął na cały głos, na co kowal aż podskoczył, po czym obrócił się w stronę źródła dźwięku. A raczej krzyku…

- Czkawka! Na Thora! Nie strasz mnie tak, mały! – wykrzyknął, zadowolony z widoku swojego czeladnika.

- Wybacz, ale inaczej się nie dało… - zachichotał, po czym podniósł klucz, a Pyskacz zwrócił na niego uwagę. – Twoje? – spytał szatyn, choć znał odpowiedź.

- Moje, moje! – niemal wrzasnął Gbur, radośnie. – Cały dzień go dzisiaj szukałem! – wziął klucz do ręki, ale po chwili zastanowił się. – A skąd go masz? – spytał z nutką podejrzliwości.

- Aaa… Haha… Długa historia… - nerwowo przeczesał włosy dłonią. – Heh. Mieczyk go zwinął, a ja zwinąłem jemu. No, tak… W dużym skrócie. – mruknął, po czym podrapał się z tyłu głowy.

- Heh. A po co Mieczykowi mój klucz, co?

- Żeby rozkręcić wóz Magnusa. – odparła znudzona, ale i pewna swego, Astrid.

- Oł… - zastanowił się Gbur, nad kolejnym wymysłem Bliźniaków.

- Ale… Ale sytuacja opanowana, wóz cały, naprawiłem, więc nie musisz się martwić, a i mała rada… - powiedział niemal na jednym wydechu. – Tym razem schowaj go lepiej.

- Zastosuję się. – zakończył pogodnie kowal, po czym schował klucz do którejś z szuflad, gdzie, jak sądził, Mieczyk go nie znajdzie. Potem wrócił do prostowania miecza, nie zwracając już uwagi na dwoje przybyszy.

Czkawka spojrzał na stertę broni do naprawy, po czym stwierdził, iż nie jest ona duża, więc Pyskacz, prawdopodobnie nie potrzebuje już pomocy. Chłopak mógł się więc zająć uzupełnieniem zapasu liny w Tarczy na spokojnie. Odesłał Astrid, prosząc przy tym, by przypilnowała Bliźniaków, a sam zabrał się do roboty, zdejmując przed tym, broń z pleców.

Nie minęło pół godziny, a szatyn zrobił wszystko, nie tylko uzupełnił zapas linek w Tarczy, ale i ją naoliwił, i wypolerował. Mimo, że miał czas, wykonał robotę bardzo szybko. Do tej pory, gdy pracował przy swoim wynalazku, robił to z pośpiechu, nie wiedząc, czy podczas jego pracy, nikt przypadkiem nie zaatakuje. Wtedy do obrony, Tarcza często mu się przydawała, więc nie mógł pozwolić, by była niesprawna. Za każdym więc razem, gdy uzupełniał linki, robił to szybko, co wpadło mu w nawyk i mimo, że teraz nikt nie będzie atakował, chłopak tak do tego przywykł, że trudno by mu było robić to powoli. Jeszcze raz, więc sprawdził mechanizm rozkładania tarczy w kuszę, po czym poskładał i założył ją sobie na plecy.

Chłopak wyszedł z Kuźni, w której zdążyło się dość mocno nagrzać, po czym przypomniał sobie, iż mógłby towarzyszyć Sączysmarkowi w drodze na Wyspę Łupieżców, jako że nie ma nic do roboty. Udał się więc w stronę siedziby Jorgensonów, a za nim poszedł, nieco znudzony już, Szczerbatek. W drodze chłopak znów przeciskał się przez, mniejsze już, tłumy, karcąc się w myślach, iż nie poleciał na swym przyjacielu. Jednak po kilku minutach unikania biegających dzieci i ustępowania miejsca ludziom, pchającym taczki i wozy, tym razem także i z sianem, dotarł w końcu do celu. Stanął pod drzwiami, po czym zapukał, a po chwili stanął przed nim Sączyślin.

- Witaj, chłopcze. A co cię tu sprowadza? – spytał lekko podejrzliwie, co nie uszło uwadze młodego Haddock’a.

- Przyszedłem do Sączysmarka. – odparł szatyn, lustrując wzrokiem ojca kolegi.

- Poczekaj chwilkę. – mężczyzna odwrócił się w stronę wnętrza domu, po czym krzyknął. – Sączysmark! Ktoś do ciebie!

- Okej! Powiedz, że już schodzę! – dało się słyszeć lekko przytłumione krzyki młodego Jorgensona. Dotarło to także do Czkawki.

- Poczekaj tu, chłopcze. Za chwilę powinien wyjść. – oznajmił, przy czym wskazał szatynowi ławkę przed domem, na której ten przysiadł.

Drzwi zamknęły się z hukiem, a Czkawka wiedział, podobnie jak Sączyślin, iż u Sączysmarka słowo „już”, to szerokie pojęcie i równie dobrze może oznaczać dwie sekundy, co pół godziny. Tym razem jednak drzwi otworzyły się z powrotem, zaledwie po pięciu minutach, a z nich wyszedł Sączysmark, z torbą przewieszoną przez ramię, o której szatyn domyślił się, iż w środku jest prowiant na podróż. Jorgenson zawsze był głodny. Czarnowłosy jednak, widząc kolegę, zatrzymał się.

- No, cześć. A ty, tu co tak czekasz? – spytał, jak zwykle niezbyt kulturalnie, ale i nutką sympatii, na co Haddock wstał.

- Eee… Lecisz do Łupieżców, nie? – szatyn bardziej stwierdził, niż spytał.

- No, tak, a co?

- Nie mam tu specjalnie wiele do roboty, więc mogę lecieć z tobą. – stwierdził, opierając się o ścianę i wiedząc, że Jorgenson z początku go wyśmieje.

- Haha! Ty, że mną? – nie mylił się. – A, to dobre… - po chwili jednak, czarnowłosy coś sobie uświadomił. – Żartujesz, tak? – spytał, jakby bojąc się odpowiedzi.

- Nie. Nie żartuję. – na te słowa, Jorgenson nieco się speszył.

- Eee… - zastanowił się. Znał trochę Haddock’a i wiedział, kiedy ten powie coś rozsądnie, bądź się uprze. Wiedział też, że ten uparł się i tym razem, gdyż skrzyżowane ręce, oparcie się o ścianę i dość pewna mina, doskonale o tym świadczą. – No… No dobra.

Sączysmark rzadko kiedy bywał w takiej sytuacji, kiedy jakaś sprawa zależała od niego, nie od szatyna. Przywykł już, że to ten najczęściej wydaje rozkazy, choć sam i tak nie zawsze ich słuchał. Syn wodza też rzadko kiedy liczył się ze zdaniem młodego Jorgensona, zwłaszcza, że do niedawna, ich relacje nie należały do najlepszych. Po chwili zastanowienia, zawołał Hakokła i wsiadł na niego, po czym wzbił się w powietrze, a Czkawka ze Szczerbatkiem tuż za nim.

Haddock’a jednak dręczyło jedno, ważne pytanie: Po co oni tam lecą? Darował już sobie swoją głupotę i wyruszenie w małą podróż jedynie ze Smarkiem, nie wiedząc nawet po co, lecz postanowił wywiedzieć się więcej.

- Słuchaj… - zaczął, gdy wyrównali lot. – A… Właściwie po co tam lecimy?

- Wiesz… Po tym, jak wczoraj wszystkich uratowałem… - Czkawka miał wielką ochotę skwitować, że uratował tylko jego i matkę Krzykozgona, jednak darował sobie, wiedząc, iż byłoby to nie na miejscu, wobec przyjaciela. – Albrecht poprosił mnie, żebym dzisiaj przyleciał… - zaczął mówić z tą charakterystyczną dla siebie dumą, do której szatyn zdołał już przywyknąć. – Mam przewieźć dla Stoicka, w sensie, twojego tatuśka, taką jedną przesyłkę.

Czkawka lekko się co prawda skrzywił na wieść, iż jego ojca nazwano „tatuśkiem”, szybko to jednak przełknął i postanowił skupić się na podróży, która w spokojnym tempie, trwała dwie godziny. W tym czasie przyjaciel zdołali porozmawiać o kilku tematach, względnie prostych. Pod koniec jednak ostatniej rozmowy, szatyn zauważył ostre formacje skalne, wystające znad powierzchnie wody i wyspę, spowitą delikatną mgłą. Chłopcy popatrzyli po sobie, gdyż za nic w świecie to miejsce nie kojarzyło im się z niczym miłym. A już zwłaszcza Czkawce, któremu nie przeszkadzało przylatywanie tu na bitwy, bądź zwiady, jednak pokojowe „odwiedziny”, wydały mu się dziwne. Czuł się nieswojo… To tutaj odbyła się wczorajsza walka, tutaj kilkukrotnie więziono szatyna. I mimo, że Łupieżcy są teraz sojusznikami Berk, szatyn wciąż do ich wodza, ani nich samych nie pałał specjalną sympatią. Uczucie to spotęgowało się, jako, że był nad tą wyspą praktycznie sam. Wyobraził sobie, co by było, gdyby był tu ze Śledzikiem, Astrid, bądź Bliźniakami. Nawet z tymi ostatnimi czułby się pewniej niż z Jorgensonem, który w ciągu tych kilku wczorajszych chwil zdążył, przynajmniej częściowo, zmienić swoje zdanie co do wyspy i samego Albrechta.

Po chwili wylądowali tuż przed tutejszą „twierdzą”. Po drodze mijali, całkowicie zniszczoną, arenę, przy której krzątali się ludzie. Nie zatrzymali się tam jednak, jako, że szatyn chciał jak najszybciej załatwić sprawę, a Jorgenson także nie chciał tu zostawać na dłużej, niż musiał. Nie minęło dużo czasu, a ciężkie wrota otworzyły się, a w nich stanął nikt inny, jak sam Albrecht. Czkawka, zsiadając ze smoka, przyjął postawę służbową, nie wiedząc, czy będzie mówił on, czy Sączysmark.

- Przyleciałeś! – wódz Łupieżców zwrócił się do Jorgensona swym twardym, niezbyt przyjaznym głosem, a chłopak nieco się przestraszył, w przeciwieństwie do Czkawki, który miewał już z tym typem do czynienia. – Hehe… Miło cię widzieć… - wtedy dostrzegł, że Sączysmark sam nie przyleciał. – Ciebie też, synu Stoicka…

U czarnowłosego, na te słowa, przebiegł lekki dreszcz, lecz Haddock nie angażował w to emocji. Chciał załatwić tę sprawę jak najszybciej, a im bardziej by się wykręcał, bądź bał, tym na dłużej by tu został, jako że Albrecht z pewnością by to dostrzegł. I choć chłopak naprawdę był nieco przestraszony, nie pokazywał tego po sobie. Nawet, gdyby coś się stało, ma Szczerbatka, Hakokła, Sączysmarka i swoją Tarczę, którą świetnie się posługuje. Po krótkiej chwili jednak szatyn postanowił zareagować na słowa wodza Łupieżców. Kiwnął lekko głową, w geście szacunku, w przeciwieństwie do Jorgensona, który odezwał się, spięty.

- Ja po tą przesyłkę dla wodza, wie… Wódz… Hehe… - czarnowłosy speszył się nieco, a jego towarzysz, na jego wypowiedź chciał się uderzyć w głowę, lecz stwierdził, że to nie wypada.

- Ależ wiem, wiem… - odparł znowu wódz Łupieżców, dostrzegając strach chłopaka. Ten jednak się po chwili ogarnął i stanął wyprostowany.

- Nie przedłużajmy, dobrze? – spytał Czkawka uprzejmie, acz stanowczo.

- A gdzie się wam tak śpieszy, hm? – spytał, wskazując na wejście do środka „twierdzy”. – Zapraszam. Chyba możecie zostać na chwilę? – Czkawka przełknął ślinę i wszedł, nieco spięty, do środka, w przeciwieństwie do Jorgensona, który zdążył się już wyluzować i znów zapomnieć o kulturalności…

Tuż za nimi, weszły ich smoki, które pod żadnym pozorem, nie chciały zostać na zewnątrz.

W środku, Czkawka stwierdził, iż „twierdza” w rzeczywistości jest ogromną, ciemną jaskinią, którą oświetlało centralne palenisko i dziura w suficie, podobna jak w Twierdzy, na Berk. Wokół ognia znajdował się ogromny blat, także podobny do tego na rodzimej wyspie, lecz kamienny. Haddock zauważył, że Łupieżcy większość rzeczy mają z kamienia. Szatyn domyślił się też, iż ten stół na pewno jest oblegany podczas różnego rodzaju narad, prawdopodobnie będzie tak i dzisiaj, lecz w mniejszym stopniu. Jednak po drugiej stronie blatu, chłopak dostrzegł niewielką skrzynkę, po której domyślił się, iż jest prezentem dla Stoicka. Nie chcąc jednak kłopotać wodza Łupieżców i natrętnie pytać, wciąż szedł w jego stronę, nie zwalniając kroku, a oglądając pozostałe części „budynku”, który w rzeczywistości był grotą. Po kątach jaskini, Czkawka zauważył kolejne, mniejsze stoły, z dostawionymi krzesłami, na których wygodnie siedzieli Łupieżcy, rozmawiając przy tym.

- A ty, czemu z nim przyleciałeś? – zwrócił się do syna Stoicka, Albrecht, po tym, jak już usiedli przy dużym stole. I choć chłopak nie miał ochoty siadać, Sączysmark go w końcu przekonał.

- Eee… Nie miałem dzisiaj, co robić. – odparł, w miarę służbowym tonem, zastanawiając się, czy na pewno dobrze zrobił, mówiąc prawdę.

- Wiesz… - wódz wyspy zaczął się zastanawiać. – Mamy kogoś, kto strasznie by chciał z tobą pogadać… - chłopak skrzywił się wewnętrznie, domyślając się, o kogo chodzi.

- Ale wątpię, żebym ja chciał rozmawiać z nim. – odparł poważnie, lecz w jego słowach można było także wyczuć nutkę grozy, która nie umknęła Albrechtowi.

- Tak też mu powiedziałem. – odparł pewny siebie wódz Łupieżców, kończąc rozmowę na ten temat. Czkawkę uspokoiło to nieco, co kolei nie uszło uwadze Sączysmarka, który nie miał bladego pojęcia, o czym oni przedtem rozmawiali.

- Eee… Wtajemniczy mnie ktoś? – spytał na głos, a potem popatrzył na młodego Haddock’a, który uderzył się tylko w czoło, raz jeden odmawiając sobie dyplomacji. – No weźcie, bo ja nie rozumiem! – Czkawka posłał mu pytające spojrzenie, co zmusiło Jorgensona do zastanowienia. – A! O niego chodzi! E, tam. Ja bym pogadał. – mruknął, na co szatyn uderzył się w czoło po raz drugi.

- Podejrzewam, że on chciał „gadać” tylko ze mną. – sarknął w kierunku kolegi, malując w powietrzu cudzysłów palcami, po czym spojrzał na niego groźnie, sugerując koniec rozmowy. – Było nam bardzo miło, ale Stoick nam kazał wracać przed zachodem słońca, a ten będzie za chwilkę. Musimy już lecieć. – zwrócił się dyplomatycznie w stronę Albrechta, który podrapał się tylko po brodzie. Zatkał także usta Sączysmarkowi, który już zamierzał się odezwać, iż Stoick nic im nie kazał. Był to jednak drobny blef ze strony Czkawki, który nie chciał tu być dłużej.

- W porządku. – odparł wódz Łupieżców, nieco zawiedziony. – Skoro tak… - wstał od stołu, po czym poszedł na jego drugą krawędź, wziął stamtąd skrzynkę i podał ją Jorgensonowi. – Macie, chłopcy. Dostarczcie to Stoickowi. W całości, rzecz jasna. – dodał, patrząc wymownie na Sączysmarka.

- A co tam jest? – spytał czarnowłosy, chcąc już uchylić wieko, za co oberwał po dłoni od Albrechta.

- Prezent. Z okazji wdzięczności za pomoc z pokonaniem Dagura. – Jorgenson popatrzył smutno. – Nie dla ciebie.

- Spokojnie. Dotrze w całości. – uspokoił wodza Czkawka, przejmując skrzynkę od kolegi, który nie był tym faktem specjalnie zadowolony. Za to Haddock w tym momencie cieszył się, że jednak poleciał z przyjacielem, gdyż w innym wypadku, przesyłka mogłaby nigdy nie dotrzeć.

Chłopcy, wraz z wodzem Łupieżców wyszli na zewnątrz, pożegnali się, po czym wsiedli na smoki i odlecieli, a Czkawka poczuł się bezpieczniej, wiedząc, że znów jest w powietrzu, na grzbiecie przyjaciela. Za chwilkę jednak, musiał wysłuchiwać pretensji Sączysmarka, lecz nie przejmował się nimi, tylko myślał, co mogło być w środku. Nie odważył się jednak otworzyć, gdyż przesyłka ta, zaadresowana była do Stoicka, a uczciwość nakazywała mu zostawić wieko w spokoju. Chłopak posłuchał jej, mimo, że nie było to takie proste, lecz także nie tak trudne. Szatyn stwierdził też z niepokojem, że za chwilę będzie zachód, a jego ojciec będzie się martwił, zwłaszcza, że nie wie, gdzie jest, ani co robi.

Po kolejnych jednak, dwóch godzinach, dotarli do celu, choć w nocy. Czkawka pożegnał się z przyjacielem i jego smokiem, a biorąc skrzynkę, udał się do swojego domu, myśląc nad tym, co go tam zastanie.

- Synek! Jesteś! – Powitał go Stoick, gdy chłopak wszedł do środka. Po chwili jednak, wódz zauważył niewielką skrzynkę z symbolem Łupieżców, w dłoniach syna. – A co tam masz?

- Ech… - chłopak sapnął, stawiając przedmiot zainteresowania na stole. – Prezent. Od Albrechta. W podziękowaniu za pomoc z załatwieniem Dagura. – wymamrotał szatyn, ciekawy wnętrza skrzyneczki.

Stoick podszedł do stołu, po czym otworzył wieko, a ich oczom ukazały się dwa sztylety, elegancko zdobione. Po wzięciu do ręki jednego z nich, chłopak stwierdził, iż jest doskonale wyważony.

- No, muszę przyznać, że dostałeś fajny prezent. – mruknął, zachwycony wykonaniem narzędzi.

- Dostaliśmy. – poprawił syna Stoick, podkreślając ostatnią sylabę.

- My? – dopytał zaciekawiony chłopak, patrząc na ojca, który stał obok niego.

- A myślisz, że czemu są dwa? – spytał Stoick, przytulając syna, który odwzajemnił gest.

- Dziękuję. – szepnął chłopak, rozumiejąc, że jedno z tych narzędzi należy do niego. Wziął z powrotem do ręki swój sztylet, po czym odwrócił się w stronę Szczerbatka. – Co, Mordko? Jednak nie było tak nudno?









Nishati (dyskusja) 12:42, mar 13, 2020 (UTC)

6802 Słowa

Jeśli byłby jakiś błąd, to proszę o poinformowanie.



Podczas publikacji, pokazała mi się informacja:

Uwaga Twoje działanie zostało automatycznie zidentyfikowane jako szkodliwe. Używanie wulgaryzmów, nieodpowiedniego języka bądź slangu internetowego jest niedozwolone. Jeśli uważasz, że to co robisz ma uzasadnienie, kliknij przycisk „Publikuj”, aby zatwierdzić zmiany. Krótki opis reguły nadużycia, do której Twoja akcji została dopasowana – Wulgaryzmy/nieodpowiedni język

Tymczasem ja nie mam pojęcia, skąd to się tam wzięło, gdyż na pewno nie ma tu żadnych przekleństw. Nie używam takiego słownictwa. Chyba, że jest to wina kilku zwrotów, które jakimś cudem można by było podpiąć pod "slang". Byłabym jednak wdzięczna, gdyby ktoś mi to wyjaśnił, bądź napisał, gdzie mam ten błąd.

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.