FANDOM


Małe Info

  • Czasy wikingów

  • Wszyscy wyglądają jak w JWS2 + dojdą nowe postacie

  • Jest/Będzie Hiccstrid

  • Większość rzeczy dowiecie się podczas czytania

  • Staram się pilnować pisowni itp. ale jeśli czasem o coś zahaczę dajcie znać.

  • Będę mocno się starać, żeby wrzucać regularnie rozdziały, ale czasem może złapać mnie brak weny i czasu dlatego od razu przepraszam.

  • Zostawiajcie po sobie ślad, żebym wiedziała, że ktoś czyta.

Wercia 7 — War of Hearts - okładka na książkę

Okładka (sama robiłam)

PROLOG

Wiele lat temu rozpoczęła się jedna z najbardziej krwawych i bezwzględnych wojen. Dwa pełne nienawiści do siebie rody stoczyli bitwę o wyspę, gdzie jedno z nich miało przejąć władzę. Żądza przejęcia dowodzenia nad klanem namieszała w głowach wojowników.

Wygrany został ogłoszony wodzem Wandali. Urósł dumą. Wygnał przeciwnika. Zmuszony wojownik odszedł pełen pogardy i nienawiści. Poprzysiągł, że na zawsze zostaną wrogami i nigdy nie dojdzie do pokoju między Haddockami, a Hoffersonami.

Plemiona Berk i Sollar nigdy nie miały się spotkać. Oba miały się trzymać od siebie z dala. Bronić swego terytorium i karać za przekroczenie granicy.

Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, że wszystko się zmieni…


Rozdział 1

20 lat później

Czkawka

Zazwyczaj mam porządek w pokoju. Wszystko na swoim miejscu. Teraz jakoś się złożyło, że każda rzecz leży tam gdzie nie powinna. Nie wiem jak to się mogło stać. Muszę tu wreszcie posprzątać.

Tak w ogóle mam na imię Czkawka. Oryginalne imię, co nie? Możecie się śmiać. Przywykłem. W zasadzie nie wiem co mógłbym o sobie powiedzieć. Mam kasztanowe włosy, zielone oczy, no i jakby to powiedzieć, chuderlak ze mnie. Chociaż, czy ja wiem? Chyba nie jest jakoś najgorzej. Mam sztuczną nogę. Przykry wypadek, podczas walki z Czerwoną Śmiercią. Ale daję radę. Naprawdę jest dobrze. Z upływem czasu człowiek się przyzwyczaja. Mam dwadzieścia lat.
Jakie są moje zainteresowania? Cóż wiele tego jest.
Od małego pomagałem Pyskaczowi – naszemu kowalowi – w kuźni. Głównie wykuwałem broń, tworzyę nawet własne wynalazki. Niektóre przydatne, niektóre przynoszące kłopoty. Później trochę się zmieniło. Choć trochę to delikatnie powiedziane. Masa rzeczy się zmieniła. Ale o tym później.
Rysuję. Gdzieś w tym bałaganie musi być mój stary dziennik pełen szkiców. Od dzieciaka zapisywałem w nim notatki i rysowałem smoki.
Jednak moim największym zamiłowaniem są smoki. Smoki i latanie. Uwielbiam. Mógłbym latać ze Szczerbatkiem całymi dniami. Czuć wiatr we włosach, zimne powietrze na skórze, nieograniczoną wolność. Wspaniałe doświadczenie. Najlepsza zabawa jaka może istnieć.

– Czkawka!

– Jestem na górze!

Tata wrócił. Miałem nadzieję, że uda mi się wyjść zanim przyjdzie. Szczęście mnie opuściło.

– Cześć, synu.

– Hej tato. Słuchaj nie bardzo mam czas, żeby gadać, bo zaraz muszę lecieć i…

– Szczerbatek nigdzie nie ucieknie.

No jasne, że nie ucieknie. Pewnie urządził sobie drzemkę przed domem, bo tak długo zajmuje mi szukanie jednej rzeczy.

– Wiem, ale…

– Tego szukasz? – Spoglądam na ojca. Trzyma w ręku moją mapę ukrytą w notesie.

– Skąd… gdzie…?

– Nie ważne. Lepiej pilnuj swoich rzeczy. Masz tu naprawdę wielki bałagan. Posprzątałbyś.

Kiwam głową i zabieram mapę. Chowam pod napierśnikiem.

– Musimy pogadać.

O zaczyna się.

– Yhh tato, ile razy będziemy wałkować ten temat? – Przewracam oczami, bo naprawdę mam dość. Biorę ze sobą hełm. – Nie jestem jeszcze gotowy na zostanie wodzem. Nie chcę.

– Właściwie nie na ten temat chciałem teraz z tobą pomówić, ale dojdziemy do tego. – Patrzę niego zdziwiony. Nie na temat mojej przyszłości? A to nowość. – Albrecht przypłynie za kilka godzin. Chciałbym, żebyś przyszedł na wieczorną ucztę.

– Z jakiej to okazji będziemy go gościć? – pytam.

Nie to, że mam coś przeciwko Albrechtowi, albo jego przypłynięciu na Berk. Skądże znowu. Po prostu… Dawno go nie było u nas i trochę jestem zaskoczony.

Tatko jakoś się dziwnie uśmiecha. Coś ukrywa. Nie odpowiedział na moje pytanie. Kieruje się schodami na parter. Idę za nim.

– Tato?

– Dowiesz się jak przyjdziesz. Nie spóźnij się.

Nie rozumiem go. Nie wiem, dlaczego nie chce mi powiedzieć jaki jest cel wizyty Łupieżców. Zwykle mi mówi o takich rzeczach.

– Dobra, postaram się. – mówię. Idę do drzwi. Stoję już w progu otwartych drzwi, kiedy znowu go słyszę.

– Masz się pojawić. To ważne spotkanie.

– Dobra, zrozumiałem. Ważne spotkanie. Mogę już iść?

– Idź, idź. Tylko uważaj!

Wychodzę zatrzaskując lekko drzwi.

Ja zawsze uważam. Tylko czasami sprawy wymykają mi się spod kontroli i… Zawsze nad wszystkim panuję.

Taaak, moim ojcem jest Stoick Ważki. Jest wodzem, a to oznacza to co oznacza. Jestem skazany na zajęcie jego miejsca. Tyle, że ja nie chcę. Tata tego nie rozumie. Potrzebuję wolności. Nie nadaję się na wodza.

– Cześć, mordko – Szczerbatek się budzi. Przeciąga leniwie jak kot i ziewa. Śmieję się. – Lecimy, co ty na to? – Pomrukuje w odpowiedzi. Głaszczę jego zimne łuski i zajmuję miejsce w siodle. Zakładam hełm i jestem gotów wzbić się w niebo. Szaleć bez ograniczeń. – Muszę się stąd uwolnić.

Szczerbatek odrywa się od ziemi i już kilka sekund później szalejemy w chmurach. Tego mi trzeba. Wiatru, powietrza, adrenaliny. To jest właśnie to.

Szczerbek to Nocna Furia. Klasa uderzeniowa. Najszybszy smok jaki kiedykolwiek żył na tym świecie. Równie jak ja, jest skazany na protezę. Stracił jedną lotkę. Jesteśmy od siebie zależni. Ale jemu chyba to nie przeszkadza.

W kilka chwil zniknęliśmy z zasięgu wyspy. Lot tuż przy falach zimnego oceanu sprawiał, że moje serce szybciej pompowało krew w moich żyłach. To był wyścig z wiatrem. Zrobiliśmy beczkę pod skrzydłem Gromogrzmota, następnie pełną parą pędząc wysoko do chmur. Niesamowite uczucie, gdy znajdujesz się między obłokami. Ta błogość, ten spokój. Tak jakby wydawało się, że nawet gdy spadniesz wylądujesz na miękkiej poduszce. Robimy szybkie obroty by wzbić się ponad chmury. A później Szczerbatek odpuszcza i pozwala nam lecieć w dół, ufając tylko wielkim silnym skrzydłom, które obejmą powietrze. Łapie wiatr dopiero po dłuższej chwili i znów lądujemy w białym labiryncie. Jakiś czas później wyłaniamy się i kawałek przed nami lecą Drzewokosy całą gromadą. Widok nieziemski.

– To jak mały? Próbujemy jeszcze raz?

Warkot niezadowolenia. To co zwykle. Patrzy na mnie. Mruży wielkie zielone oczy.

– Szczerbatku będzie dobrze.

Ustawiam lotkę tak, by działała bez mojej pomocy. Poprawiam cały sprzęt. Odpinam się od siodła i sadowię wygodnie w siodle.

– Gotowy?

Pomruk odpowiedzi. Gotowy.

Zamykam oczy i zsuwam się z siodła. Lecę w dół. Serce wali mi jak młotem. Mój krzyk w pustą przestrzeń słyszy tylko wiatr i lecący za mną Szczerbek. Mimo, iż mam maskę czuję chłód na twarzy. Pod kombinezonem czuję zimny dreszcz ekscytacji.
Zbliżamy się do wody. Czas by rozłożyć skrzydła. Odpinam co trzeba i rozkładam smocze skrzydła. Chwytam się powietrza. Szczerbatek leci tuż za mną. Widzi jak zniżam się, więc wystrzeliwuje plazmę co chwila bym trzymał się w górze.

– To niesamowite!

Szczerbatek za mną warczy. Spoglądam na niego, a on jeszcze bardziej wygląda na zdenerwowanego. Patrzę przed siebie. Skały. Wielkie skały! Na bogów.

– Szczerbatek!

Ryczy i pędzi do mnie. Patrzę przed siebie na skały w które za chwilę walniemy, to na mordkę. Źle. Powinienem bardziej dopracować mu ogon. Jestem już tak blisko zderzenia z wielkimi głazami. Przygotowuję się na uderzenie, ale w tym momencie czarne jak smoła skrzydła zamykają mnie szczelnym uścisku. Toczymy się w dół, obijamy o drzewa, łamiemy niektóre i obijamy się oboje. Będą siniaki.

Zatrzymujemy się. Szczerbatkowi i mnie wali serce. Wiem, że ma ochotę mnie poczęstować plazmą. Wypuszcza mnie. Ustawiam protezę, bym mógł swobodnie chodzić.

– Wow! Wyrosła jak spod ziemi – Uśmiecham się, choć doskonale wiem jakie to było niebezpieczne. Coś huczy. Patrzę i widzę. Jedna z wielkich skał osuwa się i w kawałkach spada do oceanu. Zniszczyliśmy część wyspy. – Nad twoim solowym ślizgiem musimy popracować. Ten zablokowany ogon trochę utrudnia manewry ratunkowe, co?

Chowam skrzydła do kombinezonu.

Warczy niezadowolony. Wiem, moja wina. Powinienem bardziej uważać. Jest obrażony. No tak, miał rację z tym, że to niemądre. Dlaczego ja go nigdy nie słucham?

– Szczerbek przestań już. Masz rację. To mogło się źle skończyć, ale żyjemy. Słyszysz? Żyjemy. – Wciąż warczy. Podchodzi w moją stronę i kiedy myślę, że się na mnie rzuci, wtedy mnie wymija i gapi się na drzewo. – Ej, co jest?

Idę za nim. Nie wiem, co jest grane.

Chciałem zobaczyć to co prawdopodobnie znalazł, ale akurat wyskoczył niebieski Śmiertnik Zębacz. Piękny, a może piękna. To raczej ona. I jest nieźle wkurzona.

– Spokojnie. Nie chcemy ci zrobić krzywdy. – Próbuję jakoś uspokoić smoczycę. Obserwuje mnie czujnymi oczami. Ogon wciąż jest najeżony kolcami. Wyciągam rękę, ale coś nagle się na mnie rzuca. I to nie jest Szczerbatek.

– Co jest? Hej! – Nie jestem wstanie zauważyć kim jest postać, która mnie zaatakowała. Przygniata mnie do ziemi. Kurcze, dlaczego Szczerbatek nie reaguje? – Ej, spokojnie, nie mam złych zamiarów.

– Myślisz, że ci uwierzę? Nie zbliżaj się do mojego smoka!

Czyjego smoka? Zębacz miał właściciela? Kurcze, strasznie niewygodnie leżeć twarzą do ziemi i mieć na głowie jeszcze hełm. Czemu nie wstanę? Bo tuż przy mojej twarzy znajduje się siekiera.

– Słuchaj, ja naprawdę nie chcę nic zrobić twojej smoczycy. Nie krzywdzę smoków. – Próbuję się podnieść, momentalnie krzyczy:

– Nie ruszaj się! – Niepokoi mnie ten ton, ale nie ulegam. Topór unosi się i już po chwili, gdy podnoszę wzrok ponownie ląduję na trawie. Ostrze znajduje się niebezpiecznie blisko mojej szyi. Nie zabije mnie, prawda? – Kazałam ci się nie ruszać!

Koniec tej zabawy. Nie ma mowy, żebym tkwił na tej pachnącej trawie cały dzień i być może miał ginąć z siekiery kogoś, kogo nawet nie znam.
Z całych sił podnoszę biodra w górę i przewracam na ziemię przeciwnika. Siekiera odlatuje na bok. Leży pode mną i nie ma możliwości wydostania się. Wściekam się, bo serio niesłusznie oberwałem. Nic nie zrobiłem smoczycy. Nawet nie zdążyłem jej tknąć.

Oczy omal nie wyskakują mi z orbit, kiedy zdaję sobie sprawę kto pode mną leży. Gapię się z szokiem na twarz pode mną.

Dziewczyna? Serio dziewczyna mnie napadła? Bez żartów!

– Jesteś dziewczyną – Mój głos przebija się przez maskę. Szarie się. Rany przygniatam ją!

– Zejdź ze mnie!

Gwałtownie się odsuwam stając na nogach. Ona siada i łapie powietrze patrząc na mnie. Ściągam hełm. Jej brwi się unoszą wyżej jakby w zdziwieniu. Nie mogłem się ruszyć. Nie mrugałem.

Śmiertnik znalazł się przy dziewczynie.

– Wichura nic mi nie jest. Spokojnie – Głaskała nos smoczycy. Zaskrzeczała zadowolona z dotyku swojej pani. Bo była nią, prawda?

Spojrzałem na Szczerbatka. On na mnie i wzruszyłem ramionami kompletnie skołowany. Nie wiedziałem czy się odezwać do nieznajomej, czy lepiej trzymać buzię na kłódkę.

– Mam na imię Czkawka, a to Szczerbatek – Przedstawiam siebie i przyjaciela. Wciąż głaszcze smoka, ale wzrok kieruje na mnie. Dziwi się, a potem śmieje pod nosem.

– Dziwaczne imiona – Uśmiecham się.

– Przywykłem. A ty? Jak masz na imię?

Wstaje. Otrzepuje spódnicę z trawy i podnosi topór.

– Astrid. – Piękne imię. – Nie szczerz się tak. – Zamrugałem. Szczerzę się? Zerkam na Szczerbatka. Śmieje się gardłowo. Dzięki łobuzie za wsparcie. – Nie wiem skąd jesteście i co tu robicie, ale nie powinno was tu być. To moje tereny.

Aha? Nie wiem jak zareagować. Moja dłoń odruchowo drapie kark.

– Wiesz, tak jakby nie do końca. – Przenosi na mnie oczy. Głęboki błękit lodowatego oceanu. Chyba chce mnie uderzyć. Zaczynam się tłumaczyć: – No bo widzisz, ta wyspa… Znajduje się naprawdę niewielki kawałek od mojej rodzinnej wyspy i… To również moje tereny.

Wybałuszyła oczy. Piękne niebieskie oczy. Jakież one były niesamowicie głębokie.

Co?! Czkawka ogarnij się! Piękne? Co ci odbiło? Ona cała jest piękna.

– Chyba żartujesz. – Kręcę głową. Wzdycha. – Pierwsza znalazłam tą wyspę. Przylatuję na nią od tygodni.

Wygląda na zdenerwowaną. Szczerbatek pomrukuje. Wymija mnie i drepcze do Wichury. Tak miała na imię ta smoczyca? Tak przynajmniej usłyszałem.

– Od tygodni? Czyli co? Uciekasz skądś i się tutaj zatrzymujesz?

– Zdarza się. A ty? Czemu demolujesz mi wyspę? U siebie wszystkie posłałeś na dno oceanu? – Zaśmiałem się, co dziwne ona także.

– Nie jestem miłośnikiem demolki. To działka Mieczyka i Szpadki.

Podszedłem do Astrid. W dłoniach trzymała butelkę z wodą i bawiła się koreczkiem.

– Przepraszam, że się na ciebie rzuciłem, ale to było w obronie.

– Słabo trochę. Widać, że za dużo nie ćwiczysz. Powaliłam cię dwa razy na ziemię.

– Ale ostatecznie to ty nie mogłaś się spode mnie wydostać.

– Niech ci będzie. Jeden do jednego.

Wciąż się uśmiechałem.

– Marny z ciebie jeździec. Rozbiłeś się z własnym smokiem.

Zaśmiałem się spoglądając na Szczerbola. Bawił się z nową smoczą koleżanką.

– Sam leciałem.

– Sam? – Skinąłem głową.

– Skonstruowałem sobie strój do latania. O tutaj – pokazałem nogawki. – są schowane skrzydła. Po prostu podczas lotu wyskakuję z siodła i w odpowiednim momencie rozkładam je i lecę.

Jest pod wrażeniem.

– Ciekawe – Odwraca się i idzie do Wichury. Chowa butelkę do torby, a ja stoję jak ten słup soli i gapię się na jej poczynania. Jest przepiękna.

Otrząśnij się! Przepiękna?! Nawet jej za dobrze nie znam!

– Jesteś jeźdźczynią – Bardziej stwierdzam i siadam na trawie. Szczerbatek spogląda na mnie wielkimi oczami, później na Astrid i siada.

– Skąd ten pomysł?

Zębacz odbiega. Łapie za kłodę. Szczerbek biegnie za nią zachęcony do zabawy.

– Nie trudno się domyślić, kiedy twój smok ma założone siodło. – Z uśmiechem kręci głową i siada pod drzewem. Palce zaciska na trzonie topora który położyła sobie na kolanach. – Od kiedy latasz?

– A co to jakieś przesłuchanie?! – Zamarzam i nie jestem w stanie wciągnąć powietrza. Jestem zbyt ciekawski. Ten mój niewyparzony jęzor. – Od dwóch lat. – Odpowiada na moje pytanie z westchnięciem. – Łowcy złapali ją w sieci i zostawili. Leżała na plaży wygłodniała i wycieńczona. Myślałam, że nie da rady. Musiałam jej pomóc.

Kiwnąłem głową na znak, że rozumiem. Chociaż, nie rozumiałem jak można tak znęcać się nad smokami. Zachowanie łowców jest nieludzkie. Wiedziałem o tym aż za dobrze.

– Zestrzeliłem Szczerbatka pięć lat temu. – Podniosła na mnie wzrok. Nie spodobało jej się co powiedziałem. – Jeszcze jakiś czas temu mieliśmy wojnę ze smokami i… zestrzeliłem go. Później jakoś się poznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy. Dlatego jak już pewnie zauważyłaś on ma sztuczną lotkę, a ja nogę.

– Co, odgryzł ci ją w rewanżu?

Zaśmiałem się.

– Nie. Tak się składa, że spłonęła podczas walki z Czerwoną Śmiercią. – Rozchyliła usta. Zaskoczyłem ją.

– Mówisz o tym wielkim monstrum która zamieszkiwała wulkan na wyspie Smoków?

Teraz to ja byłem zaskoczony.

– Byłaś na tamtej wyspie?

– Raz jak latałam z Wichurą. Złapała nas burza i musiałyśmy się zatrzymać na jakiejś i przeczekać. Trochę pozwiedzałyśmy. Okropne miejsce. Pusto tam i mroczno.

Wyobrażałem sobie jak musi wyglądać tamtejsze miejsce. Od wojny z ogromnym smokiem minęło pięć lat i od tamtej pory nikt z Berk się tam nie zapuszczał. Wspomnienia były nieprzyjemne i smutne. Dlatego nie chcieliśmy wracać do przeszłości.

– Pokonałeś tego smoka sam?

– Ze Szczerbatkiem. Gdyby nie on już bym nie żył. Zawsze mnie ratuje. Prawda mordko?! – Szczerbek się odwraca i pomrukuje w moją stronę. Podchodzi do mnie, abym mógł go pogłaskać po głowie. – No jasne, że tak.

Siedziała w ciszy. Widziałem jej lekki uśmiech. Też się uśmiechałem.

Aż w pewnym momencie wstała. Zawołała Wichurę do siebie i schowała topór. Obserwowałem co robi i wreszcie do mnie dotarło.

– Już lecisz? – Podszedłem bliżej dziewczyny.

– Jak widać – Stałem i czekałem.

– Dokąd? – Znów spytałem. Wzdycha i się do mnie odwraca. Stałem za blisko. Cofnęła się.

– Do domu, więzienia. Zależy jak kto nazywa miejsce z którego musi się potajemnie wymykać.

Dostrzegłem w jej oczach niechęć i smutek, gdy wspominała dokąd leci. Odwróciła się i wskoczyła na grzbiet smoczycy. Usadowiła się wygodnie w siodle, a mną coś ruszyło do przodu. Położyłem dłoń na siodle. Spojrzała na mnie niebieskimi tęczówkami.

– Chcę się jeszcze z tobą zobaczyć. – Zaskoczenie przemknęło jej przez twarz. Sam byłem zdziwiony swoim zachowaniem, a tym bardziej prośbą. Ale uśmiechnęła się pięknie.

– Miło było cię poznać – Zabrałem rękę. Błysk w jej oczach sprawił, że serce zabiło mi mocniej.

Potem Wichura odbiła się od ziemi i poszybowały w niebo. Nie mogłem oderwać wzroku, póki nie zniknęły z mojego pola widzenia. Po tym spotkaniu byłem pewien jednego. Chcę znów ją zobaczyć. Niebieskooką, jasnowłosą, piękną, waleczną dziewczynę o imieniu Astrid. Chcę ją poznać.

***

Na Berk dotarłem wieczorem. Gwiazdy już świeciły na ciemnym niebie w towarzystwie księżyca. Jestem przekonany, że się spóźniłem i ojciec jest nieźle wkurzony. Co zrobię? Przecież nie ucieknę i nie schowam się. Muszę tam wejść.

Otwieram wielkie drzwi i wchodzę razem ze Szczerbatkiem do twierdzy. Jest pełno ludzi, jest gorąco, czuć zapach miodu i słychać głośną muzykę. Impreza. Tylko z jakiej to okazji? A no tak, przybył Albrecht.
Rozglądam się za ojcem, ale nic z tego. Za to widzę jeźdźców. Siedzą przy stoliku i rozmawiają. Śmieją się i dobrze się bawią, przy piciu alkoholu.

– Czkawka! – Krzyczy Sączysmark. Staję obok grupy i opieram o stół. – Czemu tak późno?

– Szczerbatek musiał trochę poszaleć. – Mordka trąca mnie w bok. – Dobra. Ja musiałem. – Dumnie się uśmiecha, a ja śmieję w duchu. Zerkam na otoczenie. Wszyscy świetnie się bawią.

– Odkryłeś jakieś nowe wyspy, albo smoki? – pyta Śledzik. Wzruszam ramieniem. Nie jestem pewien, cz powinienem mówić o tym gdzie, kogo znalazłem.

– Wiesz, zatrzymaliśmy się na chwilę, żeby odpocząć, ale nie zaznaczyłem wyspy na mapie. W sumie, była mała i…

– Czkawka!

Nie dadzą mi dokończyć zdania. Kto to taki? Och, to tata. Macha do mnie z drugiego końca sali. Świetnie.

– Pogadamy później – rzucam do przyjaciół i odchodzę w kierunku ojca.

Nie wiem co jest takiego pilnego w tym, żebym spotkał się z Albrechtem. Nie chciał mi powiedzieć jaki jest cel jego wizyty i trochę jestem ciekaw. Zatrzymuję się przed tatą i naszym sojusznikiem. Popijają z kufla słodki miód i śmieją.

– Witaj, Czkawka! Jak wydoroślałeś i zmężniałeś. Przystojniak z ciebie, nie ma co. Pewnie dziewczęta umawiają się w kolejce do ciebie.

Totalnie nie wiedziałem jak zareagować na powitanie i dalszą wypowiedź wodza Łupieżców.

– Yyy, dzięki? – Moja mina wyglądała na przerażoną, a jednocześnie zniesmaczoną. Chyba. Nie miałem w pobliżu lustra. – Dobrze cię widzieć. Co cię sprowadza na Berk?

Zaśmiał się z moim tatkiem w głos, jakbym opowiedział najśmieszniejszy dowcip na archipelagu.

– Co mnie sprowadza? Haha, słyszałeś Stoick? On nie wie!

– Bo mu nie powiedziałem.

Śmieją się w najlepsze, a ja czuję się głupio. Bardzo, bardzo głupio.

– Dlaczego?

– Bo by nie przyszedł.

No skończcie się śmiać! Ludzie ile można? Co jest takiego śmiesznego?

– Jesteś okropny. Chodź młodzieńcze, zaraz cię komuś przedstawię.

Objął mnie silnym twardym ramieniem jak stal i poprowadził powoli przez tłum. Obserwowałem ludzi wokół i Albrechta. Nawijał i nawijał, a ja musiałem nadążać, żeby zrozumieć na jaki temat.

– Słyszałem, że nie masz narzeczonej. – O rany. Kolejna osoba się czepia.

– No i?

– Czkawka, Czkawka, Czkawka… Mężczyzna w twoim wieku już powinien mieć wybrankę.

– Mam dwadzieścia lat. Nie śpieszy mi się.

Znów się zaśmiał. Nie powiedziałem nic śmiesznego. Z czego się śmiał?

– Rozumiem, że masz wolną duszę i nie chcesz się ustatkować, ale… Stoick ma już swoje lata. Za chwilę musisz przejąć władzę na Berk. Powinieneś mieć już kobietę z którą przejdziesz przez życie, która da ci dziedzica…

Chwila! Stop! Wolnego!

– Moment, moment! – Stanąłem w miejscu. Nie wykonam ani kroku dalej. – O czym mówisz?

Uśmiecha się. Odwraca wzrok na parkiet, podążam za nim. Wciąż jestem wściekły jak osa. Wskazuje mi dziewczynę. Ma ciemne długie włosy. Wiruje w tańcu w rytm skocznej piosenki uderzając co jakiś czas w tamburyn. Ma na sobie spódnicę do pół łydki i bluzkę z długim rękawem. Gruby pas jest owinięty wokół jej tali. Widać, że świetnie się bawi. Szkoda, że ja nie.

– Ma na imię Valeria. Jest córką wodza Dorel. Odległa wyspa. Jest tam nieco cieplej niż u nas.

Nic mi nie mówiła wyspa Dorel. Nic mi nie mówiło imię Valeria. Nic a nic mnie to nie obchodziło. W głowie świeciła mi się tylko lampka ostrzegawcza. Wiedziałem, że nie chcę wiedzieć co jest grane. Chcę stąd wyjść. Natychmiast.

– Ivan zmarł kilka miesięcy temu. Jego najstarszy syn przejął władzę na wyspie, ale córka… Nie mogła się pogodzić ze stratą ojca. Nie umiała się odnaleźć na Dorel, dlatego brat wysłał ją do mnie. Polepszyło jej się po kilku tygodniach. Jest lepiej. Wreszcie się uśmiecha.

Patrzyłem na nią, ale nie umiałem się uśmiechać. Nie to, że jest brzydka. Jest na serio ładna i w ogóle wygląda na wesołą i fajną dziewczynę, ale… Nie. Nie i basta.

Piosenka się kończy. Wszyscy klaszczą, kłaniają się i śmieją. Ona z szerokim bananem na ustach idzie w naszą stronę.

– Valerio, naprawdę świetnie tańczysz. – chwali ją Albrecht. Wymuszam uśmiech. – Chcę, żebyś kogoś poznała. Oto Czkawka Haddock. Czkawka oto Valeria.

– Witaj na Berk. – powiedziałem najmilej jak umiałem. Nic do niej nie miałem, ale byłem wkurzony na Albrechta i na ojca.

– Witaj. Wspaniała wyspa.

Ładny ma uśmiech, ale widziałem ładniejszy. Na samą myśl buduje się we mnie uśmiech, który oni mogą zobaczyć.

– Świetnie tańczysz. Masz do tego talent.

Szukam wzrokiem taty. Nie widzę go. Aż nagle czyjaś dłoń spoczywa na moim ramieniu. Patrzę w górę i jest. Jest mój ojczulek, który szczerzy się zachwycony swoim pomysłem.

– Jak zabawa?

Okropna.

– Wspaniała. Dawno nie czułam takiej energii.

Śmieją się. Uśmiecham się sztucznie, a potem łapię ojca za ramię i ciągnę na bok.

– Możemy zamienić słówko?

– Pewnie synek, o co chodzi?

Stanęliśmy dobry kawałek od Albrechta i Valeri. Miałem ochotę nawrzeszczeć na ojca. Mogłem się domyślić co szykuje. Mogłem nie przychodzić.

– Wspaniała jest ta dziewczyna, prawda? – Trzymaj mnie Thorze. Poważnie?

– Nawet za dobrze jej nie znamy. – przyznałem po cichu spoglądając w to samo miejsce gdzie on. Brunetka śmiała się i rozmawiała o czymś z jakimś wikingiem.

– Ty już się tym nie martw. Będziecie mieli mnóstwo czasu, żeby się poznać. Albrecht wraca do siebie jutro rano, a Valeria zostanie u nas na jakiś czas.

Nie chce mi się wierzyć. Nie! Błagam niech nie chodzi o to, o co chodzi.

– Po co?

Byłem w totalnym szoku. Tak wielkim, że ledwo co mówiłem. Westchnął i pokręciwszy głową spojrzał poważnie na mnie.

– A po to mój synu, żebyś w końcu się z kimś związał.

– Związał? – Oczy miałem jak monety.

– Tak. Masz dwadzieścia lat. Rozejrzyj się. Każdy ma już kogoś, a ty? Synek, ja nie będę żył wiecznie. Za niedługo obejmiesz władzę na wyspie. Musisz mieć narzeczoną.

Oblał mnie zimny pot. Czułem jak rośnie we mnie złość i chęć rozwalenia czegoś. On mówi poważnie. Na serio nie żartuje. Nie cofnąłem się. Zacisnąłem dłonie w pięści i powstrzymałem się żeby nie krzyczeć.

– Oszalałeś? Obmyślasz spisek jak mnie zeswatać z obcą dziewczyną…

– Nie nazywaj tego spiskiem.

– Ale to jest spisek. Za moimi plecami planujesz mi małżeństwo. To nie w porządku. Co ty sobie myślałeś?

Zdenerwował się. Ja też byłem zły. Był nie fair. Co on wymyślił?!

– Myślałem, że jesteś rozsądny i pomyślisz o przyszłości.

Ja za chwilę zwariuję.

– Po to mnie tu ściągnąłeś. Mogłem się domyślić czym jest to ważne spotkanie.

Odwróciłem się. Muszę stąd wyjść zanim wybuchnę. Rzadko mi się to zdarzało, ale ojciec przechodził samego siebie.

– Czkawka stój! – Stanąłem w miejscu, ale się nie odwróciłem. Głos taty był ostry. – Ożenisz się z nią, czy ci się to podoba, czy nie.

Gwałtownie się do niego odwróciłem.

– Ty słyszysz co mówisz? Chcesz mnie zmusić do małżeństwa z kobietą której nie znam, a co ważniejsze nie kocham?

– Nie będziemy dłużej o tym rozmawiać. Już postanowiłem.

No chyba teraz nie odejdzie. To są żarty? O bogowie!

– Tato pozwól mi coś powiedzieć. Chyba mam prawo do decydowaniu z kim spędzę swoje życie…

– Miałeś mnóstwo czasu na znalezienie sobie drugiej połówki. Czas się skończył. Teraz ja decyduję.

– Ale!

– Nie ma żadnego „ale”. Skończyliśmy rozmowę.

– Ty naprawdę myślisz, że się zgodzę?

– Nie będę tego słuchać.

Zniknął w tłumie.

Też zniknąłem. Chciałem wyjść, ale ktoś mnie zaczepił. Bliźniaki. Świetnie jakbym nie miał własnych zmartwień.

– Robimy konkurs. Kto wypije więcej wina i miodu. Przyłączysz się?

Zerknąłem do stolika przy którym siedzieli Smark i Śledzik. Pochłaniali chyba potrawkę z jaka. Nie miałem apetytu.

– Nie. Nie mam ochoty. Pójdę się przejść. – Spojrzałem na rodzeństwo. – Ale wy zostańcie. Bawcie się i nie roznieście sali, zgoda?

– Wedle życzenia nasz przyszły wodzu.

Przewróciłem oczami.

– Błagam przestańcie to powtarzać.

– Kiedy ty jesteś…

– Po prostu… przestańcie.

Wyszedłem razem ze Szczerbatkiem. Nie wiem co zrobię. Na pewno teraz nie zasnę. Muszę pomyśleć.

Next

Astrid

Ojciec od zawsze był nadopiekuńczy. Gorzej niż mama, chociaż i ona pilnowała mnie jak oka w głowie. Od kiedy pamiętam zawsze miałam zapisany grafik. Kiedy wychodzę, kiedy wracam, co robię, z kim, dokąd idę, co mogę, co mam zabronione. Sollar jest dla mnie jak klatka, a ja mam być w niej zamknięta. Nigdzie mnie nie chcą wypuścić samej. Raz jak chciałam uciec z wyspy ojciec wysłał za mną ludzi. Śledzili mnie do momentu, aż zniknęłam im z widoku. Schowałam się w jaskini, którą jako dziecko traktowałam za kryjówkę. Później miałam szlaban. Zamknęli mnie w pokoju i nikt nie miał prawa do mnie przyjść, poza tatą. On przynosił mi posiłek, a łazienkę miałam własną, więc byłam w pokoju przez tydzień. Sama. Bez kontaktu ze światem zewnętrznym. Nie byłam kimś kto lubi siedzieć w zamkniętych czterech ścianach.

Zostawiłam Wichurę w boksie, który znajdował się pod moim oknem. Całkiem fajna lokalizacja. Mogłam obserwować co robi moja przyjaciółka. Nie miała smoczych przyjaciół na Sollar i to był kolejny powód, dlaczego wylatywałam z wyspy. Wichurka jest jedynym smokiem na wyspie. Zatrzymałam się przed głównym wejściem do domu. Czy się bałam, że rodzice się wściekną? Nie. Ale na pewno nie obejdzie się bez awantury.

Wzięłam głęboki wdech i chwyciwszy za klamkę wypuściłam powietrze. Dostanie mi się. Od razu po otwarciu drzwi uderzyło we mnie ciepłe powietrze. Ognisko paliło się na środku pokoju. Wokół niego stały dwie kanapy i jeden duży fotel okryty futrami. Zajmował go mój ojczulek. Ostrzył siekierę, ale zwróciłam jego uwagę, gdy weszłam do środka.

– Cześć – rzuciłam, następnie ściągnęłam kaptur i buty.

– Gdzie byłaś? – Spojrzałam na ojca. Wpatrywał się we mnie niebieskimi oczami. Był na mnie zły.

– Latałam z Wichurą.

Mam nadzieję, iż taka odpowiedź mu wystarczy. Ale nie.

– Pół dnia. Matka cię szukała, ja też. Miałaś mieć dzisiaj zajęcia z Briettą.

Zajęcia przygotowawcze do objęcia tronu Sollar. Do przyszłego zamążpójścia i inne takie tam.

– Brietta się rozchorowała. – odparłam sucho. Podeszłam do dzbanka z gotową herbatą i nalałam sobie do kubka. – Ale skąd możesz o tym wiedzieć.

Upiłam łyk, kiedy do pomieszczenia weszła mama z tacą na której znajdowały się świeżo upieczone bułeczki z makiem, lub sezamem. Niosła również mleko.

– Cześć, mamo – rzuciłam na co uśmiechnęła się do mnie.

– Cześć, córeczko – Postawiła tacę na szafeczce obok fotela. – Upiekłam kurczaka. Może przyniosę?

– Dziękuję, kochanie – Pocałował mamę w policzek, a ta się uśmiechnęła jeszcze szerzej.

Skierowała się z powrotem do kuchni. – A ty moja droga siadasz tutaj. – Wskazał mi miejsce na kanapie. Nie chce mi się z nim rozmawiać. – Myślisz, że obejdzie się bez rozmowy? Nie ma mowy. Siadaj w tej chwili.

Ciężko westchnęłam, ale wykonałam polecenie.

– Gdzie byłaś? – powtórzył pytanie. Powstrzymałam się od przewrócenia oczami.

– Już mówiłam. Latałam z Wichurą.

Pokręcił głową i oparł broń o fotel. Rozsiadł się w fotelu wciąż wbijając we mnie przeszywające spojrzenie.

– Mam zabrać ci tego smoka? – On żartował. Zabrać mi Wichurę? Oszalał?

Otworzyłam usta, żeby coś powiedzieć, ale on jeszcze nie skończył.

– Gdyby nie ten smok to siedziałabyś na wyspie. Bezpieczna.

Zaczyna się. Znowu.

– Jestem bezpieczna. Z Wichurą nic mi nie grozi. Poza tym jestem wojowniczką. Umiem się obronić w razie kłopotów.

– Och Astrid… – Wstał. Zaczął kręcić się po pokoju. – Ile razy mam powtarzać, że świat jest niebezpieczny. Wróg czai się dokoła.

Nie mogę tego słuchać. To przestaje być nudne, lecz denerwujące.

– To nieprawda. Gdyby świat był takim jak opowiadasz już dawno bym zauważyła. Nic nam nie grozi.

– Nie znasz ludzi moje dziecko. Oni są podli. Nie znają litości.

Próbuję się powstrzymać od krzyczenia, ale serio tracę cierpliwość.

– Skąd możesz wiedzieć? Nie wpuściliśmy na wyspę nikogo z zewnątrz. Izolujemy się od wszelkich wysp na archipelagu.

– Bo tak jest bezpiecznie.

– To nie jest życie. To więzienie.

Skrzyżowaliśmy spojrzenia. On był zły, a ja razy dwa.

– Sądziłem, że jesteś bardziej odpowiedzialna.

Słucham?! Ja jestem nieodpowiedzialna?!

– Sugerujesz coś? – Wstałam, żeby podejść.

– Od jutra koniec z lataniem.

– Nie zamkniesz mnie w czterech ścianach. Nie jestem już dzieckiem. Chcę być wolna i żyć. Nie ukrywać się jak Ty. Nie jestem tchórzem!

– Wystarczy!

Rozwścieczyłam go. I dobrze. Dobrze, że usłyszał co myślę.

– Jesteś moją córką i masz robić co ci każę. Jestem wodzem, nie masz prawa mi się sprzeciwiać. Marsz do swojego pokoju, ale już!

Pokazał mi palcem schody. Mam iść? Mam zrobić co każe? Dobra! W sumie nie mam ani ochoty, ani siły na dyskutowanie z nim. Nie przekonam go, doskonale o tym wiem.

Trzasnęłam za sobą drzwiami. Trzasnęłam tak mocno, że prawie wyleciały z zawiasów. Nienawidziłam kiedy chwytał się tytułu wodza. To była ostateczna broń, przed którą się hamowałam. Jakoś miałam wrodzony szacunek do władców. Nawet do ojca, który nie był fair.

Chwyciłam za poduszę i w nią krzyknęłam. Później zaczęłam nią wymachiwać waląc w biurko, łóżko, szafę i strącając każdą rzecz.

– Zachowuj się! Dyscyplina to podstawa! Trzymaj się blisko domu! Uważaj! Niebezpieczeństwo jest wszędzie! Aaaa!

Stoję walcząc z oddechem, a później siadam na łóżku i opadam całkiem, aż leżę. Zamykam oczy. Znowu to samo. Powinnam się przyzwyczaić, a jednak wciąż nie potrafię.

Rozdział 2

Kilka dni później

Czkawka

Szczerbatek uwielbiał służyć za urządzenie budzące człowieka. Normalnie lizał tak długo, aż nie wstałem i nie odpędziłem go, całkiem obudzony. I tak codziennie. Byliśmy nocnymi markami, dlatego pobudki o wczesnej porze były ciężkie.

– Zjemy coś i lecimy. – rzuciłem do smoka schodząc na dół. Oczywiście tata już wstał. Odgłosy z kuchni oznajmiały, że szykował śniadanie. – Cześć tato.

– Cześć – odparł krótko. Wziąłem miskę ryb i postawiłem przed mordką. Oblizał się zachwycony tym co dostał. – Późno wróciłeś do domu.

– Skąd możesz wiedzieć. Skoro nie interesuje cię moje zdanie, skoro ja cię nie obchodzę to nie powinno cię obchodzić, kiedy wracam do domu. – Spojrzał na mnie przez ramię. – Ale tak było zawsze. Przyzwyczaiłem się, że moje zdanie się nie liczy.

Zmarszczył brwi kiedy odpowiedziałem. Postawił na stole dwa talerze z nałożoną jajecznicą. Postawił dzban z mlekiem, oraz pokrojony wcześniej chleb. Usiedliśmy do stołu.

– Nie przeżywaj tego tak bardzo. – Miałem złapać widelec, ale mój wzrok zatrzymał się na ojcu. Nie patrzył na mnie. Wziął się za nalewanie mleka. – Chcesz?

– Nie, nie chcę. – Wbiłem wzrok w talerz. Wziąłem trochę jajecznicy na widelec i wpakowałem do ust. Tata umiał gotować, ale nie umiał innych rzeczy, typu rozumienia mnie, lub uszanowania moich decyzji. – Możesz mi powiedzieć co ci nie pasuje?

– Nie wiem, o co ci chodzi. – Spokojnie mi odpowiedział, ale skłamał. Wiedział o co mi chodzi i chciał odbiec od tematu.

– Wiesz.

– Czkawka – oparł sztućce o talerz i pochwycił kubek. – Nie chodzi o to, że coś mi nie pasuje. Chodzi o twoje życie. Twoją przyszłość. Przyszłość Berk.

– Naprawdę? – Popatrzył na mnie jakbym spytał o coś idiotycznego. – Więc, dlaczego próbujesz mi ustawić wszystko po swojemu?

– O Thorze trzymaj mnie. Wcale tego nie robię. – Przewraca oczami i wraca do posiłku.

– Robisz. Specjalnie zaprosiłeś Albrechta, żeby przywiózł ze sobą tą… Valerię. Łazi za mną odkąd przypłynęła na Berk. Wiesz jak mi głupio, gdy muszę ją spławić?

– To jej nie spławiaj, proste. Daj jej szansę. To dobra dziewczyna.

Prychnąłem. Opadały mi ręce.

– Nie wątpię. Zrozum tylko, że nic do niej nie czuję. Nie… nie potrafię na nią spojrzeć jak na… Astrid.

– Jak na…?

Tata wyrwał mnie z krótkiego zamyślenia.

– Jak na kogoś w kim jest się zakochanym.

– Ty nigdy nie byłeś zakochany. Daj sobie czas.

Nigdy nie byłem. Być może trochę się pozmieniało…

– To się nie zmieni. Nie ożenię się z nią.

– Nie stawiam cię jutro przed ołtarzem, ale za jakiś czas się pobierzecie. Nie wracajmy do tego. I zacznij jeść bo wszystko ci wystygnie.

Wstałem, chciałem odejść od stołu, ale ojciec krzyknął moje imię.

– Czkawka!

– Daj mi spokój!

– Wracaj tu w tej chwili!

– Nie! Nie poślubię kogoś dla sprawy. Berk nie chce, żebym wiązał się z kimś z powodu przejęcia władzy, albo czegoś podobnego. Ożenię się, ale z miłości. Dotarło?

Tata wstał uderzając pięścią w stół. Nasze spojrzenia ze sobą walczyły.

– Radzę ci zamknąć usta mój drogi.

– Ciekawe co by mama powiedziała.

– Dosyć! – I złamałem pałeczkę cierpliwości. Temat mamy zawsze był tamu. Przesadziłem. – Nie wtrącaj w to matki. Nie ma jej tu z nami! Postąpiła by tak samo jak ja.

– Nie wiesz tego!

– Cisza! – Odsunąłem się. Tata wyglądał przerażająco. Wyglądał jakby miał mnie wziąć za fraki i przywiązać do ściany, ale tylko opierał się o stół i wbijał we mnie oczy. – Zrobisz jak postanowiłem.

– Szczerbatek, idziemy – powiedziałem odchodząc do drzwi. Mordka mruknął cicho, ale ruszył za mną. Zniknęliśmy na zewnątrz.

Astrid

Wielka sala jest dla wszystkich. Mieszkańcy spożywają tu posiłki jeśli nie we własnych domach. Urządzamy tu przyjęcia, prowadzimy narady, rzadko zawieramy traktaty, ponieważ tata nie chce nikogo wpuszczać na wyspę. To on i kilku wojowników wyruszało i żadna kobieta nie mogła z nimi. Oczywiście na Sollar są wojowniczki, ale nie wskazane jest by wyruszały na bitwy, albo opuszczały wyspę.

W twierdzy również mam zajęcia z Briettą. Próby przemowy dotyczących różnych spraw, wypowiadanie się, zachowanie, postawa. Wszystko. Ojciec załatwił nam wolną twierdzę od piętnastej do siedemnastej, abyśmy nie miały gapiów. Nie lubię widowni, choć nie posiadam z nią problemu.

– Powtarzaj za mną. << Czy uroczyście przysięgasz, że zeznanie, które złożysz przed sądem, będzie prawdą, całą prawdą i niczym poza prawdą >>.

– Czy uroczyście przysięgasz…

– Wstań – Sięga po chusteczkę i wydmuchuje nos. – Wiem, że masz dość, ale musimy to skończyć.

Brietta jest tylko pięć lat ode mnie starsza. Jest dla mnie jak starsza siostra, której nigdy nie miałam. Zawsze mi pomaga i wspiera. mogłam jej powierzyć w sekrecie to czego nikomu bym nie powiedziała. No i jest skazana na bycie moją nauczycielką. Przybyła z odległej wyspy, której nazwy nigdy się nie dowiedziałam, a ona nie pamięta. Brietta ma długie włosy koloru miedzianego. Ciepłe oczy w kolorze syropu klonowego. Przyjazna i kochana. Gotowa nieść pomoc temu, kto tej pomocy potrzebował. Dzieciaki na wyspie ją uwielbiały, bo codziennie w twierdzy opowiadała im przeróżne historyjki o magicznych stworzeniach i przygodach, których ja z pewnością nie przeżyję, bo ojczulek uziemi mnie na wieki.

Stanęłam, wyprostowałam się, zrobiłam poważną minę i zebrałam resztki chęci, które przepadły na dobre.

– Czy uroczyście przysięgasz, że zeznanie, które złożysz przed sądem…

– Nie mamrocz pod nosem. Mów głośno, wyraźnie, zdecydowanie. Jesteśmy tu we dwie. Skoro ja cię nie słyszę, to jak tłum ma usłyszeć?

Westchnęłam. Naprawdę mi się nie chciało. Ja nigdy nie mam ochoty, ale dzisiaj to już w ogóle. A wszystko przez tatę.

– Czy uroczyście przysięgasz, że zeznanie… – No i zapomniałam. Świetnie. – Nie pamiętam. To nie ma sensu.

Usłyszałam pociągnięcie nosem, a następnie spojrzałam na Briettę. Wyglądała makabrycznie. Z pewnością ma gorączkę.

– Astrid, co się z tobą dzieje?

– Nie wiem, serio nie mam pojęcia. Może jestem zmęczona. Może mi się nie chce. A może, po prostu myślę o czymś innym i nie mogę się skupić.

Wydmuchała nos.

– Jestem za tym ostatnim. – No bo najciekawsze wytłumaczenie, co nie?

– A ja za tym, żebyś wróciła do domu i położyła się do łóżka. – Przekręciła głowę, a to ciepłe spojrzenie od razu we mnie uderzyło. Znam je. Myślała, że przesadzam. Dotknęłam jej czoła. – Jesteś rozpalona. Masz gorączkę, czyś ty do reszty zdurniała?! Wracamy do domu.

Chciałam iść do drzwi, ale złapała mnie za rękę i pociągnęła z powrotem do stołu.

– Nic mi nie będzie, to tylko katar. – Typowe. Nic mi nie będzie. – A jeśli chodzi o ciebie…

– O mnie?

Skinęła głową. Uśmiechnęła wbijając we mnie ciekawskie spojrzenie.

– Dostałaś szlaban.

Zacisnęłam usta i odwróciłam wzrok. Wichura spała zawinięta w kłębek koło drzwi. Też chciałam sobie uciąć drzemkę, w miejscu gdzie nikt by nie przeszkadzał.

– O co znowu poszło?

– O to co zwykle. – warknęłam. Nie patrzyłam na Briettę, ale czułam jej spojrzenie na sobie.

– Znów uciekłaś, prawda? – Nie odezwałam się i to dało jej odpowiedź. – Och Astrid…

– Wiem. Przecież wiem, tylko… – Westchnęłam. – Nie zrozumiesz.

Tym razem ona się nie odezwała. Czeka aż jej wytłumaczę. Wypuszczam powietrzę, po czym spoglądam na nią.

– Czuję się tutaj jak w więzieniu. Nic mi nie wolno. Ciągle tylko słyszę zakazy i nakazy. A gdy znikam z Wichurą, lecę pośród chmur i odkrywam coś nowego, wiem że decyzje ojca są bezpodstawne. Świat nie jest niebezpieczny, ani ludzie.

– Skąd możesz o tym wiedzieć? Nie znasz nikogo spoza Sollar.

– I tu się mylisz. – wyszeptałam, przez zaciśnięte zęby nie patrząc na dziewczynę.

Kilka sekund się nie odzywała, a później niemal krzyknęła na mnie z przerażeniem.

– Poznałaś kogoś?!

Obudziła Wichurę. Świetnie, wielkie dzięki.

– Powiedzmy – znów szepnęłam. Oczy szeroko otwarte, a szczęka prawie uderzyła w stół.

– Zwariowałaś?!

Nagle poczułam się mała. Tak jak kiedyś, gdy mama robiła mi kazanie za chowanie się po jaskiniach i zbliżanie samej do brzegu oceanu.

– Bogowie cię opuścili?

Wstałam przewracając oczami.

– Co zrobisz mi kazanie?

– Jeśli trzeba, a tak się składa, że się o nie prosisz.

Zamknęła podręcznik z hukiem.

– Byłam ostrożna. Nic się takiego nie stało. – powiedziałam.

– Kto to jest?

Zagryzłam wargę. Powiedzieć jej? Powiedzieć kogo spotkałam? Nie znałam go.

– Nie wiem – przyznałam zgodnie z prawdą. Nie kłamię. Serio nie wiem kim jest.

– Dziewczyna? – Kręcę głową. – Chłopak?!

– Nie krzycz – Zaśmiałam się. – Ma na imię Czkawka.

Wpatruje się jakby coś wyskoczyło mi na twarzy. A później podnosi w zdziwieniu brwi i mówi:

– Czkawka? Co to za dziwaczne imię?

Uśmiecham się.

– Jest oryginalne. A jego właściciel… – Pomyślałam o brązowych włosach rozwianych przez wiatr. O oczach zielonych jak las i uśmiechu, przez który…

– Nie uśmiechaj się w ten sposób – Zerknęłam na przyjaciółkę. Podeszła do mnie, złapała za ramiona i potrząsnęła dwa razy. – Słyszysz?

– Ale co ja takiego robię?

– Na myśl o nim jesteś rozanielona.

Zesztywniałam. W jej oczach było coś na rodzaj przerażenia i zaniepokojenia.

– Nie jestem, wcale o nim nie myślę.

Skrzyżowała ramiona. Nie uwierzyła mi. Naprawdę nie myślałam o Czkawce, teraz się tylko złożyło, że o nim wspomniałam. Nic więcej.

– I radzę ci nie myśleć. Widziałaś go tylko raz? – Przytaknęłam, choć wiedziałam, że lepiej tego nie robić. – Najlepiej będzie jak o nim zapomnisz. Pomyślisz w ten sposób, że ci się przyśniło i nie ma szans na powtórkę. A ja zapomnę i nikt się o tym nie dowie.

Stałam jak sparaliżowana. Gapiłam się na nią bezczynnie i biłam z myślami.

Czy miała rację? Nie wiem. Czy dobrze zrobiłam, że jej powiedziałam? Nie wiem. Czy lepiej zrobić co radzi? Nie wiem.

A później spojrzałam na Wichurę. Stała przy mnie i przyglądała. Przechyliła głowę. Poczułam nagłą chęć wejścia na siodło i zniknięciu z twierdzy. Wylotu z wyspy i ucieczki tam, gdzie poznałam kogoś nowego. Kogoś kto był częścią zakazanego świata do którego miałam zakaz wstępu.

– Astrid, chyba nie zamierzasz zrobić tego co myślę.

Tak. Dokładnie to chcę zrobić i robię.

– Nie lecisz do niego. – Siedzę już w siodle i głaszczę Wichurę. Czuję, że i ona chce stąd znikać. – Astrid, błagam cię. A co jeśli coś ci się stanie?

– Nic się nie stanie. Chociaż ty mi zaufaj – poprosiłam.

Martwi się o mnie. Jestem wdzięczna, że mam taką przyjaciółkę jak ona, ale naprawdę niepotrzebnie się obawiała.

– Tobie ufam. Ale on… Nie znam go, tak jak ty.

Łapie mnie za rękę i ściska.

– Będę uważać. Obiecuję. Nie mów nic nikomu…

Czkawka

Zajęcia w Smoczej Akademii odbywały się co tydzień. Od poniedziałku do czwartku. Jeżeli się nie odbyły to oznaczało, że mnie i jeźdźcom coś wyskoczyło (typu misja, albo coś innego). Ostatecznie przekładaliśmy zajęcia na piątek, lub sobotę, ale rzadko się zdarzało. Lekcje są dla dzieciaków, które ciągnęło do nauki o smokach i latania. Grupa uczniów jest niewielka, bo liczy tylko dziesięć osób. Dla jednych jest to mało, dla drugich za dużo. Zupełnie inaczej jest gdy musisz ogarnąć gromadę urwisów z kimś, a co innego samemu.

– No i po co ja się zgłaszałem?

Szczerbatek zarechotał.

Nic nie było śmiesznego w tym co się działo przede mną. Nie wiem, gdzie mam patrzeć. Oni są wszędzie. Dziesiątka dzieci biega po całej akademii. Krzyczą, śmieją się i nie zwracają na mnie uwagi. Może nawet nie zauważyli, kiedy wszedłem. Stałem dobre pięć minut przy wejściu i miałem ochotę uciekać.

Jasne, że lubię wyzwania. Wprost uwielbiam, tylko… Zależy jakie są. A ogarnięcie takiej energicznej grupki nie było łatwe. Nie dla mnie. Może to głupie, ale Mieczyk i Szpadka są łatwiejsi.

– Ej! Słuchajcie… Czy mógłbym… – Uchyliłem się w bok, bo coś poleciało w moją stronę. Nie wiem co to było. Notes, książka, kulka papieru? Spojrzałem na mordkę błagając o pomoc.

Szczerbek ryknął zwracając całą uwagę dzieci. Cisza jak makiem zasiał. Dzięki ci Thorze.

– Dobra maluchy – Klasnąłem, następnie powoli do nich podchodząc. Ustawili się w ładnym rządku. – Cieszę się, że wreszcie mogę coś powiedzieć. Dzisiaj…

– Gdzie Śledzik?

Dziewczynka o brązowych włosach, związanych w dwa kucyki, nie dała mi skończyć. Nie mogłem się jednak nie uśmiechnąć, kiedy szeroko się uśmiechała i kiwała na boki.

– Śledzik? – Przystanąłem zastanawiając się gdzie jest mój przyjaciel. Nie widziałem go od rana. – Nie wiem. Nie widziałem go. Pewnie miał coś do załatwienia i…

– A kiedy wróci?

Tym razem odezwał się chłopiec. Stał w środku rzędu i patrzył na mnie z wyczekiwaniem.

– Nie wiem. Prawdopodobnie niedługo. A dzisiaj…

– To co dzisiaj będziemy robić? Śledzik miał nas zabrać do jaskini.

Jaskinia? Śledzik i wycieczka do jaskini z dziesiątką dzieci? Czy tylko mi wydaje się ten pomysł zwariowany?

Pokręciłem głową wracając do rzeczywistości. Dzieciaki rozgadały się na dobre. Toczą dyskusję tylko i wyłącznie o Śledziku. Wzdycham i wymieniam spojrzenia ze swym smokiem.

– Okej!

Klaszczę tak długo i krzyczę tak głośno, aż zapada ponownie cisza.

– Zrobimy tak. Do jaskini pójdziecie ze Śledzikiem jak wróci, a dzisiaj pogadamy trochę o gatunkach. Co wy na to?

Jęczą niezadowoleni.

Zaczynam się poważnie zastanawiać jakim cudem stworzyłem tą akademię z Jeźdźcami. Jakim cudem prowadziłem zajęcia, ćwiczenia mając piętnaście lat. A teraz gdy dobiłem dwudziestki nie radzę sobie. Faktycznie, ja miałem do ogarnięcia tylko czwórkę ludzi. A ci tutaj…

Odwracam się bo coś za mną wylądowało. Wym i Jot ryknęli na powitanie, a Szczerbatek aż podskoczył z radości na widok kumpli.

– Cześć!

– Cześć – odpowiadam z ciężkim westchnieniem. Muszę z powrotem się odwrócić, bo ktoś szturcha mnie w rękę. Blond włosy niemal zasłaniają mu oczy. Co prawda na głowie nosi hełm, ale za wiele nie pomaga w odsłonieniu twarzy. Podaje mi kartkę. – A to co?

Wzrusza ramionami i odchodzi do reszty dzieciaków.

– Niewiarygodne, Czkawka skazany na tortury. Co takiego zbroiłeś, że cię tu zesłano?

– Nie nazywaj tego torturami, bracie. Nazwijmy to przygotowaniem do życia w rodzinie.

– Co proszę? – Tylko tyle byłem wstanie wymówić, po tym co powiedziała Szpadka.

Bliźniaki wyskoczyły z siodeł. Jedno i drugie stanęło koło mnie.

– Masz szansę pobyć nianią. – Pokazała dłonią na dzieciaki. – Traktuj to jak swoje.

Nie umiałem mrugnąć. Gapiłem się na przyjaciół jakbym pierwszy raz widział na oczy. Co oni do mnie mówili?

– Musisz mieć podejście. Być miły, zdyscyplinowany, surowy ale i delikatny. Okaż im zainteresowanie. Zaczynam wątpić, że Szpadka to nie Szpadka.

– Wolałbym raczej…

– Woleć to ty sobie możesz. – Warknęła na mnie ostro. Wyminęła mnie szturchając i podeszła nieco bliżej grupy – W szeregu zbiórka raz!

Krzyknęła tak głośno, że aż wystraszyła Straszliwce. Dziesiątka ustawiła się w równej linii. Jestem pod wrażeniem.

– Baczność! – Aż ja się wyprostowałem. Szpadka z głosem wojskowej jest naprawdę dobra. – Jeśli myślicie, że chaos będzie tolerowany w Smoczej Akademii, to jesteście moi drodzy w wielkim błędzie. Akademia to duma Berk…

– A to nie przypadkiem ty jesteś dumą Berk?

Szturchnąłem Thorstona, gdy zadał mi pytanie. Szpadka skupiła na sobie uwagę dzieciaków. Jestem w szoku. Jeśli Mieczyk rozwali to co jego siostra ogarnęła w niecałą minutę, przysięgam, że samodzielnie zrzucę go z klifu.

– Szkoli się tutaj wojowników na jeźdźców. Świetnych jeźdźców. Umiejętności obmyślania strategi ataku, obrony, oraz planu działania bierze się z myślenia. Trzeba myśleć głową. Skupiać się. A wy jesteście chaotyczni.

– Przepraszamy, Szpadko! – rzuciły chórem.

Spojrzałem na Mieczyka, który z zachwytem wpatrywał się w siostrę.

– Przepraszajcie swojego przyszłego wodza!

Wzdrygnąłem się.

– Przepraszamy, Czkawka!

Kiwam głową lekkim uśmiechem.

– W porządku, nic nie szkodzi.

– No i co ty robisz? – Mieczyk Szarpie mnie i prowadzi do wyjścia.

– Ale co?

Słyszę jak Szpadka zaczyna kolejny monolog wychowawczy. Słyszę tylko ją, a to oznacza tylko jedno. Ma kontrolę nad sytuacją. Mieczyk zatrzymuje się przed zejściem do Smoczej Akademii.

– Ona ich karci za utrudnianie ci roboty, po czym ty odpowiadasz, że nic nie szkodzi? Nawrzeszczała na nich, a ty mówisz nic nie szkodzi?

– Mieczyk…

– Ani słowa więcej. Jeśli następnym razem zostanie ci na głowie dziesiątka nierozgarniętych przedszkolaków, licz się z tym, że nie przylecimy na pomoc.

– Ale ja doceniam…

– Możesz odejść. – Pomachał mi dłonią bym się oddalił, a sam skierował się z powrotem na dół. – Będziemy pogłębiać wiedzę naszych małych odkrywców! Kto chce się uczyć?!

Zostałem wyrzucony z Akademii. Szczerze to nawet się cieszę. I jestem wdzięczny Szpadce i Mieczykowi za zastępstwo. Na pewno lepiej sobie poradzą ode mnie. Byłem świadkiem świetnego działania, więc nie mam wątpliwości.

***

Lecąc ze Szczerbatkiem marzyłem tylko o tym, by uciekać. Tam gdzie będę daleko od obowiązków. Od ojca, a przede wszystkim jego rygoru. Do Ciszy. Świstu wiatru. Mknących chmur nad głową. Błękitnego nieba. Tutaj gdzie jest pięknie. Czuć harmonie, czyste zimne powietrze. Ale jakby w środku wydawało się odwrotnie. Szaleństwa ze Szczerbatkiem zawsze trochę pomagały oderwać się od myśli, ale nie tym razem.

Próbuję coś wymyślić. Naprawdę się staram, ale co mam zrobić. Uciekać? Nie poślubię Valeri. Nie chcę zostać wodzem w tym wieku. Tata musi być taki uparty? Dlaczego nikt nie może mnie zrozumieć!?

– Aaaa! – wrzasnąłem w pustą przestrzeń, waląc pięściami chmury, których nawet nie sięgałem.

Szczerbek mruknął. Wiedział co się dzieje. Jako jedyny czuł to co ja, wiedział jakie to niesprawiedliwe. Chciał mi pomóc, tyle że nie umiał, a ja nie mogłem mieć mu tego za złe.

– Może ty mi coś poradzisz, co mordko? Jakieś pomysły?

Ponownie mruknął. Nie zrozumiałem do końca o co mu chodziło, ale później przyspieszył lot. Musiałem podnieść się do siadu, by zorientować się gdzie ma zamiar mnie zabrać. Kolejne okrążenie, albo sztuczki?

Po pięciu minutach odpuściłem. Pytałem go gdzie mnie zabiera, gdzie zmierzamy, ale nawet nie reagował. Ignorował mnie i leciał przed siebie. Albo miał mnie dość, albo chciał zdenerwować, albo jeszcze coś innego. Zresztą było mi to obojętne. Aż do momentu kiedy na horyzoncie pojawił się zarys wyspy. Z początku nie kojarzyłem, ale gdy wyłoniła się spod mgły, wtedy do mnie dotarło. Uśmiechnąłem się głaszcząc Szczerbatka po głowie.

– Jesteś genialny – powiedziałem do niego. Zaryczał radośnie. Zaśmiałem się szczęśliwy.

Chwilę później wylądowaliśmy. Drzewo które połamaliśmy wciąż leżało, a skał nie było przez nasz wypadek. Wyszedłem z siodła, rozejrzałem i uznałem, że muszę się przejść. Coś mnie ciągnęło do przeszukania wyspy, nie była wielka więc nie zajmie mi to więcej niż piętnaście, czy dwadzieścia minut. Chciałem kogoś znaleźć. Naprawdę znów chciałem ją zobaczyć.

Rozdział 3

Czkawka

Nie znalazłem jej. Przeszukałem wyspę na piechotę, a nawet z lotu ptaka. Miałem nadzieję, że tu będzie. Że znów będę mieć okazję ją zobaczyć. Jednak szczęście postanowiło sobie wziąć urlop na czas nieokreślony. Dlaczego tak myślałem? Cóż miałem mnóstwo powodów by tak sądzić.

– Przecież mi się nie przewidziała. Ty też ją widziałeś. – rzuciłem do Szczerbatka. Nawet nie mruknął.

Leżeliśmy w cieniu pod drzewem. Opierałem się o ciepły brzuch smoka i spoglądałem w niebo. Może ją ujrzę, a może zacznę widzieć zwidy bo dostanę udaru. W międzyczasie obmyślałem plan działania. Co zrobić po powrocie do domu. Pogadać jeszcze raz z tatą? Poradzić się Śledzika, albo zgłosić o pomoc do Pyskacza? Z pewnością nie pójdę do Sączysmarka. Choć nie miałbym mu za złe, gdyby zdobył względy i serce Valeri. O bliźniakach nawet nie myślałem. Przez myśl przebiegła mi nawet ucieczka z Berk, ale od razu odwiodłem siebie, od tego zwariowanego pomysłu. Nie mogłem zostawić ojca, przyjaciół, domu.

Usłyszałem skrzeczenie, a później coś wylądowało na ziemi. Gwałtownie podniosłem się do siadu, a Szczerbatek obudził z popołudniowej drzemki.

Uśmiechnąłem się na widok jaki ujrzałem.

Kaptur opadł na plecy odsłaniając złote włosy. Uśmiechnęła się do mnie. Zeskoczyła z grzbietu Zębacza. Wstałem otrzepując spodnie i zrobiłem kilka kroków w jej kierunku. Ona ruszyła ku mnie. Wolno. Tak jakby każde z nas myślało, że rozmyje się w powietrzu.

– Cześć – przywitałem się.

– Cześć – odpowiedziała mi.

Spuściła głowę, a sekundę później znów mogłem poczuć zaszczyt błękitnego spojrzenia. Byłem bliżej nieba niż ktokolwiek.

– Co tu robisz?

– Mówiłem, że chcę cię znów zobaczyć.

– A ja mówiłam, że to moja wyspa.

Nie mogłem się nie zaśmiać.

– To wciąż moje tereny.

Uśmiechnęła się pięknie. Nasze spojrzenia na moment uciekły do naszych smoków, które postanowiły zagrać w berka.

– Znowu uciekłaś?

Spogląda w moje oczy i już znam odpowiedź na swoje pytanie. Skina głową na potwierdzenie.

– Może mały rewanż? – Uśmiecha się, a jasna brew unosi się w zapytaniu.

– Za to co ostatnio? Remis nie odpowiada?

– Wolę wynik ustalający wygranego.

Śmieję się. Po chwili zgadzam na propozycję.

– Niech będzie. Jeśli to ma cię usatysfakcjonować.

Nim zdążyłem coś dodać wyciągnęła siekierę. To był znak, że jest gotowa do pojedynku. Najwyraźniej lubi rywalizację.

Podążam za nią wzrokiem i wyjmuję swój ognisty miecz. Nazwałem go piekło, ponieważ płonie jak pochodnia.

Krążymy przed sobą, obserwujemy swoje ruchy. Jest skupiona. Mruży oczy, a następnie naskakuje na mnie z bronią. Gwałtownie unoszę miecz, krzyżujemy naszą broń. W oczach tańczą jej płonienie odwagi.

– Zawsze taka jesteś? – pytam, gdy wznosi nogę w górę mając na celu odepchnięcia mnie. Odskakuję w bok, więc mnie nie kopie.

– Co masz na myśli? – Uśmiecham się. Obracam miecz w dłoniach. Kieruję ogień ostrza na nią, lecz kuca powstrzymując mnie toporem.

– Gotowa osiągnąć to co chcesz, za wszelką cenę?

Odpycha mnie. Wykonuje kolejno ten sam ruch co ja wcześniej. Powstrzymuję ją mieczem. Lśniące ostrze jej siekiery zbliża się niebezpiecznie do mojego ramienia.

– To się nazywa determinacja.

Palce zaciska z całych sił na trzonie. Trzyma go jakby od tego zależało jej życie. Dzięki temu z łatwością mogę ją odrzucić. Prawie upada, ale zdecydowanie staje na dwóch nogach i prostuje.

– Przyłóż się, pokaż na co cię stać! – krzyczy i biegnie na mnie. Ze skoku kieruje na mnie broń. To będzie bolało…

W odpowiedniej chwili, uginam się w bok. Pisk ocierającego się metalu o siebie, stuk i łomot odbija się w uszach. Kopie mnie w udo, chcę uderzyć w jej stronę, ale chce mnie obejść. Zakręca. Schylam się, robię okrążenie na rękach i podcinam jej nogi własnymi.

– Ach! – Ląduje twardo na ziemi.

Jestem tuż przy niej. Wyciągam dłoń by pomóc jej wstać. Podnosi na mnie błękitne spojrzenie, a ja się uśmiecham. Wsuwa swą dłoń w moją i wstaje.

Trzymam chwilkę jej rękę. Patrzę w śliczne oczy z uznaniem, który kieruje również do mnie. Uśmiecha się niepewnie, ale w końcu puszcza mnie i robi krok do tyłu. Wiem, że za chwilę zaatakuje, więc się przygotowuję.

Miałem rację. Skrzyżowała topór z moim mieczem. Ogień piekła odbijał się w naszych oczach. Napieram na broń zupełnie jak ona.

– Dlaczego tu wróciłeś?

Chce odwrócić moją uwagę.

– Miałem powody, a ty…?

Nie mogę skończyć, bo odstępuje na bok, przerzuca siekierę do jednej ręki, a drugą łapie mnie za pas z klamrą i przerzuca przez ramię. Ląduję na twardej powierzchni.

Zmuszam się do otwarcia oczu, choć przez mocne uderzenie czuję ból z tyłu głowy. Leżę. Stoi nade mną, ostrze topora jest blisko mojej twarzy. Ostrożnie podnoszę rękę i powoli odsuwam na bok. Nie odwracam oczu od jej. Jej klatka piersiowa unosi się pod wpływem szybkiego oddychania.

Dziwnie się czułem. Nie przez to, że dziewczyna pokonała mnie w walce. To było coś innego, ale nie wiedziałem co.

– Wygrałam – odeszła krok do tyłu. Podnoszę się do siadu. Wypuszczam powietrze.

– Wygrałaś. Wyspa należy do ciebie.

Śmieje się. Pięknie brzmi kiedy się śmieje.

– Wreszcie to przyznałeś.

Wstaję. Otrzepuję się, chowam ostrze i przypinam piekło do spodni.

– Radzisz sobie lepiej niż ostatnim razem.

– Choć wciąż nie tak dobrze jak ty.

Uśmiech nie znika. Podchodzę do niej bliżej.

– Ćwiczę od dziecka. Mam to we krwi.

– Przekonałem się.

Bezwładnie moja dłoń się unosi. Sięgam jej grzywki i poprawiam, by odsłonić oko. Wpatruję się w niebieskie tęczówki i nie mogę się napatrzeć. Oddałbym wiele, gdybym mógł codziennie w nie patrzeć.

– Naprawdę, znów chciałem cię zobaczyć.

Patrzymy sobie w oczy. Kącik różowych ust się wzniósł.


Leżymy na trawie. Patrzymy w niebo, po którym suną białe chmury przybierające różne kształty. Szczerbek i Wichura drzemią pod drzewem. Nasze głowy znajdują się tylko kilka centymetrów od siebie. Gdybym się odwrócił tylko nasze oczy byłyby na równej linii.

– Masz jakieś marzenia?

Odwracam głowę, by na nią spojrzeć, ale oczy wpatrują się w niebo. Również spoglądam w górę.

– Chciałbym decydować o swoim życiu. Odnaleźć Szczerbatkowi rodzinę. Chyba tylko tyle.

Poruszyła głową. Zerknęła na mnie, a ja na nią. Potem z powrotem odwróciła wzrok.

– Szukaliśmy innych Nocnych Furii przez lata, ale nie znaleźliśmy ani jednej.

– To znaczy, że może być ostatnim ze swojego gatunku.

Wolałem wierzyć, że jednak nie.

– Gdzie bywałeś?

– Wszędzie i nigdzie – Zaśmiała się, ale kontynuowałem. – Zwiedziliśmy wiele wysp, poznaliśmy mnóstwo gatunków smoków, nowych ludzi. Mieliśmy naprawdę wiele przygód.

– Zazdroszczę ci – Spojrzałem w bok. Wpatrywała się pustym wzrokiem w niebo. Posmutniała. – Ja nigdy nie miałam okazji zobaczyć czegoś więcej. Muszę trzymać się blisko rodzinnej wyspy. W przeciwnym wypadku ojciec pozbyłby się Wichury. Nie zniosłabym rozstania z nią.

Zrobiło mi się jej żal. Smutek w głosie kiedy mówiła był doskonale słyszalny. Wolałem gdy się uśmiechała.

– Chcesz powiedzieć, że ojciec trzyma cię na uwięzi?

– Yhm – mruknęła w odpowiedzi. – To nie tak, że mi nie ufa. Chce mnie chronić i tyle. W pewnym sensie go rozumiem, w końcu to mój tata, ale… Czasami to uciążliwe.

– Wiem coś o tym.

Spojrzała na mnie. Nasze oczy się spotkały na chwilę, bo odwróciłem wzrok ku niebu.

– Mój najchętniej uziemiłby mnie na wyspie. Szczerbatkowi kazał założyć specjalną lotkę dzięki której może latać sam, a mi przydzielił zadania na miesiąc.

– To znaczy, że ci ufa i jego zdaniem jesteś odpowiedzialny.

Zaśmiałem się.

– No co?

Uśmiecha się.

– W przydziale obowiązków być może, ale jeśli chodzi o lot…

– Nie dziw się. Ostatnio zabiłbyś siebie i Szczerbatka.

Zaśmialiśmy się razem. Spojrzałem w oczy Astrid. Nie mogliśmy się przestać do siebie uśmiechać.

– A jakie ty masz marzenia? – Wróciłem do tematu początkującego rozmowę.

– Chciałabym być wolna. Poznać świat i…

– I?

Zawiesiła się. Zamknęła oczy, uśmiech zmalał, odwróciła głowę, ale nie spojrzała w niebo.

– I nic więcej.

Nie wierzę. Podnoszę się i opieram na łokciu. Spoglądam na jej twarz z wygodnej pozycji. Po chwili otwiera oczy, a na mój widok uśmiecha się słodko.

– Jakie masz ostatnie marzenie?

Chwila ciszy, aż mi odpowiada.

– Chciałabym, żeby tata zmienił podejście do życia i ludzi. Nikomu nie ufa spoza wyspy.

– Może ma powody, bo jak inaczej można to wytłumaczyć?

Wzrusza ramionami.

– Nie wiem. Nie chce powiedzieć. Wiele razy się pytałam dlaczego nie wolno nam opuszczać wyspy, ale… On nie chce powiedzieć. Coś czuję, że pod tym wszystkim, całym jego zachowaniem i zasadami, kryje się jakaś tajemnica. Tylko jeszcze nie wiem jaka.

Wzdycham cicho. Spoglądamy na nasze smoki.

– Uroczy obrazek, nie sądzisz? – Astrid unosi brew w rozbawieniu.

– Zdecydowanie – Śmieję się.

Astrid z powrotem się wygodnie kładzie. Otwiera oczy, odnajduje moje i czuję jak moje serce robi fikołek. Czuję, że mogę jej zaufać.

– Tata też nie mówi mi o wielu rzeczach.

– Na przykład?

Odwracam wzrok na trawę. Urywam źdźbło i miętolę w palcach. Astrid obserwuje i czeka skupiona na moją odpowiedź.

– Na przykład o mamie. – Nie lubiłem o tym mówić, ale jakoś teraz nie miałem z tym problemu. – Prawie wcale jej nie pamiętam. Zaledwie po tym jak się urodziłem na wyspę naleciało stado smoków. Z tego co tata opowiadał, porwał mamę i… I nigdy więcej nie wróciła.

Zasznurowałem usta. Nie spojrzałem na Astrid, ale czułem jej oczy na sobie. Jej współczucie mnie oblało.

– Przykro mi – ciepły cichy głos zaśpiewał mi w uszach.

Spojrzałem w niebieskie oczy. Błyszczały jak ocean w blasku słońca.

– Pytałem o mamę. Pytałem jaka była. Wiem tylko, że miała ciemne brązowe włosy. Szmaragdowe oczy i najpiękniejszy uśmiech na świecie – zdaniem taty. Pozostaje mi tylko w to wierzyć. Gdy spytałem, czy kiedyś wróci… nic nie powiedział. Później zaprzestałem pytań, bo już na żadne nie chciał odpowiadać.

Poczułem na policzku jej dłoń. Delikatną, taką czułą, że aż na karku włoski stanęły mi dęba. W oczach lśniła troska i smutek. I ten uśmiech od którego traciłem czucie w kończynach. Kciukiem głaszcze mój policzek. Czuję jak mój kącik ust się wznosi, ale nie panuję nad tym.

– Twój tata świetnie sobie poradził. – Nie wiedziałem co ma na myśli. – Samodzielnie wychował syna, który stał się mężczyzną wartego podziwu. Lata na smoku, co prawda rozbija się na skałach, ale… jest w porządku. A twoja mama, na pewno tam gdzie teraz jest wciąż was kocha.

Roztopiłem się w jednej chwili. Przytuliłem policzek do jej dłoni, a ona nachyliła się do mnie i złożyła na drugim całus tak delikatny jak muśniecie motyla, albo nawet kropelki wody. Odsunęła się tylko na kilka milimetrów. Patrząc w niebieskie oczy coraz bardziej tonąłem, i ani myślałem wynurzyć się na powierzchnię.

– Astrid…

Powędrowałem wzrokiem na jej usta. Minimalnie się rozchyliły. Przeleciałem wzrokiem całą twarz. I sam dotknąłem jej policzka. Ramiona jej się gwałtownie napięły. W głowie coś mi mówiło, żebym zabrał rękę, ale… nie zrobiłem tego.

– Jak byłam mała wujek Finn zginął. Walczył z Marazmorem. Zmroziło go i… i nie przeżył tej walki.

Przechyliłem głowę.

– Chyba całkiem sporo nas łączy.

Krzyżujemy nasze spojrzenia.

– Bo każde z nas straciło kogoś bliskiego?

– Też, ale obje chcemy być wolni. Decydować o swoim życiu i spełniać marzenia.

Uśmiechamy się do siebie.

– Coś w tym jest.

Next

Astrid

Pytanie dlaczego ponownie wyleciałam z Sollar, miało wiele odpowiedzi. Chciałam się wyrwać. Chciałam postawić na swoim i przeciwstawić się ojcu, bo nie miał racji. Nie miałam ochoty na naukę.

A jaki był prawdziwy powód mojej ucieczki?

Chciałam znów zobaczyć Czkawkę.

– Coś ci pokażę.

Podniósł się i wyjął notes spod napierśnika. Całkiem niezłą skrytka. Usiadłam podpierając się na dłoni.

Notatnik jest nie wielki. Ma twardą skórzaną okładkę. Ozdobiona jest znakiem smoczej klasy, której nie znam. Grzbiet zdobiony wzrokiem z nici sprawiał, że zeszyt był jeszcze ładniejszy. Czkawka dbał o detale.

Czekałam cierpliwie, aż pochwali się tym co jest wewnątrz dziennika. Otworzył go, a zaraz potem rozwijał papier. Kartki złączone ze sobą i kolejno otwierane, rozwijane zaczęły ukazywać mapę. Wielką mapę. Pochyliłam się, aby lepiej przyjrzeć.

– Jestem pod wrażeniem. – Jadę palcem po kartkach. – Sam ją zrobiłeś?

– Tak. Gdyby nie Szczerbatek i moje ucieczki, mapa byłaby pusta.

Uśmiechnęłam się. Przyglądam się każdemu rysunkowi z uwagą. Napracował się. Naprawdę zwiedził wiele miejsc na Archipelagu. To co ja widziałam to nawet nie jest połowa tego co on widział.

– Wspaniała.

Wzrokiem wędrowałam od jednego końca mapy po drugi, wzdłuż i wszerz, gdzie nie spojrzałam, była wyspa. Jedna większa, druga mniejsza. Każda zawierała jakieś znaki szczególe. Na przykład drzewa, skały, jeziora, smoki. Nawet drobiazgi zaznaczone na pustym miejscu, były zdobione morskimi falami, jakimś wirami, statkami, albo chmurami. Każda była podpisana.

– Smocza Wyspa – Dotknęłam palcem rysunku. Wulkan. – A tutaj… Lęgowisko?

Czkawka zmienił pozycję.

– W święto Snoggletoga, wszystkie smoki odlatują tam, aby złożyć jaja.

Trochę się zdziwiłam, ponieważ Wichura nigdy nie opuszczała Sollar.

Zjechałam palcem na wschód. Kolejna wyspa. Zmiennoskrzydłych. Trochę w bok i jest Wyspa Frigg. Lecę spojrzeniem na południe. Jest jakaś wyspa której nie widziałam i nazwy nie znam. A gdy mam nadzieję znaleźć swoją wyspę kartki na mapie nie ma.

– A gdzie jest twoja wyspa? – pytam spoglądając na niego.

– W centrum – Spojrzałam na mapę. Przyglądam się i wprost naprzeciw mnie jest rysunek wyspy. Odczytuję nazwę w myślach. – Wyspa Berk.

Berk... Czy kiedykolwiek w swoim życiu usłyszałam o tej wyspie? Nie mogę sobie przypomnieć.

– Na planie wydaje się mała, ale w rzeczywistości jest duża. Ma całkiem sporo zakamarków.

Wyobraziłam sobie jak on i jego smok zwiedzają jakąś jaskinię i odkrywają coś pod swoją rodzinną wyspą.

– Skoro tak jest, to czemu się gdzieś nie schowasz?

– Mamy ze Szczerbatkiem takie swoje tajne miejsce. Choć tajne, to niezbyt dobre określenie. – Podrapał się po szczęce. Delikatny zarost ledwo rzucał się w oczy. Ale dodawał mu męskości. – Zatoczka. Całkiem fajne miejsce na wyciszenie, albo wyżycie się.

– Wydawało mi się, że wolisz latanie.

Uśmiechnął się do mnie, a ja poczułam jak policzki mi płoną. Odwróciłam głową wlepiając spojrzenie w mapę.

– A ty? Gdzie jest twoja wyspa?

Wciągam powietrze i zamieram. Gapię się w jeden punkt na kartce i nie odzywam się. Myśl powiedz i myśl nie mów toczą walkę w mojej głowie. Wiem, że mi się przypatruje i widzi, że myślę.

– Może mieszkasz na jednej z którejś z tych co zaznaczyłem, ale na żadnej cię nie spotkałem. A przysiągłbym, że bym Cię zapamiętał.

Zapamiętałby mnie. Jejku jakie to słodkie i obiecujące. Uśmiecham się.

Myśl, że powinnam mu odpowiedzieć wygrywa. Czkawka powiedział mi gdzie jest jego wyspa i jak się nazywa. Skoro mi powiedział to znaczy, że mi ufa. A to jest wielka rzecz.

– Słyszałeś o Sollar?

– Pierwsze słyszę. To twoja wyspa?

Skinęłam głową.

– Jeśli miałabym wyznaczyć jej lokalizację to byłoby… to… o tutaj. – Pokazałam palcem na trawę, ponieważ już nie było kartki.

– Na południe od Berk. I niewielki kawałek od wyspy Zmiennoskrzydłych. Dlaczego nigdy wcześniej nie odkryłem twojej wyspy.

Wzruszyłam ramionami. Wiele mogło być przyczyn, a nawet mało. Sama nie wiem. Może ostrożność ojca była taka dobra, że wychwycił wyspę, która świetnie się kamufluje.

– Już mówiłam. Tata nie lubi gości. Jeśli ktoś obcy mu się napatoczy załatwia sprawę od razu i raczej, bronią nie rozmową. Może lepiej, że nigdy jej nie znalazłeś. Dla własnego dobra nie szukaj jej.

Czułam zielone oczy na sobie. Czułam ten czujny i ciekawy wzrok, ale nie spojrzałam na Czkawkę. Nie rozumiał mnie. W sumie trudno się nie dziwić.

– Tata jest maniakiem ostrożności. Sollar to niewielka wyspa, a ojciec zna wszystkich mieszkańców. Zakładając, że pojawiasz się na naszej wyspie i mój tatusiek cię zauważa, od razu lądujesz w więzieniu, albo giniesz. Nie zdążył byś się przedstawić.

Przełknął powietrze. Patrzył na mnie z lekkim strachem, ale i zmartwieniem.

– Mówisz serio.

– Całkiem serio. – potwierdzam i zaciskam usta w wąską linię.

– A gdybym chciał cię odwiedzić?

Zaśmiałam się. On żartował.

– Dobry żart. – Śmiałam się w najlepsze, póki nie zdałam sobie sprawy, że mówi poważnie. Nie żartował. – To był żart? – Ani drgnie. O rany! – Nie ma szans. Ale jeśli życie ci nie miłe to zapraszam.

Tym razem on się zaśmiał, a ja siedziałam oniemiała. Złożył mapę, schował po napierśnik i wstał. Otrzepał spodnie.

– Całe szczęście na Berk witamy gości z otwartymi ramionami.

Szczerbatek się przeciągnął ziewając. Odszedł zasapany od Wichury i podszedł do nas. Otarł się o Czkawkę i podszedł do mnie. Ciepłę łuski były tak miłe w dotyku.

– Lecisz?

– A ty? – Powinnam – Wstałam otrzepując spódniczkę. – Ojciec się wścieknie jak znów wrócę po zmroku.

– Spędziliśmy całkiem miłe popołudnie. Musimy to powtórzyć.

Zgadzam się z nim w zupełności.

– To świetnie. Jutro też tutaj?

Zdałam sobie sprawę, że wypowiedziałam moją myśl, że się z nim zgadzam, na głos.

– Zgoda.

– O tej samej porze?

Pokiwałam głową.

– Urządzimy sobie piknik.

Zaśmiałam się całkowicie szczerze. A kiedy schylił się i zerwał stokrotkę i mi ją podarował nie mogłam się ruszyć.

– To do zobaczenia Milady.

Odprowadzałam go wzrokiem razem ze stojącą przy mnie Wichurą. Leciał do domu na swojej Nocnej Furri. Zniknął mi z oczu po dobrej minucie, a ja już zaczęłam odliczać minuty do jutrzejszego spotkania.

Stokrotkę włożyłam we włosy. Modliłam się by mi nie uciekła z wiatrem, gdy będziemy leciały. Chciałam zabrać ją do domu, włożyć do maleńkiego flakoniku i mieć przy sobie. Była czymś cennym, bo dostałam ją od Czkawki.

Rozdział 4

Czkawka

Słońce zachodziło, kiedy Szczerbatek i ja wróciliśmy do domu. Niebo przybierało kolor brzoskwiń, malin i cytryny. Nie widać było ani jednej chmurki, a ciepłe powietrze zwiastowało przyjemną noc.

Kiedy Szczerbatek wylądował w centrum wioski, chciałem zejść z siodła i zatańczyć taniec szczęścia. Powstrzymałem się, ale uśmiech wielkości banana nie znikł. Obróciłem się na pięcie, by spojrzeć mordce w wielkie oczy. Przypatrywał mi się z tym swoim bezzębnym uśmiechem. Pałałem radością jak dziecko, które dostało szansę na zabawę ze Szczerbatkiem.

– Dzięki, że mnie tam zabrałeś. Nie wiem jak ci dziękować przyjacielu.

– Dziękować za co?

Zamarłem. Przestałem głaskać Szczerbatka i oboje spojrzeliśmy w miejsce, skąd dochodził głos. To był Sączysmark.

A już myślałem, że ten dzień skończy się tak pięknie.

– Lataliśmy.

– Codziennie latacie. Nie usiedzielibyście na Berk pół dnia.

O Thorze!

– Co jest Sączysmark? Co się takiego arcyważnego stało, że zaszczyciłeś mnie swoją obecnością?

Zaśmiał się chrapliwie, a później warknął wrednie.

– Zamknij się Haddock. – Spłynęło po mnie jak po kaczce. – Cały dzień cię nie było.

– Miałem coś do załatwienia. – rzuciłem i ruszyłem do kuźni. Sączysmark, oczywiście musiał dorównać mi kroku.

– Ty wiesz, że ja też, ale oczywiście musiałem wziąć twój patrol, bo zniknąłeś. Odbębniłem twój patrol, słyszysz?!

Zatrzymałem się. Głęboki wdech Czkawka. Uśmiech i się odwróć. No dalej. Dasz radę, nie zabijesz go. Położyłem mu dłoń na ramieniu, patrzył na mnie w zaskoczeniu. A ja powiedziałem do niego najpoważniejszym, najspokojniejszym tonem na jaki było mnie stać:

– Sączysmark, jestem ci wdzięczny. Naprawdę. Ale nie zrobiłeś czegoś nadzwyczajnego.

Odwróciłem się i wszedłem do kuźni. Fuknął oburzony i kontynuował skarżenie się.

– Pff! To, że twój ojciec sprowadził ci narzeczoną…

– To nie jest moja narzeczona…

– Nie przerywaj mi! – Chwyciłem za dwa miecze. Jeden zacząłem ostrzyć, a po skończeniu miałem w planach sprawdzenie co z wyrzutnią do owiec. Podczas ostatnich wyścigów coś w niej strzeliło i nie wyrzuciła owcy. Pewnie mała usterka, ale wyrzutnia to poważna sprawa. – To, że Stoick znalazł ci narzeczoną, to nie znaczy, że możesz sobie znikać z Berk, kiedy ci się podoba.

Uśmiechnąłem się, bo nie mogłem uwierzyć własnym uszom. Czy mi się zdawało, czy w głosie Smarka słyszałem złość przyprawioną troską?

– Ty się o mnie martwisz, Sączysark. To urocze.

– To nie jest śmieszne! Ja się o ciebie nie martwię. Chodzi mi o to, że przez to twoje znikanie, twoje obowiązki spadają na mnie. A wyobraź sobie, że ja mam swoje życie. Może miałem dzisiaj w planach…

Moja dłoń zastygła w ostrzeniu miecza i wzrok poleciał na przyjaciela. Stał z otwartą buzią i myślał jak skończyć zdanie, a ja wiedziałem, że niczego nie wymyśli, bo Smark to leń. Jeśli ma wolny czas, to pije, je i śpi. Pije. Je. Śpi. Istnieje też opcja podbijania do Szpadki, lub wygłupy z bliźniakami.

– Jakieś plany miałem. – Pokiwałem głową i wróciłem do pracy. – I co? I musiałem je przełożyć, bo ty poleciałeś sobie ze Szczerbatkiem na Kraniec świata.

– Tak właściwie to…

– Tak właściwie to co?! – Uderzył pięścią o blat. Nie kończ chłopie. Nie kończ. Zajmij się drugim mieczem. – Co?! Nic! – Przełknąłem powietrze. – O i Śledzik też przejął twój obowiązek na dzisiejsze popołudnie.

– Serio?

– Serio – powtórzył piskliwym głosem przedrzeźniając mnie. – Bliźniaki ogarnęły dzieciaki w Smoczej Akademii, a Śledź wziął Valerię pod ramię i wybrali się na wycieczkę po Berk. Stoick był wnerwiony do potęgi, ale chyba wiesz.

Niedobrze. Źle. Mam przerąbane! Złapałem się za skronie. Muszę się zastanowić.

– W sumie, czemu ty się tak wzbraniasz od bycia z nią?

Spojrzałem na bruneta. Co on do mnie mówił?

– Jest ładna. Śledzik wspomniał, że spoko się z nią gada i… i jest ładna.

Przyglądał się swoim paznokciom. Ja zaś stałem w miejscu i gapiłem się pragnąc czymś w niego rzucić. Sztyletem. Albo nawet mieczem, który dopiero co skończyłem. Z łatwością wbiłby się w skórę Smarka.

– Choć, gdyby spojrzeć z drugiej strony, rozumiem, że nie chcesz się żenić. Chcemy jeszcze pobyć wolni. – Pokiwał głową w zamyśleniu. Spojrzał na mnie i podszedł, by się ze mną zrównać. Co z tego, że byłem wyższy? – Masz jutro dwa patrole.

Kiwam głową, a on mruży oczy.

– A spróbuj się nie pojawić.

– Nie wiem czy dam radę – wzdycham i spuszczam wzrok. Mam nadzieję, że odpuści. Uderza pięścią w blat. Miecz spada na ziemię.

– Mam to w nosie. Nie tylko ty masz swoje sprawy. Wymień się z bliźniakami, albo Śledzikiem. Wątpię, żeby na to poszli.

Odwrócił się i odszedł.

Stałem jak kołek i zastanawiałem się czy to, że wziął mój patrol, był jedynym powodem złego humoru. Sączysmark zawsze był leniem. Zawsze był wybuchowy, uparty i wredny. Ale był też przyjacielem i pomagał. I jestem mu wdzięczny, że wziął za mnie sprawdzenie okolicy wyspy. Westchnąłem podniosłem miecz i odłożyłem na miejsce. Naprawdę nie chciałem psuć sobie wieczoru.

Spojrzałem na Szczerbatka i uśmiech sam się pojawił. Leżał koło kuźni. Zerknąłem na dom i radość na twarzy zmalała. Modliłem się w myślach, aby ojciec już spał, kiedy wrócimy.

Astrid

Z nadzieją, że nikt mnie nie zauważył wylądowałam przed chatą Brietty. Byłam pobudzona, cała chodziłam i szczerzyłam się jak mała dziewczynka, której ktoś pozwolił potrzymać niebezpieczną i ostrą broń. Ja się radowałam z kwiatka, którego usadowiłam we włosach.

Zapukałam do drzwi, a chwilę później otworzyła mi rudowłosa. Włosy upięła w luźnego koka. Zlustrowała mnie od stóp do głów i jej mina przybrała wyraz zdziwienia, co może też zdenerwowania.

– Wróciłaś – Uśmiechałam się jak głupia. Nie mogłam się powstrzymać. – I co ty się tak szczerzysz? Wchodź.

Odsunęła mnie bym mogła wejść do środka. Drzwi zamknęła i wyminęła mnie by podejść do części domu zagospodarowanego kuchnią.

– Spotkałaś się z nim – Postawiła przede mną mleko z miodem. Para unosiła się nad kubkiem, a zapach był słodki.

– Czekał na mnie – Usiadłyśmy do stołu. – Ćwiczyliśmy walkę, oczywiście wygrałam.

– Oczywiście.

Zaśmiałyśmy się.

– O czym rozmawialiście?

– Dowiedziałam się, że żyjemy podobnie. On i ja chcemy być wolni, ale niestety ojcowie nam to utrudniają. Jest całkiem dobry w walce, ale nie tak dobry jak ja. I ma ogromny talent do rysunku. Pokazał mi swoją mapę. Nie zmieściłaby się na tym stole.

– Nie ekscytuj się tak, bo zaraz wybuchniesz.

– Nie. Nie, bo ja… Brietto, bo ja wreszcie czuję, że jest ktoś kto mnie rozumie. Jest taki… nie umiem tego opisać. Za krótko go znam, ale kiedy z nim rozmawiam czuję, że mogę mu wszystko powiedzieć, o każdym sekrecie, co mnie dręczy i… zachowa to dla siebie.

Może faktycznie się ekscytowałam. Opowiadałam przyjaciółce o Czkawce z takim zapałem, jak o jakiejś fascynującej przygodzie życia. To prawda. Jednak spotkanie Czkawki jest dla mnie czymś wyjątkowym. Przynajmniej dla mnie. Dlaczego mam się tym nie cieszyć?

– Och dziewczyno, nie chcę wiedzieć co z tego wyniknie. – Upiła trochę mleka.

Zagryzłam wargę i spojrzałam do kubka, który chwyciłam dwoma rękami.

– Urządzamy sobie piknik – palnęłam, gdy kubek znajdował się przy jej ustach. Odstawiła go natychmiast na stół i niemal krzyknęła:

– Co?!

– Jutro.

– C-co?

Przystawiłam kubek do ust i spojrzałam na nią. Miała minę, która całkiem mnie bawiła, więc musiałam się ukryć.

– Piknik? – Pokiwałam głową. – Z nim? Czyś ty pozjadała wszystkie rozumy?

– Nie. A może. Nie wiem. Chcę się z nim spotkać. Znowu. Chciałabym mu coś pokazać.

– Nie mogę z tobą – Wściekła się. Wstała od stołu i zabrała kubek do zlewu. – Znikasz. Lecisz sobie nie wiadomo gdzie. Twój ojciec odchodzi od zmysłów. A ja nic mu nie mówię, bo cię kryję. A to nasz wódz. Twój ojciec. Wiesz jak ja się czuję!?

– Brietto…

Wstałam. Naprawdę nie chcę, żeby była na mnie zła, albo się martwiła. Jasne rozumiałam ją, ale… czy ona nie mogła się postawić na moim miejscu?

– Jeśli coś ci się przez tego chłopaka stanie, albo Sollar będzie w tarapatach, to będzie moja wina, bo nie powiedziałam nic Edgardowi. Spotka mnie kara, rozumiesz to?

Stojąc przy blacie nie odwróciła się do mnie. Wiem w jakiej sytuacji ją postawiłam. Poprosiłam by dochowała mojej tajemnicy. Obie wiemy, co będzie jak mój ojciec się dowie co robię.

– Wiem.

Dotknęłam jej ramienia. Spojrzała na mnie. Co miałam powiedzieć?

– Wiem, że to o co cię proszę jest bardzo… nie fair wobec wodza i ciebie. Zabrałam rękę i oparłam się plecami o blat. Unikałam jej spojrzenia. Miałam mętlik w głowie.

– To się źle skończy.

Wciągam powietrze i wypuszczam ustami.

– Dlaczego ryzykujesz dla Niego? Dlaczego on?

Nie wiem. Naprawdę. Może dlatego, że po raz pierwszy spotkałam kogoś, kto nie mieszka na Sollar. Kto ma smoka tak jak ja. Kto ma w sobie coś intrygującego, a nawet to coś co trudno zinterpretować. A może coś innego było powodem.

– Wiesz co przyniesiesz na ten wasz piknik?

Zabiła mnie tym pytaniem. Spojrzała na nią z szeroko otwartymi oczami. Nie mogłam uwierzyć.

– Co?

– No trochę głupio będzie jeżeli on przyniesie torbę żarcia, a ty będziesz z niczym.

Westchnęła. Wciąż nie wiedziałam o czym mówi. Albo inaczej. Wiedziałam, ale nie miałam bladego pojęcia czy mówi poważnie.

– Nie pochwalam tego co wyprawiasz, ale… – Złapała mnie za ręce ściskając. – Rozumiem, że chcesz być szczęśliwa. Prawda i tak kiedyś wyjdzie na jaw, a kiedy to się stanie ty i ja będziemy mieć problemy, więc… Póki co ciesz się. A ja zrobię co w mojej mocy, by cię kryć.

Chciałam skakać ze szczęścia. Nie dlatego, że zgodziła się nic nie mówić mojemu ojcu. Cieszyłam się, bo mnie wsparła. Miała całkowitą rację. Kiedyś pewnie wyda się co robię, ale na razie się tym nie przejmowałam.

– Dziękuję – Objęłam ją z całych sił uśmiechając się do siebie. – Jesteś najlepszą przyjaciółką jaką można sobie wymarzyć.

– Mam nadzieję.

– Jesteś.

Rozdział 5

Czkawka

Zrywanie się bladym świtem, żeby tylko nie natknąć się na ojca graniczyło z cudem. Tata mógł mnie złapać już przy drzwiach, więc musiałem być cicho jak myszka. O Szczerbatku nawet nie wspomniałem, bo oczekiwanie od niego poruszania się bez głośnie było nierealne.

Zacisnąłem powieki i zagryzłem dolną wargę, kiedy mój smok trącił beczkę niemal przewracając ją. Poraziłem go wzrokiem na co lekko się skrzywił. Dłonią pokazałem by był cicho i ruszył za mną do wyjścia.

Chwyciłem za klamkę. Już pełen ulgi, że prawie uwolniłem się z domu, otworzyłem drzwi i stanąłem w progu wciągając powietrze. Szczerbatek wyszedł oczywiście pierwszy, po czym zaczął skakać jak zając po trawie. Uśmiecham się. Spoglądam na wioskę przed sobą i… Zamieram.

Na schodach prowadzących do naszego domu, ktoś siedział. Wandale dopiero się budzili i wychodzili z domów. Kim była owa osoba siedząca na schodkach kawałek ode mnie? Ciekawość zaczęła toczyć walkę z marzeniem wzbicia się w niebo. Spojrzałem na Szczerbatka i z powrotem na człowieka. Żebym tego nie żałował.

– Dzień dobry – Przywitałem się miłym głosem.

Głowa się odwróciła, a ja ujrzałem twarz dziewczyny, której pragnąłem nie spotkać. Oczy Valeri podniosły się na mnie. Brązowe tęczówki lśniły w smutku. Zaciekawiło mnie dlaczego taka radosna dziewczyna jak ona, nagle wyglądała na nieszczęśliwą.

– Cz-cześć, Czkawka – Schowała włosy za uszy i uśmiechnęła.

– Co tu robisz?

Siadam obok niej, chociaż naprawdę nie mam ochoty na rozmowę z ciemnowłosą.

– Chciałam z tobą wczoraj porozmawiać, ale nie mogłam cię nigdzie znaleźć.

Może dlatego, że całe popołudnie spędziłem poza Berk.

– Coś się stało?

– Tak i nie. – Nie rozumiem. – Powinniśmy porozmawiać… O nas.

Wszystko mi zesztywniało, zimny dreszcz przepłynął po mnie strumieniem w sekundę, a później odwróciłem wzrok.

– Valerio słuchaj…

– Proszę, daj mi mówić.

Wzdycham, ale kiwam głową. To był błąd, siadanie i zaczynanie rozmowy z nią.

– Myślałam całą noc o tym co się między nami dzieje i… myślę, że powinniśmy to naprawić.

– Nie rozumiem.

Naprawdę. Między nami? Nic nie było między nami. Co mieliśmy naprawiać?

– Powinniśmy się poznać. Dowiedzieć się czegoś o sobie. Spędzać razem czas. To małżeństwo się nie uda, jeśli nie złapiemy kontaktu. Ciągle mnie unikasz. Od przyjęcia w twierdzy nie widziałam cię ani razu.

Nie mogłem się zaśmiać, chociaż w środku żałosny śmiech odbijał mi się od ścian żołądka. Valeria była poważna w tym co mówiła i widziałem, że jej zależy, ale ja… nie czułem tego. Nie czułem najdrobniejszej potrzeby, by się z nią zgodzić.

– Nie chcę tego małżeństwa. – Zamrugała, przyglądając mi się w niedowierzaniu. – Ten ślub, to wszystko jest pomysłem mojego ojca. Nie zgadzałem się na to.

– Jak to?

– Tata uważa, że powinienem mieć już narzeczoną. Chce zrobić ze mnie wodza. To dla mnie za szybko. Nie jestem gotów na takie życie. A ty… Ty nie powinnaś być w to wciągana.

Otworzyła usta, żeby coś powiedzieć, ale od razu je zamknęła.

– Lubię cię. Jesteś wspaniała, ale nie czuję czegoś więcej. Nie mogę poślubić kogoś, kogo nie kocham. Proszę, zrozum mnie.

Siedziała w milczeniu. Uznałem, że powinienem zrobić co ona, bo myślała. Bardzo głupio by wyglądało, gdybym wskoczył na Szczerbatka i tak o sobie odleciał.

– Chcesz mi powiedzieć, że nic nie wiedziałeś? – Pokręciłem głową. – Myślałam, że o wszystkim wiesz i się zgodziłeś.

– Tata marzy o synowej, ale z takim podejściem szybko się jej nie doczeka.

Wstałem. Podałem rękę dziewczynie, którą natychmiast uchwyciła. Stanęła przy mnie.

– Wybacz za to całe unikanie. Nie chciałem ci robić zbędnych nadziei, że coś między nami będzie.

– Nie dasz mi nawet szansy?

Patrzyłem w brązowe oczy i starałem się uspokoić. Nie byłem wściekły na nią. W ogóle nie byłem wściekły. Czułem po prostu, że cokolwiek nie powiem sprawię jej większą przykrość. Podniosłem dłoń, choć nie wiem w jakim celu. Zastygła w powietrzu, moje usta otarte gotowe na wypowiedzenie słów… Nie wydusiłem z siebie nic. Ani litery.

Opuściłem rękę wypuszczając przy tym powietrze.

– Masz kogoś? – Oczy prawie mi wyskoczyły, kiedy usłyszałem pytanie. Spojrzałem z powrotem jej w twarz. Uśmiechała się leniwie, a ja zdębiałem.

– Nie. Nie. Jasne, że nie. Chodzi o to, że…

– Poznałeś już kogoś. – Milczałem i słuchałem co mówiła. – Widzę to w twoich oczach.

Stałem jak wmurowany. Słowa Valeri odbijały mi się w głowie echem. Stanęła zbyt blisko. W jednej chwili straciłem oddech.

– Nic nikomu nie powiem.

Odwróciła się i z uśmiechem na ustach odmaszerowała.

Dopiero teraz wypuściłem tlen z płuc. Odprowadzałem ciemnowłosą wzrokiem. Włosy falowały na boki, kiedy szła przed siebie. Nie wiem co myśleć o tym co powiedziała. Skąd mogła wiedzieć, czy kogoś poznałem, czy nie. Czy w oczach miałem odpowiedź?

Odwiodłem od siebie myślenie i wsiadłem na Szczerbatka. Zamierzałem wziąć pierwszy patrol, później była zmiana Śledzika, potem bliźniaków i znowu byłem ja. W czasie gdy Śledzik, Szpadka i Mieczyk mieli patrol mogłem załatwić jedzenie na Piknik.

Astrid

Założyłam buty i prawie byłam gotowa do wyjścia. Musiałam zapleść jeszcze warkocza, który był w istocie ciężki do zrobienia. Przynajmniej taki się wydawał. Stałam przed lustrem uśmiechając się do siebie samej. W głowie już sobie wyobrażałam jak przygotowuję z Briettą ciasto na spotkanie z Czkawką. Wierzyłam, że piknik się odbędzie i nic temu nie przeszkodzi.

Obejrzałam się jeszcze raz. Pochwyciłam topór i wyszłam z pokoju. Spakowałam do torby kilka jabłek i miseczkę jagód. Mama pewnie zauważy, ale nie obchodziło mnie to.

– Hej – Przywitałam Wichurę. Pogłaskałam po ciepłym nosie. Jeszcze bardziej się we mnie wtuliła skrzecząc radośnie. – Lecimy do Brietty.

Obeszłam ją wskakując na grzbiet przyjaciółki. Już po chwili wzleciałyśmy w niebo, by w niecałą minutę dotrzeć do rudowłosej.

Myślałam co mogłabym przynieść na piknik z Czkawką. Nie wiedziałam co lubi. Mogłam się tylko domyślać, a na spotkaniu zapytać co mu smakuje. Na następny raz będę miała pojęcie. Uśmiechnęłam się na tę myśl. Nie doszło jeszcze do pierwszego, a ja już myślę o kolejnym. Błądzę myślami w chmurach.

Zapukałam do drzwi. Nikt mi nie otworzył, ale zawołał bym weszła, więc zrobiłam jak kazano.

– Witaj – przywitałam się. Posłała mi uśmiech. – Miałam nadzieję, że nie śpisz.

– Nie mogłam spać przez ciebie całą noc. – Zaśmiała się mówiąc to. Nie była na mnie zła, a mi spadł kamień z serca. – Robię śniadanie. Zjesz ze mną?

– Pewnie, ale chciałabym najpierw nakarmić Wichurę. – Złapałam za worek z rybami z zamiarem wyniesienia go na zewnątrz. – Mogę?

– Tak, nie ma problemu.

Zostawiłam Wichurce ryby i wróciłam do środka. Brietta nakładała na talerze posiłek, kiedy ja nalewałam do kubków mleka z miodem i cytryną.

– Zrobili ci wieczorem przesłuchanie?

– Na szczęście nie. Nie usłyszeli jak przyszłam. Dziwne, bo normalnie czekaliby, aż przyjdę i zrobiliby mi awanturę.

Usiadłyśmy przy stole zaczynając jeść. Omlet ze szpinakiem rozpływał mi się w ustach, a kupki smakowe szalały z radości.

– Mój słodki Odynie, jakie to pyszne.

– Dzięki. – Uśmiechnęłyśmy się do siebie. – Pomyślałam, że możemy zrobić ciasto z dyni i zapiekanki z kurczakiem. Co ty na to?

– Uwielbiam twoje dania, więc gotowanie z tobą będzie zaszczytem.

Zaśmiała się.

– Zabrałabyś trochę na spotkanie z Czkawką.

Poczułam jak ciepło rozlewa się po mnie, kiedy wypowiedziała jego imię swobodnie. Spojrzałam w oczy dziewczyny i ujrzałam szczęście. Zwyczajne szczęście. Czułam jej wsparcie, a to było najlepsze co mogła mi dać.

– Myślisz, że przyjdzie?

– Myślę, że tak.

– Racja. Gdyby zrezygnował z takiej dziewczyny jak ty, byłby kompletnym kretynem. – Wzięła talerze wynosząc je do zlewu. Nie pozwolę jej zmywać.

– Czekaj – W jednym momencie znalazłam się obok niej przejmując gąbkę. – Ty gotowałaś, ja sprzątam.

– A proszę cię bardzo. – Wcisnęła mi talerz. Ledwo co go złapałam. – Do czysta.

Czkawka

Śledzik był jedynym, który mógł mi pomóc. Nie byłem przekonany do mówienia mu o wszystkim, ale co nieco mógł się dowiedzieć.

– Jeśli nie chodzi o Valerię, to o kogo? Chyba nie mówisz o Szpadce.

Spojrzałem na przestraszonego blondyna. Zaśmiałem się.

– No coś ty. Jesteśmy tylko przyjaciółmi.

– Więc, kim ona jest? – Koszyk wylądował ciężko na stole.

Wsadziłem do koszyka sałatkę, wodę i kanapki. Śledzik podał mi sztućce i dwa talerzyki.

– Ma na imię Astrid. Jest odważna, świetnie walczy, jest piękna i wie czego chce. Lubię ją.

– Nie za wiele tych informacji.

Wywróciłem oczami. Na początek było ich wystarczająco.

– Skąd jest? – Zastanawiam się czy powiedzieć. Ostatecznie wzruszam ramionami na znak odpowiedzi. Wiem, gdzie mniej więcej znajduje się jej wyspa, w końcu pokazała mi ją na mapie, ale nie mogę zdradzić tego Śledzikowi.

– Nie wiem dokładnie.

Biorę koszyk w ręce i wychodzę z domu przyjaciela. Blondyn idzie za mną.

– A ma smoka?

– Ma. Śmiertnika Zębacza imieniem Wichura. – Przytwierdziłem pakunek do siodła Szczerbatka.

– Czyli jest jeźdźcem. – Zaczął dumać.

W głowie już widziałem obraz jak ja i Astrid siedzimy na kocu ciesząc się swoim towarzystwem. Stęskniłem się za tymi oczami koloru szafiru. Za uśmiechem, który wprawiał moje serce w taniec akrobacji.

– Lecę. – rzuciłem do przyjaciela siadając w siodle. Już miałem ubierać hełm, ale coś jeszcze chciał mi powiedzieć.

– A twój ojciec wie, gdzie się wybierasz?

– Nie – westchnąłem smętnie. – Lepiej, żeby nie wiedział. Nic mu nie mów. Nikomu nie mów. Wrócę niedługo.

– Dobra jak chcesz, ale…

– Dzięki.

Zniknąłem w powietrzu zanim zdążył skończyć zdanie które mu przerwałem. Wiedziałem, że się niepokoi bo Śledzik jest wrażliwy i opiekuńczy. Nawet ja nie rozpieszczałem tak Szczerbatka jak on Sztukamięs.

Rozdział 6

Czkawka

Na wyspę dotarłem dosyć szybko. Nie mogłem sobie pozwolić na szaleństwa ze Szczerbatkiem ze względu na bagaż. Cały lot myślałem o tym czy Astrid przybędzie, czy na pewno wziąłem wszystko co trzeba. Jakiś mały niepokój, że Astrid się nie pojawi był, ale wierzyłem, że się mylę.

Kiedy dolecieliśmy na miejsce Astrid jeszcze nie było. Mogłem wszystko przygotować i spokojnie poczekać. Wiedziałem, że Astrid ma trochę dłuższą drogę na tutejszą wyspę, niż ja z Berk. Rozłożyłem koc na trawie. Postawiłem koszyk, ale nie wyjmowałem jedzenia. Korzystając jeszcze z chwili wskoczyłem na grzbiet Szczerbatka i polecieliśmy zrobić sobie rundkę dookoła wyspy. Naprawdę byłem cierpliwym człowiekiem, kiedy to wymagało. Mogłem czekać na Astrid do wieczora.

Astrid

Pogłaskałam Wichurę po szyi uśmiechając lekko. Zaskrzeczała jakby przeczuwając co chodzi mi po głowie. Tylko dzięki niej to robię. Bez niej nie mogłabym być wolna, nie zaznałabym szczęścia. Nie potrafię sobie wyobrazić co by się stało, gdybyśmy siebie nie miały. Jest moją najlepszą przyjaciółką.

Ojciec nie rozumie czegoś takiego jak przyjaźń ze smokami, albo potrzeba uwolnienia się. Woli trzymać się z dala od kłopotów i niebezpieczeństw. Nie zna świata. Nie zna mnie. Normanie jak każdy mam marzenia i nie chcę z nich rezygnować, bo ojciec nie ufa ludziom. Gdyby nie pomoc mamy nie mogłabym zatrzymać Wichury. Natomiast, nie jestem do końca przekonana czy mogę mamie powiedzieć o tym co się ostatnio dzieje. Nie mogę nikomu powiedzieć, że spotkałam chłopaka, że nawiązałam z nim kontakt, a tym bardziej, że uciekam z wyspy i lecę właśnie na spotkanie z szatynem o zielonych oczach jak las, od których można by się uzależnić. Tylko Briettcie mogę zaufać i powierzyć tę tajemnicę. Mam nadzieję, że nic się nie wyda, bo w przeciwnym razie będziemy miały poważne problemy..

Wichura wylądowała ostrożnie ściągnęłam koszyk przyczepiony do siodła. Brietta upiekła wcześniej wspomniane ciasto z dyni, oraz zapiekankę z kurczakiem. Proponowałam pomoc przy gotowaniu, ale nie pozwoliła. Sądzi, że nie mam rąk do pracy w kuchni. Że może umiem walczyć, ale kucharka ze mnie żadna. Miała rację zatem, nie mogłam mieć jej za złe, że jest szczera. Zapach z koszyka, aż kusił by spróbować jedzenia, ale się powstrzymałam.

Nieopodal zauważyłam koc rozłożony na trawie, a na nim koszyk. Spokojnie podeszłam rozglądając się za Czkawką, który już tutaj przybył, choć go nie zauważyłam. Zawołałam kilka razy, ale odpowiedziała mi cisza. Nawet Wichura zawołała Szczerbatka, ale nic to nie dało. Postawiłam koszyk obok drugiego i usiadłam. Przecież musiał tu być. Prawda?

Siedząc sama przyglądam się widokowi. Las rozciągał się dalej niż sięga wzrok. Pomarańczowe korony drzew przypominały, że mamy jesień. Jest ciepło, choć o tej porze roku rzadko się to zdarza.

Coś zaszeleściło w krzakach. Wichura podniosła łeb słuchając hałasu. Okazało się, że to Szczerbatek. Wychylił głowę i spojrzał w prawo, lewo aż nas zobaczył. Wichurka niemal w sekundę znalazła się przy koledze witając radośnie. Uśmiecham się na widok szczęścia smoczycy.

Nagle przed oczami pojawia się jak znikąd mały bukiecik niebieskich kwiatów. Uśmiechnęłam się biorąc go w dłonie.

– Moje uszanowanie – Kojący głos Czkawki dociera do moich uszu, a moje serce zrobiło salto.

Usiadł przede mną, a uśmiech rozjaśnił mu twarz.

– Cześć – odpowiadam, a on wyciąga drewniane dwa talerze.

– Przyleciałem trochę wcześniej. Jeszcze cię nie było więc, przygotowałem koc, a potem polataliśmy trochę ze Szczerbatkiem.

– Przynajmniej się nie nudziliście.

Śmieje się i podaje mi talerz. Wyjmujemy jedzenie z koszy.

– Przyniosłem sałatkę i kanapki.

– Sam wszystko przygotowałeś?

– No pewnie – Duma w głosie mnie rozbawiła. – Widzę, że ty też coś przyniosłaś. – Zauważa gdy wyjmuję zapiekankę i ciasto.

– Głupio by było gdybym przyszła z pustymi rękoma. – Nakłada sałatki na talerze i zapiekankę. Podaje mi jeden talerz, po czym nalewa mi wody do kubka. – Dzięki.

– Smacznego.

Zaczynamy jeść, a mina Czkawka wygląda jakby posmakował raju.

– Wow! Muszę przyznać, że świetnie ci wyszło.

– Nie ja gotowałam, tylko moja przyjaciółka. Zaoferowała się, że coś przygotuje. Nie radzę sobie dobrze w kuchni. – przyznaję się. Brązowa brew unosi się w zdziwieniu, ale niemal natychmiast z powrotem opada.

– Nie załamuj się. Na pewno nie jesteś gorsza od bliźniaków. Raz przysolili tak rybę, że się jeść nie dało. Nawet smoki nie mogły jej przełknąć.

Spojrzałam na sałatkę i zapiekankę. Wyobraziłam sobie jak cały posiłek jest przykryty białymi drobinkami soli. Skręciło mnie w żołądku.

– Co dziś porabiałaś?

Podniosłam głowę wyrwana z myśli o przyprawie.

– Nic szczególnego. Wymknęłam się z domu. Spotkałam się z Briettą, pogadałyśmy, ona zrobiła jedzenie, a ja sprzątnęłam. Całkiem niezły podział. I nic nie powiedziałam rodzicom. Właściwie to nie widzieli mnie od wczoraj.

– Jak to cię nie widzieli? – Jego zaskoczenie przywarło mnie do ziemi.

– Znaczy, wiedzą, że wróciłam, ale się z nimi nie widziałam i nie rozmawiałam, i może to i lepiej.

– Sam unikam taty jeśli trzeba, ale zawsze wie czy wróciłem do domu, czy nie. Nic im nie mówisz? Poważnie?

Kręcę głową. Nie będę go kłamać.

– Już wystarczająco złamałam zasady uciekając z Sollar, nic nie mówiąc ojcu i wracając późnym wieczorem. Jeśli dowiedzą się w jakim celu, nigdy więcej nie zobaczę Wichury. Co dziewczyna w moim wieku, może robić poza domem?

Jego widelec zatrzymał się tuż przy otwartych ustach, a wzrok na mnie.

Co takiego powiedziałam?

– Yyy… zwiedzać świat, cieszyć wolnością, poznawać ludzi, albo…

– Spotykać z obcym chłopakiem? – Moje brwi podniosły się w pytaniu.

Mruga jak osłupiały, a później kręci ze śmiechem głową.

Szczerze? Nie wiem co go bawi.

– Nie jestem obcy. Znaczy się – Odkłada talerz na koc. – Na pewno jestem obcy dla twoich rodziców, ale nie dla ciebie. Zresztą trochę mnie poznałaś i mi zaufałaś.

– Skąd pewność, że ci zaufałam?

– Przyleciałaś tutaj. Rozmawiasz ze mną. Zwierzasz mi się ze swoich smutków i marzeń. Więc jeśli zsumować wszystko razem wychodzi na to, że mi ufasz. Ja tobie też ufam.

Patrzę na niego oczami, które jakimś cudem wciąż były na miejscu. Nie mogę zaprzeczyć, ale nie mogę się też zgodzić. A może mogę. Przyczyny były bardzo dobre i prawdziwe.

Otrząsam się w końcu. Biorę talerz i wracam do jedzenia. Nie próbuję na niego spojrzeć, a wiem, że on nie odrywa ode mnie oczu.

– Czego najbardziej nie lubisz?

Podniosłam na niego oczy, przestałam przeżuwać. Nie zjem w spokoju.

– Ale co? – spytałam z pełną buzią.

– No, czego nie lubisz? Tak po prostu. Wymień trzy rzeczy.

– To jakaś gra?

Nie odpowiedział. Kładzie się na boku, sięga po kubek z wodą, po czym bierze łyk.

– Ja na przykład nie lubię słuchać o przejęciu obowiązków po ojcu. Sączysmark działa mi na nerwy od dziecka. Jednak najbardziej nienawidzę, gdy ktoś krzywdzi smoki i moich przyjaciół. Przełknęłam.

– A ja nie cierpię ojca. – wysyczałam przez zęby. Odkładam talerz i siadam wygodniej.

– To już wiem. – Śmieje się.

– Nie cierpię zajęć z etykiety. Nie znoszę, kiedy ktoś prawi mi kazania, jakby sam nie miał nic na sumieniu i… Nienawidzę czuć się bezradna.

– Bezradna? Jesteś wojowniczą.

– Tak, jasne że jestem, ale co to ma do tego? – Wygląda jakby się zastanawiał. –Zresztą nie ważne.

Czkawka

Astrid jakimś sposobem przyciągała uwagę. Nie z powodu wyglądu, choć moje oczy wciąż nie mogą się nasycić jej urodą. Nie z powodu czystego i stanowczego głosu, któremu mógłbym się poddać. Nie chodziło również o charakter, który się wyróżniał od tych z którymi miałem okazję mieć do czynienia. Ona posiada coś na wzór skrzyni, która potrzebuje klucza do otwarcia i uwolnienia tego co się skrywa pod przykrywą. W oczach ma zwierciadło uczuć jakie próbuje zamaskować. Odwaga i strach są na tej samej równi, radość i smutek, niepewność oraz zdecydowanie. Zauważyłem też, że jest bardzo wesoła, pewna swego ja, waleczna, żądna przygód i fatalna z niej kucharka. Sama się przyznała.

Przez moment patrząc na jej uśmiech, gdy opowiadała mi o zajęciach z Briettą zastanowiłem się, co jest gorsze – czy mój tata nieustannie próbujący uczynić mnie wodzem, czy Astrid skazana na lekcje etykiety i życie pod kloszem.

Astrid zdecydowanie ma gorzej ode mnie. Ja mogę przynajmniej lecieć ze Szczerbatkiem zawsze kiedy chcę, dokąd chcę, z kim, na jak długo i nie obrywam za nic. A ona? Zostaje pozbawiona lotu z Wichurą, jest zamykana w pokoju na dłużej niż dzień i kosztowana groźbami o pozbawieniu smoka. Jak można rozdzielać smoka jeźdźca? To okropne. Wiem, bo kilka lat temu ojciec kazał zamknąć smoki na arenie, bo niszczyły wioskę. Noc bez Szczerbatka była koszmarem.

– Nie będą cię szukać? – zapytałem przerywając błogą ciszę.

Leżymy na sprzątniętym już kocu w cieniu. Szczerbatek i Wichura domagali się pieszczot, więc oparliśmy się o ciepłe brzuchy naszych smoków od czasu do czas głaszcząc ciepłe łuski.

– Nie. Brietta obiecała mnie kryć, ale i tak musimy uważać.

– Będziesz mieć przeze mnie kłopoty.

– Jeśli będę mieć kłopoty to tylko z mojej własnej winy, a nie twojej. Do niczego mnie nie zmuszałeś. Sama zdecydowałam czy przylecę.

Niebieskie spojrzenie zetknęło się z moim, a ja nie mogłem uwierzyć w intensywność koloru. Ten błysk szczęścia. Czuję jak serce trzepocze mi w piersi.

– To miłe, że się martwisz, ale niepotrzebnie.

Podpieram się na łokciu i chcę ujrzeć śliczne błękitne tęczówki, ale zamyka oczy.

– Za dwa dni na Berk odbędą się wyścigi smoków.

– Jakie wyścigi?

– Wyścigi smoków. Ja i jeźdźcy bierzemy w nich udział od dwóch lat. Tegoroczne będą ostatnie, bo pogoda się zmienia, a zima już niebawem. Tak sobie myślę, nie miałabyś ochoty wpaść i spróbować wygrać? Co prawda jestem najlepszy jeśli chodzi o lot i szybkość… – Szczerbek mruknął gniewnie. – Tylko dzięki Szczerbatkowi – mówię głośno i wyraźnie, aby do niego dotarło. Co za obrażalska gadzina. – Ale mogę dać ci fory.

Astrid poderwała się do siadu uśmiechnięta od ucha do ucha. Dosłownie czuję jak radość ją rozpiera od środka.

– Chcesz, żebym wzięła udział w wyścigu?

Uśmiecham się i kiwam głową, po czym odpowiadam:

– Jasne, czemu nie? Jesteś dobra w lataniu, zwinna, szybka?

– Ja i Wichura jesteśmy świetne. Wygrałybyśmy każde zawody.

– Nie jestem pewien. Chyba musimy zrobić próbę.

Wstaję i podaję jej rękę. Szczerbatek przeciąga się po słodkiej drzemce.

– Jaką próbę?

– Straszny ze mnie niedowiarek. – Jasnowłosa krzyżuje ramiona przypatrując mi się z rozbawioną miną.

Wskakuję na grzbiet smoka i zakładam hełm. Astrid stoi obok zbudzonej już Wichury i patrzy z zaciekawieniem. Nie to, że chcę się popisać jeśli o to chodzi to do Sączysmarka, ale fajnie by było zobaczyć jej reakcję.

Szczerbek biegnie na kraniec urwiska i skacze w dół. Słyszę jak Astrid krzyczy moje imię i prawdopodobnie biegnie do krawędzi, ale nie widzę jej. Widok jaki jest przede mną to głowa Szczerbatka i woda. Szybkość z jaką spadamy słychać w powietrzu. Tuż przy wodzie ciągnę Mordkę w górę i pędzimy tworząc za sobą potężny strumień. Prowadzę go na skały z prędkością światła lecimy pomiędzy nimi. Odpinam się od siodła i opuszczam grzbiet Nocnej Furii. Szczerbek zawraca i leci za mną. W momencie takim jak ten czujesz, że wszystko po tobie przepływa. Duch, powietrze, bicie serca roznosi się po całym ciele. Zastanawiasz się co będzie jeśli zetkniesz się z zimną taflą oceanu, ale on pojawia się zaraz obok, a ty możesz znów złączyć się z nim w locie.

Szczerbek i ja ponownie zbliżamy się ku wodzie i w ostatniej chwili podrywamy się do góry i w sekundę znikamy w chmurach. Zatrzymuję Szczerbatka, gdy wiem że nas nie widać.

– Jesteś najlepszy. – mówię i głaszczę ciemny łeb smoka. Mruczy w odpowiedzi. – Wracajmy.

Astrid

Muszę przyznać, że Czkawka i Szczerbatek dali niezły popis. Chwilami widok zapierał dech w piersiach, a serce waliło jak oszalałe. Czy się bałam, że coś im się stanie? Nie. A może. Trochę. Dopiero teraz rozumiałam strach ojca Czkawki, kiedy jego syn szalał w przestworzach.

Zniknęli w chmurach i zaczęłam się obawiać, że jednak coś poszło nie tak. Te ich akrobacje naprawdę były na najwyższym poziomie. Ćwiczyłam z Wichurą zawsze gdy miałyśmy okazję opuścić wyspę i trochę polatać, ale nie byłyśmy aż tak niesamowite jak oni.

Trzepot skrzydeł oraz silne lądowanie zwróciło moją i Wichury uwagę. Szatyn ściągnął hełm, a ja ujrzałam zawadiacki uśmieszek. Zdecydowanie był zbyt dumny tego jak wypadli.

– Byłeś fantastyczny. – Podeszłam bliżej Furii.

– Dziekuję.

– Naprawdę byłeś super, Szczetrbatku.

Pogłaskałam smoka po głowie. Rozchylił mordkę ukazując dziąsłowy uśmiech.

Mina Czkawki jest zawiedziona. Pewnie myślał, że pochwalę jego, a tymczasem złożyłam gratulację jego przyjacielowi. Zrobiłam to specjalnie. Obaj byli genialni.

– Ciekaw jestem czy nas pobijesz.

Prostuję się, odwracam napięcie i kieruję się do swojej smoczycy. Wsiadam i odwracam ją w stronę krawędzi.

– Tylko się nie zabij.

Posłałam mu krzywe spojrzenie.

Wichura biegnie do brzegu i zeskakuje lecąc wzdłuż góry. Zniknęłyśmy z widoku, by następnie zawrócić ślizgiem. Pokierowałam nas w stronę drzew. Bliżej las wyglądał na poniszczony. Połamane gałęzie, Drzewa popękane. Kto i w jakim celu go zniszczył, nie mam pojęcia. Lecimy pomiędzy drzewami, wylatujemy z lasu. Przed nami skały.

Zatrzymuję lekko Wichurę, by zamiast wlatywać między szczeliny popędziła w górę. Nie wiem co robię, serce wali mi jak oszalałe. Śmieję się bo to jest naprawdę niesamowite uczucie. Ta adrenalina, strach zmieszany z ekscytacją.

– Wichura, teraz pionowo w dół!

Wszystko znika. Pod nami korony drzew. Miękkie poduszki z liści na których niemal lądujemy. Wichura sama wie gdzie lecieć. Robi nura w las. Drzewa stają się torem przeszkód. Widzę lianę bliską wylotu. Wyskakuję z siodła i ląduję na gałęzi. Przeskakuję z jednej na drugą i kolejną. Łapię lianę, za jej pomocą wydostaję się z leśnego labiryntu i wracam na grzbiet smoczycy.

– Świetnie!

Spoglądam na wyspę. Na krawędzi stoi Szczerbatek, a obok jego jeździec. Doping szatyna roznosi się echem, równie głośnym jak ryk Nocnej Furii.

– Popatrz mamy fanów. – Głaszczę kark przyjaciółki. Odpowiada mi mrukiem.

Wichurka tworzy strumień za nami dotykając ogonem wody. Rwie się w górę zaraz przy skale. Mijamy Czkawkę, Szczerbatka robimy pętle i po chwili lądujemy na wyspie. W zielonych oczach widzę pochwałę, a ich właściciel składa nam owacje.

– Jesteście serio dobre. Z przyjemnością będzie nam walczyć z wami o zwycięstwo. – oświadcza głaszcząc jednocześnie Szczerbatka i Wichurę.

Podnosi na mnie wzrok. Odwzajemniam ciepły uśmiech.

– Świetny z ciebie jeździec, Astrid.

– Z ciebie też.

Rozdział 7

Trzy dni później

Czkawka


Ojciec jest uparty jak osioł. Nic do niego nie dociera. Żadne moje prośby, żadne próby przekonań, powody moich decyzji. Nic. Ja nie umiałem go przekonać. Nie umiał go przekonać Pyskacz. Jeśli nam się nie udało, to nie wiem komu się powiedzie. Straciłem już wszelkie chęci proszenia go by dał sobie spokój. Postanowiłem ignorować wszystko co tyczyło się związania z Valerią i zostaniu wodzem. W końcu mu się to znudzi. Przynajmniej mam taką nadzieję. No bo co można innego zrobić?

Od rana zostałem zasypany papierami. Za ciągłe unikanie Valerii postanowił przytwierdzić mnie do krzesła. Mam uzupełnić dokumentację Berk. Dał mi czas do wieczora, bo na kolację zaprosił Valerię i jej brata. Wysłał zaproszenie wczoraj wieczorem, więc facet pewnie jest już w drodze.

Modlitwa nad ostatnimi pismami dłużyła się w nieskończoność. Co jakiś czas spoglądam na Szczerbatka, by nie dostać mroczków przed oczami. Chłopak naprawdę chce sobie polatać. Ojciec nie pozwolił mi z nim wyjść na poranny lot, zatem nie można się dziwić, że Szczerbek się nudzi i go nosi po pokoju. Nie może sobie znaleźć zajęcia.

– Zaraz skończę – wzdycham patrząc w oczy przyjaciela. To błagalne spojrzenie mnie dobija.

Drzwi na dole się otwierają. Już myślę, że tata wrócił, ale kroki są prawie niesłyszalne. A potem głos uświadamia mi, kim jest gość.

– Czkawka, jesteś w domu?!

Jestem w domu. Byłbym gdzie indziej, ale nie jest mi to aktualnie dane.

Wchodzi po schodach. Już po chwili w progu staje ciemnowłosa.

– Cześć – rzucam miło do dziewczyny. – Co tu robisz?

– A tak przyszłam. – Uśmiecha się delikatnie i opiera o moje biurko. – Słyszałam co Stoick wymyślił.

– Poważnie? Pochwalił ci się fantastycznym pomysłem o kolacji?

Śmieję się, ale nie jest to szczere. Valeria krzywi się.

– Nic o tym nie wiedziałam. Nie wiem, po co ściągać tu Harrisa. – Tak zapewne ma na imię jej brat.

– Może się stęsknił za swoją małą siostrzyczką. – zażartowałem. Plasnęła mnie w ramię. Oboje się śmiejemy.

– Odczep się. Jestem ciekawa co w domu. Stęskniłam się za rodzinnymi stronami. Jestem tu od niedawna, ale… jakoś tak mi tęskno.

Kiwam głową na znak zrozumienia.

– Rozłąki są trudne i bolesne. Może pogadaj z bratem, gdy przyjedzie? Może byś się z nim zabrała.

– Zapytam, ale chyba nic z tego nie będzie. On i twój ojciec będą naciskać na to bym została.

Nie podoba mi się to w co zostaliśmy wplątani. Brat wysłał siostrę do nas, żeby odnalazła radość z życia. Ojciec korzystając z okazji zaplanował nam ślub. Nie wiem jak z tego wybrnąć. Valeria zrozumiała, że nic między nami się nie wydarzy. Z każdym kolejnym dniem uświadamiam sobie coraz bardziej, że od początku plan naszego wesela był skazany na straty. Nie można kogoś zmusić do miłości. Po prostu się nie da. Relacja między mną, a Valerią unormowała się i zaczyna wyglądać na wzór przyjaźni. Oboje wiemy, że nie ma się co łudzić, bo niczego większego nie będzie.

– Musimy coś wymyślić. – mówię stukając ołówkiem o blat. Brązowe oczy lśnią w skupieniu.

– Powiedz ojcu, że się zakochałeś.

– Ale ja się nie zakochałem.

– Bzdury gadasz. – przewraca oczami i siada na biurku. – Ta dziewczyna dla której ciągle uciekasz z wyspy wpadła ci w oko. Bez przerwy o niej myślisz.

– Nieprawda. Znaczy myślę, ale tylko dlatego, że…

– Nie tłumacz się. Wiem o co chodzi.

Problem w tym, że nie wie. Nie jestem do końca pewien co czułem przy Astrid. Serce wykonywało akrobacje, waliło jak dzwon, głos jasnowłosej dźwięczał mi w uszach jak piękna pieśń. Ale czy to można nazwać zakochaniem? Znałem ją zaledwie kilka dni.

– Nie musisz mówić ojcu kim ona jest. Po prostu powiedz, że kogoś masz.

Nie jestem do końca przekonany.

– Spójrz. Twój ojciec chce naszego małżeństwa, bo oboje jesteśmy samotni.

– Nie jestem samotny. Mam Szczerbatka i przyjaciół.

– Czkawka, otrząśnij się! Nie o tym mówię. – Kopie mnie w kolano.

– Za co? – jęczę i masuję obolałe miejsce. Ona tylko robi minę jakby ciągle do mnie nie docierało. – To nie wypali.

Zeskakuje z biurka i ciągnie mnie za sobą na dół. Nie wiem co ona wyprawia. Szczerbek idzie za nami w pośpiechu.

Zostawia mnie na środku pomieszczenia i kieruje się do części domu w której znajduje się kuchnia. Wyjmuje przeźroczyste naczynie kubek i nalewa do niego wody. Połowa jest wypełniona cieczą.

– A teraz mi powiedz. Jest w połowie pełny, czy pusty?

– Pusty? – Jestem zdziwiony pytaniem.

– Pesymista z ciebie. Jak mamy coś wymyślić, skoro ty ciągle widzisz same negatywy?

Chcę coś powiedzieć, ale w tym momencie drzwi się otwierają i w progu staje Sączysmark. Czy on kiedyś nauczy się pukać?

– Haddock, jest problem z areną. Bliźniaki rozwaliły trybuny.

– Co zrobiły?!

Wychodzę za nim. Wskakuję na Szczerbatka i lecę za Hakokłem. Nagle wściekłość przepłynęła po mnie jak wodospad.

– Jak… jakim cudem rozwaliły trybuny?

– Wiesz jak to z nimi jest. Wybuchy, popisy, brak nadzoru. Robią sobie co chcą.

– Brak nadzoru?

– Możesz przestać mnie przedrzeźniać?

Przeklinam w duchu dzień w którym ta dwójka przyszła na świat.

– O Thorze! Przecież byłeś tam ty i Śledzik i…

– I miałeś być też ty. – Patrzę na niebieskookiego z złością. – Ty serio myślisz, że Szpadka i Mieczyk przejmują się jakimikolwiek uwagami?

Nie. Absolutnie nie. Ale miałem nadzieję, że nie rozniosą areny.

Docieramy na miejsce. Widok jaki zastaję budzi we mnie wściekłość i załamanie. Kawałek siedzeń dla oglądających jest spalone. Jeśli ktoś by w tej chwili usiadł na jednym opadłby tyłkiem na beton.

Co oni zrobili?!

– Szpadka, Mieczyk!!! – krzyczę na cały głos. Kilka Straszliwców odlatuje z powodu hałasu. Rozglądam się i widzę jak Zębiróg próbuje odlecieć niepostrzeżenie. – Widzę was!

– Przeklęty Smark. Czy on musi być takim skarżypytą?

– Ma nudne życie i się czepia.

Nie mogę z nimi. Ta ich paplanina jest bezsensowna.

– Możecie mi wyjaśnić co to ma być? – Resztką cierpliwości wskazuję na rozwalony kawałek widowni.

– Z nimi zawsze jest jakieś nieszczęście.

– A ty gdzie byłeś, żeby do tego nieszczęścia nie doszło?! Co?

– Wieszałem chorągwie, durnie. Mieliście się zająć koszami. Czy to takie trudne?!

– Cisza! – wrzeszczę na całe gardło. Krew mnie przy nich zalewa. Miażdżę spojrzeniem Thorstonów i Jorgensona. Cała trójka jest siebie warta, chociaż tym razem winę w całości ponoszą bliźniacy. – Nie mam zamiaru słuchać waszych ciągłych kłótni. Macie to naprawić – pokazuję na spalone miejsce, gdzie powinny być ławki. – Nie wiem jak i nie obchodzi mnie to. Jeśli do wieczora nie naprawicie szkód, wasza dwójka ma zakaz startowania w wyścigach.

– Nie możesz!

– Ja się chyba przesłyszałem.

Patrzę na blondynkę i blondyna nie mogąc pojąć jak mogą jeszcze się burzyć.

– Nie masz prawa nam zabronić się ścigać.

– Powiem to inaczej: Daję wam szansę odbudować arenę. Gdyby zobaczył to mój ojciec dałby wam nie tylko zakaz wystąpienia w wyścigach, ale i sprzątanie miesięczne stajni smoków. Mogę po niego lecieć. Jeno słowo i mnie nie ma.

– Już się tak nie trudź. – Wywracają oczami i zawracają smoka. – Chodź siostra, bo jeszcze każe sobie zrobić masaż stóp.

– Stopy. O ma tylko jedną stopę.

Śmiech rozmywa się gdy są już spory kawałek od nas.

Powinienem się przyzwyczaić do ich… do tego… czegoś w nich już dawno, ale czasami nowości odnośnie ich głupoty i braku myślenia na przód mnie dobija. Czasami mi się wydaje, że wciąż mają piętnaście lat i tylko wygląd się zmienia.

– Gdzie Śledzik? – pytam wciąż wpatrzony w to co robią bliźniaki. Co chwilę spoglądali na mnie jakby w oczekiwaniu, że w końcu sobie polecę i dam im wolną rękę do działania.

– A skąd mam wiedzieć?

Na miłość Thora! Co się z nimi wszystkim dzieje?

– Nie ważne.

Szczerbatek zawraca powoli odlatujemy.

– A ty dokąd?

– Mam coś do załatwienia.

– Aaaha Valeria.

Posyłam mu gniewne spojrzenie i odlatuję ze Szczerbatkiem jak najdalej. Nie wszystko kręci się wokół Valeri. To, że mam zły humor, albo jestem wściekły może być spowodowane np. tatą albo Szpadką i Mieczykiem. Z Valerią nie mam problemu. To bezkonfliktowa dziewczyna.

Dobra. Poza uzupełnieniem ostatnich dokumentów, muszę zorganizować niebieską farbę i jeszcze jeden koszyk z siatką. Myślę, że gotowy kosz zawieszę z samego rana na gotowej arenie. Tata nie wie, że zaprosiłem kogoś na wyścigi, więc do jutra tajemnica musi pozostać tajemnicą.

Astrid

– Zostaw ją! – Szarpię ojca za ramię, gdy bez cienia zahamowań szykuje się do zaatakowania Wichury.

Te moje ciągłe znikanie doprowadza ojca do szaleństwa. Wczoraj zrobiłmi potworną awanturę. Był wściekły. Gniew lśnił w jego błękitnych oczach jak płomienie. Mama nie umiała go uspokoić. Mówiła do niego, ale nic nie docierało. Prosiłam go, żeby mnie wysłuchał, żeby zrozumiał, że nie może mnie więzić do końca życia w jednym miejscu. Byłam bliska oświadczenia, że kogoś poznałam, że jest kolejnym powodem bym miała nadzieje i pragnienia. Ale tego nie zrobiłam. Nie powiedziałam mu o Czkawce.

Teraz patrząc na szaleństwo w oczach ojca z jakim nie potrafię walczyć jestem pewna, że dobrze zrobiłam zachowując potajemne spotkania w sekrecie. Samo to, że próbuje dopaść mojego smoka sprawia, że przerażenie co może zrobić z Czkawką pożera mnie od środka.

– Nie krzywdź jej! Ona nie jest niczemu winna! – Odpycha mnie tak silnie, że upadam na ziemię.

Jakiś wojownik rzuca na Wichurę linę, kolejny robi to samo. Inny się rzuca na nią i przygniatają ją do zimnej ziemi. Boi się. Próbuje bronić. Nie ma pojęcia dlaczego ludzie którzy ją karmili, którym ufa robią jej krzywdę.

– Dałem ci kredyt zaufania. Pozwoliłem przygarnąć smoka. Pozwoliłem latać w pobliżu wyspy. Całe życie ci tłumaczę, że świat i ludzie są niebezpieczni. A ty co robisz?! Znikasz, nic nikomu nie mówisz. Łamiesz wszystkie zasady. Niepokoisz matkę i mnie. Co ty sobie wyobrażasz?!

Wstaję, ale od razu ktoś łapie mnie za ramiona. Słyszę szept mamy. Prosi żebym się nie wdawała z ojcem w dyskusję. Nie mogę przemilczeć. Nie mogę pozwolić, by skrzywdził mojego smoka. Nie może! Nie ma prawa!

– Nie dałeś mi wyboru!

– Jak śmiesz podnosić na mnie głos?!

Wyrywam się rodzicielce i równam z ojcem. Mimo, że jest większy i wyższy ode mnie wcale się nie zrażam.

– Nie będziesz mnie więził. Nie zgadzam się. Całe życie odgradzasz się od świata, ale ja nie jestem tobą. Nie będę się ukrywać. Kiedy to do ciebie dotrze?

Odwraca się z kamienną miną i wyrywa strzałę i łuk wikingowi. Smutek lśni w oczach mamy i tego, który oddał mu broń.

Cięciwa drga, gdy naciągnięta strzała szykuje się do przerwania życia. Nie zrobi tego. Ni zabije jej.

– Nie rób tego. Zwariowałeś? – moja mama interweniuje. Próbuje przemówić tacie do rozumu, ale on nie słucha. – Edgar, nie rób tego.

Nikogo nie słucha. Wszystko przebiega mi przed oczami. Chwile z Wichurą lot, zabawa, przyjaźń. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby Wichura się tak bała.

Sekunda. Moment. Chwila.

Czas zwalnia. Ostra strzała uwalnia się i leci prosto w kierunku Wichury. W ułamku sekundy zjawiam się przy boku przyjaciółki i odpycham wikinga, który ją przygniata. Odpycham wojownika, ale nagle coś wbija mi się w udo. Ból przeszywa mnie po całej nodze. Tracę czucie w jednym miejscu, a później cały chłód przepływa po mnie całej. Chwieję się i wyciągam strzałę z nogi. Pieczenie wzmaga się jeszcze bardziej, kiedy pozbywam się całkiem ostrza. Nie wytrzymuję i upadam. Ból jest nie do zniesienia. To nie jest skaleczenie, ani zadrapanie, lecz głęboka rana.

Podnoszę wzrok na rodziców. Mama w szoku szepcze coś do swojego męża, a on stoi jak osłupiały. Ludzie nie ruszają się z miejsc. Tylko Wichura uwalnia się i stroszy ogon pełna furii. Coś mnie podnosi. Noga boli niemiłosiernie, ale daję radę.

– Wstawaj. – głos Breitty dociera do mnie z daleka. Pomaga mi wsiąść na smoka. Staje przed Wichurą i głaszcze ją po nosie. Wyrywa jednemu z mężczyzn mój topór, który mi zabrano, gdy zechciałam rzucić się do ataku obrony. Oddaje mi siekierę.

Patrzę w oczy przyjaciółki. Troska, wściekłość, smutek i strach w tym szklanym spojrzeniu morduje.

– Leć stąd – Jest ostatnią osobą, która by mi radziła opuścić wyspę.

– Brietta, ale ty…

– Mną się nie przejmuj. Znajdź pomoc. Ktoś musi opatrzeć ranę. Niedługo się zobaczymy.

Ściskam jej dłoń.

– Uważaj na siebie.

Kiwa głową. Daję znak Wichurze by leciała. Odbija się od ziemi i w kilka chwil znikamy z zasięgu widoku Sollar.

Tulę się do smoczycy. Cieszę się, że jest cała i zdrowa. Staram się nie myśleć o bólu, przez który drętwieje mi kończyna. Nie mam dokąd uciekać. Lecimy po prostu przed siebie. Nieznaną drogą. Nie mam siły żeby pozbierać myśli i ustalić cel podróży. Zdaję się na instynkt Wichury. Zostałam tylko ona i ja.

Czkawka

Wybiła 20:00 kiedy to zaczęliśmy świętować przybycie Harrisa. Tylko ja i tata i Valeria. Uczta i przyjęcie ma się odbyć jutro po wyścigach. Brat Valeri nie miał nic przeciwko, a w dodatku cieszył się, że po podróży odpocznie w mniejszym gronie.

Stoję i patrzę jak drzwi się otwierają i do domu wchodzi ojciec z naszym gościem. Ja naprawdę nie jestem sceptycznie nastawiony do nowych ludzi. Jestem otwarty i lubię poszerzać nowe horyzonty, ale jeśli przypomnę sobie, że on nakłonił mojego tatę do związania mnie z jego siostrą mam ochotę wyrzucić go za drzwi.

Przyklejam do twarzy uśmiech. Valeria podchodzi do brata i rzuca mu się w ramiona.

– Strasznie za tobą tęskniłam. – Szczęśliwy uśmiech brązowookiego się zwiększa, a oczy rozbłyskają gdy spogląda w drugie.

– Ja również. – Wzrok kieruje na mnie, a ja o mało co nie upuszczam miski z sałatką. Całuje siostrę w czubek głowy, po czym ją wymija i zmierza do mnie. Szybko lecz ostrożnie odkładam misę na stół. – Witaj, Czkawko Haddocku trzeci. Miło wreszcie ujrzeć przyszłego szwagra.

Nie wydrapię mu oczu, nie odetnę języka i nie zacznę go okładać pięściami. Nie no, skąd. Za dużo zachodu.

Ściskam na powitanie dłoń mężczyzny. Ściskam tak mocno, że aż sam się sobie dziwię, że potrafię.

– Silny jesteś, choć wcale na takiego nie wyglądasz.

Śmieje się wymieniając spojrzenia z moim ojcem.

Połamałbym mu obie ręce jeśli bym mógł.

– Czkawka sporo ćwiczy, od kiedy… – Patrzę na ojca wściekle. Niech się zastanowi, co chce powiedzieć, zanim wybuchnę. – Od bardzo dawna. Od kilku lat. Jest naprawę silny.

Szczególnie psychicznie. Fizycznie tylko wtedy, gdy ponosi mnie adrenalina. Ostatnio za często.

– Siadajmy, zanim wszystko ostygnie. Czkawka, pozwól na chwilę ze mną.

Idę za ojcem na zewnątrz. Spojrzenie Valeri jest zatroskane, ale w ogóle się tym nie przejmuję.

– Co? – pytam taty, gdy zamyka za nami drzwi. Zieleń oczu wypełnia spokój i zdenerwowanie. To aż niemożliwe, a jednak prawdziwe.

– Kolacja ma być spokojna, miła i bez żadnych zbędnych sporów. Masz się zachowywać należycie. Jeśli zrobisz coś, co rozwścieczy Harrisa, przysięgam synu, że będziesz mieć problemy.

– Co ja takiego robię?

– Widzę co robisz i mi się to nie podoba. Okaż mu szacunek.

Na szacunek trzeba sobie zasłużyć. Niektórzy nie znają tego pojęcia, ale co tam. Można się czepiać innych.

– Powiedz mu prawdę. Nie poślubię jego siostry.

Podnosi rękę ostrzegawczo.

– Nie będziemy dyskutować na ten temat. Nie próbuj wyskakiwać z protestami przy stole.

Powidz ojcu, że jesteś zakochany. – rada Valeri zaświergotała mi w uszach.

To jakieś szaleństwo. Będzie chciał poznać tą, która zawładnęła moimi uczuciami. Nie wiem co czuję do Astrid. Znam ją od niedawna. Nie mam pojęcia czy to coś silnego i trwałego. Zakochanie to coś poważnego. Nie mogę rzucać takich słów na wiatr. To jest tak, jakbym powiedział, że ją kocham, a takie słowa są przysięgą, obietnicą.

Całe to gadanie taty na temat zachowania, miało podtekst „Zachwycaj się kolacją na której będzie ci narzucane zdanie innych.” Albo przyjmę wszystko w milczeniu i nie będę dyskutował, albo dam sobie spokój z udawaniem i wyjdę trzaskając drzwiami. Opcja druga jest niezwykle kusząca, ale na razie się powstrzymam.

Valeria bardzo cieszy się z wizyty rodzeństwa, więc tylko dla niej to robię. Ale jeśli ten facet znowu zacznie poruszać temat ślubu, rzucę talerzem o ścianę.

– Zachowuj się należycie. – powtórzył otwierając drzwi i wchodząc do domu. Idę za nim.

Zamykam drzwi i siadam przy stole naprzeciw Valeri, a ojciec naprzeciwko Harrisa. Spojrzenie dziewczyny przenosi się na mnie. Porusza ustami nie wydając z siebie dźwięku. Pewnie pyta co się stało, ale ja kręcę głową unikając odpowiedzi.

– Wybaczcie za nagłe zniknięcie.

– Nie szkodzi. – odpowiada brązowooki.

Nakładam na talerze rybę. Pachnie ziołami. Podaję danie Harrisowi, później tacie, a na końcu Valeri. Sobie też nakładam i siadam z powrotem na miejscu.

– Cudowna wyspa. Pełna harmonii. Zawsze u was tak spokojnie i doskonale?

– Staramy się, by taka była. Wiele się pozmieniało, głównie dzięki Czkawce. Zażegnał wojnę ze smokami. Nie jednokrotnie uratował lud od zagłady. No i oczywiście wcielił wiele pomysłów w życie dzięki którym wszystko jest łatwiejsze.

– Niesamowite. To nie było chyba łatwe. Przekonanie ludzi do smoków i zmian.

– Tak. Nie było łatwo. – Staram się wypowiadać słowa w spokoju, ale nie mogę się powstrzymać od goryczy.

– Po świecie krążą pogłoski, że dosiadłeś Nocnej Furii. Ta bestia musi być niebezpieczna, prawda? Jak to zrobiłeś, że jest ci posłuszna? Podnoszę wzrok na Harrisa i z trudem powstrzymuję się od plunięcia mu w talerz.

– Oswojenie smoka zależy tylko od zaufania. Jeśli nawiążesz ze smokiem przyjaźń…

To smok powinien cię uratować z koszmarnego spotkania. – dokończyłem zdanie w myślach, po czym wróciłem do grzebania w rybie. Skubanie jednego kawałka pewnie wygląda z boku dziwnie, ale nie jestem wstanie normalnie jeść.

– To co?

Smocze łajno.

Wsuwam do ust źdźbło ryby i spoglądam na brata Valeri.

– Będziesz mieć wyjątkowego przyjaciela.

Tylko tyle jestem wstanie z siebie wykrztusić. I nie. Nic lepszego nie przyszło mi do głowy.

Nagle słychać huk otwierających się drzwi. Wszystkie spojrzenia lecą w kierunku progu. Sączysmark. Nie pamiętam kiedy tak bardzo się ucieszyłem z jego wizyty. W środku cieszyłem się jak wariat, że go widzę. Nie ważne co wymyślił tym razem, zrobię wszystko byle uwolnić się z domu.

– Czkawka, jesteś potrzebny.

Wstaję, ale ojciec robi to szybciej i mierzy wzrokiem Jorgensona jakby chciał go ukatrupić.

– Nie wiem, co tym razem ty i bliźniaki zmalowaliście, ale Czkawka nie ma czasu. Poradzicie sobie sami. Teraz mamy gości, więc cokolwiek to jest musi poczekać.

Thorze, za jakie grzechy.

Już mam się odezwać, ale Smark jest pierwszy.

– Z całym szacunkiem, ale wątpię by cała ta kolacja była ważniejsza od tego co znalazłem. Więc, Czkawka, weź tyłek w troki i chodź.

Patrzę na ojca. Jego spojrzenie mówi mi wyraźnie bym siadał i nie robił głupot. Mina Smarka też jest przekonująca.

– Wybacz tato – mówię.

Obszedłem stół i idę w stronę Smarka. Wychodzimy na zewnątrz trzaskając drzwiami. Tata jest wściekły. Wsiadam na Szczerbatka i odlatujemy. Nie oglądam się wstecz i po prostu lecę za przyjacielem.

– Wypadałoby podziękować. – spoglądam na Smarka, który się głupio uśmiecha. Odwzajemniam uśmiech.

– Racja. Dzięki.

Oddycham wreszcie czując jak stres i nerwy opuszczają mnie wolnym strumieniem.

– Ta kolacja to jakaś totalna katastrofa. Myślałem, że wbiję Harrisowi widelec w rękę.

– Nie jesteś dla niego zbyt ostry? Dopiero go poznałeś.

– Może i jestem, ale on i mój ojciec grają w jednej drużynie przeciw mnie.

Śmieje się, ale mi ani trochę do śmiechu.

– Stoick wyglądał jakby chciał mnie potraktować Czaszkochrupem.

– Nie tylko ciebie, choć to norma. Przed posiłkiem zrobił mi kazanie o dobrym zachowaniu. Od początku jest na mnie wściekły z powodu moich protestów, a ty go tylko nakręciłeś.

Wzdryga się w siodle. Uśmiech rozbawienia pojawia się na moich ustach.

– Zmieniając temat, co znalazłeś?

– Co?

– Wyciągnąłeś mnie z paszczy lwa oświadczając, że coś znalazłeś i jestem potrzebny.

– Aha, tak, faktycznie. Tędy – Przyspiesza lot w kierunku krańca wyspy. – Coś jest na plaży. Smok i jakaś dziewczyna. Wiesz, nie zbliżałem się zbytnio, ale widać było, że są nieprzytomne i chyba wykończone.

Straszna myśl przepływa po mnie. Próbuję wmówić sobie, że to tylko moje gdybanie i pewnie to nic poważnego, ale warto sprawdzić. Jednak niepokój jest silniejszy i przegrywa z moim spokojem.

– Jaki gatunek smoka? – pytam. Nic nie mówiąc daję znak Szczerbatkowi, aby nieznacznie przyspieszył.

– Chyba, Śmiertnik Zębacz.

Zamieram w siodle, a Szczerbek to wyczuwa. Patrzę na Smarka z strachem i nadzieją, że robi mnie w konia, ale on tylko wzrusza ramionami jakby nic to nie znaczyło.

Popędzam mordkę, a on w niecałą minutę dolatuje do końca wyspy. Odlatujemy trochę by mieć lepszy widok na to co się dzieje na plaży. Nie widzę niczego, do momentu, aż Szczerbatek pomrukuje.

Widzę je. Widzę je obie. Szepczę imię blondynki tak cicho, że może mnie usłyszeć tylko wiatr.

Szczerbatek twardo ląduje na piasku, a ja wyskakuję z siodła jak oparzony. Biegnę przed siebie, a nogi mam jak z waty. Upadam na kolana. Serce niemal wyskakuje mi z piersi, obijając się o żebra.

– As..Astrid… – Próbuję ją posadzić, ale jej ciało jest bezwładne. Sprawdzam puls. Jest. Oddech? Jest. Czuję delikatny spokój.

Wszędzie panuje mrok, gdyż jest noc, ale blask księżyca oświetla mi jej twarz. Nie mogę pojąć co się stało i co się dzieje. Czy mi się to śni i w rzeczywistości nic jej nie jest, czy naprawdę w tej chwili leży nieprzytomna w moich ramionach.

– Na Thora, co ty tu robisz? Co ci jest? – mówię do niej w nikłej nadziei, że mnie słyszy.

Patrzę na dół. Klatka piersiowa unosi się powoli i zdaje się jakby miała za chwilę przestać, co mnie jeszcze bardziej przeraża. Brzuch. Żadnej rany. Nogi… Piach… Piach jest czerwony. Ostrożnie się nachylam i dotykam nogi dziewczyny. Krew. Ona krwawi!

– Tu jesteś. Nie musisz…

– Ona jest ranna – Moje spojrzenie spotyka się z spojrzeniem Smarka. W jego oczach pojawia się niepokój.

Staje obok nas. Szczerbatek tymczasem usiłuje się wybudzić Wichurę.

– Ty i Hakokieł weźmiecie jej smoka. – mówię i wstaję by wziąć Astrid. Wsuwam jedną rękę pod jej plecy, a drugą pod kolana. – Szczerbatek, chodź tu.

Siadam ostrożnie na grzbiet przyjaciela. Wydaje pomruk smutku patrząc na smoczycę.

– Jest cała?

Smark ogląda Zębacza.

– Chyba tak. Zabiorę ją do Pyskacza.

– Słyszałeś, nic jej nie będzie. – Głaszczę uspokajająco swojego smoka po głowie. – Z Astrid jest gorzej. Musimy ją zabrać do Gothi.

Szczerbatek odbija się od ziemi i odlatujemy.

Astrid nie wygląda dobrze. Strasznie nie podoba mi się jej udo. Na leginsach ma wielką plamę krwi. Rana musi być głęboka. Nie mam pojęcia skąd przyleciała, co jej i Wichurze się przydarzyło. Bardziej niepokoi mnie fakt, że straciła poprzez ranę masę krwi.

Dotykam czoła odsłaniając jasną grzywkę na bok. Moja dłoń przytula jej zimny policzek.

Docieramy na szczyt góry, którą zamieszkuje Gothi w swoim małym domku. Lądujemy na podeście. Staję na drewnianych deskach i kieruję się do drzwi. Oby Gothi nie spała, bo naprawdę jest w tej chwili bardzo potrzebna. Mam zamiar pukać, ale drzwi same się otwierają i natykam się na znachorkę Berk. Patrzy na mnie swymi jasnymi niebieskimi oczami, które po latach zbledły.

Nie muszę mówić by mi pomagała, od razu przepuszcza mnie w drzwiach i pokazuje na łóżko w którym mam położyć ranną.

– Nie wiem co się stało. Smark ją znalazł na plaży. Ma ranę na nodze, która wciąż krwawi.

Ogląda udo dziewczyny. Pokazuje mi bym ściągnął buty Astrid i pomógł rozerwać brudną nogawkę. Robię co każe po czym staję z boku, by czekać na dalsze instrukcje.

Gothi kręci głową i odchodzi szukając czegoś w szafkach. Pewnie poszukuje leków. Ja tymczasem kucam przy dziewczynie i głaskam wierzch dłoni spoczywającą na jej brzuchu.

Naprawdę się o nią boję.

Siwowłosa przynosi jakieś cuchnące gazy, bandaże i jakąś miseczkę w której znajdowała się jakaś brązowo zielona papka. Zapewne jest to maść, ale nie wygląda ładnie. Oby pomogła.

– To jej pomoże, prawda? Nic jej nie będzie?

Gothi podnosi na mnie wzrok, a ja mam wrażenie, że za moment wepchnie mi cuchnące gazy do buzi jeśli się nie zamknę.

– Przepraszam. Strasznie się o nią martwię.

Kończy opatrywanie rany. Zawija bandaż wokół rany przytrzymując tym samym gazę, która przykryła maść. Astrid krzywi się przez sen, a ja nie mogę nic innego zrobić jak trzymać jej rękę i mieć nadzieję, że zioła Gothi uśmierzą w bólu.

Gothi wysypuje trochę piasku na podłogę i rysuje na niej chcąc przekazać mi jakieś informacje. Staram się skupić na piśmie i znakach, które tworzy. Lata nauki się opłacają. Do pewnego czasu tylko Pyskacz umiał przeczytać pismo staruszki, później tłumaczem stał się także Śledzik, ale ja także coś podchwyciłem.

To jej pomoże. Rano powinna się obudzić. Rana jest głęboka, ale wyjdzie z tego. Nie martw się.

– Mogę z nią zostać? – pytam już z ulgą.

Kobieta patrzy na Astrid, na mnie i uśmiecha się nieznacznie. Kiwa głową, po czym dopisuje na piasku:

Tylko jej nie budź i nie hałasuj. Jest wykończona.

– Dziękuję.

Wychodzi znikając w drugim pomieszczeniu.

Kamień spadł mi z serca. Siadam na małym taborecie, przy łóżku trzymając w dłoniach rękę Astrid. Będę czuwać przy niej całą noc jeśli to ma w jakiś sposób dodatkowo pomóc. Jeśli nie jej… mi z pewnością.

Rozdział 8

Astrid

Z trudem otwieram oczy. Nad sobą mam zwyczajny sufit. Przekręcam głowę na bok i po krótkim przeleceniu wzrokiem dochodzę do wniosku, że jestem w jakiejś chacie. Mój nos wyczuwa gęsty zapach ziół. Nie to, że śmierdzi, ale nie jestem po prostu przyzwyczajona. Jedyne co oświetla pomieszczenie to promienie słońca wpadające przez niewielkie uchylone okno. Staram się podnieść, ale nagle przeszywa mnie piekielny ból w nodze. Chwytam się miejsca i wyczuwam coś miękkiego.

Mam okład. Ktoś obejrzał moją ranę. Mam ściągnięte leginsy! Nie nie nie. Gdzie ja jestem?!

Zaciskam zęby i powoli wstaję z łóżka.

Staram się znaleźć część ubrania, ale nigdzie jej nie ma.

Wychodzę na zewnątrz. Wciągam świeże powietrze do płuc. Muszę na chwilę przystanąć. Noga naprawdę ostro daje o sobie znać.

Obracam się. Uderza we mnie piękny widok zapierający dech w piersiach. Błyszczący ocean w świetle słońca. Wyspa. Wioska, która znajdowała się metry pode mną. Ludzie, o ile to rzeczywiście są ludzie, wyglądają z tej wysokości jak mrówki. Budowle przyciągają wzrok swoją budową i kolorami. I Smoki. Masa smoków.

To się nie może dziać. Gdzie ja jestem i co tu robię? Super, że ktoś okazał mi pomoc i się mną zaopiekował, nawet bym podziękowała, tylko nikogo tu nie ma. Nikogo. Nawet nie ma Wichury.

Chcę krzyknąć, zawołać ją. Znów jestem uwięziona. Jak zejdę bez smoka z tak wysoka? Zabiję się jak nic.

Nagle coś ląduje za mną, a ja prawie podskakuję. Szczerbatek. Podnoszę spojrzenie i napotykam twarz jeźdźca.

– Czkawka – szepczę imię i cofam się kilka kroków do tyłu. Popełniam olbrzymi błąd, bo docieram do krawędzi i prawie spadam.

– Astrid, uważaj!

Dłoń szatyna łapie mnie i przyciąga do siebie stawiając stabilnie na podeście.

– Uważaj. – Łapię się kurczowo ramion chłopaka i spoglądam za siebie. Prawie zakręciło mi się w głowie. – Nic ci nie jest?

Kręcę głową po czym spoglądam w zielone oczy. Intensywny kolor przenika mnie na wylot, a ja czuję nagły spokój.

– Nic. Dzięki.

Uśmiecha się. Patrzę ponad jego ramię na chatę.

– Czkawka, co ja tutaj robię? I co ty tu robisz? I co to za miejsce? Gdzie Wichura? – Spokojnie. Zaraz wszystko ci opowiem, ale najpierw się odsuńmy od krawędzi. – Przechodzimy na środek. Czkawka podchodzi do Szczerbatka, który domaga się pieszczot z mojej strony. Nie mogę mu odmówić i głaszczę go po ciemnych łuskach. – Powinnaś oszczędzać się puki nie wydobrzejesz. Jesteś poważnie ranna.

– Skąd wiesz? – Nie wiem, czemu jestem tym tak bardzo zaskoczona.

– Bo widziałem tą ranę wczoraj wieczorem. Była naprawdę głęboka. Gothi powiedziała, że wyjdziesz z tego, ale powinnaś odpoczywać.

Ten dom na pewno należy do Gothi. Lekarki, szamanki lub jakiejś babki która zna się na chorobach. Nie ważne. Muszę jej podziękować.

– Wystraszyłaś mnie na śmierć. Bałem się, że…

Nasze spojrzenia się spotykają. Czkawka się zacina, a coś we mnie pragnie usłyszeć koniec zdania. Jednak go nie kończy.

– Nieważne. Dobrze, że się obudziłaś.

Podaje mi leginsy. Nie moje. Są fioletowe. Moje były niebieskie.

– Musieliśmy z Gothi rozerwać ci nogawkę.

Co zrobić? On i Gothi? On?!

– Nie patrz tak na mnie. Mało co się nie wykrwawiłaś. – Wciąż mam ochotę mu przywalić, ale powstrzymuję się tylko dlatego, że musieli. – Pożyczyłem od Szpadki. Poszukała czegoś w szafie i oddała.

– Dzięki za to – podniosłam w ręce spodnie. – I za resztę.

– Drobiazg. Cieszę się, że jesteś cała.

Uśmiechamy się do siebie.

– A Wichura?

– Cała i zdrowa. Zaraz cię do niej zabiorę i wezmę na śniadanie tylko się ubierz.

Odchodzę z powrotem do chaty by założyć leginsy. Ciężko jest z tą nogą nie powiem, ale daję radę. Zapach ziół zaczyna działać mi na nerwy, ale po dłuższej chwili wychodzę z powrotem na zewnątrz.

– Pani pozwoli? – Pomaga mi wejść na Szczerbatka. Z wdzięcznością ślę mu uśmiech. Siada przede mną, a w tej chwili starsza kobieta o siwych włosach wychodzi z domu. Widzę ją pierwszy raz. – Dzięki Gotki. Astrid, wygląda znacznie lepiej.

Staruszka się uśmiecha i opiera o laskę. Odwzajemniam wdzięczna uśmiech.

– Do zobaczenia na zawodach. – Macha kobiecie by kolejno odlecieć.

– Czkawka, powiedz wreszcie gdzie ja jestem.

– Witaj na Berk. Spodoba ci się tu.

Nagle przyspieszają, a ja muszę objąć Czkawkę ciaśniej by nie spać. Oni naprawdę lubią szaleć. Zupełnie inaczej jest gdy oglądasz ich z lądu, a zupełnie inaczej gdy lecisz z nimi. To jakieś wspaniałe szaleństwo.

– Co powiesz na małą wycieczkę?

Staram się panować nad walącym sercem, ale nie umiem. Powietrze jest tak zimnie, że nie mogę swobodnie nabierać powietrza.

– To znaczy? Szczerbatek sam wybiera trasę, a Czkawka nie ma nic przeciwko.

– Pokażę ci arenę. Przygotowaliśmy ją na wyścigi. Bliźniaki trochę nabroiły, ale już wszystko naprawione. A ja… Zrobiłem dodatkowy kosz. Miałaś wziąć udział w wyścigach, ale z tą twoją nogą…

– Nic mi nie jest. Ból jest całkiem znośny.

Spogląda na mnie przez ramię.

– Astrid, nie. Z tą nogą nie ma mowy.

Wzdycham. Nie cierpię, gdy ktoś robi ze mnie kalekę albo się lituje. Dałabym radę.

– Przecież tu chodzi o lot na smoku, a nie bieganiu po trawniku.

Czkawka zawraca Szczerbatka i wracamy do wioski. Do końca drogi nie odzywamy się do siebie, a gdy wreszcie lądujemy on schodzi i chce mi pomóc. Rezygnuję z jego uprzejmego gestu i samodzielnie staję na lądzie.

– Nie bądź zła.

Nie jestem zła.

– Gdzie mój smok?

– Śledzik się nią zajmuje, zaraz ma ją przyprowadzić.

Chcę odejść kawałek i usiąść na kłodzie, ale dłoń szatyna mnie zatrzymuje. Chwieję się, ale on nagle łapie mą talię i stoję. Tuż przy nim. Nasze oczy nie widzą nic poza sobą.

– Znam to spojrzenie. Nie złość się na mnie. Nie chcę tylko, żeby ci się pogorszyło.

Oczy lśnią kolorem. To spojrzenie pełne uczucia troski i niepokoju.

Wzdycham i kręcę głową. Nie potrzebnie się o mnie martwi, ale to całkiem kochane z jego strony. W końcu, dzięki niemu żyję.

– Nie przejmuj się mną. Jestem wojowniczką. Wszystkie rany szybko się goją.

Kącik ust wznosi się, a ja ściskam jego dłonie. Chcę mu dodać pewności, że jest ze mną dobrze.

Gronkiel ląduje nieopodal nas. Na grzbiecie smoka siedzi otyły blond jeździec o szerokim i miłym uśmiechu. Zaraz obok nich ląduje Wichura, a ja prawie zrywam się do biegu by przywitać się przyjaciółką.

– Wichura! Cześć, mała. Tak się cieszę, że cię widzę. – Przytulam ją mocno i głaszczę po nosie. Oglądam ją z każdej strony sprawdzając czy nie jest w żadnym stopniu ranna.

– Wszystko z nią w porządku. Była nieźle wyczerpana, po podróży którą odbyłyście, ale nie ma żadnych poważnych obrażeń.

– Dzięki, że się nią zajęliście. Nie wiem, co bym zrobiła gdyby coś jej się stało.

Ponownie przytulam smoczycę na co odpowiada mi swoim skrzekliwym pomrukiem.

Chłopak – pewnie Śledzik – podchodzi do Czkawki, pozostawiając mnie w towarzystwie Wichury i radosnego Szczerbatka na widok koleżanki.

Nie jestem wstanie podsłuchać rozmowy Czkawki i Śledzika. Szepczą, a ja jestem wystarczający kawałek by ich nie zrozumieć. A jednak mina Czkawki się zmienia z każdym słowem, które wypowiada jego przyjaciel. Nie jest zadowolony. Denerwuje się.

Czkawka

– Jak z Astrid?

– W porządku. Tak mi się zdaje. Nie narzeka i nie kuleje tak bardzo jak myślałem, że będzie.

Obawiałem się, że będzie ciężko z jej nogą, ale skoro nie skarży się i nieźle sobie radzi to chyba jest dobrze. Oby rzeczywiście tak było i nie byłoby to tylko udawanie, żeby ktoś się nad nią nie litował. Ona chyba nie zdaje sobie sprawy w jakim stanie ją znalazłem i co przeżyłem patrząc na jej nieprzytomną osobę.

– Stoick o ciebie pytał.

– Czego chciał?

Błagam niech to będzie błahostka.

– Chciał wiedzieć, czy weźmiesz udział w dzisiejszych wyścigach, czy znowu cię gdzieś nie wywieje. Był wściekły, że nie wróciłeś na noc do domu.

– Skąd wiesz, że nie wróciłem?

– Smark mi powiedział. Siedziałeś u niej pół nocy, a wcześnie rano poleciałeś sprawdzić jak się ma jej smok.

Przeklęta papuga z tego Smarka. Czy on wie, co to dyskrecja? Nie wspomniałem mu, żeby nikomu nie mówił, ale czy on nie potrafi się sam domyśleć? Będę mieć problemy. Znowu.

– Powiedz, że nikt więcej o tym nie wie.

– Wie jeszcze Gothi, ale ona nikomu nie wypapla i…

O nie.

– Jakie i…? – Patrzę na niego w sposób który trudno znieść.

– Valeria wie.

Kto, że co wie?

– Pytała o ciebie. Gdzie tak nagle zniknąłeś i co się stało.

A sądziłem, że Śledzik ma działającą głowę. Rany co za dramat. Chociaż, Valeria chyba nie zrobi z tego afery. W końcu, chciała, żebym powiedział tacie o przyczynie dla której znikam z wyspy. Nie zrobiłaby mi tego. Nie powie mojemu tacie.

– Myślisz, że się wygada? – pyta zielonooki.

– Oby nie, bo będzie źle.

Chcę podejść do blondynki, ale Śledzik mnie zatrzymuje.

– Co chcesz zrobić?

Serio? Co chcę zrobić?

– Aktualnie chciałbym zabrać Astrid na śniadanie i przygotować się do wyścigów. A potem… potem się zobaczy.

Podchodzę do Astrid. Podnosi na mnie wzrok.

– Pewnie jesteś głodna.

– Trochę.

Uśmiecha się do mnie, a ja prowadzę ją do drzwi. Śledzik już odleciał ze Sztukamięs. Szczerbek i Wichura zajmą się sobą, więc się nie martwię.

– Masz jakieś specjalne życzenia? – pytam po wejściu do domu. Kieruję się do części kuchennej by wziąć się za przygotowywanie jedzenia.

– Nie jestem z tych, którzy wybrzydzają.

Śmieję się i wyjmuję bochenek chleba. Kroję go i biorę się za warzywa i ser.

– Zupełnie inaczej sobie to wyobrażałam.

– Co masz namyśli? – Spoglądam na nią przez ramię. Siedzi w fotelu nakrytego futrem z wilka. Wzrusza ramionami.

– Nie wiem. Może to, że inaczej pojawię się na twojej wyspie z szansą wystartowania w zawodach.

– Właśnie. Co ci się stało? Z kimś walczyłaś? Podobno wojowniczka Astrid jest niepokonana.

Nakładam gotowe kanapki na talerze i niosę do stołu. Zatrzymuję się jednak w połowie drogi i patrzę na blondynkę. Na jej twarzy ilustruje się smutek i złość. Odkładam talerze na blat i podchodzę do dziewczyny.

– Astrid, stało się coś złego? – spokojnie zadaję pytanie, choć serce drży mi w piersi z niepokoju. Odnajduję jej niebieskie szklane spojrzenie. Zaczynam się bać.

– Nic. Wszystko gra.

Wstaje i mija mnie. Podążam za nią wzrokiem i wiem, że coś jest nie tak.

– Nie musisz kłamać. – Nie patrzy na mnie, ale jej dłonie zaciskają się w pięści. Chcę ją złapać za rękę, lecz jakaś niewidzialna siła mnie powstrzymuje.

– Tata chciał pozbyć się Wichury. – zamieram, słysząc słaby głos wojowniczki. Staję przed nią w ułamku sekundy.

– Co? Dlaczego?

– Wkurzył się. Krzyczał, że łamię wszystkie zakazy. Opuszczam wyspę, latam, znikam bez słowa. Czepiał się wszystkiego. Chciał ją zastrzelić, bo myśli, że wszystko przez nią, bo dzięki niej mogę opuszczać Sollar.

Nie mogę oddychać.

– Związał ją. Zabrał mi topór. Nie mogłam go powstrzymać, ani mama. Strzelił i… zasłoniłam ją.

Kryje twarz w dłoniach. Biorę ją w ramiona i dopiero teraz czuję jak drży. Nie chce mi się wierzyć, że jej ojciec był wstanie zrobić coś takiego. Przyciskam ją bardziej do siebie, by trochę uspokoić. Płacze tak cicho, że zdaje się wcale.

– Jak ty byś się czuł, gdyby twój ojciec próbował zabić Szczerbatka, bo dzięki niemu czujesz się szczęśliwy i wolny?

Odnajduje moje oczy. Wyciera szybko policzki jakby nie chciała ich pokazać.

Nie wiem jak odpowiedzieć na pytanie, które mi zadała. Czułbym się fatalnie, źle, jak wrak. Szczerbatek jest częścią mnie. Nie wyobrażam sobie, że mógłbym go stracić. Jest moim najlepszym przyjacielem. Dzięki niemu czuję, że mam po co żyć.

Oczy blondynki są czerwone. Mruga kilkukrotnie, aby pozbyć się słonych kropelek i wciąga głęboko powietrze. Ponownie przytulam ją do siebie i nie pozwalam się uwolnić, póki nie powraca spokój.

– Jestem wojowniczką. Wojowniczki nie płaczą.

– Kto ci nagadał takich bzdur?

Uśmiecham się spoglądając jej w oczy. Uśmiecha się i pociąga nosem.

Astrid

Zatrzymujemy się przed wejściem na arenę. Trybuny są zapełnione, a szum rozmów ogłuszający. Już lecąc na smoku zauważyłam, że publiczność jest naprawdę wielka. Chyba cała wioska się zebrała, aby obejrzeć widowisko, które ich zdaniem jest ulubionym wydarzeniem i cała wioska angażuje się by było wspaniałe. Nie jestem przyzwyczajona do takich uroczystości.

Pierwsza osoba, którą rozpoznaję jest Śledzik. Stoi przy swoim smoku. Twarz ma umalowaną kolorem pomarańczowym i zielonym. Wzór przypomina obręcz, albo tarczę. Jego smok również jest pomalowany.

Rozglądam się i mój wzrok napotyka Koszmara Ponocnika na którym siedzi umięśniony, choć niższy chłopak. On także ma na twarzy farbę, lecz tym razem żółtą i czerwoną.

Na Zębirogu Zamkogłowym siedzą dwie osoby. To chyba bliźnięta. Tak, jeden to chłopak, chyba Mieczyk, a dziewczyna Szpadka. Blondynka nawet ładne ma rysunki, ale żółto-czarna maska, którą stworzył sobie jej brat jest naprawdę straszna. Cóż może to dodaje mu pewności siebie? Nie mam pojęcia i nie interesuje mnie to.

– Obudziłaś się. Jak się cieszę. Przytomna jesteś jeszcze piękniejsza.

Powracam spojrzeniem do bruneta. Robi dziwną minę, jakby chciał uwieźć dziewczynę swoim urokiem osobistym, którego zresztą nie posiada.

– A ty jesteś? – Wstyd się przyznać, ale nie pamiętam jego imienia. Resztę znałam z opowiadań Czkawki, ale…

– Sączysmark Joregnson. Miło cię poznać ptaszyno. To ja cię uratowałem.

Patrzę na Czkawkę i szukam wyjaśnienia, ale on tylko rzuca chłopakowi mordercze spojrzenie, takie które z łatwością przygniotłoby do ziemi.

– Dobra. Znalazłem, ale to też się liczy. Gdyby nie ja…

– Dziękujemy Smarku, za twoją niezastąpioną pomoc. Naprawdę jesteś debeściak. – Czkawka mu przerywa i Szczerbatek staje blisko Wichury.

– A ty Astrid, bierzesz udział w wyścigach? – słyszę zachrypnięty damski głos. Patrzę na Szpadkę i już chcę coś powiedzieć, kiedy Czkawka znowu się wtrąca.

– Astrid ma… – Odwraca do mnie wzrok. Nie mogę wydusić z siebie żadne prośby, protestu, niczego. Tylko patrzę na niego, aż z westchnieniem obraca się z powrotem do dwójki jeźdźców. – Astrid jest świetna. Jest zwinna, szybka i zna całkiem niezłe triki. Z łatwością może wygrać.

– O ile jej na to pozwolisz. – Mieczyk i Szpadka przybijają sobie piątkę chrumkając w śmiechu.

Nie wierzę w to co powiedział Czkawka. Naprawdę uważa, że jestem taka dobra? Czy powiedział to tylko po to by nie było mi przykro, że nie mogę wystąpić?

– Ile zostało do rozpoczęcia?

– Z jakieś dziesięć minut. – odpowiada Śledzik.

Czkawka zawraca Szczerbatka i pokazuje dłonią bym poprowadziła za nimi Wichurę. Jestem naprawdę ciekawa co on kombinuje. Lecimy dosłownie mały kawałek od areny.

– Wolisz niebieski, czy zielony? – zadaje mi pytanie, gdy wyskakuje z siodła i podbiega do wiader.

Nie wiem co jest grane.

– W sensie? – Opuszczam siodło i podchodzę do szatyna.

– Biorąc udział w wyścigach malujemy twarze. Dla efektu i zabawy. Jasne, nie musisz, ale my tak robimy. To jak, który chcesz kolor?

Zamieram w zaskoczeniu.

– Chcesz, żebym wzięła udział w zawodach?

Drapie się po karku i uśmiecha. Znam to. Ten gest wskazuje na zakłopotanie. Tylko czym?

Wzdycha i odnajduje moje oczy.

– Powiedz mi tak szczerze, naprawdę czujesz się dobrze?

– Tak. Już ci mówiłam.

– I wcale nie mówisz tego tylko po to by mnie przekabacić.

Mrugam zdziwiona tym pytaniem. Nagle poczułam się jak… Szczerbatek albo Wichura prosząc o rybę.

– Czkawka, za kogo ty mnie masz? – podpieram się o boki.

– Za upartą dziewczynę. – Moczy palec w niebieskiej farbie. Zbliża ją do mojej twarzy. – Zamknij oczy. – Rozluźniam się i staję spokojnie. – Tak sobie myślę, że powinnaś mieć rysunek z pazurem, ale wolę ci zrobić coś delikatniejszego. Może motyl?

– Dlaczego motyl? – Nie mogę powstrzymać śmiechu rozbawienia.

– Bo w głębi duszy jesteś delikatna jak skrzydła motyla.

Otwieram oczy w chwili, gdy palec Czkawki zatrzymuje się przy mojej skroni. Jest tak blisko. Widzę każdy szczegół. Mały zarost na jego szczęce. Oczy koloru lasu pełne uczuć. Drobną bliznę na brodzie. Minimalne piegi na nosie i policzkach.

Jego wzrok wędruje od moich oczu do nosa i niżej. Moje usta drżą i może on tego nie widzi ja czuję jak krew buzuje mi w żyłach.

– Astrid… – Przymyka powieki, a ja robię to samo.

Nie wiem co właściwie wyprawiamy. Co my robimy?

– Skończyłeś tego motyla? – szepczę.

Budzę go z transu w jaki wpadliśmy oboje. Zamyka oczy, uśmiecha się i kiwa głową. Wypuszczam powietrze przez nos i odsuwam minimalnie, alby nie czuć jego ciepłego oddechu na policzku.

– Prawie. – Odwraca się macza palec w żółtej farbie i ponownie zbliża rękę do mojej twarzy. Zamykam oczy. Kończy dzieło tworząc mi na brodzie jeszcze odwrócony trójkąt w dwóch kolorach. – Gotowe. Mam nadzieję, że ci się spodoba.

– Zaraz się okaże.

Podchodzę do wiadra z czystą wodą i oglądam swe odbicie. Ukłoniłabym się sama przed sobą, bo dzieło Czkawki jest naprawdę świetne. Ma talent w rysunku i malunku.

– Podoba mi się. Jest super. Dzięki. – Drapie się w kark. Gest zakłopotania. Uśmiecham się i moczę palce w czerwonym wiadrze. Podchodzę do niego. – Twoja kolej.

– Nie. Ja raczej…

– Mówiłeś, że to dla efektu i zabawy. Nie zrobię z ciebie klauna.

– No co ty, wcale tak nie myślę. – Śmieje się, ale ja mu nie wierzę.

– Wyluzuj.

Przyciskam palce do jego policzków i maluję czerwone paski. On zaciska powieki jakby w strachu, że coś mu zrobię. Nie mogę powstrzymać chichotu.

Zabieram ręce i podziwiam swoje jako takie dzieło. Czuję jak farba schnie mi na palcach, a Czkawka otwiera oczy. Śle mi spojrzenie i podchodzi do czystej wody w wiadrze by obejrzeć się.

– Arcydzieło. Takich równych kresek nawet ja nie zrobię.

Powstrzymuję uśmiech i udaję obrażoną.

– Chcesz mnie urazić?

– Skąd. To był komplement.

Staje przede mną i jakoś nagle moje dłonie są ściskane przez Czkawkę. Uśmiech prawie powala mnie na kolana.

– Nie powinnaś brać udziału w zawodach. Ta twoja rana wciąż jest świeża i powinnaś się oszczędzać, ale sam nie mogę usiedzieć na miejscu dłużej niż to wymaga, więc nie będę cię powstrzymywać. Bliźniaki i Sączysmark to mieszanka wybuchowa, a na wyścigach to już w ogóle. Robią wszystko byle wygrać. Lubią rywalizację. Dlatego, proszę uważaj.

– Nie musisz się już o mnie martwić.

– Jakoś nie umiem przestać.

Oczy mu się świecą jak dwa szmaragdy. Czuję jak moje kąciki ust bezwładnie się unoszą. Staję na palcach i sięgam ustami jego policzka pozostawiając na nim najdelikatniejszy pocałunek.

Rozdział 9

Czkawka

Czasami naprawdę nie mogę zrozumieć swojego toku myślenia. Co mam w tej głowie, że wysyłam Astrid na tor wyścigowy z ludźmi, którzy nie znają hamulców. Przecież, kiedy zaczynają się ścigać są gotowi podpalać siebie nawzajem byle odnieść sukces. Cóż jesteśmy wikingami, powinienem wreszcie pogodzić się z tym, że taką mamy naturę. Może raczej większość. Jestem wyjątkiem.

Lądujemy przed wejściem na arenę. Zastajemy ciszę między jeźdźcami, którzy z uwagą słuchają mojego ojca. Czekają na wywołanie. Odwracają na nas oczy tylko po to by wypowiedzieć głuche wow.

Tata kończy swój monolog rozpoczynający wyścigi i kolejno wylicza zawodników. Ci kolejno wylatują by pokazać się publiczności.

– W wyścigach biorą udział Sączysmark Jorgenson, Szpadka i Mieczyk Thorstonowie, Śledzik Ingerman i mój syn Czkawka Haddock! Przywitajmy ich gorąco!

Szczerbatek zabiera mnie na górę i ryczy na powitanie. Wystrzeliwuje plazmę w niebo. Tata próbuje uciszyć publiczność.

– Szukacie owiec po wyspie i uzupełniacie swoje kosze. Podczas ostatniej rundy wystrzelimy czarną owcę, która zgarnia dziesięć punktów i kończy rozgrywkę.

– Wszystkie chwyty są dozwolone – Mieczyk się rechocze z siostrą.

– To ma być czysta i ładna gra.

Zawsze to samo. Tata musi się nauczyć, że bliźniaki i Smark nigdy nie grają fair play.

– Niech się zaczną…

Dociera do mnie, że nie wywołał Astrid. Budzę się i prowadzę Szczerbatka do taty.

– Mamy jeszcze jednego zawodnika. – Tata marszczy brwi i mierzy mnie wzrokiem w siodle.

– Kogo?

– Zaproś Astrid.

Jeszcze bardziej jest zaskoczony. Pyskacz, Gothi, Sączyślin, oraz goście honorowi Valeria i jej brat Harris. Patrzą na nas z ciekawością. Nie mogę powstrzymać radości, która ukazuje się na mojej twarzy.

– Jaką, Astrid?

– Spodoba ci się.

Tata wzdycha, ale ostatecznie wywołuje blondynkę.

– Uwaga, zaszły małe zmiany. W wyścigach weźmie udział jeszcze jedna zawodniczka. Astrid, zapraszamy!

Odwracam twarz ku wyjściu. Raz… dwa… JEST! Wichura wlatuje na arenę. Robi beczkę w górę i zatrzymuje się między jeźdźcami. Wszyscy są zaskoczeni widokiem dziewczyny. Jury, widownia… Tylko Valeria patrzy na mnie z uznaniem i mruga do mnie pokazując kciuka w górę.

– Skoro wszyscy już są to chyba możemy zacząć. Niech się rozpoczną wyścigi smoków!

Ogłuszający dźwięk rogu rozpoczyna rozrywkę.

Zakręcam, gdy widzę, że jeźdźcy rozpraszają się w powietrzu i lecą szukać owiec. Docieram do blond wojowniczki i staram się przekrzyczeć widownię.

– Szukamy owiec. Cała wyspa jest do dyspozycji.

Nic nie mówi. Wichura macha skrzydłami i znikają mi z oczu w kilka chwil.

– Pokażmy im kto tu rządzi, mordko – klepię smoka po głowie, a on z rykiem opuszcza akademię by szukać punktów do wygranej.

Poziom trudności gry jest trudniejszy niż kiedyś. Jeźdźcy z Berk są naprawdę świetni. Radzą sobie z wrogiem, a szukanie owiec jest błahostką. Tylko trzeba trochę się namęczyć. Na przykład przeszukać pół lasu, całą wioskę, a nawet zakamarki. Musimy się posługiwać nie tylko zmysłami smoków, ale i własnymi. Mieczyk uważa, że wszystkie chwyty są dozwolone. Samrk, że możemy się nawet pozabijać (oczywiście w przenośni).

Próbuję odgonić myśli od Astrid, która samotnie szuka białych puchatych punktów. Nie to, że wątpię w jej zdolności. Jest naprawdę bystra i uważna. Pierwsze nasze spotkanie o mało co nie pozbawiło mnie życia.

Coś rusza się w krzakach przed nami.

– Tam, Szczerbek, łap ją!

Mordka robi beczkę zbliżając się do ziemi. Chwytam owcę, by następnie wygodniej i bezpieczniej ułożyć się w siodle, gdy Szczerbek zmierza w kierunku chmur. Wciągam zimne powietrze.

– Super, Szczerbatek!

W ciągu kilku sekund wracamy na arenę, a ja wrzucam owcę do swojego kosza. Przyglądam się pozostałym. Tylko bliźniaki mają dwie. Zakładam, że to sprawka Smarka, albo Śledzika. Szczerbatek wraca do wyścigu znikając z akademii.

Ciekawe jak radzą sobie pozostali?

Astrid

Postanowiłam poszukać owiec w wiosce. W sumie nie mam pojęcia gdzie co jest, ale chyba sobie z Wichurą poradzimy. Rozglądam się poszukując puchatej chodzącej chmurki. Jest! Widzę jedną, a może dwie… trzy… jest ich więcej! Schowały się między domami. Wichura podlatuje pędem, nachylam się i łapię owieczkę pod pachę.

– Tak! Wracamy mała.

Wichura wydaje z siebie skrzeczenie zadowolenia.

Docieramy na miejsce. Wrzucam trzecią owcę do swojego kosza. Wizerunek niebieskiego Zębacza na klapie przywołuje mój uśmiech. Patrzę na pozostałe, gdy szykujemy się do następnego szukania. Zielony należy do bliźniąt – widzę sześć owiec. Czerwony jest Smarka i zastaję pustki, tak samo jest z koszem Śledzika. Ostatni kosz należy do Czkawki gdzie widnieje wizerunek Nocnej Furii, ma siedem owiec.

– Lecimy po kolejne. – mówię do smoczycy. Odpowiada mi warkotem wykonując polecenie.

– Hej, mała, zaczynamy zaraz drugą rundę. – Odwracam twarz za siebie, ale nie zatrzymuję Wichury. Zauważam Smarka. Ten gość zaczyna mi działać na nerwy, choć go dobrze nie poznałam. – Tylko trzy owce? Słabo ci idzie. Może potrzebujesz małej pomocy?

– Obejdzie się.

Wichura przyspiesza wzbijać się w górę. Moje oczy zauważają jak czarny smok przecina obłoki, a Nocna Furia wydaje z siebie znajome brzmienie jakby zaraz miał wystrzelić plazmę. Czkawka i Szczerbatek mijają nas w zawrotnym tempie i uzupełniają swój kosz kolejnymi owcami. Wrzucili dwie.

– Hahaha! Bliźnięta mają siedem, Astrid wbiła trzy, Śledzik i Sączysmark ani jednej, no a Czkawka dziewięć! Świetne wyniki! Ostatnia rundka!

– Naprawiłeś wyrzutnię? – Smark pyta Czkawki, który leci kawałek ode mnie.

– Powinna działać. Razem z Pyskaczem sprawdziliśmy ją chyba z dziesięć razy. Nie zapowiada się, że są z nią problemy.

Słychać potężny dźwięk rogu.

– Się zaczyna. Uwaga, zaraz wystrzeli!

Każdy bacznie się rozgląda i szykuje do wystartowania. I jest! Wichura wyrywa się do lotu i pędzi pełną parą by złapać zlęknione zwierze.

– Wyżej, wyżej, wyżej! Wyprzeda mnie Śledzik i łapie je w ręce, po czym rzuca ją Szpadce. – Nie!

– Brawo, Sztukamięs! Moja jest za dziesięć!

– Tak! Czarna owca. – Zębiróg przyspiesza.

Czkawka goni Zębiroga, pędzę za nim, a za nami chłopcy.

– Co jest? Gracie na Szpadkę? – Obracam się w siodle i piorunuję wzrokiem Smarka.

– Moja księżniczka dostaje wszystko czego chce.

Szpadka?! O czym on mówi?!

Wlatujemy wszyscy do stajen pełnej smoków.

– Dalej Wichura, nie poddamy się tak łatwo!

Wylatujemy i pędzimy na arenę. Bliźniaki zaczynają się szarpać. To moja szansa.

– Może teraz moja kolej!?

– Ej! Ona jest moja!

– Oddawaj zwierza!

– Zawsze wszystko spaprzesz!

Staję na grzbiecie Wichury. Przybieram pewniejszą postawę i szykuję się do biegu. Jestem tuż za nimi.

Czkawka

Rytm mojego serca przyspiesza, kiedy widzę do czego szykuje się Astrid. Może to mi się tylko zdaje. Zagapiłem się w słońce i teraz mam zwidy.

Mrugam i… jednak nie. Co ona wyprawia!?

– Astrid!

Wskakuje na grzbiet Wyma i Jota. To dzieje jak w zwolnionym tempie. Biegnie. Mieczyk i Szpadka szarpią owcę jakby mieli ją rozerwać na dwie części. Astrid łapie owcę robiąc salto, uśmiecham się, ale moje szczęście mija w chwili, gdy chce wylądować na smoku. Potyka się i zamiast wskoczyć do siodła spada. Leci w dół.

– Szczerbatek, szybko!

Wiedziałem, że to głupi pomysł pozwalać jej się ścigać. Jest przecież ranna.

Mordka pędzi nurkując za blond wojowniczką. Wypuściła owcę. Nie patrzę nawet gdzie jest Wichura. Pewnie leci za nami.

Jeden… dwa… Podnoszę się w siodle i łapię Astrid centralnie w ramiona. Szczerbek chwyta w łapy owcę.

– Mam cię – Astrid błądzi wzrokiem po mojej twarzy jakby nie mogła uwierzyć, że żyje.

– Czkawka za tobą…

– Co? – odwracam głowę. Gwałtownie się schylam przygniatając blondynkę do Szczerbatka. Niech no tylko skończą się wyścigi, a Smark nie wstanie na równe nogi. – Zwariowałeś?!

– Oddawaj czarną owcę!

– Za nic w świecie. – Poprawiam się. – Astrid, siadaj za mną. No już!

Siada za mną. Z trudem omijamy pozostałych jeźdźców. Szczerbatek leci z prędkością światła.

– A teraz poszukamy, Wichury.

– Tam! – Wskazuje mi smoczycę pędzącą w naszą stronę. Zwalniamy, Szczerbek się odwraca wolno, by dać naszej pasażerce leszy manewr do wyskoku.

– Świetnie, a teraz do koszy!

Szczerbatek ryczy oznajmując, że się zbliżamy. Mieczyk wygląda jakby chciał mi wydrapać oczy, Smark, chce walnąć mnie młotem, a Sztukamięs leci na nas pełną parą.

– Szybciej, mordko, damy radę. Dawaj, dawaj!

Beczka w dół, pod mostek, skok i strzał dziesięciu punktów.

Koniec gry.

– Trzynaście! Astrid, zwyciężyła!

Uśmiecham się i patrzę na zdumioną dziewczynę. Słychać owacje widowni, krzyki, gwizdy. Patrzy na wszystkich wokoło, odnajduje mnie i zszokowanym spojrzeniem mnie mierzy. I nie wiem co myśleć, czy się cieszy, czy chce mnie zabić.

– Co to miało być, Stoick? – Dyskretnie spoglądam na miejsce jury. Harris wygląda na niezadowolonego, a to wprawia ojca w spięcie. – Czy to zgodne z regułami?

– Tak. Raczej tak.

Spojrzenie moje i Harrisa się spotyka. Czuję jak duma przepływa po mnie prądem.

Szczerbatek ląduje. Opuszczam jego grzbiet i przytulam. Jest najlepszy i nic tego nie zmieni.

– Świetnie nam poszło, co?

Burczy rozchylając mordkę. Widząc różowe dziąsła śmieję się i głaszcze nos smoka. Nagle coś mnie popycha. Astrid. Wściekła Astrid. O kurcze!

– Hej, co tu się dzieje? Dlaczego, wrzuciłeś owcę do mojego kosza? Myślisz, że bym sobie nie poradziła?!

Naprawdę tak myślała?

– Słuchaj… No posłuchaj mnie przez chwilę…

Łapię jej ręce, żeby mnie nie biła. Niebieskie oczy lśnią, jakby płomienie chciały rozpętać we mnie pożar.

– To była twoja owca.

– Wiesz, że nie. Ty ją złapałeś i powinieneś wrzucić ją do swojego kosza.

Nie wierzę. Po prostu nie mogę.

– Prawie się zabiłaś, prosiłem, żebyś uważała. Miałaś lecieć na smoku, a nie…

– Wichura by mnie złapała. Nie potrzebowałam twojej pomocy.

Odwraca się. Odchodzi. Wypuszczam trzymane powietrze. Odprowadzam wzrokiem Wichurę i Astrid. Myślałem, że się ucieszy z wygranej, a tymczasem się wściekła, bo miałem dobre chęci.

– Czkawka! – Patrzę na tatę, jest wysoko nade mną. Ta mina świadczy o tym, że czeka mnie rozmowa. – Dobry wyścig, synu.

Fajnie słyszeć ironię w jego głosie. W prawdzie, pewnie jest zachwycony moim i Szczerbatka lotem, akrobacjami i szybkością, ale widzę w jego oczach ciekawość i złość.

– Lećmy stąd mordko. Dokądkolwiek.

Astrid

Zamykam oczy by choć przez chwilę poczuć ciszę i spokój. Tylko ja, Wichura, lot i niebo pomiędzy nami. Nie jestem zła. Nie czuję żadnej wściekłości. Ani żalu, ani też wstydu. Wolałabym już czuć upokorzenie, ale nic takiego mnie nie dręczy. Za to przyczepiło się mnie szczęście. Uczucie takiego zachwytu, że uśmiech wygrywa i rozchyla moje usta w delikatny łuk.

Metry, wysokości, świst wiatru, krzyk ludzi i tylko ramiona, które mnie łapały bym nie uderzyła w zimną taflę wody. Całkowicie zatraciłam się w bezpiecznych ramionach. Są tym czego chcę. Oczy koloru lasu, trawy, pełne spokoju i determinacji. Ten jedyny pojawiający się zawsze tam, gdzie go potrzebują.

– Złapałabyś mnie. Wiem, że byś zdążyła. Nie musiał nam pomagać.

Wichura odpowiada warkotem. Głaszczę jej niebieskie łuski.

– Popisał się, nie wiem co chciał udowodnić. Jeśli myśli, że jestem mu wdzięczna za ten głupi rzut to jest w błędzie. To nie była, żadna wygrana.

Siedzę na trawie, Wichurka leży za mną drzemiąc. W ciszy wpatruję się w niebo przybrane różnymi odcieniami czerwieni i żółtego. Gdzieniegdzie sunęły chmury, wiatr bawi się od czasu do czasu moimi wolnymi blond kosmykami.

Zastanawiam się co będzie. Nie jutro albo za kilka dni. Wiem, że nie wrócę do domu, a na pewno nie na dobre. Wiem też, że Brietta została sama, jeśli ojciec się dowie w czym mi pomagała ukarze ją. Może wtrącić ją do więzienia na Sollar. Może kazać jej opuścić wyspę, a to byłoby dla niej najlepszą opcją. Mama pewnie się zamartwia, odchodzi od zmysłów i wścieka się na ojca za to co zrobił. A tata? Zapewne wszystkich postawił na nogi by mnie szukali. Nie mogę się ukrywać na Berk. A nuż ktoś się dowie i powie ojcu, o ile sam tego nie odkryje i Czkawka będzie w poważnych tarapatach?

Słyszę trzepot skrzydeł, Szczerbatek ląduje swoimi łapami na trawie, a Czkawka ściąga hełm wypuszczając swoje rdzawo-brązowe włosy na zewnątrz. Powracam do oglądania zachodu słońca udając, że nie przejmuję się jego wizytą na jak on to określił, mojej wyspie.

– Szukałem cię, wiesz?

– I znalazłeś. Gratuluję.

– Mogę się dosiąść? – Stoi nade mną i ani drgnie. Wzruszam ramionami z obojętną miną. Jasne, że chcę by usiadł. – Chcę pogadać o wyścigach. – Siada koło mnie. Rzuca hełm obok kolana.

– Niezłe przedstawienie.

Czuję jego spojrzenie na sobie. Pytające, smutne, zakłopotane. Możliwe, że mi się tylko wydaje.

– Nie zrobiłem tego dla popisu. Już mówiłem to była twoja owca. Gdybyś nie spadła, sama byś ją wrzuciła do kosza. Wyszło inaczej, mam cię przepraszać, bo wygrałaś?

– Bo zrobiłeś to za mnie.

Wbijam w niego swoje spojrzenie. Jestem wściekła z powodu tego co zrobił. Jestem zachwycona tymi zielonymi oczami.

– Zgoda. Przepraszam. Lepiej?

– Zdecydowanie nie. – Zamykam oczy i opieram się o brzuch Wichury.

– Następnym razem nie będę ci pomagał, pasuje?

– Sądzisz, że wezmę udział w następnych wyścigach?

– Mam nadzieję. Chyba chcesz się odegrać za dzisiaj.

Śmieję się w duchu, a moje usta wyginają się w uśmiechu.

– Może. – Otwieram oczy i widzę pół uśmiech szatyna. – Chyba zapomniałeś mi o czymś wspomnieć.

– O czym?

Wracam do pozycji siedzącej. Szczerbatek układa się obok Wichury, ale mordkę kładzie mi na kolanach. Głaszczę jego ciemne łuski, a on zamyka swoje duże zielone oczy.

– Jesteś synem wodza, tak czy nie?

– Nie mówiłem ci? – śmieje się drapiąc w kark. Nie mówił mi! – Popatrz, wypadło mi z głowy.

Wypadło mu z głowy?!

– Dlaczego nic nie powiedziałeś? – powinnam go zdzielić za tak beznadziejne wytłumaczenie się, ale tylko pytam.

– Bo… bo to nie jest takie ważne. Jestem zwykłym Czkawką. Tym ciamajdą znaną od maleńkości. Popychadłem i nikim szczególnym w tym małym społeczeństwie Berk.

– Dlaczego tak o sobie mówisz? Każdy cię podziwia, zachwyca się twoim lotem z Nocną Furią, jesteś…

– Właśnie. Gdyby nie Szczerbatek pewnie skończyłbym w kuźni naprawiając zardzewiałą broń, która by kończyła życie smoków. Ale jest moim najlepszym przyjacielem i dzięki niemu mam po co żyć. Co nie, mordko? – Głaszcze swojego wierzchowca. Szczerbek pomrukuje zadowolony z dotyku swojego przyjaciela. – Jestem mu naprawdę wdzięczny, że jest przy mnie.

Podnoszę wzrok na chłopka i nagle w mojej głowie robi się bałagan.

– Ciężko miałeś jako dzieciak, zgadza się?

– A tam, jakoś to minęło. – Wzrusza ramionami jakby to nie było nic szczególnego.

– Wiesz dobrze, że nie pytam o to.

Wzdycha i zmienia pozycję.

– Tata ciągle był czymś zajęty, więc wysłał mnie do Pyskacza, abym pomagał mu w pracy i przy okazji się czegoś nauczył. Pamiętam, że chciałem zawsze zabłysnąć w oczach ojca. Całe życie starałem się, żeby był ze mnie dumny. Każdy na Berk sądził, że przynoszę kłopoty i nic ze mnie nie będzie. Dosłownie każdy. Próbowałem przekonać wszystkich, że potrafię zabijać smoki, że je łapię, ale nikt mi nie wierzył. Aż wreszcie się udało, trafiłem jednego i zamiast pokazać tacie martwego smoka i wreszcie poczuć się docenionym przez niego, oszczędziłem smoka i zyskałem przyjaciela.

– Jak twój tata się dowiedział o Szczerbatku?

Zwraca ku mnie spojrzenie.

– Mamy czas, a ja chcę wiedzieć jak kończy się wasza historia. – mówiąc to pokazuję również na spoczywający łeb smoka na swoich kolanach.

– Pozbawiłem Szczerbatka ogona, więc musiałem zrobić mu sztuczną lotkę. Uczyłem się z nim latać. Wzbijaliśmy się, spadaliśmy i zawsze jakoś wychodziliśmy z naszych lotów cało. Poznając Szczerbatka zacząłem poznawać inne smoki. Gdy zaczęło się smocze szkolenie, gdzie uczyliśmy się pokonać smoki, jakoś poskramiałem je nie robiąc im krzywdy. Dla innych było to dziwne, innym się podobało. Wygrałem ze Smarkiem. Miałem zabić Koszmara Ponocnika. Chciałem go oswoić. Prawie mnie rozerwał na strzępy, bo tata go wystraszył. Gdyby nie Szczerbek pewnie bym zginął. Oczywiście złapali oba smoki, a ja… Ja maiłem kłopoty, ojciec się wściekł, ja wypalałem, że wiem gdzie jest smocze leże, jaie znaleźliśmy z Mordką przez przypadek, a tata nie dość, że zabrał mojego przyjaciela i zrobił z niego drogowskaz to naraził siebie i wszystkich na śmierć. Mówiłem mu, że ten smok to potwór, coś z czym nie da się walczyć, ale nie chciał słuchać. Nie mogłem tak po prostu siedzieć na Berk i pozwolić na to by doszło do tragedii. Smark, bliźniaki i Śledzik zaoferowali się, że mi pomogą. Razem dotarliśmy na wyspę w trakcie, gdy toczono wojnę z Czerwoną Śmiercią. Uwolniłem Szczerbatka i razem stawiliśmy czoła skrzydlatej śmierci. To było piekło. Totalna makabra jaką cudem przeżyliśmy. Dopiero po tym koszmarze, tata zrozumiał, że pora zakończyć wojnę ze smokami.

Siedzę zdumiona w bezruchu. Wpatrzona w Czkawkę jak w eksponat opowiadający swoją przeszłość. Tak trudno uwierzyć, że przeszedł przez coś tak strasznego. W porównaniu ze mną przeżył koszmar. Splatam z nim palce. Patrzy mi w oczy.

– Później jakoś wszystko się ułożyło. Powstała grupa Jeźdźców smoków. Odkrywanie nowych gatunków smoków. Nowi ludzie, nowe przygody, nowe doświadczenia. Świat stał się większy.

Uśmiecha się. Nie widać w tym uśmiechu żadnego fałszu. Tyko oczy są jakieś nieobecne, jakby zgubione i poszukujące czegoś w moich. Ściska moją rękę.

– Teraz tata chce mnie zrobić wodzem. Jakby od tego wszystko zależało. Jego życie, moje, los Berk i całego świata. Nie rozumie, że ja tego nie chcę, że… Nie jestem gotów.

Odwraca wzrok i puszcza moją rękę. Przeczesuje włosy palcami i wstaje.

Wciągam powietrze, a Szczerbek podnosi głowę wędrując wzrokiem za swoim jeźdźcem.

– Moim ojcem też jest wódz.

– Co?

– Yhm, ale, jakoś nie bardzo przywiązuję do tego wagę. – Zatrzymuje się, a ja odwracam się do niego twarzą. Stoi całkiem niedaleko. – Przypomina mi o tym tylko wtedy, gdy się narażam. Że powinnam się zachowywać, pamiętać o tym kim jestem, o tym, że powinnam się uczyć jak być w przyszłości najlepszym przywódcą.

Śmiejemy się.

– Słuchaj tego, to ci się spodoba. – Zamieniam się w słuch. Czkawka wypina pierś do przodu wciąga świstem powietrze i robi poważną minę, która szczerze mnie bawi. – Jesteś chlubą Berk synu. Jestem z ciebie dumny.

Nie mogę się powstrzymać.

– A ty pewnie na to: No, dzięki tato w sumie też jestem pod swoim wrażeniem. – Również staram się być dostojna przy czym gestykuluję rękami, a on się śmieje.

– Ej weź, ja nie macham tak rękami.

– Tak, jasne, a to co to miało być? – Wskazuję na jego ramiona, które ciągle są pobudzone w czasie odgrywania postaci. Kuca przede mną by złapać moje ręce.

– No już. Koniec. – Z trudem powstrzymuję się od śmiechu.

– Co jeszcze?

Kręci głową. Kontynuuje przemowę pod postacią swego ojca.

– Jesteś już dorosły. Każdy wódz życzyłby sobie takiego następcy, więc postanowiłem zrobić cię wodzem. – Przerywa i pokazuje na mnie palcem. Mówi swoim głosem: – W bardzo krótkim czasie. – I znów wraca do głosu taty. – Będziesz się pojawiał na wszystkich radach, brał udział w każdym ważnym i mniej ważnym wydarzeniu. Znalazłem ci żonę…

– Żonę?

Zastyga w bezruchu i odwraca się do mnie zdając sprawę z tego co powiedział. Obym się przesłyszała.

– Ma na imię Valeria i jest piękną dziewczyną, naprawdę bardzo miłą, ale… – Siada obok mnie, a ja nie wiem czy chcę dalej prowadzić tą rozmowę. – To nie jest to. Znaczy, mam na myśli, że…

Patrzenie w zielone oczy upewnia mnie w tym, że coraz bardziej się zatracam. Coraz bardziej czuję jak moje serce bije w rytmie, który wywołuje jedna i ta sama osoba.

– Kochasz inną?

Topi zieleń w mych niebieskich oczach. Rozchyla usta jakby brakło mu tchu. Jakimś sposobem jest bliżej niż wcześniej. Tak jak wtedy, gdy malował mi twarz…

Wstaje. Mała igiełka wbija mi się w serce. Zamykam oczy by odwieść od siebie myśl, która zrobiła mi z mózgu papkę.

– Powinniśmy wracać. – Wyciąga do mnie rękę. Bez wahania chwytam go i staję na równych nogach. Szczerbatek się przeciąga. – Tata pewnie urządził przyjęcie w twierdzy, zawsze tak robi po wyścigach. Masz ochotę tam wpaść?

– Ścigamy się – Wsiadam na Wichurę. Daję jej niemy znak by ruszyła przodem.

Rozdział 10

Czkawka

W twierdzy jest tłoczno, gorąco, a woń słodkiego miodu unosi się w powietrzu. Stół zastawiony jest najlepszym jedzeniem, które znika w żołądkach gości. Nie chcę wiedzieć, gdzie wyląduje po tym jak zmiesza je alkohol. Skoczna muzyka rozbrzmiewa, a gromada ludzi tańczy w takt śmiejąc się radośnie. Jeźdźcy siedzą przy stole niewielki kawałek od wyjścia. Są tak pochłonięci rozmową i piciem trunku, że nie zwracają na nic szczególnej uwagi. Tata pewni siedzi przy głównym stole na końcu sali gawędząc z Pyskaczem i gościem specjalnym jakby on to określił.

– Czkawka, chodźcie do nas! – Mieczyk woła moje imię.

Patrzę na blondynkę stojącą obok mnie i podziwiającą otoczenie. Łapię ją za rękę i ciągnę do stolika, który zajmowali przyjaciele. Nie wyrwała dłoni, a z ochoczą ruszyła za mną.

– Zaszczyciła nas zwyciężczyni wyścigów. – Szpadka upija nieco miodu gromiąc Astrid spojrzeniem, ale się uśmiecha. – Gdyby nie nasz bohaterski Czkawuś, wygrana byłaby moja.

– Nasza. – poprawia Mieczyk.

Wsysam płytkie powietrze i powstrzymuję się by nie złapać dwójki za uczy i nie powiesić na ścianie jak tarcze.

– Poradziłabym sobie świetnie sama. – odzywa się blondynka mijając mnie i podchodząc do stołu bliżej, by sięgnąć po kielich i nalać sobie wina. Moczy w nim usta wpatrując się we mnie tym swoim spojrzeniem mówiącym, że coś knuje. – Pozwoliłam mu się popisać. Czkawka lubi być w centrum uwagi.

– Czyżby? – spytali grupą równocześnie głosem zdziwienia.

– Ona wymyśla. – mówię całkiem poważnie i szczerze. Nienawidzę być w centrum uwagi i ona dobrze o tym wie. Czemu kłamie?

– Astrid, skąd jesteś? – pytanie Mieczyka powoduje, że dziewczyna odsuwa od siebie kielich i patrzy po wszystkich poza mną.

– To daleko stąd i wątpię bym kiedykolwiek tam wróciła, a na pewno nie na stałe.

– Dlaczego? Wzrusza ramionami i wypija jeszcze trochę goryczkowatego napoju.

– Nie chcę.

– Świetnie się składa. – Sączysmark mruga do niej, a mi zasycha nagle w gardle. – Możesz zamieszkać na Berk. U nas nie będziesz się nudzić.

– Z pewnością. – odpiera z uśmiechem i odwraca do mnie twarz.

Myślę nad tym co powiedziała chwilę temu. Wątpi by kiedykolwiek wróciła do domu. Czy to możliwe, że nie chce więcej zobaczyć rodziców i przyjaciółki? Jasne rozumiem ją i wiem, że nie chce znów zostać pozbawiona wolności przez własnego ojca pełnego reguł, ale…

Czyjaś dłoń dotyka mojego ramienia. Patrzę w bok i widzę ciemne oczy Valeri. Uśmiech zdobi jej twarz, a burza loków swobodnie opada jej na plecy i ramiona. Ma na sobie suknię do połowy łydek w kolorze beżu i brązowy pas oplatający jej talię. Wygląda pięknie.

– Długo was nie było. – Odwraca wzrok na Astrid, która w tym czasie odkłada picie na stół. Wpatruje się w ciemnowłosą obok mnie jakby zobaczyła ducha. – Więc, to jest ta Astrid dla której zwiewasz z Berk i narażasz się tacie. Miło wreszcie cię poznać. Jestem Valeria.

Astrid niepewnie ściska dłoń dziewczyny. Ukradkiem patrzy na mnie pytająco, ale milczę.

– Świetny lot. Co prawda nie znam się na smokach tak dobrze jak oni tu wszyscy, ale widać, że ty i twój smok macie bardzo dobrą relację między sobą.

– Dzięki. – Valeria robi krok wstecz i wciąż przypatruje się nam z uśmiechem na twarzy. Robi mi się niedobrze z nerwów. – Czkawka wspominał o tobie.

– Mam nadzieję, że mówił o mnie same dobre rzeczy. Nie chciałabym, żebyś myślała o mnie jak o wrogu.

– Czemu miałabym?

Robi się intensywnie. Powinienem wkroczyć? Zdaje się, że rozmowa idzie im całkiem gładko wślizgując się coraz bardziej w tematy, które powinny pozostać na uboczu.

– Bo Valeria jest narzeczoną, Czkawki.

Życzę Smarkowi takiego kaca, żeby się nie podniósł jutro z łóżka.

Chcę coś powiedzieć, zaprzeczyć, ale ciemnooka jest pierwsza.

– Tylko z perspektywy Stoicka i mojego brata. Tak naprawdę jesteśmy wyłącznie przyjaciółmi.

W tle słychać muzykę. Harmider się trochę uspokaja. Spokojne brzmienie jest takie uspokajające i przyjemne, że moje spojrzenie centralnie spada na niebieskooką blondynkę. Śmieje się z czegoś co mówi do niej Valeria, a mnie coś szturcha w bok. Szczerbatek pojawił się nie wiadomo skąd.

– Co tam mordko? – Popycha mnie, potem ciągnie do wyjścia, ale uparcie zostaję na miejscu. – Co jest? – Biorę jego mordę w obie ręce i spoglądam w wielkie zielone oczy przyjaciela. Wsuwa bardziej łeb we mnie i pcha. – Dobra, Szczerbek, dość. Co się dzieje?

– Może jest głodny? – Patrzę pytająco na Szpadkę.

– Albo chce polatać. – mówi Mieczyk z pełnymi ustami.

– Raczej próbuje cię ratować. – odpowiada Śledzik i pokazuje widelcem mojego tatę zmierzającego w naszą stronę. Kiwa do gości i coś do nich mówi przechadzając się między nimi.

– Fatalnie. – puszczam Szczerbatka i patrzę gdzie się da w pogoni za ucieczką. Nie wyjdę, bo mnie dorwie. Pod stołem się nie schowam. Zostaje wtopienie się w tłum.

– Staw mu czoła. – Patrzę na Valerię wielkimi oczami.

Ani mi się śni. Nie w tej chwili.

Obok ciemnowłosej stoi Astrid. Patrzy na mnie pytająco. Czuję jakby piorun we mnie strzelił, gdy postanawiam wziąć ją za rękę i pociągnąć na parkiet.

– Zatańczysz ze mną?

Mruga. Patrzy. Mruga. Tata coraz bliżej.

– Tak? – Ciągnę ją na parkiet gdzie tańczą pary. Przeciskamy się między ludźmi. – Zaczekaj! Czkawka, ja nie zgadzam się. Zmieniłam zdanie.

– Bo? – Kurde! Czy ludzie nie mogą usiąść i zjeść? Są torem przeszkód.

– Nie umiem tańczyć.

Docieramy na parkiet. Przyciągam blond włosą do siebie. Uderza we mnie swym ciałem, a ja mogę spokojnie odetchnąć, bo straciłem z pola widzenia ojca.

– Jak to nie umiesz tańczyć?

– Normalnie.

Nie wierzę jej.

Ujmuję jej dłoń w swoją. Łapię ją w tali. Kładzie swoją dłoń na moim ramieniu i wlepia we mnie niepewne oczy.

– Chcesz mi powiedzieć, że przez… właściwie ile masz lat?

– Kobiet się o wiek nie pyta. – Powinienem strzelić sobie w twarz. – Dwadzieścia jeśli musisz wiedzieć.

– Też mam dwadzieścia. Wracając, chcesz mi powiedzieć, że przez dwadzieścia lat nie nauczyłaś się tańczyć? Serio, nie umiesz?

– Tak. Nie umiem. Jeśli nie chcesz mieć podeptanych stóp to lepiej sobie odpuść.

– Mam jedną. – Uśmiecham się. Patrzy w dół, a jej mina rozszerza mi uśmiech.

– Tym gorzej.

Śmieję się.

– Popatrz też nie jestem ekspertem, ale coś tam umiem. Poprowadzę cię.

Robię krok do przodu prawą nogą, protezę stawiam na bok i prowadzę ją z powrotem do tyłu. To wygląda jakbyśmy tworzyli kwadrat albo koło. Przynajmniej tak mi się wydaje.

– Do twoich zajęć nie należy nauka tańca?

– Zajęcia z Briettą tyczą się etykiety. Tego co powinnam robić w przyszłości jak obejmę władze na Sollar. Jak się zachowywać. Jak prowadzić rozmowę z innymi wodzami. Powinieneś wiedzieć na czym polega nauka przyszłego wodza, przyszły wodzu.

– Nie nazywaj mnie tak. – Przewracam oczami. Wiem, że żartuje. – To strasznie brzmi.

Śmiejemy się.

– Te zajęcia są strasznie nudne.

– Zgadzam się z tobą. Nie miałaś lekcji tańca?

– Jak byłam malutka wuj Finn próbował mnie nauczyć. Stawałam mu stopami na butach i tańczył za nas oboje. To wyglądało naprawdę śmiesznie, ale podobało mi się. Lubiłam jego wąsy. Pozwalał mi je nawijać na palec i czesać warkoczyki. Nigdy ich nie rozplątywał w mojej obecności, prawdopodobnie żeby mi nie było przykro. Opowiadał mi przeróżne historie o przygodach, których miałam nigdy nie przeżyć, bo ojciec miał swoje reguły, których musiałam przestrzegać.

Uśmiech robi się jakiś mniejszy. Blask radości znika z oczu i pozostaje jakaś pustka.

– Jak się dowiedziałaś, że…?

– Ludzie mówili, że zmroziło go podczas walki z Marazmorem. Że się przestraszył, a smok to wykorzystał i… I nie uwierzyłam. Wuj był naprawdę świetnym wojownikiem. Był najlepszy. Krzyczałam, przeczyłam. Mama powiedziała, że zginął podczas walki. Jej też nie uwierzyłam. Aż po pewnym czasie, gdy przestał przychodzić, gdy go nie widywałam okazało się jednak mieli rację. Że odszedł na dobre.

– Przykro mi, Astrid.

Złożyłem jej najbardziej typową odpowiedź. Beznadziejnie wyszło. Ale co mogłem powiedzieć innego? Patrzeć na nią w ciszy? To byłoby bardziej krępujące i głupie.

Uśmiecha się smutno.

– Kochałam wujka najbardziej na świecie. Wszczepił we mnie wiarę w ludzi i marzenia. Tak bardzo za nim tęskniłam. Po tym jak odszedł zaczęłam wątpić w to, że jakieś w ogóle się spełni. Aż do chwili, gdy znalazłam Wichurę i zobaczyłam dzięki niej coś więcej niż Sollar. I poznałam też ciebie.

Astrid

W jaki sposób można się oddalić od czegoś co przyciąga swoją nadprzyrodzoną siłą? W jaki sposób można ocalić stabilność, którą straciło się od pierwszej chwili gdy dwa spojrzenia się stykają i wiedzą, że tylko ono usuwa i buduje grunt na którym stoisz? Nie znam odpowiedzi, być może nigdy nie będzie mi dane jej poznać. Czasami nie wszystko musimy wiedzieć, aby być pewnymi tego co czujemy. A może to ja się mylę, bo pozwalam swoim zasadom odejść w zapomnienie i prowadzi mnie głos wewnątrz?

Nigdy nie czułam się przy kimś tak bezpiecznie jak przy wuju Finnie. Nigdy nie czułam takiego spokoju i zachwytu jak mówił i mnie przytulał. W oczach miał coś czego u taty nigdy nie ujrzałam. Miał nadzieję, wiarę i miłość, które zniknęły w chwili gdy odszedł. Poznałam Briettę, znałam rodziców i ludzi z Sollar, ale żadne z nich nie miało tego co wujek. Dlatego tak bardzo go kochałam.

Później zostałam sama.

Tata nie był typem mężczyzny, który marzył z córką, wspierał, bawił, albo dawał możliwość bycia zwykłą dziewczyną. Zresztą wciąż nie jest. Za to jest surowym, twardo stąpającym po ziemi, nieufnym i niesprawiedliwym ojcem.

Mama zawsze była spokojniejsza od taty. Była tą która panowała nad wszystkim w domu. Docierała do męża, kiedy tracił kontrolę nad swoim zachowaniem. Tuliła mnie do snu, śpiewała kołysanki, pocieszała gdy płakałam, ale nigdy nie sprzeciwiła się tacie. Nigdy. Wiedziała coś czego ja nie wiedziałam i do tej pory nie wiem. I choć była uparta i stanowcza, zawsze była cieplejsza od taty.

Krótko po tym jak wuj Finn odszedł rodzice przestali na mnie patrzeć jak na dziecko. Miałam stać się nagle dzielną i niepokonaną wojowniczką. Uczyć się, nie znać strachu. Nikogo nie miałam, kto mógłby mnie przytulić, pocieszyć, sprawić, że będę wrażliwa jak to dziewczyna ma w byciu. Tata nie pozwalał ujawniać słabości, a mama powtarzała, że jestem za duża na płacz i robienie scen.

Więc byłam sama, zdana na siebie bez przyjaciół.

Nikt nie znał tej Astrid pod zasłoną nieczułej wojowniczki. Wpajano mi do głowy przeróżne rzeczy, że nikt nie ma serca. Że Finn Hofferson był tchórzem. Że smoki to maszyny do zabijania. Że miłość i przyjaźń nie istnieje.

Głupia byłam, że zaczynałam w to wierzyć, ale dziecko to słaba dusza.

Pojawienie się Brietty na Sollar, było moim ocaleniem. Spadałam w otchłań zimna i egoizmu. To ona złapała mnie nim uderzyłam o dno. Wichura dała mi skrzydła dzięki którym poznałam świat, który znałam tylko z opowieści wuja. Pozwoliłam sobie marzyć i kochać.

Aż nagle los postanowił wrzucić do mojego życia kogoś w kim dostrzegłam cząstkę siebie. Człowieka, który w swój niezbadany sposób znał mnie spod powierzchni. Nie przerażało go to jaka jestem odważna i pewna swego, albo to, że byłam gotowa poderżnąć mu gardło. Czy bym to zrobiła? Być może, gdybym nie zetknęła swego spojrzenia z jego i nie odkryła twarzy, która przyciągała uwagę, pewnie bym spróbowała.

W nikim nie pokładałam takiego zaufania jak do wujka, Wichury, Brietty. Nagle pojawił się ktoś, kto chwycił mnie i nie chciał puścić, a ja nie chciałam żeby puścił. Trzymając się kurczowo zasad, uczucie zmusiło mnie do zostawienia obowiązku i złapania ręki, która była gotowa poprowadzić mnie do świata, który czekał na mnie i mój podziw.

Po raz pierwszy od wielu lat zobaczyłam oczy, ich spojrzenie i poczułam się bezpieczniej niż kiedykolwiek. Lśniące w nich nadzieja, wiara i miłość. Nie potrzebowałam więcej pewności, że odnalazłam to czego szukałam.


Czkawka uśmiecha się w swój idealny sposób, który niemal doprowadza dziewczyny do szału, lecz spojrzenie kieruje tylko na mnie. Robię obrót trzymając jego dłoń. Przyciąga mnie do siebie i kołysze patrząc mi w oczy.

– A ty mówiłaś, że nie umiesz tańczyć. – zauważa, ale ze śmiechem.

– Och, zamknij się.

Nagle ktoś nas zatrzymuje chrząknięciem. Nasze śmiechy ustają, gdy widzimy kim jest dana osoba. Muzyka cichnie w naszych uszach, a zielone oczy prawie identyczne jak Czkawki patrzą na nas.

Czkawka mruga wpatrzony w mężczyznę.

– Hej, tata, co słychać? – Czy mnie słuch nie myli, czy Czkawce plącze się język?

– Nic konkretnego. – Przenosi wzrok na mnie. Czuję jak palce mi drętwieją. Uwalniam dłoń z ręki szatyna. – Więc, to jest ta Astrid, której zapewniłeś zwycięstwo w wyścigach.

– Miło pana poznać. – Chcę uścisnąć mu dłoń, ale on tylko przezywa mnie wzrokiem.

– Wystarczy Wodzu lub Stoicku. – Naprawdę próbuję się uśmiechać bez cienia zażenowania, ale to prawie niewykonalne. – Naprawdę dobrze sobie radzisz jako jeździec. Na pewno dużo ćwiczysz. A skąd jesteś?

Mogłabym odpowiedzieć na każde pytanie, tylko nie te.

– Astrid jest z daleka. Ona i Wichura odbyły długą drogę i…

– Były jakieś problemy podczas podróży? Dlaczego? Ktoś was zaatakował?

Otwieram usta, chcę odpowiedzieć, ale nie mogę wydusić z siebie żadnego dźwięku. Tata Czkawki nie wygląda na zachwyconego moją obecnością, albo tym, że jego syn uczynił mnie zwyciężczynią wyścigów. Dodatkowo mogłam go rozdrażnić tańcem z szatynem.

– A może skądś uciekłaś?

To przestaje być miła rozmowa. Brzmi jak przesłuchanie sugerujące coś co rzeczywiście było prawdą, ale niepojętą dla wodza.

– Tato, mógłbyś przestać?

– Chcę lepiej poznać twoją koleżankę, która wywiodła cię z wczorajszej kolacji. Znowu bawisz się w bohatera mój synu. I naciągasz zasady.

– Wcale nie… – Ucina zdanie i nachyla mi się do ucha. To jest zbyt krępujące w szczególności przy jego tacie. – Pogadam z nim. Nie przejmuj się. – Patrzę w jego zielone oczy pełne spokoju i złości, gdy odwraca się do rodzica. – Tata, chodź ze mną. Musimy porozmawiać. Na osobności.

Stoick rusza prowadzony przez syna. Stoję jak odrętwiała na środku parkietu próbując zrozumieć co to miało być.

Czyjaś dłoń macha mi z oddali. Patrzę i zauważam przyjaciół Czkawki. Z skwaszoną miną ruszam do ich stolika starając się ogarnąć myśli.

– Co, wpadłaś w paszczę lwa?

Siadam obok blond dziewczyny. Pożera kukurydzę w tempie w jakim ja nie umiałabym.

– Nie. Nic się nie stało.

– Obserwował was. – Szerzej otwieram oczy wpatrując się w Sączysmarka bujającego się na krześle.

– Ciężko by stwierdzić, czy zachwycał się waszym tańcem czy też zalewała go krew. – dodaje Śledzik.

Przewracam oczami nalewając sobie trochę miodu do kufla.

– Więc, jak to jest Astrid? – Podnoszę wzrok na Mieczyka. Siada podobnie jak Smark i przysuwa do ust kufel upijając trochę alkoholu. – Podbijasz do naszego dobrodusznego Czkawki?

– Nie robię tego! – Uderzam kuflem o stół niemal wylewając miód. Co oni sobie wyobrażali?

– Nie burz się tak. Na Lokiego co za kobieta.

Oni najwyraźniej za dużo wypili.

– Nie słuchaj go. Alkohol namieszał mu w głowie. Zresztą nie tylko jemu. – Śledzik uśmiecha się ciepło, ale nie odwzajemniam gestu.

Upijam trochę słodkiego trunku. Odwracam głowę oglądając jak pary wirują na parkiecie. Zauważam Valerię w objęciach jakiegoś wyższego od niej mężczyzny. Śmieją się w najlepsze, a mnie ściska żołądek.

– Tata Czkawki chyba nie jest zachwycony moją wizytą na Berk. – szepczę do siebie, ale Śledzik to słyszy i mi odpowiada:

– Stoick zawsze wzbudza respekt. Trzeba go lepiej poznać.

– Szczególnie, gdy ktoś taki jak ty mąci w głowie jego syna, gdy ten ma się żenić z inną.

– Mieczyk, daj jej spokój.

Zaciskam zęby. Zdecydowanie nie powinno mnie tu być. Zamykam oczy i gwałtownie wstaję z miejsca. Chcę opuścić stół, ale wpadam na kogoś. Podnoszę wzrok. Mam ochotę jednocześnie zacząć go okładać pięściami i rzucić mu się na szyję.

– Astrid? – Zedrę z niego ten uśmieszek zanim zdąży coś więcej powiedzieć.

– Zejdź mi z drogi, albo oberwiesz.

Oczy mu niemal wyskakują z orbit. Popycham go i odchodzę z trudem ukrywając zawód. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ten wieczór. Że będzie zabawnie i przyjemnie spędzić czas w miłym gronie nowych ludzi. I co? Wyszło odwrotnie.

Opuszczam twierdzę trzaskając za sobą drzwiami. Wichura śpi pod schodami, więc pokonuję kolejne kamienne stopnie.

Czkawka

Prowadzę tatę na bok by nie stać w tłumie. Zatrzymujemy się przy stole pełnym jedzenia. Tata nalewa sobie do kufla miodu, a ja mało co nie wychodzę z siebie.

– Możesz mi wyjaśnić co to miało być? – rzucam prosto z mostu.

– Nic.

Nic?! Tylko tyle? Co za brednie.

– Wystraszyłeś ją.

– Tą piękną dziewczynę, która robi do ciebie maślane oczy?

Wsysam powietrze, a mięśnie napinają się ze zdwojoną siłą.

– Jak jej tam… Astrid? – Patrzę na niego i naprawdę chciałbym mieś moc, dzięki której podpaliłbym go spojrzeniem.

– Tylko tańczyliśmy. – mówię tak surowym głosem, że odwraca do mnie swoje skupione oczy. – Nie możesz jej oceniać skoro jej nie znasz.

– Mi to wyglądało na coś zupełnie innego.

– Może to skutki nadmiaru alkoholu, co? Nie widzisz potrójnie?

– Licz się ze słowami! Nie rozmawiasz z Sączysmarkiem. – Zaciskam pięści. Nie wyprowadzi mnie z równowagi. Nie ma szans. Nie dzisiaj. – To przez nią zwiałeś z kolacji. Wiem o tym. Przeginasz synu. Wstyd mi za ciebie.

– Była ranna. Prawie by się wykrwawiła.

Ręce mi opadają. Jestem ściekły i nie mogę uwierzyć, że ojciec ma pretensje bo pomogłem dziewczynie, którą… która była ranna.

– Sączysmark dałby radę. Mógł polecieć po innego z jeźdźców.

– Może i mógł, ale przyleciał akurat po mnie. W czym widzisz problem?!

– W tym, że to była ważna kolacja, a ty sobie poszedłeś jakby nigdy nic!

– Serio, martwisz się kolacją?!

– Miałeś nie odstawiać żadnych scen. Nie będę świecić za ciebie oczami. Valeria to siostra Harrisa i jeśli dowie się co wyprawiasz będziemy mieć problemy.

– To skończ wreszcie odstawiać ten cyrk! Nie będzie żadnego ślubu. Zrozum w końcu. Powiedz wszystkim prawdę. Ile mam cię prosić?!

– Dość! – Prawie mnie popycha. – Nie chcę cię z nią widzieć, zrozumiałeś? Jeżeli się nie opamiętasz, ślub zostanie przyspieszony. Nie masz nic do gadania.

Gdybym wiedział, że mam prawo się ruszyć, pewnie bym to zrobił. Ale nie mam czucia w kończynach. Nie czuję jak oddycham.

Chce już odejść, ale zatrzymuje się tuż przy moim ramieniu i mówi takim tonem, że tylko ja go mogę usłyszeć.

– Jeszcze jedno. Chcę wiedzieć skąd jest, od kogo i kiedy zniknie z Berk. Dodatkowo zacznij się interesować Valerią, bo naprawdę będzie źle.

Naprawdę go nie obchodzę. Nie liczy się z moimi uczuciami i zdaniem. Czy on wie, że jestem jego synem, a on moim ojcem?

Zaciskam mocniej oczy, gdy kroki taty znikają z zasięgu mojego słuchu. Nie upadnę na kolana i nie dam sobie zatracić się w żalu. Muszę wracać do reszty. Muszę porozmawiać z Astrid. Muszę… muszę znaleźć wreszcie jakieś rozwiązanie.

Chwilę po ogarnięciu myśli stoję przy ścianie i przyglądam się swojej paczce. Przyglądam się blond wojowniczce, która zatraca się we własnych myślach, choć stara się wczuć w towarzystwo z którym nie złapała nigdy kontaktu, bo nie miała szansy. Nie słyszę o czym mówią. Postanawiam wreszcie podejść, ale gdy docieram na miejsce, ona wstaje i uderza we mnie swoją sylwetką. Uśmiecham się. Podnosi oczy na mnie i jej płytkie spojrzenie spala we mnie wszystkie kości.

– Astrid?

– Zejdź mi z drogi, albo oberwiesz.

Jej ton i spojrzenie przybierające zimny odcień błękitu zmusza mnie do cofnięcia. Wymija mnie i wystarczy chwila, by zniknęła za drzwiami od twierdzy.

– To się porobiło. Stoick nieźle się wkurzył widząc was razem.

– Nie mogliście, go zatrzymać? Wiedzieliście, że poszliśmy zatańczyć.

Oglądam się mając nadzieję, że Astrid zawróciła, choć doskonale wiadome jest, że nie wróci.

– Nic nie mówiliśmy. – Drapię się w kark. Szczerbatka nigdzie nie widzę. – Czkawka, stało się coś złego?

Jest masakra.

Patrzę na Śledzika. Sączysmark nawet przestaje się bujać na krześle. Obserwują mnie z wyczekiwaniem.

– Serio, wyglądasz jakby ktoś zabrał ci Szczerbatka.

Naprawdę tak myślą? Ponownie patrzę na drzwi. Nie ma jej. Patrzę na ludzi i gwiżdżę.

– Szczerbatek wyszedł na zewnątrz. Chyba było dla niego za głośno.

Wzdycham i odwracam się z zamiarem opuszczenia imprezy.

– Chwila, dokąd idziesz?!

Zimnie wieczorne powietrze uderzyło mnie w twarz rozwiewając włosy. Mam fryzurę w nieładzie, więc nie przejmuję się tym. Zamykam drzwi najspokojniej jak się da i patrzę na dół.

Widzę ten jasny warkocz zabierany przez dłoń do przodu. Kaptur zarzucany na głowę i Wichurę, która wita swoją jeźdźczynię cichym pomrukiem. Szczerbatek też tam jest. Przeciąga się i podchodzi do niej pomrukując i przyglądając z uwagą.

Pokonuję stopnie coraz bardziej zbliżając się na dół do wojowniczki.

– Astrid, zaczekaj – Zatrzymuje dłonie na siodle. To znak że mnie słyszy. – Musimy porozmawiać.

– Tak? O czym?

Czy jestem pewien tego co chcę jej powiedzieć? W zasadzie co mogę powiedzieć, a z czym się wstrzymać? Czy powinienem posłuchać ojca? Nie zdążyłem ułożyć sobie planu tej rozmowy w głowie. Nie wiem od czego zacząć.

– Przejdziemy się? – pytam, ale ona skupia się na sprawdzaniu pasów od siodła.

– Nie mam ochoty. Jestem zmęczona i…

– Jesteś zła i smutna.

Śmieje się, ale nie jest wesoła.

– Mylisz się. Czuję się świetnie.

Dlaczego kłamie?

Dotykam jej ramienia. Podnosi się i wyrywa. Nie chce bym jej dotykał? Co zrobiłem nie tak, że jest na mnie taka wściekła?

– Astrid, ja naprawdę mogę ci wszystko wytłumaczyć. To co tata mówił, on nie powinien. Przepraszam za niego, za dużo wypił jak wszyscy. Nie wiem co powiedzieli tobie jeźdźcy, ale to nie prawda.

– Nie wiesz o czym mi mówili, więc skąd możesz wiedzieć czy kłamali czy nie?

– Bo znam ich całe życie. – Podnosi na mnie wzrok w chwili, gdy kończy zapinać ostatni pas. Jej spojrzenie jest takie zimne. – Rozmawiałem z ojcem. Ciężko do niego dotrzeć, ale w końcu mi się uda.

– Odpuść. – słyszę ciche chłodne słowa. Do Astrid podchodzi Szczerbatek, ale ona nie zwraca na niego uwagi. – Nie musisz się tłumaczyć.

– Ale chcę – mówię tak desperackim głosem, że sam się sobie dziwię. Przygląda mi się w ciszy. Podchodzę do niej bliżej. – Chcę, bo…

Zimne spojrzenie przestaje być takie chłodne. Widzę bladą troskę niebieskich oczu.

– Tata jest zły za wczoraj. Urządził kolację na którą zaprosił Valerię i jej brata Harrisa. Nie spytał mnie, czy mam ochotę brać udział w tej farsie. Miałem się uśmiechać i zrobić dobre wrażenie, żeby Harris nie miał wątpliwości za kogo ma wyjść jego siostra. Chciałem powiedzieć prawdę, że nic z tego nie będzie, ale nie mogłem. Ona tak się cieszyła z wizyty brata, tak dawno go nie widziała. Nie chciałem psuć jej tego wieczoru. Wtedy nagle do domu wpadł Sączysmark z wieścią, że znalazł kogoś na plaży…

Wzdycham. Łapię ją za ręce i lekko ściskam. Nie jestem wstanie spojrzeć jej w oczy, a ona ma spuszczoną głowę. Wpatrujemy się w nasze splecione palce.

– Wyszedłem z kolacji. Ojciec, był zdenerwowany, był gotów mnie zatrzymać i przyszpilić do ściany. Nie wróciłem na noc do domu. Do tego te wyścigi, ta cała akcja z łapaniem cię, wygrana… Wyprowadziłem go z równowagi.

Kręci głową. Próbuje uwolnić ręce, ale nie pozwalam jej na to. Przyciskam nasze złączone dłonie do piersi. Niech mnie nie puszcza.

– Kazał mi się dowiedzieć skąd jesteś, od kogo i kiedy znikasz z Berk. Podnosi na mnie spojrzenie. Nienawidzę się za to co teraz mówię, ale ona musi wiedzieć.

– Nie powiem mu. Obiecuję ci, że nikt się nie dowie gdzie mieszkasz, kim są twoi rodzice, ani gdzie leży twoja wyspa. Nic nie powiem, przysięgam.

– Czkawka…

– Nie chcę, żebyś odchodziła. Masz prawo tutaj zostać.

Gadałem jak w jakimś amoku. Nie mogę znieść tego wzroku, tych szklanych oczu, tego niepokoju i smutku. Czuję jak grunt usuwa mi się spod nóg.

– Och, Czkawka – szepcze moje imię. Wysuwa ręce, obejmuje moją twarz i przygląda się dłuższą chwilę. W końcu zarzuca swoje drobne ręce na mój kark i przytula w ten swój kochający sposób, że wszystkie troski przemijają. – Ryzykujemy za wiele. Ja uciekłam z domu, ty narażasz się tacie…

– Całe życie mu się narażam. Można by powiedzieć, że ryzyko to moje drugie imię.

– Kolejna wspólna cecha. – Śmiejemy się cicho. Odsuwa się by spojrzeć mi w oczy. – Jakie masz pełne nazwisko?

– Halibut Straszliwy Czkawka III Haddock.

– Tak mądrze to brzmi – głos ma rozbawiony. – Ha-ha, co za kłamczucha. Wiem, że cię to bawi.

Nie kryje śmiechu. Odsuwa się trochę by spojrzeć mi w oczy.

– Przekonam tatę, nie wiem jeszcze do czego, ale przekonam. Tylko zostań.

Styka swoje czoło z moim. Zamykam oczy.

– Jesteś niemożliwy.

Jej dłoń obejmuje mój policzek, dosłownie na moment spogląda w moje półprzymknięte oczy i w jednej chwili łączy swoje usta z moimi. Całkowicie zapominam o świecie wokół nas. Zatracam się z nią w głębokim pocałunku. Nic złego nie robię, a moje serce zwiększa swój łomot w piersi. Przyciskam ją mocniej do siebie i nie pozwalam się odsunąć. Ona też nie zamierza tego kończyć.

Teraz dopiero zdaję sobie sprawę co się ze mną dzieje.

Zakochuję się w Astrid.

Rozdział 11

Kilkanaście dni później

Astrid

Siedzę właśnie na wzgórzu. Ostrzę sobie topór po treningu jaki sobie zafundowałam w lesie. Mam ciszę, spokój, brak jakiegokolwiek niepokoju.

Czkawka jest w twierdzy. Ojciec kazał mu się pojawić na naradzie, a biorąc pod uwagę relację między nimi, Czkawka nie chce pogarszać sytuacji. Po prostu poszedł tam, by nie dawać tacie kolejnego powodu do awantur. Naprawdę nie jest za ciekawie między nimi. Widzę jak Czkawka przeżywa ich kłótnie i może mówić, że jest w porządku, ale ja wiem, że go to męczy. A myśl, że jestem przyczyną ich ostrej wymiany zdań jest dobijająca.

Następnego dnia po słynnym przyjęciu zorganizowanym po wyścigach, Czkawka oprowadził mnie po Berk. Teraz przynajmniej wiem, gdzie mogę go szukać, gdyby się zapodział. Jego tajne kryjówki to Kuźnia – a bardziej jego pracownia, plaża Thora, no i oczywiście zatoczka. Ogólnie wyspa jest piękna, co zauważyłam od pierwszego widoku z góry na której znajduje się domek Gothi. Wiem już gdzie jest dom Mieczyka i Szpadki, Sączysmarka i Śledzika, choć w żadnym nie byłam.

Odwracam się słysząc kroki za sobą. Szczerbatek drepcze sobie spokojnie obok swego jeźdźca, który nie specjalnie się uśmiecha.

– Hej – witam się z dwójką przyjaciół. – Jak tam poważne rozmowy przyszłego wodza?

– Daj spokój – Nie siada obok mnie, lecz staje. Krzyżuje ramiona na klatce piersiowej i wbija spojrzenie w bezkresny ocean stykający się z błękitem nieba. – Poszło gorzej niż zazwyczaj. Dyskusja na temat zbiorów, przygotowań do zimy poszła nawet całkiem nieźle, ale kiedy tata wypalił z ustaleniem terminu ślubu… Wybuchłem.

Przyglądam się mu i dostrzegam jak próbuje ukryć gniew.

– Wyobraź sobie, że siedzę i słucham, i przytakuję, i angażuję się w rozmowę. Mówię, że załatwię pomoc rybakom, pomoc w zbiorach, że zawołam jeźdźców i szybciej nam to pójdzie. Na co tata się zgadza, pochwala moje pomysły mi już spada kamień z serca, kiedy on kończy temat odnośnie spraw Berk i nagle zaczyna: Pomówmy teraz o weselu. Powinniśmy wreszcie coś ustalić.

Przełykam powietrze. Staram się nie pokazać co czuję w środku, lecz nie wiem czy mi się udaje.

– Naprawdę próbowałem rozmawiać z nim spokojnie, ale kiedy Harris się włączył i zaczął proponować najbliższe daty, myślałem, że go rozszarpię.

– On też tam był? – patrzy na mnie i kiwa głową.

– Jasne. Ponoć mój tata powiadomił go o czym będą rozmawiać, zatem się wepchał. Normalnie mam taką ochotę mu coś zrobić… – Zaciska szczękę i dłoń na ramieniu. – Po co się wtrąca?

– Jakby nie patrzeć to brat Valeri. Ma do tego całkowite prawo.

Jego spojrzenie spada na mnie. Zdziwiony i niedowierzający w to co powiedziałam.

– Nie patrz tak na mnie. Wiesz, że mam rację. – Wzdycham. Pociągam jeszcze kilka razy po ostrzu swojej broni, po czym ją odkładam na bok. – Wódz może wszystko. Może decydować, wydawać polecenia, których jego podwładni muszą słuchać.

– Jestem też jego synem. Zapomniał o tym?

– Nie zapomniał.

– Ostatnio coraz trudniej w to wierzyć.

Wzdycham. Przekręcam głowę. Wyciągam do niego rękę. Patrzy to na moją dłoń, to w moje oczy, ale ostatecznie łapie mnie, a ja lekko ciągnę go na dół by usiadł przy mnie.

– Przestań ciągle myśleć w ten sposób. Tylko się nakręcasz.

– Ja się nie nakręcam, mówię jak jest. A im dłużej próbuję z nim walczyć, tym jest gorzej. Naprawdę, Astrid, nie wiem już co robić. Nic do niego nie dociera…

– Czkawka, uspokój się…

– Proszę go, tłumaczę i nic. Zero reakcji, zero zrozumienia…

Łapię jego ręce, którymi ciągle wymachuje. Siadam przed nim na kolanach. Ściskam dłonie chłopaka.

– Już. Wystarczy. Jesteś tu ze mną, tak? Uspokój się.

Skupia swe spojrzenie na mnie, a ja widzę jaka furię błyszczy w zielonych oczach. Patrzę mu w oczy i wydaje się jakby powoli opuszczała go. Tak jakbym poskramiała jego złe emocje.

– Przepraszam. Mam ochotę odpuścić, ale wiem, że nie mogę, bo będę tego żałował do końca życia. – Luzuję uścisk naszych rąk, ale on mnie nie puszcza. Spogląda na Szczerbatka, który od początku przyglądał się swojemu przyjacielowi z troską.

– Polataj trochę ze Szczerbatkiem. Ochłoniesz, może lepiej się poczujesz.

– Tak. To chyba dobry pomysł. – Naciąga się. Muska czubek mojego nosa i uśmiecha w ten swój uroczy sposób. – Lecisz z nami?

– Nie. – Całkiem szczerze przyznaję.

– Jak się postaracie może damy wam fory.

– Miałeś na myśli, że my je wam damy – bardziej stwierdzam, niż pytam. Śmieje się.

– Tak, dokładnie o to mi chodziło.

Podnosi nasze złączone dłonie do ust i całuje moje obie.

– Wyszalejcie się.

– Okej. Niedługo wrócimy.

Wstaje. Głaszcze Szczerbatka po głowie i sadowi się w siodle. Szczerbek przechodzi obok mnie bym go pogłaskała. Z czułością drapię gada pod brodą. Czkawka uśmiecha się do mnie, by następnie razem ze swoim smokiem zniknąć za horyzontem w kilka chwil.

Siadam wygodniej na trawie. Patrzę to na ocean, to na niebo i swój topór. Wszystko wokół zdaje się być takie jakie być powinno, ale takie nie jest. Prawdą jest to, że każdy wykonuje swoją pracę jak trzeba. Każdemu zależy, aby wszystko wyszło bez żadnych usterek. Są tak zajęci swoją robotą, że mniejsze jednostki gubią się w tym co jest im przeznaczone.

O matko, obudziła się we mnie filozofka.

Każdy chyba doskonale wie do czego jest stworzony. Rybak łowi ryby, kowal wykuwa broń, wojownik walczy, a wódz dba o dobro innych. Gorzej jest gdy wódz jest także ojcem. Powinien się zastanowić jaka będzie najlepsza decyzja nie tylko dla klanu, ale i dla syna. Jak można nie brać pod uwagę tego jak się czuje jego dziecko, które przejmie na swe barki los mieszkańców wyspy? Sam powinien wybrać kto będzie przy jego boku, kto pomoże mu podejmować trudne decyzje, wspierać go, kochać…

Ale co ja tam mogę wiedzieć? Ja opuściłam swój lud. Żadna ze mnie przyszła dowodząca.

Czkawka

Dziś po raz pierwszy pomyślałem o ucieczce z Berk. Tak na poważnie. O zaszyciu się gdzieś daleko, gdzie nikt nie mógłby mnie znaleźć. Jakoś bym sobie poradził. Ze Szczerbatkiem nie zginę. Tylko na jakiś nieokreślony czas. Tydzień, miesiąc, pół roku? Aż tata nie zmieni swoich decyzji. Bo co innego mogę?

Nie przekupię taty. Władzy też jako takiej nie mam. Szczęście zawsze znika, gdy jest potrzebne. Zatem mówiąc krótko mam pecha.

– Może ja też powinienem uciec z domu, jak Astrid? Co o tym myślisz, Szczerbek?

Nachylam się by spojrzeć na niego. Patrzy na mnie tym swoim zielonym okiem po czym przewraca głową pomlaskując z niezadowoleniem.

– Nie bądź taki. Znajdziemy sobie własną wyspę, ukryjemy się. Takie wakacje.

Ponownie mruczy niezgodny z tym co proponuję.

– Wiem, to beznadziejny plan. Wszyscy będą się martwić. Ale spójrz na pozytywy. Może wreszcie do taty dotrze, że popełnił błąd?

Warczy na mnie ostrzegawczo, śląc mi przy okazji groźne spojrzenie.

– Nie, jasne, że nie chcę go nastraszyć, ale… Dobra poddaję się. Niech uziemi mnie na wieki. Postawi przed ołtarzem z dziewczyną, której nie kocham, a ona na tym ucierpi. We dwoje ucierpimy. A może nawet we troje…

Przewraca oczami marudząc swoim warkotem.

– Mam na myśli siebie, Valerię i ciebie mordko.

Udaje, że mnie nie słyszy i pół przymkniętymi oczami patrzy przed siebie.

– Nie mam na myśli Astrid. Nie mogę. Nie wiem, nawet do końca co do niej czuję, albo ona do mnie. Przecież… – O nie! Nie Czkawka nie myśl o tym… O nieee, pomyślałem. Co ze mnie za kretyn! – Nie zrobię tego.

Nad głową zapaliła mi się lampka z najbardziej durnym pomysłem na jaki kiedykolwiek wpadłem. Jak mógłbym… nie mogę, nie dam rady, nie jestem taki. Nie będę się bawił uczuciami Astrid, kłamał ojca i robił sobie nadzieje. Nie! Nie ma mowy.

Wyrzucam ten głupi pomysł z głowy.

– Widziałeś jak na mnie patrzyła? – szepczę do mordki i kładę się na jego grzbiecie. Zamykam oczy, wciągam głęboko powietrze. – Wtedy jak wspomniałem jej o planach tyczących się wesela?

Wyjmuję z kieszeni okrągły przedmiot. Wyglądem przypomina monetę, choć nią nie jest. Nie jest on na sprzedaż, choć jest wart więcej niż jakiekolwiek złoża złota. Trzymam w palcach medalion. Zdobiony wizerunkiem wikingów i smoków. Jest piękny.

– Nie mogłem jej powiedzieć, ani go pokazać. – Chowam rzecz w dłoni zaciskając pięść. – Oświadczyny? Słyszałeś go? Mam go dać Valeri? Pospieszyć się? Mama by się na to nie zgodziła. Nie pozwoliła by na to. On należał do niej. Dał go jej ponieważ ją kochał.

Szczerbek mruczy pocieszającym tonem, lecz ani trochę nie czuję ulgi. Znów spoglądam na pamiątkę rodzinną. Bogowie, co ja mam robić? Dajcie mi jakiś znak, na Thora!

– Aaaaah! – Podnoszę się gwałtownie w siodle. Jeden ruch, trochę nieuwagi, adrenaliny i wyrzuciłbym medalik do morza. Tak się ze mną dzieje, gdy mam w głowie totalny bajzel.

Nie mogę go zgubić, ani wyrzucić. Nie mogę tego też oddać komuś z kim nie chcę być. To jest jak oddanie części siebie, wspomnień. Jak klucz do domu rodzinnego. Wpuścić kogoś i dzielić życie z tą jedyną osobą.

Jak mam oddać to Valeri?

Ojciec postradał zmysły, czy jak? Serio jest z nim tak źle? Zaczynam się zastanawiać, czy ktoś go nie szantażuje, może zmusza… Ale to bez sensu. Stoick to wódz. On decyduje. Nic się nie klei.

– Zabij mnie, Szczerbatku. Uwolnij mnie od tych myśli, bo chyba zaraz oszaleję.

Nagle mój smok aplikuje pełną prędkością w dół. Udaje mi się złapać za siodło i usadowić tak bym swobodnie mógł manewrować ruchami.

Niemal uderzamy w zimną wodę, gdy Szczerbek podrywa się w górę. Leci pionem. Macha swoimi potężnymi skrzydłami łapiąc wiatr. Czuję ten chłód, tą gęsią skórkę, adrenalinę, szał. W pewnym momencie czas się dla mnie zatrzymuje. Moja twarz muska biel unoszącą się na niebie. Szczczerbek zakręca. Robi powoli szeroką spiralę lecąc w górę.

– Odpinam się – informuję przyjaciela na co wydaje z siebie niepokojące warknięcie. – Wyluzuj, stary, ciągle jestem w siodle.

Śmieję się cicho i tylko wiatr może mnie usłyszeć. Patrzę w dół. Jesteśmy całkiem niedaleko Berk. Pięknie jest. Wydaje mi się, że gdybyśmy byli centralnie nad wierzchołkiem góry Berk… to bylibyśmy dwa razy wyżej nad wyspą. Ale pod nami jest akurat tylko ocean. Zimny, bezkresny, głęboki. Tak jak oczy wściekłej blondynki.

– Szykuj się – mówię. Szczerbek pomrukuje w odpowiedzi.

Liczę cicho do trzech, po czym uwalniam się i spadam w dół. Kręcę się w powietrzu po spirali, którą utworzył z wiatru Szczerbol. Dołącza do mnie. Z trudem odnajduję jego mordkę, bo wiatr wieje mi w oczy. Oczywiście mądry ja musiał zapomnieć o założeniu hełmu.

Jesteśmy już naprawdę nisko. Patrzę na Szczerbatka. Daję mu znak, że otwieram skrzydła. Otwieram. Znaczy próbuję otworzyć. Dalej, Czkawka, szybciej. Zacięło się. Jesteśmy coraz bliżej wody.

– Coś jest nie tak! – przekrzykuję szum powietrza. W oczach przyjaciela widzę panikę. – Niech to! Szczerbatek, pętla!

Mordka z trudem wykonuje komendę. Zbliża się do mnie w swoim szybkim locie. Wyciągam ręce by chwycić się siodła.

– Bliżej, jeszcze trochę! Taaak!

Dostaję się na swoje honorowe miejsce. Widzę co się dzieje. Szybka analiza terenu. Morze, skały, tor przeszkód. Dobra damy radę.

Noga w strzemię. Operacja nie dać się zabić rozpoczyna się od JUŻ! Szczerbatek wie jak lecieć. Rozumiemy się bez słów.

Prosto przed siebie z niewyobrażalną prędkością. Pociągamy za sobą strumienie wody. W kilka sekund docieramy do skał. Prowadzę Szczerbatka tak jak on mnie. Czujność na dwie głowy. Prawo, w lewo, zakręt, znów w prawo. Poczwórna beczka i strzał plazmą, i…

– Tak jest! O to chodziło! – krzyczę w przestrzeń i obejmuję mordkę za szyję.

Uwolniliśmy się z morderczego labiryntu.

– Brawo, Szczerbatku, udało nam się.

Ryczy w odpowiedzi. Rozumiem z tego tyle, że jest na mnie zły, a lotem zachwycony.

Astrid

Idę przez most prowadzący do portu. Obok mnie kroczy moja smoczyca i rodzeństwo Thorstonów. Śmieją się i wygłupiają. Podobno przypłynęli kupcy. Zatem każdy się spieszy, by zdobyć potrzebne rzeczy, których na Berk nie znajdą.

Nie raz próbowałam dostać się na łódź towarową, gdy byłam młodsza. Jednak zawsze ktoś z Sollar mnie zauważył i powiadamiali mojego ojca. Oczywiście złościł się już za samo pojawienie się mnie przy brzegu, a gdy dowiadywał się, że próbuję się przedostać na obcy statek denerwował się jeszcze bardziej. Co prawda na Sollar przypływał tylko jeden handlarz ze względu na brak ufności mego ojca, ale to i tak dziwne, że zaufał komukolwiek.

Docieramy na miejsce. Wszędzie masa skrzyń i ludzi. Gwar jest ogłuszający. Mieszkańcy targujący się z handlarzami. Wojownicy pomagający wynosić ładunki ze statków. Dostrzegam nawet wodza rozmawiającego z jednym mężczyzną o siwej brodzie. Pokazuje mu jakieś pudełko i jego zawartość, ale nie jestem w stanie zauważyć co to takiego.

– Cześć! – Odwracamy się słysząc wołanie pulchnego wikinga. – Co słychać?

– To co zwykle. – odpowiada Szpadka.

– Nie ma z wami, Czkawki?

– Ostatni raz gdy go widzieliśmy wchodził do twierdzy na zebranie rady. Pewnie po zakończeniu zwiał i nie wróci do wieczora. – rzecze niewzruszony Mieczyk.

– Szkoda. Myślałem, że chciał kupić nowy zestaw węgielków i atrament.

Uśmiecham się i klepię Śledzika po ramieniu.

– Poleciał ze Szczerbatkiem. Nie długo powinien wrócić.

Odwzajemnia uśmiech, po czym podchodzi do blondynki.

– Popatrz co dla ciebie mam – Szpadka patrzy na Ingermana pytającym wzrokiem, ale nie odchodzi. On wyciąga z kieszeni materiał. Rozkłada go i ukazuje się cudny szal ze złotymi zdobieniami.

– Co to jest? – Mieczyk dotyka tkaniny, a jego oczy robią się coraz to większe. – Co to jest?!

– Szal na mroźne dni.

– Nie było ładniejszego? Myślisz, że czymś takim się ogrzeję, albo wyjdę z domu?

Wyrywa rzecz z rąk Śledzika i zawija ją wokół szyi. Serio mam ochotę coś powiedzieć, ale gryzę się w język. Chłopak stojący obok mnie wygląda na przybitego. Lecz mija chwila i mina blond wojowniczki się zmienia. Ukrywa usta pod szalem, ale same jej oczy zdradzają zachwyt i radość.

– Bardzo ci w nim ładnie – mówię, by przekonać dziewczynę.

– Nie wiem. Może. Serio? – Kiwam głową na potwierdzenie. Wzrusza ramionami.

– Nie gadaj, że ci się podoba. – Zaraz przywalę Mieczykowi, jak daję słowo nie powstrzymam się!

– Jesteś po prostu zazdrosny. – Wymija brata i łapie Śledzika pod ramię. – Znajdziesz mi rękawiczki do pary? Takie, żeby pasowały do szalika?

O jejku! Śledzik dostał rumieńców. Nie mogę się nie uśmiechnąć.

– Tak. Jasne, że tak.

– To świetnie. – Idą wolnym krokiem przed siebie, by poszukać u kupców rękawic. Szpadka odwraca ukradkiem twarz w moją stronę i wypowiada do mnie zdanie bez głośnie: Mam go w garści. – Po czym śmieje się i przyciska swe usta do policzka Śledzika.

Nie mogę już wytrzymać i śmieję. Nie mogę nic poradzić na to co robi Szpadka, albo jaka jest wobec miłego i dobrego Śledzika, który walczy o jej względy z Sączysmarkiem. Jak to ktoś powiedział: Gdy chodzi o miłość, wszystkie chwyty są dozwolone. Przynajmniej niektórzy tak uważają.

– Z kim ja się wychowałem. Nie poznaję jej – Spoglądam na Mieczyka. Ciągnie się za własne włosy i jęczy jakby miał się zaraz rozpłakać.

Odchodzi zostawiając mnie samą.

Postanawiam trochę pozwiedzać. Pooglądać co sprzedający mają do zaoferowania. Kto wie? Może i znajdę coś dla siebie.

Wchodzę na łódź. Biały żagiel, mnóstwo skrzyń i beczek z bronią lub innymi przedmiotami codziennego użytku.

Szczególną moją uwagę przykuwa sztylet. Lśniące krawędzie odbijające promienie słońca. Rękojeść trzonu jest zrobiona ze skóry zwierzęcia. Głowica błyszczy się, gdyż zdobi ją kamień szlachetny zwany szmaragdem. Obok leży pochwa koloru szkarłatnej czerwieni, a jej końce są złote.

Obracam w dłoniach broń wartą zapewne sakiewkę złota.

– Witam piękną Panią na swym skromnym pokładzie. W czym mogę pomóc?

Odwracam twarz za siebie. Za mną stoi mężczyzna z brązowymi, choć siwiejącymi już włosami. Jego wąsy są grube i gęste, ale widać spod nich miły uśmiech.

– Oglądałam tylko parę rzeczy. Bardzo ładny sztylet. Pewnie jest drogi.

Podchodzi do mnie, a ja oddaję mu własność. Przygląda się broni jakby pierwszy raz widział ją na oczy.

– Doprawdy, niezwykłe cacuszko. Skąd ja je mam? – Sięga po szkiełko zaczepione na jego kieszeni i przykłada do oka. Ogląda stalowe ostrze z uwagą. – Nie pamiętam skąd żem je przywiózł, ale na pewno z bardzo daleka.

– Ile chcesz za niego? – pytam.

Podnosi na mnie swe ciemne oczy. Obserwuje mnie i się zastanawia. Wpatruje i jakby szukał czegoś w moich oczach. Zmienia swe spojrzenie i zaskoczenie objawia się na jego twarzy. Ja wciąż stoję w ciszy i czekam na jego odpowiedź. Nie mam pojęcia, czemu tak na mnie patrzy.

– A niech mnie… Astrid Hofferson? – Przełykam ślinę i staram się pojąć to co właśnie powiedział mężczyzna. – To ty. O bogowie…!

Rzuca sztylet na beczkę i łapie mnie za ręce ciągnąc w dół. Powinnam go odepchnąć? Tak powinnam, ale jakoś… On tylko mi się przygląda.

– Kim pan jest? – pytam z zaciśniętym gardłem.

– To ja kupiec Fredrik – odpowiada radosnym i jednocześnie zszokowanym głosem. – Nie pamiętasz mnie?

Kręcę głową i próbuję uwolnić nadgarstki z jego uścisku, ale bardziej je zaciska.

– Kiedy byłaś małą dziewczynką schowałaś się na moim statku. Strażnicy cię szukali i zawiadomili twego ojca. Miałaś takie wielkie przestraszone oczy. Naprawdę nie pamiętasz?

Otwieram usta. Nie dowierzam i próbuję sobie to poukładać w głowie. Obrazy, wspomnienia. To niemożliwe.

– To pan? Teraz sobie przypominam… – Uśmiecham się wciąż pełna zdziwienia. – Ale kiedyś wyglądał pan inaczej.

– Czas zmienia ludzi. Jesteś już kobietą. – Pozwala mi się odsunąć, ale nadal nie odrywa ode mnie oczu. To takie ciepłe kojące spojrzenie. – Co ty tutaj robisz? Co robisz tak daleko od domu?

Wzdycham krzyżując ramiona na piersi. Nie wiem, czy powinnam mu mówić.

– Twoi rodzice wiedzą, że tu jesteś? Zawiadomiłaś ich?

Przeczę ruchem głowy.

– Kilka dni temu odwiedzałem Sollar. Na pokład weszła jakaś dziewczyna, możliwe, że w twoim wieku. Pytała czy nie widziano jakiejś blond dziewczyny na smoku. Z początku się zdziwiłem. Ktoś na smoku? Ktoś spoza jeźdźców z Berk, to nieprawdopodobne, ale…

On mówi o Briettcie?

– Powiedziała, że zaginęła córka wodza. Zmartwiłem się, ale co ja mogę? Podała mi jakiś list. Poprosiła, żebym go oddał tobie o ile cię znajdę. Chciałem pomóc, oczywiście, lecz nie wiedziałem jak wyglądasz. Zmieniłaś się, dziecinko.

Serce wali mi w piersi jak oszalałe.

– Fredrik, jak wyglądała ta dziewczyna? O jakim liście ty mówisz?

Uniósł palec w górę w geście uciszenia mnie. Odwrócił się i powędrował do maleńkiej kajuty. Wichura wylądowała gładko na dziobie statku przyglądając mi się z zaciekawieniem. Nie wiem co w tej chwili myśleć. List? Brietta? Skąd ten kupiec mnie pamięta? Minęły lata! To musi być pułapka… Powinnam odejść? Prawdopodobnie, ale ciekawość jest większa.

Drzwi otwierają się skrzypiąc niemiłosiernie, a na pokład powraca handlarz. W dłoniach trzyma pożółkły papier, a minę ma pełną troski.

– Nie czytałem go, możesz być spokojna.

Oddaje mi kartkę, a ja odwijam list.

Do Astrid, To ja Brietta. Mam nadzieję, że wszystko z tobą w porządku, że jesteś cała i zdrowa, i nic ci nie grozi. Nie wiem czy dotarłaś do Czkawki czy gdzieś indziej, gdzie ci udzielili pomocy. Oby wszystko było z tobą dobrze. Wiem, że mówiłam ci, żebyś uciekła, schroniła się gdzieś daleko od domu, ale muszę cię prosić, żebyś wróciła. Twoja mama zachorowała. Jest w bardzo ciężkim stanie. Musisz wracać. Sollar cię potrzebuje. Astrid, musisz prędko wracać.


Czuję jak moje serce pragnie wyrwać się z piersi, jak uderza o moje żebra, a oddech więźnie mi w płucach. Oczy mnie pieką ze strachu, obawy. Palce zaciskam na pergaminie wpatrzona w tekst poszukując czegoś więcej. Daty, jakiegoś byle jakiego dobrego spokojnego słowa dające mi dobrą myśl.

– Mów prawdę – Zwijam list i mierzę nim w ciemnookiego. – Kiedy dostałeś ten list?

– Nie pamiętam. Kilka dni temu…

– Kiedy?! – Krzyczę pełna nerwów. Wichura skrzeczy, a jej ogon szykuje się w gotowości do wystrzelenia kolców.

– Siedem - osiem dni temu?

Bogowie… Do Thora wszechmogącego. Tyle czasu?!

Ponownie rozkładam kartkę oglądając uważnie jej brzegi. Nie ma daty. Nic, poza treścią mrożącą mi krew w żyłach.

Chowam papier do torby przyczepionej do siodła Wichury.

– Jeśli komukolwiek powiesz skąd jestem, albo gdzie mnie spotkałeś, znajdę cię i nie daruję.

Siadam w siodle i chcę już pokierować smoczycę w górę, gdy Fredrik podchodzi i podaje mi wcześniej oglądany przeze mnie sztylet.

– Masz moje słowo panienko Astrid Hofferson. Przyjmij ten drobny prezent na znak mojej przyjaźni.

Mrugam starając się pojąć o czym mówi, ale zabieram broń.

– Zgoda, ale jeśli komuś coś wypaplasz, poderżnę ci nim gardło.

Łapie się za szyje, ale kiwa głową na znak zrozumienia. Wichura wzbija się w powietrze. Rozglądam się w poszukiwaniu kogokolwiek z jeźdźców, by powiadomić ich o moim opuszczeniu Berk, lecz nikogo nie mogę znaleźć w tłumie.

– Nie ma czasu, mała. Lecimy.

Czkawka

Zaznaczam na mapie nową wyspę. Obliczam długość i czas w jakim można się tam dostać lecąc z Berk. Jest niewielka. Główną część wyspy porasta trawa i las iglasty. Płynie przez sam środek wyspy rzeka, a jej źródło zaczyna się w niewielkiej jaskini prowadzącej w piękne tajemnicze, bogate miejsce. Muszę zabrać tu kiedyś jeźdźców. Widok jest niezwykły.

– Co myślisz, Szczerbek? – Mordka wącha mój nowy rysunek. – Starałem się.

Zamyka jedno oko i otwiera. Patrzy na mnie zielonym spojrzeniem, by następnie oblizać mi pół twarzy.

– Szczerbatku! Prze-przestań! I jak ja teraz wyglądam? Śmieje się gardłowo. Wycieram policzek wystawiając mu język, ale nic sobie z tego nie robi.

Nagle coś przelatuje nad nami. Patrzymy w górę. Czy mnie oczy nie mylą? To Wichura. Zaraz, chwila. Wichura?!

– Astrid! – krzyczę z całych sił.

Wichura zatrzymuje się, a głowa Astrid odwraca w moją stronę. Zawracają.

Mija niecała minuta, gdy Śmiertnik ląduje. Astrid ściąga kaptur, a ja już widzę po jej minie, że coś jest nie tak. Podchodzę do niej pewnym krokiem. Nie opuszcza siodła.

– Astrid? Co ty tu robisz? – mówię ze spokojnym uśmiechem. Głaszczę nos Wichury wpatrzony w wojowniczkę. – Astrid? – Pociąga nosem. – Ty płaczesz?

Kręci głową, a ja wiem, że znów próbuje udawać twardą nie chcąc ukazać tego co czuje. Staję tuż przed nią, kładę dłoń na jej i staram się spojrzeć w jej zamknięte oczy.

– Astrid, spójrz na mnie – Nie zamierza mnie słuchać. Staję na palcach i wyciągam rękę. Ujmuję jej brodę w dwa palce i zwracam ku sobie twarz blondynki. – Płakałaś – Kolejny raz pociąga nosem. – Zejdź – proszę łagodnym tonem, choć czuję jak lęk wypełnia mnie od środka.

Opuszcza siodło i staje przede mną. Teraz mogę wytrzeć jej zimne mokre policzki. Musiało stać się coś poważnego skoro jej oczy dały upust łzom.

– Powiedz o co chodzi – Splatam z nią ręce. Podnosi na mnie swoje spojrzenie pełne strachu i smutku. Martwię się. – Mów.

– Dostałam list od Brietty. Napisała, że… – głos jej się łamie. Usta drżą, ale nie zamyka ich. – Mama… moja mama jest chora.

Ręce jej się trzęsą jak galareta. Oczy błyszczą jak kryształy, a mnie miękną kolana.

– Napisała list ponad tydzień temu, dzisiaj dostałam wiadomość. Z mamą jest naprawdę źle.

– Kto dał ci list?

– A czy to ważne?! Muszę wracać! Co jeśli to przeze mnie?!

– Astrid, nie możesz się obwiniać – mówię najspokojniej na tyle na ile pozwalają mi nerwy. – Nie masz pojęcia co się tam stało.

– Właśnie! Dlaczego? Bo mnie tam nie ma. Bo uciekłam! Muszę wracać. Coś zrobić. Może oni potrzebują jakiś leków, których na Sollar nie mają i tylko poza wyspą są te istotne zioła? Thorze…!

Momentalnie biorę Astrid w ramiona. Krzyczy w moją klatkę piersiową, bile mnie po plecach i cała się trzęsie. Nie wiem co myśleć.

Nic nie mówię. Pozwalam jej się uspokoić w jej własny sposób. Po prostu ją trzymam. Nie pozwalam odejść.

– Już dobrze? – szepczę stojąc i tuląc ją do siebie. – Polecę z tobą. Może będę mógł pomóc.

– Nie. Nie trzeba. Nie możesz ze mną lecieć, nie na Sollar.

Odsuwa się i staje przede mną podpierając się o boki. Kieruje twarz ku niebu i głęboko wciąga powietrze by następnie je wypuścić przez usta.

– Chyba nie myślisz, że zostawię cię w takiej chwili samą?

– Czkawka, latami radziłam sobie sama. Myślisz, że teraz sobie nie dam rady?

– Wiesz, że nie o to mi chodzi. Jesteś wojowniczką, ale…

– Ale co? – Jest zła, ale wiem, że jest to spowodowane stresem niepokojących myśli. – Zostawiłam swoją wyspę. Jestem córką wodza i moim obowiązkiem jest dbanie o Sollar i jej ludzi. Gdyby ojciec, albo matka, gdyby coś im się stało ja przejmuję dowództwo. Wiesz, że mam rację, Czkawka. Ty jesteś odpowiedzialny za Berk.

Opieram się o drzewo i topię palce w czuprynie.

Jasne, że ma rację. Wszystko się zgadza i nie mogę powiedzieć, żeby tego nie robiła. Nie mogę jej zatrzymać. Też całym sobą zasłaniam Berk, rodzinę, przyjaciół, smoki. Wiem co to znaczy czuć na barkach odpowiedzialność za tak istotne rzeczy.

– W porządku – mówię, mimo że sam w to nie wierzę, po tym co mi oznajmiła. – Masz rację w stu procentach. – Podchodzę do niej. Nie wygląda na zdziwioną. – Powinnaś wracać i być przy mamie.

– Zrobiłbyś to samo co ja.

Kiwam głową. Nie mogę zaprzeczyć, gdy rzeczywiście tak jest. Zawsze stawiam rodzinę i przyjaźń na pierwszym miejscu. Być może i miłość się wkradła pomiędzy…

Podnoszę dłoń i bez wahania dotykam jej jasnego policzka.

Czy to jest ta chwila, kiedy mamy się pożegnać?

Czy po raz ostatni trzymam ją w ramionach i patrzę na jej twarz?

Czy zniosę to rozstanie?

– Astrid, gdyby coś poszło nie tak, daj mi znać. – szepczę. Jej czoło opiera się o moje, a nasze oddechy mieszają się. – Gdybyś czegokolwiek potrzebowała. Ja jestem. Zawsze możesz na mnie liczyć.

Czuję jak się uśmiecha. Coraz bliżej ją czuję, aż nasze usta się stykają i zatapiamy się w głębokim pocałunku. To pożegnanie. Wkładamy w ten czuły gest wszelkie siły jakby los przeczuwał, że w najbliższym czasie się nie zobaczymy, że rozłąka będzie długa. Tylko bogowie wiedzą czy będzie nam dane spotkać się ponownie. I choć my nie mamy pewności, gdzieś w naszych sercach tli się ten płomyk nadziei.

Przyciskam ją mocniej do siebie. Nie chcę jej wypuścić. To trwa za krótko.

– Muszę iść – słyszę głos blondynki, po tym jak oderwaliśmy się od siebie niechętnie.

Kiwam głową. Jej dłoń wciąż spoczywa na mojej piersi. Podnosi smutne błękitne oczy na moje. Zaciska rękę w pięść i wycofuje się. Żegna się ze Szczerbatkiem tuląc go najczulej jak ona potrafi.

– Jesteś wspaniały Szczerbatku. Opiekuj się nim – głaszcze mojego smoka pod mordką. Wreszcie zostawia mego przyjaciela i rusza do swojej smoczycy. Szczerbatek mnie trąca. Kładę mu dłoń na zimnych łuskach, wciąż nie będąc wstanie oderwać wzroku od wojowniczki.

Zaciskam powieki i przeklinam w myślach niesprawiedliwość wszechświata.

Sięgam do kieszeni i grzebię w torbie przyczepionej do mordki. Wyjmuję drut i wyginam go w ten sposób by wyglądał na naszyjnik. Przekładam drucik przez dziurkę od medalionu i zawiązuję końce, by się nie rozplotły.

– Astrid, chciałbym ci coś dać.

Zatrzymuję ją, gdy próbuje wsiąść na Wichurę. Ogląda się i patrzy na mnie. Mruży brwi pytająco i patrzy na wisior.

– Co to jest?

Przełykam ślinę, budując w myślach słowa, które mam wypowiedzieć.

– To należało do mojej mamy. Ojciec dał jej go na zaręczyny.

Podnosi na mnie niepewne spojrzenie. Widząc jej minę, od razu kręcę głową ze śmiechem.

– To nie to co myślisz. Kazał mi go oddać Valeri i się oświadczyć, ale… Wolę dać go tobie. Chcę, żebyś miała przy sobie coś dla mnie bardzo cennego.

Bierze ostrożnie w palce medalion mojej mamy. Trzyma go z taką delikatnością, jakby w strachu, że go zniszczy.

– Jest piękny, ale… Nie mogę go przyjąć. – Chce mi oddać naszyjnik, ale ja tylko zaciskam jej rozłożoną dłoń i ukrywam pamiątkę rodzinną pod jej palcami.

– Weź go. Ilekroć na niego spojrzysz przypomnisz sobie o nas. O tym, że masz na Berk przyjaciół, masz na niej swoje miejsce i… masz mnie.

Przechyla głowę i uśmiecha w ten swój słodki wdzięczny sposób, przez który topnieję. Nachyla się i muska ostatni raz moje usta.

– Nigdy cię nie zapomnę. – szepcze, a ja odpowiadam:

– Ja ciebie też.

Stoję na skraju wyspy wpatrzony w Śmiertnika Zębacza oddalającego się coraz bardziej i bardziej. Wciągam powietrze. Szczerbek mruczy pocieszająco. Nie płaczę. Wiem, że to nie koniec. Że jeszcze kiedyś ujrzę tę porcelanową twarz z szerokim uśmiechem. Oczy niebieskie jak ocean i niebo, tak głębokie i szczere. Jasne blond włosy splecione w warkocza. Rozpoznam ją wszędzie i zawsze. Będę pamiętać jej wygląd, charakter. Tą zadziorną, odważną i w głębi duszy czułą wojowniczkę o imieniu, Astrid. I wiem też, że ona będzie pamiętała o mnie.

Rozdział 12

Czkawka

Szczerbek trąca mnie w ramię. Nie oglądam się za siebie. Wiem, że to on. Pojawia się obok mnie i wpatruje się swymi zielonymi oczami, które nie jedno widziały i doskonale dostrzegały co się kryje w moich. On wie co czuję. Wie, że staram się pozbierać myśli i pogodzić z przykrą prawdą. Tą której nikt nie zrozumie, jeśli nie był na moim albo Astrid miejscu. Nie muszę nic mówić. Szczerbatek rozumie mnie bez słów jak mało kto. Jeszcze raz pomrukuje kojąco i kładzie swój łeb na moich kolanach. Uśmiecham się nieznacznie i kładę swą dłoń na jego ciemnych łuskach.

– Nic mi nie jest, mordko. – mówię spokojnym tonem. Głaszczę go po głowie. – Nie chcę myśleć co teraz będzie się działo. Zafundowaliśmy sobie niezłe kłopoty, co? Wpadliśmy jak w gniazdo dzikich smoków bez żadnej drogi ucieczki.

Szczerbek warczy i podnosi na mnie spojrzenie. Uśmiecham się szerzej widząc jego niezadowolenie.

– Wiem, całkiem słabe porównanie. Wolałbym uciekać przed stadem zdziczałych smoków, niż spotkać z ojcem i walczyć o zmianę jego decyzji.

Odwracam wzrok patrząc na wodę w której odbija się księżyc. Jest tak pusto i cicho. Nikogo nie ma w pobliżu oprócz nas. Tylko wiatr przypomina o sobie świstem. Zastanawiam się czy Astrid dotarła już do domu. Czy jej mamie nic poważnego się nie stało. Czy aby na pewno Astrid nie została oszukana poprzez list, który dostarczył jej nie wiem kto. To zdecydowanie dziwna akcja, ale jednak możliwa. Ten strach w jej oczach, mokre policzki, obawy na jej twarzy, smutek… Nie mogła udawać. Astrid nie umie udawać. Jej oczy nie potrafią kłamać. Zauważyłbym.

Myślę co będzie jak spotka się znów z ojcem. Czy znów ją uwięzi? Zrobi coś Wichurze, albo komukolwiek?

Odsuwam od siebie te myśli kręcąc głową. To jej ojciec. Na pewno będzie szczęśliwy, że nic nie jest jego córce i wróciła do domu. Może jednak będzie dobrze. Może za bardzo się martwię tym co zaszło i co będzie jutro. Powinienem widzieć jakieś pozytywy. Przynajmniej spróbować je zobaczyć. Tylko, naprawdę trudno jest je dostrzec, gdy przysłaniają je ciemne momenty i rzeczy. Przedarcie się przez nie samemu, jest jak wojna z wiatrakami. Niemożliwa.

Astrid

Wichura ląduje przed domem. Przez okna widać światło. Głaszczę smoczycę po nosie po czym decyduję się otworzyć drzwi domu do którego nie chciałam w najbliższym czasie wracać.

Uderza mnie żar domowego ogniska. Pokój główny nadal wygląda tak samo, lecz z bałaganem którego od wieków nie widziałam. Mama zawsze dbała o dom nie pozostawiając go w nieładzie.

Drzwi od łazienki się uchylają i napotykam Briettę. Uśmiecham się na jej widok i podbiegam, by ją ciepło przywitać. Omal jej nie przewracam, gdy obejmuję ją w pasie jak siostrę.

– Astrid, wróciłaś – orientuje się i przytula mnie najsilniej jak umie. – Bogowie, jak dobrze, że nic ci nie jest. – Odsuwam się od niej, aby mogła mi się przyjrzeć.

– Co z mamą? Jak ona się czuje?

Jej uśmiech blednie, a mnie ogarnia strach o rodzicielkę. Spuszcza wzrok i nic nie odpowiada. Zrywam się do biegu w kierunku schodów. W kilka sekund pokonuję stopnie i docieram na piętro. Idę do sypialni rodziców. Drzwi są otwarte na oścież. Staję ostrożnie przy wejściu jakby coś miało mnie zaatakować po przekroczeniu progu. Ale stoję i widzę półmrok w sypialni. Na wprost stoi łoże moich rodziców. Przed nim na krześle siedzi mój ojciec. Garbi się nachylając do mamy, która leży pod grubą warstwą futer. Obok jest szafka nocna. Pali się na niej świeca. Stoi na niej również wazon z pięknym bukietem leśnych kwiatów.

Decyduję się pokonać barierę obawy i wchodzę do środka. Deski skrzypią pod moimi stopami, ale ja wciąż stawiam kroki.

Tata odwraca twarz ku mnie trzymając w obu dłoniach rękę swej żony, wcześniej przy ustach. Mama kieruje wzrok na mnie. Widzę błysk w jej oczach, a ja staram się walczyć z łzami próbującymi przebić się przez moją zasłonę wojowniczki.

– Astrid – wypowiada moje imię, po czym kaszle ze zdwojoną siłą. Tata pomaga mamie się podnieść, by później z powrotem położyć jej głowę na poduszkach. Mama zamyka oczy i stara się spokojnie odetchnąć.

– Odpocznij, kochanie, zaraz do ciebie wrócę. – Całuje czoło żony i wstaje z krzesła. Pokazuje mi dłonią bym ruszyła za nim do wyjścia. Niechętnie robię co radzi.

W korytarzu czeka Brietta. Trzyma na tacy jakiś flakonik i misę z wodą oraz gazy. Mijam ją z obawą i schodzę za ojcem na parter.

Mama wygląda strasznie. Jestem przerażona jej stanem zdrowia.

– Tato, co się dzieje z mamą? – zadaję pytanie spokojnie, choć w środku cała się trzęsę.

Odwraca wzrok od ognia. Przestaje rozmasowywać skroń i skupia swoje oczy na mnie. Nie widzę, żeby chciał się na mnie rzucić i zacząć krzyczeć. Widzę smutek i bezsilność na jego twarzy. Taki czysty ból i wątpliwości. Podchodzi do mnie i obejmuje moje policzki w swoje wielkie dłonie. Patrzy szklistym wzrokiem.

– Tato? – szepczę, a ojciec bierze mnie w ramiona. Przytula mnie. Bogowie! On mnie przytula!

Nie przytulił mnie odkąd przestałam raczkować. Nie on. Naprawdę jest źle. Staram się odwzajemnić gest, lecz z trudem mi się to udaje. Nie trwa to długo, bo się odsuwa. Jego dłonie spoczywają na moich ramionach, a ja wstrzymuję oddech.

– Astrid…

Nie zniosę tego dłużej.

Odpycham ojca od siebie z całych sił.

– Co z moją matką?! Mów! Co z nią?!

Ojciec wstrzymuje powietrze i na jednym wydechu patrząc mi prosto w oczy mówi:

– Umiera.

Liczę. Nie oddycham tylko liczę. Błagam bogów by to był jakiś głupi żart godny kary. Mija chyba wieczność zanim się odzywam.

– Co powiedziałeś? – głos mi się łamie. – U-umiera?

– Astrid, posłuchaj… – Chce mnie złapać za ramię, ale w porę się odsuwam.

– Nie! Jak… co się stało? Przecież… j-jak? – Obraz ojca się rozmywa. Chcę uciec do sypialni rodziców, wrócić na górę, ale ręka ojca mnie zatrzymuje. – Trzeba posłać po znachorkę. Zdobyć jakieś zioła? Polecę z Wichurą i przyniosę. Trzeba jej pomóc. Puść mnie do niej!

– Wieszczka nie wie co to za choroba. Podaliśmy wszystko co mieliśmy. Nic nie pomaga. Nie znamy przyczyn choroby.

Czuję jak tracę panowanie nad sobą i daję się ponieść emocjom. Łzy płyną mi ciurkiem po policzkach, kapią na deski, a kolana mi się uginają.

– Dlaczego się poddajesz?! – krzyczę na niego.

Nagle czuję jak silne ramiona obejmują mnie i nie pozwalają upaść na kolana. Tata mnie trzyma. Pozwala płakać. Pozwala mi pokazać rozdarcie.

Czkawka

Siedzę przy biurku. Siedzę i bawię się ołówkiem. Może uda mi się zasnąć. Staram się od godziny i nic z tego. Szczerbek śpi w najlepsze, a ja nie mogę zmrużyć oka. Ziewam i zamykam oczy. Może jednak…

Przeciągam się w krześle i wstaję by przejść do łóżka. Jednak się zatrzymuję słysząc cichy głos ojca.

Podchodzę do krawędzi z której widać co dzieje się na dole. Robię to ostrożnie by mnie nie zauważył. Przyszedł Pyskacz. Dlaczego go nie usłyszałem jak wchodził? Może jednak się zdrzemnąłem?

– Nie chcę mu tego robić, ale to dla jego dobra.

– Jesteś pewien, że chodzi o jego dobro, a nie dobro Berk?

– Na jedno wychodzi.

– I tu się mylisz, Stoick. To Czkawka. On nie pójdzie na to. Ucieknie sprzed ołtarza, ale nie poślubi Valeri.

– To dobra dziewczyna. Byłby z nią szczęśliwy.

– Możliwe, tyle że Czkawka to Czkawka. Znasz go. Jeśli się uprze, nie ma szans by zmienić jego decyzje. Ma twój charakter.

– I dlatego ciężko się z nim dogadać.

Trudno się nie zgodzić.

Opieram się o kolumnę podtrzymującą dach.

– A próbowałeś chociaż znaleźć inną przyczynę dla której nie chce się ożenić?

– Niby jaką?

– Może się zakochał w innej.

Wsysam powietrze i zamykam oczy.

– Niby w kim?!

– A chociażby w tej blondynce z którą tańczył w twierdzy.

Przełykam powietrze.

– Nie powinien. Nie wiemy skąd jest ta dziewczyna. Nic o niej nie wiemy. Czkawka powinien dać sobie spokój i zacząć odpowiedzialnie myśleć o przyszłości.

– Stoick, a gdyby chodziło o ciebie? Gdyby twój ojciec kazał ci poślubić inną kobietę, a ty kochałbyś Valkę? Co byś zrobił? Poszedł za głosem serca czy posłuchał ojca?

Nastaje cisza. Staram się ustać i doczekać odpowiedzi taty, ale nic nie odpowiada. Odwracam wzrok i wracam do łóżka. Słyszę jak Pyskacz, żegna się z przyjacielem i drzwi się zatrzaskują.

Wyszedł.

Wpatruję się w niebo nade mną. Okno jest otwarte. Nie widać ani chmurki tylko gwiazdy. Marzenia, polegli wojownicy, nadzieje, niespełnione pragnienia. Nieosiągalne. Obserwuję je jakby pomiędzy ich blaskiem kryły się odpowiedzi i rozwiązania. Próbuję je odnaleźć. Im dłużej się staram, tym szybciej oczy mi się kleją, a ostatecznie odpływam w krainę snów.

Astrid

Siedzę przy mamie. Moczę w ciepłej wodzie szmatkę, wykręcam i przykładam do jej czoła. Schładzam bladą twarz rodzicielki. Na razie nie kaszle, ale tylko przez to, że śpi.

Nie wierzę, że mama umiera. Nie wierzę i nie pozwolę na to. Musi istnieć jakieś lekarstwo. Może na Sollar nie ma potrzebnych składników. Może trzeba poszukać pomocy gdzieś indziej. Może choroba przeminie i mamie się poprawi. Tata nie powinien tak łatwo się poddawać. Jest wodzem. Głową klanu i rodziny. Przede wszystkim jest mężem. Kocha żonę. Wiem o tym. Bardzo ją kocha. Dlaczego, chce tak łatwo zrezygnować z ratowania jej?

– Astrid.. Astrid, wracaj… córeczko…

– Jestem tu, mamo. Spokojnie. Wszystko będzie dobrze.

Dotykam ciepłego policzka mamy. Majaczy. Jej stan jest naprawdę zły. Dusi się!

– Brietta! – wołam przyjaciółkę. Zjawia się natychmiast w sypialni. Pomaga mi podnieść matkę.

– Ona tak dłużej nie pociągnie. – Klepiemy moją rodzicielkę po plecach. Chwila mija zanim może złapać oddech. Kładę ją z powrotem. – Pójdę po Edgara.

– Zostań tu. – mówię i wychodzę z pokoju.

Kieruję się do swojej sypialni. Jak zwykle mam nienaganny porządek. Podchodzę do biurka i biorę ze sterty papieru jedną kartkę. Sięgam po ołówek i zaczynam pisać. Staram się ściśle pisać najważniejsze rzeczy. Opisuję wszystko co się dzieje. Jestem gotowa zaryzykować, jeśli dzięki temu mama wyzdrowieje. Przelatuję jeszcze raz tekst, po czym zwijam pergamin i wybiegam z pomieszczenia.

Wychodzę na zewnątrz. Wiatr wieje niemiłosiernie. Idę do boksu Wichury. Kończy jeść porcję kurczaka jaką jej wcześniej przygotowała Brietta. Nie zaglądałam do niej odkąd wróciłyśmy na Sollar. Wichura skrzeczy wesoło na mój widok. Od razu ją przytulam. Później łapię jej pysk w dłonie i opieram głowę na jej nosie.

– Musisz coś dla mnie zrobić, Wichurko. Polecisz do Czkawki. Znasz drogę. Przekażesz mu list, a później sprowadzisz go tutaj. – szepczę, a ona słucha uważnie. Wie, że powierzam jej ważną misję. Sięgam po sznur i przywiązuję list do szyi smoczycy. Nie zgubi go. – Lecisz sama. Ten jeden raz. Wiem, że sobie poradzisz, dziewczynko.

Całuję nos przyjaciółki. Odsuwam się i daję jej znak, że może ruszać. Odwraca się jeszcze raz i skrzeczy na pożegnanie. Uśmiecham się pełna wiary w nią.

– Leć – mówię pewnie. Odlatuje. – Wierzę w ciebie.

Czkawka

Szczerbatek robi poczwórną poziomą beczkę i gwałtownie zatrzymuje się przed krawędzią. Ciągnę go za sobą do tyłu i nurkujemy w oceanie. Chwila, jeszcze chwila… i wynurzamy się lecąc z prędkością światła do reszty jeźdźców czekających na skraju wyspy.

– I jak? Podobało się? – pytam mordki głaszcząc go po głowie. Trzepie głową na boki pozbywając się reszty wody i pomrukuje zachwycony.

– I to ma być twój nowy trik? – podnoszę wzrok na Smarka. Bliźnięta obok niego wzdychają ciężko i dodają:

– Nudy!

– Wiesz, gdybyście podwoili szybkość obrotów może było by większe wow.

– Dla mnie było super. – ogłasza Śledzik z kciukiem w górę.

Uśmiecham się i myślę nad radą Smarka.

– Dobra, spróbujemy jeszcze raz – Zawracam Szczerbatka, ale nagle w oddali widzę jakąś kropkę. Przybliża się. Teraz wiem, że to smok. – Co to…?

– Smok.

– No co ty, Śledzik, poważnie? – Przewracam oczami słysząc drwiący głos Jorgensona. – A może ptaszek?

– Ptaszka to ty masz w… – Wszyscy spoglądamy na Szpadkę w zdumieniu. Co ona…co?! Zakrywa usta dłonią. Próbuję dojść do tego, czy dobrze usłyszałem. – Co się gapicie?! Tylko jedno wam w głowach!

Odwracam twarz z powrotem ku horyzontowi. Mielę w głowie to co chwilę temu niestety usłyszałem. Obym zapomniał. Będę mieć koszmary ze Szpadką i jej dogryzaniem w roli głównej. Że też ona się nie krępuje przy nas. Jest jedyną dziewczyną na grupę jeźdźców. Może to my na nią tak działamy. Albo Smark. Może zaszedł jej za skórę?

Skupiam całą uwagę na lecącym smoku w naszą stronę. Kształt, kolor, kolce. To…

– Wichura?! – krzyczą wszyscy za mną na jednym wdechu.

Minutę później smoczyca ląduje przed nami.

– A co ona tu robi?

– Bez Astrid?

– Też chciałbym wiedzieć. – przyznaję.

– A kto powiedział, że my chcemy? – Mrożę Meczyka spojrzeniem. Nie wygląda już na takiego, któremu chce się odzywać.

Schodzę z grzbietu Szczerbatka i podchodzę ostrożnie do Wichury.

– Hej, spokojnie mała. Spokojnie – Dotykam jej nosa. Głaszczę niebieskie łuski. Jest niespokojna. – Co jest? Gdzie Astrid? Odsuwa się. Drepcze tam i z powrotem. Szczerbek podchodzi do niej i mruczy pocieszająco, a ja nadal próbuję ogarnąć co się stało, że smok blondynki przyleciał na Berk.

– Jest wystraszona. – rzuca z uwagą Śledzik. Podchodzi powoli do smoczycy, którą nieco uspokoił Szczerbek. – Ale nie jest ranna.

– Ej, ona ma coś na szyi! – Ekscytacja w głosie bliźniąt powoduje, że kucam i patrzę na szyję smoczycy. Sznur? Pergamin?

– Wiadomość – Wyciągam rękę by sięgnąć papieru. Wichura zaczyna uciekać. – Ćśśś, spokojnie mała. Wszystko gra.

Dosięgam. Odcinam nożykiem w rękawie sznur i przejmuję kartkę. Głaszczę z uśmiechem Śmiertnika i rozwijam list.

'Czkawka, Jeśli czytasz ten list to znaczy, że Wichura dotarła we właściwe miejsce. Potrzebuję twojej pomocy. Moja mama jest ciężko chora i potrzebuje lekarstwa. Ciężko oddycha i ma ostry kaszel. Nie wstaje z łóżka. Prawie nic nie mówi. Jest blada jak ściana i ma wysoką gorączkę. Podaliśmy jej wszystko co mieliśmy i nic nie pomaga. Nie wiadomo co jej jest. Znachorka Sollar nie wie co mogło jej zaszkodzić. Próbowała wszystkiego, ale ja wiem, że to wciąż za mało. Tata chce się poddać. Nie wiem już co robić. Może Gothi będzie mogła pomóc. Zna się na chorobach i ziołach, prawda? Błagam cię, sprowadź ją tutaj. Nie mów nikomu, że lecisz na Sollar. Wichura pokaże ci drogę. Nie wiem ile mamie pozostało czasu. Muszę działać, ale sama nie dam rady. Proszę cię, przyleć.

                                                                            Twoja Astrid.'''Tekst pochyłą czcionką'

Moje oczy są szeroko otwarte. Umysł zapisuje tekst w pamięci, a ja omal nie zbieram się do biegu, zamiast wskoczyć na Szczerbatka.

– Czkawka, co tam jest? Mów co jest w liście!

Budzę się z transu strachu i obaw.

– Astrid… Jej mama potrzebuje natychmiastowej pomocy.

– Ale co się stało? – Śledzik wygląda na przejętego, zresztą jak cała reszta.

– Jest chora. Pisze tylko, że ich znachorka nie zna przyczyn dolegliwości i nie pomagają żadne zioła.

– Czyli, co? Lecisz do niej? – Przenoszę spojrzenie z Smarka na pergamin. Bawię się rogiem listu.

– Oczywiście, że lecę.

– Bosko! Ojciec ci tego nie daruje. A nam zmajstruje tutaj jedną wielką awanturę, że nic mu nie powiedzieliśmy.

– A czy ja bronię wam mu o tym powiedzieć? – Uśmiecham się do przyjaciół, ale Smark wygląda na takiego, który chciałby się na mnie rzucić z pięściami.

– Zwariował.

– Bo się zakochał. – Świergot słów Szpadki odprowadza mnie do zawstydzenia, ale i dumy.

– Ty patrz. Znawczyni miłości się znalazła. – burzy się Mieczyk. – Jakieś mądre rady?

– Dla ciebie jedna. Zamknij tą swoją jaczą gębę idioto! – Wali brata pięścią w głowę. Auć. Musiało boleć.

– Szpadka! Jak ci zaraz oddam to spadniesz ze smoka i nie wstaniesz!

– Spróbuj szczęścia!

Przewracam oczami. Uśmiecham się mimo woli i wsiadam na Szczerbatka. Wcześniej chowam list do torby przyczepionej do siodła.

– Przypilnujcie Wichury. Zaraz wracam z Gothi.

Szczerbatek podrywa się do lotu i już lecimy w stronę chatki szamanki. Oby się zgodziła na moją prośbę.

Kilka chwil później znajdujemy się przed chatką Gothi. Staruszka siedzi na swoim bujanym krześle i głaszcze małego Straszliwca. Mam nadzieję, że mnie wysłucha i zgodzi się ze mną polecieć, albo chociaż coś doradzi.

– Witaj, Gothi – Kiwam do niej głową i schodzę ze Szczerbatka. Podchodzę i podaję list. Nie bierze go do ręki tylko patrzy mi w oczy. – Astrid wysłała wiadomość. Prosi o pomoc. Jej matka jest w ciężkim stanie i… Gothi znasz się na chorobach. Pomóżmy im. Proszę.

Odbiera pergamin i przelatuje szybko treść. Straszliwiec odlatuje, a ona wstaje z krzesła i wchodzi do domu. Pokazuje mi bym poszedł za nią.

W środku jak zwykle czuć zapach suszonych oraz świeżych ziół. Fiolki z miksturami stojące na szafkach, półkach. Zaczęła czegoś szukać po izbie przekładając wszelkie rzeczy. Chcąc pomóc ruszyłem w jej stronę, ale zatrzymała mnie swoją laską. Mam stać w miejscu i się nie ruszać. Obserwuję co robi i co pakuje do torby. Nie wiem co zabiera, ale wierzę że wybiera najlepsze leki.

Szczerbek patrzy z zaciekawieniem do środka. Jego pytające oczy wbija we mnie, a ja wzruszam ramionami nie udzielając mu słownej odpowiedzi. Odwracam się z powrotem do wnętrza domu i napotykam przed sobą szamankę. Odskakuję do tyłu łapiąc się za serce. Ma kobieta talent do straszenia.

– Gothi, bo doprowadzisz mnie do zawału – upominam ją, ale ona wali mnie w głowę. No rzesz, co ona wyprawia?!

Rozmasowuję obolałe miejsce, gdy ona wysypuje piach na podłogę. Kreśli zdania, jak i rysunki.

– Gothi, nie mamy czasu. Musimy iść…

Podnosi laskę i znów chce mnie walnąć. W porę reaguję unosząc ręce w geście pokoju.

– Dobra. Już nic nie mówię.

Surowym spojrzeniem i miną pokazuje mi bym czytał co napisała. Z zaciśniętymi zębami zmuszam się by to zrobić.

– 'Nie mogę opuścić Berk. Musisz sam polecieć i uratować tą która tego potrzebuje. Spakowałam ci wszystkie potrzebne rzeczy. Przygotowałam ci również przepis na tonik leczniczy. Biorąc pod uwagę objawy podejrzewam, że chora została otruta Czernistą Darturą. To silna trucizna, która może wykończyć człowieka w dwa tygodnie.'

Podnoszę wzrok na staruszkę. W oczach ma zmartwienie i powagę. Chyba widzi moją obawę, bo podchodzi do mnie i podaje torbę, po czym klepie moją dłoń zaciśniętą w pięść na uchwycie. W jej spojrzeniu mogę odczytać proste zdanie: Ona na ciebie liczy. Wiem o kim mówi, a to wzbudza we mnie jeszcze większą obawę, że nie podołam.

A jednak kiwam głową i z pewnością uśmiecham się do znachorki. Odwzajemnia miły gest. Wychodzę z chatki. Szczerbek czeka już gotowy do odlotu. Przyczepiam do siodła torbę, tak by nic się nie potłukło i nie wyleciało. Głaszczę smoka po szyi, by kolejno wsiąść na niego i wyruszyć. Ostatni raz patrzę na Gothi. – Dziękuję ci, Gothi.

– Wiesz, że stąpasz po kruchym gruncie? – Słyszę Smarka.

Rzucam po rybie Szczerbatkowi i Wichurze. Chcę, by coś przegryźli przed podróżą.

Każdy siedzi cicho, tylko Jorgenson prawi mi kazanie. Nie powinno go obchodzić co robię, ale miło wiedzieć, że się martwi. Rzadko kiedy okazuje troskę komukolwiek, a już w szczególności mnie.

– Ty jakoś całe życie po nim stąpasz i jeszcze żyjesz.

– Nie porównuj mnie do siebie. Własnoręcznie kopiesz sobie grób. Wiesz, przynajmniej dokąd lecisz?

– Tak, Sączysmark, wiem.

– Podzielisz się z nami informacją?

– Nie.

– Nie bądź głupi. Jeśli coś wam się stanie, nie będziemy mogli cię znaleźć. – Ślę Śledzikowi spojrzenie proszące by przestał.

– A masz pewność, że wrócisz żywy? – pyta Smark. Czy on może już skończyć?

– Zdziwisz się, ale tak.

Jestem świadomy swej odpowiedzi. Byłem w gorszych tarapatach i jakoś wychodziłem cało. Mam przy sobie mordkę, więc nic mi nie będzie.

– Czego wy od niego chcecie? – Mieczyk kieruje ostre spojrzenie na Smarka i Śledzika. Podchodzi do mnie i kładzie dłoń na ramieniu. Nie wiem o co mu chodzi, ale się nie odzywam. – Robicie mu mętlik w głowie.

– Dokładnie! Sam dobrze wie, że to nierozsądne, ale serce mu podpowiada, że musi lecieć i jakoś pomóc. Albo sumienie to też może go dręczyć.

Poważnie zaczynam się bać bliźniaków. Znowu filozofują. Tym razem o mojej decyzji.

– Szpadka i ja, rozumiemy cię przyjacielu.

– Tak. Wiemy, że sumienie nie da ci spokoju, jeśli czegoś nie zrobisz. Patrzę na nią i na niego. Uśmiech pochwały na ich twarzach mnie przeraża, a jednocześnie przekonuje do działania. Chyba postradałem zmysły.

– Dzięki? – to bardziej brzmi jak pytanie. Wyplątuję się z objęć bliźniąt i podchodzę do Wichury. – Zaprowadź nas do Astrid. – proszę smoczycę. Głaszczę ją po nosie, po czym się odsuwam dając znak by leciała.

Oglądam jeszcze raz twarze przyjaciół zanim Szczerbek wzbija się w niebo i podąża za Zębaczem. W spojrzeniu jeźdźców dostrzegam troskę i dumę.

Po jakimś czasie lotu tracę ich z widoku, później Berk i pozostaje mi jedynie obraz nieskończonego oceanu, nieba, mordki i Zębacza przed nami. Gramy z czasem. Cena jak zwykle jest wysoka. Nie ma szans na przegraną.

– Musimy się pospieszyć! – przekrzykuję wiatr. Wichura i Szczerbatek ryczą i zwiększają prędkość lotu.

Myślami modlę się do Bogów o czas. Mam nadzieję, że mnie wysłuchają.

Rozdział 13

Astrid

Jestem w kłębkach nerwów. Boję się o mamę i o to czy Wichura dotarła na Berk, albo coś jej się stało. Nadal jednak czuję, że istnieje nadzieja. Mama wciąż jest między nami i jest czas. Jeszcze jest czas.

Silna dłoń mojego ojca dotyka mojego ramienia. Czuwam przy mamie i wpatruję się w jej twarz, by dobrzej ją zapamiętać. Każdą rysę. Każdą zmarszczkę.

– Nie poddawaj się – szepczę. Nie kieruję słów tylko do mamy trwającej we śnie, ale i taty stojącego przy moim boku. Jeśli on przestanie wierzyć to co z niego za mąż?!

Nagle słyszę coś z daleka. Jakby coś wewnątrz mnie krzyczało, że zbliża się to na co tak wiernie czekam. Ojciec chce podejść do okna, ale powstrzymuję go i proszę by usiadł przy małżonce. Sama kieruję się do okna i błagam bogów, bym się nie przesłyszała.

Ciemność nad oceanem jak i całą wyspą. Prawie nie widać gwiazd, gdyż chmury zasłaniają większość nieboskłonu. Księżyc wyłania się zza jednej i jest jedynym blaskiem nocy. Dowodem na to, że jeśli jest i on to musi być też słońce, które wstaje każdego poranka. Słońce jest jak nadzieja. Niezawodna.

Czy mam jakiś dowód?

Oto drugi hałas wywołany strzałem plazmy Nocnej Furri i lecącego na smoku jego jeźdźca. Obok niech pędzi moja Wichura. Lecą z prędkością światła. Kąciki moich ust się unoszą. Serce wali mi w piersi, gdy aplikują całą parą w stronę wyspy.

Zrywam się do biegu. Znikam z pokoju w jednej sekundzie. W drugiej zbiegam po schodach i wybiegam z domu. Krzyczę na całe gardło imię swojej najlepszej smoczej przyjaciółki. Macham rękoma by zwrócić jej uwagę.

– Wichura! – wołam ją.

Ląduje przede mną, a ja czuję jak pieką mnie oczy. Rozkładam ręce by się wtuliła we mnie cała. Już moment później głaszczę jej zimne łuski, przyciskając polik do jej kolca.

– Moja dziewczynka. Jesteś niesamowita. Jestem z ciebie taka dumna!

Skrzeczy trącając mnie i prosząc o więcej czułości. Nie odmawiam jej tego. Całuję jej nos.

Mija dłuższa chwila, gdy Wichura wreszcie pozwala mi się odsunąć i spojrzeć na tych, których sprowadziła pod moją prośbą.

Moje załzawione oczy sprawiają, że rozmywa mi się obraz. Nie muszę wiedzieć kim są ci, którzy stoją przede mną.

Czuję jak czyjeś ramiona obejmują mnie i pozwalają uwolnić łzy. Kryję twarz w jego szyi. Przyciska mnie bardziej do siebie. Czuję zapach jego włosów. Pachną solą morską oraz lasem. Wciągam powietrze przez nos i wolno wypuszczam.

– Jesteś.

– Jestem – odpowiada mi szeptem.

Nie widzieliśmy się jeden dzień, a witamy się jakbyśmy się nie widzieli rok.

Głaszcze mnie po włosach. Składa delikatny całus na czubku mojej głowy. Odsuwam się od niego na tyle by spojrzeć mu w oczy.

– Wiesz jak pomóc mojej mamie, prawda?

– Tak mi się zdaje – Ściąga torbę ze Szczerbatka. Krótko witam smoka drapaniem pod brodą, przy czym zaglądam do wnętrza niewielkiego bagażu. – Chodźmy – łapie mnie za rękę i ciągnie do drzwi. Otwieram je i wchodzimy do domu. – Czy gorączka spadła chociaż trochę?

– Ciągle jest wysoka.

– Potrzebuję jakąś miskę.

Bez wahania podaję mu naczynie z tłuczkiem. Wyjmuje karteczkę na której zapisany jest przepis. Stawia na stole różne flakoniki i zioła zawinięte w czystą białą szmatkę. Czuję intensywny zapach. Staję obok niego. Przyglądam się jak wlewa i wrzuca różne mikstury z przyprawami.

– Ugniataj i mieszaj – Podaje mi misę. Robię co radzi. Sam podchodzi do blatu kuchennego i rozgląda się za czymś. Po chwili znajduje to czego szuka i przynosi to do mnie. – Trzeba dodać trochę mleka.

Mieszam wszystkie składniki razem. Powstaje wodnista konsystencja. Pachnie całkiem przyjemnie.

– To wszystko? Pomoże?

– Mam nadzieję. – Stawia przede mną kubek. Przelewam tonik i przejmuję go w własne ręce.

Spoglądamy sobie w oczy. Czujemy oboje obawę, ale również wiarę w to, że antidotum zadziała. Odwracam się. Chcę ruszyć na górę, lecz nie mogę.

Przed nami stoi mój ojciec. Jego mina jasno daje do zrozumienia, że jest zły. W oczach odbija się ogień paleniska. Wyjmuje miecz z pochwy tak szybko, że nie jestem wstanie go zatrzymać.

– Kim jesteś i co robisz w moim domu?! – Mierzy w szatyna stojącego obok mnie. Osłaniam go swym ciałem obejmując jedną ręką jego własną, a drugą trzymając kubek z lekarstwem.

– Nawet nie próbuj! – ostrzegam go głosem powagi i determinacji.

– Nie rozmawiam z tobą, córko. Lepiej odsuń się od niego, albo…

– Albo co?! – Mocniej zaciskam palce na nadgarstku Czkawki. – Pożałuję? Zabijesz mnie? Wyrzucisz z domu? A może pozbędziesz się mojego smoka?

– Astrid…! – Przysuwa rękojeść bliżej siebie, gotów w każdej chwili się na nas rzucić. – Dobrze ci radzę, odsuń się od niego.

– Nigdy! Jeśli tak bardzo chcesz go zabić, musisz najpierw zabić mnie. Jesteś na to gotowy?

Cisza. Patrzy ciągle na Czkawkę za mną. Nie mogę odejść. Nie wątpię w to, że Czkawka umie walczyć, ale to mój ojciec. Wiem do czego jest zdolny. Nie zostawię ich samych.

– Astrid! – krzyk Brietty dochodzący z piętra budzi we mnie grozę. Patrzę to na schody, to na ojca. Jest tak wzburzony obecnością Czkawki, że nawet jej nie słyszy.

– Nie mam złych zamiarów. – spokojny ton chłopaka za mną kierowany jest do mojego ojca.

– Czyżby?

– Naprawdę. Przychodzę z pomocą.

Ojciec spogląda na stół i i pozostawiony na nim bałagan. Marszczy brwi w złości i zdziwieniu. Przenosi na mnie spojrzenie. Włoski na karku stają mi dęba.

– Powiedziałaś mu o Sollar? Sprowadziłaś go tutaj? Czyś ty oszalała?!

– Tato, wysłuchaj mnie…

– Twoja matka umiera, a ty zamiast spędzać z nią ostatnie chwile kombinujesz z Nim?!

– Daj mi coś powiedzieć na miłość Odyna!!!

Milknie.

– Próbuję ratować władczynię Sollar. Moją matkę. Twoją żonę. Jedyną nadzieją, żeby jej pomóc to lekarstwo, którego nasza zielarka nie umiała zdobyć, a na dodatek nie rozpoznała choroby. Miałam odpuścić, bo ty nie chcesz prosić innych o pomoc? Ja na twoim miejscu przewróciła cały archipelag do góry nogami, żeby tylko ratować ukochaną mi osobę!, rodzinę!, przyjaciół! A ty? Rezygnujesz. Poddajesz się, jakby to nic takiego nie było. Jest bo jest, tak musiało najwyraźniej być. Wiesz, co? Nie chcę i nie zgadzam się na taki scenariusz. Ja się z niego wypisuję. Rób co chcesz. Szczerze, mam to w głębokim poważaniu. Ale wara od mojej matki i przyjaciół! Bo przysięgam, i wszyscy bogowie mi świadkiem, że ręce i nogi ci powyrywam. Nie obchodzi mnie to czy jesteś moim ojcem, albo wodzem. Słyszysz? Nie obchodzi mnie to!

Teraz jeśli łaskawie pozwolisz pójdę ocalić matce życie. Nie waż się tknąć Czkawki. Jeśli tylko spróbujesz nie wyjdziesz z tego domu żywy. Wyniosą cię, a ja nawet nie zapłaczę na twoim pogrzebie.

Poszczam nadgarstek Czkawki i wymijam ojca. Wchodzę po schodach na górę z nadzieją, że tonik zadziała i zdąży pomóc mamie. Nie myślę o tym czy zraniłam ojca, albo o tym, że źle się zachowałam. Nie okazałam mu ani odrobinę szacunku. Tyle, że jak można kogoś szanować, gdy ten ktoś nie okazuje szacunku mnie.

Brietta zmienia okłady mojej matce. W jej spojrzeniu dostrzegam łzy i współczucie. Odmawiam krótką modlitwę do Odyna i podchodzę do rodzicielki.

– Mamo musisz się podnieść – proszę ją spokojnym, ale także stanowczym tonem.

W oczach ma mgłę. Kolor tęczówek blednie. Ledwo otwiera oczy, a powieki opadają bez żadnej kontroli. Kręci głową i jęczy coś niezrozumiale.

Jestem przerażona.

– Mamo zostań ze mną, słyszysz? Spójrz na mnie. Pro-

– Odejdź! – Odpycha rękę Brietty. – Zostawcie mnie w spokoju!

Wymieniam spojrzenie z przyjaciółką. Staje przy łóżku, ale ja robię coś zupełnie innego. Pochylam się nad mamą i łapię za ramiona. Ciągnę ją do pozycji siedzącej, choć próbuje się uwolnić. Nie odpuszczam.

– Mamo, uspokój się! Popatrz na mnie! – Łapię jej twarz w dłonie. – Popatrz na mnie – błagam ją drżącym głosem. Wreszcie wykonuje moją prośbę. Przestaje się szarpać. – Brietta podaj mi kubek. – rzucam poważnie i szybko nie odrywając wzroku od oczu mamy. Zaczyna słabnąć i chce zamknąć oczy i odchylić głowę na bok. – Nie rób mi tego. Nie rób tego, słyszysz? Zostań tu! Mamo – Ciągle do niej mówię głośno, wyraźnie i stanowczo. Brietta podaje mi kubek z lekiem. Przykładam go do twarzy mamy. Straciła świadomość i nie ma pojęcia o co chodzi. Patrzy półprzytomna do wnętrza naczynia. – Wypij to. – Przekręca głowę na bok, po czym prostuje się powraca spojrzeniem na mnie. – Pomoże ci. Zrób to dla mnie i dla taty. Proszę cię.

Przykładam kubek do rozchylonych ust rodzicielki. W duchu czuję słabą ulgę, że wypija lekarstwo, ale wciąż jestem na skraju załamania nerwowego.

Mama spokojnie zamyka oczy i leci mi z rąk na poduszki. Słyszę swój krzyk. Zaczynam wrzeszczeć:

– Mamo! Mamo, nie! Nie, nie nie!

Nagle coś obejmuje mnie i odciąga od łóżka. Szarpię się, ale osobnik za mną jest silniejszy. Łapie moje nadgarstki, lecz je wyrywam. Łapie mnie za ramiona i przyciska do siebie. Moje policzki stają się mokre.

Brietta coś mówi, ale ja jej nie słyszę.

– Astrid, twoja mama żyje – szepcze mi do ucha, ale ja ciągle się szarpię. Ne umiem przestać.

Brietta sprawdza oddech nieprzytomnej pani domu i jest nad wyraz spokojna. Ja dostałam szału.

– Astrid, ona żyje. Słyszysz? ŻYJE!

Obraca mnie w spoją stronę. Uderza mnie gęsta trawiasta zieleń. Moje serce drży w mej piersi i jego ramiona mnie przyciągają do siebie. Przestaję płakać, ale wciąż ogarnia mnie panika. Trzęsę się jak galareta.

Czkawka

Stałem jak sparaliżowany od chwili, gdy Astrid pozostawiła mnie samego z jej ojcem gotowego się na mnie rzucić jak dziki smok, gdy ktoś obcy narusza jego terytorium.

Oblała tatę zimnymi słowami, bez żadnego hamulca zawstydzenia, czy pokory. Poleciała po bandzie i nie mogę do tej pory zrozumieć jakim cudem była do tego zdolna. Nie zająknęła się na żadnym zdaniu. Ja i mój ojciec mamy swoje relacje, które ostatnio nie są jakieś dobre, żeby się nimi chwalić, ale w porównaniu z Astrid i jej ojcem, jest naprawdę znośnie. Myślę, że może nawet trochę przesadziła z pewnymi słowami. Teraz jednak nie mam zamiaru jej o tym mówić. Ma wystarczająco dużo problemów z którymi musi sobie poradzić, a ja jestem po to by jej w tym pomóc.

– Jak śmiesz pojawiać się na mojej wyspie nieproszony, wchodzić do mojego domu i zbliżać do mojej córki?

Przełykam ślinę z trudem. Gniew w jego oczach może wypalić mi skórę. Robi krok w moją stronę. Najchętniej bym się wycofał, a nie mogę. Nie mogę uciekać. Nie jestem tchórzem, a już na pewno nie zamierzam zostawiać Astrid.

– Potrzebujecie pomocy. Naprawdę nie mam złych intencji.

Jest coraz bliżej. Zamykam oczy, gdy kieruje ostrze miecza na moją szyję. Czuję chłód przeszywający mnie od góry do dołu. Ale nie odchodzę. Stoję jak słup i postanawiam otworzyć oczy. Spojrzenie wodza Sollar budzi we mnie ciary z obaw, że jednak mnie zabije. Tymczasem opuszcza broń oddychając ciężko jakby przebiegł kilometr.

– Nie ufam ci. Nie pozwolę, by twoja obecność tu uszła ci na sucho. Pożałujesz, że tu przyszedłeś.

Wtem słychać krzyk, nie byle jaki, bo Astrid. Rozpaczliwy, a po mnie przepływa fala niepokoju. Bez strachu wybiegam mijając rosłego wojownika i docierając na piętro. W ułamku sekundy wbiegam do pokoju w którym leży matka blondynki. Najpierw rzucam okiem na nieprzytomną. Chwilę później łapię Astrid i próbuję opanować jej szał zmieszany z przerażeniem. Wyrywa ręce, ale nie daję za wygraną i ponownie ją łapię i przyciskam do siebie. Szamota się. Nie słyszy jak dziewczyna pochylająca się nad jej mamą mówi, że żyje. Po prostu krzyczy.

– Astrid, twoja mama żyje – powtarzam jej do ucha. Nic z tego. – Astrid, ona żyje. Słyszysz? ŻYJE! – Obracam ją ku sobie.

Nie mogę powstrzymać serca, które pragnie się wyrwać. Czuję, że jeszcze nigdy nie widziałem kogoś w taki stanie. Ani taty, ani żadnego z jeźdźców, a nawet Szczerbatka. Biorę ją w ramiona i nie pozwalam się osunąć.

Siedzimy przy jakiejś studni niedaleko domu blond wojowniczki. Ona jest cicho. JA jestem cicho. Powinienem ją przytulać, ale ona nie wydaje się, że tego chce. Miętoli w palcach spódniczkę. Policzki wyschły, lecz oczy nadal ma czerwone od łez, które wylała chyba z tysiąc.

– Powiesz coś?

Spoglądam na nią. Przestaje bawić się częścią garderoby i odwzajemnia spojrzenie. Nie jestem pewien co powiedzieć.

– Na przykład?

– Nie wiem, cokolwiek?

Odwracam wzrok. Nie wiem co mam mówić. Naprawdę.

– Przesadziłaś.

– Ja? Niby w czym?

– Z twoim tatą. Byłaś dla niego zbyt ostra. Nie powinnaś mówić pewnych rzeczy.

– On tak samo. – Chcę się odezwać, ale ona nie skończyła. – Nie pozwolę już nigdy więcej, żeby straszył i krzywdził tych, którzy są dla mnie ważni. Chciał zabić Wichurę. Życie mamy skazał na straty. A ciebie… Naskoczył na ciebie jakbyś był jakimś nikczemnikiem. Na ciebie. Na tego, który ofiarował mi swoją przyjaźń, ocalił mi życie, życie mojej smoczycy, mojej matki, pomógł uwierzyć, że moje życie wreszcie będzie wyglądało inaczej, zaryzykował kontakty z ojcem przeze mnie i oddał naszyjnik zaręczynowy, który powinna dostać inna. Nadal uważasz, że nie powinnam mówić tego co mu powiedziałam, poważnie?!

Wciągam płytko powietrze i staram się przemyśleć o tym o czym mi przypomniała. Myśli szaleją mi w głowie, nie mogę ich uporządkować. Nie chcę prawić jej morałów. Nie mam pojęcia jak ja bym się zachował wobec taty, gdyby skrzywdził Szczerbatka lub moich przyjaciół. Tata walczył o odnalezienie mamy długimi miesiącami, gdy byłem mały i zostawałem pod opieką Pyskacza. Nie chciał rezygnować z jej poszukiwań, aż kowal mu powiedział, że to jego syn go teraz potrzebuje. Kochał mamę i z trudem odpuścił. Wciąż ją kocha. Wiem, że do tej pory mu jej brakuje. Zrobiłbym wiele, żeby odnaleźć mamę, ale nie wiadomo czy przeżyła, czy smok jej nic nie zrobił albo nawet gdzie może być.

Kieruję na nią swe spojrzenie. Chcę powiedzieć, że się myli. Że tata się po prostu o nią troszczy i boi, ale nie przechodzi mi to przez gardło. Mój tata też chciał się pozbyć Szczerbatka, ale wtedy było inaczej.

Zeskakuję z murku studni i staję przed nią. Jej oczy lśnią błękitnym płomieniem gniewu.

– Uważam po prostu, że puściły ci nerwy. – Wkurzyłem ją jeszcze bardziej. Opieram dłonie na brzegu studzienki po obu stronach Astrid. Nie odwracam od niej wzroku. Nie boję się jej spojrzenia. Nie przeraża mnie.

– W takim razie się mylisz.

I jej poważnego, ostrego tonu też się nie boję. Ogarnia mnie spokój. Wiem, że pod tą całą zasłoną zimnej i oschłej wojowniczki, kryją się uczucia, serce i znacznie więcej niż widać z zewnątrz.

– Wiesz, że nie – mówię, a moje kąciki ust delikatnie się podnoszą. Jej mina wciąż się nie zmienia.

Zamierzam odpuścić temat. Nie chcę ciągnąć tej dyskusji. Ona i tak myśli swoje.

– Przestań już – proszę rozplątując jej dłonie i plączę z własnymi. Przestaje zaciskać usta, ale oczy wciąż płoną. – Nie jestem przeciwko tobie.

– Wiem – szepcze prawie niesłyszalnie.

Uśmiecham się lekko i spuszczam wzrok by popatrzeć na nasze dłonie. Gładząc kciukami jej kciuki czuję, że jej skóra jest delikatna jak aksamit.

Nigdy w życiu nie trzymałem, żadnej dziewczyny za rękę. Nie w ten sposób. Nie całowałem się z żadną, póki nie poznałem Astrid. Ciężko uwierzyć, prawda? A jednak.

– Będę musiał za niedługo wracać.

Biorę jej brodę w dwa palce zmuszając przez to do spojrzenia mi w oczy. Znów są jak spokojne fale oceanu. Gdy upewniam się, że się nie odwróci, mogę ponownie chwycić jej dłoń.

– Nie wiem, kiedy znów się spotkamy. Muszę zostać na jakiś czas tutaj na Sollar. Zająć się mamą dopóty nie wydobrzeje.

– Kuracja po tej chorobie może trochę potrwać. – przyznałem z większym naciskiem na słowo trochę. – Ale nie martw się. Wyjdzie z tego.

– Gdyby nie ty…

– Gdyby nie Ty i Wichura – poprawiam ją.

Oboje spoglądamy na nasze smoki bawiące się kawałkiem belki.

– Dziękuję, że mi zaufałaś.

Uśmiecha się. Mógłbym przysiąc, że w świetle dostrzegłbym rumieniec.

– A ja dziękuję Tobie, że mnie nie zawiodłeś. Ja ciebie też nie zawiodę. Obiecuję.

W jej oczach widzę jasno i wyraźnie, że dotrzymamy naszej obietnicy.

– Wyślę ci Straszlwca. Będziemy ze sobą pisać co niedzielę.

Śmiejemy się cicho.

– Nie zdążysz zatęsknić. – dodaję.

Kręci głową, a ja stykam swoje czoło z jej.

– Jesteś zdecydowanie zbyt pewny siebie, Haddock.

– Uczę się od ciebie.

– Jak się postarasz, może przerośniesz mistrza – Osuwa twarz, by spojrzeć mi w oczy. Niebieskie tęczówki są roześmiane, a po chwili słychać to w jej głosie. – Idiota.

Pstryka mnie w nos i zeskakuje ze studni. Stykamy się prawie ciałami. Gwałtownie sztywnieję czując jej zapach na policzku i dłonie na napierśniku. I ona się spina. To uczucie jest takie, takie że podświadomie wiem, że jest dobre.

– Och, czyżbyś nagle stracił swoją odwagę?

Łapię ją jedną ręką w tali przyciągając do siebie. Dostrzegam zaskoczenie w jej oczach.

– Mi się wydaje, że to raczej ty tracisz swoją pewność siebie, kiedy jesteś blisko mnie.

– Schlebiasz sobie.

– Udowadniam tylko, że mam rację. I nie ukryjesz tego pod swoim uśmiechem.

Myślę, że mnie pocałuje. Zbliża się, mruży oczy, ale ostatecznie robi coś czego się ani trochę nie spodziewam.

Kładzie mi swój szczupły palec na ustach.

– Nie tym razem mój drogi.

Otwieram szeroko zdziwione oczy i wbijam w jej.

– Jesteśmy na Sollar. Jeśli ktokolwiek nas zobaczy będziesz miał kłopoty. Mój ojciec ci nie popuści.

– Z tego co sobie przypominam, ostrzegłaś go, że nie może mi nic zrobić, bo tego pożałuje.

Droczę się z nią. Jest doprawdy zabawnie.

– A ty mówiłeś, że puściły mi nerwy.

– To i tak nic nie zmienia.

– Wręcz przeciwnie. Wszystko mogłam powiedzieć poprzez emocje.

Chcę powiedzieć, że przyznała się, że nie miała racji w sprawie tego co oświadczyła ojcu, ale nic nie mówię. Po prostu patrzymy sobie w oczy.

Po długiej chwili odchodzi, ale uśmiechnięta i zadowolona myślą, że wygrała. Pozostaję z uśmiechem na ustach czując mimo wszystko satysfakcję.

– Chodź. Zjesz coś i wrócisz do domu. – rzuca idąc w stronę domu i przywołując mnie ruchem ręki. Gwiżdże też zwracając uwagę smoków, a one odrzucają zabawę na później i biegną za wojowniczką.

Ta dziewczyna jest warta wszystkiego.

Astrid

Jeśli ktoś mógłby mi prawić kazania na temat tego jak potraktowałam ojca to tylko matka, albo wuj. Matka leży w łóżku i walczy z chorobą z której mam nadzieję, że wyjdzie. A wuj Finn nie żyje. Więc, jeżeli Czkawka próbuje dawać mi do myślenia nad tym co zrobiłam popełnia błąd. On jest ryzykantem, a mnie nie wolno? Nie wolno mi się zbuntować, bo co? Bo to mój tata? Dziękuję wam bogowie, że obdarzyliście mnie takim ojcem. Świetny prezent od życia, serio.

Zawsze czułam do ojca żal. Prawie o wszystko. O to jaki był, co robił. Ale tego wieczoru miarka się przebrała. Mierzył bronią w człowieka, który przybył nam na pomoc. Jeśli bym musiała stanęłabym z tatą do walki. Rzeczywiście puściły mi nerwy, a rzadko się to zdarza. Poleciałam po całości, ale szczerze nie żałuję. Powinien to usłyszeć, bo zasłużył. Tak jest moim ojcem, lecz wcale tego nie czuję.

Może Czkawka jeszcze nie zrozumiał, ale na pewno wkrótce pojmie, że jestem gotowa wskoczyć za nim w ogień. Wojna z moim ojcem jest tego przykładem. Jeśli mam wybierać między lojalnością ojcu, a kimś kto pozwala mi być i żyć jak tego potrzebuję, wybieram to drugie.


Otwieram drzwi i razem z Czkawką wchodzimy do środka. Od razu biorę się za sprzątanie blatu kuchennego, by mieć miejsce do przygotowania posiłku. Czkawka zajmuje się porządkiem na stole, kolejno dorzucając drewna do ognia. Wyjmuję pieczywo i już chcę robić kanapki, kiedy dłoń Czkawki dotyka mojego ramienia.

– Co?

– Nie rób mi nic. Nie jestem głodny.

Ze zdziwieniem przelatuję całą jego twarz.

– Nie jestem dobra w gotowaniu, ale umiem zrobić kanapki. Nie wybrzydzaj jak jakieś dziecko.

Śmieje się. Mi nie jest do śmiechu.

– Nie o to chodzi – chce mówić dalej, ale zacina się gdy ktoś schodzi po schodach. To Brietta. Nic nie mówiąc przeciera twarz rękoma i mamrocze coś pod nosem niezrozumiale. Oczy ma podkrążone z wyczerpania. Nie spała od wielu godzin. Wytrzepuje sukienkę, po czym podnosi wzrok na mnie i Czkawkę.

– Z Loren jest w porządku. Zasnęła. Edgar siedzi przy niej. Zdaje się, że za chwilę zaśnie.

Uśmiecham się. Odkładam nóż do krojenia i podchodzę do dziewczyny. Biorę ją za ręce i ściskam. Odwzajemnia ciepły uśmiech i patrzy ponad moje ramię.

– Ty zapewne jesteś tym słynnym Czkawką, który namieszał w głowie Astrid.

Daruję przyjaciółce docinki wzbudzające śmiech szatyna. Podchodzi do nas i ściska dłoń ciemnookiej.

– We własnej osobie. Ty pewnie jesteś Brietta.

– Zgadza się. Miło cię poznać. Wspaniale wiedzieć, że zdanie Edgara na temat obcych jest niepoprawne. Ocaliłeś Loren życie, jak i Astrid. Dziękuję w imieniu władców Sollar. Astrid jest dla mnie jak siostra i gdyby coś jej się przez ciebie stało udusiłabym cię gołymi rękoma. Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała. Zarobiłeś u mnie plusa, więc możesz być na razie spokojny.

Zauważam jak Czkawka z trudem przełyka powietrze i wpatruje się w rudowłosą z lekką obawą i zdziwieniem. Śmieję się obejmując go ramieniem. Brietta potrafi przestraszyć.

– Och, nie strasz go. – Wybuchamy śmiechem, a Czkawka nieco odpuszcza spięcie, bo jego kąciki ust się unoszą. – Powinnaś odpocząć. Przespać się.

– Taki mam zamiar. – ziewa. Przeciąga się stając na palcach i wyciąga ręce w górę.

– Widzisz, nie tylko ja olewam maniery. – szepczę do chłopaka. Śmiejemy się.

– Przypomnę ci, że to ty jesteś następczynią tronu Sollar. To ty masz znać etykietę i jej przestrzegać. Ja cię tylko uczę. Uczyłam. Całkiem odpuściłaś zajęcia odkąd poznałaś Jego. – Wskazuje z wyrzutem na Czkawkę. – Idę do domu. Wrócę rano koło dziesiątej.

– Dobranoc – udaje mi się rzucić do przyjaciółki razem z jeźdźcem. Znika za drzwiami, a ja ponownie wybucham śmiechem. – O Thorze, Czkawka, jaki ty jesteś głupi.

– No weź – Macha rękami również nie powstrzymując rozbawienia. – Wiesz jakie to stresujące? Wyglądała tak jakby chciała wdrapać mi oczy.

– Jesteś głupi. Bardziej przestraszyłeś się Brietty niż mojego ojca.

– Astrid.

Łapie mnie za talię i przyciąga do siebie. Chcę pisnąć, ale wydaję z siebie jedynie chichot, gdy wsuwa głowę między moje zagłębienie w szyi. Brązowe włosy łaskoczą moją skórę, a on nie pozwala mi się uwolnić.

– Jesteś nienormalny. – mówię. Nasze spojrzenia się spotykają. Ma takie piękne roześmiane zielone oczy.

– A ty jesteś nieznośna – mamrocze przyciskając usta do mojej skroni. Uspokajam się, ale mój uśmiech nie znika. Kładę swoje dłonie na jego przed ramionach obejmujących mnie od tyłu.

– I kto to mówi.

– Poprawił ci się humor widzę.

Nie jestem tak do końca tego pewna, ale przy nim czuję się lepiej. Sama myśl, że mamie się poprawia sprawia, że jestem spokojniejsza.

– Muszę już iść. – słyszę jego oświadczenie, więc zamykam oczy. Wiem, że musi. Lepiej dla nas by leciał, ale jakoś trudno się rozstać. – Wszystko gra?

Dociera do mnie, że moja mina się zmieniła i przestaliśmy się wygłupiać.

– Tak. Wszystko jest dobrze. – Wyplątuję się z jego objęć. Odchrząkam, po czym mówię: – Chodźmy.

Brzmię tak jakby to nie wzbudzało we mnie żadnego smutku. Czuję na sobie jego spojrzenie, które jasno daje mi do zrozumienia, że i on nie jest zachwycony tym, że musimy się pożegnać.

Wychodzę przed dom. Wichura i Szczerbek wspólnie śpią w boksie smoczycy. Słodko to wygląda, gdy jedno jest zwinięte obok drugiego. Budzą się jednak na dźwięk zatrzaskujących się drzwi. Nocna Furia otwiera oczy w poszukiwaniu swego jeźdźca, a gdy go spostrzega ziewa rozciągając się. Chyba miał piękny sen, bo nie wygląda na zachwyconego pobudką.

Zanim podchodzi do Czkawki, zjawia się przy mnie bym mogła go pogłaskać i spojrzeć w jego ślepia. Ten sam kolor co u jego pana.

– Cześć, Szczerbatku. Nawet nie wiesz jak się cieszę, że tu dotarliście. Dziękuję ci mały. Nie wiem, kiedy znów się spotkamy, mam nadzieję, że już wkrótce. Tym czasem miej oko na Niego – kiwam głową na Czkawkę stojącego obok nas. Śmieje się na moją uwagę. – Nie pozwól, by coś mu się stało. – proszę najciszej jak potrafię pewna, że szatyn nie usłyszy.

Przytulam się do smoka, a on pomrukuje pocieszająco.

Szczerbek podchodzi do swojego przyjaciela. Czkawka głaszcze go po głowie i wsiada na jego grzbiet. Do rąk bierze maskę. Zanim zdąża ją założyć ja łapię go za rękę i ciągnę w swoją stronę by wbić się w jego usta z ostatnim pocałunkiem. Nie żegnam się z nim na zawsze. Dobrze o tym wiem, lecz myśl, że odlatuje i nie wiadome kiedy będzie nam dane znów się zobaczyć powoduje kłucie w mym sercu.

Oddaje pocałunek z większą siłą. Wydaję z siebie jęk, gdy czuję jak upuszcza hełm, a łapie mnie w pasie i podciąga do góry. Opieram ręce na jego ramionach, by nie upaść. Czuję jak brak mi powietrza. Z trudem osuwamy się od siebie po długiej chwili upragnionej czułości.

Nic nie mówimy. Jesteśmy tak zaskoczeni i zachwyceni tym co się stało, że po prostu pozwalamy sobie jeszcze raz na rozkoszny pocałunek w którym przelewamy wszystkie emocje. Na pewno płynie przez nas tęsknota, wiara i nadzieja. Możliwe, że coś jeszcze, lecz nazwanie tego po imieniu jest święte i niepewne. Albo po prostu boję się o niej wspomnieć, bo nigdy wcześniej nie czułam tego co teraz. Co jeśli w to uwierzę, dam temu szansę na zamieszkanie w moim sercu i podzielę się z nią z Czkawką? Co jeśli nagle przepadnie przez jedno nieszczęście?

Wreszcie odrywamy się od siebie. Ostrożnie staję na własnych nogach na twardej zimnej ziemi. Przestaję się trzymać ramion. Szczerbek samodzielnie podnosi kask Czkawki i oddaje właścicielowi. Zakłada nakrycie na głowę i tracę jego twarz z widoku. W głowie nadal mam jego obraz, który zagnieździł się już dawno i nawiedza mnie snami. Tylko zielony odcień oczu przebija się przez maskę.

Mija sekunda, dwie… Po czym Szczerbatek odbija się od ziemi łapami, macha skrzydłami i zabiera przyjaciela do domu.

Stoję jeszcze jakąś chwilę, zanim wracam do środka. Gdy jednak to robię, natykam się na ojca. Mierzy mnie wzrokiem od góry do dołu. Wyraża spojrzeniem pogardę i gniew. Zostawiam go samego z oceną tego co uczyniłam, ale nie czuję, że źle postąpiłam. Jestem z siebie dumna. Po drodze do swojego pokoju zatrzymuję się jeszcze przed pokojem rodziców. Widzę jak mama śpi spokojnie, a jej klatka piersiowa unosi się i opada tak jak powinna. Całuję ją w policzek. Później idę do siebie. Nie jestem na tyle zmęczona by kłaść się już spać. Oczy mi się nie kleją do snu. Staję przy oknie. Opieram się o parapet i przelatuję wzrokiem wioskę. Kieruję oczy na nocne niebo. Wyjmuję naszyjnik spod bluzki. Przyglądam się znakom oraz rysunkom na medalionie. Uśmiech sam wkrada się na usta. Przykładam przedmiot do serca.

Rozdział 14

Czkawka

Powrót do domu okazał się błędem. Tak fatalnym pomysłem, że aż szkoda gadać. Po pierwsze: Pierwsze co zastałem przed wejściem do domu, to Pyskacza prowadzącego mego ojca. Półprzytomnego. Waliło od niego gorzej niż myślałem, że się da. Do tej pory leży w domu w łóżku i walczy z kacem. Doprowadził się do takiego stanu, że aż trudno uwierzyć. Nigdy go takiego nie widziałem. Po drugie: Przespałem tylko dwie godziny, bo musiałem przejąć obowiązki taty. Od dziesiątej jestem na nogach. Ledwo widzę na oczy.

Wertuję kolejny list. Nie wiem od kogo jest i za bardzo nie mam pojęcia o co w nim chodzi. W skrócie, są to podziękowania dla smoczych jeźdźców z Berk za pozbycie się problemu z Wrzeńcami. Nie ważne czy przeczytam to raz czy dziesięć razy nadal nie wiem w jaki sposób rozwiązali problem i kiedy jeźdźcy się udali do sojuszników wyspy, której nazwy nie pamiętam. Możliwe, że nazwa przewinęła się w tekście, ale nie zauważyłem jej.

Szczerbek trąca mnie w ramię, więc wyciągam rękę i głaszczę go po głowie. Tylko chwilę, bo drzwi do twierdzy się otwierają. On prostuje się i z uwagą spogląda w stronę wyjścia. Nim udaje mi się spojrzeć za siebie osobnik już stoi obok mnie oparty o stół.

– Jak fajnie widzieć, że się nie obijasz.

Podnoszę wzrok na Sączysmarka i stojącego obok niego Hakokła.

– Ja się nigdy nie obijam. – Z trudem powstrzymuję ziew. Składam kartkę dwa razy i odkładam na bok, by wziąć kolejny pergamin.

– Pan „Zawsze idealny w każdej możliwej sytuacji” wygląda na wielce zmęczonego. Czyżby to skutki spędzenia nocy z dala od domu na wyspie obcych ludzi?

– Sączysmark, jestem w połowie przytomny, a w połowie śpię, więc daj mi skończyć pracę w spokoju.

– Dlaczego Stoick się tym nie zajmie? Przecież to jego działka, nie?

– I co z tego? – Przecieram twarz. Biorę kolejny dokument.

– Nic. Zupełnie nic. Mając świadomość tego, że opuszczasz Berk na noc w ważnych sprawach, powinien panować nad tym co robi, niż pić do nieprzytomności i zostawiać cię samego z jego obowiązkami wodza.

Jak on mnie denerwuje. Jak on mnie denerwuje!

– To chyba nie twoja sprawa.

– W sumie nie obchodzi mnie to. To ty masz przekichane, a nie ja, więc luz.

– Coś jeszcze?

– Nie. Albo? Tak. Przychodzę w zupełnie innej sprawie.

O Thorze, trzymaj mnie.

Smark już otwiera usta i chce mówić, kiedy drzwi do twierdzy się znów uchylają i do środka wpadają bliźniaki i Śledzik. Przepychają się, wrzeszczą, a mi mało nie wybucha głowa.

– Stójcie!

– Cicho bądź! My mu powiemy!

– Nie!

– CISZA!!!

Krzyczę na całe gardło. Milkną. Powaga. Jakby zamarzli.

– Co wy tu robicie?!

– Musimy ci o czymś powiedzieć. To wiadomość miesiąca! – krzyczy Mieczyk. A Szpadka go przekrzykuje: – Wiadomość roku!

– O nie, błagam…

– Oj nie bądź taki. Powinieneś wiedzieć o tym co się wczoraj wydarzyło. – Szpadka podbiega do mnie i omal nie lecę na stół.

– Ej, umawialiśmy się, że ja mu powiem. – odzywa się Smark z oburzeniem w głosie.

– Znając ciebie zdążyłeś już wkurzyć go czymś innym. – Śledzik podchodzi do nas. Smoki drepczą za nim w ogóle nie zainteresowane tym co się dzieje.

Odsuwam przyjaciółkę od siebie robiąc sobie przestrzeń.

– Mówicie o co chodzi – mówię już całkiem wściekły. Wszystkie pary oczu spadają na mnie.

– Bo wczo–

Podnoszę rękę by powstrzymać bliźniaki mówiące razem.

– Niech Smark mówi. On zaczął.

– No! Uciszcie te swoje jadaczki.

Przewracam oczami z nadzieją, że przestanie zgrywać mądralę dokończy to co chciał mi powiedzieć, ale nie zdążył bo mu przerwano.

– A więc, ehem ehem… Późną godziną wczorajszego wieczoru, gdy księżyc zawisł nad naszą wyspą, Stoick i Harris odbyli rozmowę tutaj w tej twierdzy śmiem mówić prawdę.

Mój Tohrze i wszyscy święci. Sączysmark zamienia się w poetę. Chyba śnię.

Chcę go uciszyć, ale on staje się głośniejszy i bardziej zaabsorbowany swoją opowieścią.

– A gdy myśleli, że nikt ich nie słyszy, oto my wszyscy się zaszyli po cichu w ukryciu…

– Dzięki za wstęp, ale może przejdźmy do konkretów.

Zamyka usta i patrzy na mnie w zdziwieniu. Nadal pozostaję niewzruszony.

– Masz zero poczucia humoru. – Szpadka klepie Smarka po ramieniu patrząc na mnie złowrogo.

– Dobra! Powiem krótko. – Mój kuzyn przewraca oczami i wyrywa się do przodu. – Stoick i Harris spotkali się by pogawędzić, sam nie wiem o czym. Śmiali się i rozmawiali jakby znali się całe życie, a potem Harris powiedział:

Szpaka próbuje się odezwać niskim tonem.

– Zabiłbym twojego syna, gdyby wpadł mi w ręce.

– Na to Stoick: – Mieczyk związuje swoje dredy z przodu na wzór brody. – Ha-ha, a czemuż to?

– Oddałem ci moją siostrę byś wydał ją za swego jedynego syna, a on ogląda się za innymi pannami.

– Młody jest. Po ślubie mu przejdzie.

– O ile do niego dojdzie.

Bliźnięta się śmieją pod postaciami mego taty i Harrisa. Słucham ich i chodź bawi mnie ich aktorstwo to jednak to co mówią budzi moje zainteresowanie.

– Astrid zniknęła z Berk. Nie będzie mieszać mu w głowie. Czkawka ma swoje obowiązki jako przyszły władca.

– Nie chcę by moja siostra cierpiała, bo jemu coś nie pasuje.

Mieczyk nagle krzyczy:

– Już myślisz, że Stoick przyznał mu rację i przeprosił za twoje wybryki. – Oczy Mieczyka patrzą w moje. Przełykam ślinę z obawy, że jeśli coś powiem on i Szpadka pokroją mnie na kawałki.

– Lecz nie! – okrzyk Sączysmarka pobudza bliźniaki do kontynuowania przedstawienia.

– Oboje będą cierpieć, bo nie można kogoś zmusić do miłości. Może i będą małżeństwem, ale nie ma pewności, że szczęśliwym.

Czuję ukłucie w sercu. To co powiedział Mieczyk cytując mojego tatę, wzbudza we mnie coś dziwnego. Wymieniam spojrzenia z Śledzikiem, a on uśmiecha się w ekscytacji.

– Chyba nie zamierzasz odwołać wesela? – Szpadka śmieje się aktorsko, na co Mieczyk udaje przygnębienie.

Zapada grobowa cisza. Mam nadzieję, że jeszcze coś powiedzą, coś więcej, ale oni się kłaniają, a Śledzik klaszcze wyrażając uznanie.

Stoję jak osłupiały.

Opieram się o stół. Szczerbatek pomrukuje, ale nie jestem wstanie nic rzucić w odpowiedzi.

– Czkawka, wiesz co to oznacza? – Śledzik spogląda na mnie świecącymi oczami. – Stoick się waha. Jest nadzieja, że zmieni zdanie.

Ogarnia mnie ciepło zmieszane z chodem. Chyba dostaję gorączki. Uśmiecham się, przeczesuję włosy i biegam wzrokiem po przyjaciołach.

Tak możliwe, że Śledzik ma rację. Po chwili jednak do mnie dociera, że ojciec był piany i mógł gadać od rzeczy. Gdy dojdzie do siebie prawdopodobnie nie będzie pamiętał, co powiedział.

– Tak, ale…

Czuję na sobie ich spojrzenia. Nie wiem co czuję, bo ogarnia mnie totalna pustka. Nie czuję ani radości ani złości. To po prostu jeden wielki bałagan myśli. Nie mogę znaleźć pozytywów gdy są nikł nadzieją na spełnienie.

Wzdycham zgarniając przeczytane papiery na jedną kupkę. Z nieprzeczytanymi robię to samo.

– Muszę sprawdzić spichlerz Berk. Mam jeszcze patrol i…

– Ale, czekaj – Mieczyk szarpie mnie za ramię odwracając w stronę drużyny. – Nic z tym nie zrobisz? Masz szansę.

– Serio? Szansę na co? Słuchajcie, miło wiedzieć, że chcecie mi pomóc i obchodzi was jak się czuję, albo co się stanie z moim życiem. Ale błagam dajcie spokój. Nie ma w ogóle o czym gadać.

Bliźniaki wydają z siebie przerażony jęk i robią dziwne miny.

– Co to miało być?

– Nigdy nie słyszeliśmy z twoich ust takich słów. – rzecze Mieczyk.

– Nigdy się nie poddajesz. Jesteś Czkawka. – dodaje blondynka.

– Wybaczcie, że zawiodłem waszą opinię.

Ponownie drżą patrząc na mnie z szeroko otwartymi oczami.

– No bez żartów!

– Czkawka, ty jesteś chory czy jak? – Szpadka dotyka mojego czoła, ale po chwili się odsuwam wpadając na mojego smoka. – Nie poznajemy cię! Nasz Czkawka z uporem maniaka dąży do zwycięstwa.

– Pomyliłaś mnie z kimś innym.

– Wiesz co słońce, odpuść – Smark obejmuje Szpadkę ramieniem, ale ona od razu się uwalnia i staje przy bracie. – A ty Czkawka, weź się w końcu w garść. Masz okazję przekonać Stoicka o zmianie decyzji na temat zaślubin i chcesz zrezygnować? Dlaczego? Podobno chcesz się związać z miłości, więc czemu nie pójdziesz tą drogą? Czemu nie uprzesz się i nie zawalczysz o te niezwykłe szczęście o którym tak rzadko się gada, co?

– Siedziałeś przy Astrid pół nocy. Wybiegłeś za nią z twierdzy. Poleciałeś na jej wyspę nie mówiąc o tym wodzowi. Ryzykujesz dla niej więcej niż ktokolwiek byłby wstanie. – dodaje Śledzik.

– Albo to jak na siebie patrzycie – wtrąca Mieczyk. – Nie to, że jestem jakimś specem od miłości, ale tego nie da się ukryć. Lgniecie do siebie jak ćma do światła.

Zamykam oczy, bo nie mogę na nich spojrzeć. Za dużo mówią. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że mają rację. I co ja mam zrobić? To co radzą i znów się rozczarować?

Czyjaś dłoń dotyka mojego ramienia. Tym razem spoglądam w bok by napotkać niebieskie spojrzenie blond przyjaciółki. Widzę jej troskę na twarzy i uśmiech pewności siebie.

– Wierz nam. Ostatnie czego chcemy to widzieć cię zapłakanego przy ołtarzu z tą z którą nie chcesz być. Zrobisz co uważasz, ale wiedz, że bez względu co zdecydujesz będziemy cię wspierać. Ty zawsze nas wspierałeś, a teraz nadszedł czas na nas. Prawda?!

Odwracam wzrok na drużynę. Oni naprawdę są przyjaciółmi. Umieją mnie rozśmieszyć, postawić na nogi. Wierzą we mnie. Tak mocno jak Szczerbatek, który wciska łeb w moją klatkę piersiową bym go przytulił co czynię od razu.

Jesteśmy drużyną od pięciu lat i zżyliśmy się bardziej niż ktoś mógłby pomyśleć. Zawsze stoimy za sobą murem, ale jeszcze nigdy w takiej sprawie. A tu się okazuje, że nawet w tym są oparciem.

– Jak będzie? – głos Thorston zmusza mnie do spojrzenia jej w oczy, a później na resztę.

Wciągam powietrze i wypuszczam ze świstem. Drobny uśmiech wkrada się na moją twarz.

– Zgoda. Mogę spróbować.

Szpadka potrząsa mną i wszyscy się śmieją. Nie mogę powstrzymać uśmiechu, który się rozrasta, a serce wchłania nadzieję.

Astrid

Od dziewiątej jestem na nogach. Zrobiłam mamie śniadanie, które niechętnie zjadła. Nie miała już gorączki, ale wciąż jest słaba. Po zjedzeniu posiłku znów zasnęła i do tej pory śpi. Zdążyłam posprzątać dom. Nakarmiłam Wichurę i aktualnie wieszam pranie. Pogoda dopisuje, więc czemu by z niej nie skorzystać. Taty nie widziałam od wczoraj i nie bardzo mam ochotę go oglądać. Nie wiem, czy zdołałabym się powstrzymać od ponownego wybuchu.

Brietta powinna przyjść już dawno, bo dochodzi czternasta, ale nie mogę mieć pretensji. Jest pewnie wykończona ciągłym przebywaniem u nas w domu podczas choroby mamy. Choć wątpię, by zmęczenie głównie wynikało z opieki nad moją matką, ale przez ojca. Mógł się przecież na niej wyżywać tracąc cierpliwość przez stres. Przeżył koszmar i jestem wstanie to zrozumieć.

Strzepnęłam prześcieradło następnie wieszając je na sznurze przytwierdzonym do domu i słupa. Pachnie czystością.

Wracają do mnie dawne czasy, gdy jako kilkuletnia córka wodza pomagała mamie w obowiązkach domowych. Lubiłam się wygłupiać, więc normalne było, że zakładałam na siebie mokre pranie i udawałam ducha strasząc mamę. Śmiała się i pokonywała straszną Astrid łaskotkami. Tata nigdy tego nie pochwalał.

Nie przeszkadzaj mamie. – Tak mówił.

Daj spokój. Nudzi jej się. To jeszcze dziecko, musi mieć zajęcie. Poza tym, wcale mi nie przeszkadza.

Tata! Na rączki, na rączki!

Mam dużo pracy. Wrócę wieczorem.

Tak to zawsze wyglądało. Nigdy się to nie zmieniło i nigdy nie zmieni. Czasami naprawdę trudno było poczuć jego miłość. A jednak w nią wierzyłam, gdy mama przekonywała mnie, że choć nie widać, on kocha. To ojciec. Minęło dwadzieścia lat, a on wciąż jest taki sam. Jako dziecko bardziej potrzebowałam tej uwagi oraz miłości. Z czasem się przyzwyczaiłam, że powinnam przestać tego oczekiwać, ponieważ nigdy nie zaznam takiego uczucia przez tatę. Nigdy nie przytuli mnie tak sam od siebie i nie powie, że mnie kocha. Jest jak skała spod której ciężko wygrzebać wrażliwość.

Wieszam ostatnią część garderoby przyczepiając ją klipsami. Wichura trąca mnie nosem. Spoglądam na nią przez ramię. Obraca się wokół własnej osi skrzecząc.

– Później polatamy. Muszę zrobić obiad.

Przytula do mnie głowę. Głaszczę niebieskie łuski czując jej ciepło.

– Lepiej się za to nie bierz.

Ktoś się odzywa. Od razu rozpoznaję głos przyjaciółki. Ja i moja smoczyca odwracamy się do rudowłosej. Jej twarz zdobi miły uśmiech.

– Wyspałaś się?

– Tak. W końcu mi się udało. – Staje naprzeciw mnie. Oczy jej błyszczą gdy patrzy w moje. –

Będziemy mogły się pouczyć.

– Żartujesz? Nie zrobisz mi tego – proszę z nadzieją.

– Nie zrobię – Śmieje się, gdy popycham ją i odwracam się napięcie. – Widzę, że wzięłaś się za porządki. Jak Lorena?

– Spadła jej gorączka. Zjadła śniadanie i zasnęła. Wciąż jest słaba.

– Choroba ją wykończyła. Była na skraju…

– Nie kończ. Najważniejsze, że żyje. Niedługo wróci do siebie i będzie… – ucinam.

Wzdycham. Biorę kosz w ręce i zamierzam wrócić do środka. Brietta mnie zatrzymuje.

– Jak dawniej?

Kiwam głową. Wie co mam na myśli, ale nie wypowiadam ich na głos.

Nim zdążam otworzyć drzwi i wejść do domu Brietta mnie uprzedza zamierając z rąk pusty kosz na pranie. Podnoszę na nią zdziwione spojrzenie.

– Idź polatać. Wichura się niecierpliwi. Zresztą i tak muszę przygotować obiad. – Marszczę brwi w zaskoczeniu. – No już znikaj.

Znika za drzwiami posyłając mi uśmiech. Chwilę stoję by opanować smutek i uśmiechnąć się do smoczycy. Siadam na grzbiecie Wichury. Daję jej znak by wzniosła się nad wyspę i zabrała nas w miejsce, gdzie troski odejdą w niepamięć.

Czkawka

Był wieczór, gdy zawitałem do kuźni. Niebo pokryło się ciemnością, a chmury przykryły gwiazdy i księżyc. Z każdym dniem pogoda nie daje zapomnieć, że przychodzi zima i niebawem śnieg przykryje wyspy i zmrozi wody północy.

Siedzę w swoim małym pokoiku zawalonym mnóstwem szkiców i projektów. Tutaj powstawały moje pierwsze wynalazki. Nie mam tu porządku, gdyż z wielu powodów rzadko tu wpadam. Na ścianach wiszą projekty lotek dla Szczerbatka, moich kostiumów do latania, pomysły na siodła i ulepszenia na różne sprzęty. Wiele tego jest. Kanciapa wygląda na niewielka i mało w niej miejsca. Może nie jest tu jakoś romantycznie, ale za to jest tu przytulnie, wszystko mam pod ręką i gdzie się nie spojrzy jakaś inspiracja jest na widoku.

Między zębami trzymam ołówek. Wpatruję się w szkic w zeszycie i próbuję naszkicować coś czego nigdy nie robiłem. Od pięciu minut siedzę i gapię się w rysunek, zamiast kończyć dzieło na papierze i utworzyć je w kuźni. Może staram się za bardzo albo za bardzo mi zależy by było idealne.

Biorę w palce ołówek i kreślę drobiazgi. Każda rysa, wielkość, szerokość i kształt muszą odzwierciedlać przyszły przedmiot który można pomieścić w maleńkim pudełeczku. Nikt nie wie co szykuję, a sam nie jestem pewien czy nie zwariowałem. Mam to w nosie. Najwyżej uznają mnie za niepoprawnego marzyciela. Może faktycznie trochę nim jestem. Trzeba mieć jakieś zwariowane cechy. Jak to bliźniaki mówią: Kto nie szaleje ma nudne życie.

Drzwi skrzypią pod otwarciem. Patrzę w ich stronę i zastaję Pyskacza. Uśmiecham się i gwałtownie przykrywam rysunki rękoma.

– Tu się ukryłeś. Sprytnie, sprytnie.

I co się tak szczerzy?

– Pyskacz, co tu robisz?

– A tak przyszedłem sprawdzić czy nie przysnąłeś.

Śmieję się. Zbieram w omacku rysunki chowając je do zeszytu.

– C-co, ja? Zasnąć? Nie. Jest jeszcze wcześnie.

Mruży brwi przyglądając mi się.

– Zbliża się północ. – Przełykam ślinę i odwracam się do biurka.

– Już tak późno? Popatrz, zasiedziałem się i straciłem poczucie czasu.

– Jak zwykle. – Gbur się śmieje. – Rozmawiałeś ze Stoickiem?

– Jeszcze nie. Pomyślałem, że nie ma ochoty słuchać kazań na temat tego co wyprawia, a na pewno nie ode mnie.

Wkładam wszystkie projekty do notesu i chowam pod napierśnik. Sprzątam ostatnie rzeczy z biurka odkładając je na właściwe miejsce.

Pyskaczowi się wydaje, że jeśli powiem tacie co myślę o jego piciu z zeszłej nocy to coś do niego trafi. Prawda jest taka, że ja powiem co uważam, a on każe mi się nie wtrącać. Powie, że mam się nie mieszać i zająć czymś czym rzeczywiście powinienem. Z drugiej strony wiem, że muszę z tatą porozmawiać na zupełnie inny temat. Ten który strach poruszać, bo ojciec znów może postawić na swoim i się nie zgodzić.

– Młody, co tam w ogóle u ciebie?

Moje spojrzenie kieruje na przyjaciela. Stoi w przejściu przyglądając mi się z ciepłem w oczach. Pyskacz jest dla mnie jak drugi ojciec. Gdyby nie daj Thorze coś się stało mojemu tacie, on jakby jest… nie mogę powiedzieć, że byłby jakby zastępczy ojciec, bo Stoicka nie można zastąpić, ale zawsze mam w nim oparcie i przyjaźń od najmłodszych lat.

– Dobrze.

Kiwa głową i przebiega wzrokiem pomieszczenie.

– Naprawdę czy tylko próbujesz mnie wykiwać?

Nie. Jest okropnie. W moim życiu namieszało się tak bardzo, że nie wiem jak się za nie zabrać i poukładać tak by nie rozleciało się doszczętnie.

– Naprawdę. Wszystko jest dobrze.

– To dobrze.

– Dobrze. – Otrzepuję ręce o spodnie.

– Wiesz, że gdyby coś… sam wiesz, to… zawsze możesz ponarzekać.

Gdybym zaczął narzekać i wylewać się jak wodospad Pyskacz dostałby bólu głowy. Nie. Dam radę sam. Szczerbatek mi pomoże. Nikt więcej nie powinien wiedzieć.

– Dzięki, ale na razie jest okej. Uwierz.

Unosi kciuk w górę i uśmiecha w moją stronę. Odwzajemniam gest.

– To świetnie. Miłych snów. – Odwraca się i wychodzi.

– Cześć! – wołam za nim.

Opieram się o biurko i wypuszczam powietrze z płuc.

Nie mija chwila kiedy głowa Szczerbatka wpycha się do kanciapy. Śmieję się widząc jego rozczarowaną minę, gdy nie daje rady wejść cały do środka.

– Jeśli nie chcesz utknąć, radzę ci wyjść.

Pomrukuje, ale wycofuje się z pomieszczenia. Ruszam za nim całkiem rozbawiony swoim smokiem.

– Chodź, Szczerbek – rzucam do niego i wychodzę z kuźni. Idzie za mną ciągnąc za sobą swój ogon.

Droga do domu nie jest długa. Mijają dwie minuty, gdy stajemy przed drzwiami do chaty. Otwieram drzwi, wchodzę do środka i wpuszczam mordkę. Ogień pali się w palenisku dając przyjemne ciepło. Pierwsze co robię to staję obok by ogrzać dłonie. Sam uśmiech się nasuwa, kiedy Szczerbek kładzie się nieopodal i pomrukuje zachwycony ciepełkiem.

Drzwi z taty pokoju się uchylają, a z sypialni wychodzi właśnie on. Wygląda znacznie lepiej niż rano, a na dodatek wydaje się, że już od paru godzin nie śpi. Moment po tym jak mi się przyjrzał odwracam wzrok. On siada na kanapie okrytej futrami, ale nic nie mówi. Jakby czekał tylko na to, aż ja się odezwę i będzie miał możliwość uciszenia mnie.

– Dzięki, że zająłeś się dzisiaj osadą. Pyskacz mówił, że świetnie sobie poradziłeś.

A jednak odezwał się pierwszy.

Nadal pozostaję w milczeniu. Ciekawe czy powie coś więcej.

– Porozmawiajmy, synu.

– Zgoda. Porozmawiajmy. – Staję przed nim twarzą w twarz. Tym razem jestem wyższy, bo on siedzi. – Dlaczego doprowadziłeś się do takiego stanu w jakim przyprowadził cię Pyskacz?

– Musiałem odreagować.

– Co? Co odreagować? Dlaczego alkoholem?

– Bo widzisz, synu, każdy ma swoje sposoby…

– Sposoby? Piciem chcesz rozwiązywać problemy? Aż tak nisko upadłeś?

Wzdycha ciężko, odwraca wzrok wbijając go w splecione dłonie.

Rozsadza mnie gniew, złość, ale najbardziej żal i współczucie. Tata nie jest sobą. Nie jest taki jak sprzed kilkunastu dni. Nie wrzeszczy, nie próbuje mnie uciszyć. Wcześniej wstałby z miejsca, krzyczałby i kazał zniknąć mu z oczu. A teraz? Tylko siedzi zdruzgotany, a mnie pęka serce widząc go takiego.

Siadam na kanapie w ten sam sposób co on. Patrzę na Szczerbka, który przygląda się mnie i ojcu z smutkiem w oczach, ale nie wstaje z miejsca.

– Co jest, tato?

– Nic – szepcze niesłyszalnie. Tata, rzadko szepcze, a prawie nigdy.

– Okej. A tak na serio?

Śmieje się lekko i cicho, a jego ramiona podskakują w geście. Uśmiecham się, ale to nie jest szczęście.

– Zawsze miałeś charakter po matce. Ona też nie umiała, albo raczej nie chciała zabijać smoków. Widziała dobro w innych nawet, gdy wady przyćmiewały tę jasną stronę. Nigdy się nie poddawała. Nie ważne o co walczyła, nie dawała za wygraną. Była dobra, odważna, silna, piękna i najlepsza ze wszystkich. Była lepsza ode mnie. Kochała mocniej, niż cały świat razem wzięty.

Ojciec wylewa przede mną wspomnienia o mamie. Mówi o niej z uśmiechem na twarzy i mógłbym przysiąc, że w oczach pojawiają mu się łzy. Powraca do przeszłości, choć jest bolesna, a rana w sercu ponownie się otwiera. Od bardzo, bardzo dawna nie opowiadał o mamie. Nie tak jak teraz.

– Może gdybym zdążył wcześniej, gdybym tamtej nocy był w domu z tobą i Val…

– Tato – kładę dłoń na jego złączonych. Spoglądam mu w oczy i z całą siłą jaką mam mówię: – To nie była twoja wina.

– Nie posłuchałem jej. – W oczach taty lśnią łzy. Na moich oczach rozpada się na kawałki. – I dlatego ją straciłem. Ciebie też nie słucham. Nie słuchałem, gdy prosiłeś o zerwanie zaręczyn i odesłanie Valeri do domu. Nie słuchałem, kiedy błagałeś o zmianę decyzji. Nie, kiedy mówiłeś, że nie jesteś gotów na zostanie wodzem, albo na małżeństwo. Nie słuchałem nawet wtedy, gdy próbowałeś mi przemówić do rozsądku na temat Astrid. Byłem taki zaślepiony chęcią przekazania ci dowództwa, że nie obchodziło mnie co czujesz albo czego chcesz.

W gardle urosła mi gula tak wielka, że nie jestem wstanie niczego z siebie wykrztusić.

– Przepraszam, synu – Widok taty zaczyna mi się rozmywać. – Tak bardzo się od ciebie oddaliłem.

Zamykam oczy by powstrzymać słone łzy, ale one i tak się uwalniają spływać mi po policzkach.

Tata ze mną rozmawia. Tak szerze bez żadnego kręcenia i udawania, że jest dobrze. Nie jest dobrze i doskonale o tym wiemy. Ciężko mi w to uwierzyć, ale on naprawdę żałuje. Czy wierzę mu? Oj taaak.

– Brakuje mi naszych wspólnych rozmów. Takich zwyczajnych. Ostatnio ciągle się kłócimy.

– Były ku temu powody. – Tata kiwa głową na znak potwierdzenia. – Myślisz, że to naprawimy?

– Chcę, synek, i to bardzo. – Uśmiechamy się do siebie. Czuję jak ulga spływa po mnie wolno. – Nie wiem, co u ciebie. Chcesz pogadać? O czym chcesz. Nie będę się wściekał. Chcę wiedzieć co czujesz.

– Serio? – Potwierdza. Wzdycham, ale słaby uśmiech rozciąga się na mojej twarzy. – A o czym chcesz wiedzieć?

– O wszystkim. Ostatnio ciekawym tematem są sprawy sercowe.

Śmieję się, a tata mi wtóruje.

Jest mi jakoś ciężko, lecz spojrzenie taty jest takie smutne i proszące o choć trochę zaufania, że nie potrafię odejść bez słowa. Pewnie, że chcę z nim pomówić o wszystkim i o niczym. Zanim ten cały pomysł o zaślubinach się pojawił mieliśmy świetny kontakt. Chcę to naprawić i widzę, że tata również.

– Skąd ją znasz?

Uśmiecham się na wspomnienie tamtego dnia.

– Przypadkiem rozbiłem się ze Szczerbatkiem na wyspie na której akurat była Astrid i Wichura. – Śmieję się przypominając sobie jak wyglądało nasze pierwsze spotkanie. – Były takie nieufne. Nie miałem pojęcia, że zaatakowała mnie dziewczyna póki nie odsłoniła twarzy.

– Zaatakowała cię? – Tata jest zaskoczony.

– W obronie Wichury. Nic się nie stało. To było nawet zabawne.

Kieruję wzrok na tatę. Uśmiecha się lekko.

– To dlatego tak znikałeś i późno wracałeś.

Moja ręka drapie kark, śmieję się nerwowo.

– Może czasami. – przyznaję. – Cieszę się, że ją poznałem. Jest zupełnie inna niż wszystkie dziewczyny jakie miałem okazję spotkać. Kiedy z nią rozmawiam nie potrafię niczego ukryć. Wierzę jej i ufam. Z nią jest zupełnie inaczej niż z jeźdźcami.

– Poleciałeś do niej zeszłej nocy.

Ton taty się zmienia. Nie jest gorzki albo ciepły, lecz wypełniony troską i ciekawością.

– Mama Astrid zachorowała i potrzebowała natychmiastowej pomocy. Zielarka na ich wyspie nie potrafiła pomóc, więc Astrid poprosiła o rady Gothi, ale nie mogła ze mną polecieć, więc poleciałem sam. Musiałem.

Rozumie. Zaciska usta w wąską linię przyklejając smutny uśmiech do twarzy.

– Udało się jej pomóc?

– Tak. Mam nadzieję, że będzie już tylko lepiej.

Nastaje chwila ciszy. Nic się nie odzywamy, jakby z obawy, że możemy powiedzieć coś co zniszczy spokój.

Tata wstaje i klepie moje ramię.

– Masz dobre serce, Czkawka. Zawsze postępujesz właściwie.

Podnoszę na niego swe spojrzenie. W jego oczach dostrzegam smutek zmieszany z radością. Czuję, że powinienem coś powiedzieć, lecz ściśnięte gardło mi to uniemożliwia. Może jednak lepiej nic nie mówić. Może to początek naprawienia stosunków z tatą i jakieś wyjście z beznadziejnej sytuacji w jakiej mnie postawił.

***

Z samego rana udałem się do domu Valeri i Harrisa. W wiosce mamy kilka wolnych domów dla gości Berk. Pomysł o wynajęciu im chaty na czas pobytu na wyspie okazał się całkiem niezły. Nie zniósłbym mieszkania z Harrisem pod jednym dachem. Wylecielibyśmy w powietrze bez pomocy bliźniaków.

Szczerbatek ląduje przed chatą rodzeństwa. Pomrukuje, chce mnie uspokoić. Od kiedy wstałem z łóżka czułem, że muszę porozmawiać z Harrisem. Teraz jednak mi się wydaje, że powinienem pomówić z jego siostrą. Wczorajszy wieczór okazał się być miły, a wiedza, że tata zrozumiał jak jest między nami źle i chce to naprawić napawała mnie wiarą w to, że wszystko się jakoś ułoży. Małymi stopniami, ale jednak.

– Szczerbatek, nic nie zrobię. Spokojnie. – Kładę mu dłoń na głowie. Patrzy na mnie wielkimi zielonymi oczami. Uśmiecham się. – Dlaczego mam wrażenie, że mi nie wierzysz?

Zabiera głowę i siada. Przekręca głowę i patrzy na mnie leniwie.

– Wyluzuj. Na razie się powstrzymam. Jeszcze raz coś nawykręca i inaczej z nim pogadam.

– Z kim pogadasz? – Drzwi się zatrzaskują, a ja odwracam się w ich stronę. Z domu wyszła brązowooka Valeria.

– Z Harrisem. – Odpowiadam bez zająknięcia. – Wiesz, że zabalował z moim ojcem?

– Taaak, niestety wiem. – Krzyżuję ramiona na klatce. – Przesadzili. Jeźdźcy nieźle się tym ekscytowali.

– Porozmawiasz z nim? – Zagryza wargę. Bawi się palcami u rąk i odwraca wzrok. – Co jest?

– Przekonałam go, żebyśmy wrócili na naszą wyspę.

Nie mogę w to uwierzyć.

– Jak? Kiedy?

– Wczoraj w południe. Myślałam, że się nie zgodzi, ale…

Twarz mnie boli od szerokiego uśmiechu. Spoglądam na Szczerbatka u którego również dostrzegam radość.

– To wspaniale!

– Czkawka, ale…

– To znaczy, że nasz ślub będzie odwołany. – Mina brunetki mizernieje. – Prawda? – Zaciska usta i kręci głową z smutkiem w oczach.

– Obiecuję, że z nim porozmawiam. Postaram się go przekonać, ale twój tata też musi się na to zgodzić. Spróbuj z nim porozmawiać jeszcze raz na ten temat.

Teraz to ja czuję jak zalewa mnie zimno.

Porozmawiać z tatą. Jeszcze raz spróbować go przekonać by odpuścił. Kuszące, lecz trudne w wykonaniu i niemożliwe w powodzeniu.

– Obawiam się, że nasz plan okaże się fiaskiem.

Podnoszę na nią spojrzenie. Czuję jak złość rozsadza mnie od środka.

– I kto tutaj ma pesymistyczne podejście – rzucam do niej. Unoszę brew znacząco i podchodzę do drzwi, otwieram je bez pukania i wchodzę. – Harris! Wstawaj człowieku, bo musimy pogadać!

Wchodzę głębiej do pomieszczenia. Schody skrzypią pod krokami faceta. Krzyżuję ramiona na klatce i mierzę go od góry do dołu. A ja myślałem, że mój ojciec poleciał po całości. Harris wygląda sto razy gorzej.

– Czkawka? A co ty tutaj robisz?

– Przyszedłem pogadać. Mam sprawę i wolę ją od razu załatwić.

Mierzy mnie wzrokiem od góry do dołu.

– To nie jest dobry moment.

– Uważam inaczej. – Stwierdzam. Wzdycha i siada w fotelu, wskazuje mi drugi bym usiadł obok niego.

– O co chodzi?

Nie wiem od czego zacząć. Siedzę cicho ustawiając sobie w głowie słowa w zdania, które nie wiem jak wypowiedzieć by nie wkurzyć Harrisa. W sumie, co mi szkodzi go trochę podenerwować. On podnosi mi ciśnienie za każdym razem gdy mam z nim do czynienia.

– Valeria chce wrócić do domu, prawda?

– Powiedziała ci. Cóż bardzo nalega. W prawdzie, nie wiem czy to dobry pomysł zabrać ją krótko przed waszym weselem, ale nie do końca mam pewność, kiedy odwiedzi naszą rodzinną wyspę, gdy zostaniecie w końcu małżeństwem. Będzie musiała zamieszkać na Berk przy twoim boku.

Przełykam ślinę. Zaciskam złączone dłonie.

– Jesteś pewien, że ona tego chce?

– Czego?

Na Thora wszechmogącego…!

– Tego ślubu.

Marszczy brwi.

– Oczywiście. Wie, że to małżeństwo będzie szansą na lepsze bycie naszych wysp.

– A dla niej? – Spogląda na mnie tym wzrokiem, który świadczy o tym, że nie wie co mam na myśli.

– Nie zastanawiasz się nad tym co ona czuje?

– Valeria wie, że ważniejsze od uczuć jest obowiązek.

Nie mogę uwierzyć, że tak uważa. To okropne.

– A może warto zastanowić się nad jej uczuciami. Nad tym czy będzie szczęśliwa ze mną – W jego oczach narasta gniew. Czuję to samo, ale również smutek i żal. – Ona zasługuje na miłość, kogoś kto jej ją da. Nie jestem tym kimś i wątpię, by to się kiedyś zmieniło.

– Przekonacie się do siebie. Nauczycie żyć ze sobą.

– Nie – Potwierdzam odpowiedź ruchem głowy. – Harris zrozum, że tu nie chodzi o wyspy, klany, albo coś podobnego.

– Czkawka dorośnij. Stoick mówił, że jesteś marzycielem, ale życie to nie bajka. Trzeba myśleć o dobru naszych. Nie zawsze można wziąć pod uwagę uczucia. Miłość to przelotna zajawka u każdego człowieka. Prawdziwa miłość to ułuda.

– Widać nie miałeś szczęścia w tych sprawach.

Śmieje się na moje słowa. Jestem zły, zawiedziony i żal mi Harrisa.

– Znam życie. Słyszałem o Valce. Myślisz, że twoi rodzice kochali się tak bardzo, że byli gotowi skoczyć za sobą w ogień. Valka zniknęła, a twój ojciec zamiast ją odnaleźć skupił się na swych ludziach i wychowaniu ciebie. Ciągle chcesz wierzyć, że twoi rodzice byli zakochani w sobie na zabój, ale to bzdura.

W jednej chwili znalazłem się przy Harrisie waląc go pięścią w twarz. Coś chrupnęło, a krew uwolniła z nosa tego durnia. Valeria wbiegła do domu i zaczęła mnie odciągać od Harrisa.

– Uspokójcie się! – krzyczy. W końcu udaje jej się odsunąć mnie na bok. Ogląda twarz brata, gdy on wbija we mnie zagniewane oczy.

– Jesteś nienormalny. – Ponownie coś mną trzęsie. Obraził moją matkę i ojca!

– Nie masz prawa mówić o mojej matce i ojcu!

– Czkawka, przestań – cichy głos Valeri umyka mi, a ja kontynuuję wściekle:

– Jak śmiesz mówić o nich i to jeszcze w taki sposób?!

Dziewczyna bierze mnie za rękę i ciągnie do drzwi.

– Nie słuchaj go. Ignoruj. On cię prowokuje – szepcze cicho brązowooka, a mnie przed oczami rozmazuje się obraz.

Jestem uczulony na takie rzeczy. Na obrażanie rodziny, przyjaciół. Gotuje się we mnie i potrafię stracić panowanie nad sobą.

– Nie zwracaj na niego uwagi.

– Powiedziałem ci prawdę! Jesteś takim tchórzem, że nie chcesz w to uwierzyć.

Drzwi za nami się zatrzaskują. Jestem na świeżym powietrzu. Zaciskam powieki nie pozwalając sobie na upust emocjom. Słyszę pomruk swojego smoka. Gdy otwieram oczy znajduje się przede mną i wpatruje swymi zielonymi oczami w moje. Czuję, że wszystko nagle zrobiło się złe i niesprawiedliwe. On tylko pozwala mi się do niego przytulić.

– Harris nie wie co mówi. Nie przejmuj się nim.

– Valeria, on łże jak pies na temat tego co łączyło moich rodziców! Słyszałaś go?

– Tak, ale…

– Nie ma żadnego ale! – Odwracam na nią spojrzenie i dostrzegam współczucie w jej oczach. Miesza się z tym co chce mi rzec, a ja mam ochotę wysłać jej brata do więzienia Berserków. – Nie miał prawa. Nie znał ich. Nic o nich nie wie. To jest zwyczajny brak szacunku wobec wodza i jego żony, i dla mnie…

Przygryza wargę. Zamykam oczy i spuszczam głowę. Moja dłoń głaszcze głowę Szczerbatka. Wypuszczam powietrze. W samym środku mnie kruszy się serce. Chciałbym zostać sam, chociaż na chwilę by pozwolić sobie zapomnieć o przykrych słowach beznadziejnego głupka jakim jest Harris.

Ramiona Valeri obejmują mnie od tyłu. Opiera swój podbródek na moim ramieniu. Stoimy tak chwilę zanim w końcu się odzywa.

– Masz rację. On nie miał prawa mówić takich rzeczy. Obiecuję, że porozmawiam z nim i zrobię wszystko, by uwolnić nas z tego bagna. Pomożesz mi? Nie dasz się?

Kiwam głową. Czuję, że ona się uśmiecha i mocniej mnie przytula. Dotykam dłonią jej ręki, która spoczywa na moim pasku przebiegającym przez klatkę. Spoglądam w jej oczy.

– Przepraszam.

– Nie masz za co.

– Ale…

– Nie przepraszaj za to, że kochasz inną. – Przełykam kluchę w gardle. – Nie przepraszaj, że wstawiłeś się za mamą i tatą, ani za to, że przywaliłeś Harrisowi, bo sobie na to zasłużył. Sama bym go walnęła, ale damie nie przystoi.

Śmiejemy się lekko.

– Jesteś super przyjaciółką.

– Serio?

– Serio – Kiwam głową z uśmiechem. Przytula mnie mocniej, a ja czuję, że to tylko przyjacielski uścisk. Tylko przyjacielski.

– A ty super przyjacielem. Znajdziemy jakieś wyjście.

– Wierzysz w to?

– Wierzę. – Patrzę na nią, podnosi wzrok na mnie. Dostrzegam pewność w brązowych oczach.

Rozdział 15

Trzy dni później

Astrid

Z mamą coraz lepiej. Przestała gorączkować, można z nią porozmawiać, lecz nie długo bo musi odpoczywać. Wreszcie czuję ulgę widząc błysk życia w jej oczach. Strach minął.

Jest wieczór, kiedy siedzę z Wichurą na plaży i oglądamy zachód słońca. Kolory są piękne. Gdy byłam mała, raz zapytałam wujka jak wygląda Walhalla. Czy jest tak niezwykle wspaniała jak powinno się wierzyć? Wuj Finn powiedział, że będzie taka jaką sobie wymarzę. Nikt żywy nie zna miejsca do którego trafia się po śmierci. Pamiętam, że pragnęłam by Walhalla była tak piękna jak niebo o zachodzie słońca, tak kolorowa jak chmury i wyjątkowa jak nic co istnieje tu na ziemi. Nie wiem, dlaczego spytałam o królestwo bogów i dom poległych wojowników, będąc dzieckiem. Możliwe, że byłam tak nieszczęśliwa, że już wtedy myślałam o odejściu na zawsze z miejsca, w którym czułam się nieszczęśliwa.

Wiatr wieje wprawiając moje włosy w taniec. Chłód oceanu muska moją twarz. Nos wciąga powietrze i drażni mnie, przez co kicham. Wichura pomrukuje jakby mi chciała powiedzieć na zdrowie. Uśmiecham się głaszcząc ją po łuskach i całując jej nos.

Odkąd wróciłam na wyspę, ojciec przestał pytać dokąd idę, a ja nawet go nie informuję. Prawie w ogóle się do siebie nie odzywamy, a rzadko widujemy bo ojciec od rana do wieczora zajmuje się Sollar. Nie wysyła za mną ludzi, by mnie pilnowali. Mam większą swobodę, ale i tak czuję, że póki mama nie wróci do pełni sił nie mogę odejść. Nie mogę opuścić wyspy. Jeszcze nie. Nie powiedziałam matce, że pokłóciłam się z ojcem. Nic jej nie powiedziałam. Nie chcę jej martwić. Tata też nie wszczyna awantur. Chyba tylko dlatego, że za bardzo nam zależy na mamie.

W oddali dostrzegam coś małego. To smok. Macha swoimi skrzydłami i leci prosto w naszą stronę. Wichura podrywa łeb w górę i skrzeczy wołając malucha. To zielony Straszliwiec Straszliwy.

– Hej, mały – Ląduje przede mną na swoich czterech łapach i przygląda swymi żółtymi oczami. Wyciągam rękę by go pogłaskać, a on wpycha głowę pod moją dłoń. – Jakiś ty uroczy.

Po chwili dostrzegam, że na jego łapie jest jakaś karteczka. Zupełnie taka jaką przywiązałam Wichurze wysyłając ją na Berk. Zdejmuję liścik i rozwijam.

Moje uszanowanie Milady, Ten słodziak co dostarczył wiadomość to Ostrostrzał. Straszliwce pomagają nam w dostarczaniu poczty, więc przygotuj się na jego odwiedziny w każdą niedzielę. Mam nadzieję, że twojej mamie się poprawiło, jak również stosunki między tobą i tatą się normują. Naprawdę nie chciałem Ci narobić problemów. Mam dwie wiadomości. Dobra jest taka, że mój tata chyba zmienił zdanie na temat ślubu. Nie jest to jeszcze pewne, ale możliwe że zaczyna rozumieć, że tego nie zrobię. Może odpuści. Muszę go przekonać. Valeria z bratem opuszcza na jakiś czas Berk, by odwiedzić ich rodzinną wyspę. Ma przekonać Harrisa do tego, że nie chcemy się pobrać. Nie wiem czy jej się uda, ale trzymam kciuki. Ja mam na głowie przekonać ojca. Tata nie jest w najlepszej formie. Jest smutny i próbuje udać, że wszystko jest w porządku, ale to nie prawda. Wspomniał o mamie. Widziałem jak w oczach lśniły mu łzy, gdy o niej mówił. Martwię się o niego. Chciałbym mu jakoś pomóc. Zła wiadomość jest taka, że walnąłem Harrisowi w gębę i złamałem mu nos. Wkurzył mnie. Obraził moich rodziców, zaczął bredzić na ich temat… Za dużo by opowiadać. Krótko mówiąc nagrabiłem sobie i pewnie dostanie mi się za to. Trudno. Po tym co powiedział, mam ochotę wysłać go do gniazda szybkich szpiców, albo na cmentarzysko smoków. Szczerbatek nie może się doczekać zabawy z Tobą i Wichurą. Na razie musi wytrzymać ze mną. Nie to, żebyśmy narzekali na swoje towarzystwo. Nawet nie wiesz jak mi Ciebie brakuje. Chciałbym się z Tobą zobaczyć, przytulić, porozmawiać. Po prostu być obok. Nie mogę się doczekać, aż w końcu znów się spotkamy.

Tęsknię, Twój Czkawka.

Składam list dwa razy i przyciskam do piersi. Przygryzam wargę, zamykając oczy. Uśmiech sam rośnie, a w myślach dostrzegam twarz Czkawki. Tak za nim tęsknię. Czuję jak cząstka mnie woła jego imię próbując przebić się na zewnątrz. Szepczę to zabawne imię do siebie. To imię należy do wyjątkowego jeźdźca.

– Czkawka – Śmieję się pod nosem i odwracam wzrok na smoczycę. – Przysłał list.

Wichura skrzeczy radośnie, po czym kładzie głowę przed moimi podkulonymi nogami.

– Całkiem zapomniałam, że dzisiaj niedziela. – przyznaję. Ostrostrzał przysuwa się do mnie, a ja głaszczę go po brzuchu.

Do domu wracam, gdy jest już ciemno. Karmię Wichurę i wchodzę do środka najciszej jak potrafię, by nikt się nie zorientował. Drzwi nieco skrzypią, ale nie robią jakiegoś wielkiego hałasu. Od razu kieruję się schodami na piętro do swego pokoju. Mój uśmiech nie zniknął odkąd opuściłam plażę. Wchodzę do siebie i zamykam za sobą drzwi. Z uśmiechem kręcę się po pokoju po czym siadam przed biurkiem, następnie zaczynam brać się za pisanie wiadomości. Mały smok siedzi na parapecie skulony w kulkę i śpi.

Czkawka

Na kamiennej ściance przyczepiłem mapę. Nie tą moją, która skrywa najwięcej miejsc, kolorową od rysunków i podpisanych wysp, jak i smoków. Moja mapa jest jak skarb. Cenna. Pracowałem nad nią latami. Jeśli bym ją zgubił, albo bliźniaki ją zepsuły przez swoją nieuwagę nie powstrzymałbym złości.

Mapa która jest w tej chwili przede mną i przedstawiona na niej nasza wyspa Berk ma mi pomóc w… W czymś czego nie jestem wstanie nawet stwierdzić.

– Dobra, po co nas tu wszystkich ściągnąłeś?

– A po to mój drogi przyjacielu, bo chcę wam coś pokazać. – tłumaczę.

Sączysmark podpierający ścianę krzyżuje ramiona na klatce, a Mieczyk siedzący na krześle opiera brodę o oparcie.

– Chyba wiecie, że Valeria i Harris wrócili do domu na jakiś czas…

– I jesteś cały w skowronkach – Szpadka puszcza mi oczko robiąc dumną minę. Odchrząkam odwracając wzrok na chłopaków.

– Powiedzmy. Chodzi o to, że fajnie by było jakoś to wykorzystać. Wiecie o co mi chodzi?

– O! Uwielbiam tą grę. Mamy zgadnąć o czym myślisz. Ja pierwszy! – Mieczu się wyrywa. – Wybierasz się do Astrid i chcesz pokazać nam na mapie drogę na jej wyspę.

– Nie…? – Mrużę brwi w zdziwieniu oraz kręcę głową.

– To teraz ja! Chcesz polecieć na wyspę Valeri i ukatrupić Harrisa. Zgadłam?

– Nie. – Szpadka też nie zgadła. Ale to całkiem niezły pomysł.

– Dobra. Znalazłeś jakąś wspaniałą wyspę z nowymi smokami całkiem niedaleko Berk i chcesz ją nam pokazać.

– Dobre rozumowanie Śledziku, ale nie. Zresztą, gdybym chciał wam pokazać nową wyspę od razu byśmy na nią polecieli i nie pokazywałbym wam pustej mapy.

Śledzik ma zawiedzioną minę.

– Wiecie co? Do tego trzeba podejść bez zbędnego wymyślania. Stoick chce, żebyśmy polecieli na jakąś wyspę, na której wcześniej nie byliśmy i dyskretnie się dowiedzieć o czymś o czym nie chcemy, ale ty chcesz, a my mamy się zgodzić, bo zawsze się zgadzamy, a ty chcesz wyrwać się z Berk i mieć coś do roboty, byleby nie myśleć o problemach.

Mam szeroko otwarte usta i próbuję pojąć to co właśnie stwierdził Sączysmark, ale ledwo kontaktuje po jego wypowiedzi.

– Nie chcę tego mówić, ale rzeczywiście Smark ma rację. W pewnym sensie.

– Bingo! Sączysmark znowu jest najlepszy! Sączy-sączy Smark Smark Smark!

I pomyśleć, że jesteśmy rodziną.

– W porządku, kochani. Sprawa wygląda tak: Mój tata chce, żebyśmy polecieli na południowy wschód. Podobno chodzą pogłoski, że na tamtejszych wodach pojawili się łowcy smoków.

– Łowcy smoków? – cała ekipa niemal krzyczy w zaskoczeniu. Kiwam głową.

– Tak, ale bez paniki, okej?

– A od kogo to wiadomo? – Śledzik pyta, a wszyscy wbijają zaciekawione spojrzenia we mnie.

– Berserkowie napisali, że handlarze, którzy przypłynęli na wyspę skarżyli się na jakiś ludzi próbujących schwytać smoki. Mieli sieci, pułapki, strzelby.

– Ile było statków? – przerywa mi Thorston.

– Podobno trzy.

– Jakoś mało. Viggo, Ryker, Albrecht, Dagur mieli floty dziesięciu statków, może sześciu.

– Pamiętam.

– I mówisz, że Łowcy smoków z trzema statkami?

– Mówię, że podobno.

– Ciężko mi w to uwierzyć.

Mieczyk ma rację. To może być głupi żart chcący wzbudzić w nas niepokój, ale nie mogliśmy lekceważyć takich rzeczy.

– Wracając. Dagur i Heather zrobili patrol wokół wyspy i w jej okolicach. Znaleźli jeden opuszczony statek na środku morza. Znaleźli na nim sieci na smoki i kilka rozwalonych kołowrotów.

– Nieźli są ci łowcy, skoro smoki zniszczyły im jedną z łodzi. – Bliźniaki się śmieją przybijając sobie żółwika.

– Wiemy gdzie mniej więcej jest to miejsce, gdzie podobno byli ci łowcy. – Śledzik się odzywa zaciekawiony tematem.

– Wiemy – rzucam i podchodzę do mapy. – Otóż my jesteśmy tu – Ołówkiem wskazuję na Berk, a następnie kreśląc przerywaną linię docieram do miejsca w którym rysuję wyspę Berserków. – Berserkowie tutaj. Dagur sprawdził te okolice. – Robię koło wokół wyspy, całkiem spore. – Sprawdzili te wody. Tutaj znaleźli łódź. A my mamy sprawdzić większą przestrzeń.

– A dlaczego akurat my?

Przewracam oczami słysząc Smarka.

– Bo Dagur mianuje Heather wodzem Berserków, a on sam przeprowadza się na wyspę Obrońców skrzydła i nie mają kiedy zająć się tą sprawą.

– Ty tak na poważnie? – Znudzone i niedowierzające spojrzenia spoczywają na mnie.

– Tak.

– Serio chcesz powiedzieć, że słodka Heather nie zaprosiła nas na uroczystość przejęcia przez nią władzy na wyspie szaleńców? – Mieczyk naprawdę lubi dyskutować.

– Ej, to nie wyspa szaleńców.

– Cicho, Śledziu! Tak naprawdę zawsze taka była i zawsze taka będzie. Tamta ziemia zachowała ziarna zasadzone przez wariatów. Myślisz, że tamte drzewa i krzaki znają normalność? Do niedawna wyspa nie porastała nawet trawa. Oni to zwariowani ludzie. Nawet Heather ma korzenie Szalonych.

– Jesteś okropny.

– Szczery.

Mieczyk i Śledzik uwielbiają dyskutować.

– Możemy…?

– Heather jest inna.

– Nie no pewnie. Zawsze niewinna i kochana. Przypomnieć ci, jak prawie zabiła nas wszystkich podczas, gdy szukaliśmy jej po całej wyspie, albo Dagura który chciał się z nią pogodzić i błagał nas na kolanach? Chociaż z tym drugim miała całkiem uzasadnione powody by to zrobić. Ale to nie zmienia faktu, że…!

– Oświadczyłeś się jej!

– Po pierwsze: Byłem głodny! Ludzie w głodzie robią różne rzeczy. Po drugie: Smakowała mi jej kolacja! W tych czasach tak trudno o dobrą kuchnię. Od tygodni jedliśmy suchy chleb, zupę rybną, której po tygodniu miało się dość i niedopieczone mięso jaka. Mój żołądek był wdzięczny, że wreszcie dostał coś dobrego co można było normalnie strawić!

– Poprosiłeś ją o rękę.

– Nie przyjęła oświadczyn. Zresztą jakoś bardzo nad tym nie ubolewałem, nie byłem sobą. Było minęło.

Nie śmieję się. Skąd.

Dobra. Wszyscy poza Mieczykiem śmiejemy się w niebo głosy. Nawet smoki rechoczą. Mija chwila zanim uspokajamy śmiech. Szpadka omal się nie popłakała.

– He-hej, drużyno – próbuję z trudem wrócić do wcześniejszego tematu, który całkiem poplątał istotną rzecz rozmowy.

– Co?

Wciąż są rozbawieni.

– Wyruszamy o świcie. Jak się uda może wpadniemy na imprezę do przyjaciół.

Zgadzają się jednogłośnie.

Uśmiecham się widząc ich radosnych. Śmieję się wciąż słysząc w uszach słowa Mieczyka. Może i bliźniaki są przyczyną wielu kłopotów i bałaganów, ale bez nich byłoby po prostu nudno. Zawsze jakoś jest weselej, gdy są w pobliżu.

Astrid

Mały Straszliweiec drzemie sobie od godziny na moim parapecie w sypialni. Uśmiecham się zawijając pergamin. Zawiązuję cienkim sznureczkiem i podchodzę do smoka. Głaszczę go pod brodą na co odpowiada mi zadowolonym warkotem. Może i wygląda na niegroźnego, ale gdy się zdenerwuje potrafi strzelić ogniem.

Nagle drzwi do mojej sypialni się otwierają. Do środka wchodzi Brietta. Włosy ma spięte w rozwalającego się koka. Prostuję się i chowam list za plecy. Wygląda na zmęczoną. Nie wita się ze mną tylko siada na moim łóżku. Ramiona ma zgarbione, a twarz wygina się w grymasie smutku.

– Brietta – Odkładam list na stolik nocny i siadam przy przyjaciółce. – Hej, czemu masz taką minę?

Podnosi na mnie błyszczące oczy. Nie są szklane od łez.

– Muszę to komuś powiedzieć, bo czuję, że wybuchnę.

Uśmiecham się zdenerwowana. Co musi powiedzieć? Biorę ją za rękę i ściskam.

– Wykrztuś to.

Przygryza wargę, spuszcza wzrok po czym przykrywa moją dłoń swoją. Martwię się.

– Nie mogę.

Śmieję się. Ciągnę ją za rękę na środek łóżka i siadamy przed sobą po turecku. Biorę jej ręce w dłonie i pokazuję jak mocno je ściskam.

– Widzisz, czujesz to? –Kiwa głową. – Możesz mi zaufać.

– Ufam ci najbardziej na świecie. Przecież wiesz.

– Więc zrób to i mi powiedz. – Zaciska usta w wąską linię. – Chyba, że się mnie boisz.

– Oszalałaś? Nie!

Śmiejemy się. Atmosfera jest luźniejsza. Może teraz będzie jej łatwiej mówić.

– Chodzi o to… że… – Przełyka powietrze. Podnosi wzrok ku sufitowi i z powrotem na mnie. – O Thorze.

– No co?

– Jakiś czas temu, wtedy, gdy poleciałaś do Czkawki i nie było cię na Sollar zajmowałam się twoją mamą podczas choroby. Sprzątałam dom, sypialnię twoich rodziców. Rzadko kiedy przychodziłam do ciebie, a już na pewno nie po to by szperać w rzeczach twych rodziców. Ty też pewnie nie często wchodziłaś do ich sypialni. – Kręcę głową na potwierdzenie. – Cóż, Lorena nie mogła zajmować się waszą chatą, więc Edgar poprosił mnie o pomoc. Zaufał mi tylko dlatego, że spędzałam z tobą najwięcej czasu, uczyłam cię i się przyjaźnimy. Wracając… Przy okazji szukania czystych ubrań i ręczników w komodzie twoich rodziców coś znalazłam.

Wyciąga z kieszeni niewielki pakunek. Wygląda jakby w środku było ubranie, albo książka. Nie mam pojęcia jak schowała go do kieszeni w sukni. Gdzie ona w ogóle ma kieszenie? Patrzę to na przyjaciółkę to na paczkę i z niepewnością przejmuję ją we własne ręce.

– To co jest w środku wcześniej było schowane w skrzynce. Wyjęłam je i spakowałam do tego. Uznałam, że powinnaś to zobaczyć.

– Co to jest? – Jestem bardzo ciekawa i wcale tego nie ukrywam.

Brietta pozostaje w ciszy. Siedzi przede mną i czeka aż odwiążę sznurek. Moje palce zręcznie biorą się za rzecz i już chwilę później na kolanach otwieram zawartość.

Przed oczami mam jakiś medalion. Okrągły przedmiot z literką H. Złoty i czysty choć starszy ode mnie. Żadnej ryski. Kolejna rzecz jaką biorę w ręce to zeszyt ze skórzaną okładką i paskiem na zamknięcie. Podobny ma Czkawka. Pozostawiam sobie notes na kolanach i biorę kolejny skarb. To klamra. Zdobienie przedstawia smoka zwiniętego w koło. Symbol jakiegoś klanu. My przecież nie mamy znaku świadczącego o naszym klanie. A może mamy. Całkiem wypadło mi to z głowy. Czy na zajęciach z Briettą było mówione co przedstawia nasz znak rozpoznawczy? Możliwe, że nie mamy godła, bo odgradzamy się od całego świata. Nikt nie musi o nas wiedzieć, ani nas znać. Staram się przypomnieć sobie czy kiedykolwiek widziałam tego smoka, na obrazie, na jakichś rzeczach, książce, ale nic z tego.

– Te rzeczy są wspaniałe, ale co ja mam z nimi zrobić?

– Dowiedzieć się do kogo one należą.

– Pewnie do ojca. – Przyznaję wzruszając przy tym ramionami. – Schował stare rzeczy, żeby nie zagradzały miejsca w domu.

– To cenne pamiątki. Na przykład ta klamra od paska. Twój ojciec jest… Wiesz jaki jest. Nie zapiąłby się. – Przewracam oczami.

– W młodości mógł być szczuplejszy.

– A na przykład to? – Wskazuje mi medalion.

– Litera naszego nazwiska. Co w tym dziwnego?

– Przeczytaj sobie notes. – radzi mi. Moje brwi unoszą się w zdziwieniu.

– Nie…

– Astrid, musisz go przeczytać.

– To prywatne zapiski. Nie wypada.

– W nosie mam to co wypada, a czego nie wypada. Nie jesteśmy w twierdzy, tylko w twoim pokoju. Nie jestem już twoją nauczycielką, tylko przyjaciółką. Powinnaś wiedzieć co tu jest. – Stuka palcem w okładkę. – Ja wiem, choć wolałabym zapomnieć.

– Czytałaś go?

– Nie powinnam, ale… Tu chodzi o coś serio ważnego. Tylko zerknij.

Przełykam ślinę. Niepewnie otwieram notatnik na pierwszej stronie. Czysta kartka, tylko w rogu podpis. Inicjały. F.H.

– Widzisz. Gdyby to była własność twego ojca podpis byłby E.H. Jak Edgar Hofferson.

Wymieniam z nią spojrzenia. Nie wiem czy chcę dalej przeglądać zeszyt, ale coś mi mówi, że źle zrobię jeśli się nie odważę.

Przerzucam kartkę by zobaczyć drugą stronę.

Edgar popełnia wiele błędów, ale nie sądziłem, że jest gotów poświecić wolność i szczęście dla bezpieczeństwa. Oczywiście dobro naszych jest najważniejsze, ale jesteśmy wojownikami, jesteśmy wikingami. We krwi mamy walkę. Do końca walczymy o zwycięstwo. Nie wiem dlaczego poddał się po ostatniej wojnie. Czym się tak przeraził? Gdy byliśmy dziećmi uwielbiał rywalizację i nigdy się nie poddawał, aż nie wygrał. Co go tak zmieniło, że odpuścił?

Przewracam na następną stronę. Dwie kartki wyrwane.

Kolejny raz przenosimy się na nową wyspę. Stoick i jego ludzie przegonili nas już z pięciu wysp. Ciągle szukamy własnego miejsca, choć wciąż ścigają nas jakbyśmy byli zarazą i trzeba wykurzyć nas jak najdalej się da. Nie wiem ile jeszcze to potrwa.

Jedno zdanie zagnieżdża mi się w głowie. Podnoszę na Briettę oczy, a ona siedzi w ciszy z miną wyczekującą tego bym coś rzekła.

Z trudem przewijam kolejną kartkę.

Wreszcie udało nam się znaleźć wyspę. Obyśmy zagrzali tu swoje zadki i poczuli się jak w domu. Przecież nie możemy wiecznie uciekać.

Kolejna kartka. Oderwany kawałek strony, ale tekst jest wyraźny.

Dziś świętujemy, albowiem Loren i Edgar przekazali mi wspaniałą nowinę. Mam ochotę skakać i wszystkim to powiedzieć, ale na razie proszą by zachować tą wiadomość w sekrecie. Chcą zaczekać na odpowiedni moment. Cóż to ich decyzja. Na razie nikomu nie powiem.

Uśmiecham się delikatnie. Zaczynam się domyślać kto pisał w tym zeszycie.

Zostałem wujkiem! Nie mogę w to uwierzyć. Mam bratanicę. Jest przecudowna. Piękniejszej dziecinki na oczy nie widziałem, a wrzeszczy jak kto goniony przez smoka. Najsłodsza jest, gdy ssie kciuka. Przyszła na świat pięć dni temu. Ma jaśniuteńkie włoski, bardzo ich mało. Drobne rączki. Pulchną buzię. Ale najpiękniejsze ma oczy. Błyszczą kolorem nieba. Ma takie ciekawskie spojrzenie. Loren pozwoliła mi wybrać imię dla ich córeczki. Edgar wciąż chce ją nazwać Hariet, ale Loren nie chce na to pozwolić. Muszę znaleźć wyjątkowe imię dla tej niezwykłej kruszyny.

Oczy mnie pieką. Wzdycham z uśmiechem. Ciągnę nosem.

Po trzech urwanych kartkach docieram na nową notatkę.

Astrid Hofferson - Tak nazwa się moja półroczna bratanica. Rośnie jak na drożdżach. Już raczkuje i daje popalić. Słodki z niej brzdąc. Z trudem oderwać od niej oczy. Loren jest zmęczona, a Edgar zajęty wyspą, więc mała jest na razie u mnie. Przyjemnie spędzić czas z tak energiczną istotką.

– Ty płaczesz? – W głosie Brietty słyszę rozbawienie.

– Zamknij się – Pociągam nosem i śmieję się ocierając dłonią łzę z policzka.

Przewracam kolejne dziesięć stron, bo poprzednie są wyrwane.

Nad dziećmi jest naprawdę wiele pracy. Trzeba mieć cierpliwość i siłę. Loren i Edgarowi czasem tego brakuje, ale od czego jest wujek na zawołanie. Oboje powinni odpocząć, razem, sami. Bez zbędnych obowiązków nacieszyć spokojem, który wreszcie zagościł na naszej wyspie. Sollar jest bezpieczna, ale Edgar wciąż czuje niepokój. Ani ja, ani jego żona nie umiemy wyrwać z niego tego leku. Strach zarósł go na dobre. Bardziej od kiedy na świat przyszła Astrid.

Kolejna notatka przede mną.

Edgar zarządził, że nikt nie ma prawa opuszczać wyspy i wpuszczać na nią obcych. Zwariował już do reszty. Pomyślał nawet o ogrodzeniu. Nie wie dokładnie czego chce, ale na pewno stu procentowego bezpieczeństwa. Muszę mu to jakoś wybić z głowy.

Tata i te jego przewrażliwienie.

Następna karteczka.

Mój brat ciągle chodzi poddenerwowany. Ciągle się czymś martwi. Ostatnio zaczął wątpić w to czy powinienem zajmować się jego córką. Dlaczego? Bo robię jej pranie w głowie. Przykro wiedzieć, że tak myśli.

Przewracam kartkę.

Opowiedziałem Astrid o wyspie na której kiedyś stoczono wojnę. Jej tata walczył z innym wojownikiem o ziemie na której jeden z nich miał przejąć piecze. Opowiedziałem o tym jak musieliśmy odejść. O tym jak jej tata musiał uciekać z wyspy na wyspę, by jego ludzie mogli w spokoju żyć i nie martwić o jutro. I jej pytania dlaczego, czemu sprawiają, że mam ochotę opowiedzieć więcej. Powiedzieć o tym, że miałem przyjaciółkę na Berk. Kochała tego, który wygnał nas z wyspy choć próbowała go przekonać aby pozwolił nam zostać. Powiedzieć o tym, że wierzyła w pokój ze smokami, a ja uważałem, że pozjadała wszystkie rozumy. Powiedzieć o tym, że świat jest większy i nie trzeba siedzieć w czterech ścianach do końca swoich dni. Że warto marzyć, bo czasami marzenia się spełniają. Warto kochać, bo to najlepsze uczucie które sprawia, że czujesz że żyjesz. Bariery są tylko przeszkodą, którą można pokonać, tylko trzeba mieć odwagę to zrobić. Powiedzieć, że trzeba być silnym, ale mieć serce. Że wiara to podstawa, a nadzieja zawsze pozostaje ostateczna jeśli wiara zawiedzie. I Astrid musi wierzyć w to, że Edgar ją kocha. Mimo, że jest oschły i nie okazuje tyle uczuć jak powinien. To mój brat. Potrzebuje czasu, siły i odwagi, by wyrzucić strach z głębi serca. Myślałem, że Loren się to uda, ale niestety nie umie tego dokonać. Ja nie umiałem. Pozostaje mieć nadzieję, że ciekawskie oczy Astrid, chęci i upartość, serce, będą ją wołać do poznania części świata od której Edgar chce ją odgrodzić. Chce ją chronić, ja to wiem. Problem w tym, że nie można na zawsze więzić tych, których się kocha. Czasami trzeba ich wypuścić, by mogli znaleźć szczęście tam gdzie pragną iść.

Wycieram mokre policzki. Pociągam nosem. Przewracam następną kartkę i pusto. Kolejna i nic. Następna jest czysta. Przerzucam wszystkie strony w poszukiwaniu kolejnej notatki, ale nie odnajduję niczego podobnego. Wtedy Brietta podaje mi kopertę. Na zamknięciu widnieje pieczęć, takiego samego smoka jak na klamrze od paska. Odczepiam ją i wyjmuję list.

Kochana Astrid, Nie wiem, czy kiedykolwiek będzie ci dane przeczytanie tego listu. Możliwe, że twój ojciec spali wszystkie moje rzeczy jeśli będzie miał okazję, a może je schowa. Po co ja w ogóle kuszę los?

Połowę powinnaś pamiętać z opowieści, którymi dzieliłem się z tobą na dobranoc. Lubiłaś te historie i na pewno będziesz nie raz je wspominać. Niektórych rzeczy nie powinnaś wiedzieć, tata nie chciał cię nimi obarczać, ale uważam, że powinnaś znać prawdę.

Widzisz dziecko, są tajemnice o których miałaś się nigdy nie dowiedzieć. Edgar zabraniał Loren i mnie opowiadać ci o przeszłości.

Wiele lat temu rozpoczęła się jedna z najbardziej krwawych i bezwzględnych wojen. Dwa pełne nienawiści do siebie rody Haddocków i Hoffersonów stoczyli bitwę o wyspę, gdzie jedno z nich miało przejąć władzę. Żądza przejęcia dowodzenia nad klanem namieszała w głowach wojowników. Wygrany został ogłoszony wodzem Wandali. Urósł dumą. Wygnał przeciwnika. Zmuszony wojownik odszedł pełen pogardy i nienawiści. Poprzysiągł, że na zawsze zostaną wrogami i nigdy nie dojdzie do pokoju między Haddockami, a Hoffersonami. Jeśli zdrowie dopisało Stoickowi Ważkiemu, wódz Berk żyje i pewnie wiedzie szczęśliwe życie u boku żony i cieszy potomkiem. Twój ojciec i matka dbają o Sollar i również są władcami pięknej wyspy. To czego rodzice ci nigdy nie powiedzą, a to co masz prawo wiedzieć to to, że jesteś z klanu Wandali. Dlaczego? Ponieważ tak samo jak Edgar jak i Stoick byli, są z tego samego plemienia. Problem w tym, że tylko jeden mógł zostać wodzem. Szczerze wątpię w to, czy kiedy Edgar zostałby wodzem Berk nie wygnałby Stoicka. Od zawsze Hoffersonowie i Haddockowie żyli w niezgodzie. Jeśli coś by się zmieniło to byłby cud.

Nie wiem co ci więcej powiedzieć maleńka. Cyba tylko tyle, że powinnaś w to uwierzyć i przespać się z tą wiadomością. To może być dla ciebie szok. Wiem, że pewnie nerwy ci puszczają i łzy cisną do oczu, ale nie szkodzi. Masz prawo się wzruszać, bać, smucić, cieszyć, wrzeszczeć i śmiać. Masz prawo czuć skarbie. To, że ojciec uważa, że płacz jest oznaką słabości to bzdura. Słabością są ludzie. Ktoś dla kogo jesteś wstanie zrobić wszystko, skoczyć za nim na głęboką wodę, pobiec na krawędź świata, przebiec milę, poświęcić życie. Przyjaciele, rodzina, miłość to słabość, dla której jesteś wstanie poświęcić wszystko co masz. Słabością Edgara jesteś ty i twoja mama. Odda wszystko byście były bezpieczne i zawsze przy nim. Chce waszego szczęścia, tyle że nie rozumie, że dla was szczęściem nie jest Sollar tylko wolność. Tęsknię za zwiedzaniem świata, odwiedzaniem nowych miejsc, walką o to co słuszne. Tęsknię za bezkresnym oceanem, podróżami, łowami. Wszystkim. Jasne, że cieszę się, że jestem wśród bliskich, przy mojej małej Astrid, ale niektórych rzeczy nie da się zastąpić, a ludzi to już w ogóle.

Dlatego, mała, walcz o swoje. Kochaj i nie bój się kochać. Marz, bo marzenia się spełniają. Wierz, a jeśli stracisz wiarę pamiętaj, że wciąż pozostanie ci nadzieja. Strach jest przeszkodą, którą można pokonać tylko trzeba mieć odwagę, a ty ją masz. Jesteś silna, jesteś nieugięta, uparta. Pamiętaj, że zawsze jest jakieś wyjście. Jeśli zamkną ci frontowe drzwi, musisz wyjść oknem. Zawsze jest jakaś droga. Wystarczy jej poszukać. Kiedy znajdziesz coś co czyni cię szczęśliwą nie wypuszczaj tego z rąk. Trzymaj i nie puszczaj. Wiem, że sobie poradzisz. Powodzenia, Astrid. Spełniaj swoje marzenia. A przede wszystkim bądź Szczęśliwa.

Twój wujek, Finn Hofferson.

Składam list. Czuję, że moje policzki są mokre, ale ich nie wycieram. Uśmiecham się i przez łzy podnoszę oczy na przyjaciółkę. Siedzi przede mną z zaciekawioną miną i chyba wzruszoną moją reakcją na to co przeczytałam. Nie muszę patrzeć w bok choć moje serce podpowiada bym to zrobiła. Wiem, że wuj już nie żyje, ale w tej jednej chwili czuję jakby siedział obok mnie na łóżku i uśmiech rozjaśniał mu twarz.

– Chcesz mi opowiedzieć co jest w liście?

Kręcę głową z zaciśniętymi ustami, po czym wzdycham.

– Nie teraz. Może kiedyś. Muszę to sobie wszystko poukładać w głowie. Za dużo tego wszystkiego.

Brietta przysuwa się do mnie i obejmuje ramieniem. Pozwala mi się przytulić jak do starszej siostry, która jest po to by być przy młodszej. Nic nie pyta, nic nie mówi Pozwala mi się położyć, a sama kładzie się za mną i czuwa. Pozwala mi się wypłakać do poduszki, pozwala mi tęsknić za tym co straciłam.

Czkawka

Następnego dnia

Lecimy na wyspę Berserków. Jest wcześnie rano. Niebo jest bardziej fioletowe niż niebieskie, a chmury różowe i kremowe. Serio piękny widok.

– Jestem taka podekscytowana imprezą! – Cieszy się Szpadka.

– No ja też! – wtóruje jej brat. – Nie ma to jak wybrać się na Ceremonię Przejęcia tytułu Wodza.

– Po to wyciągnąłeś nas z łóżek? – Sapie zmęczony Samrk. Posyła mi potępiające spojrzenie.

– Mówiłem o tym wczoraj.

– Spałem cztery godziny.

– Nie moja wina, że położyłeś się później niż trzeba było. Miałeś świadomość tego, że wyruszamy z samego rana.

Jęczy przewracając oczami. Nic sobie z tego nie robię. Sączysmark już taki jest. Ponarzeka, ponarzeka, a później będzie normalnie. Teraz też jest normalnie. Jemu zawsze coś nie pasuje.

– Będzie przynajmniej dobry bufet? Nie zjadłem śniadania.

– Co za sierota – Śmieją się bliźniaki. Udaję, że ich nie słyszę.

– Zamknąć się głąby.

Śledzik podlatuje do mnie bliżej i równa ze mną lot.

– Czkawka, jak myślisz, czy Heather będzie przebrana w wytworny strój na to przyjęcie?

Wzruszam ramionami, ale się uśmiecham.

– No wiesz, w końcu ma przejąć władzę na wyspie. Możliwe, że będzie wyglądać nieco… inaczej.

– Co masz na myśli?

– Och, no nie wiem. Nie mianowali mnie na wodza. Mężczyzna pewnie ma założyć długie futro i jakieś inne bogate rzeczy. Bo ja wiem, co noszą dziewczyny?

– Jesteś synem wodza. Powinieneś być bardziej ogarniętym w temacie. – Słyszę uwagę ze strony Smarka.

– Wybaczcie, że interesują mnie ciekawsze rzeczy niż ubiór. – rzucam z irytacją.

– No, ciekawsze to na pewno. – Szpadka rusza znacząco brwiami w moją stronę. Nie wiem o co jej chodzi.

– Typu kobiety, albo raczej jedna. – Mieczyk robi identyczną minę jak jego siostra.

– Albo smoki. – wtrąca Śledzik. Posyłam mu wdzięczne spojrzenie.

– Oj dobrze wiemy, że Czkawka jest miłośnikiem podróży, smoków i niebezpieczeństwa.

– Niebezpieczeństwa? – dopytuję z niedowierzaniem.

– Ryzyka. Lepiej?

Bliźniakom się nudzi. Bardzo. A kiedy im się nudzi wymyślają tematy rozmów, których wolę nie słyszeć.

Pięć minut później na horyzoncie pojawia nam się wyspa Berserków. Skalista wyspa robi wrażenie. Mijamy katapulty, długi drewniany most, aż w końcu docieramy na konkretny kamienisty pomost, który jest pilnowany przez strażnika u którego trzeba się zameldować.

Lądujemy spokojnie i opuszczamy grzbiety naszych smoków, by na własnych nogach przejść do wojownika.

– Witamy na wyspie Berserków, gdzie marzenia stają się rzeczywistością. – mówi Berserek widocznie znudzony i zmęczony.

– Ciągle ta sama gadka od dwóch lat. – Śmieje się Samrk. Szturcham go w brzuch przez co się zgina w pół.

– Nazwisko?

– Och, daj spokój stary! Jesteśmy znani na całym archipelagu.

Sączysmark zaczyna strażnikowi działać na nerwy. Warczy wściekły posyłając mu groźne spojrzenie. Ciągnę przyjaciela na przeciwną stronę stolika za którym powinniśmy stać.

– Stul dziób – syczę przez zaciśnięte zęby do jeźdźca, po czym odwracam uśmiechniętą twarz do wojownika. – Czkawka Haddock. – przedstawiam się, po czym kolejno wskazuję na przyjaciół. – A to Sączysmark Jorgenson, Szpadka i Mieczyk Thorstonowie, oraz Śledzik Ingerman. Jesteśmy Jeźdźcami Smoków.

– Nie pytałem cię o to. – odpowiada mi smętnym tonem i zagląda do kartki.

– Zostaliśmy zaproszeni na Ceremonię.

– O to również cię nie pytałem.

No bo zaraz coś mnie trafi!

– Czyżbyś tracił nerwy? Hmm? – Walnę Smarkowi trzeci raz. Prosi się.

– Sprawdź jeszcze raz.

– Nie ma was na liście.

Wcale się nie denerwuję. No bo czym? Pff.

– Myślisz, że zaraz wyjdzie z siebie?

– Czkawka? No co ty, siostra. Czkawka to oaza spokoju. Jest jak kwiat lotosu na spokojnej tafli wody i nic nie jest wstanie go wyprowadzić z równowagi. A już na pewno nie…

– Żądam spotkania z Dagurem.

– Wódz jest zajęty. Musicie zaczekać.

Poszczuję go Szczerbatkiem. Na pewno jest chętny.

– Mam zaproszenie od twojego wodza, a mojego przyjaciela.– Pokazuję mu kartę. Spogląda na nią zaspanymi oczami i podnosi z powrotem na mnie wzrok. Odkłada zaproszenie na stół.

– Podróba.

Hahaha, zabawny jest. Bardzo.

– Jest tu pieczęć Berserków. – Wskazuję centralnie palcem czerwony znak. – Widzisz to czy nie?

– Czkawka, nie gorączkuj się tak. – Śledzik próbuje mnie uspokoić.

Już chcę wskoczyć na Szczerbatka i polecieć, kiedy ktoś z oddali woła moje imię. Podnosimy wzrok. Dagur leci na swoim smoku w naszą stronę i macha.

W końcu.

– Wyluzuj strażniku, są na mojej osobistej liście gości. – oświadcza Dagur lądując na moście. Wreszcie mogę spuścić powietrze wstrzymywane od złości.

– Tak jest Wodzu. – Salutuje Dagurowi.

Wymijam wikinga i podchodzę do przyjaciela.

– Już niedługo będzie się tak zwracał do mojej siostry. – Śmieje się rudowłosy. Kładzie swoje silne dłonie na moich ramionach i uśmiecha przyjacielsko. – Super, że wreszcie jesteście. Mieliście problemy po drodze?

– Żadnych. – Wzruszam ramionami.

Klepie mnie po plecach, po czym staje naprzeciw mnie opierając ręce na bokach.

– Poza tym, że nie ma nas na liście gości to luz. Wszystko miodzio.

– Ach, Smarczek. Jak mi brakowało twoich narzekań. Wiecznie niezadowolony, co?

– Nic się nie zmieniło – Potwierdzam. Śmiejemy się wszyscy poza Smarkiem.

– W każdym razie, witam was na naszym małym skrawku Berserkowości. Jak pierwsze wrażenia?

– Piękna wyspa. – Chwali Śledzik.

– Dzięki. Staraliśmy się ją upiększyć jak to tylko możliwe. Gleba tutaj jest kiepska do uprawy, ale jakoś sobie radzimy. Lećcie za mną.

Wskakujemy na smoki i podążamy za Dagurem.

– Jak się ma Heather? – rzucam pytanie, gdy dolatujemy do centrum.

– Dobrze. Nieco się denerwuje, ale to normalne. Ciągle przejmuje się przemową, którą ma wygłosić po Ceremonii.

– Możemy ją zobaczyć? – dopytuje z zachwytem Śledzik.

– No pewno! Ale podczas Ceremonii. Cierpliwości, Rybko, ona nigdzie nie ucieknie. A jeśli nawet spróbuje i tak ją znajdę.

– Ej, weź! Przecież ona nie wychodzi za mąż, a nikt z nas nie jest panem młodym. Możemy się z nią spotkać choć na chwilę. – prosi z upartością Smark.

– Nie i koniec. Stresuje się już wystarczająco, potrzebuje spokoju.

Dagur zdecydowanie zrobił się troskliwym starszym bratem. Jest dojrzalszy niż kiedyś i miło widzieć go w tej odsłonie.


Chwilę później, gdy razem z jeźdźcami i Dagurem zwiedzamy wioskę zastanawiam się nad misją na którą wysłał nas mój ojciec. Myślę nawet na samodzielnym sprawdzeniu okolicy, ale rezygnuję z tego. Jak na razie.

– Dagur, a wiesz może jak wygląda sprawa z Łowcami smoków? – pytam rudowłosego.

– Wiesz, że wiem – jego odpowiedź brzmi bardziej jak pytanie. – Sprawdziłem z młodą każdy kierunek i zastaliśmy tylko łódź z rozwaloną śmiercionośną bronią. Wyobrażasz to sobie?

– No dobra, a jakieś ślady?

– Przecież ci mówię. Czy ty mnie słuchasz? Przemyj uszy. – Ignoruję tą uwagę.

– Mniejsza. Co mówił ten kupiec, który skarżył się na obecność łowców? Jakieś opisy ludzi?

– Wiesz, za co cię lubię, Czajka? – Obejmuje mnie ramieniem i uśmiecha w sposób, który wzbudza we mnie przerażenie jaki i obrzydzenie.

– Czkawka.

– Na zdrowie. – Marszczę brwi. Śmieje się. – Wyluzuj chłopie, stresujesz się.

– Nie stresuję. Po prostu niepokoi mnie fakt, że gdzieś grasują Łowcy smoków.

– A ty jak zwykle węszysz za zbrodniarzami i chcesz przeprowadzić śledztwo. Cały Ty. – Zabiera ramię i idzie dalej. Podążam za nim. Bliźniaki zostają w tyle, podobnie jak Śledzik i Smark. – Wracając do twojego pytania, kupiec nie podał żadnych znaków szczególnych. Może tylko flagę przedstawiającą jakiegoś smoka, krzyż czy miecze. Ten kto wymyślił znak ma fatalną wyobraźnię i talent do rysunku.

Przewracam oczami.

– Ty też widziałeś tą flagę?

– No widziałem widziałem, ale tak poszarpana, że prawie nic nie widać. Nie wiem co to miało przedstawiać. Szczerze powiedziawszy symbol Łowców Viggo przedstawiał zaciśniętą pięść i popatrz, im prostszy rysunek tym łatwiejszy do zapamiętania.

Czyli spokojnie można uznać, że Viggo i Rycker przepadli na dobre i nie powstali zza grobu.

– Nie martw się na zapas. Dziś będziemy świętować. Żadnych zmartwień, tylko huczna wesoła impreza. – Bije mnie w pierś. Zaciskam zęby, ale się uśmiecham.

Myślę, że już odejdzie, a ja będę zmuszony poszukać przyjaciół, ale jeszcze nie odchodzi. Nagle przysuwa się tak blisko bym nie mógł zobaczyć niczego więcej, poza jego czujnymi i szaleńczymi oczami.

– Nie waż się pytać Heather o tą sprawę. To jej święto. Jedno słówko i tak jak cię kocham bracie, tak zawiśniesz nad zimnym oceanem, a Szczerbatek ci nie pomoże. Dotarło?

Przełykam ślinę.

– Nie zamierzałem męczyć Heather pytaniami o Łowców, ale niech ci będzie. Dotarło.

– Dobrze, że się zgadzamy. Nasza siostrunia będzie zachwycona.

Uśmiecham się, gdy klepie mnie po ramionach i odchodzi.

Pomyśleć, że kiedyś przykładał mi nóż do gardła i próbował zestrzelić Szczerbatka. Że próbował zabić jeźdźców, polował na Wandersmoka i był po prostu szaleńcem. Teraz to zupełnie inny człowiek. Może jest trochę zwariowany, ale to nie to samo co lata do tyłu.

Święta na Berk to dni, kiedy wioska tętni bardziej życiem niż zwykle. Wandale codziennie są pochłonięci pracą, a wikingowie nie bardzo są chętni do całodziennego odpoczynku. Wolą zająć czymś ręce. Nie znosimy nudy. Na wyspie Berserków jest trochę podobnie, kiedy chodzi o uroczystości. Między domami zawieszone są girlandy, a lampiony ciągną się przez całe centrum wioski. Gra skoczna muzyka wprawiając wszystkich w szczęśliwy nastrój. Ludzie naprawdę dbają o wyspę. Dwa lata wcześniej odwiedzaliśmy z Jeźdźcami Dagura i Heather, ale wtedy jeszcze nie było tak pięknie.

Szczerbatek kroczy koło mnie pomrukując od czasu do czasu. Oglądamy okolice i cieszymy chwilą spokoju. Próbuję nie myśleć nad Łowcami, ale jakoś nie mogę do końca wyrzucić ich z niepokojących myśli.

– Co tam? – rzucam do Śledzika i Mieczyka stojących przy stole ze smakołykami.

– Super – odpowiada mi Śledzik. Wsuwa do buzi koreczek z serem, kiełbasą i oliwką. – Widziałeś Heather?

– Pewnie zaraz się pojawi. – chcę uspokoić przyjaciela, który próbuje zajeść nerwy.

Rzeczywiście dwie minuty później muzyka cichnie, a wszyscy zbierają przed drewnianym podestem. W każdym rogu stoi zapalony znicz. Z tyłu jak i po prawej i lewej stronie krawędzi stoją donice z zielonymi roślinami. Kwiatów nie ma ponieważ mamy późną jesień. Jeśli miałbym wybierać termin ślubu wybrałbym wiosnę, gdyż o tej porze roku świat budzi się do życia. Natomiast dziś to Uroczystość przejęcia tytułu wodza przez Heather.

Dagur stoi na środku sceny i głośno mówi. Wygląda na szczęśliwego i chyba taki jest. On i Heather nie byli blisko od dziecka, odnaleźli się dwa lata temu. Ich ojciec zginął, gdy Dagur miał zaledwie osiemnaście lat, a Heather poznaliśmy przypadkiem. Jest w moim wieku. Nie wiedziała, że ma brata, my nie wiedzieliśmy, nikt nie wiedział. Trzy lata minęły odkąd ponownie się spotkaliśmy i to na Końcu świata. Mając piętnaście lat uważałem ją za słodką, bo była niewinna i po prostu słodka. To było moje pierwsze zauroczenie. Zostaliśmy przyjaciółmi. Na Skraju pokazała ostrzejszą wersję siebie i totalnie zmieniłem zdanie. Ze Słodkiej Heather, zrobiła się Zadziorna Heather.

Krótko mówiąc, czas i życie zmienia ludzi.

– W czasie takim jak ten, wspominam co mój wspaniały ojczulek zwykł mawiać. „Kapitan zawsze wie, co robić - nawet gdy nie wie. Inaczej załoga traci wiarę w zwycięstwo, a to zawsze oznacza koniec”. Mówię to, ponieważ ważne jest by ktoś stał na czele tych, którzy pójdą za Tobą, aż na krawędź świata, by walczyć o zwycięstwo przy twym boku. Prowadziłem was rodacy na wojny, bitwy, wyprawy. Może i nie byłem idealnym wodzem od początku, ale cieszę się, że daliście mi szansę na poprowadzenie was aż tutaj i stworzenie w tym miejscu naszego domu. Do miejsca, gdzie każdy Berserek ma prawo wrócić i wiedzieć, że ma tu swój kąt. Dziś jest dzień jedynej kobiety godnej mnie zastąpić. A jest to najodważniejsza, najdzielniejsza i najbardziej zasługująca na miano przywódczyni Berserków. Moja siostra Heather. Brawa dla niej!

Wszyscy witamy oklaskami Heather. Wkracza na scenę w pięknej bogato zdobionej sukni sięgającej do ziemi. Zielono fioletowa. kolor jej oczu i kwiatu, od którego pochodzi jej imię. Rękawy ma długie. Gruby pas owija jej talię. A włosy ma dłuższe niż kiedyś, bo warkocz na boku sięga jej do brzucha. Wygląda pięknie. Staje przodem do wszystkich zgromadzonych, a jej niepewny uśmiech dodaje jej uroku. Dagur podchodzi do siostry w towarzystwie jakiegoś chłopca. W jednej ręce trzyma poduszkę, na której znajduje się złoty wieniec z liści laurowych. W drugiej pudełeczko.

Brunetka klęka na dwóch kolanach i patrzy na brata z uniesioną głową.

– Czy przysięgasz dbać o nasz klan, sprawiedliwie i mądrze z drobnym szaleństwem?

– Przysięgam. – odpowiada.

To tak ważny moment.

– Przysięgasz robić wszystko, by Berserkowie byli szczęśliwi i przestrzegać prawa obowiązującego nasz klan jak i nazwisko?

– Przysięgam.

– Przysięgasz walczyć o to co naszym zdaniem słuszne? Być dla Berserków? Władać tą wyspą najlepiej jak to możliwe i jeszcze lepiej?

– Przysięgam.

– W takim razie na mocy udzielonej mi przeze mnie, gdyż jako tako jestem jeszcze wodzem, mam zaszczyt i szczęście – Macza palec w pudełku. Heather zamyka oczy, a jej brat kreśli na jej czole znak wodza. – Ogłosić, że zostajesz Wodzem Berserków. Dbaj o swych ludzi, dbaj o wyspę, dbaj o to by szczęście panowało w tym miejscu tak długo jak żyjesz i jesteś przywódcą. Jesteś dumą naszej rodziny. – Nakłada na głowę Heather wieniec.

Heather staje na własnych nogach. Uśmiech rozjaśnia jej twarz skierowaną na starszego brata. Widać, że chce go przytulić, ale powstrzymuje się.

– Heather, czy jest coś co chciałabyś powiedzieć swoim poddanym?

Denerwuje się. Wypuszcza powietrze i odwraca się do nas wszystkich. Podchodzi trzy kroki bliżej.

– Witajcie! Jestem tak jak wy wojowniczką. Walczę o zwycięstwo. Walczę o honor, o trwałość i sprawiedliwość. Do pewnej chwili pałeczkę kontroli, że tak się wyrażę, przejmował mój brat Dagur. We krwi mamy szaleństwo, więc nie obiecuję, że będzie tu spokojnie. Będę się starać być taka jak mój brat albo mój ojciec, nie będę pewnie lepsza od nich, ale bardzo się postaram. To zaszczyt, że mogę być waszym Wodzem.

Oklaskujemy Heather i całe to wystąpienie. Śledzik cieszy się chyba głośniej od nas wszystkich razem wziętych, ale nie robi to na nikim wrażenia. Tylko oliwkowe spojrzenie Heather zwraca się ku nam i uśmiecha jeszcze piękniej.

Chwilę później przyjęcie trwa. Najważniejszy moment już za nami, a Heather nie ma już czym się przejmować. Z trudem ukryła tą całą obawę, gdy Dagur mianował ją na wodza. Dała radę.

Ludzie się bawią, jedzą, tańczą, łażą tam i ówdzie. Są wszędzie. Czekamy z niecierpliwością na chwilę, kiedy wreszcie będzie nam dane pomówić z przyjaciółką.

– Gdzie ona jest? Była i się zmyła. – Gdybyśmy byli w pomieszczeniu, Śledzik pewnie by już chodził po ścianach i suficie.

Rozglądam się. Szczerbek pomrukuje również poszukując wzrokiem Ciemnowłosej. W końcu udaje nam się dostrzec Dagura machającego nam i trzymającego siostrę za rękę. Idą w naszym kierunku. W połowie drogi wyrywa się bratu i biegnie.

– Czkawka! – krzyczy uderzając mnie całą siłą. Przytulam ją i kręcę w kółko. Śmiejemy się.

– Cześć! – Stajemy spokojnie. Nie możemy przestać się uśmiechać. – Rany, jak ty wypiękniałaś.

– A ty wyprzystojniałeś. – Śmieję się i ponownie ją przytulam. – Bogowie, Czkawka, myślałam, że nie wytrzymam.

– Czego?

– Wiedziałam, że dziś przylecicie, a Dagur i tak nie pozwolił mi wyjść was przywitać. Jakiś koszmar. I popatrz co kazał mi włożyć.

Staje przede mną i pokazuje suknię.

– Wyglądam jak z innej epoki. – Prawie znów się śmieję.

– Nie, no co ty – Zakrywam usta dłonią. Nie chcę się śmiać, ale ciężko udawać powagę. – To po prostu wyjątkowe święto i… dobra. To gruba przesada. Ale wyglądasz pięknie.

– Nie drwij sobie. – Śmiejemy się. – Ale dzięki.

Jej wzrok wędruje poza moje ramię. Odwracam się by zobaczyć na co tak patrzy. Uśmiecham się widząc blond włosy wystające spod hełmu.

– Wiesz ile czekał, żeby się z tobą spotkać? – szepczę do przyjaciółki. Podnosi na mnie ciekawskie zielone oczy. – Idź. Zasłoń mu oczy, będzie miał większą niespodziankę.

Uśmiecha się i podchodzi do Śledzika. Robi co jej radzę, a on wzdryga się.

– Szpadka?

– Jaka, do Thora, Szpadka? – warczy brunetka zabierając ręce i podpierając je na biodrach.

Prawie krztuszę się śmiechem.

– Heather! Słodki Odynie, to ty Heather. – Bierze ją w ramiona. I ona go obejmuje za szyje, a on kręci nimi śmiejąc się tak szczęśliwie. – Jak ja za tobą tęskniłem.

– Ja też.

Staje przed nim. Bierze jego policzki w dłonie i staje na palcach, by dosięgnąć jednego z nich. Uśmiecham się widząc tą uroczą scenę.

Wiem, że łączyło ich coś pięknego jakiś czas temu. Jeszcze jak mieszkaliśmy razem na Końcu świata. Później pożegnali się, chyba na dobre kończąc coś co ich złączyło. Chyba oboje postanowili rozwiązać to coś, za nim stało się za silne. Nie znam ich historii, choć z Śledzikiem lepiej mi się dogadać, niż ze Smarkiem i bliźniakami.

To ich prywatna sprawa.

Nagle znikąd pojawia się reszta. Szpadka i Mieczyk, Sączysmark, Dagur.

– Co oni robią? – słyszę obok siebie gniewny ton Szpadki. Spoglądam na blondynkę.

– Rozmawiają. – rzucam od razu odpowiedź.

– Tak. Rozmawiają. – Moje i Dagura spojrzenie się spotyka. Uśmiechamy się do siebie znacząco. On też wie co było między jego siostrą, a Śledzikiem. – Chodźcie ze mną.

Mam zamiar pójść za rudowłosym, ale muszę zabrać ze sobą bliźniaki i Smarka. Szczególnie bliźniaki. Mieczyk wygląda jakby miał się rzucić na Śledzika i powydrapywać oczy, a Szpadka na zdumioną tym jak blondyn wpatruje się w oczy Heather. Smark najwyraźniej się cieszy z takich obrotów spraw.

– Idziemy – mówię obejmując jedno i drugie ramionami.

– Zdradza mnie – Przewracam oczami.

– Nawet nie jesteście razem. – przypominam jej.

– Skąd wiesz?! – rzuca mi gniewne spojrzenie. Chcę odpowiedzieć mimo, że nie wiem co.

– Och, proszę cię! Ciągle jesteś niezdecydowana. Plączesz się między geniuszem i idiotą. A oboje wiemy, że obydwóch masz dość. – mówi poirytowany Mieczyk.

Szpadka kipi wściekłością, poczerwieniała od złości. Za chwilę…

– Jesteś najgłupszym głupkiem, głupku!

Właśnie to. Szpadka prawie rzuca się na brata. Łapię ją za ręce i przyspieszam kroku za Dagurem.

– Puszczaj mnie, Czkawka! Zabiję tego kretyna!

Zerkam do tyłu. Widzę jak Smark gada coś do Mieczyka i idzie za mną. Ponownie spoglądam na Thorston.

– Uspokój się w końcu. – proszę.

– Puść mnie!

– Obiecujesz, że nie zabijesz brata? Nie zakopiesz go żywcem, ani nic podobnego?

Zatrzymuje się, a ja muszę zrobić to samo.

– Słucham? Mam prawo zabijać brata, kiedy, w jaki sposób i ile mi się chce. To mój brat. Mam prawo robić co mi się podoba.

Szpadka. Mieczyk. Bliźniaki. Ciągle to samo. Mają prawo robić sobie co chcą wobec siebie, a to co robią pozostaje wyłącznie między nimi. Dopiero gdy trzeba rozstrzygnąć spór, bo nie mogą dojść do porozumienia wtedy włączają mnie. A później jedno jest obrażone na mnie, bo przyznałem rację drugiemu albo oboje są na mnie źli, bo nie wskazałem tego kto ma rację.

Wzdycham i puszczam Szpadkę.

– Dziękuję – Wznoszę spojrzenie ku ciemnemu niebu. – Sączysmark!

Jak na zawołanie. W sekundę się pojawia.

– Moja pani. Co mogę dla ciebie zrobić, najdroższa?

Moje brwi gwałtownie się unoszą. Przyglądam się dwójce i zastanawiam dlaczego nie poszedłem za Dagrem zostawiając ich wszystkich samych. Po co ja tu jestem?

– Weź mnie na barana.

– Co?! – Ja i Smark jednocześnie pytamy zaskoczeni.

– Na plecy. Nogi mnie bolą. Ponieś mnie.

Śmieję się z Sączysmarkiem. Mija kilka sekund, a Szpadka nadal stoi i tupie nogą jakby na coś czekała.

– Dobre. Mam ją nosić.

Szturcham Smarka. Raz. Wciąż się śmieje. Szpadka coraz bardziej tryska złością. Drugi raz go szturcham. Przestaje rechotać i patrzy to na mnie to na blondynkę.

– Żartujesz? – Robi z ust dzióbek i kręci głową. – Kicia, ja dla ciebie wszystko, ale…

– Ponoć jesteś facet. Udowodnij, że jesteś wstanie zrobić dla mnie wszystko.

Patrzę na przyjaciela. Moje spojrzenie mówi jasno: Nie rób tego. Nie rób!

A on co robi? Kuca przed nią, ona wskakuje mu na plecy i każe mu się wyprostować. No kretyn.

– Co ty wyprawiasz? – rzucam nie mogąc uwierzyć co widzą moje oczy.

– To czego ona chce.

Od kiedy?

– Jak każe ci skoczyć do wulkanu też skoczysz?

– Ej! Nie rób ze mnie sadystki! – warczy na mnie wściekła Szpadka. – Chociaż pomysł z tym wulkanem jest niezły. Trzeba wpisać go na listę.

– Co chcesz tym udowodnić? – pytam jeźdźca.

– Uwielbienie. Zrobię dla niej wszystko.

– Mój Smarczek, kochasz mnie. – Drapie go pod brodą. Thorze wszechmogący.

– Jasne, że kocham.

Dagur. Gdzie Dagur?

– Nie znacie pojęcia tego słowa.

– Czkawka, czy ja ci wyglądam na Astrid?

Co!?

– Zdecydowanie nie.

– Brawo. Wiesz, dlaczego nie? Bo jestem Szpadka. Może i Astrid lubi heroicznego bohatera jak ty, który ratuje jej życie, wygrywa za nią zawody i inne takie. Nie mówię, że ja nie lubię, ale nie jesteś w moim typie. Jesteś uroczy, kochany i w ogóle, ale podobają mi się inni. Więc nie bądź zazdrosny i daj nam spokój.

Stoję i słucham tego co do mnie mówi. Z każdą chwilą jest dziwniej, zaskakująco i nie wiem już kompletnie co ja robię w tym miejscu o tej porze z nimi.

Sączysmark odchodzi niosąc Szpadkę.

– Nie jestem heroiczny jak on?

– Zamknij się.

Chyba się pogubiłem.

Patrzę na Szczerbatka. Ciągle szedł koło mnie. To co się dzieje wokół jest dla niego niezłym widowiskiem i może się pośmiać.

– Ani słowa – ostrzegam przyjaciela unosząc palec.

Zamiast okazać mi trochę wsparcia, że i on nie rozumie tego co się wydarzyło, on się śmieje w najlepsze. Nie ma to jak przyjaciel.

Astrid

Całą noc płakałam. Chyba dopiero nad ranem udało mi się zasnąć na kilka godzin. Poduszka przemokła, ja jestem zmęczona, a Brietta nie odstąpiła mnie ani na moment. Tata nie przyszedł. Mama śpi spokojnie w pokoju obok. Żadne się nie zainteresowało dlaczego ich jedyna córka płacze. Nie wiem nawet czy wiedzą, że płakałam, choć zanosiłam się płaczem. I nawet w tej chwili, kiedy się budzę, a koło mnie leży moja śpiąca przyjaciółka, a ja mam ochotę się spakować i uciec z domu najdalej jak to tylko możliwe.

Myślę jak wyjdę z pokoju, jak wyjdę z domu. Jak? Co zrobię, gdy zetknę się z ojcem? Czy mam siłę by wykrzyczeć mu w twarz jak wielki mam do niego żal? Czy mam odwagę by pokazać mu dziennik wuja i wytknąć wszystkie kłamstwa i sekrety, którymi mnie karmił od początku moich narodzin? Jak bardzo boli mnie to, że nie ofiarował mi tyle ojcowskiej miłości ile mógł, a tego nie zrobił. Że żywił pretensje do brata, bo wuj okazał mi tyle ciepła i ukochał jak własną córkę, gdy mój ojciec był zaraz obok i nie wziął mnie nawet na kolana i nie opowiedział ani jednej historii, nie zaśpiewał mi ani jednej kołysanki, nie zrobił nic. Myślę, że to jak bardzo kochałam wuja on to widział. Może był zazdrosny, że bardziej ciągnie mnie do wujka, niż do niego. Tyle, że czy można mi się dziwić?

Moje oczy zachodzą łzami. Znowu. Powoli spływają mi po policzkach. Zaciskam powieki i zmuszam się do przestania, ale nie mogę. Usta mi drżą. Jęk załamania wydobywa się ze mnie tak żałośnie, że aż muszę schować twarz w dłoniach.

– Astrid – Ktoś obejmuje mnie i przyciąga do siebie. Ciepły głos Brietty przebija się przez mój płacz. – Hej…

– Nie chcę w to uwierzyć, Brietta. Nie wierzę, że był zdolny zrobić coś takiego.

Zabiera moje dłonie z twarzy. Wyciera moją twarz dłonią i klęka przede mną.

– Astrid, uspokój się trochę. Wiem, że jesteś w rozłamce, ale…

– Całe życie mnie kontrolował. Całe życie. Nie mogłam się bawić i chodzić, gdzie inne dzieci. Nie mogłam robić tego co chciałam, tylko to na co on mi pozwolił albo co mi kazał. Zawsze mnie więził. Karał za najmniejsze przewinienia. Tylko dlatego, że jego dawny wróg wygrał z nim bitwę i wygnał go z wyspy. Całe życie mi powtarzał, że świat jest niebezpieczny, a ludzie to potwory. Wiesz, dlaczego? Bo się bał. Bał tego, że jego wróg, który go ścigał znajdzie go i znów będziemy mieć kłopoty. Od zawsze tkwimy w jednym miejscu. Nie opuszczamy wyspy, a o podróżach nie ma mowy. Żyjemy jak na jakimś wygnaniu…

Wszystko mówię na jednym wydechu. Prawie krzyczę.

– Brietta, nie jestem wstanie opisać tego co czuję. Nie mogę w to uwierzyć, że na to pozwolił. Dlaczego nie walczył? Dlaczego nie powiedział? Jak mógł mi to zrobić? Jak mógł być zdolny do czegoś takiego?!

– Wytłumaczenie masz w liście i dzienniku.

– Wytłumaczenie?!

– Chciał was chronić. Ciebie i twoją mamę.

– Chronić? Brietta minęło dwadzieścia lat. – Może to nie wielka liczba, ale odczucie takiego upływu czasu jest jak wieczność.

Następuje chwila ciszy. Próbuję jakoś w głowie ogarnąć to co się dzieje.

– Wiesz, co jest najgorsze?

Brietta podnosi na mnie wzrok. Moje oczy błądzą od ścian, po łóżko i moje palce, którymi się bawię.

– Że ten który wygnał mojego ojca to tata Czkawki. – Z trudem wypowiadam te słowa. Gula w gardle utrudnia mi mówienie, a smutek wyżera ze mnie całą radość.

– J-jak to? Co ty mówisz?

Samotna łza spływa po moim policzku.

– Czkawka jest synem Stoicka. To Haddockowie. Czkawka jest synem wodza.

Kolejna łza stacza się po mojej twarzy.

– Astrid, co ty wygadujesz? Ten Czkawka, który ocalił twoją mamę? Ten który pomógł tobie? Ten…

– Tak. Ten który jest ucieleśnieniem wszystkiego czego szukałam, pragnęłam i za czym tęskniłam.

Teraz też tęsknię.

Wycieram policzki. Wznoszę spojrzenie na sufit, ale później i tak spojrzenie przyjaciółki mnie odnajduje.

– Tata Czkawki mnie nie cierpi. Nie to, że coś, ale… tak jakoś źle mi było, bo ja naprawdę lubię Czkawkę. Widzę jak bardzo jest smutny po kłótni z ojcem, jak się denerwuje. Widzę jak bardzo jest zżyty ze Szczerbatkiem i jaką mają więź. Jakie ma podejście do ludzi. Czkawka jest troskliwy, uroczy, zabawny, przystojny, mądry, buntowniczy. Znam go od każdej strony. Zawsze stara się załatwić każdą sprawę pokojowo. Jest zupełnie inny, wyjątkowy.

– A ty go kochasz.

Zamykam oczy.

Bogowie, za co? Co ja takiego zrobiłam? Dlaczego mnie się to przytrafia?

– Nie mogę go kochać.

– Dlaczego nie?

– Bo to wróg. – szepczę. Sama w to nie wierzę. Dlaczego to powiedziałam?

– Astrid, posłuchaj – Łapie mnie za ręce, pochyla się by zajrzeć mi w oczy, mam spuszczoną głowę. – To, że przeczytałaś list albo dziennik twojego wuja nie może mieć wpływu na to co czujesz.

– Kiedy ja nie wiem co czuję! Nie wiem nawet na jakiej płaszczyźnie stoję ja i on. Nie wiem co to jest.

– A ja wiem.

Spoglądam jej w oczy w zaskoczeniu.

– Wiem, bo kiedyś, zanim pojawiłam się na Sollar, mieszkałam na pewnej wyspie. Daleko stąd. Przypadkowa. Pewnego razu jakaś łódź zatrzymała się na brzegu. Byłam sama. Wtedy wysiadł z łodzi jakiś mężczyzna. Ciemne włosy, piwne oczy, umięśniony. Od pierwszej chwili mi się spodobał. Na moje nieszczęście dałam się zauważyć. Zaczęłam uciekać, chciałam się schować, ale natknęłam się na wielkiego smoka. Byłam sparaliżowana nie wiedziałam co robić. Wtedy pojawił się on. Uratował mnie jak w romantycznych opowieściach i… Jakoś się poznaliśmy, zakolegowaliśmy, potem zmieniło się to w przyjaźń. Jakiś czas później stało się to coś głębszego. Patrzyliśmy na siebie inaczej, coś się zmieniło. Zakochałam się. I nawet nie wiesz jaka byłam. Byłam niewiele młodsza od ciebie. Miałam szesnaście-siedemnaście lat. Bardzo często mnie odwiedzał na wyspie. Spędzaliśmy w najlepsze czas.

Milknie nagle.

– I co dalej?

– Pewnego razu poprosił mnie, żebym popłynęła z nim. On pracował na morzu, ciągle pływał. Miał ważną pracę. Rozumiałam to. W końcu praca jest ważna, każdy musi z czegoś żyć, ale… On łapał smoki. Polował na nie. Miał taką robotę. Sprawy zaczęły się komplikować. Coraz rzadziej przypływał, coraz rzadziej go widziałam, aż pewnego dnia już się nie spotkaliśmy. Trawię jej smutną opowieść.

Brietta nigdy nie wspominała o tym co się działo z jej życiem przed Sollar. To zawsze był temat którego zwykła unikać. Nie lubiła o tym mówić. Dopiero teraz rozumiem, dlaczego.

Przykro mi z powodu Brietty. To musiało być okropne.

– Moja pierwsza miłostka. – Śmieje się, ale tak naprawdę jest smutna. Kładę dłoń na jej. – Wiesz, dlaczego ci o niej opowiedziałam? Bo wiem jak boli rozstanie z ukochaną osobą. Ciągle tęsknisz, myślisz, roztrząsasz to co się stało, a co mogło się stać gdybyś postąpiła inaczej.

Przełykam ślinę. Chcę coś powiedzieć, ale Brietta ciągle mówi.

– Chodzi mi o to, że nic się nie zmieniło. Nie zmieniły się i nie zmienią twoje uczucia wobec Czkawki. Nie, przez głupi list. Prawdę, która wyszła na jaw. Nie wmawiaj sobie, że twoim wrogiem jest Czkawka. To sprawa między Edgarem i Stoickiem, nie stawiaj Czkawki z nimi na jednej szali.

– Odradzałaś mi, spotkania z nim.

– Nie posłuchałaś mnie. I co z tego? Żałujesz? Chyba nie. – Przygryzam wargę. – Można się zastanawiać, co by było, gdybyś tamtego dnia była na Sollar. Co by było, gdybyś nie poleciała się z nim spotkać, co by było gdyby to było innego dnia. Co by było, gdyby on nie wylądował na tej wyspie na której cię zastał. Gdybać można, ale to nic nie zmieni. Martwisz się tym, że spotkałaś kogoś, kto otworzył ci drzwi do szczęścia. Od kiedy poznałaś Czkawkę, jesteś naprawdę szczęśliwa. I to widać.

– Jestem. Naprawdę jestem.

Myśl o tym Czkawce z chłopięcym uśmiechem wywołuje na mojej twarzy uśmiech.

– Wiem, że masz w głowie totalny chaos, ale spróbuj sobie przypomnieć wszystkie chwile z nim spędzone. Te momenty. Te rozmowy. Wszystko. I zadaj sobie jedno proste pytanie. Czy ty chcesz, naprawdę chcesz się z tym rozstać. Rozstać z Czkawką, bo sprawa się tylko bardziej pokomplikowała. Czy ryzyko nie jest warte tego co możesz mieć?

Biorę poduszę w ręce, po czym chowam w niej twarz. Jęczę, wrzeszczę i mam serdecznie dość. Może mi się to wszystko śni. Może to zwykły koszmar i muszę tylko się obudzić. Może jest szansa, że to wszystko dzieje się w mojej głowie.

Chciałabym coś wymyślić, wpaść na jakiś sensowny pomysł. Ale nic nie przychodzi mi do głowy.

– Możemy już o tym nie rozmawiać? – proszę.

– Co teraz zrobisz?

– Nie wiem, serio nie mam ochoty o tym gadać.

Rzucam poduszką o ścianę, a ta zamiast wylądować na łóżku odbija się i spada na ziemie. Wstaję.

– Gdzie idziesz?

– Ogarnąć się, przebrać i polatać z Wichurą.

Wyjmuję z szafy czyste ciuchy.

– A później?

– Co później, co później? Ty serio sądzisz, że po tym – Biorę do ręki zeszyt wuja cisnę nim o łóżko – I po tym – Pokazuję jej list. – Spotkam się z Czkawką? Albo porozmawiam z ojcem? Albo co jeszcze innego zrobię? Co twoim zdaniem powinnam zrobić? Udawać, że to nic takiego? Że się nic nie stało? Żyć jak dawniej? Jak mam żyć? Jak więzień na tej Sollar, czy może uciekać i być z tym, który… ? Nie ważne. Daj mi już spokój.

Korci mnie, żeby coś jeszcze powiedzieć, ale powstrzymuję się. Wciągam gwałtownie powietrze i wypuszczam. Zamykam szufladę z trzaskiem i kieruję się do drzwi.

– Nie mów nic mojemu ojcu.

Po tych słowach znikam za drzwiami.

Ojca nie ma w domu. Mamy nie ma w sypialni. Nie ma! Biegnę schodami na dół. Jeszcze mama. No na litość Bogów!

– Mamo! – wołam.

Zatrzymuję się na przed ostatnim schodku. Widzę ją. Kręci się po kuchni szykując śniadanie.

– Astrid, jak miło że wstałaś. – Uśmiech mamy wzbudza we mnie zdziwienie. – Zaraz podam śniadanie. Zejdź jak będziesz gotowa.

Co zrobić?

– Dobrze się czujesz?

– Wyśmienicie, kochanie.

Aha? Zawracam schodami na górę, ale jeszcze się wracam.

– Mamo… – Odwraca do mnie twarz i słucha. – Czy ty, słyszałaś… no wiesz…

– Ale co?

Wygląda na to, że o niczym nie wie. Nie słyszała mnie i Brietty. Albo udaje. Cóż, całe życie udawała. Całe życie kłamała tak jak ojciec. Czy jej wierzę? Nie. Już nie.

– Wszystko w porządku, córcia? Jakąś dziwną masz minę.

Nie. Nie czuję się dobrze. Serce pęka mi raz po raz, gdy wiem jak bardzo mnie zraniliście. Ukrywaliście przede mną tyle istotnych rzeczy. Grałaś w tę grę z ojcem. Kłamaliście przez cały czas.

– Tak. Wszystko w jak najlepszym porządku. To ja może…

Wracam na górę. Idę do łazienki, po drodze napotykam Briettę. Patrzy na mnie smutno, ale ja po prostu ją wymijam.

Szykuję ciepłą wodę w balii, rozbieram się i już po chwili zanurzam w gorącej wodzie. Wlewam olejki eteryczne i sięgam po mydło.

Próbuję się uspokoić. Już nie płaczę. W środku czuję pustkę. Jakby coś lub ktoś wyrwał część mnie. Tęsknota, złość, żal. Utknęłam w miejscu z którego nie ma wyjścia.

Czy ktokolwiek ma jak ja? Czy ktoś wie co robić? Nawet Bogowie nie nie mieli takich problemów. Nie mogę już ufać rodzicom. Nie potrafię. Nie mam przy sobie nikogo, kto mógłby zapełnić tą pustą przestrzeń we mnie.

Podkulam nogi pod brodę.

Nie wysłałam listu do Czkawki. Straszliwiec Straszliwy spał jeszcze zeszłej nocy. Może wciąż śpi na parapecie w pokoju, a może odleciał. Nie wiem czy dobrym pomysłem będzie wysyłanie Czkawce listu który już napisałam. Może lepiej będzie, jak napiszę nowy? Może w ogóle nie pisać.

Może najlepiej będzie jak usunę się w cień. Zapomnę. Zacznę inaczej. Samotnie. Może powinnam zostać na Sollar, spakować i odejść. Gdziekolwiek. Bez rodziców. Tylko ja i Wichura. Brietta też opuściła dom. Też nie daje znaku życia rodzinie. Nie wiem nawet czy jakąś miała tam na wyspie z której uciekła.

Wszystko nagle runęło. Nie mam, nie umiem poskładać tego z powrotem w całość.

Po co były te sekrety? Po co te więzienie? Po co ukrywanie? Dlaczego brak walki o sprawiedliwość? Dlaczego samotność przez tyle lat, która jakiś czas temu znikła teraz powraca?

Moje kolana mokną. Nie od wody. Tylko od łez.

Wujek mnie zostawił. Ojciec ma mnie gdzieś. Brietta nie może mi pomóc, choć stara się jak tylko potrafi. Mama taka sama jak ojciec. Oboje zakłamani.

Tęsknię. Potrzebuję rodziny lub kogoś komu mogę zaufać. Kogoś kto doda mi siły, zapewni bezpieczeństwo, przytuli, na pewno będzie mógł pomóc, doradzić, wesprzeć, podnieść. Gdzie ten ktoś jest, gdy potrzeba go najbardziej?

Rozdział 16

Czkawka

Dagur udostępnił mi jedną z chat. Nie po to, bym się przespał choć i to mogłem zrobić i zrobiłem. Dwie godzinki przed porankiem. Zawsze coś. Zawsze inaczej głowa pracuje. Jeźdźcy postanowili balować na całego. Nie chcę wiedzieć ile wypili miodu, ale na pewno sporo. Bawili się całą noc. Ja na imprezie spędziłem może trzy-cztery godziny. Na pewno skończyłem po drugiej nad ranem. Tańczyłem z Heather. Uznała, że jestem świetnym tancerzem, ale daleko mi do mistrza. Szczera jak zawsze. Myślę, że zaprzyjaźniłaby się z Astrid. Mają podobny charakter.

Szczerbek trąca mnie w ramię. Moja dłoń spada na głowę smoka i głaszczę jego ciemne łuski, jednak nie odrywam wzroku od mapy.

– Jak ci idzie? – Drzwi do domu się otwierają i wchodzi Dagur.

– Zastanawiam się.

– Nad czym konkretnie? Wiesz, zastanawiać się można nad pogodą, sensem życia, albo tym dlaczego trzeba zostawiać młodszą siostrzyczkę na pożarcie tych niewdzięcznych ludzi…

Odwracam na niego zdziwione spojrzenie.

– … Co?

– Ci wszyscy są niewdzięczni. Ciągle będą jej utrudniać żywot na wyspie. Wiem co mówię, Czkawka. Oni będą ją męczyć, ciągle niezadowoleni. Bycie przywódcą to męka. Chyba mi słabo…

Opiera się ręką o stół i łapie za serce. Niezły z niego aktor.

– Wczoraj byłeś wodzem. Czułeś się ważny…

– Ciągle jestem ważny.

Śmieję się i kiwam głową na potwierdzenie.

– Heather da rade. To silna dziewczyna, ma twardą rękę. Nie da sobie w kaszę dmuchać.

– Od kiedy gadasz jak stary dziad?

Kurcze. Mówię jak Pyskacz. Źle ze mną.

– Słuchaj, a Mala nie mówiła nic o tych Łowcach?

– Wyspa Obrońców skrzydła jest w drugą stronę. Zapomniałeś? – Staje naprzeciw mnie. Również spogląda na mapę.

– Nie, ale stara wyspa Czarcioustych jest niewielki kawałek drogi od niej. Więc…

– Czy ci łowcy nie płynęli w tamtą stronę… Dobrze kombinujesz, Czkawka.

Zaczynam rysować.

– Spójrz, tutaj jesteśmy my. Tu jest wyspa Mali, a zaraz wyżej Wyspa łowców. Więc jeśli dobrze pomyśleć Łowcy płynęli tędy.

– Możliwe. I co, chcesz żebym leciał z wami?

– Jeśli chcesz. Do niczego nie zmuszam ani nie nalegam, więc…

– Och, już nie proś . – Podchodzi do mnie i klepie w plecy. Nie cierpię gdy to robi. – Jasne, że z wami polecę. Przeżyjemy wspólną przygodę jak za dawnych pięknych czasów.

Pięknych? Mi się zdawało, że były koszmarne. Może i zabawne, ale piękne? Był taki dzień, żeby był piękny (pogoda się nie liczy)?

– Dobra ja idę się pożegnać z siostrą i wziąć rzeczy, a ty zbieraj bandę.

Wygodzi śmiejąc się, a ja z powrotem zaglądam do mapy. Mam nadzieję, że dobrze myślę. Szczerze mam wątpliwości co do tego, że łowcy osiedlili się na dawnej wyspie Viggo. To by było za łatwe. Ale gdzie jeszcze mogli popłynąć, tego nie wiem. Trzeba będzie się nad tym dłużej zastanowić.


Jakiś czas przed odlotem z wyspy Berserków spotykamy się przed stajnią. Dagurowi spodobał się plan stajni dla smoków z naszego Końca świata, więc zbudował niemal identyczną.

Zapinam torbę przyczepioną do siodła Szczerbatka i staję obok przyjaciela, by pogłaskać go po ciemnych łuskach. Pomrukuje zamykając oczy. Uśmiecham się.

– Jesteśmy – słyszymy głos Dagura. Odwracamy spojrzenia ku rudowłosemu i brunetce przy jego boku. Heather jest ubrana w swój codzienny strój. W takiej wersji ją pamiętam i znam. – Pomyślałem, że może… – Dagur nie zdąża dokończyć bo jego siostra pędzi w Śledzika stronę. Łapie ją w ostatniej chwili. – Zechcecie się pożegnać.

Wszyscy śmiejemy się. Śledzik całuje Heather w policzek na co ta uśmiecha się szeroko i ostatni raz go przytula. Żegna się kolejno z każdym z jeźdźców i na koniec podchodzi do mnie. Mnie też przytula.

– Nawet nie wiecie jak się cieszę, że wpadliście. – Ściska mnie mocniej za szyję. Uśmiecham się.

– To my się cieszymy. – mówi Śledzik. Odrywamy się od siebie, ale wciąż moje ręce trzymają dłonie Heather.

– No pewnie. Co to by była za impreza bez nas. – wtrąca Mieczyk szturchając siostrę, by go wsparła w tym co mówi, ale Szpadka siedzi ze skrzyżowanymi ramionami i patrzy przed siebie.

– Długo jeszcze? Kiedy lecimy o Panie dowodzący? – rzuca do mnie pytanie i wierci we mnie spojrzenie pełne pretensji.

Nie rozumiem Szpadki. Od wczoraj jest dziwniejsza niż zwykle.

– Już lecimy. – wzdycham. Heather ponownie przytula mnie, a ja głaszczę ją troskliwie po plecach. – Mam nadzieję, że wkrótce się spotkamy ponownie. Dasz radę jako wódz.

– Dagur też tak mówi.

– I ma rację. – Podnosi na mnie zielone oczy, a ja muszę schylić brodę by dostrzec jej spojrzenie. Ma tą odwagę w oczach. Jest bardzo silna i odważna jak Dagur. Sporo nauczyli się od siebie nawzajem.

Heather staje obok Szpicruty, a ja wsiadam na Szczetrbatka. Dagur mija siostrę przy czym całuje ją w czoło i wsiada na Tajniaka swego smoka. Każdy w siodle, każdy gotowy do podróży. Odlatujemy machając na do widzenia przyjaciółce.

Astrid

Zbliża się południe. Wichura i ja lecimy przed siebie. Po prostu próbując znaleźć sobie miejsce.

Nie zjadłam z mamą śniadania. Nie dałam nawet rady siąść z nią do stołu. Mam do niej tak wielki żal, że nie da się tego opisać. Wyszłam i choć mama pytała gdzie idę nie odpowiedziałam. Minęłam ojca w drzwiach. Rzucił mi tylko swoje spojrzenie pełne pogardy. W oczach miał coś tak złego i smutnego, że z trudem udało mi się w nie spojrzeć. Czy to nie ja powinnam mieć mu za złe, po tym co zrobił? Czy nie ja powinnam żywić do niego urazę, a on prosić mnie o wybaczenie?

Wichura ląduje na wyspie. Tak dobrze mi znanej. Tej na której poznałam szczęście. Teraz pewnie śmigało po niebie poszukując wolności w chmurach. A ja sterczę na trawie. Nade mną pomarańczowe liście, korony drzew tańczące z wiatrem. Jest jakoś pusto. Inaczej. Ciszej. Podchodzę do krawędzi. Wciągam morskie powietrze do płuc. Następnie cofam się i podchodzę do Wichurki. Biorę w ręce topór. Muszę jakoś roznieść te negatywne emocje podczas treningu, jeśli nie chcę wybuchnąć na Briettę jak rano.

Przygotowuję się do strzału w drzewo.

Zamykam oczy. Skupienie. Ale jak się skupić, kiedy przed oczami masz coś co kruszy twoje serce?

Rzut. Trafiam w korę drzewa. Podchodzę i wyciągam ostrze.

Jak wyrzucić z głowy obrazy, które przyprawiają cię o łzy?

Kolejny rzut.

Jak zapomnieć?

Rzut.

Jak przestać myśleć?

Rzut.

Krzyczę i kolejny raz rzucam w drzewo. Trzask pobudza Wichurę. Skrzeczy w zaskoczeniu, drepcze do mnie i trąca w plecy.

– Nienawidzę ich. Nienawidzę!

Wichura nie daje za wygraną. Ciągle próbuje mnie odwieść od obłąkanych myśli na temat tego co się dzieje. Odwracam się. Jej ślepia są skierowane na mnie, a troskliwy pomruk smoczycy pozbawia mnie złych emocji. Może nie w całości, ale jednak pomaga.

– Wybacz, mała. Nie wiem już co robić. Tego jest za wiele. Wolałabym wziąć udział w wojnie, niż wiedzieć o tym co wiem.

Przytulam się do przyjaciółki. Co jeśli tylko ona mi została? A co jeśli nie uda jej się mi pomóc i wypełnić tej dziury w mojej duszy?

Czkawka

Zamiast od razu polecieć na wyspę Obrońców Skrzydła, mijamy ją i lecimy na wyspę Łowców.

Zaglądam do mapy, między zębami trzymam ołówek i myślę na ewentualnymi zmianami. Mam przeczucie, że zastaniemy pustki. A jednak skoro jesteśmy w drodze, trzeba sprawdzić czy na pewno nie ma tam wroga.

– Hej, Czkawka, wiesz może co jest grane? – Śledzik podlatuje do Szczerbatka. Spoglądam na blondyna z ciekawością i pytaniem. Wskazuje ruchem głowy na smoka bliźniaków. Dopiero teraz orientuje się w pytaniu. – Całą drogę się migdalą.

Wzruszam ramionami.

– Próbuje ci dopiec za wczoraj. – marszczy brwi w zdziwieniu. – Nie zwracaj uwagi.

– A co ja wczoraj robiłem?

– Prawie w ogóle nie odstępowałeś Heather. – odpowiada mu Dagur. Kiwam głową na potwierdzenie. – Skoncentrowałeś na niej całą swoją uwagę.

– Próbuje wzbudzić w tobie wyrzuty sumienia. Ignoruj. Przejdzie jej do wieczora.

– Oj, nie byłbym tego taki pewien. – Śledzik spogląda zaniepokojony na Dagura. Ja powracam do mapy. – Smarczek dostał pole do popisu. Z tego co mi wiadomo konkurujecie. Twoja pozycja spadła o jeden stopień, a Smarka wzrasta i wzrasta…

– To co mam robić?!

Nagle wszystkie pary oczu kierują się na Śledzika. Smoki nawet zaskoczył. Śmieje się nerwowo. Smoki powracają do znudzonej miny, a Szpadka posyła Śledzikowi ponure spojrzenie, później ponownie robi do Smarka maślane oczy i wiem, że robi to specjalnie. Mieczyk przewraca oczami. W głębi duszy ma pewnie ochotę zabić Smarka za podrywy do jego siostry.

Przyjaciel odwraca załamane oczy na mnie i Dagura.

– Poradźcie. Czkawka, co robić? – pyta mnie takim tonem, żebym tylko ja usłyszał.

– Yhh, nie wiem.

– Masz dziewczynę.

– Masz? – Dagur podrywa się w siodle i patrzy na mnie niedowierzającym aczkolwiek szczęśliwym spojrzeniem.

– Nie, nie mam.

– A Astrid?

– Jaka Astrid?

No szlak mnie trafi.

– Długa historia. – Oby taka odpowiedź wystarczyła Dagurowi, bo nie mam zamiaru opowiadać o rzeczach, które się go nie tyczą. – Poza tym, to nie jest moja dziewczyna, tylko…

Kto? Na miłość Odyna, kim ona dla mnie jest?

– Przyjaciółka. Bardzo, bliska i najlepsza przyjaciółka.

Dagur mruga do mnie znacząco brwiami, co od razu odczytuję za „No no, przyjaciółka.” A ja czuję jak policzki mnie pieką. Już na samą myśl tego co się między mną, a nią wydarzyło przyprawia mnie o gwałtowne bicie serca.

– Dobra, sam w to nie wierzysz. Podaj jakieś wskazówki jak udobruchać moją Szpadkę.

Śledzik doprowadza mnie do szału, a zwykle robi to Smark i Bliźniaki.

– Nie mam pojęcia.

Serio nie mam pojęcia. Nie znam się. Nie wiem, nie byłem zmuszony starać się o uwagę dziewczyn. Nigdy. Żadna na mnie nie spojrzała odkąd… Od dwóch lat się oglądają, ale ja nawet na nie nie zwracam uwagi. Nie tak. No błagam, co ja mogę wiedzieć o kobietach? Banały takie jak to, że raz w miesiącu mają swój magiczny czas, albo to, że różnią się wyglądem od nas facetów, lub też, że dzięki nim jest jakaś równowaga na tym świecie.

– Nie jestem specem od miłości. – warczę cicho, ale Śledzik i Dagur i tak mnie słyszą. Wzdycham ciężko i skupiam całe zainteresowanie na mapie i podróży.

– Ja ci pomogę mój biedny, nieszczęśliwie zakochany przyjacielu. Wiesz, że jestem w tych sprawach najlepszy?

– Bo masz żonę?

– O tak! Mam żonę. Uwielbiam to słyszeć.

Śmieję się mimo złości na tą dwójkę.

– Słuchaj, do kobiety trzeba podejść z dystansem. Zaraz ci to wytłumaczę…

I zaczyna się. Znawca od związków będzie doradzał Śledzikowi. Nie zamierzam brać w tym udziału.

Astrid

Wciąż siedzę na mojej wyspie. Mojej. Nie mojego ojca, lecz mojej. Należało mi się po wygranym pojedynku. A jednak wciąż czuję, że należy w połowie do Czkawki. Trawa straciła swój zielony kolor, zszarzała jak wszystko wokół. Zapowiada się na burzę. Wiatr wieje nieprzerwanie i jest coraz zimniej.

Wyjmuję spod bluzki naszyjnik. Okrągły medalion na sznurku. Uczę się kolejny raz rysunków. Przed oczami mam moment, gdy Czkawka podarował mi najcenniejszą pamiątkę po jego mamie. Słyszę jego słowa dudniące mi w głowie „Ilekroć na niego spojrzysz przypomnisz sobie o nas. O tym, że masz na Berk przyjaciół, masz na niej swoje miejsce i masz Mnie.” Rzeczywiście wspomnienia wracają. Aż śmiać mi się chce, gdy pomyśle sobie o Szpadce i Śledziku, który podarował jej szalik i poszedł z nią poszukać rękawiczek. Uśmiecham się na wspomnienie o tańcu w ramionach Czkawki. W ile rzeczy pozwoliłam sobie wtedy uwierzyć. Tak bardzo zaufałam tym chwilom, że może się powtórzą, albo będą początkiem czegoś większego.

Opieram brodę na kolanie i unoszę rękę w górę, by naszyjnik swobodnie zwisał przede mną. I po prostu patrzę na to małe cudo. Skoro Stoick podarował go swojej żonie, musiał ją bardzo kochać. Jeśli był zdolny kogoś kochać, to znaczy że ma ludzkie odruchy. Ciekawe czy zabiłby mnie, gdybym powiedziała czyją jestem córką?

Nagle mój wzrok przebiega poza naszyjnik. Z powrotem zakładam pamiątkę na szyję i staję na równe nogi.

Dym. Wielka chmura dymu za lasem.

Wsiadam na grzbiet Wichury. Zakładam kaptur. Już sekundę później Wichura podrywa się do lotu. Lecimy w stronę prawdopodobnego pożaru. Mijamy drzewa jeszcze jako takie z kolorowymi liśćmi. W końcu kończy się jesienny las i natykamy się na zimne, martwe drzewa. Wygląda to strasznie, aż ciarki po mnie przepływają. Miejsce wygląda tak jakby sama śmierć zwiedziła las, pozbawiając go żywej duszy. Gdyby się zaciągnąć, poczułabym mocniejszy zapach spalenizny.

Słyszymy łomot. Tak silny i potężny, że echo trzęsie powietrzem.

– No już spokojnie mała. To nic takiego.

Klepię smoczycę po szyi, po czym rusza dalej.

Wydostajemy się z lasu. Mijamy skały, aż Wichura zatrzymuje się. Przed nami znajduje się wielka lodowa góra. Dziwny kształt. Wygląd ostrych brzegów przypomina koronę z kolców Wichury.

Nie podoba mi się to.

Ostrożnie prowadzę Wichurkę na przód byśmy mogły się lepiej przyjrzeć. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z czymś takim. Na ścianach z lodu są odłamki drewna. Pierwsza myśl jaka mi przychodzi do głowy to taka, że jakiś statek uderzył o górę i po prostu doszło do rozbicia. Jednak odsuwam od siebie pomysł, bo odłamki są kilkanaście metrów nad wodą. Nie sądzę, by ktoś wymyślił latające łodzie. Drewna w lodzie jest coraz to więcej. To musiało być coś większego. Okrążamy górę. Dostrzegam jakiś maleńki domek, a bardziej przypomina to szopę. Dalej, wielka kałuża błota. Zauważam wielkie odciski łapsk. Przypominają należące do smoka. Tak wielkiego jak Czerwonej Śmierci. Tyle że na Wyspie smoków zastałam sam szkielet. Inny smok tak wielkich rozmiarów?

Wichura znów jest niespokojna.

– Co się dzieje? Czujesz coś?

Rozglądam się. Patrzę za siebie, w prawo. Już mam spojrzeć w dół, gdy nagle słyszę krzyk, świst…

– Ognia!

Siatka leci w naszą stronę. Próbuję uwolnić nas z pułapki. Szamotam się. Staram się dosięgnąć topora, noża, ale nic z tego. Mój krzyk przecina watr.

W pewnym momencie Wichura uderza całym ciałem o twardą powierzchnię. Ja upadam na ziemie i toczę się aż do momentu, gdy siatka nie pozwala mi się dalej ruszyć. Czuję ogromny ból z tyłu głowy, wszystko mnie boli. Próbuję się podnieść, ale zwyczajnie nie potrafię.

Słyszę jak moja smoczyca warczy, skrzeczy, a ja rozumiem całe przerażenie w tym piskliwym głosie. Udaje mi się oprzeć na ramieniu i powoli wyostrza mi się wzrok. Oczy Wichury są przestraszone. Jej źrenice są wąskie jak kreska, a nie szerokie jak wtedy gdy jest spokojna.

Nie jestem wstanie wstać. A mój krzyk zamienia się w szept.

– Zostawcie ją…

Nie słyszą mnie. Ktoś wyskakuje nagle i krzyczy do pozostałych, którzy próbują obezwładnić mojego smoka.

– Uwaga na ogon! Spętać mu łapy!

Związują ją.

Chcę wstać. Ratować mojego smoka, ale moje ciało odmawia posłuszeństwa.

– W końcu nam się poszczęściło panowie! – Zachwyca jeden z nich.

– Stać! – Wrzeszczę na całe gardło. Zmuszam się do wstania, choć nogi mam jak z galarety.

– No, no, no. Kogo my tu mamy. Co za ślicznota wpadła nam w sidła. Upiekliśmy dwie pieczenie na jednym ogniu.

Podchodzi do mnie wolnym krokiem. Ani drgnę. Nie mam gdzie uciec, a Wichury nie zostawię. Prostuję się z trudem.

– Kolejny jeździec? Ilu was jest do diabła? – Staje przede mną. Jego czujne piwne spojrzenie przelatuje mnie od stup do głów. Widzę fałsz w jego oczach. Coś kombinuje, a ja nawet nie mam przy sobie broni.

– Jeźdźcy? – pytam nie do końca pewna czy dobrze usłyszałam.

– Łapanie smoków to nie jest łatwy kawałek chleba. A tu jeszcze zlatują się jacyś wybawcy i je ratują.

Jacy znów wybawcy? O czym on gada?

Zamykam oczy, kręci mi się w głowie.

– Ilu ich było? – zadaję kolejne pytanie. W środku czuję strach i obawy o Czkawkę i jego przyjaciół.

– Żartujesz sobie, dziewczyno? Twój koleżka okradł nas w nocy, a ty zgrywasz głupią?

Próbuję wyglądać na niewzruszoną, ale chyba zauważa niepewność, bo łapie mnie za gardło i ściska.

– P-puść…

– Mam cię puścić? Z jakiej racji?

Oczy błyszczą mu w gniewie. Moje dłonie zaciskają się na jego przedramieniu, próbuję się uwolnić, ale jest coraz gorzej. Jest za silny.

– Ty i twoi koledzy możecie mieć plującego lodem smoka, ale my musimy wyrobić normę. Jak wytłumaczymy ten bajzel Drago Krwawdoniowi?

Luzuje nieco uścisk, ale tylko tyle bym mogła złapać oddech i znów ponawia zacisk.

– Posłuchaj… Nic nie wiem o… Smoku, ani o… Przestań…

Nie mogę oddychać.

– Puść mnie – ledwo wypowiadam pierwsze słowo, a drugie jest rozpoznawalne jedynie przez ruch moich ust.

Uśmiecha się szyderczo i ciśnie mną o ziemię. Kolejny raz uderzam o zimną powierzchnię. Wichura warczy i z całych sił próbuje się uwolnić.

Widzę plamki przed oczami. Wkładam całą siłę, by podeprzeć się na rękach i przynajmniej usiąść. Mężczyzna, który sekundę temu mnie dusił teraz kuca przede mną. Mina wyraźnie wskazuje, że jest rozgniewany, a w oczach lśni pogarda.

– Wiesz co tacy jak Drago robią, gdy się go zawiedzie? – Podnoszę głowę. On odsłania swoją pierś. Ma na niej wypalony jakiś znak, ale w ogóle go nie kojarzę. – Powiedział, że na przyszłość będzie mniej wyrozumiały.

– Nie wiem, o kim mówisz. Nawet cię nie znam i…

– Och, wybacz! Gdzie moje maniery? – Pochyla głowę przede mną, a jego ręka chowa się za plecami. – Jestem Eret syn Ereta. – Wyjmuje broń i mierzy nią we mnie. Ostrze wędruje na gardło, a po mnie przepływają ciarki. – Najlepszy Łowca smoków na świecie. A ty, złotko?

Jego chytry uśmiech powoduje skurcz w moim żołądku.

Mam ochotę wyrwać mu z ręki broń, ale tymczasem ktoś związuje mi ręce. Szarpię się.

– Nie no, po co ta szarpanina? Chyba nie sądzisz, że uda ci się zwiać? – Łapie moją szczękę w dłoń i ściska, że myślę iż zaraz mi ją połamie. – A teraz przedstaw się. Chcę znać nazwisko swojej zdobyczy.

Zamiast odpowiedzieć pluję mu w twarz. Natychmiast mnie puszcza i wyciera gębę. Śle mi wściekłe spojrzenie.

– Jak chcesz – warczy, po czym zwraca się do pozostałych. – Chłopcy zajmijcie się nimi. I pamiętajcie, nie mogą uciec.

Czkawka

Zatrzymujemy się przed wyspą. Nie lądujemy od razu. Chcę obejrzeć plażę, bo jeśli łowcy przybili do brzegu na pewno zastaniemy łódź, a to da pewność, że ktoś jest na wyspie. Ja i sprawdzam południową stronę wyspy, bliźniaki północną, Sączysmark wschodnią, a Śledzik zachodnią. Dagur uparł się, że sprawdzi dawną kryjówkę Viggo.

Przyglądam się z uwagą najmniejszemu szczegółowi z bliskiej i dalekiej odległości. Szczerbatek nie jest ani trochę zaniepokojony, więc wszystko wskazuje na to, że jest w porządku.

Po piętnastu minutach spotykamy się przed namiotem Czarciosustego. Dagur wychodzi z obojętną miną kręcąc głową. Pozostali też są niewzruszeni.

– Serio, nic nie znaleźliście?

– Pusto. Zero. Nul. – odpowiada Mieczyk.

– Czyli na marne przemierzyliśmy taki kawał drogi. – wzdycham.

Jestem rozczarowany. Wyciągam mapę i rozkładam ją na ziemi.

– Hej, przynajmniej trochę polataliśmy. Zawsze jakaś przygoda.

Może i przygoda, tyle, że naszym zadaniem jest znalezienie wroga, a nie wycieczka krajoznawcza i to któraś z kolei.

– Może się domyślili, że ich szukamy i zmienili kierunek. – rzuca Sączysmark.

– To bez sensu. Sąd mogli wiedzieć, że w ogóle o nich wiemy?

– Jesteśmy sławni na całym archipelagu. Przywyknij. – Szpadka stwierdza z dumnym uśmieszkiem.

– A co jeśli oni wiedzą, że ty wiesz, że są łowcami. Znając nasze zdolności i przeszłość, a nasza sława rozniosła się w najdalsze zakątki oceanu, mogą postąpić w sposób oczywisty.

Nie rozumiem Mieczyka. Nikt go nie rozumie.

O co tu chodzi?

– Spotkaliśmy się już z bystrzakami. – Wtrąca Szpadka. – A każdy wie, że Czkawka wie, komu ufać a komu nie, bo ma szósty zmysł do rozpoznania kłamcy. Wtedy podstępnie będzie postąpić nie banalnie i go wykiwać, ale z podstępem.

Zgubiłem się. Śledzik, Smark i Dagur też. Jaki jest temat tej dziwacznej dyskusji?

– Z drugiej strony, gdyby myśleć jak oni…

Podnoszę ręce w geście uspokojenia dwójki. Milkną i kierują wzrok na mnie.

– Nie mam pojęcia o czym mowa, nie mam pojęcia co właściwie próbujecie obgadać, ale proszę ze względu na nasze głowy, zostawcie to dla siebie.

Patrzą po sobie, a reszta wzdycha z ulgą. Poważnie, gdyby próbować zrozumieć bliźniaki, głowa by wybuchła. Potrzebne byłoby spotkanie ze specjalistą i terapia, bo człowiek zastanawiałby się nad sensem najbardziej bzdurnych rzeczy.

Potrzebuję chwili by dojść do tego na czym próbowałem się skupić, przed myśleniem na głos Szpadki i Mieczyka.

– Okej – Otwieram oczy i spoglądam na mapę. – Eee… Możemy pomyśleć jak bliźniaki.

– Na słodkiego Thora! Czkawka nie rób tego, otrząśnij się – Śledzik klepie moje ramię, prawie wrzeszcząc mi do ucha. – Czy wy jesteście normalni? Zrobiliście mu parnie mózgu!

Bliźniaki się śmieją. Podnoszę wzrok na przyjaciela.

– Spokojnie, Śledzik, nic mi nie zrobili – Patrzy na mnie niepewnie. Wskazuję palcem punkt na mapie. – Chodźcie tutaj – mówię do ekipy. – Rzeczywiście Łowcy mogli nas wykiwać i po prostu zawrócić. Ominęli wyspę Berserków i wrócili tędy. – ciągnę palcem na południe.

– Popłynęli do Łupierzców?

Wzruszam ramionami. Możliwe.

– Albrecht dałby znać mojemu tacie, a tata dałby znać mnie. Możemy sprawdzić, ale…

– Masz przeczucie, że znowu nic nie znajdziecie. – Odzywa się rudowłosy.

Nie wiem. Ponownie zerkam na mapę. Bo gdzie mogą płynąć? Smoki są wszędzie. Prawie na każdej wyspie znajduje się parę gatunków.

– Na pewno ich nie znajdziemy stojąc w miejscu. Musimy poszukać. – rzucam, ale jeźdźcy jęczą z nieprzekonaniem. – Coś nie tak?

– Chcemy odpocząć.

Marszczę brwi i z uwagą słucham przyjaciół.

– Odpocząć?

– Czkawka, od dwóch lat nie zapuszczaliśmy się taki kawał drogi. Musimy dojść do siebie. Wiesz jak to męczy?

Uśmiecham się słysząc Śledzika.

– Co cię tak śmieszy? – burzy się Sączysmark.

– Proszę was. Jesteście Jeźdźcami smoków. Oswajaliście się ze smokami i lotem przez pięć lat. Wy żartujecie, prawda?

– To kawał drogi.

– Nie mogę was słuchać. – Nie mogę się nie śmiać, gdy słyszę takie głupoty. – Latacie na smokach prawie całymi dniami. Bierzecie udział w wyścigach. Nie gadajcie mi takich bzdur, dobra?

Zwijam mapę, a bliźnięta chcą coś powiedzieć. Powstrzymuję ich dłonią.

– Nie będę tego słuchał. Na smoki i w drogę.

Wzdychają, ale wykonują polecenie. Dagur śmieje się stając za mną.

– Wracam do Mali. Poradzicie sobie?

– Jasne. Jak zwykle.

Odwzajemniam przyjazny uśmiech i ściskam rękę Dagura na pożegnanie.

– Pozdrów od nas Malę.

– Pewnie, że pozdrowię.

Wsiadam na grzbiet Szczerbka. Pomrukuje, a Dagur klepie go po głowie. Wzbijamy się w powietrze.

– Powodzenia!

Machamy Dagurowi, a później przyspieszamy lot.

Narzekanie moich przyjaciół jest normą. Za godzinę będą mieć pretensje i pytać „Daleko jeszcze?”, a ja będę musiał mówić, że nie i za niedługo będziemy na miejscu, co bywa naciąganą prawdą. Jeśli się uda i natrafimy na trop, obudzi się w nich energia do działania. Krótko mówiąc nic się nie zmieniło i nie zmieni.

Rozdział 17

Astrid

Kiedy się budzę jest noc. Ból z tyłu głowy dowodzi, że jeszcze żyję. Kilkakrotnie mrugam, by następnie przyjrzeć się otoczeniu. Chciałabym wstać, choć czuję że z trudem bym ustała na nogach, lecz nie mogę. Ręce mam związane, a właściwie cała jestem przywiązana do kolumny podtrzymującą pokład statku. Udaje mi się jedynie podnieść wzrok, choć odchylenie karku sprawia, że robi mi się niedobrze. Nad głową jest krata i tylko dzięki niej do mojego więzienia wpada światło księżyca. Przeklinam w duchu los, a później spoglądam przed siebie. Muszę zmrużyć oczy by lepiej zobaczyć coś dużego pod ścianą naprzeciw siebie. To smok. Mój smok. Moja Wichura.

– Wichura – szepczę jej imię. Ani drgnie. – Wichurko! – krzyczę, ale szeptem. Nie reaguje.

Jestem przerażona, że nie reaguje na mój głos. Chyba jej nie zabili, prawda? Po co łowcom martwy smok? Mówili coś o towarze dla jakiegoś Drago.

Staram się uwolnić i ruszyć do Wichury, ale nie jestem w stanie. Nie mam niczego, czym mogłabym sobie pomóc. Zabrali mi broń.

– Niech to szlak – syczę pod nosem. – Wichura, proszę, mała obudź się.

Szarpię się z całych sił. Nie odpuszczę. Nie mogę siedzieć i nie próbować się uwolnić. Jestem sama z Wichurą, z daleka od Sollar, bez nikogo kto mógłby mi pomóc. Albo sobie poradzę sama, albo nie nazywam się Astrid Hofferson. Jestem wojowniczką, a wojowniczki się nie poddają.

Obracam głowę za siebie. Sprawdzam wszystko wokół słupa. Coś ostrego, coś musi tutaj być.

Czkawka

U Albrechta nie było łowców. Po drodze też ich nie mijaliśmy, więc albo są dalej albo znów zmienili kierunek.

– Jak ci idzie? – pytają chórem jeźdźcy, gdy siadam po turecku obok Szczerbatka. Otacza mnie swoim ogonem tworząc bezpieczną strefę.

– Koszmarnie – jęczę ze skwaszoną miną. – Powinniśmy coś mieć, a nie…

– Zrelaksuj się. Ciesz się chwilą spokoju. – Podnoszę wzrok na Szpadkę. Wsuwa do ust kawałek ryby i dwie sekundy temu przełyka. – Myśl pozytywnie. Skoro ich nie znaleźliśmy poszukiwania potrwają dłużej, a to oznacza, że szybko na Berk nie wrócimy, a ty jesteś wolny od wszelkich obowiązków.

Faktycznie to jakiś plus.

– Weź odłóż tą mapę – Mieczyk nachyla się i składa na szybkiego moją mapę. Sprawnie mu idzie, a gdy kończy zamyka notes i przekazuje Śledzikowi, gdzie ten kładzie moją własność na kłodzie obok siebie. – Naciesz się tą chwilą tu z nami przy ognisku.

– Stęskniliście się za mną? – Śmieję się. Wyjmuję z torby Szczerbatka chleb i zaczynam skubać.

– Jeśli to ma cię uszczęśliwić to… – Mieczyk wstaje z kłody i staje przede mną. Sekundę później upada przede mną na kolana ze złożonymi dłońmi jak do modlitwy. – Czkawka, tak za tobą tęskniliśmy, płakaliśmy po nocach, błagając los, by oddał nam tego, który zrobił z nas coś więcej niż tylko marną grupę wsparcia Berk.

Uśmiecham się, ale szczerze nie wiem czy się bać czy śmiać.

– Mieczyk…

– Ale Czkawka, nasze marzenia się spełniły. Jesteśmy w podróży z tobą przy boku i już nic nie stanie nam na drodze do szczęścia.

– Mie-

– Dzięki ci Loki, że nas wysłuchałeś i przywróciłeś łowców na nasz świat. Chwała ci o wielki Loki.

Tylko patrzę na Mieczyka. Nic nie mówię, a reszta ani drgnie. Szczerbatek podniósł łeb, równie zaniepokojony słowami Thorstona.

– Skończyłeś? – Szpadka wyrywa wszystkich z transu przerażenia, a Mieczyk wstaje z kolan i otrzepuje spodnie.

– Skończyłem. Myślisz, że zrozumiał mój przekaz?

– Myślę, że nikt kto nie jest z naszej rodziny nie zrozumie.

Wszyscy wybuchamy śmiechem.

Astrid

Cudem udało mi się obudzić Wichurę. Co prawda musiałam ją trochę wystraszyć, bo innym sposobem nie dało się jej obudzić. Wystrzeliła ogonem w moją stronę, schyliłam się w ostatniej chwili, gdy kolce trafiły w ścianę za mną. Jeden z łowców zajrzał na dół. Ani drgnęłam. Wichura zawarczała groźnie, lecz ten rzucił jakieś wyzwiska obrażając mojego smoka i odszedł.

Przysięgam, że jeśli tylko stąd wyjdę pokroję tych łowców na kawałki.

Ostatecznie udało mi się rozerwać liny za pomocą ostrego kolca.

Przecieram nadgarstki i rozwiązuję liny pozbawiające moje nogi ruchu. W ciszy podchodzę do smoczycy i staram jakoś uspokoić.

– Przepraszam, mała. Nie chciałam cię wystraszyć, już wystarczająco się boisz.

Oczy mojej przyjaciółki są niespokojne. Ma zwężone źrenice. Próbuje się ode mnie odsunąć, a jednocześnie odpędzić od siebie. Łowcy musieli ją czymś otruć. Nie poznaję jej.

– Uciekniemy stąd. Zaufaj mi.

Skrzeczy. Kładę palec na swych ustach w celu uciszenia jej.

– Musisz być cicho. Usłyszą cię i…

Nagle krata będąca jedynym wyjściem jak i otworem przez, które wpada światło podnosi się. Ktoś ją otwiera i wskakuje do środka. Zasłaniam Wichurę swoją sylwetką. Niech się nie ważą jej tknąć.

– Jak minęła podróż?

Powybijam mu zęby jeśli zrobi jeszcze jeden krok.

– Co zrobiłeś Wichurze? – Mój głos jest przesiąknięty gniewem.

– Komu?

Głuchy czy jaki?!

– Mojej smoczycy. Jest inna – szepczę do siebie ostatnie słowa i zerkam na smoka. Oczy ma na wpół otwarte. Jej brzuch unosi się tak jakby z trudem było jej oddychać.

– Trucizna niebawem opuści jej cielsko i będzie dzika.

– Wichura nie jest dzika. Jest wytresowanym smokiem.

– Wytresowanym. Taak, jeśli to sprawi, że poczujesz się spokojniejsza to proszę bardzo, możesz w to wierzyć.

O czym on mówi? Dlaczego jest taki szczęśliwy kiedy mówi mi coś takiego o moim smoku? Co on jej zrobił?!

– O co ci chodzi? Czego chcesz?

– Ja? Ja pracuję. I widzisz, polowanie na smoki mam we krwi. Wiem o nich więcej niż ci się wydaje.

– Sądzę, że nic nie wiesz.

Śmieje się, a ja wiem, że robi się jeszcze bardziej wściekły i rozbawiony. Ktoś woła z góry:

– Jesteśmy na miejscu!

Eret – bo chyba tak się nazywa, a przynajmniej tak zapamiętałam – macha ręką, pokazując wojownikom by zeszli na dół. Ściągają siatki, strzelby i inne niebespieczne narzędzia na dół. Uśmieszki błyszczą na ich obskurnych twarzach. Czuję, że za chwilę będzie gorzej niż było.

– Nie zbliżaj się! –wrzeszczę na łowcę, który w rękach niesie sznur, a za nim wychodzą następni. Śmieją się mi prosto w twarz.

– Hej, hej panowie – odzywa się brunet. Idzie w moją stronę zatrzymując resztę. – Spokojniej. Dziewczyna cała drży. – Dotyka mojego ramienia, od razu wyrywam się.

– Nie dotykaj mnie. – syczę przez zęby, ale on się uśmiecha.

– Będziesz grzeczna i nie będziesz się stawiać?

– W twoich snach.

Prycha w rozbawieniu. Czy on nie widzi, że jestem na skraju przywalenia mu w szczękę?

– Osuń się.

– Zostawcie mojego smoka w spokoju. Uwolnijcie ją.

Wzdycha. Jego ręka łapie mnie za nadgarstki i ciągnie do góry. Wyrywam się, ale wtedy drugi z łowców. Wierzgam nogami, próbuję walczyć, ale jest ich dwóch i są silniejsi ode mnie, a na dodatek widok jak związują mojego smoka i siłą wyprowadzają na górę ciągnąc a Wichura piszczy, sprawia, że nie wiem co się dzieje.

– Wichura! Co wy robicie?!

– Wykonujemy nasze obowiązki. Radzę ci się uspokoić, jeśli nie chcesz zginąć zaraz po spotkaniu z Drago.

– Kim jest Drago?

– Naszym szefem. Radzę ci uważać. Jeden błąd i jesteś martwa. A teraz ruchy.


Mam zawiązane oczy. Wiem tylko, że wchodzę po jakiś schodach, a Eret prowadzi mnie na górę.

Czuję morskie powietrze i nie oddalam się, więc pewnie wciąż jesteśmy na morzu. Harmider wokoło i przekleństwa wydobywające się z ust łowców prawie bez końca, przyprawiają o obrzydzenie.

– Drago! Jak miło cię widzieć przyjacielu! Jak tam w porządku?

Chyba znajdujemy się na łodzi jego szefa, skoro woła jego imię.

Czy ktoś łaskawie zdejmie mi chustę z oczu?

– Co to za jedna?

– Co ona tu robi?

Słyszę szepty mężczyzn. W końcu Eret zatrzymuje się, a ja mało co nie potykam się o własne nogi, gdy szarpie mnie do tyłu bym i ja stanęła.

– Żartujesz sobie? Jeden smok?

– Totalne pustki, szefie, ale mamy jeszcze to.

Szarpie mnie za ramię. Może i nic nie widzę, ale czuję spojrzenia na sobie. Nie wiem nawet czego mogę się spodziewać.

Nagle słychać ryk. To Wichura. Chcę ją zawołać, ale zanim udaje mi się to zrobić, czyjś przeraźliwy krzyk roznosi się po całej przestrzeni. Wichura cichnie. Wyrywam się, szarpię.

– Nie chcesz tego widzieć. – Eret szepcze mi do ucha swoim szorstkim głosem. Teraz jeszcze bardziej się martwię.

– Należysz teraz do mnie. – ponownie słyszę głos Drago. Zimny, oszalały, ale jednak spokojny.

Wszyscy wokół śmieją się z zachwytem. Przełykam ślinę.

– Złapałem jeszcze jeźdźca. Popatrz jaka cudowna zdobycz.

Moje serce przyspiesza. Nie ze szczęścia, lecz strachu.

– Co? Kpisz sobie? – warczę cicho, aby tylko Eret mógł mnie usłyszeć.

Zdejmuje mi opaskę. Moje oczy muszą się moment przyzwyczaić do światła.

– Przedstaw się ptaszyno.

Spoglądam na chłopaka z nienawiścią. Jego uśmiech nie znika, choć w oczach dostrzegam przebłysk obawy. Odwracam wzrok w górę i wtedy moje włoski na karku stają dęba. Strumień lodowatego potu przepływa mi przez kręgosłup, a oczy o mało co nie wylatują z orbit.

Przede mną stoi wysoki, wielki i straszny mężczyzna. Na twarzy wiele blizn, długie ciemne włosy i broda. Paskudna twarz. Jest wysoki. Bardzo wysoki. Wzrostem przypomina Stoicka, albo mojego ojca, chociaż oni wyglądają na bardziej przyjaznych.

– Kim ona jest? – Patrzy na mnie, ale pytanie kieruje do Ereta.

– Niech się przedstawi. Zdobycz warta fortunę. Spójrz na nią.

Drago się śmieje, ale nie jest to wesoły śmiech. Przerażający, odrażający. Gwałtownie łapie Ereta za gardło. Otwieram usta w szoku, gdy dłoń zaciska się na szyi łowcy.

– Kim ona jest?! Gadaj!

Eret się dusi. Coraz bardziej brak mu tchu. Biję się z myślami. Czy on go zabije?

Bogowie, zdecydowanie go udusi!

– Zostaw go!

Dlaczego ja bronię porywacza?

Wzrok Drago przenosi się na mnie. Trzyma mnie jeden z wojowników i nie pozwala ruszyć, a mnie serce podskakuje do gardła.

– Kim jesteś, żeby mi rozkazywać?

Kim jestem?

– Nazywam się Astrid Hofferson.

Zapada grobowa cisza. Drago puszcza Ereta, a on upada na kolana walcząc z złapaniem powietrza.

Dobrze zrobiłam mówiąc łowcom swoje nazwisko?

Czy dobrze zrobiłam ratując łowcę od śmierci, po tym jak złapał mojego smoka i zabrał do szaleńca, który wygląda na takiego kto pragnie wymordować każdego, kto choćby stanie mu na drodze?

Czy nie zwariowałam?

– Hofferson?

– Czy ja gdzie nie słyszałem tego nazwiska?

– Hoffersonowie?

Szepty między łowcami zamieniają się w echo, ale Drago szybko ich ucisza.

– Milczeć! – wrzeszczy na całe gardło. Ostatecznie skupia na mnie ciemne oczy. – Ho-fferson?

– Dobrze słyszałeś. Jestem córką wielkiego wodza Sollar.

– Wodza…?

– Potężnej wyspy, silnego ludu…

– Tego wygnańca? On wodzem? – szepty wokoło doprowadzają do szału. Ale teraz przynajmniej wiem, co świat sądzi o mojej rodzinie.

Że jesteśmy wygnańcami? Brawo, tato, gratulacje, że pozwoliłeś ludziom myśleć o nas jako o wygnańcach.

– Żebyś się nie zdziwił. Zniknęłam, a mój ojciec już pewnie wysłał ludzi na poszukiwania.

– Ojciec? – dziwi się Drago.

– Jestem jedyną córką Edgara Hoffersona, dziedziczką tronu Sollar. Jak mnie i Wichury nie wypuścisz, i to zaraz, pożałujesz.

Myślę, a raczej mam nadzieję, że trochę wystraszyłam Drago. Czekam chwilę… a on wybucha podłym śmiechem, razem ze wszystkimi dookoła. Spojrzenie Ereta odnajduje moje i już w jego oczach dostrzegam, że popełniam ogromny błąd grożąc Drago.

– Kpisz sobie, dziewczyno? Zdajesz sobie sprawę do kogo mówisz?

Silna ręka mężczyzny łapie mnie za policzki. Czuję jak skóra zgniata się z uzębieniem i szczypie.

– Córeczka wodza, który nie zasługuje na to miano. Hofferson to hańba dla wojowników. Ten człowiek zginął wieki temu.

– Nie mój ojciec. Żyje i ma się świetnie.

Jestem chyba głupia mówiąc te bzdury.

– Słyszycie, Edgar ma się świetnie!

– Jeśli nie mój ojciec, to na pewno ktoś inny się znajdzie, kto pogna was do diabła.

Rzuca mną o ziemię. Czuję jak całą siłą uderzam o pokład. Podnoszę się na łokciu.

– Bezczelna! Zamknąć ją w więzieniu. Zobaczymy jak długo wytrzyma. Jeśli nie zacznie gadać prawdy, zobaczy na co stać łowców i prawdziwych wojowników.

Drago odchodzi z podłą twarzą i znika gdzieś za mgłą, gdzieś na statku. Moje oczy spotykają Ereta, który z niepokojem patrzy na mnie. Podnosi wzrok ponad moją twarz, a ja robię to samo. W moją stronę zmierzają łowcy z łańcuchami i strzałą, tą samą którą uśpili Wichurę.

– Eret – wymawiam jego imię, a później jego postać rozmywa mi się i znikam. Po prostu odpływam.

Czkawka

Jest noc. Jest głucha i ciemna noc i tylko ja nie śpię.

Sączysmark chrapie. Bliźniaki mamroczą coś przez sen i tylko jakieś słowa są zrozumiałe, lecz nie pełne zdania. Śledzik o dziwo jest cicho i śpi spokojnie, choć od czasu do czasu udaje mu się zagwizdać. Nawet smoki drzemią w najlepsze. Tylko ja nie mogę zmrużyć oka.

Czuję, że coś się stało. Coś bardzo złego, ale nie mam pojęcia co. To tak silny niepokój, że niemal czuję go pod skórą. Ilekroć patrzę w niebo, a księżyc wyłania się zza ciemnych chmur i ponownie chowa, przepływa po mnie fala strachu i obaw. Nie wiem czy to spowodowane jest stresem, gdyż nie znaleźliśmy łowców, albo tego, że jeśli ich nie znajdziemy będziemy musieli wracać na Berk. Wcale mnie to nie uspokaja.

Thorze, nie mogę. Czuję jakbym był milę od miejsca katastrofy.

Nos Szczerbatka trąca moje ramię. Podnoszę rękę, by jego mordka mogła się wsunąć na moje kolana, a ja będę mógł go głaskać. Bulgocze w sposób zrozumienia. Widzi, że o czymś myślę, a on wie o czym.

– Mam złe przeczucia, mordko. Problem w tym, że nie wiem z czym one są związane.

Spogląda na trawę. On też się zastanawia. Tak jakby próbował mi pomóc znaleźć odpowiedź. Podnoszę wzrok na Bliźniaki. Przez sen kłócą się o koc, który leży gdzieś metr od nich. Szarpią się za ubrania. Kładę dłoń na ciemnych łuskach smoka, a on podnosi się. Wstaję i podchodzę do przyjaciół okrywając ich kocem. Od razu pojawiają się na ich twarzach uśmiechy, a to sprawia, że i ja się uśmiecham.

Szczerbek pomrukuje, a ja podchodzę do niego, by usiąść mu na grzbiecie i odlecieć w ciemność nocy. Jeśli mam złe przeczucia to muszą być temu powody, prawda?

Kilka minut później dolatujemy na wyspę. W nocy wygląda inaczej, ale nawet teraz ma swój urok. Szczerbatek ląduje. Wciągam powietrze. Prawie wszystkie liście opadły, a trawa pociemniała. Wciąż nie ma skał, którą zatopiliśmy ze Szczerbatkiem. W drzewie dostrzegam świeże wgłębienie, jakby ostrze wbiło się potężną siłą, którą posiada pewna wojowniczka, a na samą myśl o niej budzi się we mnie radość.

Ale nie teraz.

Zaraz w następnym pniu dostrzegam przebicie. I w kolejnym drzazgi. Wyżej znajduje się nawet kolec Zębacza, a ja wiem dokładnie, że jest od Wichury.

Były tutaj.

Staję w siodle i wyciągam rękę, by wyjąć kolec. Udaje mi się. Już sekundę później trzymam go w dłoniach. Obracam i przyglądam się jakbym pierwszy raz widział coś takiego.

– Zrobiła sobie trening. – wypalam na głos. Rozglądam się wokół. – Astrid, była wściekła. Wyżyła się tutaj.

W oczach przyjaciela lśni zmartwienie. I ja się niepokoję.

– Mordko, znajdź je. – Podaję mu przed nos kolec Wichury. Wącha, a później siadam, by poleciał.

Mijamy las, gdzie latałem z mordką, a Astrid z Wichurą popisując się sztuczkami. Chwila mija, gdy dolatujemy do mrocznej części lasu. Spalonej części bez duszy i pamięci. Zniszczenia sięgają do korzeni i nie ma szans na odbudowanie tego lasu. Po chwili, wyłaniamy się z mroku i robi się jeszcze ciemniej. Później wyłania się wielka góra lodu. Wbite odłamki drewna jak się nie mylę. Jest coraz mroczniej. Coś tutaj się stało. Ktoś to zrobił, tylko… kto?

– Ostrożnie, mordko i powoli.

Wreszcie docieramy do miejsca, gdzie znajduje się rozwalony statek, a raczej połowa. Łódź jest pęknięta, pewnie jedna połowa zagrzała miejsce na dnie oceanu, a ta która się ostała trzyma lód.

Szczerbek kręci głową. Coś wyczuł.

– Co jest?

Szczerbatek ciągnie mnie w dół. Twardo ląduje na pokładzie statku, a ja od razu staję na deskach. Rozglądam się w poszukiwaniu jakiegoś żywego stworzenia, ale wokół sama pustka.

– Hej! Jest tu kto?

Odpowiada echo. Przyjaciel samotnika.

Szczerbatek pomrukuje z niezadowoleniem. Węszy i zagląda w każdy zakamarek. Tyle, że tu nic nie ma. A może…

Kucam, by przyjrzeć się znalezisku. Moje palce sprawdzają gładkość ostrza. Kolec. Kolec Wichury. Były tu.

– O cię Thorze. Co one tu robiły?

Szczerbek podchodzi i wącha, po czym mruczy z smutkiem.

– Tak, wiem. Też się o nie boję. – Wzdycham i wstaję z miejsca. – Może jeszcze tutaj są. Poszukajmy.

Sprawdzamy całą górę. Wszędzie. Rozglądam się z doskonałą uwagą i Szczerbatek swoimi czujnymi oczami poszukuje smoczycy i jej właścicielki.


Do obozu wracamy, gdy świta. Jeźdźcy śpią w najlepsze. Już chcę budzić przyjaciół, kiedy to Śledzik podnosi się i zerka na mnie i Szczerbatka. Mruży oczy, by lepiej mi się przyjrzeć.

– Co się dzieje? Gdzie zniknęliście?

– Nie mogłem spać. Sprawdziliśmy okolicę i…

– Coś znaleźliście?

– Niestety, ale tak.

– Czemu niestety? Chyba dobrze, że mamy jakiś trop, prawda?

Siada. Moje palce wplątują się we włosy, przeczesuję je, a moje nogi zaczynają chodzić w tą i z powrotem. Nie chcę popadać w panikę, ale serce pragnie wyskoczyć z mojej piersi.

– Sprawdziłem wyspę niedaleko nas. Trochę dalej znalazłem coś niepokojącego. Jakaś góra lodu, odłamki drewna to chyba szczątki statków.

– Znalazłeś Łowców? – pyta z nadzieją w głosie.

– Nie, ale znalazłem to – Rzucam przyjacielowi kolec Wichury. Łapie go w ręce i przygląda się mu, jakby próbował znaleźć coś niezwykłego.

– Co znalazłeś? – Głos bliźniaków odwraca moje oczy na nich.

– Kolec? Podobny do Zbiczatrzasła.

– To kolec Śmiertnika Zębacza.

Oczy Śledzika robią się nagle większe. Kiwam do niego znacząco głową. Wie o czym myślę, a w jego spojrzeniu dostrzegam odbicie swojego. Spojrzenie niepokoju, a może i strachu.

– To pospolity gatunek. Czemu zadręczasz się jakimś kolcem?

Spoglądam na Szpadkę. Ma prawo nie mieć pełnego pojęcia o co chodzi, bo dopiero się obudziła, ale błagam.

– Bo tak się składa, że znalazłem ślady Astrid i Wichury. Wyobraźcie sobie, że były tutaj i to całkiem niedawno.

Śledzik i bliźniaki nagle cichną. Ich oczy robią się wielkie jak spodki, a ja czuję jak prąd strachu rośnie i przepływa po moim kręgosłupie.

– Ale chcesz powiedzieć, że tutaj? W tym miejscu? Dokładnie na tej wyspie?

Kręcę głową. Mieczyk też nie słucha.

– Na wyspie obok. Nie zapisałem nazwy. To nieistotne.

– Niedobrze, trzeba pamiętać o takich sprawach. To tak jakbyś zapomniał o założeniu gaci.

Mrożę Mieczyka spojrzeniem.

– Wyluzuj, próbuję uspokoić atmosferę.

Ciągle miażdżę wzrokiem przyjaciela. Musi się nauczyć, kiedy przestać mówić. Chyba udaje mi się go uciszyć.

– Jesteś pewien, że to one? –odzywa się Śledzik.

– To one. Na sto procent.

– To gdzie one są? – Wzruszam ramionami w odpowiedzi. Śledzik marszczy brwi.

– Nie wiem. Nie wiem i boję się, że stało się coś złego. Natknęły się prawdopodobnie na fort Łowców smoków.

– Na pewno uciekły. – Szpadka próbuje mnie uspokoić. Nie udaje jej się. Opadam na kłodę.

– Co jeśli nie? Co jeśli zostały złapane? Co wtedy?

– Dlaczego, ty zawsze obstawiasz najgorszy wariant? – wtrąca Mieczyk.

– I zawsze, gdy to robisz tak się właśnie dzieje. Myśl optymistycznie. – dodaje jego siostra.

– Optymistycznie? Teraz?

– Co jest?! Przestańcie się drzeć. – O proszę, jaśnie pan Sączysmark się obudził.

– Wstawaj – radzę mu, ale on przekręca się na drugi bok.

– Jeszcze pięć minut.

Przewracam oczami.

– Co chcesz zrobić? – pyta Szpadka. Spoglądam na przyjaciół.

Przesuwam ręką po włosach i wypuszczam powietrze, przez usta. Może to szalone, ale nie mogę być spokojny, póki nie mam pewności, że Astrid jest bezpieczna.

– Zbierajcie się, zaraz wyruszamy – wstaję z kłody. Podchodzę do Smarka i trzepię go ręką w ucho.

– Aua! To bolało.

– Miało boleć – rzucam w odpowiedzi, po czym dodaję: – Zbieraj swoje rzeczy, a ja jeszcze coś sprawdzę.

Wsiadam na Szczerbatka. Pomrukuje smutno, ale głaszczę go po głowie. Nie możemy popadać w panikę, prawda. Jeszcze nic nie jest pewne.

– Co chcesz sprawdzić? – pyta Śledzik składając koc.

– Polecę na Sollar. Sprawdzę, czy Astrid nie ma w domu, a jeśli jej nie zastanę wracam i lecimy na poszukiwania.

– Sollar?

Czy ja właśnie powiedziałem nagłos nazwę wyspy, na której mieszka Astrid? O nie!

– Nikomu ani słowa. – mówię poważnie patrząc na każdego morderczym wzrokiem. Bliźniaki uśmiechają się chytrze, a ja wiem, że w głowie już coś wymyślają, ale nie wiem co. – Buzia na kłódkę, bo jak komuś coś się wymsknie, osobiście go wypatroszę.

– Ja chcę! – Mieczyk wyrywa się wrzeszcząc na całe gardło. Skłąda ręce jak do modlitwy i patrzy na mnie spojrzeniem grzecznego kochanego smoczka. – Proszę, proszę, proszę, Czkawka, zrób to. To będzie najlepsze i najwspanialsze doświadczenie.

Patrzę na niego z przerażeniem. Wiem, że Mieczyk nie do końca ma poukładane w głowie, ma szalone pomysły, bardziej szalone od moich, ale żeby… Dobra nieważne. Szpadka podchodzi do brata obejmując go ramieniem kieruje na mnie spojrzenie.

– Zajmę się nim, ale będziesz wisiał mi przysługę.

Będę tego żałować.

– Niech będzie.

Astrid

Nigdy wcześniej nie byłam porwana, nigdy nie byłam w więzieniu. Wiedziałam czym jest areszt domowy, ale to gdzie się aktualnie znajduję nie przypomina w żadnym stopniu mojego pokoju. Jestem w jakimś pokoju tortur. Samo zwisanie z sufitu w kajdankach sprawia, że tak się makabrycznie czuję. Moje czubki palców ledwo dosięgały podłogi.

Dziesiąty raz odmawiam modlitwę do bogów o ulitowanie się nade mną, ale zdaje się, że niekoniecznie mnie słuchają. Moje ręce są zdrętwiałe, nie czuję ich. Jestem zmęczona. Potwornie zmęczona.

W końcu drzwi do pomieszczenia się otwierają skrzypiąc trochę. Podnoszę głowę, a moje przymknięte oczy dostrzegają dwoje ludzi. To mężczyźni. Śmiech odbija się od ścian, kiedy mi się przyglądają.

– Takie piękne kobiety powinno się traktować z szacunkiem. – rzekł pierwszy podchodząc bliżej mnie.

– Każdą kobietę powinno się traktować z szacunkiem. – powiedziałam zbierając w sobie całe siły, by wypowiedzieć te kilka słów.

– Żaden mężczyzna nie lubi, gdy kobieta mu się sprzeciwia. Jesteś zbyt pyskata i pewna swego, zwłaszcza teraz, gdy jesteś w takiej a nie innej sytuacji. – jego słowa przebiły się przez moją odwagę. Zrobi mi coś złego, zgadza się?

– Szkoda by było pokaleczyć takie zgrabne ciało, nieprawdaż? – Podły uśmieszek na jego ustach udowadniał to, że za moment czymś zada mi ból. – Może zaczniemy od rozmowy?

Jakiej u licha rozmowy?!

Drzwi ponownie się otworzyły, a do środka dumnym krokiem wkracza on. Drago. Uśmiecha się od ucha do ucha, a po moim kręgosłupie przepływa strach.

– Masz ostatnią szansę przyznać się kim naprawdę jesteś.

Moje oczy wznoszą się wyżej, aby spotkać zagniewany wzrok Drago. Widzę w tym spojrzeniu rozbawienie, gniew i brak jakiejkolwiek litości.

– Powiedziałam prawdę. Nie kłamię.

W jednej sekundzie moja twarz odwraca się gwałtownie w drugą stronę. Łańcuchy na których wiszę skrzypią i cała się kiwam. Policzek piecze i boli.

– Masz mnie za głupca?! Edgar Hofferson przepadł i słuch po nim zaginął kilkanaście lat temu!

Jak mam go przekonać? Co mam robić?

– Mogłabym powiedzieć, że jestem szpiegiem, ale bym skłamała. Nic o tobie nie wiedziałam. Nie znam cię!

Dostaję w drugi policzek. Siła z jaką bije jest nie do opisania. Nikt w życiu mnie nie uderzył. Nikt nie podniósł na mnie ręki.

– Nie podnoś na mnie głosu, ścierwo.

Znów wznoszę głowę z trudem. Twarz drago wygina się w niepohamowanej złości. To potwór bez sumienia i litości. Nie mam jak się obronić, nie mogę uciec, nie mogę stawić mu czoła. Zabije mnie.

– Dajcie jej lekcję dobrego zachowania. Za trzy godziny tu wrócę i jeśli wtedy nie zaczniesz mówić prawdy, nie chciałbym być na twoim miejscu. Wyszedł zatrzaskując drzwi.

Moje usta są szeroko otwarte w szoku, ledwo widzę na oczy. Dwoje mężczyzn, którzy przypatrywali się całemu zdarzeniu postanawiają podejść i zrobić to co Drago im rozkazał. Jeden wyciąga bicz, a drugi ściąga mi spódnicę. Na Thora, co oni chcą mi zrobić?!

– Co wy robicie?! Zostawcie mnie!

Pierwsze uderzenie w nogi. Wydaję z siebie krzyk. Drugi uderza mnie z tyłu w plecy. Wiję się z bólu. Nie przestają. Biją mnie po rękach, śmieją się sprawiając mi ból. Chcę ich kopnąć, cokolwiek, odrzucić ich, ale nie mam siły. Pięść uderza mnie w brzuch. Drugi ciągnie mnie za włosy. Jestem tylko w leginsach i czerwonej bluzce. To tak cienki materiał, że czuję każdy cios mocniej.

Biją mnie tak długo, aż tracę przytomność. Nie mam siły. Ciało domawia posłuszeństwa mojej woli i po prostu poddaje się okrutnym czynom łowców.

Czkawka

Szczerbatek ląduje przed domem Astrid. Droga na Sollar zajęła dziesięć minut, ponieważ Szczerbek naprawdę się spieszył. Mam nadzieję, że jeśli zapukam do drzwi otworzy mi ona. Że jednak będzie w domu.

Wychodzę z siodła i staję na twardej ziemi. Czy się boję? No pewnie, że tak. Nie ojca Astrid. Boję się, że jej nie zastanę.

Moja dłoń podnosi się w górę, by uderzyć w drewniane drzwi kilka razy, aż ktoś łaskawie mi otworzy, ale zatrzymuje mnie głos. Damski głos. Odwracam twarz za siebie i napotykam Briettę. Przyjaciółkę Astrid.

– Czkawka, co ty tu robisz? I to jeszcze w dzień? Zwariowałeś?

Podchodzę do dziewczyny. Wygląda na zdenerwowaną i rzeczywiście taka jest.

– Ja tylko na chwilę, zaraz stąd odlecę.

– Nie powinno cię tu być. Ktoś może was zobaczyć. – szepcze spoglądając także na mojego przyjaciela. Szczerbek nie ma pojęcia o co chodzi.

– Szukam Astrid. – mówię od razu.

– Nie ma jej w domu. – odpowiada mi szybko i cicho. Krzyżuje ramiona i spogląda na dom przed nami. Nie podobają mi się jej słowa.

– Od kiedy jej nie ma?

– Od wczoraj. Miała ciężką noc za sobą. Poszła rano polatać i do dziś nie wróciła. Pomyślałam, że może poleciała się spotkać z tobą, chociaż po tym czego się dowiedziała…

Co? Moment. Co???

– Od wczoraj jej nie ma? Co, czemu? Co się stało?

– Ja nie… Nie mogę ci powiedzieć.

Staram się spojrzeć w piwne oczy dziewczyny, choć cały czas stara się unikać mojego wzroku. Coś ukrywa.

– Czego nie możesz mi powiedzieć? – Kręci głową.

– Nie naciskaj. Ona sama ci powie jeśli zechce.

Dobra. Nie będę naciskać. W tej chwili nie jest ważne to czego Astrid się dowiedziała, albo o co właściwie poszło. Odsuwam na bok te pytania.

– W porządku. Gdzie poleciała?

– Nie wiem, nic nikomu nie mówiła dokąd leci.

Wzdycham. Nie jest dobrze. Jest źle. Jest fatalnie.

– Nie przyleciała do mnie. Nie widzieliśmy się od tamtej nocy, kiedy tu przyleciałem, żeby pomóc jej mamie. – Drapię kark. Chodzę tam i z powrotem. – O nie… To się nie może dziać.

– Co tam mruczysz?

Moje oczy spotykają się z oczami Brietty.

– Czkawka, jesteś blady jak ściana. – Serio? Martwię się tak bardzo, że krew buzuje mi w żyłach jak szalona. – Co się stało?

– Znajdę ją. – mówię zdecydowanie. Wiem, że mówię prawdę i jestem pewien, że mi się uda.

– Jak to znajdziesz? Chwila, czekaj – Łapie mnie za ramię nim zdążam wsiąść na Szczerbatka. – Wiesz, gdzie może być?

Co mam jej powiedzieć? Nie chcę jej straszyć, nie chcę martwić dziewczyny na zapas, ale co? Mam kłamać, zostawić bez cienia wyjaśnień?

– Boję się, że Astrid została porwana. – szepczę. Oczy Brietty są wielkie jak monety. – Ale nie martw się…

– Porwana?

– Nie wiem. To bardzo prawdopodobne. Znalazłem coś dziwnego, obawiam się, że to mogą być Łowcy smoków.

– Bogowie…– Brietta zamyka oczy. Wydaje się, że zemdleje.

– Hej, nic ci nie jest? – pomagam jej usiąść na ławeczce obok domu.

– Przecież… Ona… Nie ma mowy.

– Brietto – jej spojrzenie styka się z moim. – Nie spocznę póki jej nie znajdę. Obiecuję.

Obiecuję to jej i również sobie. Wiem, że nie odpuszczę.

– Nie powinnam jej dawać tych pamiątek. To moja wina. Powinnam lecieć z tobą.

– Nie. – rzucam pośpiesznie. – Zostań tu na wypadek, gdyby wróciła.

– To moja najlepsza przyjaciółka, jest dla mnie jak siostra. Jeśli jej się coś stanie nigdy sobie tego nie wybaczę. Powinnam była ją jakoś zatrzymać.

Ściskam ręce ciemnookiej.

– Wszystko będzie dobrze.

Wierzę w to, że będzie dobrze. Naprawdę.

Oczy jej się szklą, a ja muszę iść. Wsiadam na Szczerbatka, głaszczę jego ciemne łuski i daję znać by leciał.

Lecimy do reszty. Zbieramy się. Smoki złapią trop i polecimy szukać Astrid. Już za chwilę.

Rozdział 18

Astrid

Otwieram z trudem oczy. Obraz mam krzywy. Próbuję się podnieść, ale nie potrafię. Leżę na ziemi. Odczepili mnie z kajdanek. Zamykam oczy. Czy jeśli spróbuję zasnąć już się nie obudzę? Może tak będzie lepiej?

Coś zaskrzypiało, po czym lekko huknęło. Chyba ktoś wszedł do środka. Czy to znowu się stanie? Czy ktoś mnie znów powiesi na łańcuchach?

Czyjaś dłoń podnosi mój podbródek i zmusza moją twarz do spojrzenia na nią. Rozchylam powieki, by choć przez małe szparki ujrzeć tego kto wszedł do pomieszczenia w którym mnie zamknięto. Nie jestem wstanie rozpoznać twarzy, oczu, ani osoby, która trzyma moją brodę. Nie wiem nawet jaką ma minę. Ale to mężczyzna. Tak to musi być mężczyzna.

Coś mówi, ale nie rozumiem go. Przygląda mi się. Moje powieki zamykają się z powrotem. Są za ciężkie.

Ostrożnie kładzie moją głowę na podłodze, bym nie rąbnęła szczęką o twarde deski. Dlaczego mnie nie uderzył?

Próbuję otworzyć oczy, naprawdę się staram, ale nie mogę. Brak mi sił.

Wtedy czyjaś dłoń dotyka mojego policzka, wyciera mnie, a później ręce.

– Dziewczyno, słyszysz mnie? – słyszę kogoś. – To nie miejsce dla kobiet. Powinnaś zacząć współpracować. Wstaniesz? Dalej, dasz radę…

Nagle drzwi się otwierają, słyszę krzyki, chyba ten ktoś kto przyszedł tu pierwszy szarpie się z tymi co teraz weszli. Chyba się kłócą. Rozchylam powieki, by choć na moment zobaczyć co się dzieje. Nie trwa to długo.

Tracę przytomność.

Czkawka

Szczerbatek złapał trop. Lecimy na północ. Cały czas na północ. Od rana jesteśmy w locie i ani na moment nie zatrzymujemy się na odpoczynek. Dziesięć razy już słyszałem od Smarka, że chce odpocząć. Jeżeli jeszcze raz się odezwie zostawię go w tyle. Niech sobie robi co chce. Ja się nie zatrzymam.

– No, ale co ty chcesz tak właściwie zrobić? Albo zaczekaj. Inaczej. Jak chcesz to zrobić?

Posyłam Mieczykowi znudzone i zarazem gniewne spojrzenie.

– Improwizacja, bracie. Improwizacja. – mówi Szpadka.

Marszczę brwi i z powrotem patrzę przed siebie. Wyjmuję lunetę, przykłądam odo oka i sprawdzam dalszą drogę przed nami. Jest mgliście, zimno i mrocznie.

– Dobra, ale żeby improwizować trzeba mieć najpierw plan. – zauważa Smark. Podlatuje do mnie. – Masz plan?

– Mam.

Co prawda nie do końca złożony, nie wiem kim są ci łowcy, jacy są, i ilu ich jest, ale myślę, że damy radę. Zawsze dajemy. Czemu tym razem miało by pójść inaczej?

– Dobrze, a jak on wygląda?

Uśmieszek Sączysmarka może doprowadzić do szału. Dlaczego, nawet w takiej sytuacji nie może być poważny?

– Dyskrecja i pośpiech. Przede wszystkim ostrożność. Miejcie się na baczności.

– Tylko tyle? – Mieczyk jest zaskoczony. – Łatwizna.

– Dobra, a jeśli Łowcy mają smoki, to co robimy? Uwalniamy je, czy jak?

Odwracam wzrok na Śledzika.

Cóż moje myśli ciągle wirują wokół Astrid i nawet przez moment nie pomyślałem, że Łowcy smoków schwytali jakieś inne smoki, oprócz Wichury. Zazwyczaj skupiam się na wszystkim, ale teraz…

Przecieram twarz dłońmi. Jestem zmęczony, zarówno fizycznie jak i emocjonalnie.

– Jeśli mają smoki, wy je uwalniacie. Uwijacie się i to szybko, bez głupich sprzeczek.

– A ty nam pomożesz? – Szpadka rusza brwiami w górę i w dół.

– Ja idę szukać Astrid. – odpowiadam bez zastanowienia.


Robi się coraz dziwniej. Jest głucho, a mgła czyni miejsce bardziej odpychającym. Skłania chłodem przybyszy, aby oddalili się stąd jak najdalej. Chłodny wiatr muska moją twarz. Szczerbek pomrukuje w niepokoju. Coś zauważam, więc pokazuję przyjaciołom by byli cicho.

– Czkawka, ale…

Kładę palec na ustach pokazując by zachowali pełną dyskrecję. Ani mru mru.

Pokazuję górę. Wzbijamy się wyżej. Zza chmur obserwuję co się dzieje na dole. Jeden statek jest największy. Słychać głośną dyskusję, głos pogardy, gniewu, nienawiści. Kieruję wzrok nieco w lewo i wtedy dostrzegam bulgoczącą wodę. Nie mam pojęcia co może kryć się pod falami.

– Na co czekamy?

Ignoruję Sączysmarka. Muszę wyczuć odpowiedni moment. Jeśli wparujemy teraz istnieje wielka szansa na to, że nas złapią. Statków jest naprawdę wiele.

Wreszcie dyskusja między łowcami się kończy, a mężczyzna znika mi z pola widzenia.

– Pełne skupienie. Mamy tylko jedno podejście. – zwracam się do drużyny.

– Nie lepiej poczekać na zmrok?

– Śledzik, Łowcy smoków polują nawet w nocy. Co za różnica czy teraz czy później?

– Sączysmark ma rację – potwierdzam. Śledzik nie wygląda na zadowolonego. – Nie możemy czekać.

– Po co im tyle drewna? – słyszę Szpadkę. Patrzę na nią, a ona pokazuje mi ręką gdzie mam zerknąć. I teraz widzę, jak łowcy wynoszą ze statku drewno i budują jakiś stos.

– Może chcą zrobić ognisko. Zjadłbym kiełbaski z ogniska. – wtrąca Mieczyk.

– Do roboty. Sprawnie, szybko i ostrożnie. Uwolnijcie tyle smoków ile dacie radę.

– Ma się rozumieć, wodzu.

Jak ja nie cierpię kiedy tak mnie nazywają.

Rozstaję się z jeźdźcami. Dadzą radę. Ja w nich wierzę, zawsze wierzę. Szczerbek ma to do siebie, że jest sprytny. Tak sprytny i uważny, że bez problemu radzimy sobie z każdą napotkaną przeszkodą. Przelatujemy nisko nad wodą, cicho, bez żadnego szumu. Szukam Astrid i Wichury. Może powinienem najpierw znaleźć Wichurę, pewnie trzymają ją w klatce. Ale tu nie ma klatek. Nie takich jakie znamy. Są jakieś kopuły. To zajmie wieczność.

– Astrid, gdzie jesteś? – szepczę do siebie. Nagle zatrzymuję smoka. – Zaczekaj, mordko – chowamy się za burtą statku.

– Nie masz prawa tam wchodzić, rozumiesz?! Zabrać go do wodza.

– Ona tam umiera!

– Taki los więźniów Drago.

Moje ręce zaciskają się w siodle. Serce podskakuje mi do gardła. Szczerbek pomrukuje. Chce się ruszyć, ale powstrzymuję przyjaciela.

– Powiedziała prawdę. Nie godzi się tak traktować kobiety. Śmierć byłaby łaskawsza, niż to co jej robicie.

Zimny pot spływa mi po kręgosłupie. Czuję jak wszystko się we mnie gotuje.

– Cóż, taka nasza praca. Poza tym, od kiedy obchodzi cię co się dzieje z więźniami? Powinieneś zginąć, ale jesteś potrzebny Drago. Kiedy dostarczysz mu odpowiednią ilość smoków pozbędzie się ciebie jak zbędnego balastu. Ciesz się, że znalazłeś blondynę. Zapewniłeś mu rozrywkę i tylko dzięki temu ocaliłeś swój tyłek. A teraz zjeżdżaj stąd.

Szczerbatek wdrapuje się na dziób statku. Warczy wściekły na łowców. Mam ochotę sprzątnąć ich z powierzchni ziemi jednym strzałem, na który szykuje się mordka.

– T-tt-to n-nnn-ocna f-furia – O proszę jak Łowca się trzęsie. Może zafundować mu pocisk w nogi?

– Nie inaczej, bestio – cedzę przez zaciśnięte zęby. Nie pamiętam, kiedy ostatnio byłem taki wściekły do granic. Nawet kłótnie z ojcem nie doprowadzają mnie do takiego gniewu. – Gadaj, kim jesteś i gdzie trzymacie więźniów.

Nie odpowiada. Wyjmuje miecz.

– Zamierzasz się tym bronić? Och, błagam. – Szczerbek strzela plazmą, a broń wylatuje mu z ręki. – Zapytam jeszcze raz i albo odpowiesz, albo zostanie z ciebie popiół. Gdzie więźniowie?

Brunet stojący obok nie jest zbytnio przestraszony Szczerbatkiem i mną. Łapie drugiego za ramiona i szyję utrudniając mu uwolnienie się. Czyżby, wsparcie obcego?

– Za tymi drzwiami. – Wskazuje głową na bok. Spoglądam w tamtą stronę. Schodzę ze Szczerbatka i wyjmuję miecz. Wymieniam spojrzenia z nowym. W jego oczach widzę prawdę, nie oszukuje mnie. – Co, na co czekasz?

Odwracam się. Idę przez drzwi, Szczerbatek kroczy za mną. Czuję jak furia we mnie narasta, a co więcej strach. Przenika mnie do szpiku kości i nie wiem czego mam się spodziewać.

Na końcu korytarza słyszę krzyki, wrzaski, płacz. Cichy płacz zmęczenia. Biegnę, Szczerbatek ryczy ostrzegawczo. Strzela plazmą w drzwi burząc je doszczętnie. Wbiegam do pomieszczenia, a to co widzę wprawia mnie w osłupienie.

Jest. Jest przede mną. Nie rusza się. Thorze, bogowie wszechmogący…

Dwoje katów patrzy na mnie w zaskoczeniu. Nie spodziewali się wtargnięcia. Biegnę z całą furią na jednego i drugiego. Nie mija minuta i obaj leżą na ziemi stękając z bólu. Powinienem ich zabić.

– Astrid – szepczę jej imię. Ani słowa, żadnego ruchu. Szczerbek strzela plazmą i niszczy łańcuchy. Astrid leci w moje ramiona. Upadam na kolana. – A-astrid… Nie, nie, Mała błagam…

Wycieram jej policzek. Wszędzie ma rany. Warga rozcięta. Ręce zadrapane, nogi, brzuch. Gdzie bym nie spojrzał krwawi. Rany ma prawdopodobnie na całym ciele. Jest prawie że naga. Nie mam czym ją okryć.

– Co oni ci zrobili? Astrid, słyszysz mnie? Obudź się, proszę…

Nie otwiera oczu. Leży bezwładnie w mych ramionach, a ja nie mam czucia w nogach. Nie mogę wstać. Przywarłem z nią do brudnych od krwi desek. Sprawdzam jej oddech. Jest taki płytki, że ledwo odczuwalny.

Szczerbatek podchodzi, pomrukuje żałośnie, a jego spojrzenie rozmywa mi się. Chyba nie daję rady powstrzymać łez…

– Przepraszam, Astrid – Przytulam ją do siebie. Jest lekka jak piórko, delikatna jak płatek kwiatu, słaba jak bez życia.

Chwilę później wychodzę na zewnątrz niosąc Astrid na rękach. Jej brudne od krwi włosy przyklejają się jej do twarzy, a ja całuję jej czoło. Nie spuszczam oczu z nieprzytomnej wojowniczki, aż do czasu, gdy szorstki głos dostaje się do mojego słuchu. Odwracam się i zamiast wsiąść na Szczerbatka i zabrać Astrid w bezpieczne miejsce, gdzieś, gdzie otrzyma pomoc, przyciskam ją bardziej do siebie i staję twarzą w twarz z dwójką katów. Wciąż mam przed oczami jak trzymają bicze i okładają blondynkę. Furia buzuje mi w żyłach. Czuję, że chcę ich zabić. Naprawdę chcę.

– Pożałujesz tego, że tu przyszedłeś. Nie pomożesz już jej. Jest wycieńczona i umrze w przeciągu kilku godzin.

Zaciskam zęby tak mocno, że szczęka zaczyna mnie boleć. Muszę uważać, żeby nie zaciskać dłoni na skórze Astrid, nie mogę sprawić by cierpiała jeszcze bardziej.

– Szczerbatek, strzelaj. – mówię. Moje oczy patrzą z odrazą i nienawiścią na dwa potwory.

– Czkawka, nie ma czasu, ktoś musi ją opatrzeć. Te rany są otwarte. Wykrwawi się.

– Szczerbatek…

– Nie rób tego. Nie jesteś mordercą.

– Spójrzcie na nią! – Odwracam się do przyjaciół. Nie mogę powstrzymać gniewu w głosie. Jestem przesiąknięty żądzą sprawiedliwości i rozpaczy. – Spójrzcie co jej zrobili! Mam im darować?!

– Oni nie mają serca – odzywa się znajomy nieznajomy. – Nie mają sumienia. Nic nie zdziałasz, tylko do końca życia będziesz, żałował tego, że zabiłeś ludzi.

– Ludzi?! Jaki człowiek robi coś takiego?! Nawet smok nie jest zdolny do takich czynów! Ona ledwo oddycha, jest pokryta ranami!

Zamykam oczy. Nie chcę się uspokajać. Nie umiem. Przed oczami widzę co jej robią, jak ją biją, a ona płacze, krzyczy, woła o pomoc. I nic. Czeka i nic. I głuche echo rozpaczy odbijające się od ścian.

Z trudnością wsiadam na Szczerbatka, każę mu odlecieć, a za mną leci reszta. Oddalamy się, kiedy słychać świst w powietrzu, a następnie przeszywa mnie potworny ból. Słyszę krzyk Jeźdźców, ryk Szczerbatka. Czuję jak zsuwam się z siodła, a Astrid wymyka mi się z rąk.

Tracę przytomność. Jedyne co udaje mi się zobaczyć przed ciemnością, to przyjaciół przerażonych całą sytuacją.

Astrid

Kilka lat wcześniej

Była noc, kiedy siedziałam przy oknie z podkulonymi nogami pod brodę i obserwowałam gwiazdy. Kolejny raz otarłam łzę, która stoczyła się po moim policzku. Nie wolno było mi płakać. Nie mogłam być beksą. Tata nie pozwalał się mazgaić. Ale mi naprawdę było źle. I nie było już nikogo, kto mógłby zabrać ten smutek i zastąpić go uśmiechem. Nikt nie przyjdzie mnie przytulić i powiedzieć, że będzie dobrze.

Bo mama już spała. Bo tata też już spał. Bo wujek… nie żyje.

Dni słońca, dni Kiedy dziecko piękne ma sny I tak szeptem wciąż mówi ci Będę zawsze z tobą

Załamał mi się głos. Znowu płakałam. Znowu tęskniłam. Zawsze tęskniłam.

Drzwi zaskrzypiały, a do środka weszła mama. Popatrzyła na mnie. Nie była zła, że nie śpię. Nie nakrzyczała. Podeszła do mnie. Nie zapytała czemu znowu płaczę, tylko wyciągnęła ręce bym się przytuliła.

Dni słońca, dni Niech na chwilę wróciłyby Otrzeć nam łzy Wskrzesić moc i blask

Trzymała mnie na rękach i śpiewała piosenkę, którą bardzo dobrze znałam. Tuliła mnie i kołysała. Usiadła ze mną na łóżku i dalej śpiewała ocierając moje policzki ciepłą dłonią.


Te dni słońca, dni Wrócą w tu – wierzymy w to Miłością snów Te dni słońca, dni Jeszcze wrócą tu

Wtuliłam się w mamę i tak zasnęłam. Nie poszła sobie. Tuliła mnie, bym tamtej nocy nie czuła się sama.

Czkawka

Kilka lat wcześniej

Ostrzyłem miecz w kuźni u Pyskacza. Nabroiłem jak zwykle i tata miał dość pilnowania mnie. Nie mógł mnie ciągle mieć na oku, bo zajmował się wioską. A ja naprawdę nie lubiłem siedzenia w domu. Lubiłem łazić gdzie popadnie i znajdować ciekawe rzeczy, albo projektować nowe narzędzia, które ułatwiałyby łapanie smoków. Pyskacz miał dość moich kombinacji, więc załatwił mi robotę na całe popołudnie. Sam co chwila zaglądał do mnie sprawdzając czy żyję. Jakby tata i Pyskacz myśleli, że coś sobie zrobię.

– O, Czkawka, ciamajda bawi się ostrymi rzeczami. Uważaj, bo jeszcze sobie zrobisz krzywdę. – Zaśmiał się Sączysmark.

Nie lubiłem go. On też mnie nie lubił. On i bliźniaki uprzykrzali mi życie od piątego roku życia. Nie ważne ile bym się starał, oni i tak wyśmiewali mnie na każdym kroku.

– Au, au – Spojrzałem na Mieczyka, udawał, że coś sobie zrobił w palec. – Tato, skalecyłem się. Zlobiłem sobie kuku.

Ja wcale tak nie mówiłem. Ja nawet nie sepleniłem.

Szpadka podeszłą do brata i pocałowała go w czubek palca.

– Teraz już nie będzie cię bolało, Czkawuśu.

Odeszli śmiejąc się.

Zawsze mi dokuczali, a ja zawsze jakoś to znosiłem. Przyzwyczaiłem się do takiego traktowania. Każdy na Berk uważał mnie za kulę u nogi, każdy miał mnie dość, ojciec się mnie wstydził. To czasami sprawiało, że czułem się jak ostatni śmieć. Ile to ja razy próbowałem tacie zaimponować, albo popisać się przed rówieśnikami i nigdy mi nie wychodziło. Ilekroć się starałem zawsze coś się chrzaniło. Byłem chodzącym nieszczęściem, taka jest prawda.

– Czkawka, jak robota?

Pyskacz przyszedł. Wciąż gapiłem się na oddalonych kilka metrów od kuźni bliźniaków i Smarka.

– Dobrze. Zaraz mogę się wziąć za topory.

Odwróciłem się i odłożyłem miecz na miejsce. Widziałem, że kowal spojrzał w gdzie ja, ale nic nie powiedziałem. Nigdy się nie skarżyłem.

– Znowu ci dokuczali?

Spojrzałem zdziwiony na Pyskacza.

– Nie. Nic takiego. Coś tam mówili o broni, ale to tam… Nic ważnego.

Skłamałem. Nie potrzebowałem pomocy, albo współczucia. Wziąłem siekierę i zacząłem ją naprawiać. Była zniszczona po ostatniej walce z smokami.

– Mówisz?

– Tak. Wszystko w najlepszym porządku.

Pokiwał głową. Jeszcze raz zerknął na grupę nastolatków jak ja i skierował się do mojej kanciapy, gdzie trzymaliśmy gwoździe, jakieś małe przybory do napraw, po czym wrócił.

– Możesz zrobić sobie pół godziny przerwy. – rzucił do mnie przyjaciel. Zdziwiłem się.

– Nie. Zostanę i ci pomogę. Podszedł i zabrał mi topór. Wbił ostrze w belkę drewna, a ja wyprostowałem się jakbym połknął kij.

– Idź coś zjeść. Zaraz mi tu zemdlejesz z głodu i na nic się nie przydasz.

Westchnąłem. Mówił bardzo zdecydowanym tonem, a Pyskacza nie dało się przegadać.

Jęknąłem nieprzekonany. Ruszyłem w kierunku domu, kiedy Pyskacz jeszcze mnie zawołał.

– Młody, nie daj sobą pomiatać. Jesteś synem wodza.

– Jestem niedołęgą.

– Jeśli będziesz się za takiego uważał, taki się staniesz. Więcej pewności siebie, chłopcze.

Kiedy każdy o tobie mówi, że jesteś beznadziejny i nie nadajesz się do niczego, w końcu zaczynasz w to wierzyć. Jestem pośmiewiskiem i jeśli nie zabiję jakiegoś smoka, nie stanę się prawdziwym wikingiem. A wiking, który wygląda jak rybi szkielet i nie potrafi złapać latającej bestii to nie wiking, tylko pomyłka.

I byłem pomyłką.

Czkawka i Astrid

Czasy obecne

Przebudzenie się jest trudniejsze niż się wydaje. To jest jak zburzenie muru, który blokuje spojrzenie na drugą stronę. Nie zobaczysz co jest za zasłoną, jeśli nie spróbujesz uderzyć, przebić, zawalczyć. A jeśli brakuje ci sił, jeśli po tej stronie jest łatwiej, jeśli nie musisz się męczyć, po co burzyć tą jedną ścianę. Czy warto?

Śmierć to łatwa opcja. Wieczny spokój, brak trosk, ciężkiej walki o następny dzień. Po śmierci na pewno czeka nas piękne miejsce, gdzie nie zabraknie szczęścia.

Lecz co jeśli dusza jest złączona z drugą? Co jeśli za tym murem życia czeka twoja połowa, która wali z drugiej strony i krzyczy, i błaga, byś uderzyła tak silnie jak ona się stara? Czy podniesiesz się i zburzysz tę ścianę? Czy masz w sobie tyle siły i odwagi, by wrócić? Czy masz do czego?

Co jeśli masz?

Co jeśli ktoś czeka w nadziei na twój powrót?

Czy masz tą śmiałość zostawić bliskich i wybrać drogę spokoju?

Czy jednak spojrzysz za siebie i zatrzymasz, by wybrać właściwie?

Co zrobisz?

Dokąd pójdziesz?

Jaką drogę wybierzesz?

Narrator

Najbliższa droga prowadzi na Sollar. Żaden z jeźdźców nie zna drogi oprócz Astrid i Czkawki, ale oni są nieprzytomni. Dlatego jedyne co pozostaje jeźdźcom to zaufanie swoim smokom, aby one zabrały ich na ląd, gdzie ktoś mógłby im pomóc.

Wichura jak i również Szczerbatek czują ogromny strach o swoich przyjaciół. Szczerbatka musiał dosiąść Sączysamark, który z strachem wpatruje się całą drogę na lidera i blondynkę. Smoczyca dziewczyny obrała cel i już są prawie na miejscu.

Słońce chyli się ku zachodowi ustępując miejsca księżycowi, jaki pewnie zagości na ciemnym niebie za parę godzin.

Szczerbatek ląduje na plaży pomrukując smutno. Spogląda na swojego ludzkiego brata, wielkimi zielonymi oczami. Smark spogląda na nieprzytomną blondynkę. Została wcześniej opatulona kocem przez Czkawkę. Gdyby nie okrycie dziewczyna najprawdopodobniej by się rozchorowała.

– Żyją? – pyta brunet.

Śledzik sprawdza oddech Czkawki, po czym kiwa głową. Eret również sprawdza stan Astrid.

– Żyją.

– Musimy znaleźć jakąś pomoc. – rzuca Śledzik. Smark kiwa na potwierdzenie głową.

Nagle słyszą wołanie. Odwracają twarze ku plaży, przez którą biegnie postać. Nie byle kto, bo kobieta w kremowej sukni sięgającą niemal do ziemi. Miedziane włosy rozwiewa wiatr, a na twarzy jaśnieje strach. Dobiega do grupy jeźdźców. To co widzi wywołuje łzy, które spływają po jej policzku.

– Kim jesteś?

– Nie ważne kim jest. – wtrąca Mieczyk. – Możesz im pomóc?

Dziewczyna podchodzi do Sztukamięs. Blondyn pokazuje jej nieprzytomnego dwudziestolatka. Dłoń, którą podtrzymuje jego ramię jest ubrudzona krwią. Zakrywa usta widząc znajomą twarz chłopaka.

– Czkawka, co mu się stało?

– Łowcy, strzelili do niego. – rzecze Sączysmark. Odwraca na niego oczy. – Ale skąd wiesz, jak się nazywa?

– Przyleciał tu, żeby pomóc mamie Astrid. – Dotyka jego czoła i już wie, że szatyn ma gorączkę.

– Z nią też nie jest najlepiej. – rzuca ktoś za jej plecami.

Odwraca się, a na smoczycy jej przyjaciółki siedzi brunet. Brązowe oczy spotykają się z piwnym odcieniem tęczówek młodego mężczyzny. Jej serce zatrzymuje się gwałtownie, po czym zaczyna uderzać coraz mocniej. Jest zaskoczona, podobnie jak on. Jednak podchodzi bez cienia zawahania do Wichury. Z trudem odwraca wzrok od jego, aby przyjrzeć się blond wojowniczce. Dolna warga ust jest rozcięta, głowa bezwładnie odchylona do tyłu, a ręce jak i nogi ma poranione.

– Co jej się stało? – pyta drżącym głosem.

– Długo, żeby opowiadać. Pomożesz im prawda?

Spojrzała na każdego. W ich oczach tli się nadzieja, a ona nie może im odmówić.

– Oczywiście.

Mija pięć minut, zanim dolatują na miejsce. Zatrzymują się przed domem ciemnookiej. Wpuszcza otyłego wikinga przodem, a zaraz po nim piwnookiego, który niesie blondynkę. Wymieniają ze sobą spojrzenia nic nie mówiąc.

– Połóż ją na futrach, a ty zanieś go na górę. – mówi, pokazując miejsce przed paleniskiem. Bez zastanowienia wykonują polecenia. – Jak do tego doszło? – pyta, przy czym przygotowuje alkohol i opatrunek. Nalewa do misy gorącą wodę i dodaje do niej zioła uśmierzające ból.

– Wypadek przy pracy. – Mieczyk odpowiada, ale się nie śmieje. Karci go spojrzeniem, przez co chłopak z dredami zasznurowuje usta.

– Czkawka, mówił, że wszystko będzie dobrze. Nie to, że od razu mu uwierzyłam, ale miałam nadzieję… sama nie wiem.

Podaje bliźniaczce misę z gorącą wodą i rumiankiem. Odbiera ją od razu.

– Zajmij się Astrid, ja pójdę do Czkawki.

Eret zdążył ściągnąć górną część stroju Czkawki. Łowca nie mógł uwierzyć ile kombinacji może być w ubraniu. Dzięki temu zdążył pojąć, że Czkawka lubi tworzyć skomplikowane rzeczy. Podobnie było, kiedy zauważył płonący miecz.

Drzwi się otwierają, a do sypialni wchodzi dwudziestopięciolatka. Czujne spojrzenie spotyka się z jej, ale ona ignoruje je i siada na łóżku obok rannego. Dłoń jej drży, kiedy ogląda ranę na ramieniu jeźdźca Nocnej Furii.

– Brietta, to naprawdę ty?

Przełyka ślinę nie podnosząc na łowcę wzroku. Delikatnie przemywa ranę.

– Czym była zatruta strzała? Smoczym korzeniem?

– Raczej Zmierzchowym Tojadem. Nowa trucizna na smoki. Działa nieco dłużej niż to pierwsze.

Wylewa nieco alkoholu na ranę. Czkawka jęczy z bólu, a to sprawia, że wraca do żywych.

– Aghhh!

– Ćśśś, spokojnie – Przytrzymują go by się nie ruszał. Spoglądają sobie w oczy porozumiewawczo. – Nie ruszaj się, bo będzie tylko gorzej.

– Astrid, nic jej nie jest?

– Żyje, a teraz bądź cicho – warczy mężczyzna. Szatyn zaciska zęby. – Wparował na statek znikąd. Ogień płonął mu w oczach, gdy wynosił tą blondynę z więzienia.

– Obiecał, że ją znajdzie. Chwała bogom, że wrócili. – westchnęła. Wyjęła igłę, po czym zaczęła zaszywać rozcięcie skóry. – Edgar, kazał przeszukać każdy zakamarek wyspy. Od wczoraj szukają i nic nie mają. Rodzice Astrid, doskonale zdają sobie sprawę, że uciekła, bo Wichura też zniknęła. Będzie źle jeśli zobaczy szóstkę smoków przed moim domem.

– To co mam zrobić?

– Ty? – podnosi na niego spojrzenie. – Nie powinno cię tu być. Zbieraj się stąd.

– Nie mam smoka.

– Zbuduj tratwę. Wszystko mi jedno. – odpiera, jakby nie była wzruszona tym co mówi do pomocnika. Kończy owijanie rany bandażem, po czym wstaje z łóżka i szykuje się do wyjścia.

– Birt, zaczekaj – łapie ją za łokieć, ale ona się wyrywa stając z nim twarzą w twarz.

– Jestem Brietta. Jestem kimś innym niż pamiętasz, choć szczerze w to wątpię.

– Oczywiście, że pamiętam. Jak mógłbym o tobie zapomnieć. – Łapie ją za dłoń. Brązowe oczy patrzą co robi ten, przed którym zakłada maskę obojętności i złości. – Każdego dnia…

– Daruj sobie te wyznania, Eret. Czyżby wyleciało ci z głowy to jak nagle zniknąłeś pozostawiając mnie w nadziei, że kiedyś ponownie się spotkamy?

– Nie chciałem tego. Prosiłem byś płynęła ze mną.

– To nie była moja bajka, dobrze o tym wiedziałeś.

W jej oczach błyszczą łzy, a mimo tego nie odchodzi.

– Zostawiłeś mnie, samą na wyspie z nadzieją, która umierała z dnia na dzień. Ale wiesz co? Poradziłam sobie. Znalazłam nowy dom, mam przyjaciółkę, mam pracę. Moje życie jest wspaniałe. Życie bez ciebie jest mniej bolesne.

– Kocham cię, Brietto.

– Przestań kłamać! Nawet święte słowa zamieniasz w bluźnierstwa. Puść mnie.

Wyrywa rękę. Znika na parterze pozostawiając łowcę na środku swojej sypialni. Odwraca wzrok za siebie myśląc, że szatyn śpi, ale się myli.

– Nie wiem o co chodzi, ale wydaje mi się, że powinieneś coś zrobić. – mówi Czkawka, po czym zamyka oczy. Zasypia, a Eret stoi oniemiały. Sądzi, że jeździec majaczy z bólu lub trucizny, ale powiedział coś mądrego, a to nie daje mu spokoju.

Przeszłość wróci. Zawsze wróci. Kiedyś się odezwie. Przypomni o sobie. Można próbować uciekać, ale przeszłość cię odnajdzie, dogoni.

Czkawka

Jakiś czas później

Zdaje się, że minęła wieczność, choć tak naprawdę ponad godzina. Ramię boli niemiłosiernie, kiedy próbuję nim ruszyć, ale jakoś zbieram się w sobie, żeby wstać z łóżka. W sypialni nikogo nie ma. Pewnie wszyscy są na dole. Zaciskam zęby i wstaję. Muszę się podeprzeć o blat, żeby nie upaść. Trucizna, która była nasączona strzała, nadal działa. Kręci mi się w głowie.

Powoli wychodzę z pokoju i kieruję się na parter schodami. Podpieram się ciągle o ścianę.

– Czkawka, jak się czujesz?

Patrzę na zmartwionego Śledzika.

– Przeżyję. – odpowiadam.

– Powinieneś odpoczywać. – mówi Brietta. Siedzi obok Astrid, która leży nieprzytomna na futrze, na ziemi przy palenisku.

– Jak z nią? – pytam. Stan Astrid bardziej mnie interesuje. Siadam obok dziewczyny i głaszczę czoło blondynki. Serce mi pęka widząc ją taką skrzywdzoną, a myśli tego co utworzyło tyle ran doprowadza mnie do szału.

– Lepiej. Gorączka jej spadła, oddech się unormował, wyjdzie z tego. – posyła mi uśmiech, po czym wstaje ustępując mi miejsca przy jasnowłosej.

Kładę się na boku twarzą do Astrid. Podpieram głowę opierając się o łokieć zdrowej ręki. Tą chorą dotykam dłoni blondynki.

– Kiedy wracamy? – rzuca nagle pytanie Sączysmark. Spoglądam na niego zdziwiony.

– Powinniście się zbierać. – dodaje Brietta. Siedzi przy stole. Przy ścianie stoją bliźniaki, na kanapie siedzi Śledzik i Eret.

– Teraz?

– Czkawka, tu jest niebezpiecznie. Jeśli ojciec Astrid was tu znajdzie będziecie mieć kłopoty i ja też. Zabije ciebie i tym razem Astrid cię nie ochroni, zwłaszcza, że jest w takim a nie innym stanie. Rozumiesz?

Rozumiem. Kieruję wzrok na blondynkę. Później wracam spojrzeniem na jeźdźców.

– Lećcie na Berk. – mówię spokojnie. Patrzą na mnie jakbym mówił w obcym języku.

– My? – burzy się Smark.

– Wy.

– Oni? – rzuca Eret.

Bliźniaki się śmieją.

– Wy wszyscy. – odpowiadam. – Smoki spokojnie znajdą drogę powrotną.

– Chwila, chwila – Smark podchodzi do mnie, staje po drugiej stronie Astrid, a ja mam ochotę walnąć mu byle się odsunął. – Bez ciebie?

– Beze mnie.

– Trzymaj mnie, Thorze – Prostuje się wkurzony. – Odezwie się ktoś?

– Czkawka – Brietta wstaje.

– Dziękuję. – macha ręką, a ja za chwilę walnę Smarkowi.

– Nie możesz tu zostać. Nie teraz.

– Mam lecieć do domu, bo ojciec Astrid jest gotów mnie zabić? Wybaczcie, ale się nie boję.

– No nie mogę, bohater się w nim obudził.

– Smarku, dla twojej informacji, Czkawka od piętnastego roku życia jest bohaterem, więc… no tego.

– Mieczyk, daj spokój, bo jeszcze się zawstydzi.

– Który?

Mrużę oczy nie do końca pewien o czym bliźniaki rozmawiają. Wtem, Biertta dotyka mojego ramienia.

– Serio, jest taki cięty na Czkawkę? Dlaczego?

– Bo wtargnąłem na Sollar bez jego pozwolenia. – odpowiadam Śledzikowi. – Wtedy, gdy Astrid przysłała list, a ja poleciałem na pomoc jej mamie. Było naprawdę kiepsko.

Dłoń Astrid zaciska się na mojej, a ja czuję się spokojniejszy przez co uśmiech rośnie mi na twarzy.

– Przyszły, niedoszły teść się wkurzył? – Poraziłem Mieczyka spojrzeniem. – Taki żarcik. – Jego sylwetka przytuliła się do ściany.

Wciągam powietrze. Nie będę się denerwował. Nie teraz. Sytuacja nie jest ciekawa.

– Brietta ma rację. Powinniśmy stąd odlecieć. Smoki na tej wyspie są rzadkością. Przyciągną uwagę i nie można ich nigdzie ukryć.

– Ale?

Zawsze jest jakieś ale. I to jedno ale robi wielką zadymę.

– Ja nie polecę. – mówię to z taką powagą i pewnością. Patrzę na Astrid.

Wiem, że jeśli wyjdę z tego domu i zostawię Astrid, sumienie nie da mi spokoju. Będę się martwił. Nie będę mógł jeść, spać. Ciągle będę wracał do niej myślami, a odpowiedzi nie dostanę, bo ona nie będzie miała sił by odpisać mi na list.

– Nie potrafię jej zostawić.

Podnoszę wzrok na przyjaciół. Ich twarze są przygnębiające, a jednak mimo smutku widzę w ich oczach, że rozumieją, widzą, i zdają sobie sprawę o co chodzi. Nie muszę tłumaczyć.

Astrid kolejny raz ściska moją dłoń. Budzi się powoli. Bardzo, bardzo powoli.

Mija niedługa chwila, kiedy Sączysmark się odzywa. Krzyżuje swoje ramiona na klatce piersiowej i patrzy na mnie z powagą i co dziwne, również z troską zmieszaną z wzruszeniem.

– Niech ci będzie. Załoga, wracamy do domu.

Nic nie mówią, kolejno wychodząc z mieszkania Brietty. Uśmiechają się do dziewczyny i do mnie, przy czym posyłają smutne spojrzenie Astrid.

– Ty nie wychodzisz? – pyta cicho Smark Ereta.

– Też mam coś tutaj co załatwienia, a poza tym nie mam smoka. – Jego spojrzenie leci na Briettę, ale ona patrzy na przyjaciółkę.

– Sączysmark – wołam go, nim drzwi się za nim zamykają. Odwraca się w moją stronę. – Przejmujesz dowództwo póki nie wrócę.

– No przecież – Uśmiecha się cwaniacko i wychodzi.

Powracam oczami do twarzy blondynki. Opieram głowę na ramieniu, kładąc się na podłodze.

Widząc jak Astrid zaciska powieki, jak jej dłoń ściska moją, wiem, że się budzi. Jest najdzielniejszą i najsilniejszą wojowniczką jaką znam.

– No dalej, mała, wracaj. – szepczę. – Astrid…

Astrid

Moje oczy nie chcą się otworzyć. Próbuję wygrać z pokusą snu. Nie zważam na ból, który budzi się razem z moją świadomością. Nie mam siły, czuję się jakbym była przygnieciona do powierzchni na której leżę.

– Astrid – słyszę cichy, ciepły głos. Nie potrafię zdefiniować do kogo on należy.

Próbuję otworzyć szerzej oczy. Dostrzegam swoją dłoń, którą ktoś trzyma. Dostrzegam gołą klatkę piersiową. Zmuszam się do wzniesienia spojrzenia. Szczęka, usta, nos i oczy. Tak piękne zielone oczy, takie prawdziwe i jasne, takie głębokie i szczere. Rozpoznaję twarz i głos. Wiem kto to, a mnie nie chce się wierzyć, że tu jest.

– Astrid – wypowiada moje imię jeszcze raz.

Wolną ręką sięgam jego policzka. Jest prawdziwy, o Thorze, co on tu robi, przy mnie?

– To ty – Moje palce dotykają jego policzka. Jest tak blisko, że mogę dostrzec maleńkie piegi niewidoczne z większej odległości.

Nie mogę wstać. Nie mam na to siły, ale kiedy moje spojrzenie kieruje się na moje przed ramię, a później wyżej na jego ramię, czuję, że oczy zaczynają mnie piec. Świeże rany na moich rękach, wiem, że mam ich więcej na ciele. Gula rośnie mi w gardle, ale nie zatrzymuje szlochu, który się ze mnie wyrywa.

– Nie płacz. Już jest dobrze. – szepcze, ale ja nie umiem zatrzymać łez. – To moja wina. Nie zdążyłem ich powstrzymać.

Jego oczy rozmazują mi się, gdy próbuję w nie spojrzeć. O czym on mówi?

– Nie zdążyłem cię uratować zanim… Och, Astrid.

Jego kciuk wyciera moją kolejną łzę, która chce się uwolnić i spłynąć po policzku. Jego dotyk jest taki łagodny, czuły.

– Tak strasznie mi przykro.

Mój szloch ustaje, ale łzy mimo to uwalniają się z moich oczu. On wciąż tuli mój policzek.

Pozwolenie sobie na upust cierpienia, może być jedynym sposobem, aby wpuścić lekarstwo do swojej duszy. Może zioła złagodzą ból cielesny, ale dusza potrzebuje miłości drugiej, by mogła wrócić do siebie.

W tej chwili nie mam pojęcia co bardziej mnie boli. Wspomnienia tego co się działo, zanim straciłam kontakt z światem rzeczywistym, czy całe ciało, każdy jego skrawek, który został ubiczowany i zbity przez łowców którym wpadłam w ręce.

– Jesteś bezpieczna, jesteś w domu. Nikt już nic ci nie zrobi. – szepcze, tak bym tylko ja mogła go usłyszeć, by moje serce uwierzyło jego zapewnieniom.

– Nie jesteś winien. – wychrypiałam.

– Już po wszystkim. Obiecuję, że zapłacą za każdy cios, który ci zadali.

Kręcę głową. Nie chcę, żeby to zrobił. Nie chcę, żeby skrzywdzili go tak jak mnie.

– Nie odchodź. Błagam, zostań i nie odchodź.

Jego czupryna styka się z moją grzywką. Przymykam oczy.

– Zostanę. Jasne, że zostanę. – Zamykam oczy. Pozwalam mu mnie utulić do snu. – Nigdzie się stąd nie ruszam.

Rozdział 19

Jakiś czas później

Czkawka

Największy cios, to patrzenie na cierpienie bliskich, na których ci zależy. Patrzenie na Astrid, która ledwo co się przebudziła było straszne. Oczy błyszczały od łez i co chwila się uwalniały. Z trudem się trochę uspokoiła. Przywarła do mnie, a prośba o to bym nie odchodził i został przy niej, sprawiła, że serce do teraz chce mi się wyrwać z piersi.

Drzwi do sypialni Brietty się otwierają, a jej właścicielka staje w progu. Zagląda do pokoju patrząc na mnie w ciszy. W jej oczach dostrzegam pytanie. Spuszczam wzrok na blondynkę, która przytula głowę do poduszki. Śpi.

– Od ponad godziny mamrocze – odpowiadam cicho.

Brietta podchodzi do łóżka ze skrzyżowanymi ramionami na piersiach. Patrzy na Astrid, a ja poprawiam jasną grzywkę, by nie drażniła powiek śpiącej.

– Mówi coś konkretnego?

– Zostawcie mnie, przestańcie, to boli... W kółko to samo. – Astrid znów szarpie poduszkę. Wierci się wypowiadając prośby błagalnym głosem.

– Proszę, dość... dość... zostawcie...

– Widzisz? – Brietta kręci głową zakrywając usta ręką. – Astrid, ćśśś... – Dotykam jej ramienia. Wyrywa się. Wymieniam z piwnooką spojrzenia. Martwimy się. – Co oni jej zrobili, na wszystkich świętych?

– Nie wiem. – kręci głową. Dotyka czoła Astrid. – Nie ma gorączki. Śnią jej się po prostu koszmary, czemu się nie dziwię.

– Jak jej pomóc?

– Nijak. – odzywa się głos przy drzwiach. Spoglądam na bruneta. – Po takim koszmarze jaki zafundowali jej słudzy Drago można jedynie czekać, aż zapomni, co jest niemożliwe.

– Nie pomagasz. – syczę przez zęby. Jestem nieźle wkurzony i zmartwiony.

– Przykro mi. Próbowałem jakoś jej pomóc, ale nie udało się. Nim zdążyłem ją wyprowadzić i władować na smoka, łowcy mnie złapali i wyrzucili.

– Minie sporo czasu, nim dojdzie do siebie. – radzi Brietta, po czym kieruje się do wyjścia. – Niech odpocznie. To jedyny sposób, by odzyskała siły.

Oboje wyszli zostawiając mnie samego z blondynką.

Znów zaciska powieki. Znów mamrocze cicho. Najbardziej na świecie chciałbym jej jakoś pomóc, wyciągnąć z koszmaru, ale nie potrafię wejść jej do głowy i odgonić demony. Nie jestem taki zdolny.

Obejmuję ją w pasie, ale od razu zaczyna się szarpać. Przytulam ją do siebie. Jęczy prosząc bym ją zostawił. Czuję rozpacz, potworny ból. Spoglądam na jej zamknięte oczy i w jednej chwili wszystko we mnie pęka. Łza spływa jej po policzku. Przyciskam usta do jej skroni, by zebrać kolejną kropelkę.

– Jestem przy tobie, mała. Nie bój się. – szepczę w jej skórę pozostawiając na niej najdelikatniejszy pocałunek. – Nikt nie zrobi ci krzywdy. Kocham cię.

Jęki walki i błagania ustają. Nie pozwalam jej się odsunąć. Nie puszczę jej, nie w tej chwili, nigdy.

Astrid

Koszmarny sen

Wymierzyli kolejny cios. Podkuliłam nogi, ale było jeszcze gorzej.

– Krzycz, krzycz – zaśmiał się pierwszy. – I tak nikt cię nie usłyszy, a tym bardziej nie pomoże.

Śmiali się. Potwornie się śmiali ciesząc z tego, że sprawiali mi ból.

– Szkoda takiego ciała – Obleśna ręka łowcy dotknęła mojej nogi. Kopnęłam go z całej siły, a on upadł na ziemię. – Suka. Weź, rozbierzmy ją. Ciekawe czy będzie taka odważna żeby się bronić.

Śmiali się, a ja płakałam i krzyczałam. I tak nic to nie dało. Dotykali, bili, śmiali się, a ja po prostu wisiałam. Nikt nie przyszedł, nikt nie próbował ich zatrzymać.

Upadłam. Postanowili mnie znów dotykać. Podkuliłam kolana pod brodę. Zwinęłam się i nie było szans na to, by mnie powstrzymać od puszczenia nóg. Kopnął mnie jeden z nich, a to sprawiło, że wydałam z siebie krzyk bólu.

– Zostaw. Martwa się do niczego nie przyda – rzucił któryś.

Przestali mnie okładać, biczować i obmacywać. Drzwi się zatrzasnęły. Wyszli. A ja o prostu płakałam. Płakałam i prosiłam, by ktoś przyszedł. Ktokolwiek, kto mógłby mi pomóc, zabrać z tego strasznego miejsca.

Nagle w strasznym bólu i ciemności słyszę czyjś głos. Jak echo odbija się od mojego serca. Wszystko znika, a ja pozostaję w ciemnej pustce wciąż zwinięta na ziemi.

– Jestem przy tobie, mała. Nie bój się.

Boję się. Boję się ciemności. Boję się, że wrócą. Boję się być sama. Nie chcę być sama.

– Nie pozwolę cię skrzywdzić. Kocham cię.

Ktoś mnie kocha. Kto? Kim jesteś?

Nie ma nikogo w pobliżu. Jestem sama, ale nagle ogarnia mnie ciepło. Ktoś mnie pilnuje. Ktoś czuwa. Ktoś odpędza mój strach, opiekuje mną. Ktoś z zewnątrz. Ktoś mnie kocha. Nie pozwoli mnie skrzywdzić.

Kilka lat wcześniej

Weszłam na statek. Był wielki i piękny.

Tak rzadko udawało mi się wymknąć z domu. Rodzice nie spuszczali ze mnie oka. A ja chciałam wyjść z domu, w którym było mi kazane wiecznie siedzieć. Nie miałam co robić. Mama robiła obiad, tata wyszedł pracować i naprawdę mi się nudziło. Siedzenie na podwórku i ciągłe grzebanie patykiem w ziemi robiło się beznadziejne. Dlatego kiedy sąsiedzi zaczęli się kierować na plażę, mówiąc, że przypłynął kupiec postanowiłam schować się między ludźmi i pójść razem z nimi. Mama nie zauważyła.

Pan, który prawdopodobnie był kupcem próbował przekonać grupkę wikingów do broni. Chwalił jakie to rzeczy na jego łodzi są wspaniałe i niezniszczalne. Cicho ukryłam się między skrzyniami znajdując piękny wiatrak. Drewniany, pięknie wykonany, z najdrobniejszymi szczegółami. Wpatrywałam się w cacuszko z wielkim zachwytem. Byłam tak oczarowana tym co widziałam, że postanowiłam dotknąć ramienia wiatraczka. Chciałam, aby się zakręcił, a gdy tak zrobiłam zabrzmiał melodyjny dźwięk. Moje oczy zrobiły się wielkie.

A wtedy usłyszałam krzyk. Głośny, przeraźliwy krzyk taty. Spanikowany, przerażony. I już wiedziałam, że on wiedział, że zniknęłam. Jedyne co wpadło mi do głowy to schowanie się na statku, więc weszłam do jakiegoś pomieszczenia za drzwiczkami i usiadłam. Naprawdę się bałam. Bałam, kiedy tata krzyczał, kiedy się denerwował. Nie pozwalają mi się oddalać od domu. Nic nikomu nie powiedziałam. Jeśli bym wyszła, tata na pewno zrobiłby wielką awanturę. Nie tylko mnie, ale innym, że nikt nie zauważył że zniknęłam. Zawsze tak robił.

– Astrid! Astrid, gdzie jesteś?! Gadaj, gdzie ją ukryłeś?

Rozpłakałam się. Łzy mi spływały po policzkach, ale ja nie chciałam by mnie znalazł.

– Nikogo nie ukryłem.

– Nie kłam!

– Wiele tu ludzi, panie.

Nastała cisza. Skuliłam się jeszcze bardziej płacząc.

Drzwiczki się otworzyły. Tata patrzył na mnie z ulgą i gniewem jednocześnie.

– Co ty tu robisz?! Wyłaź, ale już!

Niechętnie wstałam, ale nie mogłam się ruszyć do przodu. Tata był strasznie zdenerwowany.

– Dziecko, jak ty tu weszłaś? – kupiec zajrzał przez ramię ojca, ale od razu go odepchnął.

– Milcz! A ty moja droga wychodź, natychmiast!

Bałam się. Strach popchnął mnie do wyjścia, a kiedy tata szarpnął mnie za rękę potknęłam się i upadłam. Beczki potoczyły się strącają piękny wiatrak ze skrzyni. Rozbił się na mnóstwo części, a mnie ponownie poleciały łzy. To była piękna rzecz i nie mogłam uwierzyć, że ją zepsułam przez swoją niezdarność.

Pan statku popatrzył na mnie, a ja ze strachem wychrypiałam:

– Przepraszam.

Kupiec uśmiechnął się łagodnie w moją stronę. Tata pociągnął mnie do góry i znów pisnęłam.

– Szybciej, idziemy stąd! – Popchał mnie do przodu. – Porozmawiamy sobie w domu!

– Niech pan na nią nie krzyczy. To małe dziecko...

– Moje dziecko! Nie próbuj mnie pouczać, chyba, że chcesz skończyć w więzieniu.

Pan zamilkł na usłyszane słowa, a oczy taty powędrowały do mnie. Kipiał złością. Wiedziałam, że po powrocie do domu czeka mnie kazanie, krzyk, dyskusja i kara. Możliwe, że przez tydzień nie będę mogła wyjść z domu.

Teraz

Otwieram oczy. Jestem w pokoju. To sypialnia Brietty. Zaraz naprzeciw mnie są drzwi tylko odrobinę uchylone, a światło z korytarza wpada przez szparę do pomieszczenia. Obok przy łóżku stoi szafka nocna, na której pali się świeca. Prawie cały wosk się stopił. Nagle czuję, na swojej szyi coś ciepłego, czyś oddech. Serce uderza mocniej. Ze strachem odwracam twarz za siebie, lecz powoli. Pierwsze co rzuca mi się w oczy to brązowa czupryna. Powoli odwracam się w drugą stronę. Niepewnie przyglądam się twarzy. Nie to, że się boję, ale... jest inaczej. Jest bardzo dziwnie i inaczej.

Podnoszę dłoń, żeby dotknąć jego policzka, ale odwaga mnie opuszcza. Sięgam włosów, a gdy ich miękkość łaskocze moją skórę nie jestem wstanie powstrzymać słapbego uśmiechu.

Dlaczego nie potrafię się cieszyć tym, że tu jest? Tutaj przy mnie...

Zatapiam swoje palce w jego włosach. Brązowych, miękkich, pachnących lasem, solą morską i czymś jeszcze czego nie potrafię nazwać.

Spuszczam wzrok niżej. Na zamknięte oczy. Na lekko rozchylone usta. Jest taki spokojny. Spadam wzrokiem niżej. Nie ma już nagiej klatki piersiowej, gdyż ma na sobie zieloną koszulkę. Dłoń zjeżdża mi na jego polik. Nie mogę się napatrzeć na to jaki jest idealny. Nawet drobna blizna na brodzie dodaje mu uroku. Mój kciuk zatacza małe kółka na jego skroni. Zaciska powieki. Budzi się. Przykleiłam się do niego. Nie zabiorę ręki.

Otwiera oczy. Ze zdziwieniem spogląda mi w oczy. Mruga jakby nie dowierzał.

– Hej – szepczę.

Znów patrzy na mnie, po czym się poprawia, a moja ręka spada na jego pierś.

– Hej – odszeptuje. Nie potrafię odwrócić spojrzenia od jego. – Jak się czujesz?

Uśmiecham się lekko. Widzę, że taka odpowiedź mu nie wystarcza.

– Jakoś nie wiem jak.

Marszczy brwi.

– To znaczy?

– Chyba jest dobrze. Tak mi się wydaje. – Moja dłoń wędruje na jego kark. Pozwala mi nawijać na palec jego kosmyki włosów. Łaskoczę go lekko palcami i włosami, przez co się uśmiecha. – A ty, jak się czujesz?

– Jest dobrze. – Mój wzrok spada na jego usta po czym ponownie wraca do jego oczu. – Astrid, czemu mi się tak przyglądasz?

Mogłabym mu powiedzieć wiele rzeczy. Powiedzieć jak bardzo jestem mu wdzięczna za pojawienie się w moim życiu, za pomoc, za to, że został. Za wszystko. Ale co powiedziałam, a raczej o co go spytałam?

– Pocałujesz mnie?

Nasze oczy się spotykają. Spojrzenie jest takie głębokie. Tli się w nim coś niezwykłego i wyjątkowego. Coś co nie w sposób wyjaśnić. Nic nie pojmie tego co się ze mną dzieje. Nikt nie zrozumie jeśli tego nie czuł.

Nachyla się i łączy ze mną swoje usta. Robi to tak delikatnie jakby bał się zrobić mi coś złego. Czy on zdaje sobie sprawę jaką czuję ulgę i euforię, że tu jest? Zarzucam mu ręce na kark, gdy jego dłoń obejmuje mój policzek, a usta raz po raz muskają moje. Chce się odsunąć, ale nie pozwalam mu na to. Nasze czoła stykają się ze sobą.

– Tęskniłam za Tobą – szepczę. Odsuwa się minimalnie, żeby spojrzeć mi w oczy.

– Ja za tobą też. – Uśmiechamy się do siebie lekko, choć czujemy niepewność. Dlaczego? – Bardzo się bałem. Bałem jak nigdy.

Kręci głową. Obejmuję jego policzki głaszcząc kciukami. Zamknął oczy.

– Czego?

Otwiera oczy, a w nich skrzą się waleczne ogniki.

– Że nie wytrzymam. Że cię nie znajdę. – Przytula się do mnie. Całuję go w czubek głowy. Wsuwam palce mu w włosy i napawam się ich miękkością. – To było straszne. To jak cię znalazłem, jak tam wisiałaś... Bogowie, nie mogę pozbyć się tego widoku z głowy. Tak się wystraszyłem, że się spóźniłem.

Podnosi na mnie wzrok. Wycieram jego mokre policzki. W tym spojrzeniu błyszczy szczęście, ale również strach.

– Astrid, czy oni... zrobili ci coś jeszcze...?

Przełykam ślinę z trudem, bo gula w gardle jest wielka. Wiem, o co pyta. Ten niepokój zjada go od środka poczynając od serca, a skończy na duszy. Kręcę więc głową, by go uspokoić.

– Nie. Nie zrobili tego. – odpowiadam całkowicie szczerze. Wzdycha z lekką ulgą. – Próbowali, ale... nie. Nie skrzywdzili mnie w ten sposób.

– Mój, Thorze...

– Tak bardzo prosiłam, żeby przestali, ale oni tylko się śmiali. Chciałam w pewnej chwili tylko umrzeć.

Samotna łza uwalnia się, ale nim spłynie mi po twarzy, Czkawka całuje mnie przy oku zabierając słoną kropelkę ze sobą.

– Dziękuję, że mnie uratowałeś.

– Daj spokój. Zrobiłabyś dla mnie to samo. – Uśmiecha się. To prawda. Jasne, że bym zrobiła. – Chciałbym ci jakoś pomóc. Zrobiłbym wszystko, żebyś poczuła się lepiej.

Jak można być takim wcieleniem dobra? Jak można mieć serce przesiąknięte tak wielką miłością? Przecież, to aż niemożliwe.

Nagle drzwi skrzypią. Odwracamy spojrzenia za siebie. Do pokoju zagląda Szczerbatek. Jego pomruk wywołuje we mnie radość. Podnoszę się do siadu. Zaciskam zęby, gdy szczypanie na plecach się odzywa.

– Hej, mordko – Czkawka wita swojego smoka, kiedy kładzie na kocu swój łeb. Patrzy na nas swoimi wielkimi zielonymi oczami. Głaszczę jego ciemne łuski.

– Tobie też dziękuję, Szczerbatku.

Zdaję sobie sprawę, że nie wiem co z Wichurą. Niemal podskakuję i staram wygramolić spod przykrycia.

– Wichura... Uwolniliście ją? Czy wszystko z nią dobrze? Nic jej nie jest? – wodospad pytań wylewa się ze mnie.

– Tak. Wszystko gra. Już jadła, teraz pewnie zasnęła. Brietta ma na nią oko przez okno kuchenne.

Wzdycham z ulgą. Z powrotem wracam pod koc. Czkawka śmieje się, ale poprawia przykrycie tak, abym była rzeczywiście dobrze owinięta.

Kieruję spojrzenie na smoka. Siedzi i patrzy na mnie wielkimi ślepiami. Słodziak.

– Co tam, Szczerbek?

Uśmiecha się szczęśliwy. Wywala jęzor i wpycha głowę pod moją rękę, którą do niego wyciągam.

– Pieszczoch z niego.

Czkawka śmieje się. Całuje mnie w skroń, po czym wstaje z łóżka pozwalając mi jeszcze chwilę tulić Nocną Furię.

– Za chwilę wrócę.

To nie jest odpowiedź. Chcę zaprotestować, ale już nie mogę, bo on wychodzi z pokoju.

Czkawka

Schodzę na dół. Już na korytarzu słyszałem jak Brietta i Eret o czymś rozmawiają. Naprawdę nie chcę im przeszkadzać, ale nie jestem duchem i nie potrafię się rozpłynąć w powietrzu. Dlatego teraz ich spojrzenia kierują się na mnie, a ja zamieram na przedostatnim schodku.

– Co się dzieje? Coś z Astrid? – Dziewczyna już wstaje, ale zatrzymuję ją dłonią.

– Nie. Jest w porządku. Obudziła się.

– Jak ona się czuje? – rzuca Eret. Chciałbym powiedzieć, że dobrze, ale wiem, że tak nie jest.

– Pytasz o stan fizyczny czy emocjonalny? Oba są słabe.

Brietta wzdycha. Wstaje z krzesła i podchodzi do paleniska, nad którym znajduje się kociołek, a w nim coś się gotuje. Nie bardzo mam pojęcie co, ale pięknie pachnie.

– Zabiorę ją jutro do wieszczki.

Siadam na oparciu fotela. Przyglądam się jak miesza w kociołku. Wiem po co, chce Astrid zabrać do ich znachorki. Chciałbym powiedzieć, że blondynka zaprzeczyła temu co próbowano jej uczynić, ale gryzę się w język. Astrid powie Briettcie sama.

– Edgar zakończył poszukiwania? – pytam zmieniając temat.

– Gdzie tam – prycha łowca. – Zabrałem smoka Astrid i polecieliśmy na chwilę z dala od wyspy.

– Jak ukryliście Szczerbatka?

– Wpuściłam go do domu, a kiedy Edgar wszedł do środka, twój smok rozmył się. – odpowiada piwnooka. Nalewa do misy zupy i odkłada ją na tackę. – Kamufluje się jak...

– Zmiennoskrzydły – kończy Eret. Spoglądają na siebie, a ja nie wiem czy się martwić, czy cieszyć. – W każdym razie nie zorientował się, że w chacie jest Nocna furia.

– Przez co nie zorientował się, że ty też tu jesteś. – Brietta podaje mi tacę. Uśmiecham się wdzięczny. – Astrid powinna coś zjeść. Tobie też nałożę.

– Nie. Nie jestem głodny.

– Kiedy coś ostatnio jadłeś?

Wzruszam ramionami.

– To nieistotne. W tej chwili nie mam apetytu. Nic nie przełknę.

– Martwisz się Astrid. Rozumiem, ale nie możesz się głodzić.

– Jakbym słyszał swojego ojca.

Eret chce już coś powiedzieć, ale powstrzymuje go pukanie do drzwi. Milkniemy natychmiast. Ktoś ponawia pukanie, a Brietta w panice spogląda na drzwi to na mnie i Ereta. Zabiera ode mnie tacę i odstawia na stół. Popycha mnie w kierunku schodów.

– Szybko. Musicie uciekać. – szepcze. Brunet rusza w moją stronę i pokazuje na schody, żebym się ruszył.

– Brietto! Otwórz drzwi!

– Już! Momencik! – woła dziewczyna, a Eret mnie pogania. – Uciekniecie oknem.

– Uciec? Po co?

– Czy ty się do cholery słyszysz? – Brietta wygląda jakby chciała mnie po ćwiartkować. – Zabije was obu, jeśli was zauważy.

– Brietto, co się tam dzieje?!

Znikamy w pokoju u Astrid po czym zamykamy drzwi. Jej zdziwione oczy patrzą na mnie i tego drugiego za mną. Szczerbek podnosi zaskoczony głowę i mierzy mnie zielonymi ślepiami.

– Co wy...?

Eret kładzie palce na ustach chcąc ją uciszyć, a ja podchodzę do łóżka.

– Twój tata przyszedł. Musimy zniknąć. – mówię. Zakładam na siebie strój do latania. Astrid błądzi za mną wzrokiem, kiedy kolejno zapinam paski i guziki.

– Musicie – potwierdza.

Wsuwam sprzączkę w dziurkę i zapinam pas na napierśniku.

– Szczerbatek, idziemy. – Podnosi się z ziemi i drepcze do okna. Opieram ręce na łóżku i pochylam nad twarzą blondynki. – Nie chcę, żebyś była sama.

– Nie będę. Mam Wichurę, Briettę i jeszcze to – Wyciąga spod bluzki naszyjnik, który jej podarowałem. – Cieszę się, że go nie zgubiłam.

Uśmiecham się do niej, a ona odwzajemnia gest.

– Szybciej.

Eret wyskakuje przez okno. Gonię Szczerbatka za nim, a sam naciągam się by pocałować Astrid w policzek.

– Każde pożegnanie będzie tak wyglądać?

Przechylam głowę patrząc w niebieskie oczy. Błyszczą smutkiem i szczęściem. Jak to możliwe?

– Nie narzekam. A ty?

Łapie mnie za kołnierz i przyciska swoje usta do moich. Ręce, na których się podpieram robią się niestabilne. Mam ochotę ją objąć i pogłębić pieszczotę, ale ona nie zamierza przedłużać przyjemności. Odrywamy się od siebie kilka sekund później.

– A mnie się to nawet zaczyna podobać. – mówi cicho uśmiechając się śmiało.

Ostatni raz muskam jej usta szybko, delikatnie, po czym odbiegam i wyskakuję przez okno. Śmieje się cicho i szczerze, a mnie serce się raduje.

Astrid

Siedzę na łóżku wpatrując się w okno za którym znika Czkawka. Nie mogę przestać się uśmiechać. Szczerbatek zagląda mordką do pokoju, a Czkawka szczerzy się przyciskając brodę do głowy przyjaciela.

– No już, lećcie. – proszę go, ale on uśmiecha się niewzruszony.

– Obiecaj, że będziesz na siebie uważać.

Kręcę głową ze śmiechem.

– Zawsze uważam. – Wznosi brwi nie dowierzając. – Dobra. Nie było tematu.

– Bądź ostrożna.

– Będę ostrożna. Obiecuję. – Kładę rękę na sercu, gdy to mówię. On uśmiecha się.

– Dobra. Czyli mogę spać spokojnie. – Śmieję się słysząc go. – Trzymaj się, Milady.

Szczerbatek znika z mojego pola widzenia, a potem słyszę świst wiatru jak odlatują. Nie mogę powstrzymać szczęścia, które zagościło na mojej twarzy na dobre.

Nagle drzwi do pokoju się otwierają. Odwracam spojrzenie w nadziei, że to Brietta, ale mój uśmiech momentalnie znika.

To ojciec.

– Astrid, bogowie, ty żyjesz – Wchodzi do środka rozkładając ręce. Chyba nie chce mnie przytulić, prawda? – Córko, całe szczęście...

Jakie szczęście?!

– Nie dotykaj mnie – Zatrzymuję go ręką.

– Nie było cię tak długo. Jak ty się zachowujesz?!

Czuję jak rośnie we mnie wściekłość. Cała radość, którą wywołała u mnie obecność Czkawki znika. Czuję smutek, żal, gniew. Wszystko co się wydarzyło wraca, a potęga tych złych czynów i chwil miażdży te dobre.

– Twoja matka mało co nie umarła, wraca do zdrowia, a ty znikasz z Sollar.

Przez ciebie i mamę uciekłam. W zasadzie chciałam tylko odetchnąć i pomyśleć, bo to czego się dowiedziałam wstrząsnęło całym moim życiem.

– Nic nikomu nie mówisz. Dwa dni cię nie było.

Szkoda, że tylko dwa dni. Po tym co zrobiłeś z mamą, wolałabym odejść i nie wrócić.

– Wróciłaś i nic nikomu nie powiedziałaś?!

Nie mogłam! Nie dawno się ocknęłam!

– Co się z tobą dzieje!?

Czuję jak łzy docierają do mnie i próbują wziąć nade mną kontrolę. Wulkan gniewu, który próbuję uciszyć, za chwilę wybuchnie.

– To co odstawiasz przez ostatnie tygodnie przechodzi ludzkie pojęcie. Mi grozisz, matkę doprowadzasz do załamania nerwowego, całkiem zapomniałaś o zajęciach z Briettą i znikasz coraz częściej. Co się z tobą dzieje, Astrid?!

– Przestań!!!

Krzyk roznosi się po całym domu, pewnie słychać mnie na zewnątrz, ale mam to gdzieś. O dziwo nie płaczę. Czuję jak wypełnia mnie nienawiść. Nienawiść do własnego ojca. Do tego, który nie zasługuje na to by nim być.

– Jak śmiesz podnosić na mnie -

– Zamilcz! – krzyczę na niego. Patrzę mu w oczy i widzę ten płomień gniewu. Ten sam, który budzi we mnie pożar. Ogień, który potrafi spalić całą miłość, a nie podniecić piękne uczucie. – Nienawidzę cię.

– Słucham? Coś ty powiedziała?

– Nienawidzę cię. Całe życie wierzyłam w to, że jestem dla ciebie ważna, ale zawsze kiedy potrzebowałam ojca, on mnie krzywdził. Odsuwałeś mnie od siebie od samego początku. Więziłeś latami, nie okazałeś mi krzty zainteresowania, nie pokazałeś, że moje zdanie jest ważne, że się liczę. Zawsze ważne było utrzymanie wyspy bezpiecznej, tylko to, czy nic nam nie grozi. Tyle razy prosiłam, pytałam dlaczego, ale zawsze dostawałam tą samą odpowiedź - „Świat jest niebezpieczny, ludzie są źli". Teraz już wiem dlaczego. I nie mogę zrozumieć czemu nie próbowałeś walczyć. Ukryłeś nas wszystkich ze strachu. Jesteś tchórzem.

– Astrid, uspokój się – mówi moja przyjaciółka stojąca za plecami mojego ojca.

– Wiesz, jaka byłam nieszczęśliwa? Wiesz, ile przepłakałam nocy za wujkiem? Wiesz ile razy zastanawiałam się dlaczego nie potrafisz mnie kochać? Starałam się być taka jaką chciałeś, żebym była. Tylko nie wiem po co. Żebyś mnie docenił? Nigdy nie byłeś ze mnie dumny.

Jego mina jest zmartwiona, ale jednak zagniewana. Zamiast coś powiedzieć, zaprzeczyć, powiedzieć, że się mylę, on milczy.

– Wiem, o rzeczach które chciałeś przede mną ukryć. Wiem, więcej niż ci się wydaje.

Brietta nie próbuje mnie uciszyć. Krzyżuje ręce na piersiach i spuszcza wzrok.

– Wiem, że walczyłeś z Stoickiem Ważkim o władzę na wyspie Berk. Wiem, że zwyciężył i że cię wygnał. Wiem, że się boisz. Wiem, że ten strach zawładnął tobą i nie potrafisz nikomu zaufać.

– Skąd o tym wiesz? – Przenikliwe spojrzenie taty nie potrafi przebić się przeze mnie. Jest za daleko. Nie jest wstanie mnie dosięgnąć. Nigdy nie potrafił, bo nie chciał. A teraz jest już za późno.

– Nieważne. Wiem i już. Jeśli chcesz kłamać, to proszę bardzo. I tak ci nie uwierzę i nie zaufam.

– Astrid, po-

– Nie. Nie będę słuchać. Mam dosyć.

Nie słucha mnie. Siada na łóżku przede mną i próbuje złapać mnie za rękę, ale nie pozwalam mu.

– Niczego nie rozumiesz.

– Nie jestem już małą dziewczynką, która jest ślepa i głucha. – mówię z bólem serca. Łzy cisną mi się do oczu od chwili, gdy wszedł do pokoju. Z trudem się powstrzymuję od wybuchnięcia płaczem.

– Porozmawiajmy.

– Nie będę z tobą rozmawiać. Nie dam sobie zrobić prania mózgu.

W jego oczach widzę smutek. Prawdziwy smutek. Taki sam jak wtedy, gdy powiedział, że mama umiera. Mimo to nie potrafię się przełamać i pozwolić mu mówić.

– Nie znasz mnie. Nic o mnie nie wiesz. Nie obchodzę cię w najmniejszym stopniu.

– To nieprawda. – przeczy. Pochyla głowę, żeby zajrzeć mi w oczy, ale ja je zamykam.

– Wyjdź. – mówię.

– Astrid...

– Wyjdź. – proszę. Otwieram oczy, ponoszę na niego wzrok, ciągle tu jest. – Wynoś się! Wynocha! – krzyczę pokazując mu drzwi. Patrzy mi w oczy.

– Wodzu – odzywa się Brietta, ale on na nią nie patrzy. Skupia swoje oczy na mnie, a ja coraz bardziej mam ochotę zacząć go kopać, aż spadnie z łóżka. – Chyba lepiej będzie jeśli wódz wyjdzie.

Zdaje mi się, że mija wieczność zanim wstaje i odchodzi, po czym znika za drzwiami. A wtedy ja wybucham płaczem. Zanoszę się łzami, a ramiona Brietty mnie przyciągają i nie pozwala mi być samej. Trzyma mnie, a ja wyrzucam z siebie cały ból.

Co z tego, że jestem wojowniczką? Walczyłam. Długo walczyłam o uwagę, o miłość, o zachwyt w oczach ojca. I nigdy mnie tym nie obdarzył. Może po prostu nie zasługuję na to. Może za mało się starałam. Trudno. Nadchodzi moment, w którym trzeba odpuścić, zostawić to tak jak jest. To jest ta chwila. To koniec. Jestem już zmęczona. Poddaję się.

Rozdział 20

Czkawka

Przez pół drogi rozmawiałem z Eretem. Chcę go lepiej poznać. W końcu postanowił przyłączyć się do Jeźdźców smoków. Udowodnił, że można mu ufać.

Opowiedział czym się wcześniej zajmował, co robił, a to przypomniało mi Dagurze, przez odnalezieniem Heather. Był taki sam, tylko gorzej mu szło łapanie smoków. Opowiedział dla kogo pracował. Wspomniał o Drago Krwawej dłoni czy jakoś tak. Już samo to, że kazał powiesić Astrid w pod sufitem na łańcuchu i torturować budzi we mnie furię, a to co robi smokom pogarsza moje myślenie na jego temat. Powiedział jak ją znalazł i oddał w ręce łowców. Miałem ochotę wrzucić go do lodowatej wody, ale obronił się tym, że chciał jej później pomóc. Opowiedziałem mu o Berk. O tym, gdzie teraz zamieszka jeśli będzie chciał. Zgodził się, ale nie obiecał, że na pewno u nas zostanie. Tematu Astrid nie poruszał, za co jestem mu ogromnie wdzięczny. A ja nie poruszałem tematu Brietty, więc... no. Temat, który lepiej omijać został ominięty.

Szczerbek ląduje w centrum wioski. Ściągam maskę i przytwierdzam do siodła.

– To jest to całe Berk?

– Jest większa. – odpowiadam brunetowi i schodzę z Szczerbatka. – Zaraz dostaniesz kosz ryb. – głaszczę przyjaciela po ciemnych łuskach, a on uśmiecha się patrząc swoimi wielkimi zielonymi oczami w moje.

Nagle słyszę dobrze znany mi śmiech. Odwracam wzrok w stronę kuźni skąd słychać radość i widzę tatę i Pyskacza, który przybija ząb niebieskiemu Zębiroku Zamkogłowemu.

– Oto i on! Chluba Berk!

Wszyscy skupiają na mnie oczy i choć się przyzwyczaiłem, jakoś nie specjalnie lubię być w centrum uwagi.

– Wreszcie raczył stawić się jak reszta. Hura! – Wchodzę do kuźni, a Pyskacz uderza mnie lekko młotkiem w naramiennik.

– Coś mnie zatrzymało. – odpowiadam pośpiesznie idąc do ojca. – Yyy, tato, zamienimy słówko? – Przedzieram się przez wiszące i stojące przedmioty zagracające kuźnię.

– Tak cię coś świerzbi, żeby mi coś powiedzieć? – Kładzie mi swoje silne ręce na ramionach. Obejmuje jednym i prowadzi do okienka, gdzie przyjmuje się zamówienia.

– Nie to o czym myślisz, ale tak. Świerzbi.

– Och, to zacnie! – Rzuca mi siodło i w ostatniej chwili je łapię nim obrywam w twarz. – No, lekcja pierwsza: Dobry wódz dba o swoich ludzi.

No rzesz, znowu o byciu wodzem? Nie chodzi mi o przejęcie dowództwa.

– Patrz. Czterdzieści jeden! – woła stając przed okienkiem.

– Moglibyśmy pogadać na osobności? – proszę, ale mnie nie słucha.

– Czterdzieści jeden!

Wiking spośród wielu wyłania się i pędzi do okienka. Ojciec mruga do mnie, a ja mało co nie wychodzę z siebie.

– Teraz ja! Cały dzień tu stoję. Chcę takie wysokie siodło z mnóstwem ćwieków i żeby miało wielgachny pojemny schowek.

A ja bym chciał mieć prawo decydować o swoim życiu i mieć prawo wyboru.

Nastaje cisza. Wszyscy patrzą na mnie, a ja zdaję sobie sprawę, że powiedziałem to na głos. Ojciec patrzy na mnie w zdumieniu, podobnie jak ten wiking składający zamówienie.

O rany!

– Oczywiście! Zrobi się. – zapewniam Wandala, przy okazji się uśmiechając. Odciągam ojca od wikingów i ciągnę za sobą w głąb kuźni. – Tato, serio to co chcę ci powiedzieć jest trochę ważniejsze od robienia siodeł.

– Lekcja druga: Gdy w grę wchodzi służenie swoim ludziom, nie ma błahych zadań.

No ludzie!

– Tato... – No gdzie on idzie?! – Pogadajmy w cztery oczy.

Nie słucha mnie. Pokazuje mi co mam wziąć ze sobą i nie daje mi dojść do głosu. Z tyłu słyszę jak Pyskacz wścieka się na Marudę, bo nie napalił w piecu.

– Tato, naprawdę muszę ci opowiedzieć o tym na co się natknęliśmy.

Idzie sobie. Idę za nimi targając skrzynię z narzędziami.

– Co jeszcze? – rzuca pytanie kowal.

– Trochę zajęło nim znaleźliśmy trop, ale kiedy wreszcie natknęliśmy się na fort wroga nie było za ciekawie. Niezbyt gościnnie nas tam przyjęto.

– Nie gadaj! Nikt nie skakał z radości na widok Jeźdźców smoków? – Pyskacz się śmieje, ale mnie nie jest do śmiechu.

– Nie. Do ludzi wrzeszczących „Ratuj się kto może" albo „To oni, nieustraszeni Jeźdźcy smoków" już przywykliśmy, ale to byli myśliwi. Łowcy smoków.

Pojawia się reszta. Moi przyjaciele z pochmurnymi minami.

– Trzeba było widzieć ile zastaliśmy łodzi, pułapek, klatek. Setki zamkniętych smoków. – opowiada z przejęciem Śledzik. – Były takie przerażone.

– Ja cię kręcę. Wy to się kiedyś wpakujecie w niezłe tarapaty dzieciaki. Nie każdy aprobuje taki styl życia.

Czy Pyskacz nie słyszał co mówił Śledzik i ja? Serio? Tarapaty? Od lat walczymy i ratujemy smoki.

– Tak. Pyskacz ma rację, synu. Lepiej trzymać się swoich. Zresztą, będziesz miał ważniejsze rzeczy na głowie. – Włącza maszynę do zszywania materiału. – Jak już ogłosimy wielką nowinę. – Zaciera ręce, uśmiechając się jakby był najszczęśliwszy na świecie.

Wyłączam maszynę.

– Czy ty możesz, choć na chwilę się skupić? Znaleźliśmy setki smoków i łowców.

– Drago Krwawdoń zbiera smoczą armię. – odzywa się Eret. Zwraca na siebie swoją uwagę.

– Krwawdoń? Dobrze usłyszałem? – Ojciec łapie mnie za ramiona. Patrzę mu w oczy. Widzę w nich strach.

– Yyy, tak. Zaraz. Ty go znasz?

Tata wygląda na zmartwionego. I to bardzo. Tak bardzo, że zaczynam się bać.

– Tato, hej zaczekaj.

– Musimy uziemić smoki! Do stajni z wszystkimi, pospieszyć się!

Zatrzymuję ojca przed całkowitym odejściem do stajen. Pogania mieszkańców i nie da mi nic więcej powiedzieć.

– Tato, jest coś jeszcze.

– Nic więcej nie jest teraz ważne.

– Mamy się ukryć? Poważnie, to jest twój plan?

Mija mnie i idzie do stajen.

– Pomów ze mną!

– Nie ma czasu, Czkawka.

– Byłem tam, widziałem co się tam działo. Uwolniliśmy smoki.

– Co nie zmienia faktu, że Drago mógł złapać nowe.

Racja. Istnieje taka możliwość.

Idę za nim. Szczerbek drepcze za nami jak i jeźdźcy z Eretem.

– Zabierzemy się większą grupą i załatwimy go. Czemu panikujesz?

– Bo Drago Krwawdoń to szaleniec bez sumienia i litości. – Szarpie mnie za ramiona, w oczach ojca błyszczy niepokój i determinacja do obrony Berk. – Jeśli rzeczywiście zbiera smoczą armię... Bogowie miejcie nas w opiece. Nie próbuj mi go szukać, Czkawka.

– Już go poznaliśmy. – odzywa się Mieczyk.

– Nie tak oficjalnie, ale wydaje nam się, że jest potężny. Łowców roiło się na statkach. – dodaje Szpadka.

– Jakim cudem nic wam nie jest? – zaskoczenie Pyskacza budzi w bliźniakach rozbawienie.

– Jesteśmy wykwalifikowanymi Jeźdźcami. Nikt nam nie podskoczy.

Przewracam oczami słysząc rodzeństwo Thorstonów.

– Pracujesz dla niego? Jesteś szpiegiem? – Spojrzenie taty kieruje się na Ereta.

– Nie. Jestem po waszej stronie.

– Myślisz, że jestem głupi?

– Hej, spokojnie. – Staję między Eretem i tatą. Atmosfera jest gorąca, zaraz dojdzie do poważnej awantury. – Możemy mu ufać, jest przyjacielem.

– Bo zabrał się z tobą na Berk?!

– Gdyby nie on nie znalazłbym Astrid.

Zapada grobowa cisza. Thorze, to cisza przed wielką burzą.

Spojrzenie taty skupia się na mnie. Jest fatalnie.

– Astrid? Ta Astrid? Znowu ona?

– Tato...

– Ilekroć o niej słyszę zawsze jest coś nie tak. Zawsze są jakieś problemy.

– Ale ona nie...

– Nie chcę o niej słuchać. Sprowadza na nas kłopoty jakich jeszcze nie było. Pojawiła się znikąd, namieszała i...

– Nie mów tak o niej! – wybucham. – Ona nie jest winna! Do Thora wielkiego, ile można?!

– Uspokój się!

– To ty się uspokój! Od miesięcy próbujesz mnie zeswatać z dziewczyną, której nie kocham, zrobić mnie wodzem i nie obchodzi cię moje zdanie. Więc nie uciszaj mnie, dobrze?!

– Co w ciebie wstąpiło?

Nasze oczy wpatrują się w siebie. Całe szaleństwo buzuje mi w żyłach, a błysk zielonych tęczówek taty przenika mnie całego. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Może ostatnio wydarzyło się za dużo bym mógł spokojnie to strawić. Sam. Bez jego wsparcia. Bo to mój ojciec. Bo matki nie mam. Bo chociaż przyjaciele popierają mnie w moich wyborach, to za mało. Bo ta jedna część, która powinna być wypełniona zrozumieniem ojcowskiej miłości jest pusta.

Nie umiem wydusić z siebie ani słowa. Serce łomocze mi w piersi jak dzwon, lecz nie mogę wypowiedzieć tego co ono czuje. A czuje wszystko ze zdwojoną siłą.

Odchodzi pozostawiając mnie samego ze Szczerbatkiem. Przyjaciele mijają mnie ze zmartwionymi twarzami. Zaciskam pięści. Idą pomóc ze smokami w stajniach, robią co wódz rozkazał.

Szczerbek pomrukuje wciskając łeb pod moje ramię. Rozluźniam dłoń, kładę ją na głowie przyjaciela.

Ryzykujemy za wiele – słowa Astrid zaśpiewały mi w uszach. Zamykam oczy.

Czy to co się obudziło w niej i we mnie jest czymś złym? Wydaje się, że musimy walczyć o przetrwanie na polu bitwy. Wystawieni na próbę tego czy jesteśmy wstanie pokonać każdą przeszkodę. Tylko co jeśli tymi przeszkodami są nasi bliscy?

Astrid

Siedzę przy stole owinięta kocem. Na nogach mam ciepłe wełniane skarpety. Moje włosy są spięte w luźnego koka. W palcach obracam medalion. Nie uśmiecham się. Nie płaczę. Nie czuję nic poza pustką. Nie w tej chwili.

Przede mną na stole stoi świeca. Płonie żółto-pomarańczowym kolorem, lecz nie grzeje pomieszczenia. To palenisko za mną ogrzewa dom. Ale nie ma nikogo, kto ogrzałby moje serce.

Brietta przynosi mi kubek parujących ziół. Biorę go w dłonie dziękując przy tym, ale nie patrzę w oczy przyjaciółki.

– Porozmawiamy? – pyta siadając naprzeciw mnie. Nie odpowiadam, lecz to jej nie powstrzymuje od mówienia. – Astrid, powinnaś pójść do wieszczki.

– Nie pohańbili mnie, jeśli o to ci chodzi. – mówię szybko.

Upijam nieco herbaty. Chciałabym zapomnieć o tamtym strachu i bólu.

– Nie mam siły rozmawiać na żaden temat. Każdy jest trudny i przykry. – Jeżdżę palcem po brzegu kubka wpatrując się w stół. – Czuję pustkę. Czuję, że nic nie jest wstanie naprawić tego co się wydarzyło.

– Potrzebujesz czasu. Wszystko się ułoży, tylko...

– Nie, Brietto, nic się nie ułoży. – Kręcę głową. Odkładam naczynie na stół, po czym obejmuję kolana ramionami. – Czas nie odbuduje tego co runęło. Ja nie chcę. Jestem zmęczona tymi tajemnicami, ukrywaniem się, albo tym czy kiedyś ojciec mi zaufa i będzie dumny. Starałam się dwadzieścia lat i uważam, że teraz jest ten moment, kiedy muszę odpuścić. Walczyłam za długo, nie mam już siły.

– Jesteś Astrid Hofferson. Nieustraszona wojowniczka.

– W boju. – zaznaczam. – Mogę walczyć toporem, mieczem, ale nie sercem.

Oddałam serce wielu osobom. Oddałam wujowi, ale kiedy odszedł, serce pękło. Brietta je posklejała. Oddałam je rodzicom, ale oni poniewierali nim jak nic nie wartą rzeczą. Wichura zabrała je do nieba, a wiatr poniósł me serce w powietrze, by odżyło. A teraz wszystko wróciło, uderzyło mnie z całej siły i każda nadzieja, każde pragnienie, każda dobra myśl oraz uczucie zostało skopane.

Teraz czuję się słaba, bezsilna.

Może kiedyś będę miała tyle sił, by stanąć twarzą w twarz z tymi którzy mnie zranili. Może kiedyś im wszystkim powiem, że jestem silniejsza po tym co mnie spotkało.

– Co będzie z tobą i Czkawką?

Co będzie? Szczerze? Nie wiem.

– Nic – wzruszam ramionami.

Patrzy na mnie zdziwiona. Moje palce zaczynają bawić się brzegiem koca.

– Jak to nic?

– To skomplikowane.

– Cała sytuacja jest skomplikowana, lecz nie to co się dzieje między wami.

Brietta przesuwa się obok mnie. Kładzie mi dłoń na kolanie i uśmiecha się pokrzepiająco. W jej oczach tli się smutek i siostrzana miłość.

Czkawka

Pusto. Cisza. Woda. Horyzont. Ani śladu wroga.

Wypuszczam powietrze z płuc. Szczerbatek ziewa, a moja dłoń głaszcze go po głowie. Ma dość. Latamy w miejscu od dobrych dwudziestu minut bez celu.

Od chwili kiedy ojciec zarządził uziemienie każdego smoka na wyspie, a raczej pod wyspą, w stajniach, które znajdują się w podziemiach (pokręciłem trochę, wiem) każdy szykuje wyspę do obrony. Pyskacz szykuje nową broń, inni szykują katapulty. Panika ogarnęła całą Berk. Może i wandale nie wrzeszczą i nie biegają jak opętani, ale czuć w wiosce napięcie.

Ktoś przelatuje koło nas, a tym ktosiem jak się później okazuje jest Hakokieł. Sączysmark zatrzymuje go zaraz obok Szczerbatka.

– A gdzie posłuszeństwo wobec wodza? – rzucam kpiące pytanie nie odwracając wzroku z horyzontu.

– Sam nie lądujesz, więc nie upominaj mnie. – prycham rozbawiony odpowiedzą przyjaciela. – Szpadka pobija do Ereta.

– Nie zwraca na nią uwagi. Próbuje ją omijać jak się tylko da. – mówię. On chce coś odpowiedzieć, ale wiem co, więc dodaję: Nie, nie będę udzielał rad jak zdobyć serce kobiety.

Sączysmark się śmieje.

– Myślisz, że Drago znajdzie Berk?

– Myślę, że mój ojciec przesadza z ostrożnością. Poza tym nie sądzę, by Drago znał lokalizację wyspy. Nigdy o nim nie słyszeliśmy. Gdyby coś nam groziło wiedzielibyśmy o tym.

– A może Stoick ma rację? Widziałeś jego kryjówkę, widziałeś łowców, klatki i to co się tam działo.

– Widziałem – potwierdzam ostrym głosem. Ile bym dał, żeby zapomnieć tamten widok. – Koszmarne wspomnienie.

– To jak odnaleźliśmy smoki, czy to jak wyniosłeś Astrid?

Karcę go wzrokiem. Podnosi ręce w obronnym geście.

Ile można? Serio, zero zastanowienia nad tym co mówi.

Wzdycham i skupiam wzrok na horyzoncie.

– Nie masz czegoś ciekawszego do roboty? – Chcę zmienić temat, może i nawet spławić.

– Nie odpowiada się pytaniem na pytanie.

– Od kiedy jesteś taki mądry?

– Pff, od zawsze.

Śmiejemy się w głos. Dobra, może i Smark nie ma wyczucia, może i lubi wkurzać innych, ale nie jest bardziej irytujący od bliźniaków. Co dziwne, wyczuwam, że naprawdę obchodzi go co myślę. Przynajmniej na tą chwilę.

– A propos Astrid, co z nią? Obudziła się już, lepiej się czuje?

Kiwam głową.

– Tak i tak. Wydaje mi się, że powoli będzie wracała do siebie.

– Powiesz Stoickowi o tym co się stało? Wiesz, o tej całej sytuacji z poszukiwaniami i przypadkowym znalezieniem jej w łapach łowców?

– Jego to nie obchodzi. Sam słyszałeś jak się wściekł, kiedy o niej wspomniałem.

– Ale przesadziłeś, to fakt.

– Przesadziłem? Rujnuje mi życie!

Smark śmieje się. Zaraz wyprowadzi mnie z równowagi!

– To nie jest zabawne, Smark! Żałuję, że nie powiedziałem mu wszystkiego co myślę.

To co sądzę o wszystkim co mi robi tata, nie zmieściło by się na jednej kartce.

– Oj nie bądź taki. Wiesz, że jestem po twojej stronie. Po twojej jakże dobrej, wspaniałej, wiernej, dumnej stronie.

Że jakiej?

– Hej, wy tam! – Smark i ja spoglądamy za siebie. Na skraju wyspy stoi Pyskacz. – Macie odstawić smoki do stajni!

– Kto tak powiedział?

– Twój ojciec. – Wzdycham słysząc odpowiedź na moje pytanie.

– Cóż, miło było, ale się skończyło. – rzuca Smark. Zawraca Hakokła i lecą do stajni.

Prowadzę Mordkę na ziemię. Szczerbatek ląduje na trawie, ale nie opuszczam siodła. Pyskacz uśmiecha się smutno.

– Wiem, młody, że jesteś nie w sosie przez to co się dzieje, ale zrozum Stoicka.

– Dlaczego mam go zrozumieć? On nie rozumie mnie.

– Jest wodzem. Chroni Berk. A tak się składa, że Drago to morderca bez skrupułów.

– Nie o to mi chodzi. – Kręcę głową. Pyskacz nic nie odpowiada, ale tylko dlatego, że czeka na moje wyjaśnienie. – Nie słucha mnie. Nie słuchał od samego początku. Tamtego wieczoru, gdy wróciłem do domu po pracy w kuźni, rozmawiałem z nim. Tak szczerze, bez kłamstw albo kłótni. Myślałem, że się zrozumieliśmy, że coś do niego dotarło, ale dzisiaj... Wiem, że się myliłem.

– Czkawka, daj mu czas. Ostatnio twój ojciec ma wiele na głowie.

– A ja nie? Pyskacz, ja też mam się czym martwić. Okazuje się, że są jeszcze jacyś łowcy, i to nie byle jacy, bo bezwzględne zwyrodniałe potwory. Poza tym, dowiaduję się, że za kilka miesięcy mam się związać na całe życie z kobietą, którą nie kocham i objąć władzę na wyspie na co nie jestem gotowy.

Smutna zmartwiona mina Pyskacza pozbawia mnie gniewu i pozostawia jedynie rozczarowanie. Jestem rozczarowany wszystkim wokół, bo nie mogę znaleźć żadnych pozytywów.

– Czemu nie wróciłeś z resztą? – zadaje mi pytanie, kiedy schodzę z grzbietu Szczerbatka.

– Bo nie mogłem. – Mój ton jest obojętny, a rzadko się to zdarza.

– Bo zostałeś u Astrid.

– I co z tego?! Zrobisz mi kazanie jak on?! – wrzeszczę pokazując ręką na centrum wioski, gdzie znajduje się mój tatuś i rozmawia z jakimś wikingiem. Z daleka rozpoznam jego sylwetkę i rudą brodę.

– Oczywiście, że nie.

Prycham słysząc odpowiedź starszego przyjaciela.

– Jak ją znaleźliście?

– Szczerbek złapał trop Wichury. Znaleźliśmy kryjówkę łowców, a potem Astrid.

– Gdzie była?

– W klatce.

– Nie smok, tylko blondynka.

Zaciskam zęby. Odwracam wzrok na morze. Jest tak głębokie jak niebieskie oczy. Ciemne, przerażające, odległe. Tak jak wtedy, gdy oczy Astrid się otworzyły i spojrzały w moje. Błyszczały słonymi kroplami, nie oceanu, lecz łzami. A ja myślałem, że stracę oddech.

– Czkawka! – głos Pyskacza wyławia mnie z zamyślenia.

– Co?

– Pytam po raz czwarty: Gdzie znalazłeś Astrid?

Wypuszczam powietrze przez nos.

– Wisiała nad ziemią, na łańcuchach, katowali ją, a ona... Thorze, co za koszmar. – Zamykam oczy, ale jest jeszcze gorzej. Obraz tego jak ją widzę jest wyraźniejszy. – Ja nie mogłem... Byłem na siebie taki zły, że nie zdążyłem wcześniej.

– Czkawka, nie miałeś po-

– Wpadłem w furię. Nie umiałem... ja...

Zacinam się. Nie jestem wstanie opisać tego co czułem wtedy i czuję teraz.

Szczerbatek trąca mnie w ramię. Kładę dłoń na łuskach smoka, ich ciepło nieco mnie uspokaja.

– Powiedz ojcu.

– Co mam mu powiedzieć? Nie powiem mu niczego co by go interesowało.

Pyskacz staje naprzeciw mnie. W jasnym spojrzeniu widać zdecydowanie tego co chce mi powiedzieć. Każda zmarszczka dodaje mu mądrości, co w innej chwili pewnie wywołałoby mój uśmiech.

– Ty go interesujesz. Jesteś jego jedynym synem. – Chcę coś powiedzieć, ale kowal mi nie pozwala. – On też nie jest zachwycony tym w co cię wpakował, albo tym, że nie spytał ciebie o zdanie. Stoickowi trudno przyznać się do błędu, znasz go. Zaufaj mu trochę i powiedz mu o tym co się stało. Powiedz mu prawdę.

– Nic to nie zmieni. – Kręcę głową z grymasem na twarzy. Nie jestem przekonany, nie wierzę w to, że coś w tym pomoże.

– Zdziwisz się.

Astrid

Musiałam zebrać się na siłach, żeby iść w tej chwili do domu. Wichura kroczy przy mnie wiernie, a ja z kamienną miną patrzę tylko przed siebie. Nie zwracam uwagi na mieszkańców, którzy witają mnie machając ręką. Doskonale wiem, że po cichu mówią o tym, że zniknęłam i znów wróciłam martwiąc rodziców. Wiem, że mają odmienne zdania na mój temat. Tak to jest w miejscu, gdzie wszyscy się poniekąd znają.

Wichura zostaje pod domem. Czeka na mnie, kiedy ja postanawiam wejść do środka. Naciskam klamkę i przekraczam próg.

Mama siedzi przy stole obejmując dłońmi kubek. Podnosi znad niego wzrok i wbija we mnie jasne niebieskie oczy. Ojciec siedzi w swoim fotelu, i on podnosi na mnie spojrzenie w którym odbija się ogień paleniska.

– Przyszłam tylko po swoje rzeczy. Zaraz sobie pójdę. – rzucam z obojętnością. Kieruję się schodami na górę do swojego pokoju.

W sypialni znajduje się łóżko, w którym spałam, płakałam, śniłam i miewałam koszmary. Jest też szafa z komodą, gdzie są poskładane w kostkę ubrania. Jak zwykle musi być porządek. Na półce nad biurkiem są w rządku poukładane cztery książki. Przeczytałam je już dawno po kilkanaście razy. Jeśli nie mogłam wychodzić z domu, bo miałam szlaban, nie pozostało mi nic innego jak zatopić się w lekturze.

Pod łóżkiem schowałam notes wuja Finna. Wyciągam go i chowam do skrzyni. Jakoś będę musiała przytwierdzić ją do Wichury.

Pakuję ubrania, sztylety, jakiś koc i to by było na tyle. Nie mam żadnych pamiątek, żadnych cennych rzeczy, które mogłabym stąd zabrać. Jedynym cennym dla mnie przedmiotem jest naszyjnik od Czkawki, który ma swoje miejsce na mojej szyi.

Drzwi skrzypią, a do pokoju wchodzą moi rodzice. Nie zwracam na nich uwagi.

– Astrid, córeczko – głos mamy dociera do mnie jak przez ściany.

– Co ty robisz? – pyta mój ojciec. Nie odpowiadam. Chyba wyraźnie widać co robię. – Pakujesz się?

Gratulacje, zgadłeś.

– Dokąd idziesz?

– Jak najdalej od was – odpowiadam sucho.

Są przygnębieni, podłamani, a wszystko przez to, co się wydarzyło. Ojciec pewnie poskarżył się mamie jak to go potraktowałam w domu Brietty. Czy mnie obchodzi co w tej chwili czują? Ani trochę.

– Skarbie, porozmawiaj z nami. – Mama wyciąga do mnie ramiona, chce mnie przytulić. Nie pozwalam jej na to.

Jeśli teraz ulegnę cierpieniu rodzicielki utknę. Znowu zamkną mnie w czterech ścianach.

– Nie mam o czym z wami rozmawiać. Nie będę słuchać niczego, co chcecie powiedzieć.

– Astrid, ty nic nie wiesz. Daj sobie wytłumaczyć...

– Nie dotykaj mnie! – Strącam rękę ojca z naramiennika. Patrzy na mnie zmartwiony, przybity, ale mnie to nie rusza. – Ty zakłamany egoisto... Jak mogłeś mi to zrobić!?

– To było dla twojego dobra.

– Mojego dobra. Tak, jasne. Przestań wciskać mi te bajki! I nie zbliżaj się do mnie. – Powstrzymuję ojca od kroku w moją stronę.

– Astrid, jest wiele rzeczy których nie wiesz.

– Wiem, aż zanadto o przeszłości. Oszczędźcie mi bzdur wciskanych mi od maleńkości, dobrze?

– Znalazłaś list i dziennik Finna, prawda? – Ignoruję matkę. Zamykam walizkę. – Twój wujek nie opisał tam wszystkiego. Nie wiedział o wszystkim.

Nie słucham ich. W ogóle mnie to nie obchodzi.

– Córeczko...

Thorze jak to boli. Ojciec w żalu mówi do mnie córeczko. Dlaczego nie mówił tak do mnie, gdy byłam młodsza, gdy pragnęłam być przez niego zauważona.

– Nie wierzę wam.

– Finn był zakochany w Valce, narzeczonej Stoicka Ważkiego.

Zamieram. Moje palce zatrzymują się przy zamknięciu, a wzrok na ścianie przede mną. Wstrzymuję powietrze, świat jakby nagle się zatrzymał.

– Co...?

– Edgar...

– Nie, Loren. Za długo milczałem. Nasza córka chce prawdy? Proszę bardzo. Przez Finna tkwimy na wygnaniu, a nie przeze mnie jak każdy w to wierzy.

Wszystko ustaje. Słyszę tylko słowa ojca przebijające się przez moją świadomość.

Narrator

Kilkanaście lat temu

Stała na plaży, patrzyła na zachodzące słońce podziwiając piękny widok. Wiatr bawił się jej brązowymi warkoczami wprawiając je w taniec. Uśmiechała się wciągając morskie powietrze do płuc i ciesząc chwilą samotności.

Od dawna nie mogła sobie pozwolić na prostą przyjemność, którą znajdywała w czytaniu, zwiedzaniu wyspy, doglądaniu prac wikingów, albo właśnie podziwianie zachodów słońca. Ostatnio pojawiło się wiele problemów, od których wolała uciec, a one i tak ją doganiały.

– Tutaj jesteś, wszędzie cię szukałem. – powiedział stając obok.

Otworzyła oczy zerkając na towarzysza, który pojawił się znikąd. Wypuściła powietrze przez usta.

– Pięknie tutaj. Nie dziwię się, że znikasz w tym miejscu.

– Lubię tu przychodzić. Morskie powietrze pachnie wolnością. – odparła szczerze. – A ty? Po co tu przyszedłeś?

Westchnął. Jakoś spokój się ulotnił, a zdenerwowanie przejęło nad nim władzę.

– Chcę porozmawiać.

Westchnęła krzyżując ramiona na piersiach. Odwróciła wzrok na ocean, którego fale uderzały o brzeg.

– Nie musisz tego robić.

– Ale chcę. Finn, ile razy będziemy to przerabiać?

– Tak długo jak trzeba. Nie możesz tego zrobić. – Dotknął jej ramienia.

Nie chciała go ranić. Przyjaźniła się z nim od dawna, by móc go odtrącić. Jednak musiała coś zrobić, by zakończyć tą bezcelową dyskusję. Męczył ją tym od kilku tygodni, odkąd się dowiedział.

– Kocham go, a on mnie – rzekła twardo.

– Nie zasługuje na ciebie.

– Nie tobie to oceniać. – przyznała nie mogąc znieść tego co mówił. – Oświadczył mi się – dodała. – A ja się zgodziłam.

Przeleciał po nim zimny dreszcz. Smutek przepłynął po nim prądem i odsunął się na kilka kroków. Nie ruszyła się z miejsca.

– Nie patrz tak na mnie.

– A jak mam patrzeć?! – krzyknął z goryczą. Poczuła łzy w gardle. – Popełniasz największy błąd w swoim życiu.

– Bo chcę spędzić swoje życie z człowiekiem, którego kocham?!

Wciągnął powietrze cisnąc w nią lodowate spojrzenie. Przełknęła kluchę w gardle. Nie mogła znieść żalu jaki do niej żywił. Wiedziała, że jej przyjaciel chce dla niej jak najlepiej. On i Stoick nie lubili się od samego początku, lecz ich relacja pogorszyła się jeszcze bardziej gdy Valka zaczęła się spotykać z rudowłosym. Rywalizacja między młodymi mężczyznami się zwiększyła, a ona nie mogła ich pogodzić.

Stał jak słup soli i wpatrywał się w szatynkę jak w rzeźbę kobiety pełnej piękna.

– Bierzemy ślub za trzy miesiące.

Słowa młodej kobiety zabrał wiatr, ale on zdołał je usłyszeć.

– Valko – wyszeptał imię. Spojrzała na niego. Stał tuż obok. – Nie rób nam tego.

– Nigdy nas nie było – powiedziała z smutkiem.

Patrzyli sobie w oczy, kiedy złapał jej policzki w obie dłonie i pocałował. Z szoku nie zareagowała, a gdy było po wszystkim zostawił ją samą oddalając się.

Siedział na murku bawiąc się sztyletem przewracając go między palcami. Obserwował ludzi chodzących w różne strony. Szukał go spojrzeniem mając nadzieję, że go zauważy, ale nie znalazł go.

Widział brata z nią. Obiecał mu, że przestanie się do niej zbliżać. Nie posłuchał go.

– Edgar!

Usłyszał krzyk za sobą. Poznał wzburzony ton. Zeskoczył z kamiennej ścianki stając na własnych nogach. Schował ostrze do pochwy przy pasku, by później zmierzyć się z wikingiem idącym w jego stronę.

– Gdzie Finn?!

– A skąd mam wiedzieć? – odpowiedział, krzyżując ramiona na klatce.

– Rozszarpię go gołymi rękoma.

Przełknął ślinę widząc zagniewane spojrzenie rudowłosego. Każdy na Berk uważał Stoicka za wielkodusznego, ale i wybuchowego. Niechętnie mu się stawiano.

– Przestań się chwalić swoją siłą, bo w końcu oberwiesz.

– Co powiedziałeś? – Złapał Hoffersona za kołnierz, ale ten go zaraz odepchnął. – Val poszła na plażę, a on dwie minuty później też zniknął. Oboje nie wrócili.

Zaśmiał się, choć w środku czół strach o młodszego brata. Wiedział, dlaczego ani jedno, ani drugie nie wróciło od godziny.

Wszyscy razem – on, Finn, Stoick, Sączyślin, Valka i Pyskacz – pomagali w odbudowie kilku chat na wzgórzu, które zniszczyły smoki. Nalot smoków wywołał wiele strat. Jeden dom uległ całkowitemu zniszczeniu. Dach zawalił się mało co nie przygniatając domowników. Stoick i Edgar uwolnili spod gruzów Pana domu, gdy Valka starała się uspokoić kobietę z dwójką dzieci.

– Łazi za nią od tygodni. Przysięgam, że jeśli jeszcze raz zobaczę go przy niej to...

– Może bardziej lubi towarzystwo Finna od twojego?

Zamierzył się do ciosu, ale wtedy usłyszeli wołanie. Spojrzeli w kierunku skąd dochodził krzyk. Młoda kobieta szła w ich stronę z poważną miną. Zaciskała dłonie w pieści. Na jej jasnej twarzy schły świeże łzy, które nie w sposób było ukryć. Nie przed tym, który nienawidził widzieć jej smutniej.

– Postradaliście rozum? – Rozdzieliła mężczyzn, którzy mierzyli w siebie zimne spojrzenia.

– Gdzie byłaś tak długo?

– Na plaży Thora, już ci mówiłam – Zmierzyła ukochanego zielonym spojrzeniem, który wrył go w ziemię.

– Czemu płakałaś?

Przełknęła ślinę patrząc mu w oczy. Z każdą chwilą traciła odwagę w sobie, i siły, które powstrzymywały łzy.

Nie powie mu. Nie teraz. Możliwe, że nigdy.

Zamrugała dwa razy odwracając wzrok na Edgara. Patrzył na nią z złością i nienawiścią. Głównie przez to, że jego brat stracił dla niej głowę, a Valka wybrała innego. W jego oczach widziała coś. On wiedział. Widział ich. Widział swojego brata i ją. Wtedy, gdy jedno z nich posunęło się za daleko.

Zacisnął zęby odchodząc w swoją stronę. Musiał znaleźć brata.

– Val, coś nie tak?

– Nie – Uśmiechnęła się do Stoicka przytulając się do niego. Patrzyła jak odchodzi Hofferson. – Wszystko dobrze.

Trzasnął za sobą drzwiami. Wszedł do domu i od razu skierował się schodami na piętro, gdzie znajdował się wspólny pokój braci. Stanął w progu napotykając puste pomieszczenie. Nikogo nie było w sypialni. Tak samo jak nie było w łazience, ani w kuchni. Cały dom był pusty.

Wyszedł na zewnątrz siadając na schodkach przed domem. Żałował, że był świadkiem czegoś co nie powinno się wydarzyć.

– Cześć – przywitała się niebieskooka.

Podniósł wzrok napotykając najpierw kosz z kwiatami, a raczej ziołami. Spojrzał wyżej i napotkał śliczny uśmiech niebieskookiej.

– To ty – Westchnął jakby znudzony.

Odwrócił wzrok wbijając go w drogę do centrum wciąż czekając na tego, któremu chciał sprać tyłek.

– Czemu, siedzisz całkiem sam i to jeszcze przed domem, by każdy na to patrzył. – Spojrzała na mieszkańców wracających do domów. Wszyscy kończyli pracę.

– Czekam na kogoś.

– Na mnie? – Uśmiechnęła się siadając obok niego. Zaśmiał się kiwając głową.

– Na Finna. Muszę z nim o czymś pomówić.

– Chyba szedł w kierunku domu Haddocków. Dziwne.

Spojrzał na nią przerażony. Poderwał się z miejsca i ruszył biegiem w kierunku chaty.

– Edgar, gdzie idziesz?!

Nie oglądał się za siebie. Biegł ile sił w nogach. Zatrzymał się w chwili, gdy zauważył Stoicka, kłócącego się z jego bratem. Wyglądali jakby byli gotowi skoczyć sobie do gardeł. Z boku stała szatynka próbująca uspokoić awanturującą się dwójkę. Stali na środku rynku wioski. Wokół zebrała się pokaźna ilość mieszkańców. Rzadkością były takie widowiska, więc jeśli jakieś się toczyło na ich oczach żal nie skorzystać.

– Nie zasługujesz na to miano!

– Nie ośmieszaj się!

– Nikt cię nie obchodzi! Nie widzisz niczego poza czubkiem własnego nosa!

Wyjął miecz, wymierzył go w blondyna, lecz i on wyciągnął broń.

– Dbam o tą wyspę! Gdyby nie ja już dawno by spłonęła!

– Hej! – zakrzyknął. Zwrócił swoją uwagę. Każda para oczu zwróciła się ku niemu. Ruszył naprzód trzymając w ręku miecz. – Co się tutaj dzieje?!

Stoick opuścił broń nie spuszczając wzroku z Edgara. Patrzył na blond włosego z przymrużonymi oczami, jakby sądził go za postawę i za to, że w ogóle się wtrąca.

– Też jesteś przeciwko temu, bym został wodzem?

– Szczerze? Wątpię, że się do tego nadajesz. – Zmierzył go wzrokiem.

Prychnął na odpowiedź Edgara Hoffersona. Podniósł miecz.

– Słyszeliście? Ja się nie nadaję – Zaśmiał się, a wikingowie mu zawtórowali. – Uważasz, że jesteś lepszy?

– Radzę sobie lepiej od ciebie w każdej sprawie.

– Taaak? – Krążył wokół niego obserwując. – Udowodnij.

– Co? – Nie wiedział o co chodzi Stoickowi.

W tłumie pojawiła się niebieskooka. Z niepokojem wpatrywała się w żarliwą dyskusję dwóch wojowników. Podobnie było z Valką.

– Zmierzmy się. Ten kto pokona przeciwnika przejmuje władzę na Berk. Co ty na to?

Nie podobało mu się to. Tak samo nie podobała się propozycja dwóm młodym kobietom.

– Oczywiście, jeśli się boisz...

– Nie boję się! Co ty sobie myślisz?!

Kącik ust rudowłosego uniósł się.

– To jak będzie? – wyciągnął dłoń by drugi ją uścisnął.

Dla Edgara czas się zatrzymał. Mógł odpuścić, ale okryłby się tchórzostwem. Dla tchórza nie było miejsca wśród wikingów i to był jeden z powodów, przez który uścisnął dłoń Stoickowi.

Astrid

Nie potrafię się uspokoić. To co tata mi opowiada jest jakimś szaleństwem. Co się dzieje? Czego ja się dowiaduję, na bogów?!

– Nie rozumiem – kręcę głową.

Naprawdę nie rozumiem. Czuję się jakbym została wrzucona do jakiejś ciemnej dziury pytań, odpowiedzi, czegoś w czym zupełnie nie mogę się odnaleźć. Nie wiem, co ze sobą połączyć, co do siebie pasuje, a co nie.

– Co ty do mnie w tej chwili mówisz?

– Ja i Stoick odbyliśmy następnego dnia walkę. To nie był zwykły pojedynek. To była wojna. Wojna na śmierć i życie.

Staram się ukryć strach, ale ojciec widzi go w moich oczach, gdy patrzę w jego.

– Większość stanęła po stronie Stoicka Ważkiego. Miał większą armię. Nie przegrałem dlatego, że miałem za sobą mniej ludzi, lub przez to, że byłem za słaby.

– Zatem jak cię pokonał?

– Odwróciłem się. – odpowiada z powagą.

Co takiego?

Marszczę brwi w zdziwieniu.

– Widziałem jak Finn walczy, był po mojej stronie. Niedaleko walczyła Valka, ona była po stronie Stoicka. Stali plecami do siebie. Ona i Stoick. Walczyli ramię w ramię. Ta ich spójność... A mój brat na to patrzył.

Tata spuszcza wzrok. Ma złączone dłonie razem. Zaciska palce i odwraca głowę w drugą stronę zamykając oczy.

– To dlatego walczyliście w bitwie. Bo Stoick wiedział, że wuj Finn i Valka...

– Nie wiedział. – odzywa się mama. Podnoszę na nią spojrzenie. – Twój tata nie pisnął słówka, na temat tego co Finn czół do Valki.

– Finn nawet nie zdawał sobie sprawy, że ja wiem. Myślał, że nikt nie ma pojęcia o uczuciach, które żywił do niej. – dodaje tata.

– Więc, dlaczego cię wygnał? – zadaję pytanie.

– Po tym jak wygrał dał mi wybór. Albo przystanę do Wandali i będę pod jego dowództwem...

– Albo? – pytam ciszej. Tata wymienia spojrzenia z mamą.

– Albo opuszczam granice archipelagu. Znikam i nie pokazuję mu się więcej na oczy.

Patrzę na nich próbując poukładać sobie w głowie to co mi przekazują.

– Dlaczego nie zostałeś?

– Bo Finn wciąż kochał Valkę, a ona kochała Stoicka. On by cierpiał, widząc ich razem każdego dnia.

– A gdyby Stoick dowiedział się o tym, że Finn ją pocałował...

– Nie zabiłby go – odzywam się, ale sama nie jestem pewna swych słów. Po twarzach rodziców wiem, że się mylę.

– Nie znasz go. On jest zaborczy, mściwy.

Znam. Nie tak dobrze, ale nie powiedziałabym, że Stoick Ważki, tata Czkawki to mściwy człowiek.

– Każdy, kto stanął za twoim tatą również został wygnany z wyspy.

Powoli wszystko zaczyna mi się układać. Wszystko wraca.

– Finn był moim jedynym bratem. Wszystko co robił albo doprowadzało mnie do szału, albo cieszyło.

Słyszę co mówi, ale nie potrafię spojrzeć na ojca. Patrzę się na ścianę naprzeciw nas.

– Dlatego, kiedy przyszłaś na świat on zaraz po mnie wziął cię w ramiona. Wtedy wiedziałem, że zapomniał o Valce. Może nie całkowicie, ale w większości.

– Byłeś o niego zazdrosny. – szepczę.

– Czasami. – Śmieje się, ale w rzeczywistości jest smutny. – Córcia, ty go ubóstwiałaś. Pozwalał ci bawić się się jego wąsami. Bawił się z tobą. Pierwsze co słychać było rano, kiedy schodziłaś po schodach było: Gdzie wujek? Kiedy przyjdzie? Czasami naprawdę nie mogłem znieść tego jak byłaś w niego zapatrzona, tego jak bardzo go kochasz. Nie wiedziałaś o rzeczach, które ja wiedziałem. Byłaś za mała. A kiedy zginął... Ja też nie potrafiłem sobie z tym poradzić.

– Tato...

– Kiedy odszedł... Wiedziałem, że jeśli tobie i Loren coś się stanie... ja tego nie przeżyję. Strata Finna była okropna.

Łapię ojca za rękę. Kieruje na mnie oczy. Tata płacze.

– Przepraszam, że byłem jaki byłem. – Obejmuję ojca za szyję siadając mu na kolanach. – Może nie okazuję tego jak powinienem, może ci tego nie mówię, ale kocham cię córcia.

Przytula mnie. Oddaje uścisk, przez co wyciska ze mnie kolejne łzy.

Nastąpił przełom.

Dowiaduję się o tajemnicach, o których prawdopodobnie nie miałam się dowiedzieć. A jednak poznaję prawdę. Wszystko się wyjaśnia, a ja czuję, że to dla mnie za wiele. Pewnie będę musiała się z przespać z każdą myślą.

Teraz wiem więcej. Teraz pytania, na które wcześniej nie miałam odpowiedzi w końcu mają wyjaśnienie. Nie wiem czy się cieszę, nie wiem czy to ulga, czy może raczej ból i smutek. Chyba nawet nie jest łatwiej. Wszystko się komplikuje.

Nie opuszczam domu. Nie uciekam. Nie odwracam się do rodziców plecami. Zostaję w swoim pokoju, w swoim łóżku.

Rozdział 21

Czkawka

Jest późno, kiedy siedzę w swoim pokoju na łóżku i biję się z myślami. Szczerbek leży na swoim kamiennym płacie, ale nie śpi. Patrzy na mnie swoimi zielonymi oczami, ja patrzę w jego i oboje w ciszy zastanawiamy się co powinienem zrobić.

Tata siedzi na dole pisząc listy do sojuszników o wsparcie. Również ich powiadamia o nadciągającym niebezpieczeństwie. Postawił straż na brzegach wyspy. Po cichu dogadałem się z przyjaciółmi, że jeden z jeźdźców zrobi patrol co trzy godziny na obrzeżach Berk. Ojciec nie ma o tym pojęcia.

– Cholera jasna!

Zamykam oczy kręcąc głową. Szczerbek pomrukuje, spoglądam na niego. Przejmuje się smok. Ja też.

Wstaję, biorę pojemniczek, w którym znajdują się naostrzone ołówki i kieruję się do schodów.

– Życz mi szczęścia. – Mordka odpowiada mi pomrukiem.

Deski skrzypią przypominając o swojej starości. Zatrzymuję się nogą na jednym stopniu, a protezą na drugim. Mój wzrok spada na ojca. On wlepia swoje wściekłe spojrzenie w ogień paniska.

Wzdycham i pokonuję ostatnie stopnie.

– Proszę.

Kładę na stole pojemnik z ołówkami. Tata podnosi na mnie wzrok. Patrzy to na naostrzone węgielki, po czym bierze jeden do pisania.

– Dzięki.

Siadam przy stole opierając się ramionami o oparcie krzesła. Patrzę w ciszy na to co robi, a pisze list. Nie mija długa chwila, kiedy podnosi na mnie zdziwione oczy.

– O co chodzi?

Wzruszam ramionami nie patrząc mu w oczy, lecz na pergamin.

Mija kolejna chwila.

– Czkawka – Nasze zielone spojrzenia się spotykają. – Czegoś potrzebujesz?

– Nie wiem.

Marszczy brwi, ale wraca do pisania.

– Szczerbatek powinien być w stajniach z innymi smoków.

– Szczerbatek powinien być ze mną, a ja z nim.

Tata patrzy na mnie. Mam rację, wiem, że tak. Szczerbek i ja jesteśmy nierozłączni.

Odkłada węgielek na stół, a sam opiera dłoń na dłoni by skupić całą uwagę na mnie.

– Słucham – Wlepia we mnie zielone oczy. Nad wyraz jest spokojny. – Jaką masz do mnie sprawę, synu?

Wciągam powietrze przez nos, a moje płuca wypełniają się tlenem.

Boję się? Czy ja naprawdę się boję? Czego? Kogo?

– Muszę z tobą porozmawiać.

– Dobrze, a o czym?

Zaciskam zęby. Otwórz usta i mów, Czkawka! Powiedz!

– Co byś powiedział, gdybym ci powiedział, że się zakochałem? – pytam na jednym wdechu.

Jego brwi unoszą się w zaskoczeniu. Uśmiecha się niepewnie. Poprawia na krześle i mierzy moją twarz swym czujnym spojrzeniem.

– Bardzo bym się cieszył.

Nie jestem tego pewien, choć uśmiech wyłaniający się spod rudej brody i wąsów stara się mnie przekonać.

– Naprawdę?

– Oczywiście! – Klepie mnie po ręce opartej na oparciu krzesła. Wciąż nie jestem spokojny. – Synek, to wspaniała wiadomość.

Uciekam wzrokiem gdzieś w bok.

– W kim się zakochałeś?

Wpadłem po uszy. Nie wyplączę się z tego.

– Valeria? – Kręcę głową. – Szpadka? – Teraz to udało mu się wywołać u mnie uśmiech, on sam się zaśmiał.

– Ani jedna, ani druga. – przyznaję.

Zapada chwila ciszy. Znowu. Tata uśmiecha się słabo, a ja staram się nie oszaleć.

Trzeszczący ogień jest jedynym dźwiękiem w pomieszczeniu. Niby cisza spokój, a jednak coś wisi w powietrzu jakby zwiastowało wybuch.

I rzeczywiście mam rację. Nim udaje mi się coś powiedzieć na zewnątrz słychać łomot.

Wybiegam z tatą na zewnątrz. Obawiamy się, że przybył wróg, ale uspokajam się natychmiast zauważając bliźniaki.

– O! Czkawka i Wódz, my właśnie...

– Co wy dwoje wyprawiacie?! – Tata się wściekł. – Do stajni ze smokiem! Ale już!

– Kiedy my... – Patrzę na nich ostrzegawczo wybałuszając oczy, ale oni wpatrują się we mnie jak w idiotę.

– Wy nie rozgarnięte...!

– Ćwoki – Na głos Sączysmarka odwracamy się wszyscy twarzami w prawo.

Jorgenson opiera się o Hakokła. Jego zadufana mina świadczy o tym, że albo coś ma, albo specjalnie przyszedł obejrzeć jak bliźniaki zbierają ochrzan od mojego ojca.

– Sączysmark, co ja mówiłem o smokach?!

– Nie krzycz, tato – proszę łagodnie, ale mnie ignoruje.

– No właśnie, bez krzyków, na spokojnie, z szeroko otwartymi ramionami powi-

– Smarku! – syczy jego imię przez zęby. Robi krok w jego stronę, i następny, a ja staram się powstrzymać ojca od urwania głowy mojemu rówieśnikowi.

– Tato, proszę, posłuchaj. On...

– On jak i cała reszta powinna ukryć smoki w stajniach, i wrócić do domów.

Nagle w ciemności odzywa się damski głos. Ja i tata kierujemy oczy w kierunku Smarka sąd go słychać.

– Nie przesadzałeś, mówiąc, że macie areszt.

Postać się wyłania z ciemności. Odrzuca kaptur na plecy ukazując swą twarz, a mnie zalewa zimny pot szoku.

– Minden?

Uśmiecha się, a jej kwadratowa buzia łagodnieje.

– Dobry wieczór.

– Kto?

Tata nie wie kim jest szatynka. Znaczy się, słyszał to i owo na temat skrzydlatych panien, ale jedynie raz czy dwa i to w dodatku rok temu. Na oczy jej nie widział.

– Minden, przyjaciółka, Skrzydlata panna. – Oświadcza Śledzik.

– We własnej osobie. – Smok oplatający dziewczynę ogonem w pasie odwiązuje się i wędruje przez jej ramię na ręce skrzecząc. – Maluch musi odpocząć.

– Tak! Pewnie. Chodźcie – Budzę się z oszołomienia. Zapraszam gościa do nas do domu oraz resztę jeźdźców.

Sączysmark dotrzymuje kroku szatynce bez przerwy coś do niej mówiąc, a ona z uśmiechem odpowiada mu na każde pytanie. To się nazywa świetny kontakt po tak długie rozłące.

– Czkawka, co to za dziewczyna?

– Śledzik już powiedział. Ma na imię Minden. – Jedna brew taty się wznosi, a jego kącik ust robi to samo. Wiem, co sobie myśli, a ja od razu przeczę.

– Nie. Nie jestem zakochany w Minden. Litości, tato. – Przewracam oczami idąc za jeźdźcami do domu.

– Ja nic nie mówię.

Astrid

Wszystko, w co wierzysz

Wszystko, czemu dajesz nadzieję

Wszystko, co jest coś warte

Rodzi się w sercu i na zawsze w nim zostanie.


Niebo miesza się kolorami. Wysokie niebiosa okryte błękitem i granatem wyróżniają obłoki, które są różowofioletowe, obok również suną mniejsze białe chmurki. Jeśli spojrzę ponadto co widać zapewne ujrzałabym migoczące gwiazdy, ale widok jaki mam zaraz przed sobą równie jest niepowtarzalny.

Daleko naprzeciw mnie widzę jak słońce pragnie ukryć się za koronami drzew w poszukiwaniu odpoczynku. Jest takie ciepłe, łagodne. Otacza je kremowy kolor, który znika razem z najjaśniejszą gwiazdą.

Stoję boso na trawie. Na sobie mam prostą białą sukienkę z krótkim rękawem. Włosy swobodnie tańczą z ciepłym wiatrem.

Napawam się pięknem. Jest wyjątkowo. Magicznie.

Otwieram oczy. Czuję, że ktoś stoi obok mnie, ale niewidzialna siła nie pozwala mi spojrzeć.

– Posłuchaj – odzywa się postać, której nie widzę. Nie potrafię zdefiniować czy jest to kobieta czy mężczyzna. – Posłuchaj...

Nie mogę się odezwać. Czuję blokadę.

– Musisz poszukać. Musisz szukać.

Co? Kogo? Czego mam szukać?

– Musisz odnaleźć. Szukaj...

Głos jest szeptem wokół mnie. Jest jak echo ducha spacerującego w powietrzu.

– Słyszysz? Słuchaj...

Słucham! Kogo ja słucham?!

– Chroń... chroń z całego serca.

Kogo mam chronić? Co mam chronić?

– Posłuchaj, posłuchaj...

Uderzam w coś plecami. Odwracam się.

Uśmiech. Oczy. Ten spokój w spojrzeniu.

Podnosi rękę. Robię to samo. Dotykam dłoni swoją. Nasze stykające się palce rozchylają się. Nie mogę się napatrzeć na to zjawisko.

– Tylko Ty – Spotykam swoje oczy z drugą parą. – Nikt inny, tylko Ty.

Splatamy swoje dłonie razem.

– Chroń moje serce, Astrid. – Stykam nasze czoła. – Chroń moją duszę, proszę. Obiecaj, że będziesz mnie chronić.

Obiecuję.

– Proszę, obiecaj.

Obiecuję!

– Dlaczego mi to robisz?

Patrzę na swoje odbicie w oczach osoby, która patrzy na mnie z smutkiem.

Dlaczego nie mogę nic powiedzieć?!

– Ochronisz mnie?

Tak! Oczywiście, że tak. Zrobię wszystko, żeby cię ochronić.

– Proszę o zbyt wiele, zgadza się?

Kręcę głową. Odsuwa się ode mnie. Biorę ręce w swoje i ściskam.

Odezwij się, Astrid. Powiedz coś! Zatrzymaj to!

– Tylko Ty.

Tylko Ty.

– Jesteś dla mnie wszystkim. – Bogowie, oddajcie mi zdolność mówienia! – Ja dla Ciebie nie?

Dotykam policzka. Patrzę w oczy przede mną. Straciły blask, który widziałam na początku.

– Zaryzykuj. Obiecaj, że będziesz mnie chronić. Powiedz to.

Łzy spływają mi po twarzy.

Odsuwa się. Patrzy na mnie z bólem. Kolana się pode mną uginają. Cofa się. Odchodzi.

Kocham cię! Wracaj!

– Chroń... chroń z całego serca.

Zrywam się do biegu. Znika. Rozbija się na tysiące kawałków, a wiatr zabiera je ze sobą.

Piękne miejsce szarzeje. Wiatr szaleje, świszczy. Zaczyna padać deszcz.

– Posłuchaj, posłuchaj...

Zatrzymuję się na końcu krawędzi. Krzyczę, wołam, ale nie słychać mojego głosu.

Płomienie mnie gonią. Drzewa za mną płoną. Ziemia się pode mną kruszy. Tracę równowagę. Pioruny przecinają niebo pozostawiając za sobą łomot.

– Astrid, obudź się!

– Czkawka!

Otwieram oczy. Łapię łapczywie powietrze. Prawie się udusiłam. Siadam.

– Hej, Astrid, spokojnie.

Spoglądam na mamę starając się uspokoić oddech. Serce dudni mi w piersi, zaraz mi wyskoczy.

– Odynie, córcia, co ci się śniło?

Powoli. Wdech i wydech. Spokojnie Astrid. Oddychaj. Nie bój się. Jesteś w swoim pokoju, jest noc. To był jedynie zły sen. Tylko sen.

– Obiecywałaś coś. Wołałaś kogoś przez sen.

Patrzę na mamę. Słyszała mnie? Krzyczałam?

Podpieram głowę na łokciu. Zamykam oczy.

Co się ze mną dzieje?

– Co cię nawiedza w snach? Kto cię dręczy?

Nie mogę powiedzieć. Nie teraz. Nie mam do tego siły.

Ogień, błyskawice, głos. Czyjś głos.

– Skarbie – Dłoń mamy dotyka moich włosów.

– Nic mi nie jest – mówię, ale to nie prawda. Mama wie, że kłamię. Zabiera rękę, ale ni odchodzi.

– Chcesz porozmawiać? – Kręcę głową. – Posiedzieć z tobą?

– Chcę zostać sama. – proszę, ale w rzeczywistości nie marzę o tym. Potrzebuję kogoś obok, ale... nie teraz. Chociaż, może się mylę?

Mam mętlik w głowie.

Mama zaciska usta i idzie do drzwi. Czuję jak stoi w progu i mi się przygląda z troską, a później znika za zamkniętymi drzwiami.

Wypuszczam powietrze. Wyjmuję spod bluzki naszyjnik.

Jedna rzecz. Jedyna pamiątka. Valka – mama Czkawki, żona Stoicka Ważkiego, oraz niespełniona miłość mojego wuja Finna. Valka Haddock.

Co jest takiego fascynującego w tym, że mam przy sobie coś co należy do wroga mojej rodziny? Do kobiety, która... bez której... Nie wiem co.

– Szukaj – szepczę słowa odbijające się echem w mej głowie. – Posłuchaj. Czego do diaska mam szukać i słuchać?

Czkawka

Tata siedzi przy stole z Minden i Smarkiem. Ja podpieram ściany. Bliźniaki siedzą i z smakiem popijają mleko z miodem, na zmianę karmiąc małego Zbiczatrzasła. Jest dobrze. Nie ma awantury. Jest naprawdę w miarę przyjemnie.

– W sumie, co sprowadza cię na Berk? – pytam naprawdę ciekaw.

– Dostaliśmy wiadomość, że macie kłopoty.

– Od kogo?

Minden milknie. Patrzy na Sączysmarka, który wygląda jakby na jakiś czas odfruną z rzeczywistego świata.

– Co?

– Nie powiedziałeś im?

– Wypadło mi z głowy.

– Sączysmark? – Spada na niego każda para oczu w domu. Wygląda jakby chciał dać nogę. – Masz nam coś do powiedzenia?

– Że ja? Nie. Nic.

Przewracam oczami. W tacie gotuje się krew, a jeźdźcy się nie przejmują.

– Wysłał list z prośbą o sprawdzenie kryjówki Łowców Soków. Atali wysłała kilka z nas na zwiad. Okazuje się, że łowcy mają wielki problem z „towarem" – Mówi o smokach. – Ograbiliście ich do ostatniego smoka.

Uśmiecham się słysząc dobrą wiadomość.

– Wysłałeś wiadomość do Skrzydlatych panien, bez mojej zgody? – Ojciec się gniewa. Chcę coś powiedzieć, ale Smark mnie wyprzedza.

– Uziemił nas wódz nie dając sobie nic powiedzieć. Trzeba było działać.

– Smarku, ja ci zaraz...

– Tato, przestań się wkurzać. Sytuacja opanowana.

– Opanowana?

– Drago został bez smoków, stracił łowcę, który z tego co mi wiadomo był jego prawą ręką. – Odpycham się od ściany i spokojnym krokiem wędruję do Bliźniaków. – Nie widzę, więc powodów by Berk dalej tkwiła pod kloszem. Wypuśćmy smoki.

– Racja. Ze smokami jesteśmy silniejsi. – popiera mnie Mieczyk. – Ej, oddawaj malucha!

Zabrałem im Zbiczatrzasła. Smok przysypia. Oddaję go szatynce.

– Synu...

– Tata, wiele razy walczyliśmy z wrogami. Jak nie z Albrechtem, to z Dagurem. Spójrz, przekonałem ich do pokoju ze smokami. Spróbujmy z...

– O nie! Nie, nie, nie, nie, nie mój drogi. Nie ma takiej opcji.

– Pomówię z nim. Na spokojnie.

– Z takimi jak on nie można na spokojnie! – wstaje.

Wszyscy nam się przyglądają. Znów powietrze jest gęste. Napięcie wzrasta z każdą kolejną chwilą.

– Udało mi się przekonać ciebie do smoków, z nim też mi się uda.

– Nie.

Bez żartów! Idzie sobie?

– Świetnie! To jest to, co potrafisz robić najlepiej: Odchodzić w środku ważnej rozmowy. Gdybym ja wyszedł w samym środku narady okazałbym brak szacunku i zrobiłbyś mi awanturę! Ale ty sobie pójdziesz, pff!

– Nie podnoś na mnie głosu, synu! I nie porównuj mnie do siebie. Ja jestem...

– Wodzem! Tak! Wiem. Wszyscy wiemy! – Wymachuję rękami. Jestem rozdrażniony zachowaniem ojca. – Ale jesteś też moim ojcem! Zaufaj mi trochę!

Patrzymy na siebie. Widzę jak gniew znika z jego spojrzenia i zastępuje je opanowanie.

– Ufam ci.

– Więc, czemu nie dasz mi działać?

Zauważam, że chce coś powiedzieć, ale nie przechodzi mu to przez gardło.

– Skończyliśmy rozmawiać. Możecie iść do siebie. – rzuca mój ojciec posyłając przyjaciołom obojętne spojrzenie.

Z zaciśniętym gardłem patrzę jak ojciec znika w swojej sypialni, a jeźdźcy zbierają się do wyjścia. Co się dzieje, do cholery?!

– Poczekajcie – zatrzymuję łapiąc Szpadkę za ramię. Przyjaciele zawracają wzrok na mnie. – Przepraszam za niego.

– Nie powinieneś przepraszać za Stoicka, tylko za siebie. Kiedy mu powiesz o Astrid?

Ton Sączysmarka wskazuje, że jest zdenerwowany. Podchodzi do mnie i popycha do tyłu. Wstrzymuję powietrze.

– Tu nie chodzi o Astrid. – mówię cicho.

– Prawie umarła!

Podnoszę rękę by go uciszyć, ale on się wścieka jeszcze bardziej.

– Nie uciszaj mnie! Wodzu!

– Sączysmark, weź przestań, błagam...

Z Sypialni wychodzi mój ojciec.

– Jak wspaniale, że wódz znalazł dwie minuty, aby nas do końca wysłuchać. A raczej jego. – Pcha mnie w stronę taty, mało co nie potykam się o własne nogi. – Powiedz, Czkawka.

– Co mam powiedzieć?

Spojrzenie ojca, ta złość przenika mnie na wskroś.

– Wiesz co masz powiedzieć, więc otwórz usta i mów. – Przełykam ślinę słysząc jak Sączysmark dodaje: – Jeśli ty nie powiesz, to ja powiem.

Serce podskakuje mi do gardła. Patrzę w oczy taty i nie potrafię z siebie nic wykrztusić. Co zrobię, jeśli powiem o niej i o mnie. Ja nie mogę.

– Znalazłem Astrid, porwali ją łowcy. Powiesili na łańcuchach nad ziemią. Bili ją, ledwo uszła z życiem.

Nie potrafię patrzeć ojcu w oczy. Patrzę w ogień, a później na Sączysmarka. Uśmieszek jeźdźca zniknął.

– Zadowolony? – Milczy. Patrzę na ojca. – A ty? Obchodzi cię to w ogóle?

Otwiera usta, chce coś powiedzieć. Znowu. Ale znów je zamyka podobnie jak oczy. Mija niewielka chwila, gdy ponownie posyła mi spojrzenie. Nie jest zadowolony, ba nawet nie widzę smutku na ego twarzy. Jest zdenerwowany.

– Gdybyś jej nie spotkał nie doszłoby do tego. Mówiłem, żebyś sobie odpuścił.

– Czy ty słuchałeś co ja powiedziałem? Trzymałem ją nieprzytomną na rękach. Życie z niej uchodziło, a ja nie wiedziałem co robić!

– Nic o niej nie wiesz!

– Zna mnie lepiej niż ktokolwiek w tym domu!

Dopiero teraz zdaję sobie sprawę co mówię i jak mówię. Krzyczę. Moje serce krzyczy. Wszyscy się na mnie patrzą z szokiem, a ja co robię? Ciągnę dalej.

– Ja ją znam. Powiem ci więcej – Robię krok w stronę ojca. – Zależy mi na niej bardziej niż na własnym życiu.

W spojrzeniu taty dostrzegam niedowierzanie. Szczerbatek, który od samego początku przysłuchiwał się dyskusji teraz dopiero pomrukuje troskliwie patrząc swymi wielkimi ślepiami na mnie i mojego ojca.

– Wiesz, co? Zrobię wszystko, oblecę cały świat, żeby odnaleźć mamę. Odnajdę miłość twojego życia. Może wtedy zrozumiesz, co ja czuję. Bo tak się składa, że nie masz pojęcia o tym co się dzieje ze mną w środku – pukam się w serce patrząc w oczy taty.

– O Thorze, ty... Czkawka, coś ty zrobił?

W głosie taty jest wyczuwalny strach. Robi krok w moją stronę. Uderza mnie palcem w klatkę piersiową czym zmusza mnie do kroku wstecz.

– Dlaczego ona? – Wiem co ma na myśli, ale tego nie mówi.

Powietrze zatrzymuje się w moich płucach. Szczerbek trąca mnie w rękę, zaciskam ją w pięść.

– Potrafisz zapomnieć o mamie? – głos mi się łamie. – Widzisz, ja też nie. Ja nie potrafię zapomnieć o Astrid. Nie mam wpływu na to co czuję.

– Czkawka...

Nie wytrzymuję.

Odwracam się i wychodzę.

Mijam przyjaciół. Szczerbek drepcze za mną.

Nie odwracam się za siebie. Odlatujemy w ciemną noc.

Dopiero, gdy jesteśmy w powietrzu czuję jak moje policzki robią się mokre. To nie niebo płacze. Serce chce mi się wyrwać z piersi.

Pochylam się nad uchem smoka. Proszę najciszej, ale on mnie słyszy.

– Zabierz mnie do niej.

On wie, on widział, on był zawsze obok, gdy ja byłem przy niej. Widział nas. On jeden rozumie co przeżywam.

Rozdział 22

  • Uwaga w rozdziale pojawiają się sceny erotyczne*

Astrid

– Wrócimy wieczorem. Astrid, nie leć nigdzie poza wyspę. Dla twojego ojca, to była ciężka noc. Nie każ mu się martwić.

Kiwam głową na prośbę mamy. Przytula mnie krótko, po czym staje obok męża. Ja stoję w progu opierając się o framugę drzwi. Przyglądam im się jak odchodzą w kierunku twierdzy. Widzę spokój na ich twarzach, choć wiem, że tak naprawdę mają mieszane uczucia do pozostawiania mnie samej w domu.

W wielkiej sali mają bardzo ważne spotkanie. Tak ważne, że nawet poproszono moją matkę by uczestniczyła w rozmowie. Musi chodzić o coś ważnego, ale nie wiem o co. Chciałam spytać, ale po czwartym razie odpuściłam. Może powiedzą mi gdy wrócą.

Weszłam z powrotem do środka opierając się kolejno o drzwi. Wzdycham oglądając całe pomieszczenie. Porządek jest nie ma czego się przyczepić. Nie mam co robić. Mogłabym polatać z Wichurą, ale ilekroć o tym pomyślę, w uszach słyszę prośbę mamy.

Postanawiam przygotować dla swojej smoczycy kosz ryb. Wchodzę do spiżarni i wyciągam go niosąc na zewnątrz. Wichurka słyszy mnie, więc podnosi łeb skrzecząc ochoczo.

– Cześć, mała. Jak nocka? – Odpowiada mi skrzeczeniem. Stawiam przed nią jedzonko. – Proszę, smacznego. Zjedz, a później zajrzymy do Brietty.

Wydaje z siebie pomruk, kiedy głaszczę ją po szyi.

Z uśmiechem wchodzę do domu. Na półce stoi książka kucharska mamy. Rzadko kiedy jej używa, bo przepisy ma wykute na blachę. Pamięta każdy przepis. A ja nie. Sięgam po nią i siadam na kanapie. Przykrywam się kocem i otwieram na pierwszej stronie. Spis treści. Sałatki, dania główne, zupy, ciasta. Różności. A pismo mamy kuje w oczy. Krzywe i takie... nie moje.

Mija kilka minut, gdy znajduję przepis na pieczonego dorsza. Czytam przepis próbując uwierzyć w siebie, że nie spartaczę dania. Nie umiem gotować. Wstyd, bo kobieta powinna umieć przyrządzić jakikolwiek posiłek. Jajecznica się nie liczy. Każdy głupi umie przyrządzić jajka z patelni.

Wzdycham, kiedy czytam opis przygotowania ryby. Czy mi się chce? Czy ja naprawdę czuję się na siłach, żeby obierać rybę z łusek?

Nagle słyszę łomot. Kurz z sufitu spada mi na głowę. Kicham, a następnie odkładam książkę na bok. Wstaję z kanapy i ruszam schodami na górę. W ostatniej chwili przypominam sobie o broni.

Powoli ruszam schodami do swojego pokoju. Krok po kroku. Nie boję się. Ani trochę. Prawdziwy strach czułam w sobie, gdy byłam przetrzymywana w więzieniu u Drago. Teraz mam przynajmniej przy sobie topór.

Staję pod drzwiami. Nasłuchuję. Ktoś szwenda się po mojej sypialni.

Wciągam powietrze w płuca. Dam radę.

Na jednym wdechu wbiegam do pokoju z siekierą i przymierzam się do ciosu.

– Nie! Nie zabijaj mnie, to ja!

– Cz-Czkawka? – Zamarzam zdając sobie sprawę komu przykładam ostrze do gardła. Zagoniłam go pod ścianę. – Prawie dostałam zawału! Czyś ty oszalał?!

– Wiem, powinienem wejść drzwiami, zapukać...

– Właśnie. Człowieku, przecież ja mogłam cię zabić!

– Ale nie zabiłaś. Widzisz, wszystko gra. – Jego dłoń zaciska się na trzonie mojego topora. Patrzy mi w oczy, a moje serce powoli się uspokaja, gdy obniża broń do ziemi. – To ja.

– Co tu robisz? – pytam wypuszczając powietrze wstrzymane przez adrenalinę.

– Musiałem się z tobą zobaczyć.

Przełykam ślinę. Wraca do mnie sen, a mnie przenika obawa.

– Wiem, że widzieliśmy się niedawno i w ogóle, ale musiałem.

Musiał?

– Coś się stało?

Świdruje mnie wzrokiem. Czuję jak jego spojrzenie przenika mnie na wylot, a serce uderza z całych sił w mojej piersi.

Podchodzi w moją stronę. Staje naprzeciw mnie. Nie odwraca oczu od moich. Obejmuje mnie dłonią w tali, a po moich plecach przepływa dreszcz. Nie jestem wstanie nic z siebie wykrztusić.

A później całuje mnie. Nie wiem kiedy to się dzieje, w jakim momencie dokładnie, ale czuję jego usta na swoich. Topór wyślizguje mi się z ręki uderzając o podłogę, a moje ręce odnajdują ramię i kark jeźdźca. Iskierki zachwytu wzniecają ogień wewnątrz mnie. Pogłębia pocałunek, a moja głowa odchyla się do tyłu.

Czkawka

Chyba postradałem wszelkie rozumy. Thorze, ja nigdy w życiu nie robiłem czegoś podobnego. A teraz? Wpadam do domu, Astrid, bez cienia zastanowienia, w biały dzień i mało co nie zostaję zabity przez blondynkę.

Astrid zaciska swoje drobne dłonie na moim karku. Przyciskam ją mocniej do siebie nie przestając jej całować, a ona nawet nie protestuje. Brak mi tchu, więc zaprzestaję łapczywego całowania z nią, ale ona niechętnie mi ustępuje. Obejmuję jej policzki w swoje dłonie spoglądając w czysty błękit oczu. Jakie ona piękne oczy. Od kiedy ją pierwszy raz ujrzałem to oczy blondynki przykuły moją uwagę.

– Muszę ci o czymś powiedzieć...

– Ja też mam ci coś do powiedzenia.

– Więc ty pierwsza. – Nie odwraca ode mnie oczu. Moje serce uderza coraz mocniej.

– Nie, ty pierwszy.

Uśmiecham się. Każda komórka mojego ciała pragnie się zbliżyć do niej z powrotem, ale muszę się powstrzymać.

– Astrid, to co się ze mną dzieje jest zupełnie nowe. Ja wiedziałem, że to kiedyś nastąpi, na pewno, ale nie tak szybko – W jej oczach błyszczy pytanie. – To coś zagnieździło się we mnie i zjada mnie od środka za każdym razem gdy jesteś blisko mnie.

Czeka na coś z wyczekiwaniem. Czeka na więcej odpowiedzi.

Zdaje mi się przez chwilę, że zabrakło mi języka w gębie. A później całkiem tracę zdolność mówienia, bo ona staje na palcach i przyciska swoje usta do moich. Szarpie mój kombinezon, odpina pasek na moim napierśniku. Nie musi patrzeć, by znaleźć guziki i zapinki. Pozbywa się mojej górnej części ubioru, a ja nie mogę się odsunąć.

– A-Astrid – przerywam pocałunek. Mój szept jest dla niej głuchy. – Co ty robisz?

– Zamknij się i ściągnij ten kostium! – Znowu wpija się w moje usta.

Odpinam karwasze rzucając je gdzieś na ziemię. Odpinam cały kostium, kiedy Astrid ściąga swoją czerwoną bluzkę. Czas się dla mnie zatrzymuje i czuję, że nie powinniśmy robić tego co robimy. Co my wyprawiamy, na bogów?!

Chcę coś powiedzieć. Zatrzymać to, bo mój rozum przesiąknięty jest pragnieniem natychmiastowym całowaniem jej. Jeśli się nie zatrzymamy teraz, później nie zrobimy tego w ogóle.

Ale ona łapie za krawędź mojej zielonej koszulki i chce ją podwinąć do góry. Łapię ją za nadgarstki.

– Nie – Jej oczy wpatrują się w moje. To spojrzenie jest inne. Widzę dzikość. To uczucie przebiega po mnie w ekspresowym tempie. – Astrid, nie.

– Chcę tego. Chcę ciebie. – Coś się we mnie gotuje. Ten ogień staje się gorętszy. Wrze, a ja nie mogę go ostudzić. – Powiedz, że mnie nie chcesz, a przestanę. Zatrzymam się.

Wiem, że nie możemy zajść aż tak daleko. A jednak.

Puszczam jej nadgarstki i pozwalam wykonać ruch, który pozbawi mnie górnej części ubioru. Popełniam olbrzymi błąd. Będę mieć ją na sumieniu do końca życia.

Oplata mnie nogami w pasie. Trzymam ją, gdy oboje smakujemy swoich ust. Smakuje słodkością. Moje dłonie śledzą jej plecy brzuch, a usta przechodzą na policzki, szyję i obojczyki. Wciąga ze świstem powietrze.

Nagle jej dłoń znika za moimi spodniami. Spieszy się za szybko. Podnoszę się, by spojrzeć jej w oczy. Uśmiecha się błogo. Co ja jej robię?!

Ściągam wolno jej leginsy. Podwija kolona, a ja wracam do jej twarzy. Wyciąga do mnie ręce, a ja przytulam ją do siebie. Siadam na łóżku. Oplata mnie nogami w pasie.

Wędruję od jej twarzy, do dekoltu, aż po ramię i przed ramię. Widzę blizny po uderzeniach batem. Zadrapania i zaczerwienione miejsca.

– Wyglądam strasznie. Nie patrz na nie, oszpecają mnie. – Zabiera ręce wsuwając między nas.

– Jesteś piękna. A te blizny – Dotykam palcami białej ranki. Jest niewielka. – Absolutnie cię nie szpecą. To oznaka zwycięstwa i tego, że jesteś dzielna.

Całuję ślad. Przygryza wargę wpatrując się w to co robię. Wycałuję każdą skazę na jej ciele. Ilekroć spojrzy w lustro nie będzie się ich wstydzić.

– Dla mnie jesteś najpiękniejsza. – Uśmiecha się w moją stronę. Chcę by mi uwierzyła, tak naprawdę.

– W każdym miejscu?

– W każdym – potwierdzam. Przyciągam ją do siebie.

Łączę się z nią w wolnym pełnym emocji pocałunku.

– Kochaj się ze mną. – wypowiada te słowa, przez które tracę świadomość na kilka sekund.

– Wiesz, że cię kocham? – pytam patrząc jej poważnie w oczy. Zastyga na moich kolanach, po czym jej nogi mocniej się wokół mnie oplatają. Przytula moją twarz swymi delikatnymi dłońmi.

– Też cię kocham. Chcę cię mieć.

– Masz mnie.

– Chcę być twoja. Naprawdę. Zawsze i na zawsze.

Thorze, ona mnie doprowadza do szaleństwa. Dostanę za moment ataku serca.

Moje dłonie powoli suną w górę i w dół po jej udach. Nie mogę się uspokoić.

Czy naprawdę po to tu przyleciałem? Co ja właściwie chciałem zrobić po przybyciu na Sollar? Czy to było to? Absolutnie nie miałem tego w planach.

– Dotykaj mnie.

O Thorze, o co ona mnie prosi?!

Błądzę po jej udach. Od spodu, od góry, z boku, a kiedy wsuwam palce do wnętrza ud, jej oddech znacznie przyspiesza.

– Co ty ze mną robisz, Milady? – Wpatruję się w zachwyt rysujący się na twarzy przede mną. To moja sprawka? Nie wiem czy czuję zaszczyt, czy strach z powodu tego co wyprawiam.

Odwija swoją przepaskę zasłaniającą biust. Staram się coś powiedzieć, powstrzymać ją, ale nie jestem w stanie. Odsłania się. Patrzy na mnie, jakby moja reakcja tylko mnie bardziej nakręcała. A ja naprawdę nie wiem gdzie mam głowę.

Zaczynam się bać, że Astrid nie wie co robi. Tak jakby coś ją opętało. A i mnie coś pcha w jej stronę i nie mogę się oprzeć jej spojrzeniu i ust, które całują moje. Pożera mnie pocałunkami. Rozchyla usta zapraszając mnie do środka. Nasze języki zaczynają toczyć wspólny pojedynek taneczny o dominację. Kiedy ona bierze nade mną władzę, ja ściągam w tym czasie swoje spodnie. Błądzę po jej tali. Ma idealne kształty.

– Dotknij mnie – błagalny szept w moje usta zmusza moją dłoń do wykonania prośby. I samo powtarzanie sobie, że mam się opamiętać nie pomaga.

Moja dłoń powoli podjeżdża w górę po wewnętrznej części uda. Jest taka ciepła, płonie, a ja czuję jak każdy mięsień mojego ciała się napina. Przez cienki materiał jej bielizny czuję coś mokrego. Siła pragnienia jest zbyt wielka, bym mógł ją zostawić bez uwolnienia.

Astrid

Przewracam go na plecy. Przejmuję całą kontrolę. Widzę jak jego oczy odbijają się w moich. Iskra pożądania siebie wznieciła płomień, który teraz ogrzewa nas od środka budując coraz większe napięcie, które wywoła niedługo wybuch.

Moje usta muskają jego szyję. Schodzę na ramię, jego silną pierś pozostawiając ślad mokrych pocałunków. Może się nie wydaje, ale jest umięśniony. Nie napakowany jak typowy wiking, ale ma silne ciało. Tak jakby ktoś go wyrzeźbił. Jest po prostu piękny.

Ściągam naszą bieliznę. On chce się podnieść, ale powstrzymuję Czkawkę pocałunkiem. Chwytam jego policzki w dłonie i całuję najmocniej, najbardziej namiętnie jak to możliwe. Wystarczy mój jeden ruch, gdy opadam na niego i jego całość wsuwa się we mnie. Z mojego gardła wyrywa się krzyk i pisk zarazem.

Zamieram, Czkawka zastyga w bez ruchu. Przeszywa mnie ostry piekący ból. Czuję łzy zaskoczenia pod powiekami. Jestem oszołomiona.

Ta jedna chwila uświadamia mi co wyprawiamy. Szok działa na mnie jak lodowaty prysznic. Łzy uwalniają się, spływają po moich policzkach. Próbuję się podnieść, ale nie jestem wstanie.

– Astrid...

– Nie – zatrzymuję go. – Nie ruszaj się.

Przygryzam wargę, wkładam całą siłę opierając dłonie na jego umięśnionym brzuchu i podnieść się. Udaje mi się nieco wysunąć, ale ból znów przeszywa mnie i opadam z powrotem wydając z siebie krzyk przerażenia.

– As-Astrid – podnosi się do siadu. Obejmuje mnie, by następnie spojrzeć mi w oczy. – Spokojnie, Mała.

Kręcę głową. Zdaje się, że nie czuje tego bólu co ja.

– Nie mogę się podnieść.

– Nie musisz. Zaufaj mi, zgoda?

Przybliża swoje wargi do moich. Muska mnie raz, potem drugi, aż w końcu pogłębia pocałunek. Czuję jak podnosi mnie w górę. Z gardła wyrywa się okrzyk, ale nie słychać go. Powstrzymuje mnie pocałunek, w którym ciągle trwamy. Cały ból odchodzi na bok i prawie całkiem przestaję go czuć.

Ląduję na miękkiej pościeli. Moje włosy rozlewają się na poduszce, kiedy przerywa pieszczotę. Nasze spojrzenia się spotykają. Głaszcze mój policzek z największą delikatnością, a czułość w jego uśmiechu odgania wszystko co złe.

– Nie ruszam się. Nie bój się.

Wciąż we mnie tkwi. Całuje mnie raz po raz.

Nie mija sporo czasu, kiedy szepcze mi do ucha:

– Teraz się poruszę, dobrze? – Kiwam raz głową. Zaciskam zęby.

Pochyla się w moją stronę całując mnie powoli, delikatnie i głęboko, jakbym była powietrzem, którego potrzebuje by oddychać. Wysuwa się trochę, a później znów popycha do przodu. Powoli ból mija i to rozpieranie zaczyna być przyjemne. Unoszę nieco biodra.

– As...– z jego ust wydobywa się jęk.

Ponawiam ruch, ale on przejmuje inicjatywę. Nie mogę powstrzymać zachwytu, który wyrywa mi się z gardła. Łapię się jego ramion i oplatam nogami w pasie. To jak bieg do mety. Jakbyśmy pędzili do miejsca w którym odnajdziemy bezpieczny schron. Razem. Tylko ja i on.

W końcu odrzucam głowę czując jak wszystko we mnie eksploduje. Eksplozja nastaje za w tempie błyskawicznym. Wszystko wiruje. Mój głos odbija się od ścian w mojej sypialni. Targające mną fale uniesień przekraczają każdą granicę, o których nie miałam pojęcia, że istnieją.

– Astrid... – Sapie w moje ramię, po czym chowa głowę w moją szyję. Wykonuje jeszcze dwa pchnięcia i czuję jak wypełnia mnie od środka wielki gorąc.

Nasze serca biją razem, nasze ciała są blisko. Skóra ślizga się od potu, ale to nie ma znaczenia.

Minęły minuty, może nawet godziny, kiedy powoli z największą ostrożnością się ze mnie wysunął. Całował mnie tak głęboko i jednocześnie spokojnie, jakby kosztował mnie na nowo.

Leżymy w łóżku. Moje palce rysują wzory na klatce piersiowej Czkawki. Widzę jak jego serce uderza równomiernie, a mnie się to wydaje fascynujące. I rzeczywiście takie jest.

Podnoszę wzrok w górę by spojrzeć mu w oczy. Podnosi jedną wolną rękę i odgarnia mi grzywkę z czoła, która się przykleiła. Na jego twarzy lśni uśmiech.

– Narozrabialiśmy – mówi, ale nie jest zły albo zmartwiony.

– Było warto – odpowiadam z szerokim uśmiechem na twarzy. Jego kciuk głaszcze moje ramię. – Kocham cię.

– A ja Ciebie. – Naciągam się by sięgnąć po całusa.

– Polecisz do domu?

– Nie.

Kładę się na brzuchu. Wpatruję się w niego z pytaniem. Jego dłoń podnosi się by chwycić mój blond kosmyk i nawinąć sobie na palec.

– Prędko na Berk nie wrócę.

– Dlaczego?

Wzdycha.

– Postanowiłem poszukać mamy. Nie wiem, czy mi się uda, ale mam ogromną nadzieję, że gdzieś tam jest. – Mina mu rzednie, a później uśmiecha się jakby chciał przykryć prawdziwe uczucia.

– Jak to? Twojej mamy?

Kiwa głową na potwierdzenie, a potem dodaje:

–Tak. – Serce uderza mi mocniej. – Wiem, że szanse są nikłe na znalezienie jej. Znikła dwadzieścia lat temu, ale jeśli jest minimalna szansa ja muszę spróbować. Jestem mu to winien. Winien rodzicom.

Przełykam ślinę.

– Nie wiem ile mi zajmą poszukiwania. Musiałem cię zobaczyć, ale to co się stało... – Śmieje się, a na mojej twarzy maluje się uśmiech. – To było...

– To był kosmos.

– Taaak, to był kosmos.

Siadam na kolanach przyciskając pościel do piersi. Chowam przeszkadzające pasma za uszy, a spojrzenie Czkawki spoczywa na mnie.

– Polecę z tobą. – proponuję. Od razu się podnosi.

– Nie. Nie możesz, Astrid.

– Nie wiesz, kiedy wrócisz. Lecisz tylko ty i Szczerbatek, prawda? Co jeśli coś wam się stanie?

– Hej, dziewczyno – Bierze w dwa palce mój podbródek. – Ja i Szczerbek damy radę. Nie widziałaś nas w akcji. W końcu wrócę. Po prostu na mnie zaczekaj.

Łzy cisną mi się do oczu. Powstrzymuję je jednak przed wydostaniem się na zewnątrz.

Coś wewnątrz mnie mówi mi, że powinnam mu powiedzieć o sekrecie, o prawdzie, która podzieliła nasze światy. O milach, które nas oddzielają od siebie. Ale powstrzymuję się, znając ryzyko tej tajemnicy. Strach o to co ofiarowało mi jego serce przygniata mnie.

Nie czas na to. Muszę zaczekać.

– Zaczekam.

Rozdział 23

Miesiąc później

Czkawka

Poprawiam się na trawie przejeżdżając palcem po północnej części mapy. Porównuję moją wielką mapę do zrobionej na potrzebę podróży. Jest po prostu mniejsza, ale zawiera każdą wyspę, na której już byliśmy ze Szczerbatkiem. Powoli tracę nadzieję na powiedzenie się misji.

Mijają tygodnie odkąd opuściłem Berk. Zbliżają się obchody Migdalisk, a ja szwendam się po świecie w poszukiwaniu zaginionej matki. Gdybym miał jakieś wskazówki, jakiś znak albo punkt zaczepienia na pewno byłyby jakieś postępy, ale ja tkwię w miejscu. Latam ze Szczerbatym z wyspy do wyspy i nic.

Co jeśli to prawda i mama nie odnajdzie się?

Co jeśli nie żyje, a moje nadziej nie chcą się z tym pogodzić?

– I co mi powiesz, Szczerbek?

Mordka kładzie się patrząc na mnie zaciekawionymi oczyma. Uśmiecham się, bo na razie jest jedynym powodem, przez który nie tracę sił.

– Może polecimy na wschód, trochę dalej? Sprawdzimy zieloną polanę?

Pomrukuje. Wyciągam rękę, by go pogłaskać.

– Może uda nam się znaleźć drugą Nocną Furię.

Pomrukuje ponownie, ale zabiera łeb patrząc na mnie ze zwątpieniem.

– To by było coś. To jak, lecimy dalej?

Podnosi się stając na silnych łapach, ale ja nadal siedzę obserwując przed nami ciemny ocean. Rozpościera się na cały widok i zdaje się nie kończyć.

– Ciekawe jak radzą sobie Jeźdźcy i Tata, i co robi Astrid.

Uśmiecham się na wspomnienie przyjaciół oraz blond wojowniczki. Wciąż pozostaje mi wspomnienie tego co zrobiliśmy, a do czego nie powinno dojść. Ale mleko się rozlało i mogę cofnąć czasu. Jednak, nie żałuję.

– Dobra, zbieramy się.

Astrid

Nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Staram się żyć z dnia na dzień. Odpuściłam z ucieczkami. Nawet tata się zmienił. Tak mi się zdaje. Jest lepiej. Chyba.

Jakaś dziewczynka na środku wioski o krótkich blond włosach potyka się i prawie upada na ziemię, kiedy to moja Wichurka podtrzymuje ją i stawia z powrotem na nogi. Blondyneczka głaszcze moją smoczycę i odbiega wołając kogoś po imieniu.

Wyglądam przez okno podziwiając znaną mi wioskę. Często wyglądałam przez okno dostając szlaban. Zostawałam zamykana w pokoju. Ile bym dała by te dni nie wróciły.

Syknęłam czując ukłucie w piersiach. Zagryzam zęby i liczę do dziesięciu. Przy ósemce ból schodzi ze mnie i wypuszczam powietrze przez usta.

Już kilka razy dopadały mnie bóle, albo zmęczenie. Uważam, że to po prostu zmęczenie emocjonalne. Wiele się porobiło odkąd tata podzielił się sekretem skrywanym od lat, albo tym co zrobiłam z Czkawką nim przepadł na dobre. Nie dostaję od niego listów, nie wiem gdzie jest i to sprawia, że się martwię.

Słyszę pukanie do drzwi, a później do środka wchodzi moja mama. Uśmiecha się szeroko jakby stało się coś wspaniałego.

– Astrid, mam dla ciebie niespodziankę.

Marszczę brwi, opieram się o parapet i patrzę na matkę.

– Serio? Jaką?

Drzwi skrzypią ponownie, a do pokoju zagląda mój ojciec. Również ma wesołą minę co mama. Co się u licha dzieje?

– Tata? Co wy...?

– Powiedziałaś jej już?

– Jeszcze nie. Ty jej powiedz.

Szczerzą się do siebie jak jacyś zwariowani. I ja się uśmiecham nerwowo nie wiedząc o co chodzi.

Tata wyjmuje zza pleców karton z kokardą. Mierzę go wzrokiem od góry do dołu i na pudło. Co to ma być?

Nie mam dziś urodzin. Nawet Snoggletoga jeszcze nie ma.

– Co to?

– Prezent. – Tata wyciąga w moją stronę karton. Odpycham się od parapetu i ruszam wolnym krokiem w stronę ojca. – Pomyśleliśmy z mamą, że ci się przyda.

Przyda mi się. Co mi się przyda?

Przejmuję pakunek we własne ręce. Stawiam go na łóżku i otwieram. Na pewno nie spakowali mi do środka jadowitego węża, albo smoka. Na to nie mogę liczyć, bo moje bezpieczeństwo jest dla rodziców pierwszorzędne.

Odkładam pokrywkę na bok i moim oczom ukazuje się materiał. Ciemnoniebieski materiał. Podnoszę go w górę. Jest go więcej i więcej, a gdy ukazuje się cały, wiem, że to sukienka. Kolor szafiru i błękitu. Złote zdobienia na dole sukni i rękawach. Suknia zdobiona jest pięknym wzorzystym haftem granatu.

Nigdy nie noszę sukienek. Nigdy się nie stroję. Po co mi piękna suknia sięgająca mi do kostek?

– Eee...

– Podoba ci się? – Patrzę mamie w oczy, promienieje radością.

Nie wiem co powiedzieć.

– Tak, jest... no... jest super.

Moje serce podskakuje, gdy tato klaszcze w dłonie.

– To nie koniec niespodzianek.

Patrzę na niego z zdziwieniem, a jemu i mamie nie znika uśmiech z twarzy. Tata wyciąga zza pleców kopertę. Podaje mi ją, a we mnie wzrasta nadzieja na dobrą wiadomość.

– Brietta dostała zaproszenie na Świąteczną ucztę od pewnego mężczyzny. Nie wiem kim jest, ale ufam Briettcie i ufam tobie.

Czkawka.

Nie. To nie może być on.

Wysłałby zaproszenie do mnie, nie do Brietty. A poza tym... dałby nawet znać, że wrócił z poszukiwań.

Otwieram kopertę i rzeczywiście odnajduję w środku zaproszenie.

W związku z nadchodzącymi obchodami Snoggletoga Serdecznie zapraszamy na Świąteczną ucztę na Kreb. Czeka wspaniała muzyka, tańce, jedzenie, a przede wszystkim ciepła atmosfera. Nie zabraknie świetnej zabawy.

Eret Syn Ereta.

Uśmiecham się, zakrywając usta dłonią. Chce mi się śmiać.

– I jak? Chcesz tam popłynąć?

Przygryzam wargę. Zmuszam się by nie wybuchnąć śmiechem.

Drzwi do mojego pokoju się otwierają, a w progu staje Brietta. Uśmiecha się patrząc na mnie z roześmianymi oczami.

– Mogę? – pytam rodziców z pełną powagą, mimo że moje usta są wykrzywione ze szczęścia.

– Możesz. – mówi mama. Patrzę na tatę. Skina głową na potwierdzenie.

Ruszam w stronę Brietty by ją uściskać, śmiejemy się. Rodzice się śmieją, a później mijają nas i wychodzą z mojej sypialni.

– Nie mogę uwierzyć. Jak to zrobiłaś? – Patrzę w oczy przyjaciółki, przy czym łapię ją za ręce.

– Nic nie zrobiłam. Rzeczywiście zaproszenie samo dotarło, ale...

– Kreb? Serio? – Śmiejemy się.

– Jeźdźcy wiedzą jaka jest sytuacja, więc kombinują jak się da.

Odwrócone litery zmieniają nazwę wyspy. Całe szczęście, że tata się nie domyślił, że chodzi o Berk.

– Piękna suknia, prawda? Kolor twoich oczu. – Brietta podnosi suknię w górę i przygląda jej się po czym przykłada ją do mnie. – Będzie ci pasować.

– Zaprosili ciebie. – mówię, a ta podnosi na mnie zaskoczone spojrzenie. Odkłada suknię na łóżko. – Podpisał się Eret Syn Ereta, a nie tata Czkawki.

Wzdycha.

Widzę jak jej radosna mina znika i pozostaje w niepewności uczuć. Coś wewnątrz mówi mi, że coś jest na rzeczy. Że jest jakiś powód wywołujący to zmieszanie i domyślam się, że jest nim pewien mężczyzna.

– Tamtego wieczoru, gdy opowiadałaś o swojej pierwszej miłości miałaś na myśli Ereta, prawda?

Podnosi na mnie wielkie przestraszone oczy. Widzę w nich iskierki, które zamiast wywołać ogień zamieniają się w krople łez, które ona powstrzymuje.

– Wiem, że to on. – Kładę dłoń na jej ramieniu.

– To nie jest mój Eret. Jest łowcą. Już nawet nie o to chodzi. Postawił pracę ponad mnie. Nie jest taki jak kiedyś. Nie ma serca.

Wstaję słysząc co mówi. Rozpiera mnie gniew.

– Nie masz racji. – Prycha ze śmiechem, ale nie jest wesoła. – Próbował mnie uratować.

– Ale najpierw cię porwał.

– Pomógł Czkawce.

– A później Czkawka oberwał.

Kończą mi się argumenty.

Bawi się palcami. Odwróciła ode mnie wzrok. Nie jestem w stanie uwierzyć, że nic ją nie rusza. Przeciwnie. Wiem, że w środku drzemie w niej wulkan sprzecznych uczuć.

– Znam cię od lat i mimo tego jak się uśmiechasz, jaka jesteś poważna i odpowiedzialna, i kochana, nigdy tak naprawdę nie widziałam cię szczęśliwej. Nie możesz zapomnieć i to odbiera ci całą radość z życia.

Wbija we mnie swoje ciemne oczy. Odwracam się i wychodzę z pokoju. Rodzice mnie wołają, gdy z wściekłością zatrzaskuję za sobą drzwi i wsiadam na grzbiet Wichury. Odlatuję z nią tam gdzie będę mogła opanować zdenerwowanie. Może poćwiczę w lesie.

Czkawka

Lecimy już którąś godzinę. Słońce zachodzi, a między nami kremowe obłoki. Leżę na grzbiecie Szczerbatka i jest tak wygodnie, że powoli zaczynam zasypiać. Myślę o mamie. Myślę o tym jak może wyglądać, o tym jak była z moim ojcem, albo o tym jak pierwszy raz przytuliła mnie do serca. Zastanawiam się nad tym jak moje życie by wyglądało, gdyby smok jej nie porwał. Ale bez obrazu, tego jak wygląda potrafię ujrzeć tylko siebie i tatę, a mama to rozmazana plama, która stoi obok nas.

Słyszę szum w powietrzu. Coś przecina chmury zostawiając za sobą pusty ślad w chmurze. Zdziwiony i zaciekawiony odwracam głowę w bok by przekonać się, że moje uszy nie robią mi figli, ale Szczerbek pomrukuje. I wtedy widzę.

Widzę kogoś. Widzę postać w masce. Dziwnej masce zakrywającą całą twarz. W dziwnym stroju. Z tarczą i peleryną. W ręce trzyma laskę. Zdecydowanie laska wygląda ładniej od laski Gothi. Stoi w powietrzu. Nie wiem co jest grane i czy nie stoi przede mną duch. A później znika pod warstwą chmur.

Nie będę panikował. Spokojnie, przecież nie oszalałem.

– Okej. Żadnych gwałtownych ruchów.

Szczerbek pomrukuje na mój rozkaz. Obaj jesteśmy czujni.

Nagle spod chmór wylatuje ogromny smok niemal w nas uderzając. Szarpię Szczerbka by się zatrzymał.

Smok rozpościera skrzydła ukazując się w całej postaci. Długi ogon, kolce na grzbiecie. Z bliska są pewnie identyczne jak u postaci na masce, która nas nawiedziła. Nigdy wcześniej nie widziałem tego gatunku. Wygląda imponująco. Mimo tego bardziej moje skupienie spada na kogoś kto leci na tym smoku. Ten... jeździec? Obserwuje nas jakbyśmy byli z innego świata niepasującego do tego w chmurach, gdzie spotkaliśmy nowego.

Jeździec kieruje na mnie swoją laskę. Smok zatrzymuje się przed nami. Macha skrzydłami, które układają się w literę X. Jestem w szoku. Nie boję się, ale zaskoczenie budzi we mnie oszołomienie. Nie wiem czego się spodziewać.

Szczerbatek warczy ostrzegawczo.

– Spokojnie. Spokojnie.

Nie wiem kogo próbuję uspokoić. Siebie, Szczerbatka, może tego jeźdźca, albo smoka. Chyba nas wszystkich. Ale postać patrzy na nas.

– Sczerbatku, bez nerwów. – Szepczę do przyjaciela, ale on mnie nie słucha. Jest wściekły. Ostrzega intruza by się nie zbliżał.

Nagle coś leci za mną wydając z siebie skrzekliwy głos. Nie jestem wstanie się dokładnie przyjrzeć, bo zostaję złapany w szpony i zerwany z Szczerbka. Serce wali mi jak oszalałe przez to co się dzieje, ale głównie dlatego, że mój smok traci rónowagę i spada na ziemię. Próbuje jakoś złapać skrzydłami wiatr i wzbić się, ale to nic nie daje. Spada.

– Szczerbatek!

Wołam przyjaciela. Krzyczę za nim. Ryk smoka przebija się przez powietrze, a później uderza całym cielskiem o w lód. Powoli znika mi z widoku, ale jeszcze widzę jak woda wytryskuje i mój przyjaciel znika w odmętach oceanu.

– Hej! Tam został mój smok! Nie umie latać sam! Utonie!

Szamotam się w łapach smoka, ale ten bardziej zaciska łapy na moich ramionach dajać mi do zrozumienia, że mam dać sobie spokój. A postać w masce mnie nie słucha. Patrzy przed siebie, jakby to co mówię nie było w ogóle ważne.

Smok przelatuje pod łukiem lodowym. Wiatr wieje mi w oczy, ale nie powstrzymuje od ujrzenia ogromnej góry lodu na otwartym oceanie, wokół którego znajdują się lodowe górki oraz wzniesienia wystające z wody. Przypominam sobie o forcie łowców, gdzie znalazłem ślad Wichury. Pierwsze co przychodzi mi na myśl to łowcy. Ponownie patrzę na postać na smoku. Porwał mnie łowca? To nie może być łowca. Nie w takim ubraniu. A może? Co jeśli złapał mnie... Drago?

Mrużę oczy, by lepiej widzieć dokąd mnie zabierają. W lodowej górze jest ukryte niewielkie przejście znajdujące się na sporej wysokości. Wlatujemy do środka. Ciemne lodowe skały utrudniają przedostanie się do miejsca, w którym jest wiele smoków.

Smok wyrzuca mnie. Wyrabiam fikołka i z trudem staję na własnych nogach.

– Ej, musimy wrócić po mojego smoka. – mówię w ciemność z trudem dostrzegając rozdrażnione smoki. Nie mogę odnaleźć wzrokiem porywacza.

Jeden z dzikich smoków zmierza w moją stronę. Wkurzony, wygląda jakby chciał mnie dorwać i rozszarpać.

Wyciągam w jego stronę lewą rękę, a prawą sięgam po piekło. Otwieram miecz, a gdy ten zapala się żywym ogniem gniew smoka maleje. Widząc zafascynowanie moim wynalazkiem w oczach smoka i pozostałych gadów postanawiam je ujarzmić. Wpatrują się w ogień jak zahipnotyzowane.

Zamykam miecz. Sięgam do buta gdzie są przymocowane naboje. Wyjmuję jeden i wymieniam z zużytym. Podrzucam broń w dłoni. Wypuszczam gaz robiąc koło wokół własnej osi, zatrzymuję się na koniec i wypuszczam iskrę by podpalić dym.

Staję prosto. Wyciągam rękę przed siebie w kierunku smoka. Patrzy na mnie z zaciekawieniem, a ja z kamienną twarzą i zaciśniętymi ustami robię krok w jego stronę. Pomrukuje patrząc na mnie.

Muszę dostać się do Szczerbatka, a bez smoka szanse są marne.

Prawie udaje mi się dotknąć pyska gada, kiedy w przestrzeni słyszę kroki. Odwracam się w stronę jeźdźca. Zgarbiony postanawia krążyć wokół mnie. Ta jego postawa i ubiór z nikim mi się nie kojarzy.

– Coś za jeden? – rzucam pytanie, ale nie odpowiada. – Złodziej smoków?

Smoki pomrukują, a ten nadal krąży.

– Drago Krwawdoń? – Przekręca głowę nadal we mnie zagapiony. – Rozumiesz w ogóle co do ciebie mówię?

Zatacza koła laską nad sobą, po czym uderza nią o ziemię. Laska trzeszczy jak grzechotka.

Z oddali słyszę ryk, a później nie wiadomo skąd nadlatuje smok trzymając w łapach Szczerbatka. Rzuca nim o ziemię wywołując głuchy łomot. Chyba dostanę zawału.

– Szczerbatek! – Całe szczęście mordka się podnosi i otrzepuje z wody. – Już dobrze, już dobrze, dobrze...

Wciska swój łeb w moją klatkę piersiową mrucząc. Liże mnie po twarzy, a ja cieszę się, że jego jęzor ubrudził mi policzek śliną.

– Też się cieszę, że cię widzę. Napędziłeś mi niezłego stracha.

Przytulam swojego przyjaciela, kiedy laska znowu trzeszczy. Smoki otwierają swoje paszcze pełne ognia. Miejsce robi się jasne, ale to wcale nie poprawia atmosfery. Jest gorzej. Szczerbek staje blisko mnie. Warczy wściekle i ostrzegawczo na wroga. Mam ochotę wyjąć ponownie broń i wymierzyć płonące ostrze w jego kierunku, ale z trudem się powstrzymuję. Popełniam błąd. Obcy robi krok w naszą stronę. Szczerbek otacza mnie swoim ogonem.

Obca postać schyla się wypuszcza laskę na ziemię i na czworaka skrada się dwa kroki w naszą stronę. Staje na dwóch nogach na powrót.

Cofam to co myślałem wcześniej. Boję się psychola. Przeraża mnie.

Cofam się, Szczerbek się wycofuje jeden pochopny ruch dziwaka i strzeli. Jeździec wyciąga rękę w stronę mojego smoka. Szczerbek syczy, otwiera pysk straży zębami obcego, ale nie strzela. Stwór otwiera szeroko dłoń i palcami coś wyprawia, a mój smok... mój Szczerbatek przewraca się na plecy. Mruczy jakby tarzał się na trafie najszczęśliwszy na świecie.

Oszołomił mi smoka.

Patrzy chwilę na niego, a później całą swoją uwagę kieruje na mnie. Odsuwam się. Idzie w moją stronę. Zgarbiony, powoli. Jakby specjalnie budował na pięcie do momentu, w którym zahipnotyzuje mnie jak Szczerbka i zabije.

Wyciąga w moją stronę dłoń. Odynie, ojce wszystkich ojców co się dzieje?! Czego on chce?!

Sięga mojego policzka. Nie wiem co robić. Nie wiem czy uciekać, czy odepchnąć gościa, ale...

Wzdycha. Wycofuje się. Nie odwraca ode mnie wzroku, a ja mam ochotę skulić się w kącie i czekać, aż szaleniec sobie pójdzie. Kuca przede mną.

– Czkawka.

Damski głos przebija się przez maskę. Patrzę na postać z góry. Kuca przede mną.

– Eee...

Sięga po maskę i ściąga.

Ukazuje mi się trójkątna twarz kobiety. Ma wielkie, piękne, zaskoczone oczy. Kobieta.

Ja to mam po prostu szczęście.

Astrid – napadła mnie kobieta.

Dziwaczny Jeździec – porwała mnie kobieta.

Z nie małym strachem i obawą wpatruję się w nieznajomą.

– To... To Ty? Po tylu latach? – Wstaje równa się ze mną. Na jej twarzy buduje się mały uśmiech, a później maleje i znika. – Ale jak to możliwe?

Mówi się, że strach ma wielkie oczy. I teraz rzeczywiście mam szeroko otwarte oczy. Zna moje imię. Z-zna mnie. Thorze... gdzie ja dotarłem?! Trzeba było lecieć w drugą stronę.

– Czy ja... Czy ja cię znam?

Smutnieje. Całkowicie smutnieje.

– Nie. Byłeś jeszcze mały.

Mam wątpliwości. Chcę spytać o czym mówi. Co próbuje powiedzieć. I naprawdę się boję.

– Ale matka nigdy nie zapomina.

Szok. Straciłem zdolność oddychania. Tracę grunt pod nogami. Nie... nie nie nie nie... Bo-bogowie!

– Ćśś... spokojnie. Chodź za mną.

Rozdział 24

Czkawka

Stałem jak sparaliżowany wpatrując się w kobietę. Bałem się. Dalej się boję. Trafiłem na wariatkę. No, bo... no jak... co?! Odbiegła. Chciałem zostać w miejscu, stać i obudzić się z szalonego snu, ale to dzieje się naprawdę. Gdyby nie Szczerbatek nie ruszyłbym się z miejsca.

– Chwila, zaczekaj! Dokąd...? Wracaj tu!

– Tędy, chodź.

Idziemy przez jakąś jaskinię. Wszędzie kolumny z wielkich kryształów lodu, albo kamienne. Jest ciemno. Tylko przez maleńkie szparki wpada światło słoneczne. Kobieta przeskakuje przez krzywą drogę bez najmniejszego problemu. Ale ja? Ja jestem tak oszołomiony tym co usłyszałem, że potykam się o najmniejszy kamyczek.

– Nie można powiedzieć czegoś takiego i pójść sobie. Jesteś moją matką?! Znaczy się co to...? Nie słyszysz jak to niedorzecznie brzmi?!

Gorszej drogi nie było. No po prostu... dokąd ona idzie?!

– Chodź, szybko.

– Mam masę pytań!

Wskakuję na wyższy poziom podążając za nią. Ześlizguję się po lodowej ścianie. Szczerbek mnie podtrzymuje i pcha w górę. Co za miły gest z jego strony.

– Gdzie byłaś przez przez te lata?! Czym się zajmowałaś? Powiedzieli mi, że nie żyjesz! Wszyscy myślą, że pożarły cię...

Wychodzę ze skalnego labiryntu.

Na wszystkich bogów...

Moim oczom ukazuje się ogromna lodowa jaskinia. Jest zielona rozległa. Powietrze tutaj jest czyste. Mimo, że skały są przykryte lodem powietrze jest ciepłe i rześkie. Nie jestem na razie wstanie powiedzieć jak cudowne jest miejsce do którego trafiłem, ale jest... niesamowite. I te smoki przede mną. Fascynujący widok.

Idę na przód oczarowany widokiem. Obok na trawie bawią się małe Gronkle co w duchu budzi mój uśmiech i rozbawienie. Z zewnątrz... no szczęka opadła mi do ziemi. Nie umiem opanować zachwytu. Nigdy... jak żyję nie widziałem takiego miejsca. To jest raj dla smoków.

Szczerbek warczy przy moim ramieniu. Ze zdziwieniem kieruję na niego spojrzenie. Natychmiast odwracam się patrząc tam gdzie on patrzy. Włosy stają mi dęba na karku.

Czy ona oszalała? Nad moją głową?

– To właśnie tutaj spędziłaś te dwadzieścia lat?

Skina głową. Uśmiecha się lekko jakby z obawy, a mnie miękną kolana. Nie wiem czy się bać, czy strzelić sobie w twarz. Powinienem się ogarnąć.

– Ty je ratowałaś.

Znów kiwa głową. Co? Straciła zdolność mówienia?

– Niewiarygodne.

– Nie jesteś zły?

– Co? – Jednak odzyskała głos. –Nie! Sam nie wiem. Ja... Trochę za dużo tego wszystkiego naraz, szczerze mówiąc.

Staram się być delikatny w słowach bo czuję, że nie tylko ja dostałem szoku, ale i ona. Ale nie jestem zły, raczej... zawiedziony. Albo nie! Nie jestem zawiedziony.. tylko... mam mętlik w głowie. Dosłownie.

– Nie co dzień się człowiek dowiaduje, że jego matka jest kimś w rodzaju szalonej pół dzikiej strażniczki smoków.

Jak inaczej mogę to nazwać jak nie po imieniu?

– Za to nie jestem nudna, prawda?

Śmieje się cicho, ale ja to słyszę. Z lekkością zjeżdża po skrzydle swojego smoka i ląduje na ziemi. Obawa, że jest bliżej przekonuje mnie bym się cofnął i rzeczywiście to robię, ale tylko jednym krokiem.

– To akurat ostatnie co można o tobie powiedzieć. – Wnioskując po tym jak mnie porwałaś, niemal utopiłaś mi smoka i powiedziałaś to co powiedziałaś – myślę.

– Podoba ci się tu?

O Thorze, ją serio obchodzi czy mi się tu podoba? O to mnie pyta? Skąd pewność, że jestem jej synem?!

– Ja... po prostu brak mi słów.

Moją uwagę od podziwiania widoków odwraca Szczerbatek, który warczy zdenerwowany. Inne smoki obwąchują go z każdej strony przekraczając jego prywatną przestrzeń. Śmieję się widząc rozzłoszczonego przyjaciela.

– M-mogę? – Pyta mnie z takim błaganiem w głosie, że nie jestem wstanie nic odpowiedzieć. Odkłada swoją grzechoczącą laskę na ziemię i zbliża się do mordki. – Jest piękny.

Przygląda się Szczerbatkowi z największą uwagą i zachwytem. A temu się to podoba. Widzę jaką ma radochę i u mnie pojawia się szczęście.

– Och, jakiś ty cudowny – Się pieszczoch tuli do obcej kobiety. Zwariował. – Niesamowite. Ostatni ze swojego gatunku.

– Podobno – szepczę, ale mnie nie słyszy. Oboje są zajęci sobą. Nocna Furia łasi się do szatynki jakby chciał się pochwalić każdą swoją stroną.

– Patrz! Jest w twoim wieku.

– Wow – wzdycham. Uśmiecham się mimo tego co się wyprawia.

– Nic dziwnego, że się dogadujecie. – Jak miło popatrzeć na to jak smoczy jeździec bawi się ze smokiem nawet sienie znając. – Ojojoj. Ło, masz wysuwane zęby. Ale jak ci się udało go wytresować?

Powiedzieć prawdę? Skłamać? Mogę jej ufać?

– Znalazłem go w lesie. Ktoś go zestrzelił. Był ranny.

Powiedziałem prawdę? Nie skłamałem. Nie powiedziałem jedynie, że to ja, ale...

– Ten Ostrykieł stracił nogę w jednym z potrzasków Drago Krwawdonia. Temu Kroplodyjowi skrzydło ucięła ostra sieć. A ten biedny Koślawy Mruk stracił wzrok przez wnyki. Czekał na śmierć samotny i wystraszony.

Aż serce mi pęka słysząc ile smoków dotknęła krzywda przez łowców. Znowu słyszę o Drago Krwawdoniu. A mnie sumienie się odzywa, kiedy pomyślę co chciałem robić w przeszłości.

– A on? – Kuca przy ogonie Szczerbka i ogląda w rękach czerwoną lotkę. – To też robota Drago, albo jego myśliwych?

Śmieję się nerwowo. Wpadłem. Oj taaak, chyba muszę się wytłumaczyć.

– Hah, nie. No, głupia sprawa, ale tak się składa, że to ja go ten... zestrzeliłem.

Szczerbatek wpycha łeb pod moje ramię. Głaszczę mordkę po ciemnych łuskach, ale nie wydaje się być wściekły. Jest rozbrykany, rozbawiony i szczęśliwy.

– Ale w porządku – Patrzę na zielonooką, która jest niemało zaskoczona. Szczerbek domaga się pieszczot. – Odpłacił mi się. Co nie, mordko? Nie mogłeś mnie całkiem oszczędzić, prawda? Musiałeś wyrównać rachunki. I ta dam, mam sztuczną nogę.

Podsuwa łeb pode mnie. Od razu wskakuję na prawowite mi miejsce i przytulam przyjaciela.

– A co twój ojciec na przyjaźń z Nocną Furią?

Pyta o mojego ojca. Serce podskakuje mi do gardła.

– On nie przyjął tego za dobrze, ale potem zmienił zdanie. Jak i wszyscy.

Uśmiech na twarzy kobiety zastępuje zwątpienie, a niedowierzanie w oczach błyszczy jaśniej niż się wydaje. Postaram się ją przekonać.

– Teraz to każdy już u nas ma swojego smoka.

– Gdyby to było możliwe. – Nie jest wstanie mi uwierzyć.

– Serio. Naprawdę.

– Próbowałam i to nie raz go przekonać, lecz ludzie nie są wstanie się zmienić, Czkawka. Niektórzy z nas urodzili się inni.

Odwraca ode mnie spojrzenie, ale nadal mówi.

– Na Berk obowiązywało prawo „Zabij lub zgiń" , ale ja wierzyłam, że pokój jest możliwy. Niestety nikt nie chciał mnie słuchać. Pewnej nocy smok wdarł się do naszego domu i podszedł do twojej kołyski. Rzuciłam ci się na ratunek. To co ujrzałam potwierdziło wszystko w co wierzyłam. To nie była okrutna bestia, tylko inteligentne łagodne stworzenie, którego dusza była odbiciem mojej.

Dwadzieścia lat wcześniej

Kolejny strzał padł w stronę jednego z domów wikingów. Mężczyzna przebiegł przeskakując płonącą kłodę biegnąc w stronę chaty. Dach się zawalił pozbawiając mężczyznę rodziny, która nie miała szans na ocalenie. Odwrócił się słysząc jak cielsko Koszmara Ponocnika uderza o ziemię za jego plecami. Ruszył z siekierą na bestię w celu zabicia jej. Już miał wymierzyć cios w szyję gada, kiedy ktoś go powstrzymał.

Z całych sił złapała go za rękę trzymającą broń i odciągnęła ostrze od stworzenia. Spojrzał na nią w gniewie.

– Zostaw! To w niczym nie pomoże – poprosiła z przekonaniem, ale i zwątpieniem. Smok odleciał, a wiking wyrwał rękę ruszając dalej.

– Głupia kobieta – wysyczał przez zęby.

Zacisnęła pięści. Czuła jak pod powiekami zbierają jej się łzy, ale nie z powodu żalu i braku sił. Dym podrażniał drogi oddechowe i zaraz potem, gdy znicz opadł na ziemię omal jej nie przygniatając odskoczyła zakrywając usta dłonią. Zakaszlała, a łzy uwolniły się na zewnątrz.

Ktoś krzyknął jej imię przez dym. Rozejrzała się wokoło nie będąc w stanie rozpoznać do kogo głos należy. Ponownie usłyszała wołanie, ale nie zwróciła na nie uwagi. Widok jak smok wdrapuje się do domu, który tak dobrze znała, serce uderzyło mocniej, a później tylko waliło w piersi jak oszalałe.

Krzyknęła jego imię. Tak ważne, tak istotne, bo należało do jej jedynego dziecka. Do maleńkiego chłopca, którego wydała na świat zaledwie dwa miesiące temu. Nie zdążyła się nim nacieszyć i teraz miała go stracić?

Wbiegła do domu. Chwyciła za pierwszą lepszą broń i mimo, że nie była tak dobra w walce z bronią, teraz czuła, że potrafi się nią posługiwać. Ruszyła naprzód z zamiarem zabicia smoczyska, ale zastygła widząc coś nieprawdopodobnego dla ludzi.

Smok znajdował się przy kołysce w której leżało niemowlę. Spał spokojnie do chwili, gdy pomruk gada wybudził go ze snu. Zakwilił i ciekawskie oczy wbiły się w kolec smoka. Wpatrywał się w ludzkie dziecię jakby w coś wyjątkowego, nowego. Wił się w kołysce ucieszony wizytą obcej istoty. Złapał za kolec swoją maleńką, delikatną, pulchną rączką. Kwilił niezrozumiale, ale smok jakby rozumiał dziecię i słuchał.

– Synku – wyszeptała i tym samym zwróciła na siebie uwagę.

Smok zadrapał brodę chłopczyka doprowadzając dziecko do płaczu. Podniosła broń mierząc nią w dzikie stworzenie. Zbliżyło się, oczy zrobiły się większe, a broń opadła.

– Nie skrzywdziłeś go.

Smok mruknął jakby w odpowiedzi.

Nagle przed jej twarzą pojawił się topór. Ujrzała swoją zaskoczoną, ale spokojną twarz. Serce omal nie wyskoczyło jej z piersi. Spojrzała w bok dostrzegając swojego ukochanego męża. Smok odskoczył, wystrzelił ogniem w stronę rudobrodego, ten zaczął uciekać, a płomień pędził za nim.

– Valka, uciekaj! Uciekaj!

Deski zapłonęły niszcząc prędko dom.

– Nie! Przestań, dość! – Szarpnęła smoka za skrzydło. Spojrzał na nią wielkim oczami. Dzikość odeszła na moment zastąpiona ciekawością. – Nie jesteś niebezpieczny. – powiedziała cicho podnosząc rękę.

Przeturlał się po deskach, które nie zdążyły zapłonąć. Dotarł do syna biorąc go natychmiast na ręce. Dziecię płakało w pierś ojca nie wiedząc co się dzieje.

Chciał ich zabrać w bezpieczne miejsce. Ich oboje. Żonę i syna. Naprawdę chciał ich ocalić.

Przez ogień ujrzał jak smok pochwycił kobietę i ruszył do ucieczki.

– Stoick!

– Valka!

Patrzyła na niego z góry, znikała w ciemnym dymie unoszącym się nad wyspą. Znikała mu z oczu. Wołał ją z rozpaczy, wołał imię ukochanej, ale smok nie miał zamiaru zważać na mężczyznę, który stał w tyle z synem na rękach i bronią.

– Najdroższa... Valka! Val!

Płacz dziecka ustał. Zielone oczy wpatrywał się w tą która jeszcze kilka godzin temu karmiła go i śpiewała kołysankę. W tą która obiecała, że następnego dnia pójdą na spacer i odwiedzą tatę w pracy. Tą która ich opuszczała.

Teraz

– Ty i twój ojciec omal nie zginęliście tamtej nocy, bo ja nie mogłam zabić smoka.

Trawię opowieść mamy. To jest moja mama. To nie żadna szalona wariatka, tylko moja mama. Naprawdę odnalazłem mamę.

– Czyli to rodzinne.

Próbuję się uśmiechnąć, ale z trudem mi się to udaje, kiedy wiem to co wiem.

– Bolało mnie, że jestem daleko, ale myślałam, że tak będzie dla ciebie bezpieczniej.

Wciągam świeże powietrze do płuc. Smutek na twarzy mojej matki pozbawia mnie niepewności i żalu.

– Jak udało ci się przeżyć? – pytam ciekaw, ale ona wyczuwa moje zmartwienie.

– Och, Chmiroskok nie chciał mnie skrzywdzić. – Ruszamy wolnym krokiem przed siebie, a ja pozwalam sobie znów napawać pięknem wokół. – Pewnie uważał, że tutaj jest moje miejsce – Śmieję się, gdy przed nami przebiega Szczerbatek. On zupełnie jak ja jest zakochany majestatem smoczej kryjówki. – W domu wielkiego Oszołomostracha z gatunku alfa.

Podchodzimy do krawędzi. Pod nami znajduje się spory zbiornik wody, a w nim siedzi ogromnych rozmiarów smok. Jest nadzwyczaj spokojny, a mnie znów od kiedy tu jestem opada szczęka.

– To jeden z niewielu, które jeszcze żyją. Każde gniazdo ma królową, a to jest król wszystkich smoków. Swym lodowym oddechem zbudował nasze schronienie. Oto bezpieczna przystań dla wszystkich smoków.

Patrzę to na olbrzyma, to na mamę i nie mogę pojąć, że ten podobno wspaniały stwór jest odpowiedzialny za zniszczenie lasu oddalonego niewielki kawałem od wyspy mojej i Astrid. Widziałem ślady. I ten rozwalony fort Ereta...

– To plujący lodem smok? Te wszystkie zniszczenia to jego sprawka?

– On nas broni. Jesteśmy pod jego opieką i rozkazami. – Mijamy pisklęta. Ruszają do Szczerbatka by się przywitać, ale nie jest zbytnio zachwycony skrzeczeniem malców. Na szczęście smok mojej mamy odgania je by dały spokój mojemu przyjacielowi. – Maluchy oczywiście nikogo nie słuchają.

Pisklęcia odlatują do alfy budząc go z przyjemnej drzemki, której oddał się na parę chwil.

Mama się kłania obok mnie, a ja nie mam pojęcia po co. I zaraz po mojej lewej stronie kłania się Szczerbek. Cień spada na mnie. Podnoszę spojrzenie w górę.

Wielkie oczy wpatrują się w moje. Dumna postawa, dumne spojrzenie kieruje się tylko na mnie, a ja nie mogę powstrzymać zachwytu. Znowu. Nie pamiętam kiedy byłem taki zafascynowany czymś nowym i nieznanym.

– Żyję wśród nich od dwudziestu lat, Czkawka i odkrywam ich tajemnice.

Alfa chucha zimnym powietrzem na mnie. Próbuję się odwrócić i uniknąć mrozu, ale nie udaje mi się. Moje włosy są obsypane śniegiem. Strzepuję go, gdy mama się śmieje.

– No no no, szybko ci się udało zdobyć jego szacunek. Polubił cię.

Uśmiecham się. Matka obejmuje mnie ramieniem i prowadzi w inną stronę niż wcześniej.

– Pewnie jesteś głodny.

– Trochę? – moja odpowiedź brzmi bardziej jak pytanie. Czy ja jestem głodny. Z tego całego zamieszania nie zwróciłem uwagi na pusty żołądek.

– Świetnie. Zapraszam na obiad.

Astrid

Mama nie wiedzieć czemu postanowiła ugotować fasolę i zrobić do tego jajka. Od chwili, gdy wylądowałam przed domem poczułam zapach ze środka. Całe śniadanie, które zjadłam z przymusem podskoczyło mi do gardła. Nie to jest najgorsze. Weszłam do środka i zapach fasoli z jajkami wymieszał mi się z rybami, które postanowiłam zanieść Wichurce.

– Na pewno dobrze się czujesz? – zagaiła mama. Podniosłam na nią zmęczone spojrzenie i skinęłam głową. – Jesteś zielona na twarzy. Może grypa się do ciebie dobiera.

Wyciera ręce o szmatkę i bierze moją twarz w dłonie. Przygląda mi się z największą uwagą. Nie powstrzymuję jej, bo po co?

– Zaparzę ci ziół rozgrzewających.

– Nie trzeba. Źle spałam i nic poza tym. Przejdzie mi.

Przekręca głowę robiąc minę jak wtedy, gdy jako mała dziewczynka próbowałam naciągnąć prawdę. Nie wierzy mi. Ale ja naprawdę czuję, że będzie mi lepiej. To tylko chwilowe.

– Oszczędzaj się. Jeśli się rozchorujesz do świąt nie będziesz mogła popłynąć.

– Co do tych całych świąt, tata szybko się zgodził. Skąd ta nagła zmiana?

Naprawdę jestem ciekawa.

– Chyba zrozumiał, że jesteś odpowiedzialna i świetnie sobie radzisz jako jego córka. Ma do ciebie zaufanie. Poza tym chciałby, żebyś mu wybaczyła i była szczęśliwa.

Uśmiecham się słysząc co mama mówi. Ciężko uwierzyć, że tata tak bardzo nagina swoje zasady. Nie to, że narzekam, jestem zachwycona. Tyle, że wiem, co będzie jeśli się wyda, że Kreb to tak naprawdę wyspa, z której go wygnano? Co jeśli Migdaliska okażą się fiaskiem? Jasne, po tym ile atrakcji się szykuje na Berk ciągnie mnie na nią jeszcze bardziej, albo to, że święta spędzę z Czkawką. Mam nadzieję, że już wrócił do domu, albo przynajmniej jest bezpieczny.

– To jest jakieś szaleństwo. – szepczę.

Nagle drzwi otwierają się do domu i tata staje w drzwiach. W rękach trzyma dwie świeże złowione ryby. Pachną solą morską. Śmierdzą. Nie pachną tylko śmierdzą. I to strasznie!

– Moje panie, zdobyłem dla nas dwa dorodne dorsze.

Rusza do nas i kładzie na stole ryby. Patrzą na mnie wyłupiastymi oczami, a ich smród przyprawia mnie o mdłości.

– Mówiłam, że zrobię jaja i fasolę.

Wszystkie zapachy się ze sobą mieszają. Nie wytrzymam tego smrodu.

– Astrid?

– Dobrze się czujesz, córeczko?

Zakrywam usta dłonią. Przeklęte ryby!

Nie mija chwila, a ja biorę pierwsze lepsze wiadro i wypluwam zawartość żołądka. Wszystko się we mnie przewraca i jakby magiczna siła odbierała mi siłę.

– Skarbie – słyszę głos mamy. Pomaga mi się wyprostować. Czuję się pusta, jakbym opróżniła się ze wszystkich wnętrzności. – Ty się rozchorowałaś.

– To nic takiego – Opieram się o ścianę. Wciągam powietrze ustami i wypuszczam. – Pewnie się czymś zatrułam i tyle. Zaraz mi przejdzie.

– Mama zajmie się kolacją, a my pójdziemy do wieszczki.

Oczy rodziców odnajdują moje. Zwariowali do reszty.

– Nic mi nie jest! Przestańcie panikować.

Wymijam rodziców i od zmierzam do wyjścia. Muszę się przewietrzyć, pooddychać czystym powietrzem. Muszę...

– Astrid!

Czkawka

Cała zgraja smoków leci za nami. Mama jest na czele, a ja zaraz za nią. Tylko alfy nigdzie nie ma. Gdyby był z nami zauważyłbym. To jak zabiera mnie na obiad na powietrze, w towarzystwie kilkuset smoków zaczyna być niepokojące. Może za szybko jej zaufałem?

– Ch-chyba nie jesteśmy ich posiłkiem, co nie?

Mój głos jest nerwowy, ale śmieję się.

Chmuroskok zatrzymuje się, a matka mnie i Szczerbatka ręką.

– Och, zaraz.

Zaraz, co?

Uśmiecha się i patrzy w dół. Robię to samo, Szczerbek też. Pod nami w wodzie coś jest. Alfa. To on. Płynie w górę, mija sekunda i z wody wyłaniają się jego kły. Rozpryskuje wodę w powietrze otwiera paszczę, a moim oczom ukazują się ich tysiące. Wypluwa wszystkie w górę, a na nas spada deszcz ryb. Smoki rozpraszają się w każdą stronę, by zebrać porcję dla siebie.

– Hahaha – mama się śmieje widząc moje zaskoczenie. Szczerbek wierzga.

– No dalej, częstuj się. – mówię do przyjaciela. Nie muszę dwa razy powtarzać.

Szczerbatek aplikuje całą parą w dół łapie ryby z każdej strony, a mnie mało co nie wyrzuca z siodła. Z pełną paszczą rechocze się.

– Powoli, bo jeszcze się zakrztusisz, wariacie. – Śmieję się głaszcząc go po głowie.

Leci na ląd by wszamać swoją zdobycz. Zsiadam z przyjaciela, żeby w spokoju zjadł, a sam wyjmuję mapę. Powinienem zaznaczyć gdzie się znalazłem. Możliwe, że przyda się w przyszłości.

Rozkładam wielką mapę na śniegu. Nie powinienem długo trzymać jej tu długo, aby nie przemokła. Sprawdzam na kompasie kierunek. Wskazuje północ, a wnioskując jak wygląda okolica uznaję, że trafiliśmy na lodową krainę.

– Jaka wielka i kolorowa mapa – Głos nade mną wywołuje u mnie uśmiech. – Sam ją zrobiłeś?

– Taaak. Podróże w nieznane to jedno z moich hobby.

– Czyli jest ich więcej – stwierdza z uznaniem. Śmieję się.

– Smoki są na pierwszym miejscu. Jest też majsterkowanie, latanie, no i rysowanie.

Matka się uśmiecha. Przechodzi koło mnie. Swoją laską zaczyna rysować coś na śniegu. Laska w prawo i w lewo, obrót. Jakby tańczyła tworząc niezwykłe dzieło. Narysowała jedną z wysp na mojej mapie. Patrzę na to z zachwytem. Robi ostatnie poprawki po czym staje koło mnie. Podnoszę wzrok w górę. Patrzymy na siebie znacząco. Mam to po niej. Mam talent do rysunku po mamie.

Szczerbatek znajduje spory kawałek lodu i postanawia poprawić dzieło mojej mamy na swoje. Może i się popisuje, ale miło wspomnieć czasy, kiedy po raz pierwszy narysował na ziemi coś dla mnie, gdy zaczęliśmy się przyjaźnić.

– Zabiorę was na Wietrzne wzgórze.

Nic nie pytam, po prostu składam mapę i wsiadam na podekscytowanego Szczerbatka. Nie wiem co nas czeka, ale na razie nie mam co narzekać.

Dolatujemy na skraj wyspy. Powietrze szaleje, ale to w żaden sposób nie skłania do ucieczki.

– Mamy tak po prostu skoczyć? – rzucam pytanie. Uśmiech nie opuszcza jej ani na moment.

– Oczywiście. Powietrze was podniesie.

Ja i ona zeskakujemy ze skraju. Rzeczywiście. Szczerbek nie musi machać skrzydłami. Szybujemy w powietrzu bez żadnego wysiłku. Jeszcze nie byliśmy w takim miejscu. Muszę się trzymać uchwytów przy siodle, żeby nie polecieć z wiatrem. Ale mama jakoś nie ma problemu z utrzymaniem się na grzbiecie swojego smoka.

Śmieje się, a ja z nią. Z gracją przechodzi z grzbietu Chmuroskoka na jego skrzydło, następnie na Śmiertnika Zębacza i na kolejne smoki. Nie sprawia jej to w ogóle problemu. Jest niesamowita.

– O! Mamo, jaka swoboda – zauważam. Nic nie mówi, ale uśmiech zastępuje odpowiedź.

Szybkim krokiem przechodzi po skrzydle Szczerbatka. Przeskakuje nade mną tarmosząc mi włosy. Ostatecznie ześlizguje się ze skrzydła mordki, a mnie wydaje się, że spadła i trzeba ją łapać. Znów mnie zaskakuje. Chmuroskok wznosi się ku górze koło nas, a z nim jego jeźdźczyni.

– Och, kiedy tu jestem nawet chłód mi nie przeszkadza. Czuję się...

– Wolna. – kończę za nią wypowiedź.

Wiem co czuje, bo ja też się tak czuję. Ja i Szczerbatek między ziemią a niebem zawsze jesteśmy wolni. Bez względu na problemy przyziemne tu wysoko w górze troski odchodzą w niepamięć i póki nie wylądujemy możemy się cieszyć chwilą niezależności.

– Czasami wolność to względne słowo czy uczucie. – odpowiada mi mama. Po raz pierwszy od paru godzin zauważam zwątpienie na jej twarzy.

Czuję ukłucie w sercu, bo wiem co może mieć na myśli. Postanawiam jakoś ją rozweselić.

– Pokazać ci coś?

– Co? – zdziwienie i śmiech mieszają się w jej zielonych oczach. Wstaję i zeskakuję z grzbietu Mordki. Pomrukuje jakby chciał powiedzieć, żebym się nie popisywał.

Rozkładam skrzydła, a wiatr zabiera mnie dalej przed siebie. Całkiem nieźle mi idzie utrzymanie się w powietrzu. Obracam się na plecy by spojrzeć za siebie. Patrzę w górę, ale mama przepadła mi z oczu. Chwila. Jest! Patrzy na moje dzieło z podziwem. Czuję, że zlatuję coraz to niżej. Obracam się z powrotem i cała radość przepada. Przede mną góra, łuk skalny pokryty śniegiem. Zbliżam się z niesamowitą prędkością w jego stronę, kiedy skrzydła mojego przyjaciela mnie oplatają. Niecałą sekundę później lądujemy w śniegu zostawiając za sobą długi ślad.

Żyjemy.

Z początku trudno mi złapać powietrze bo utknąłem pod białym puchem, ale Szczerbatek podnosi skrzydło. Pomrukuje pytająco ze zmartwieniem.

– Tak! Wohow! Już prawie. Tym razem było serio blisko. – rzucam uradowany do przyjaciela i chowam skrzydła w stroju.

Szczerbek kicha. Rzuca mi niezadowolone spojrzenie. Podwija ogon, a ja przewracam się na śnieg.

– Wyluzuj, Mordko. Jestem cały.

Fuka na mnie. Churoskok ląduje, a mama zeskakuje ze smoka biegnąc w moją stronę.

– Nic ci nie jest? Czkawka, to nadzwyczajne. Sam to zrobiłeś?

Ogląda mnie z każdej strony. Nie zdążyłem zwinąć płetwy na plecach.

– Tak, ale muszę jeszcze dopracować kilka szczegółów.

Przygląda mi się, a jej dłoń dosięga mojego policzka. Gdy się orientuje zabiera rękę, a później patrząc mi w oczy znów mnie głaszcze po poliku. Jeszcze mnie nie przytuliła, a ja naprawdę całe życie marzyłem o tej chwili. Dopiero teraz mnie dotknęła. Z takim strachem i niepewnością, że się odsunę. Tak jakby bała się, że jestem nieprawdziwy.

Przytulam się do dłoni matki. Ma taką ciepłą rękę. Zamykam powieki i oczami wyobraźni poszukuję chwili w życiu bez niej. To jak byłem mały i jedynie ramiona ojca dawały mi odczucie bezpieczeństwa i miłości.

Uśmiecha się. Chyba do niej dociera, że to ja. Że naprawdę tu jestem.

Widzę w jej oczach błysk. Widzę miłość. Widzę dumę. Widzę tęsknotę za tym czego nie mogła być świadkiem.

– Jak Ty wyrosłeś przez te wszystkie lata. – Jej palce głaszczą moje włosy. Naraz jej oczy wypełniają się łzami i bólem. – A mnie nie było. Tak bardzo cię przepraszam, synku.

Serce mi pęka słysząc skruchę w jej głosie. Może tam na dnie wciąż mam do niej żal. Zostawiła mnie i tatę. Pamiętam jak mając kilka lat płakał w ciszy za nią i myślał, że tego nie widzę. Pamiętam jakie miał smutne oczy, kiedy próbowałem o nią pytać. Tak bardzo za nią tęskniliśmy i mimo że przyzwyczailiśmy się do życia bez niej, gdzieś tam w środku nadal było pusto, bo matka i żona ich opuściła.

– Chciałabym to naprawić. Zaczniemy od nowa? Dasz mi drugą szansę?

Podnoszę na nią wzrok. Uśmiecham się widząc z jaką nadzieją patrzy na mnie. Ja wiedziałem, tata nigdy nie pozwolił mi zwątpić w to, że mama nas kocha.

– Nauczę cię wszystkiego co odkryłam przez te dwadzieścia lat. – podchodzi do Szczerbatka. Głaszcze go po głowie, by następnie w miejscu za jego głową coś zrobić. Szczerbek pręży się jakby coś go łaskotało. Mruczy w zadowoleniu. – Patrz na to.

Na grzbiecie mojego smoka otwierają się płytki.

Dobra to jest niezłe. Jestem pozytywnie zaskoczony.

– Wow – tylko tyle jestem wstanie z siebie wykrztusić.

– Będziecie mogli robić ostre zwroty.

Co za gad. Cieszy się jak małe dziecko.

– Ty wiedziałeś o tym? – pytam smoka wpatrzony w odkryte części na jego grzbiecie.

Szczerzy się mordka. Jak mam się nie cieszyć, kiedy on promienieje radością.

– Każdy smok ma swoje sekrety, a ja wszystkie ci je pokażę.

Szczerbol robi nura w śniegu. Popisuje się przed smokiem mojej mamy. Zupełnie tak jakby chiał zdobyć jego uznanie.

– Będziemy rozwiązywać zagadki, odkrywać najrzadsze gatunki. Razem jak matka z synem.

Moje oczy odwracają się na szatynkę.

– Mamy szczególny dar, Czkawka. On nas łączy. Oto kim właśnie jesteś, synu. Zmienimy ten świat na lepsze. Sprawimy, że będzie bezpiecznym miejscem dla smoków i ludzi.

Wyrwała mi te słowa z ust. Ma takie samo myślenie na temat smoków co ja.

– To brzmi s-super. Myślę, że...

Nie kończę zdania. Mama mnie przytula. Wsuwa swoje palce w moje włosy, a po mnie przebiega przyjemny dreszcz. To niesamowite uczucie, kiedy po raz pierwszy możesz się przytulić do mamy i poczuć jej ciepło jest nie do opisania.

– Bardzo mi ciebie brakowało – szepczę. Mama jeszcze mocniej mnie przytula. – Tata za tobą tęskni każdego dnia.

Wzdycha. Wiem, nie muszę patrzeć, by wyczuć, że łzy opuszczają jej zielone oczy.

– Ja za nim też.

Rozdział 25

Astrid

Pamiętam jak przez mgłę, jak tata układał mnie na futrze w chacie szamanki. Wiedziałam, że to on, ale nie koniecznie słyszałam o czym do niej mówił. A potem obraz mi się rozmył i zasnęłam. Było mi niedobrze, byłam zmęczona i nic mi się nie chciało.

Kiedy się obudziłam moje oczy ujrzały mamę siedzącą na krześle obok łóżka. Przyglądała mi się, ale nie patrzyła na moją twarz. Wieszczka powiedziała, żeby wyszła bo chce mnie zbadać i mama zagradza jej miejsce. Niechętnie wstała i ruszyła do wyjścia.

Z całych sił opieram się na jednym łokciu, żeby się podnieść. Moje oczy kierują się na wieszczkę, która miesza coś w misce. Później odwracam wzrok na pomieszczenie, w którym mnie ułożono, by mogła mi pomóc. Nie często przychodziłam do Atmy. Głównie dlatego, że nie miałam takiej potrzeby. Rzadko ją widuję. Czasami przypadkiem odnajdę ją wzrokiem jak zajmuje się małym ogródkiem za swoją chatą. Przywitam się z nią, poślę przyjazny uśmiech, a ona go odwzajemni. To dobra starsza pani, która nie często spędza czas z ludźmi.

– Powinnaś jeszcze trochę odpocząć. – odzywa się miękkim, choć zachrypniętym głosem.

– Nie, wszystko w porządku. – odpowiadam.

Zakrywam usta dłonią, kiedy wyczuwam zapach czegoś gotującego się w kociołku nad palącym się ogniem. Chyba gotuje zupę.

– Nie masz gorączki, ani żadnych obrażeń. – Otwiera dwa okna przy czym zmierza w moją stronę. Podaje mi kubek, który przejmuję. – Napij się. To zwykła miętowa herbata. Nie zaszkodzi ci.

Upijam trochę napoju. Pomieszczenie powoli się wietrzy, a mnie robi się lepiej.

– Dziękuję. Rodzice przesadzają. Musiałam się czymś zatruć, albo przeziębić. To nic takiego.

– No ja tam nie wiem czy nic takiego. – Wbija we mnie wątpiące oczy. Zmarszczki na jej twarzy świadczą o przeżytych latach w jednym i tym samym miejscu.

Wzdycham kręcąc głową. Starsza kobieta wraca do poprzedniej czynności, a następnie przerzuca zawartość miseczki do kotła i miesza drewnianą łyżką.

– Jak się ostatnimi czasy czujesz?

– Jestem ciągle zmęczona, na nic nie mam siły. Kiedyś nie miałam problemu rano wstać i wykonywać najcięższe rzeczy, a teraz. Ostatnio nie mam siły do wykonywania najprostszych czynności. Nawet zwleczenie się rano z łóżka graniczy u mnie z cudem.

Posyła mi spojrzenie. Nad czymś się zastanawia, a później zadaje kolejne pytanie.

– A te mdłości i wymioty, często ci dokuczają?

Wzruszam ramionami.

– Czasami. Najgorzej, gdy czuję intensywne zapachy, do których się przyzwyczaiłam. Teraz są po prostu nieznośne.

– Coś jeszcze?

Zastanawiam się, ale nic nie przychodzi mi przez moment do głowy. Atma przygląda mi się z uwagą, a mnie przypomina się jeszcze jedna dolegliwość, która męczy mnie od jakiegoś czasu.

– I piersi. Strasznie bolą. – przyznaję. Upijam jeszcze trochę herbaty.

Atma zostawia zupę i podchodzi do mnie. Podnoszę spojrzenie w górę, jako że ona stoi, a ja siedzę czuję się mała.

Patrzy mi w oczy, później na całą mnie i wzdycha.

– Chyba wiem, co ci dolega, moja droga.

– Co?

Na jej twarzy buduje się uśmiech, ale próbuje ukryć pod nim zmartwienie. A mnie zżera strach.

– Astrid, czy ty podzieliłaś z kimś łoże?

Zaskoczenie, szok maluje się pewnie na mojej twarzy, ale wewnątrz mnie budzi się niepokój i przerażenie. O co ona mnie pyta?!

Nagle zaczęło do mnie docierać, uderza we mnie z impetem Nocnej Furii.

Patrzę na Atmę, na jej pomarszczoną twarz, i mój strach nasila się jeszcze bardziej. Nie dowierzam. Czuję, że żołądek mi się zaciska, a klatkę piersiową obejmuje lód. Jej postać rozmazuje mi się, a mój uścisk na kubku stopniowo się luzuje. Mój umysł odpływa.

– Czyli wszystko jasne. Jesteś przy nadziei.

Serce zaczyna walić w mojej piersi jeszcze szybciej, a krew uderza mi do głowy. Przed oczami przebiegają mi minione dni, tygodnie wstecz. Widzę co się ze mną działo. Jeśli mam dobrą pamięć (a mam), wychodzi na to, że dopuszczając się pewnej czynności, nie przewidziałam jej skutków.

O mój Thorze...

– Astrid – Moje nieobecne spojrzenie podnosi się na szamankę. – Spokojnie, nikomu nie powiem.

Mrugam, ostro wciągam powietrze i odwracam wzrok.

– Wiem jacy są Edgar i Loren, dlatego przemilczę to. Zostawiam ten sekret tobie. Ale uwierz mi, dźwiganie tej tajemnicy nie jest proste. Z czasem wszystko wyjdzie na jaw, więc nie czekaj zbyt długo.

Czkawka

Siedzenie z mamą przy jednym stole i jedzenie posiłku jest dla mnie czymś nowym. Nie wiem jak opisać to uczucie. Jest to tak jakby stres w połączeniu z zaintrygowaniem.

– Jak tam życie na Berk? Zmieniła się, czy dalej pozostała taka jak kiedyś?

Śmiech mamy odbija się ode mnie, kiedy stawia na stole przygotowane ryby. Bierze się za krojenie, gdy ja udzielam jej odpowiedzi z uśmiechem na ustach.

– Mamo, w życiu byś jej nie poznała. Tam gdzie wykuwaliśmy broń, teraz robimy siodła, łupki na skrzydła, nawet zęby smokom łatamy. Nic już nie jest takie jak dawniej.

– Pyskaczowi pewnie się nie podobała zmiana.

– Na początku, ale później odnalazł się w nowym fachu.

Mama śmieje się szczerze, a ja nie mogę powstrzymać zachwytu widząc tą radość.

– A jak u ciebie, synu? – zadaje pytanie, lecz uśmiech jej nie opuszcza. – Pewnie, przeżyłeś ze swoim smokiem wiele przygód. – rzuca spojrzenie Szczerbatkowi, który uciął sobie drzemkę niedaleko ogniska.

– Tak. Sporo przeżyliśmy razem. Wzloty i upadki codzienności.

Mama wsuwa do ust kawałek ryby nie patrząc na mnie. Orientuję się, że chciałbym z nią porozmawiać na najważniejszy temat. Przecież po coś ją szukałem, zgadza się? W jakimś celu zniknąłem z Berk miesiąc temu. Nie dałem nikomu znaku życia od wielu dni.

– Słuchaj, mamo, chciałbym o czymś z tobą porozmawiać.

– Oczywiście. O czym tylko chcesz.

Jest ciekawa. Interesuje ją to o czym chcę z nią pomówić.

Biorę wdech, wypuszczam powietrze.

– Ja cię szukałem. Szukałem dosyć sporo czasu. Opuściłem Berk robiąc to dla siebie i taty. Szczególnie dla taty. Nie często o tym wspomina, w zasadzie wcale o tym nie mówi, ale on za tobą bardzo tęskni.

Spuszcza spojrzenie skupiając je na talerzu. Przestaje jeść i mnie słucha.

– Kilka miesięcy temu postanowił abdykować i zrobić mnie wodzem. Nie zgodziłem się i teraz też się nie zgadzam. Nie jestem gotów. Powiedziałem mu o tym, ale on jeszcze bardziej się uparł. Na dodatek uznał, że powinienem znaleźć sobie wybrankę. Na to również nie poszedłem. Znalazł mi narzeczoną z odległej obcej dla nas wyspy.

Podnosi na mnie oczy. Skupia się na mnie i na tym co mówię, więc kontynuuję.

– Pokłóciłem się z nim o tą sprawę parę naście razy. Do teraz wątpię, by coś do niego dotarło. Rozmawiałem z tą dziewczyną. Powiedziałem, że to małżeństwo jest niemożliwe, że ukartowali to mój ojciec i jej brat. Teraz ona próbuje przekonać swojego brata, by odpuścił. Mnie się z ojcem nie udało.

– Dlaczego brat?

– Ojciec Valeri nie żyje. Harris – jej brat – przejął dowództwo, został wodzem. Teraz on za nią decyduje.

– Dlaczego nie chcesz się zgodzić? Poznałeś ją chociaż?

– Tak. To wspaniała, miła, piękna i dobra dziewczyna. Naprawdę. Tyle, że ja... po prostu jej nie kocham.

Mama przekręca głowę. Na jej twarzy maluje się smutny uśmiech jakby w celu pokrzepienia mojego nieszczęścia.

– Poznałem kogoś innego. Z początku wydawała się to tylko przyjaźń, ale później coś we mnie i w niej... tak jakoś nas... sam nie wiem.

– Zakochałeś się w innej, a ona w tobie. – Głos mamy jest taki radosny i ciepły.

– Taaak. – przyznaję. Próbuję się uśmiechnąć, ale nie daję rady.

– Powiedziałeś Stoickowi? – Skinąłem głową. – I jak zareagował?

Wzdycham.

– Kiepsko. Poznał tą dziewczynę, nawet ich sobie przedstawiłem, ale potraktował ją bardzo ozięble. Nie dał jej szansy. Powiedział, że mam przestać się z nią zadawać i skupić na narzeczonej, którą on mi wybrał.

Spuszczam wzrok na rybę, którą od początku rozmowy grzebię i nie jem. Talerz wgląda na pobojowisko mięsa i ości.

– A co z nią? Jak twoja ukochana ma na imię?

– Astrid – Uśmiecham się na myśl o blondynce. – Jest silna, odważna, dzielna, piękna, uparta, mądra, życzliwa, dobra. Jest wyjątkowa, niesamowita. Coś w niej jest takiego, że kiedy o niej myślę jest mi dużo, dużo lepiej.

– Ale się rozmarzyłeś – Mama się uśmiecha szerzej. Sam nie mogę powstrzymać zachwytu, gdy mówię o niebieskookiej.

– Mamo...

– No co? Twój ojciec komplementował mnie podobnie przy Pyskaczu, kiedy myślał, że go nie słyszę.

Śmieję się, gdy o tym wspomina.

– Dobrze wiedzieć.

– W porządku. I co dalej?

Uspokajam śmiech. Próbuję ułożyć tak swoją wypowiedź, by nie trwało to za długo, ale zebrać w niej najważniejsze sprawy.

– W życiu moim i Astrid wiele się wydarzyło. Jej ojciec niespecjalnie się zachwycił, gdy ją odwiedziłem. Poprosiła o pomoc, gdy jej mama zachorowała, a ja nie miałem sumienia nie pomóc. Później ona potrzebowała pomocy, bo łowcy Drago ją złapali. Potraktowali jak worek treningowy. Omal nie zginęła. Jakoś sobie poradziliśmy. Wróciłem jakiś czas później do domu. Opowiedziałem tacie o Drago, a on zwariował. Zaczął stawiać wszystkich na nogi, kazał ukryć smoki, zabronił opuszczać wyspę, normalnie oszalał z niepokoju.

– Drago Krwawdoń? – mama jest zdziwiona i zmartwiona.

Kiwam głową i kontynuuję.

– Później odwiedziła nas dawna przyjaciółka i powiedziała, że sprawdzali fort Drago, i że udało się jeźdźcom uwolnić wszystkie smoki. Później powiedziałem co myślę na temat tej całej paniki na Berk z powodu dawnego wroga, powiedziałem, że cię odnajdę i zniknąłem. Nie mogłem znieś tego jak obwiniał Astrid o to jak się zachowuję, co wyprawiam, że gdyby nie ona nic by się nie stało. Obrażał ją w mojej obecności i... nie wytrzymałem. Powiedziałem, że odnajdę Ciebie po to, by przypomniał sobie jak to jest kochać. Chyba zapomniał jak to jest być zakochanym. Nie wiem jak to wyjaśnić.

Mama przygląda mi się z oszołomieniem. Wbija we mnie to szmaragdowe spojrzenie, a ja nie wiem co będzie lepsze odezwanie się, czy spuszczenie wzroku na talerz skupienia się na jedzeniu, choć cała opowieść pozbawiła mnie apetytu.

– Powoli, Czkawka. Chcesz powiedzieć, że Drago porwał Astrid?

– W zasadzie to ją uwięził. Poddał torturom. On porywa smoki i został pozbawiony każdego. Pomyślałem, próbowałem przekonać tatę do tego, żeby pomówić z Drago i przemówić mu do rozumu, ale uznał, że nie mam szans bo to szaleniec.

– W porządku – Dotyka mojej dłoni swoją. Spoglądam jej w oczy. – Bardzo szybko mówisz. Zwolnij.

Kiwam głową. Chyba nerwy biorą nade mną kontrolę.

– Tata dał mi twój naszyjnik zaręczynowy. Chciał bym ofiarował go Valeri, ale nie mogłem. Podarowałem go Astrid. To ją kocham, ale tata nie chce przyjąć tego do wiadomości. Ja nie mogę, nie chcę spędzić życia przy boku tej, której nie darzę uczuciem na które zasługuje. Valeria i ja będziemy cierpieć. Nie mogę zrobić tego jej i sobie.

Mama chce coś powiedzieć, otwiera usta by to zrobić, ale wyprzedzam ją.

– Pomóż mi przekonać tatę do zmiany decyzji. Proszę, mamo, potrzebuję twojej pomocy.

Astrid

To nie może być prawda.

Serce wali mi tak szybko, że od tego znów czuję mdłości. Nie mogę powstrzymać tego, że czuję przerażenie większe niż wtedy, gdy stanęłam przed Drago. On był straszny, ale straszniejsze jest to co się dzieje aktualnie ze mną. We mnie. W środku.

A jeśli... Nie! Odwodzę od siebie myśl, że to jednak prawda, ale ona wraca. Nie mogę powstrzymać głosu w głowie, które odbijają się od mojej czaszki echem.

Jesteś w ciąży.

Nie to, że nie chcę mieć dzieci. Chcę ale, za kilka lat, kiedy będę miała za sobą spełnione plany i marzenia, i kiedy będę miała męża. Ale na miłość Frei, to za parę lat!

Nie tak zaplanowałam swoje życie. Mam dwadzieścia lat. Jestem młoda. Od zawsze tkwię w jednym miejscu i pragnę poznać świat. Być wolna. Żyć pełną piersią. Zupełnie inaczej to sobie wyobrażałam. Krok po kroku. Jedno po drugim z jakimś odstępem czasu, a nie tak.

Nie teraz.

Nie kiedy nie zwiedziłam świata, nie wyszłam za mąż. Ba, nawet nie mam pojęcia czy mam chłopaka i czy mogę nazwać tak Czkawkę i czy on patrzy na mnie tak jak ja na niego. Chociaż po tym co zrobiliśmy, i co stworzyliśmy razem... Nie. Nie stworzyliśmy. Nie jestem w ciąży! To bzdura.

– Astrid, powiedz cokolwiek.

– Skarbie, zaczekaj... – Ignoruję mamę. Mijam rodziców i idę przed siebie. – Co się stało?!

Wołają bym się zatrzymała i coś powiedziała. Słyszę jak pytają o mnie wieszczkę, ale ona nic im nie odpowiada, a przynajmniej nie to co mi obiecała.

Zauważam Wichurę, która leży przy Briettcie zwinięta w kłębek. Moja przyjaciółka głaszcze ją po błękitnych łuskach podpierając na łokciu policzek.

Mogłabym do niej podejść. Mogłabym jej powiedzieć. Mogłabym się jej zwierzyć z tego w czym prawdopodobnie utknęłam, ale coś mnie powstrzymuje. I nie wiem co to jest. Jakaś bariera nie pozwala mi się przełamać i wypowiedzieć słów na głos. Bo ja nie wierzę. Nie i koniec.

I dokąd ja mam pójść? Do kogo?

Ruszam krokiem w stronę lasu. Muszę się przejść, muszę się poważnie zastanowić.

Muszę się spotkać z Czkawką. Porozmawiać z nim. Przecież nie mogę, nie dam rady powiedzieć o tym nikomu innemu. Problem w tym, że on nie daje znaku życia. Lecz on gdzieś jest. Po prostu jest w podróży. Ma na głowie poszukiwania. Oby znalazł mamę.

Mamę. Mama.

O Odynie. Będę matką.

Nie! Nie mogę być matką. Nie jestem gotowa! Nie nadaję się do tej roli.

I znowu serce rozpoczęło bicie z ogromnym przyspieszeniem. Wypuszczam powietrze przez usta. Zatrzymuję się na środku polany. Nie wiem ile przeszłam metrów, a może kilometrów od wioski. Z niedaleka słyszę szum oceanu, chyba jestem niedaleko plaży.

Ruszyłam dalej. Może morskie fale mnie uspokoją. Może zabiorą moje myśli tam, gdzie serce pragnie. Ale serce ciągnie do drugiego, które bije w piersi ścigającego się z wiatrem jeźdźca ze swoim smokiem po niebie.

Moja dłoń sama z siebie ląduje na moim płaskim brzuchu. Odwracam spojrzenie od wody i spuszczam na rękę. Nic nie czuję. No jasne, przecież to dopiero pierwsze tygodnie. Pierwsze tygodnie nie istniejącej ciąży. Nie poczuję ruchu, bo nic we mnie nie siedzi, prawda?

Moje oczy wypełniają się łzami.

Powtarzam sobie, że wszystko jest w porządku. Wszystko będzie dobrze. To nic. To się nie stało.

Ciepłe kropelki spływają mi po twarzy, ale nie mam jak jej otrzeć. Moje dłonie zajęte są głaskaniem płaskiego brzucha. Nie umiem sobie wyobrazić, że urośnie.

Czy to naprawdę się dzieje?

Serio, mnie?!

Mija dłuższa chwila, podczas której próbuję sobie wmówić, że Atma się pomyliła. Z chorobą mamy też się pomyliła. W głowie powtarzam sobie, że nie zaciążyłam.

Otwieram usta i chcę powiedzieć to na głos.

Mówię zupełnie coś innego.

Przyznaję się sama przed sobą.

– Jestem w ciąży.

Rozdział 26

Kilka dni później

Czkawka

- Okej, chyba wszystko mamy. - rzucam, przytwierdzając do siodła ostatni bagaż.

Szczerbek pomrukuje, macha głową bym spojrzał za siebie. Mama stoi przy krawędzi i patrzy na sanktuarium. Podziwia widok, który oglądała każdego dnia od dwudziestu lat. Przyzwyczaiła się, zupełnie tak samo jak ja do Smoczego Skraju. Mnie i jeźdźcom też było ciężko opuścić Koniec świata, na którym wybudowaliśmy własne chaty, żyliśmy na własną rękę i nikt, nawet ja, nie miał nad nami kontroli.

Staję obok niej, również odwracam wzrok na wnętrze lodowej góry.

- Przywykłam do życia samej ze smokami. - Spoglądam na mamę, ale ona nie ma zamiaru odwrócić oczu od Alfy i latających smoków wokoło. - Dwadzieścia lat samej bez ludzkiego towarzysza. Jeśli Berk jest taka wspaniała, to chyba nie będzie tak źle. Prawda?

Wyczuwam w jej głosie smutek. Próbuje się uśmiechnąć, wymusza radość, ale wiem, że przepełnia ją obawa tego co ją czeka.

- Mamo - Dotykam jej ramienia. Odwraca na mnie zielone oczy. - Jeśli nie jesteś gotowa tam wrócić... ja nie mogę cię zmusić.

Wiem o czym mówię. Serce mnie ściska, ale nie mogę zrobić nic innego. Poprosiłem mamę by ze mną wróciła. Za wiele wymagam. Za wiele sobie wyobraziłem.

- Jeśli masz płakać i cierpieć, to zostań. Jakoś się znajdziemy.

Uśmiecham się, kiedy moje słowa wypływają z moich ust. Chce coś powiedzieć, widzę to.

- Daj sobie jeszcze trochę czasu, a kiedy będziesz gotowa wrócisz do nas do domu. Poczekam z tatą. Nie martw się. - Mama wyciera policzek, po czym bierze mnie w objęcia.

Nie zmuszę jej. Nie mogę. Poza tym nie mam serca patrzeć na jej rozdarcie.

- Przepraszam. - szepcze.

- Jest okej.

- Wrócę.

Astrid

Parę dni przed Snoggletogiem

- Astrid... wyglądasz...

- Wiem - wzdycham. - Idiotycznie.

- Weź! Wyglądasz obłędnie, cudnie, perfekcyjnie.

Brietta klaszcze w dłonie. Staje za mną i kładzie mi dłonie na ramionach. Patrzy razem ze mną na odbicie w lustrze.

Przymierzam właśnie sukienkę. To co powiedziałam o tym jak wyglądam, wcale tak nie uważam. Jest ładnie, a na pewno inaczej. Nie noszę sukienek. Nie przypominam sobie, żebym wcześniej nosiła sukienkę. Spódniczkę owszem, ale nie sukienkę.

- Jeszcze tylko poczekać, aż Czkawka cię zobaczy. Szczęka mu opadnie.

Kiwa nami śmiejąc się szczerze. Wymuszam uśmiech. Cieszy się bardziej ode mnie. Nie zauważy, że wcale mi się nie uśmiecha tam lecieć. Nie, to raczej płynąć. Nie mogę dosiąść Wichury, gdy płynę z rodzicami.

Już mam ochotę powiedzieć na głos, że szczęka mu opadnie zupełnie z innego powodu, ale gryzę się w język.

Ciąża to nie jest jedyna tajemnica, którą zatrzymuję dla siebie. Na razie. Poza nią jest jeszcze przeszłość, którą poznałam i do teraz nie podzieliłam się nią z Czkawką. Miałam okazję. Miałam wtedy, gdy się obudziłam, a on był przy mnie. Mogłam z nim porozmawiać, coś powiedzieć, ale nie zrobiłam tego. Miałam, gdy przyleciał do mnie w biały dzień, chciał mi coś wyznać i wyznał. Dosyć wyraźnie dał mi do zrozumienia co czuje. Pokochał mnie. Zamiast na spokojnie z nim pomówić, nacieszyć tym, że mogę spędzić z nim czas, mądra ja zaciągnęłam go do łóżka i co? I mam. Dosięgły mnie konsekwencje.

Nie wiem co zrobić najpierw. Czy powinnam powiedzieć o dziecku, czy o prawdzie skrywanej od lat.

- Astrid - Odwracam się słysząc przyjaciółkę. Nie zauważyłam kiedy odeszła od lustra i wyszła z pokoju. - A ja? Jak wyglądam?

Stoi przede mną piękna, urocza dwudziestopięciolatka. Uśmiecha się niepewnie, a ja czuję jak na mojej twarzy rośnie wielki uśmiech.

Brietta ma na sobie kremowo-różową sukienkę. Jest zdobiona haftem. Ma długie rękawy. Przez talię przebiega gruby beżowy pas.

- Wyglądasz najpiękniej. Obłędnie, cudownie, idealnie!

Biorę ją za ręce i ściskam.

- Już mnie tak nie komplementuj.

Śmiejemy się.

- Cieszę się, że płyniesz z nami. Boję się, że wszystko się rozwali, kiedy tata się zorientuje gdzie zmierzamy i gdy pozna Stoicka, ale...

- Nic się nie rozwali, Astrid. Czkawka na pewno porozmawiał z ojcem i go przekonał.

- A co jeśli nie? - Puszczam jej dłonie i oplatam się ramionami. Martwię się i to bardzo. - Co jeśli będzie tylko gorzej?

- Przestań krakać. - Dotyka moich ramion. Moje oczy kierują się za mnie i spoglądają w oczy przyjaciółki. - Będzie dobrze.

Chcę coś powiedzieć. Zaprzeczyć, albo się zgodzić. Sama nie wiem. Jednak czuję jak ból w piersiach znów się odzywa. Wczoraj wieczorem, gdy wróciłam do domu też mnie bolały.

Próbowałam sobie wmówić już parę razy, że te wszystkie dolegliwości mogą znaczyć zupełnie coś innego, ale nic się nie zgadzało. Może ból brzucha, nudności, intensywność zapachów da się jakoś wyjaśnić, ale piersi? Błagam.

- Co jest?

- N-nic - Zaciskam zęby.

Jeden. Dwa. Trzy. Czte-

- Auć - mój szept brzmi bardziej jak syknięcie, a Brietta to słyszy. - Cholera.

- Astrid, co ci jest?

- Nie, nic. Wszystko w porządku. - odpowiadam. Kłucie stopniowo mija. - Pewnie okres mi się zbliża.

Ból odpuszcza i czuję ulgę. Spojrzenie przyjaciółki jest zatroskane, ale nie mogę jej powiedzieć prawdy.

Słychać pukanie w drzwi, które następnie się otwierają. W progu staje mój tata. Uśmiecha się miło. Ostatnio coraz częściej widzę radość na jego twarzy, tak jakby opuściły go dawne lęki i zło. Jakby wyjawienie tajemnicy sprzed lat dodało mu skrzydeł. A teraz ja czuję jak sekrety przygniatają mnie do ziemi. Dopiero teraz rozumiem jak czół się ojciec. Przerażony tym co będzie jeśli powie.

- Gotowe? - pyta patrząc to na mnie to na Briettę. Kiwamy głowami. - To chodźcie. W porcie już czekają.

Brietta uśmiechnęła się do mnie. Rusza do drzwi, tata kładzie jej dłoń na ramieniu posyła wdzięczność w uśmiechu, a ona wychodzi. Ojciec podchodzi do mnie i kładzie dłonie na moich ramionach.

- Ten dzień przejdzie do historii. Twój staruszek zgodził się opuścić Sollar. - Śmieje się. Obraca mnie stronę lustra, a sam staje za mną.

Czuję jak gula w gardle robi się większa i odbiera mi zdolność mówienia. Wymuszam słaby sztuczny uśmiech.

- Co to za mina? Nie cieszysz się?

Chyba nie za dobrze ukrywam szczere uczucia.

- Astrid, ja wiem, że popełniłem masę błędów, ale daj mi to naprawić. Boję się o wasze bezpieczeństwo, ale chcę żebyś była szczęśliwa. Idą święta.

Wiem. Wiem, że zbliżają się święta. Wiem, że on się stara. Doceniam to!

- Chcesz o czymś porozmawiać, albo mi o czymś powiedzieć?

Jest wiele rzeczy, które chciałabym mu powiedzieć, ale nie mogę.

Kręcę głową.

- Wyglądasz super, tato. To będą wspaniałe święta.

Uśmiecha się szerzej. Ściska moje ramiona. Przepływa po mnie dreszcz niepokoju. Jakby poruszył moją duszę, która kruszy się i pragnie rozpłakać.

- A ty wyglądasz olśniewająco. Jestem dumny ze swojej córki. - Całuje mnie w czubek głowy. Słyszę szept: - Pójdę zajrzeć do mamy. Weź ostatnie rzeczy i schodź na dół.

Drzwi się zamykają. Otwieram oczy i widzę swoje odbicie. Ojciec nie byłby dumny wiedząc co zrobiłam. Nie byłby dumny z tego kogo kocham.

Skłamałam mówiąc, że to będą wspaniałe święta. Mam po prostu taką nadzieję.

Czkawka

Teraz

Próbuję jakoś poukładać sobie w głowie co powiedzieć tacie. Nic nie jest dobrze. Żaden plan nie wygląda dobrze.

Nie skłamię, że nie spotkałem mamy. Nie mogę też powiedzieć, że ją spotkałem. Spyta mnie gdzie się podziewałem tyle czasu, a ja będę musiał skłamać. Nie chcę widzieć jego cierpienia w oczach. Już nawet nie chodzi o moje problemy, ale o tatę. Chcę żeby był szczęśliwy tak po prostu. Tak samo jak ja jestem szczęśliwy przy Astrid, żeby on mógł znów cieszyć się trwaniem przy boku ukochanej.

Jak mam pomóc dwóm osobom, które kocham?

Na horyzoncie dostrzegam zarys wyspy.

- Jak tam, Szczerbek? - Kładę dłoń na głowie smoka. Pomrukuje w odpowiedzi. - Chyba musimy się zmierzyć z rzeczywistością.

Znów pomrukuje na potwierdzenie. Przyspiesza trochę lot. Zaciskam dłonie na uchwycie siodła.

Musiało minąć naprawdę sporo czasu. Już z tej odległości widzę zbudowaną wielką drewnianą zieloną choinkę. Smoki kręcą się wokół pomagając w przyozdabianiu drzewka, aż miło popatrzeć. Jest biało. Wszędzie biało od śniegu, a to tylko dodaje klimatu.

Szczerbatek zakręca. Postanawiamy obejrzeć wyspę z każdej strony. Co roku na święta Snoggletoga ozdabiamy Berk tak samo. Co prawda pojawiają się nowe ozdoby, ale mimo wszystko co roku wyspa wygląda wspaniale.

Dostrzegam tatę przechadzającego się po wiosce. Wikingowie ślą mu pozdrowienia. Pyskacz kroczy przy kego boku trajkocząc o czymś. Szczerbek macha mocniej skrzydłami przyspieszając. Kierujemy się nad Smoczą Akademię. Oczywiście zastajemy pustki. Na czas obchodów Migdalisk zajęcia są odwołane i dzieciaki mają spokój.

- Może sprawdzimy co u jeźdźców? - zagajam do smoka. Pomrukuje zgadzając się ze mną. Nie muszę mówić, w którą stronę ma lecieć, sam wie gdzie ich znaleźć.

Mija krótka chwila, gdy dostrzegamy wędrujących do wioski Sączysmarka i Mieczyka. Niosą dwa kosze tocząc między sobą dyskusję. Macham im, ale mnie nie zauważają. Postanawiam podlecieć ich od tyłu.

- Cześć, wam! - witam się głośno z szerokim uśmiechem. Szczerbek pomrukuje uśmiechając po swojemu. Smark i Mieczyk podskakują z krzykiem przerażenia, przez co kosze wypadają im z rąk. Nic z nich nie wypada, a to znaczy, że były puste i nadal są.

- Aaaa!

Nie mogę ukryć radości. Mierzą we mnie wściekłe spojrzenia.

- Czkawka?!

- We własnej osobie.

Sączysmark marszczy czoło patrząc na mnie z grymasem na twarzy. Mieczyk podchodzi do Szczerbatka z jasnym niedowierzaniem.

- Niby Nocna Furia, która wabi się Szczerbatek. Niby jego jeździec to nasz przyjaciel imieniem Czkawka, ale czy są prawdziwi?

Szczerbek pomrukuje, kiedy Mieczyk obejmuje jego mordkę i wlepia w nią swoje szaroniebieskie oczy. Wyszarpuje pysk, a mój przyjaciel podchodzi do mnie. Staje na palcach i wyciąga rękę. Nie no zwariował, chce sprawdzić czy jestem żywy. Dobra niech będzie.

- Prawdziwy Czkawka na prawdziwym Szczerbatku.

Sączysmark wzdycha i uderza z otwartej ręki w swoje czoło. Śmieję się lekko, ale od razu tego żałuję. Mieczyk ciągnie mnie za rękę w dół, prawie spadam z siodła. Łapie mnie za ucho i ciągnie. Cholera, co on wyprawia?!

- Ale czy ty jesteś nienormalny?! Jak tak można w biały dzień własnych przyjaciół?!

- Mieczyk, puść mnie, bła-

- Puścić? Taa, chciałbyś! Puszczę, a ty wsiądziesz na swojego smoka i odlecisz.

Szarpie mnie i spadam z siodła, ląduję na zimnej ścieżce. Mieczyk przygniata mnie nogą do ziemi, a sam głaszcze Szczerbka po głowie. Mój smok nie ma nic przeciwko. Lepiej! Śmieje się zdrajca.

- Zabrał cię daleko, prawda? Pozbawił ciepłego domku i żarła. Wstrętny Czkawka.

Ja wstrętny? A czy Szczerbatek protestował? Nie! Co prawda nie pytałem go czy zgadza się na miesięczną wycieczkę w nieznane, ale...

- Weź ze mnie to kopyto - Udaje mi się wyczołgać spod buta jeźdźca. Staję na nogach i strzepuję z siebie piach i ziemię.

- Miesiąc was nie było. Szukaliśmy was ponad tydzień. - Smark mnie popycha. W jego oczach lśni oburzenie, ale nic poza tym. - Gdzie byliście?!

Wzruszam ramionami. Nie wiem, co mam im powiedzieć.

- Wszędzie.

- Zmęczyłeś się prawda? Chodź, wujek Mieczyk cię nakarmi. - Odwracam spojrzenie za siebie. Mój smok łasi się do Mieczyka.

- Co ty... natarłeś go Smoczymiętką?

- Nie. - Znów w głosie blondyna słychać złość. - Dać ci rybek? Dam ci rybek. Dużo dużo ryb.

Idzie sobie. Mój smok sobie idzie. Zostawia mnie dla żarcia. Przecież ja sam mógłbym go...

- Tutaj patrz na mnie, kochasiu. - Szarpie mnie brunet i odwraca w swoją stronę. Zmusza mnie bym spojrzał mu w oczy. - Co się z tobą działo?!

- Nic specjalnego. Radowałem się, martwiłem, podziwiałem widoki, cieszyłem wolnością. Wiesz, jak to ja. - Wymijam go i biorę jeden kosz w ręce, on zabiera swój i ruszamy spacerkiem do wioski.

- Dowcipniś się w tobie obudził? Myślałem, że ta działka zajęta jest przez bliźniaki.

Śmieję się głośno. Nie sądziłem, że aż tak brakowało mi gadek Sączysmarka.

- Jak miło wiedzieć, że dobry humor ci dopisuje przyjacielu.

- No ba, jasne, że dopisuje. Każdy na Berk jest w świątecznym nastroju.

Kiwam głową z uśmiechem na ustach. Docieramy do centrum wioski, gdzie stoi wielka choinka wciąż ozdabiana tarczami przez wikingów. Dzieciaki biegają gdzie popadnie, ganiając za małymi smokami.

Nigdy nie wątpiłem w to, że święta niosą ze sobą świetną atmosferę. Mają w sobie coś magicznego i bez względu na spory, zło odchodzi w niepamięć. Chodzi o to by cieszyć się chwilą ze wszystkimi wokoło. Tego dnia zwycięża dobroć, nie nienawiść. Tego się trzyma każdy. Ja się trzymam. I mam wielką nadzieję, że nic i nikt tego nie zepsuje.

- Sączysmark, czy ty widziałeś to co ja widziałem? - słyszę znajomy głos. Sączysmark jęczy odwracając się za siebie. To Śledzik go woła.

- Nie! Ale wiesz co? To musi być bardzo interesujące. Opowiedz mi o tym.

- Serio? - Blondyn się rozgląda wokoło wciąż zmierzając w naszą stronę.

- Nie!

Wzdycha zielonooki. Głaszcze Sztukamięs pod brodą, by następnie pozwolić jej pobiec za radosną dziewczynką.

- No bo widziałem Szczerbatka z Mieczykiem. Trochę dziwne, nie uważasz?

- Tak, dziwne jest to, że mój smok zdradził mnie ze względu na jedzenie. - odpowiadam. Śledzik zastyga w bezruchu. Jego szczęka omal nie uderza o ziemię, kiedy mnie zauważa.

- Czkawka. Wróciłeś. O cię słodki Thorze, Ty wróciłeś!

Biegnie. O nie, nie nie... I leżę. Nie to nie jest upadek. Raczej ściskanie i duszenie.

- Też... się... ciesz-

- Fuj - głos Smarka przebija się przez mój niedotleniony mózg. - Pocałuj go jeszcze na dzień dobry.

Czuję grunt pod nogami. Co prawda ledwo umiem utrzymać równowagę, ale jest okej. Żyję.

- Jak mogłeś tak zniknąć? Na tak długo? Ty wiesz co my tutaj przeżywaliśmy?!

- Wyobrażam sobie. - szepczę.

- Znalazłeś matkę?

Pytanie Śledzika wywołuje u mnie zamrożenie czasu. Moja proteza i noga przywarły do ziemi, a wdech ugrzązł mi w gardle.

Co ja mam im odpowiedzieć? Smark i Śledzik gapią się na mnie w wyczekiwaniu. Obaj nie potrafią trzymać języka za zębami.

- Pomóc wam w przygotowaniach?

- Nie odbiegaj od tematu - Smark uderza w moją pierś palcem. Jego zimne niebieskie spojrzenie wywołuje we mnie obawę, że zauważy prawdę kryjącą się za moim.

Powiem.

To głupi pomysł.

Nie powiem.

Nie mogę ich okłamać.

Moje sumienie zaczyna się ze mną kłócić.

Wzdycham, kręcę głową i wymijam jeźdźca Koszmara Ponocnika. Muszę iść do taty. Ale co mu powiem?

- Czkawka, zaczekaj!

Przyspieszam kroku, ale chłopaki mnie doganiają.

- Hej, nie było cię tygodnie, serio jesteśmy ciekawi. - rzuca zmartwiony Śledzik.

- Spotkałeś ją? Żyje? Jak wygląda?

- Czy może jednak...?

Spotkałem mamę. Żyje, ma się dobrze. Jest tak piękna jak opowiadał tata.

- Chłopaki, nic wam nie powiem.

- Czyli ją spotkałeś! - krzyczą obaj z zachwytem. Tak, też bym się cieszył.

Przyspieszam kroku jeszcze bardziej, po czym biegnę w kierunku domu. Myślę o spojrzeniu taty, kiedy mu opowiem o tym co się stało. Myślę co zrobię, jeśli na moich oczach rozpadnie się w cierpieniu tęsknoty. Jak mam mu powiedzieć, że mama wolała zostać w Sanktuarium ze smokami, zamiast wrócić do domu? Przecież... no... jak?

Astrid

*

Daj temu szansę istnieć

Nie pozwól, by ktokolwiek Ci to odebrał

Złap to i trzymaj, tylko mocno.

Trzymaj jego dłoń,

Spójrz mu w oczy,

Pocałuj przekazując tym jednym gestem całą prawdę o uczuciu, które na zawsze was połączyło.

I nie bój się.

Miłość wybacza,

Miłość jest wieczna,

Miłość wszystko przetrwa.

*

Jest późny wieczór, kiedy nasz statek dobija do portu. Rodzice wciąż nie mają pojęcia, że Kreb, to tak naprawdę Berk. Poznaję znajome mosty, po których miałam szansę przejść z jeźdźcami. Co prawda na wodzie nie ma statku kupca Fredrika, ale jest wiele innych przybyszy, którzy postanowili spędzić ten cudowny czas z Berkianami.

Port jest pięknie oświetlony. Jest nieco gwarno, ale goście ruszają od razu w górę wyspy do wioski.

- Mam dziwne wrażenie, że znam to miejsce - rzuca tata stając koło mnie. Opiera dłonie o burtę statku oglądając widok.

Serce podskakuje mi w piersi. Wciągam zimne powietrze do płuc.

- Od wielu lat nie opuszczałeś Sollar, tato.

- Astrid ma rację. - Mama kładzie dłonie na ramionach męża i uśmiecha szeroko. Tata jednak nie jest przekonany i wciąż obserwuje srogim spojrzeniem wyspę. - Każda wyspa będzie ci się kojarzyła źle, Edgarze. Daj szansę nowej okolicy.

- Dałbym, gdybym miał pewność, że nic nam nie grozi. - Odwraca na moment oczy na mnie i żonę. - Wybaczcie, chyba potrzebuję trochę czasu na oswojenie się z myślą, że oddaliliśmy się od domu.

Mama się uśmiecha całując tatę w usta. Uśmiecham się lekko na ten widok.

Nie mija długa chwila, kiedy tata w końcu postanawia opuścić statek. Mama obejmuje jego ramię i z dumą kroczy obok niego. Ja idę za nimi. Tuż za mną kroczy Brietta. Statek opuszcza również kilkoro wojowników Sollar, bo jakże by inaczej. Obca wyspa, obcy ludzie, trzeba być ubezpieczonym z każdej możliwej strony. Tylko ja wiem, gdzie tak naprawdę jesteśmy.

Na pomoście stoi znana mi postać o ciemnych włosach i piwnym spojrzeniu. Blask pochodni odbija się w jego oczach, a na twarzy widnieje uśmiech. Skina głową na powitanie do rudowłosego mężczyzny i blond kobiety obejmującej jego ramię. Zaraz po nich moi rodzice stają przed brunetem.

- Witamy na Be-

Urywa widząc jak macham dłońmi uciszając go. Patrzy na mnie, rodzice zerkają do tyłu, prostuję się przyklejając do twarzy delikatny uśmiech, a później znów się odwracają i spojrzenie Ereta styka się z moim ojcem i matką.

- Witamy na Kreb. - Kłania się nisko po czym prostuje. - Proszę wybaczyć, za to zmieszanie. Od paru godzin stoję tu i witam gości.

Śmieje się nerwowo.

- Wódz jest w twierdzy ze wszystkimi. Zapewniam, że uczta jest wielka, muzyka sprawia, że nogi rwą się do tańca, a wikingowie cieszą swoim towarzystwem. Świetna zabawa gwarantowana.

Rodzice ruszają mostem w górę wioski. Kroczę wolnym krokiem za nimi, posyłając byłemu łowcy rozbawienie w spojrzeniu. Zestresował się biedak.

- Pięknie wyglądasz, Brietto.

Nie odwracam się, ale słyszę jak kroki mojej przyjaciółki ustają. Już wiem, że nie pójdzie za nami. Zostanie z nim, aby porozmawiać albo bynajmniej wysłuchać. Mój uśmiech nie znika. Ten wieczór może coś naprawić między nimi, wystarczy, że dadzą sobie szansę na nowy początek.

Wyspa wygląda pięknie. Jest oświetlona kolorowymi kulami, za którymi palą się świece. Miedzy domami wiszą chorągwie, a mieszkańcy opuszczają domy zmierzając do twierdzy. Smoki zapewne są w stajniach, choć wątpię by wszystkie. Na pewno Szczerbatek jest przy boku Czkawki. Nigdy się nie rozstają. A i przy reszcie jeźdźców trwają wierni pupile.

Już na schodach słychać głośny gwar dochodzący z twierdzy. Widać światło przez szparę w drzwiach. Gorąc w panujący w pomieszczeniu uderza w nas, a zapach przygotowanych potraw i alkoholu unosi się w powietrzu. Chyba długo tu nie wytrzymam.

Ludzi jest mnóstwo. Na przyjęciu po Wyścigach smoków, kiedy przyszłam z Czkawką było mniej gości, a teraz panuje przepych. Muzyka gra skoczne melodie, szum rozmów słychać wokoło, ale jest cudownie. Poważnie jest magicznie. Czuć tą dobroć i wzajemną radość do świętowania. Każdy śle drugiemu szczere uśmiechy i pozdrowienia, a serce się raduje.

- Jak słowo daję tu jest...

- Wspaniale - Kończę za tatę. Odwraca się w moją stronę. Nie kryję radości. - Pójdę się rozejrzeć.

- Sama?! - Tata wybałusza oczy. Łapie mnie za łokieć, kiedy mam zamiar ruszyć w tłum. - O nie, to zbyt...

- Niebezpieczne? - Unoszę brwi znacząco w pytaniu. Chce coś odpowiedzieć, ale nie pozwalam mu. - Nic mi nie będzie. Rozejrzyj się, tato. Tutaj panuje spokój, wszyscy są dla wszystkich. Są święta. Chociaż na jeden dzień zaufaj ludziom.

- Ale...

Mama zabiera rękę ojca i łączy ją ze swoją. Uśmiecha się do mnie z zaufaniem w oczach, a później kieruje słowa do męża.

- Edgar, odpuść.

- Ale, Loren, przecież...

- Astrid jest odpowiedzialna. Da sobie radę. A jak coś będzie się działo, będzie krzyczeć. Prawda, córeczko?

Prycham patrząc na rodziców.

- Astrid!

- Dobra, dam znać. - Unoszę dłonie w obronnym geście.

Wycofuję się w nadziei, że uda mi się znaleźć jeźdźców. Muszą tu być, Czkawka też.

Czkawka

Kiedy wpadłem do domu, po tym jak udało mi się zwiać przed lawiną pytań od chłopaków, taty nie było w domu. Z początku byłem zdziwiony jego brakiem obecności, ale chwilę później przypomniałem sobie, że widziałem ojca jak doglądał przygotowań do świętowania. Niekoniecznie miałem ochotę wychodzić i natknąć się na Śledzika i Smarka, a Szczerbatek poszedł się najeść do bliźniaków, więc wydawać by się mogło, że utknąłem.

W domu był porządek. Było ciepło, przytulnie, a w pomieszczeniu unosił się zapach chleba z żurawiną i orzechami. Nie mogłem się powstrzymać i odkroiłem kawałek już chwilę później napawając jego smakiem. Mama poczęstowała mnie rybą, cóż nie za wiele jej zjadłem. Nie chciałem mamie mówić, ale nie miała talentu do gotowania. Nie to, że nie dało się przełknąć potrawy, ale jeśli miałbym wybierać kto jest mistrzem kuchni między rodzicami tata by wygrał.

Ojciec wrócił do domu wieczorem. Trzaśnięcie drzwiami świadczyło o tym, że dostał się do ciepłej chaty. Stałem na górze u siebie w pokoju i wpatrywałem się w to jak grzeje chwilkę dłonie przed ogniem, a następnie z zapałem zabiera do zmiany futra na krótsze, by nie przeszkadzało mu w twierdzy. Zastanawiałem się co będzie najlepsze. Powiedzenie mu teraz, czy po uczcie, albo w ogóle?

Zebrałem się w sobie i ruszyłem schodami na dół. Deski skrzypiały lekko, a wtedy oczy ojca odwróciły się na mnie. W jego oczach dostrzegłem ostrożność, ale też zaskoczenie i radość.

A teraz? Stoję przed nim z pół uśmiechem, który wymuszam.

- Cześć, tato - rzucam z niepewnością.

Tata zrywa się i bierze mnie w żelazny uścisk. Może i brak mi tchu, ale czuję te emocje, które przekazuje tym ojcowskim gestem.

- Na wielkich bogów, to ty synu - Jego głos jest cichy i przepełniony ulgą. - Wróciłeś i żyjesz.

- Tak, ciebie też dobrze widzieć. - Odsuwa się stając przede mną. Na twarzy nie widać już tylko ulgi, ale zagniewanie.

- Gdzieś ty był?! Nie było cię kilka tygodni! Co ty sobie myślisz, że co?! Że możesz tak znikać?! I jakim prawem nie przychodzisz od razu do mnie, tylko włazisz do domu?!

Wzdycham. Czuję jak usta wyginają mi się w szczerym lekkim uśmiechu, a ja robię krok w stronę taty i kładę mu rękę na ramieniu. Gapi się na mnie z niepokojem.

- Byłem daleko. Zobaczyłem wspaniałe miejsce, w którym żyją smoki. Przeszukałem każdy kąt na Archipelagu i trochę dalej. I co najważniejsze...

Urywam bo słowo znalazłem nie przechodzi mi przez gardło. Oczy taty błyszczą, a w tym blasku lśni nadzieja i strach. Strach przed tym co usłyszy, albo tym, że się zawiedzie.

Nie chcę go okłamywać. Nie z czymś takim. To nie jest błahostka jak to, że Szczerbatek narozrabiał w spiżarni i branie winy na siebie. To temat mamy. Temat tabu. Temat tego co stracił tata i ja z nim. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że odnalazłem mamę i nie zabrałem ze sobą.

Czuję jakbym stał między prawdą i cierpieniem, oraz kłamstwem i zawodem. Najlepiej by było, gdybym przyjął ból ojca, ale czy tak się da? Co powiedzieć? Prawdę czy skłamać?

- Co najważniejsze nie natknąłem się na żadnych Łowców smoków.

Powiedziałem prawdę? Powiedziałem. Nie to, co zamierzałem, ale powiedziałem prawdę.

Błysk w oczach taty znika. Przepada i zastępuje je normalne spojrzenie. Uśmiecha się, ale to nie jest radość. Spodziewał się czegoś innego. Jeśli naprawdę tak jest, pytanie dlaczego nie zapyta? A ja wiem, że się boi tego co mu odpowiem dlatego nie pyta.

Wzdycha, przeciera twarz dłonią i kiwa głową.

- To są świetne wiadomości. Całe szczęście, żeś zdrów. - Klepie mnie po plecach.

Odwraca się masując zmarszczki na czole. Siada w swoim fotelu. Opiera łokieć na oparciu i tym samym głowę na dłoni. Zamyka oczy by wypuścić powietrze z płuc. Zaciskam usta w wąską linię. Mam wielką ochotę powiedzieć prawdę.

- Tato - Ruszam w jego stronę. Podnosi na mnie zielone oczy, ale z powrotem je zamyka i spuszcza głowę. - Mama na pewno tam, gdzie teraz jest ma się dobrze. Radzi sobie świetnie.

- Obyś miał rację.

- Bardzo cię kocha. - szepczę, ale tak by usłyszał. Patrzy na mnie z niedowierzaniem i zachwytem. Uśmiecham się, by przekonanie było większe. - Tęskni i myśli o tobie każdego dnia, tato. A w taki dzień jak ten jest bliżej. Jest tu z nami.

Uśmiecha się, a w jego oczach dostrzegam łzy. Śmieje się, od razu wycierając słone krople, które chcą się wydostać z kącików oczu. Wstaje z fotela i od razu bierze mnie w objęcia.

- Dziękuję, synu.

- Za co? - śmieję się.

- Za wszystko i za nic.

Rozdział 27

Astrid

Macham do znajomej mi postaci. Wołam jej imię, gdy próbuję przedostać się przez tłum do stołu, przy którym siedzi z resztą grupy. Zauważa mnie i odmachuje. Widzę jak wstaje z ławki na której siedzi i z rozpędem rusza w moją stronę.

– Tak, to ona! Przyszłaś!

Uderza we mnie z całej siły. Przytulam ją najmocniej tak jak ona mnie. Śmiejemy się na swój widok.

– Jak dobrze znów was zobaczyć. – mówię, kiedy Szpadka ciągnie mnie za rękę do jeźdźców. Posyłają mi uśmiechy.

– Siadaj z nami. – Śledzik wskazuje miejsce przed nim. Zajmuję je, a obok siada Szpadka. – Częstuj się. Polecam pieczonego kurczaka w ziołach. Pyszności.

Uśmiecham się. Wierzę, że tak jest.

– Może nie teraz. Później coś ziem.

– To może się czegoś napijesz? – Proponuje mi z pełnymi ustami Sączysmark. – Miód, piwo, może wino?

Nie mogę pić alkoholu.

Kręcę głową odmawiając.

– Hej! – ktoś woła z daleka.

Odwracam się zauważając Mieczyka. Prowadzi za rękę jakąś dziewczynę o czarnych włosach związanych w jednego grubego warkocza. Ma na sobie ciemną suknię, a jej twarz zdobi szeroki uśmiech.

– Zobaczcie, kogo znalazłem!

– Heather! – Śledzik odstępuje od posiłku, by uściskać brunetkę. – Co za niespodzianka. Miło cię widzieć.

– Was również. Co słychać? – Odwzajemnia ciepły gest.

– Sporo, ale raczej to samo co zawsze. – odpowiada Smark. Dziewczyna się śmieje.

– Hej – czyjś palec stuka mnie w ramię. Podnoszę wzrok dostrzegając oliwkowe spojrzenie. – Ciebie nie znam. Kim jesteś?

– Mam na imię Astrid – odpowiadam bez zastanowienia.

Heather – bo tak ma na imię piękna czarnowłosa – robi wielkie oczy. Szczęka omal jej nie opada, a zaraz później kręci głową z zaskoczeniem.

– Chwilka, to ty jesteś tą Astrid. Tą... dziewczyną Czkawki?

Uśmiech znika z mojej twarzy i zastępuje go zdziwienie. Zaskoczenie. Mlaskanie i przeżuwanie za mną ucichło. Czuję na sobie spojrzenia jeźdźców. Śledzik patrzy na mnie z rozbawieniem i zaskoczeniem w oczach, a zielonooka uśmiecha szczęśliwa.

– Słucham?

– No, mój brat opowiadał, że Czkawka ma dziewczynę i ma na imię Astrid. Że jest blondynką i...

Co, kto, powiedział komu?! Czkawka... że ja jego... co?

– Nieważne, mogłam coś źle zrozumieć. Albo Dagur coś przekręcił i... to nieistotne. Miło cię poznać.

Wyciąga do mnie rękę. Wciąż oniemiała ściskam dłoń nowej znajomej, która zajmuje miejsce obok Śledzika.

Szpadka podaje mi kubek z jakimś ciepłym napojem w środku. Patrzę na nią pytająco.

– Gorąca czekolada. Najlepsze co można tu dostać.

– Przynajmniej na razie. – dodaje Mieczyk. – Proponowaliśmy wodzowi zrobienie ciasta, ale uznał, że szkoda produktów.

Śmieję się, kiedy bliźniaki robią obrażone miny.

Odwróciłam głowę za siebie. Próbuję w tłumie wypatrzeć bujną czuprynę Czkawki, ale nic z tego. Za dużo ludzi. Brietty i Ereta też nie widzę. Chyba przez najbliższe godziny ich nie zobaczę.

Narrator

Myślałem, że nie przypłyniesz. – rzuca do niej z zaskoczeniem, ale uśmiech jaśnie na jego twarzy.

Podnosi na niego swoje spojrzenie. I ona nie jest wstanie powstrzymać radości, która podnosi jej kąciki ust w górę.

Wolnym krokiem ruszają mostem do centrum Berk, skąd łatwo dostać się do twierdzy. Do brzegu nie dobiło więcej statków, a na liście gości wszyscy są odhaczeni. Chyba, że odwiedzi ich ktoś niezapowiedziany, ale jeśli tak bardzo będzie mu zależeć na gościnie, Wandale przyjmą nowych przybyszy z otwartymi ramionami.

– Zrobiłam to dla Astrid – odpowiada szczerze.

Mimo to, oboje wiedzą, że ciemnooka zrobiła to też dla siebie. Dla nich. Bo Astrid wiedziała o czymś, do czego Brietta nie chciała się przyznać.

– A ja dla Czkawki. – Zwraca ku niemu oczy. – Odleciał z Berk miesiąc temu. Wybrał się na poszukiwania matki czy tam Drago. W każdym razie, pomyśleliśmy z jeźdźcami, że jeśli wróci do świąt Snoggletoga, to warto zaprosić Astrid. Słyszałem jak Stoick rozmawiał z Pyskaczem o przygotowaniach do ślubu. Nie bardzo mam pojęcie co jest grane i czemu Czkawka ma się żenić z jakąś Eurelią.

– Valerią. – poprawia bruneta. – Dla mnie to też jakieś szaleństwo. Ale Stoick nie trawi Astrid, a Edgar Czkawki. Nie rozumieją, że jedno kocha drugie i ich zdanie nie zmieni tego co do siebie czują.

Kiwa głową zgadzając się z nią.

– Znasz tą Valerię?

Kręci głową.

– A ty?

– Smark i bliźniaki coś o niej mówili. Głównie ze jest piękna, miła i fajna. – mówi z naciskiem na „fajna". Brązowooka się śmieje.

– Typowe określenie pięknej nieznajomej. Nic o niej nie wiesz, ale widziałeś jak wygląda i już uważasz, że jest fajna.

Śmieją się w głos. Nie mija chwila, kiedy zdają sobie sprawę jak luźna atmosfera ich ogarnęła.

– Tęskniłem za tym.

– To znaczy?

– Za twoim śmiechem.

Zatrzymuje się w miejscu. Odwraca się zatrzymując na niej spojrzenie. Wpatruje się w niego z bólem i szczęściem w oczach, a on ani drgnie.

Minęły lata, a ona wciąż pamięta jak to było kiedyś. To serce, które było w jakiś sposób zranione po jego odejściu, nigdy nie zapomniało o miłości jaką ją obdarzył. I chociaż trudno przyznać się do prawdziwych uczuć nie w sposób je uciszyć.

Odchrząknęła po dłuższej chwili milczenia. Ponownie rusza do przodu mijając go. Dogania ją od razu. Jej mina jest poważna, ale nie smutna. Widzi, że nad czymś myśli, ale jej o to nie pyta.

– Całkiem zrezygnowałeś z bycia Łowcą? – rzuca pytanie, gdy dostrzegają górę w której mieści się twierdza.

– Przystąpiłem do Jeźdźców smoków. Co prawda nie mam jeszcze własnego smoka, ale mi się nie spieszy. Na razie praca przyziemna wystarcza.

– To nowość. – W jej głosie wyczuwa ironię.

– A ty wciąż tkwisz na tej Sollar. Nie nudzi ci się rutyna?

– Każdy żyje po swojemu. Rutynowe zajęcie Astrid to uciekanie z domu, chociaż ostatnio rzadziej się to zdarza.

– Dlaczego nagle zrobiłaś się taka cyniczna?

Prycha w rozbawieniu, chociaż wcale nie czuje się dobrze z tym jak się zachowuje. Nie chce pokazać prawdziwych uczuć. Nie przed nim.

– Nie jestem cyniczna, lecz szczera.

– Serio? – Łapie ją za rękę i przyciąga do siebie. Ich oczy się spotykają i wszystko wokół znika. – Jeśli jesteś taka szczera to nie wypieraj się tego co robisz.

– A co ja takiego robię, twoim zdaniem?

– Dręczysz mnie wytykając błędy z przeszłości. Dręczysz mnie swoim spojrzeniem, dając mi nadzieję, że kiedyś mi wybaczysz. Myślisz, że tego nie widzę?

– Masz urojenia. – kręci głową spuszczając wzrok. Serce uderza mocniej w jej piersi, a ona nie potrafi go uciszyć.

– Wiesz, że mam rację.

Usta chcą coś powiedzieć, ale zdenerwowanie wywołuje ich drżenie i odbiera głos na chwilę.

– Nie pozwolę by rozum przyćmiły uczucia do ciebie. Doskonale wiem co się stanie jeśli dam ci drugą szansę. Zawiodę się i cierpienie mnie odnajdzie.

Patrzy na nią wielkimi oczami. W gardle rośnie mu gula. Wysuwa rękę z jego uścisku i łączy z własną. Robi krok do tyłu. Wzdycha smutno.

– Strach odbiera ci wiarę w to, że będzie dobrze. Trudno. Jeśli sama nie chcesz tego zmienić, ja ci tego nie wbiję do głowy.

Wymija ją zmierzając do twierdzy. Jest szybszy. Jest zawiedziony.

Zamyka oczy, zaciska powieki i nie chce pozwolić sobie na upust żalu. Stoi moment walcząc z chęcią rzucenia się do biegu za nim, ale koniec końców rezygnuje. Czeka, aż zniknie za drzwiami wielkiej sali. Bierze głęboki oddech i rusza tą samą drogą co on.

Żadne z nich nie zauważyło przelatującego smoka nad wioską. Niepostrzeżony jeździec uniknął świadków lądując spory kawałek od twierdzy. Chyba nikt nie spodziewa się niespodzianki, która wywoła sensację.

Czkawka

Ojciec stoi przede mną z wielkim uśmiechem. Wygląda jakby duma rozbierała go od środka, kiedy podziwia swoje dzieło. Postanowił mnie przebrać. Uważa, że mój strój do latania nie nadaje się do wyjścia do twierdzy na ucztę. Powinienem założyć coś nowego. Coś w moim stylu, ale również dostojnego. Tak więc, zgodziłem się założyć brązową koszulę, lecz na wierzch tunikę z łusek smoka, przez którą przebiegają czarne paski. Zmieniłem też naramienniki na taki sam wygląd pozostawiając na prawym godło Wandali. Tata nalegał na czarne spodnie, więc się się zgodziłem, ale uparłem na karwasze i miecz.

Doszliśmy do kompromisu i uważam, że wyglądam całkiem po swojemu.

– Załóż futro. – podaje mi okrycie, ale od razu się odsuwam.

– Nie trzeba. – Marszczy brwi, ale odkłada futro na fotel. Podpiera się o boki wlepiając we mnie zielone oczy. – Nie chcę przesadzić.

– Wyglądasz bardzo dobrze, synu. Chcę widzieć jak się świetnie bawisz z przyjaciółmi.

Kiwam głową na zgodę.

– Odnośnie przyjaciół, gdzie Szczerbatek?

– Olał mnie i poszedł się najeść do bliźniaków. – Wzruszam ramionami. Zapinam mocniej jeden z pasów, kiedy ojciec się śmieje. – Powinien wrócić już dawno, ale chyba uciął sobie drzemkę, albo poszedł z bliźniakami do twierdzy.

– Lub czeka przed domem. – Tata staje przy oknie wyglądając na zewnątrz.

Staję obok niego i zauważam swojego smoka bawiącego się w śniegu. Ruszam biegiem do wyjścia. Szczerbek nastawia słuchu, od razu mnie zauważając biegnie pędem do mnie.

– No i co? Ładnie to tak mnie zostawiać? Co ty myślisz, że w domu nie mamy jedzenia? – Rzuca się na mnie przewracając na śnieg. – Nie liż! Szczerbatku, dosyć! Dopiero co się... oooh!

Tata przerywa moje męczarnie gwizdem. Szczerbek patrzy w górę. Przeskakuje nade mną biegnąc do mojego ojca, który wita go głaskaniem po głowie i drapaniem za uchem.

– Dobrze, że masz na niego patrzenie, smoku.

Otrzepuję się ze śniegu. Tata i Szczerbatek ruszają drogą do twierdzy, a ja podążam za nimi.

W połowie drogi słyszę jak ktoś szepcze moje imię, woła mnie. Odwracam się rozglądając w poszukiwaniu postaci, która woła moje imię. Co prawda wyspa jest oświetlona, ale między domami jest ciemniej, a nikt na otwartej przestrzeni mi się nie rzuca.

Zatrzymuję się na moment, by przysłuchać się głosowi. Stoję tak chyba z minutę, kiedy zdaję sobie sprawę, że nastąpiła cisza. Możliwe, że mam przesłyszenia, albo jestem zmęczony. Ruszam biegiem za tatą i Szczerbatkiem. Mój smok stoi przed wejściem do twierdzy, gdy tata zniknął już dawno za drzwiami.

Z wnętrza twierdzy dobiega skoczna muzyka. Ciepło uderza we mnie całą parą, a woń alkoholu unosi się w powietrzu. Mimo tego widok szczęśliwych Wandali wywołuje u mnie uśmiech. Ojciec zniknął już w tłumie.

Idę wolnym krokiem wzdłuż stołów z uwagą wypatrując przyjaciół. Co jakiś czas słyszę pozdrowienia i powitania od wikingów, którzy zdążyli wypić nieco alkoholu. Próbuję oczywiście nie zgubić Szczerbatka.

– Wiesz, mordko? Kiedy znajdziemy jeźdźców znajdziemy też dla ciebie kawałek miejsca do przycupnięcia.

Szczerbek oburza się pomrukując. Śmieję się widząc jego minę. Niechcący na kogoś wpadam. Patrzę w górę i widzę Ereta.

– O, Erecie synu Ereta! Co słychać?

Mierzy mnie od góry do dołu jakby mnie nie poznawał.

– Nieźle się wystroiłeś. – zwraca uwagę machnięciem ręki.

Uśmiecham się spoglądając ponad jego ramię. Słyszę śmiech Mieczyka, a to oznacza tylko jedno. Jestem blisko znalezienia paczki przyjaciół.

– Ojciec nalegał. – odpowiadam. Mężczyzna krzyżuje ramiona patrząc na mnie leniwym uśmiechem. – No co?

– Nic, kompletnie nic.

Dobra? Czy jest coś o czym nie wiem?

– Zmieniają temat. Nie tańczysz? – rzucam pytaniem. Ruszam z nim przed siebie. Szczerbek drepcze za nami.

– Tańczyłbym, gdybym miał z kim.

– Heh, Eret tutaj jest masa pań, które tylko czekają aż poprosisz je do tańca.

Prycha ze śmiechem.

Nagle Szczerbatek mnie popycha i pędzi w podskokach przed siebie. Ruszam biegiem za przyjacielem. Słyszę śmiech, a głos przebijający się przez szum wokół wywołuje u mnie gęsią skórkę.

Nie mija długa chwila, kiedy dobiegam na miejsce z Eretem i napotykam Szerbatka, który leży z wywalonym jęzorem na ziemi i jest drapany po brzuchu przez pewną dziewczynę. Długa niebieska suknia okala jej talię, a blond włosy opadają na plecy.

Zamieram w bez ruchu. Nie słyszę muzyki. Podnosi głowę, a ja od razu poznaję twarz. Wstaje. Robię krok w jej stronę tak powoli jakby ziemia miała się zawalić. Przestała się bawić z moim smokiem.

– No ja po prostu nie wierzę – szepczę tak cicho, że nawet ja nie słyszę swojego głosu.

Stoi naprzeciw mnie. Tak blisko. Ja śnię? Jeśli to prawda, nie chcę się budzić.

– Cześć – słyszę jej głos.

Nie słyszę muzyki choć gra, jestem pewien gdyż ludzie tańczą.

– Cześć – odpowiadam.

Jej oczy są takiego pięknego koloru. Tak czystego, tak prawdziwego. Niebieskie spojrzenie przenika mnie na wylot.

– Ehem, ehem – odwracamy twarze w bok nie mając pojęcia gdzie jesteśmy. Chyba odleciałem na chwilę do innego świata.

– No i co zrobiłeś? – Szpadka szturcha Sączysmarka. – To było takie romantyczne. Spotkanie po tak długiej rozłące.

– Pokazać ci coś romantycznego? – pochyla się w jej stronę.

– Odsuń się ode mnie! Capi od ciebie gorzej niż od mojego brudnego brata!

– Hej! Odczepcie się ode mnie! – krzyczy Mieczyk z oburzeniem. Rzuca udkiem kurczaka w siostrę.

– Jak ja ci zaraz rzucę to ci ręka odpadnie!

Mieczyk zastyga w przerażeniu. Szpadka staje na ławce i przymierza się do skoku przez stół.

– Będzie bolało – mówi Thorston gapiąc się na siostrę bliźniaczkę.

I skoczyła zrzucając go z ławki. Okłada go pięściami, a on pojękuje tylko śmiejąc się co jakiś czas. Wolę nie wnikać jak to się skończy.

– Może ich ktoś rozdzielić zanim zostaną zdeptani?

– Za pięć minut. – Mierzę w Smarka spojrzenie, które od razu go stawia na nogi. – No dobra! Ale ty jesteś nudny.

Słyszę śmiech. Patrzę na Astrid stojącą blisko mojego ramienia. Wyciągam rękę. Wsuwa swoje palce między moje. Uśmiechamy się do siebie. Ciągnę ją na parkiet.

Przyciągam ją do siebie kołysząc w rytm muzyki. Zupełnie jakby nic oprócz tej chwili nie istniało. Każde z nas wie jak płynąć z lekkim taktem. Nie znając kroków, lecz czując podświadomie co robić. Złączam z nią zwoje dłonie. Przyciągam do siebie i odsuwam. Przyciągam obracam tak by stanęła plecami do mojej klatki piersiowej. Obejmuję ją ciasno w pasie i unoszę nad ziemią kręcąc w kółko. Śmieje się szczęśliwa, a moje serce uderza z każdym dźwiękiem muzyki. Stawiam ją na ziemi. Obraca się w moją stronę. Unosimy nasze dłonie ku sobie nie dotykając się. W jej oczach tańczą iskierki. Moje iskierki, które wzniecają płomień w moim sercu. Kołyszemy się na boki, klaszczemy w dłonie podskakując. Krok w jej stronę, jej krok w moją. Obrót wokół własnej osi i ponowne przyciągnięcie jej do mnie. Kładę jedną rękę na biodrze blondynki, a drugą łączę z jej dłonią. Pochylam ją w tył. Robi duży łuk i powraca do mnie. Znów ją podnoszę i kręcę dokoła. Muzyka cichnie, a ja stawiam ją na nogi.

Stykamy się czołami. Serce wali mi jak oszalałe.

Jeżeli jeszcze kiedyś usłyszę, że nie potrafi tańczyć nie uwierzę.

Uśmiecha się. Chcę coś jeszcze powiedzieć, kiedy wokoło roznoszą się zdumione głosy gości. Wszyscy są zwróceni w kierunku wyjścia.

– Co tam się dzieje?! Zróbcie przejście!

Krzyk ojca zmusza wikingów do rozstąpienia się z drogi. Ja i Astrid stoimy w tłumie, ale nie przeszkadza nam to by ujrzeć powód szumu w twierdzy.

Wszystko ustaje, jakby czas się zatrzymał. Jakby nikogo oprócz nich nie było. Nie bardzo wiem co czuje w tej chwili tata. Na pewno jest w szoku jak i cała reszta. Jego chód jest robi się wolniejszy.

– Mam nadzieję, że... – cichy głos mamy odbija się od ścian. Tata się nie zatrzymuje.

– Na wielkich Bogów – Ojciec ściąga hełm.

– Przecież to niemożliwe.

– Czy to naprawdę ona?

– Jakim cudem?

Szepty między niedowierzającymi ludźmi roznoszą się jak wiatr zabierając je daleko. Nie zwracają na nich uwagi. Wpatrują się tylko i wyłącznie w siebie.

– Wiem co zaraz usłyszę, Stoick – mama ostatkiem sił odzywa się jako pierwsza, a ja niemal czuję jak jej serce łamie się pod każdym słowem. – Jak mogłam to zrobić... Zniknąć na tyle lat? Dlaczego do ciebie nie wróciłam i do syna. Ale czy miałam powód by wierzyć, że możesz się zmienić, Stoick? Że ktokolwiek na Berk może? Tyle razy błagałam, żeby przestać walczyć, poszukać innego rozwiązania, lecz czy ktoś mnie słuchał?

– Valka...

– Na twoje barki zrzuciłam wychowanie Czkawki. – Dłoń Astrid wsuwa się w moją. Ściska mnie jakby dokładnie czuła, że ten moment jest też dla mnie przełomem. – Myślałam, że beze mnie będzie mu lepiej. Myliłam się teraz to widzę, ale...

Tata jest już wystarczająco blisko mamy, by doskonale przyjrzeć się jej twarzy. By znów tak jak kiedyś utopić się w jej spojrzeniu nie chcąc się wynurzyć. Mama jednak najwyraźniej jest przerażona.

Chcę coś zrobić. Odezwać się, zainterweniować. Powinienem wkroczyć z pomocą?

– Zaraz się pokłócą. – spoglądam na Astrid. Ona jednak jest spokojna, a uśmiech wygina jej różowe usta.

– Nieprawda. Spójrz tylko – Skina głową w kierunku moich rodziców. Skupiam na nich uwagę.

– Nie bądź takim Stoikiem Stoick. No już krzycz, wrzeszcz, powiedz coś!

Silna dłoń sięga policzka z największą czułością. Nie muszę dokładnie widzieć ich twarzy, by wiedzieć, że łzy pragną się uwolnić.

– Tak piękna jak w dniu, w którym Cię straciłem.

Zbliża się do niej i całuje przekazując w tym geście całą miłość i tęsknotę jaka w nim siedziała przez te dwadzieścia lat. Laka mamy uderza o posadzkę i zarzuca mu ręce na szyję.

Wszyscy oklaskujemy ten widok. Serce wali mi w piersi z tak wielkiego szczęścia, że chyba zaraz zacznę wrzeszczeć z radości.

– Żona wodza wróciła do domu! – Krzyczy Pyskacz.

Wszyscy wiwatujemy, słychać gwizdy.

– Najwspanialszy prezent jaki można komuś podarować to szczęście i Ty to właśnie zrobiłeś, Czkawka. – Spoglądam w niebieskie tęczówki.

– Nie ja sprowadziłem mamę na Berk. – odpowiadam całkowicie szczerze.

– Wystarczy, że ją odnalazłeś. Przyleciała za tobą i Szczerbatkiem, kiedy zdała sobie sprawę, że nie przeżyje drugi raz tej rozłąki. Już raz straciła rodzinę. Nie wydaje mi się, że chce powtórki z rozrywki.

Obejmuję ją ramieniem. Przyciskam usta do jej czoła pozostawiając na nim pocałunek. Przytula się do mnie. Razem obserwujemy jak tata i mama idą przez środek twierdzy do stołu górującego nad innymi. Radość tryska od nich jak iskierki.

Nagle całe szczęście pęka jak bańka mydlana.

Z tłumu wychodzi dużej postury mężczyzna niemal takiej samej jak mój ojciec. Wyciąga miecz i kieruje ostrze na moich rodziców. Zdumienie gości odbija się echem, a ojciec zasłania moją matkę.

– Coś przeczuwałem, że znam to miejsce. Ta wyspa wydawała się znajoma od pierwszego spojrzenia na nią.

– Astrid, co twój ojciec tutaj robi? – szepczę pytanie spoglądając w jej oczy, ale ona jest skupiona na naszych rodzicach.

Tata mruży oczy w celu przyjrzenia się wikingowi. Zaciskam mocniej palce na tali Astrid.

– Znam cię. Jesteś Edgar. Edgar Hofferson!

Skąd mój ojciec go zna?

– Widziałem jak znikasz poza granicami archipelagu. Co robisz na Berk?

– Ktoś podał się za ciebie i zaprosił nas na obchody święta Snoggletoga. Podpisano Eret syn Ereta. To twój szpieg?

– Nie. – Ojciec najwyraźniej nie jest za tym by walczyć, nie to co tata Astrid. Obudziła się w nim dzikość. Zupełnie tak jak wtedy, gdy po raz pierwszy zobaczył mnie z jego córką jak szykowaliśmy lekarstwo. – Schowaj broń. Nie wszczynajmy, żadnych...

– Wojen? Od dwudziestu lat moja rodzina i moi ludzie żyjemy na wygnaniu. Ukrywam się na krańcu świata. Dniami i nocami nie mogę zaznać spokoju zastanawiając się czy ktoś znający ciebie nas nie odkryje.

Co się tutaj dzieje?!

– I jeszcze ona... To wszystko przez nią. – Edgar celuje broń w moją mamę. Ani drgnie.

– Nie zbliżaj się do niej!

– Edgar, proszę...

– Zamilcz! Brzydzę się tobą. Pozbawiłaś mojego brata spokoju. Dręczyłaś go każdym spojrzeniem, ale i tak wybrałaś jego!

Szlak mnie zaraz trafi. Nie wiem co się dzieje. Skąd oni się wszyscy znają?! O co ta cała awantura?!

– O czym on mówi, Val? – Tata nie odwraca wzroku od wojownika gotowego się na nich rzucić.

– Sumienie odebrało ci mowę?! Powiedz swojemu mężowi co robiłaś z Finnem, kiedy nie mógł was znaleźć. Powiedz jak namąciłaś mu w głowie, a później złamałaś mojemu bratu serce.

– Astrid, wiesz co się tutaj dzieje? – Podnosi na mnie spojrzenie. W jej oczach widzę, że wie. – O czym oni mówią?

Odwraca wzrok na naszych rodziców. Z pustką w głosie odpowiada.

– Chciałam ci powiedzieć już dawno.

– O czym?

Wiedziała? Czego ja nie wiem, a ona wie?!

– Długa i bardzo zaplątana historia. – odpowiada na jednym wdechu.

– Nie daruję ci. Nigdy ci nie wybaczę. Odebrałeś mi spokój życia. I ja odbiorę ci to samo. Poczynając od niej!

Szczerbatek przeskakuje moich rodziców odrzucając plazmą broń, która wbija się w drewnianą kolumnę. Wybiegam z tłumu. Stając przy boku Szczerbatka i między ojcem a Edgarem.

– Uspokójcie się! O co tutaj chodzi?! Skąd wy się znacie?!

Ojciec Astrid wbija we mnie spojrzenie, ale w jego oczach płonie żądza krwi.

– Czkawka, odsuń się.

– Tato, powiedz mi o co tu chodzi.

– Tato? – głos niedowierzającego Hoffersona zmusza nas byśmy na niego spojrzeli. – To jest twój syn?!

Rusza w moją stronę, ale Szczerbatek od razu go zatrzymuje. Jest rozwścieczony, gotów mnie obronić.

– Astrid, do mnie! Natychmiast!

– Astrid? – Teraz to mój ojciec jest oszołomiony. Astrid wychodzi z przykrą miną na środek stając kawałek za swoim tatą. – To twoja córka?

– Nasze dzieci. – Mama wymija ojca. Szybko zjawia się przy mnie i Szczerbatku. Kieruje spojrzenie za plecy Edgara i uśmiecha ciepło do blondynki.

– Nasze dzieci nie miały prawa się nigdy poznać. – Edgar cofa się by złapać za łokieć córki i szarpnąć ją do przodu. – Zabraniałem ci się z nim widywać! Ile razy ci mówiłem?!

– Tato...

Gotuje się we mnie, kiedy widzę jak na nią krzyczy. Zaciska dłoń na jej nadgarstku, a twarz Astrid wygina się w grymasie. Jeszcze czego?!

– Puść ją! – Podnoszą na mnie spojrzenia. Wyjmuję piekło, ale go jeszcze nie odpalam. – Widziałem jak łowcy się nad nią znęcali. Nie będę na to patrzył po raz drugi, tym bardziej, że robi jej to własny ojciec!

– Ty mnie nie porównuj do łowców, chłopcze. Zbliżyłeś się do mojej córki i gorzko tego pożałujesz.

Puszcza córkę popychając ją, aż się zatacza do tyłu wpadając na jakiegoś wikinga.

– Edgar, opanuj się. – głos mojej mamy nie dociera do mężczyzny. Szczerbek pomrukuje ostrzegawczo, ale to też nie działa.

Daję znać Szczerbatkowi by nie interweniował jak na razie i był jedynie czujny.

– Czkawka, ostrzegałem cię, byś się z nią nie zadawał. – Gniew we mnie narasta, kiedy słyszę słowa taty. – To wróg.

– Wróg?! Jesteśmy z tego samego klanu! Też jesteśmy Wandalami! – krzyczy Edgar.

Szczerbatek ryczy uciszając ich wszystkich. Astrid podchodzi do ramienia ojca i podnosi na nas niebieskie oczy. Czuję jak mur, który nigdy między nami nie istniał, właśnie zaczyna się budować.

– Na co ty liczyłaś? – pochyla się w jej stronę. Odwraca twarz w przeciwnym kierunku. Widzę jak walczy z wybuchem emocji. Chcę do niej podejść, odsunąć nas od tej całej awantury, ale nie mogę. – Na to, że się zgodzę na wasze potajemne schadzki? Na to, że będę patrzył jak moja córka spotyka się z synem mojego największego wroga? Że uściśniemy sobie dłoń na zgodę i zapomnimy o przeszłości?

Pierwsza łza uwalnia się spod zamkniętych zaciskających się powiek. Mama Astrid wybiega z tłumu obejmując córkę. Astrid płacze. Płacze przy wszystkich.

– Edgar, wystarczy! Zagalopowałeś się.

– JA?! Podziękuj swojej przyjaciółce z dawnych lat. – macha rękoma lekceważąco na moją mamę.

– To nie Valka ponosi tu winę, lecz twój brat! – wykrzykuje. Astrid zanosi się płaczem. – Skarbie, nie płacz. Uspokój się.

– Co ty masz do Finna?!

– Chroniłeś go przed wszelkimi złymi doświadczeniami. Wiem, że nie chciałeś by cierpiał, ale nie da się przeżyć życia bez bólu. Pogódź się z tym.

– Jak możesz być przeciw mnie?

– O mój Thorze, nie jestem przeciwko tobie, Edgar. Zawsze stałam za tobą murem i popierałam cię w każdej decyzji. Do końca życia będę ci oparciem.

Astrid wyrywa się z objęć matki, jak i również nadgarstek z uścisku ojca. Zbiera sukienkę jedną ręką i biegnie do wyjścia. Oglądam się za nią, a mama popycha mnie bym ruszył za nią. Nie zastanawiam się ani chwili. Szczerbek podąża za mną. Tata nas nie zatrzymuje.

Rozdział 28

Astrid

– Astrid, stój! Zatrzymaj się!

Nie słucham wołania. Nie zatrzymuję się. Nie mogę. Czuję, że jeśli się zatrzymam nie uda mi się nigdy uciec. I nie ważne, że nie mam zasięgu z własnym smokiem. Mogę uciec do lasu, do jaskini, dokądkolwiek. Gdzieś, gdzie nie ma szans na zetknięcie się z odkrytą prawdą.

Las spowija mrok. Wokół drzewa i ich gałęzie pokryte białym puchem. Nie wiem dokładnie gdzie jestem, jak daleko od wioski, ale ważne, że nikt mnie nie widzi. Tata mnie tu nie znajdzie.

A jednak.

Łomot za mną zmusza mnie bym się odwróciła. Serce podskakuje mi do gardła, kiedy moje oczy zauważają czarnego jak noc smoka, a na nim jego jeźdźca. Cofam się powoli.

Nie boję się go. Ale coś wewnątrz mnie odbiera mi odwagę na konfrontację z kimkolwiek, a już w szczególności z nim.

– Astrid – odzywa się miękkim głosem. Podnoszę rękę by powstrzymać go od opuszczenia siodła.

– Nic nie mów.

Znów otwiera usta i chce coś powiedzieć, ale się powstrzymuje. Moje plecy uderzają w igły świerku. Odskakuję do przodu.

– Hej, spokojniej, dobra? To tylko ja.

Aż Ty.

Moje serce ma ochotę wyrwać się z piersi. Idzie w moją stronę. Szczerbatek wpatruje się we mnie ze zmartwieniem w oczach podobnie jak jego jeździec.

– To wszystko miało inaczej wyglądać!

Jest coraz bliżej. Nim się orientuję już stoi przy mnie. Patrzy w moje oczy, a ja czuję jak obraz zaczyna mi się rozmazywać. Usta mi drżą, ręce mi się trzęsą.

– Chodź tu do mnie.

Obejmuje mnie ramionami. Przytulam głowę do jego piersi oplatając jego plecy. Chciałabym zacisnąć palce na jego koszuli. Złapać mocno by mieć pewność, że się nie odsunie, ale materiał z którego jest wykonany ubiór mi na to nie pozwala. Za to on obejmuje mnie ciasno jedną ręką, a drugą głaszcze mnie po głowie.

Czuję, że zaraz będzie lepiej.

Już jest lepiej. Przy nim zawsze jest lepiej.

– Zabiorę cię, gdzie jest cieplej, okej? Porozmawiamy spokojnie. Sami. – mówi cicho.

– Nie chcę. – szepczę kręcąc głową.

– Stało się coś złego, a ja nie mam pojęcia co. Nasi rodzice prawdopodobnie się teraz awanturują i szczerze wątpię, by ten wieczór skończył się dobrze. Wiesz, co się stało. Wiesz o co ta cała afera. Powiedz mi, żebym mógł coś na to zaradzić.

Wciskam głowę bardziej w jego pierś. Czuję jak patrzy na mnie z zaskoczeniem, ale przytula mnie mocniej.

– Nie mam siły. Zabierz mnie stąd.

– Okej. – Wyciska pocałunek na moich włosach.

Schyla się. Wsuwa rękę pod moje kolana i bierze na ręce. Obejmuję go za szyję. Niesie mnie na Szczerbatka. Sadza mnie w siodle całuje moje czoło i zajmuje miejsce przede mną. Oplatam go ramionami w pasie przytulając głowę do jego pleców.

Pozwalam zamknąć sobie oczy i wciągnąć chłodne powietrze do płuc. Mimo, że wysoko jest zimno ja nie czuję chłodu. Lecimy ponad chmurami. Świst wiatru gra uspokajająco.

Szmer zwraca moją uwagę. Otwieram oczy spoglądając wyżej. Napotykam zielone spojrzenie, które bije dobrocią i miłością jakiej nigdy nie widziałam. Uśmiecha się do mnie, a ja nie mam sumienia tego nie odwzajemnić. Wskazuje ruchem głowy bym spojrzała w bok. Wykonuję nieme polecenie.

Widzę zorzę polarną. Kolorowe światła tańczące na niebie w idealnej harmonii. Wszystkie barwy tęczy wspólnie grają ze sobą oświetlając mroczne niebo. Jak nadzieja na to, że nawet w najciemniejszych chwilach w życiu jest jakieś światełko.

Magiczne zjawisko. Jakby sami bogowie czarowali niebo. Wyciągam rękę w górę. Wiem, że nie jestem wstanie złapać kolorowej wstęgi biegnącej mi nad głową, lecz wystarczy uczucie, że niemal jej dosięgam.

Szczerbatek przyspiesza. Zakręca szybując coraz wyżej i wyżej. Czkawka obraca się w siodle wyciągając do mnie ręce. Łapię go bez zastanowienia. Pociąga mnie do siebie i sadza na przodzie. Oplata mnie ramionami w tali. Czuję się bezpieczna. W jego ramionach nic mi nie grozi.

Przejmuję stery. Szczerbatek sam wie jak lecieć, ale myśl, że jego jeździec oddaje mi wodze budzi we mnie dumę. Patrzę w zielone tęczówki. Błyszczą patrząc w moje. Klucha rośnie mi w gardle, więc odwracam spojrzenie w niebo. Rozkoszuję się chwilą cudownego lotu.

Jakiś czas później zniżamy poziom wysokości. Szczerbatek leci spokojnie przed siebie. Jest mi ciepło, ponieważ ramiona jeźdźca za mną przytulają mnie i ogrzewają. Opieram się w tył kładąc głowę na piersi Czkawki. Zamykam oczy, kiedy postanawia złożyć opiekuńczy całus na czubku mojej głowy. Uśmiecham się do niego.

– Nie wyobrażam sobie świata bez ciebie. – szepcze.

– To ty jesteś całym moim światem. – odpowiadam.

Czuję jak napina mięśnie. Otwieram oczy, by spojrzeć na niego. Patrzy na mnie najczulej jak nikt nie potrafi.

– Opowiedz mi o wszystkim. – prosi.

Wzdycham, ale kiwam głową.

Decyduję się mu powiedzieć o tajemnicy, która podzieliła nasze światy. Powiedzieć o tym co się wydarzyło, jak do tego doszło, przez co i przez kogo. Opowiadam od początku do końca. Opowiadam to z taką niepewnością w głosie, że nie wiem, czy do końca mnie rozumie. Dla mnie samej jest to wszystko poplątane, ale nie mogę temu zaprzeczyć, ponieważ to stało się naprawdę. A kto jak kto, ale Czkawka zasługuje na szczerość. Z bólem serca mówię to czego jego rodzice mu nie powiedzieli, a czym podzielili się ze mną mój ojciec i matka.

Czkawka wysłuchuje każdego zdania z największą uwagą i niedowierzaniem, choć doskonale wiem, że mi ufa.

Ufa mi ponieważ mnie kocha. I ja czuję dokładnie to samo.

Narrator

Wszyscy we czworo weszli do domu, Stoik trzasnął drzwiami po czym usiadł ciężko w swoim fotelu. Podparł brodę na łokciu obdarzając skupionym spojrzeniem swoją żonę jak i nieproszonych gości.

Valka niepewna tego jak reagować i co mówić postanowiła nie odpowiadać na drażliwe sugestie Edgara, który gdyby nie jego żona, najchętniej rozpoczął szarpaninę z rudobrodym.

Teraz mierzą w siebie gniewne spojrzenia, a cierpliwość coraz bardziej się ulatnia.

– To jakieś totalne wariactwo. – Wódz Berk przyciska palce do skroni kręcąc głową. – Dlaczego mi nic wtedy nie powiedziałaś?

Spojrzenie Soicka i Valki się odnajdują. Kobieta czuje jak jej serce pragnie się wyrwać z piersi, a żal wymieszany z wielką miłością w oczach jej męża wierci w niej dziurę.

– A co ja miałam ci powiedzieć?

– Prawdę. – W jego oczach lśni złość. Zamiera w bezruchu patrząc mu w twarz. – Co było między wami?!

– Nic. Na miłość bogów! Nic mnie z Finnem nie łączyło. Przysięgam ci, że nic między mną a Finnem nie było. Musisz mi uwierzyć.

Kuca przy nim biorąc jego dłoń w swoje. Ściska go kiedy patrzy jej w oczy z niepewnością.

– Brednie. Widziałem was jak się całujecie. – syczy Edgar przez zęby.

Przerażone oczy Valki i wściekłe spojrzenie Stoicka kierują się na niego. Stoi z dumą i wyrzutem wypisaną na twarzy gapiąc się na małżeństwo, które ponad godzinę temu się odnalazło.

– Co?

– To Finn mnie pocałował, nie ja jego. Nie odwzajemniłam tego pocałunku.

– Ale się nie odsunęłaś. – przypomina zagniewany władca Sollar.

– Zamurowało mnie. Ja nie...

– Przez te wszystkie lata... jak mogłaś mi nie powiedzieć?!

Podnosi wzrok na Stoicka. Mąż mierzy w nią zawiedzione oczy, a stęsknione serce zaczyna pękać raz po raz.

– To nic nie znaczyło.

– Dla Finna owszem. Kochał cię bez pamięci, ale ty postanowiłaś go odtrącić.

– Nigdy nie odtrąciłam twojego brata, Edgar! – Podrywa się do pionu wściekła jak nigdy dotąd. – Był moim przyjacielem i był dla mnie bardzo ważny. Nigdy nie chciałam go zranić, ale nie mogłam zmusić się do odwzajemnienia uczucia jakie do mnie żywił. Nie kochałam go w ten sposób.

– To po jakiego holendra, robiłaś mu nadzieje?!

– Nie robiłam mu nadziei!

– Zostaw ją w spokoju, Edgar! – warczy Loren kładąc dłoń na ramieniu dawnej przyjaciółki. – Ona nic złego nie zrobiła.

– To przez nią musieliśmy się wynieść z Berk!

– Nie przez Valkę, tylko Finna. – Siada z Valką na kanapie. Głaszcze jej dłoń swoją śląc ciepły smutny uśmiech.

– Znowu to robisz. Znowu jesteś przeciwko mnie.

– No zaraz mnie coś trafi! – Odwraca wściekły wzrok na Edgara. – Sam chciałeś opuścić Berk, żeby twój brat nie cierpiał. Tyle razy ci mówiłam, żebyś porozmawiał ze Stoickiem i Valką na spokojnie, ale ty wolałeś trzymać uczucia brata w sekrecie.

– Zabiłby go, gdyby się dowiedział.

– Poważnie, masz mnie za takiego potwora?! – Stoick niemal podnosi się z fotela rozwścieczony do granic. Nie może uwierzyć, że Hofferson uważa go za tak podłego człowieka.

– Wiem jaki jesteś.

– Ale nie zabiłbym twojego brata, Edgar! Nie jeśli bym wiedział jak naprawdę wygląda sytuacja. Czyś ty oszalał?

– Uważaj co mówisz!

Niemal rzucają się na siebie. Żony obojga wikingów stają między swoimi ukochanymi odciągając ich od siebie.

– Uspokójcie się oboje – rzuca szatynka odciągając męża z powrotem na fotel.

– Puść mnie, Loren! Idę poszukać Astrid, a później wynosimy się z tej przeklętej wyspy. – Wyszarpuje ramię od żony plując na stare deski podłogowe.

Wychodzi trzaskając drzwiami. Blond kobieta stoi w miejscu patrząc na zamknięte drzwi.

– Muszę iść za nim. – szepcze z grozą w głosie. Valka staje przy niej spoglądając w oczy kobiety.

– Daj mu się uspokoić przez pięć minut.

– On się nie uspokoi w pięć minut. Poszedł szukać Astrid. Jeśli ją znajdzie z waszym synem to się źle skończy.

Wymieniają między sobą spojrzenia. Strach błyszczy w zielonych i niebieskich oczach. Martwią się. Boją o to co się może stać. Boją się o swoje dzieci.

Kłótnie o przeszłość przechodzą na drugi plan.

Wychodzą we troje z domu rozglądając się za dwojgiem zakochanych.

– Przecież nie skrzywdzi swojej córki. – mówi z przejęciem Ważki.

– Ale Czkawkę już tak. – odpowiada mu małżonka Edgara.

– Nonsens. Stoją za sobą murem.

– Skąd możesz to wiedzieć?! Postanowiłeś ożenić naszego syna z obcą dziewczyną. – wtrąca jeźdźczyni Chmuroskoka.

– Ma na imię Valeria. Poza tym nie jest obca. I chciałem by Czkawka wreszcie miał kogoś przy boku.

– Ty chciałeś. A kiedy ci powiedział, że zakochał się w kimś innym wściekłeś się. – Patrzy na nią w zdziwieniu. – Tak, Czkawka mi o wszystkim opowiedział. Nie rozumiem jak mogłeś pozwolić na coś takiego.

Czkawka

Próbuję jakoś wszystko poukładać sobie w głowie. Połączyć poukładane słowa tak, aby najprościej to zrozumieć, ale to jakieś totalne wariactwo. Nic... kompletnie nic nie jest dobrze. Jestem wściekły. Nie. To złe określenie. Jestem zły, zaskoczony i ręce mi opadają.

Szczerbatek ląduje na plaży Thora. Piasek przykryty jest białym puchem śniegu. Opuszczam siodło od razu. Staję na śniegu przeczesując włosy dłonią.

– Powiedz coś, proszę – Prośbę Astrid zabiera wiatr, a ja nie jestem wstanie na nią spojrzeć. Skrzypienie śniegu pod jej butami robi się głośniejsze i cichnie, kiedy stoi za moimi plecami. – Ja dowiedziałam się o tym niedawno. Chciałam ci powiedzieć przy każdym możliwym naszym spotkaniu, przysięgam.

– Ale nie powiedziałaś.

– Posłuchaj, ja...

Dotyka mojego ramienia, ale robię krok do przodu. Możliwe, że powinienem się obrócić w jej stronę, ale wiem jaką ma minę.

– Dwadzieścia lat, może i więcej. Nikt o niczym nie mówił. O żadnej wojnie, żadnych wygnańcach. Mój ojciec... On by nigdy...

– Nigdy by nie zrobił czegoś tak bezlitosnego? Dał wybór mojemu ojcu, Czkawka!

– A twój ojciec postanowił opuścić Berk na zawsze.

– Zrobił to ze względu na mojego wuja. Był zakochany w twojej mamie, a mój ojciec o tym wiedział. Dla dobra brata usunął się z pola widzenia Stoicka.

Przyciskam palce do skroni. Myśli szaleją mi w głowie. Czuję się jakbym wpadł w tornado pytań i odpowiedzi, których nie potrafię odpowiednio dopasować.

– Chciał chronić rodzinę. Każdego dnia obawiał się, że twój ojciec się o wszystkim dowie, znajdzie nas i zabije Finna.

– Mój ojciec nie jest mordercą!

– Nie powiedziałam, że nim jest!

Zamiast słyszeć jedynie gniew w głosie przebijającym wiatr, słyszę żałość. Spoglądam za siebie. Na jasnej twarzy dostrzegam błyszczące kropelki. Oczy skrzą się w bólu i złości, a pięści zaciska najmocniej jak potrafi.

Nie stoi już tak blisko mnie. Zdaje się być daleko choć dzieli nas tylko kilka kroków.

– Nie wiń mnie za czyny naszych rodziców.

Nie winię jej. Nic takiego nie robię. W życiu bym nie...

– Mogłabym obwiniać twoją mamę, że nie dała szansy mojemu wujowi, ale tego nie robię. Żadne z nich nie miało wpływu na to co czuli. Spójrz na siebie!

Stoję osłupiały wpatrując się w Astrid, która niemal się trzęsie od nadmiaru złych emocji. Nie jest na mnie zła. Jest rozgoryczona całą tą sytuacją jak ja.

– O co ci chodzi? – pytam nie rozumiejąc ostatniego zdania.

– O to dlaczego nie zgodziłeś się poślubić Valerii.

Zamieram. Moje oczy robią się większe, a szczęka prawie mi opada.

– Dlaczego?!

– Bo nie chcę. Nie kocham jej. – odpowiadam prosto i szczerze, ale jej to nie wystarcza.

– Dlaczego?

– Bo... Astrid, błagam, przecież wiesz. – Przecieram twarz dłonią. Kiedy znów odważam się otworzyć oczy blondynka stoi tuż przy mnie.

– Twój ojciec wybrał ci świetną kandydatkę. Piękną, wytworną, wspaniałą i miłą kobietę, która idealnie nadaje się na żonę. Prawdopodobnie będzie świetną gospodynią, dobrą matką, będziesz mógł się nią zadowolić w każdy sposób i nigdy ci nie odmówi. A ty z niej zrezygnowałeś.

O czym ona do mnie mówi? Patrzę jej w oczy i widzę złość. Złość wbitą we mnie jak nóż raniący moje serce. I łzy ponownie wypełniające jej niebieskie oceaniczne oczy.

– Astrid, przestań. Valeria nie ma z tym nic wspólnego.

– Jasne, że nie. Równie dobrze może chodzić o inną dziewczynę, prawda? Ale nie o ciebie o wielki dobroduszny jeźdźcu Nocnej Furii.

Moje dłonie luzują ścisk pięści. Upływa ze mnie cały gniew i zamienia się na ból. Widzę jak targają nią nerwy i z każdym słowem wybucha coraz to głośniejszym szlochem. Łzy płyną jej po pliczkach niczym wodospady i nie pozwala mi ich otrzeć.

– Po tym jak ojciec mi opowiedział co się działo na Berk zanim ją opuścił z moją matką, bratem i połową ludu, ani przez moment nie obwiniałam twojego ojca, ani mamy. Wiesz, dlaczego? Bo nic złego nie zrobili. Nikt nie zrobił nic złego! I przeszłości nie cofniemy! I ja... O Thorze...

Zaciska usta odwracając się powoli do mnie tyłem. Przyciska dłonie do brzucha. Widzę jak jej twarz wygina się w grymasie bólu.

– Astrid... Co się dzieje? Co ci jest?

– Nic mi nie jest. Zostaw mnie w spokoju.

Jak mam ją zostawić w spokoju?

– Astrid ja cię nie obwiniam. Jestem po prostu w szoku z powodu tej całej sprawy.

Wydaje z siebie jęk bólu. Coś jest nie tak. Widzę i czuję to. Ilekroć próbuję jej spojrzeć w oczy ona je zamyka albo odwraca twarz w przeciwną stronę.

– Hej, spójrz na mnie – proszę ją stając naprzeciw. Biorę ją za rękę i szukam jej spojrzenia. – Co ci jest? Coś cię boli?

Zagryza wargę po czym rozchyla usta ponownie jęcząc z bólu.

– Zaraz mi przejdzie... t-to nic takiego...

– Zwijasz się z bólu. Nie mów, że to nic takiego. – powstrzymuję się od krzyku, choć naprawdę się martwię.

Pochylam się i ponownie biorę ją na ręce tego wieczoru. Zwija się w moich ramionach, kiedy niosę ją w kierunku jaskini, a Szczerbatek drepcze za mną.

Jaskinia została odkryta przez bliźniaki ponad pięć lat temu, kiedy to jedno z nich chciało ukryć się przed drugim z powodu kłótni o jedną z milionów błahostek. Zdarzało się, że po prostu się w niej bawili.

Stawiam Astrid przy ścianie. Wyjmuję z torby przyczepionej do Szczerbatka koc. Nie zdążyłem ściągnąć bagażu podróżniczego ze swojego smoka, odkąd wróciliśmy na Berk. W sumie to i dobrze. Teraz się przyda. Żałuję tylko, że nie zgodziłem się na futro, na które ojciec nalegał nim poszliśmy do twierdzy. Mógłbym ją okryć.

– Połóż się na chwilę. – Pomagam jej się położyć na ziemi. Podkula nogi przyciskając dłonie do brzucha. – Coś ty zjadła na uczcie? – szepczę pytanie w powietrze, ale echo sprawia, że ona mnie słyszy.

– Nic. Od rana nic nie jadłam.

No cholera jasna!

Już chcę coś powiedzieć z oburzeniem, ale ona mnie uprzedza.

– To nie z tego powodu. Nie przez głód boli mnie brzuch.

Marszczę czoło gapiąc się na blondynkę. Szczerbatek trąca mnie w ramię, a następnie kładzie łeb przy głowie wojowniczki.

– Więc, co ci jest?

Podnosi się do siadu. Chcę ją powstrzymać, ale ona opiera się plecami o ścianę i zmusza się do spojrzenia mi w oczy. Widzę w jej spojrzeniu obawę, zmartwienie, ale co najgorsze strach.

Biorę ją za ręce i klękam przed nią. Patrzę jej w oczy z największym spokojem, a jej dłonie drżą.

– Ale weź tak na mnie nie patrz, jakbyś się mnie bała. – proszę z lekkim uśmiechem. – Bardzo się martwię. Dzieje się coś nie dobrego, nie jestem ślepy. Powiedz mi co jest grane.

Przełyka ślinę, po czym otwiera usta i wypowiada jakieś słowa, ale nie słyszę głosu.

– Co...?

– Jestem w ciąży.

Szept ulatuje, ale zdążam pojąć słowa, które wypowiedziała. Jej oczy naraz wypełniają się słonymi kropelkami, a twarz chowa w dłoniach wybuchając płaczem. Tracę czucie w kończynach. Całkiem oniemiałem.

Mija krótka chwila, po której muszę się odezwać i jakoś zareagować.

– Hej, dlaczego płaczesz?

Zabieram ręce Astrid z twarzy i biorę w swoje. Muszę się uśmiechnąć, muszę jej dodać otuchy bez względu na to jakie przerażenie mnie ogarnia.

– Jestem w ciąży, a ty się pytasz dlaczego płaczę? – Pociąga nosem wylewając kolejne łzy.

– Hej, jest okej. – Wycieram jej policzki i głaszczę kciukami. Nie pozwalam jej odwrócić spojrzenia od mojego.

– Nic nie jest okej. Jesteśmy bez ślubu. Nasi rodzice się wściekną. To jest jakiś koszmar.

– Astrid, nie płacz. Chodź tu do mnie. – siadam pod ścianą i przyciągam ją do siebie. Stawia opór, lecz ostatecznie kładzie głowę na moim ramieniu. – To nie jest koniec świata.

– Jak możesz być taki spokojny mając świadomość tego, że będziemy mieli dziecko? Czkawka, na miłość Bogów, to się nie uda. Jesteśmy za młodzi, mieszkamy kilometry od siebie, nasi rodzice dostaną szału jak się dowiedzą. Już są wściekli... Auć.

Jak ja mam ją uspokoić?

Szczerbatek wpycha łeb pod rękę Astrid. Zabiera dłoń i kładzie na swoim brzuchu. Jeśli coś jest nie tak, musimy lecieć do Gothi.

– Coś jest nie tak?

– To skurcze. To nic takiego.

Nie jestem wstanie w to uwierzyć. Nie jestem kobietą, ale wiem, że jeśli podczas ciąży odzywają się skurcze i to jeszcze przy stresie, to źle wróży.

– Polecimy do Gothi, chodź. – Wstaję. Wyciągam do niej rękę by jej pomóc, ale ona kręci głową i przywiera całkiem do ziemi.

Kucam przed nią.

– Co się dzieje?

Patrzy mi w oczy i mówi cicho:

– Boję się. Potwornie się boję, Czkawka.

– Ale czego, Mała? – Uśmiecham się ciepło, lecz z obawą patrzę na jej twarz. Kręci głową unikając odpowiedzi. – Posłuchaj mnie, dobra? Wszystko będzie dobrze. Cokolwiek się stanie ja jestem z Tobą. Nie zostawię cię. Musisz mi zaufać, zgoda?

Oplata się ramionami, zamyka oczy, kolejne łzy płyną znaną drogą po twarzy mojej Astrid.

– Ty się niczego nie boisz, co?

– Jasne, że się boję. – protestuję natychmiast. Patrzę na Szczerbka, który z łagodnością w swych ślepiach próbuje pocieszyć blond dziewczynę. – Boję o Szczerbatka, za każdym razem, kiedy jesteśmy w niebezpieczeństwie. Boję o Jeźdźców, Tatę, Mamę, lud. I boję się o ciebie. Kocham cię Astrid Hofferson. Kocham cię najbardziej na świecie i zawsze będę kochał. Bez względu na to w jakiej sytuacji przyjdzie nam się znaleźć, z czym przyjdzie nam się zmierzyć, ja chcę być z tobą. Chcę tylko Ciebie blisko Mnie.

W końcu podnosi na mnie głębokie niebieskie spojrzenie. A w tym spojrzeniu dostrzegam ogromną wiarę i nadzieję. Siłę z jaką na mnie patrzy popycha mnie do pocałowania jej malinowych delikatnych ust.

Całuję ją z tak wielką miłością i szczerością uczuć, na którą nie wiedziałem, że mnie stać. I jestem pewien tego co robię. I świadomy i naprawdę żywy w tych czynach.

– Błagam cię, uspokój się. Polecimy do Gothi, ona ci pomoże, a później porozmawiamy z rodzicami, dobrze?

Kiwa głową. Obejmuję ją i ciągnę w górę.

Sadzam ją na Szczerbatku. Nakrywam jej plecy jeszcze kocem i siadam za nią. Ustawiam Szczerbatkowi lotkę tak, bym nie musiał prowadzić. Obejmuję Astrid silnie i przyciągam do siebie całując ją w czoło. Szczerbatek wylatuje z jaskini pędząc w stronę chaty znajdującej się na szczycie Berk.

Wszystko będzie dobrze. Musi być. Innej opcji nie ma.

Rozdział 29

◾◽◾ Nie wiem dlaczego ludzie mówią, że cuda się nie zdarzają, Przecież Ty mi się zdarzyłaś. ◾◽◾

Czkawka

Położyłem Astrid w domku Gothi. Szamanka nie robiła żadnych problemów, nawet nie była zdziwiona, że znów odwiedzam ją z blond wojowniczką na rękach. Przygotowała jakiś napar z ziół. Chyba pomogły, bo grymas na twarzy niebieskookiej znikł, a wiercenie się na łóżku skończyło się na dobre.

Zasnęła. Zdaniem Gothi to dobry znak. Była bardzo zmęczona, a jeszcze ta cała awantura w twierdzy i... Po co ja się z nią kłóciłem? Miała rację. Niepotrzebnie się uniosłem, powinienem się uspokoić i ją tak samo.

Odgarniam blond grzywkę z czoła. Staram się jej nie obudzić, lecz nie mogę się powstrzymać od głaskania jej czule po policzku. Jestem jakoś spokojniejszy, gdy czuję jej jedwabną skórę pod palcami.

Stukot drewnianej laski Gothi odwraca moje oczy na staruszkę. Stoi niedaleko podparta o swoją laskę i obserwuje mnie z ciekawością w jasnych oczu.

Spuszcza wzrok na podłogę. Wysypuje piasek i zaczyna po nim pisać. Odczytuję pytanie z trudem. Nie jestem pewien tego co przeczytałem, więc muszę się podnieść.

Co stało się tym razem?

Wzdycham. Patrzę na śpiącą wojowniczkę. Przeczesuję swoje włosy palcami i wstaję z łóżka.

– Coś... coś o czym w ogóle nie pomyślałem zanim to zrobiłem.

Siwowłosa staruszka marszczy brwi. Podchodzi powoli do łóżka i przygląda Astrid. Wydaje mi się, że zajmuje jej to masę czasu, a okazuje się tylko chwilą. Patrzy na mnie surowo. Wzdrygam się czując jak przepływa po mnie zimna fala potu.

Dotyka kościstą dłonią brzucha blondynki. Przez materiał sprawdza brzuch i podbrzusze, a jej oczy z chwili na chwilę robią się większe i ostatecznie spadają na mnie.

Ona jest brzemienna! – Pisze na piasku stawiając na dodatek wykrzyknik jakby chciała na mnie nakrzyczeć. – Co wyście zrobili?!

Mierzy we mnie srogie niebieskie oczy. Muszę odwrócić wzrok.

Wiem co zrobiłem. Wiem czego ja i Astrid się dopuściliśmy.

– Gothi, ja wiem...

Nie pozwala mi dokończyć. Zaczyna błyskawicznie pisać po piasku. Wkurzona jak wtedy, gdy próbowałem usprawiedliwić zachowanie ojca, kiedy nazwał ją starą babą, która nie potrafi orać ziemi.

Dopuściliście się współżycia bez zawarcia małżeństwa! Jesteś zaręczony, Czkawka. Ona jest córką wroga twojego ojca. Coś ty uczynił?!

– Nie jestem zaręczony. Nie z Valerią. I... chwila, skąd ty wiesz, że...?

Może i jestem niema, ale nie jestem głucha ani ślepa. I mam póki co dobrą pamięć.

Ona wie. Wiedziała od samego początku. Dlaczego się ze mną tym nie podzieliła?! Jakim cudem spędzając całe dnie tutaj w swojej chacie, wie co się dzieje na dole w wiosce?

– Nieważne co wiesz o tej całej aferze w twierdzy, albo co wiesz o przeszłości. To nieistotne na ten moment. Teraz muszę porozmawiać z rodzicami.

Znowu skrobie po piasku.

I co zamierzasz im powiedzieć? Że zostaną dziadkami bękarta?

Jest wściekła. I ja też jestem wściekły. I na siebie i na nią. Bo nie zgadzam się na obrażanie mojego dziecka (choć sformułowanie jest prawidłowe).

Dziecko.

Thorze, będę ojcem.

Chyba dopiero teraz to do mnie dociera.

Skrobanie po piasku wyrywa mnie z głębokiego zadumania.

Jesteście w poważnych tarapatach.

Wiem, przecież!

Siadam przy Astrid. Wsuwam palce we włosy przeczesując pasma sfrustrowany sytuacją. Wpadliśmy po uszy. Głęboko. I nikt nie rzuci nam liny, bo z tej dziury nie ma wyjścia. Nie ma żadnej pomocy z zewnątrz.

Dlaczego jej wtedy nie powstrzymałem? Dlaczego się nie odsunąłem?

Musisz porozmawiać z rodzicami. Nic nie mów im o stanie Astrid. Nie wspominaj o tym co zrobiliście pod żadnym pozorem. Postaraj się pogodzić swoich rodziców z Hoffersonami. Muszą złożyć broń, zawrzeć rozejm. Jeśli to się nie uda, nie pozwolą wam być razem. Nie zgodzą się na wasze zawarcie związku małżeńskiego.

– Ty możesz nam udzielić ślubu. I to od zaraz. – rzucam bez zastanowienia za co dostaję laską w głowę. – Auć, weź mnie nie bij.

Nie mogę wam udzielić ślubu bez zgody waszych rodzin. Nie ma znaczenia czy jesteście pełnoletni. Ty jesteś synem wodza i ona jest córką wodza. Wódz wybiera kandydata dla swojego potomka. Czy ty choć raz zajrzałeś do kroniki Berk?

Kręcę głową rozmasowując obolałe miejsce.

– Co jeśli ich nie przekonam?

Palce szamanki zaciskają się na lasce. Wraca do pisemnego karcenia mnie.

Astrid wróci do domu z rodzicami. Przez to co się stało w twierdzy na uczcie odizolują ją całkiem od świata zewnętrznego.

Może serce podskakuje mi do gardła. Czuję jak strach o stracie Astrid próbuje mnie złapać, ale moja nadzieja jeszcze go odpędza.

– A co jeśli im powiemy, że... jednak...

Że jest przy nadziei? Że nosi twoje dziecko? Edgar zabierze ją do domu, a ciebie prędzej czy później dorwie i zabije bez krzty sumienia. Dotknąłeś jej córki. Syn jego wroga podzielił łoże z jego własną córką. On ci tego nie daruje.

Siadam na krześle obok łóżka przy Astrid. Czuję jak nogi mam z waty. Wszystkie pomysły na załagodzenie tego wszystkiego co się stało wydają się nieskuteczne. Cokolwiek postanowimy będzie źle. I najgorsze jest w tym wszystkim to, że to ja sam muszę działać. I to natychmiast. Tylko co ja mam robić?!

Gothi szturcha mnie w ramię. Podnoszę wzrok. Pokazuje by przeczytał co napisała.

Póki Edgar nie znajdzie Astrid masz czas na porozmawianie z nimi wszystkimi. Bez córki nie odpłynie z Berk. Zajmę się nią zanim po nią nie wrócisz.

– A co jak go nie przekonam?

Dopisuje słowa na piasku.

Chwyć się wszystkiego co może ci w tym pomóc. Porozmawiaj z Loren, z Valką i Stoickiem. Loren ma wielki wpływ na męża. Możliwe, że go jakoś przekona. Próbuj. Działaj.

Patrzę przez okno. Jest środek nocy. Wzdycham. Gothi ma rację. Muszę działać.

Pochylam się nad Astrid przytulając swoje czoło do jej czoła. Muskam ją swoimi włosami, którymi uwielbia się bawić. Kiedy wplątuje swoje drobne palce w moje włosy mam dziwne wrażenie, że robi się spokojniejsza.

– Nic jej nie będzie? – szepczę pytanie skierowane do siwej staruszki. Nie czekam, aż mi odpowie. Sam sobie odpowiadam pewien tego tak mocno. – Nic ci nie będzie, Mała. Jesteś silną nieustraszoną wojowniczką. Trzymaj się.

Składam na jej czole pocałunek. Szepczę jeszcze cicho tak by tylko ona mogła to usłyszeć.

– Bardzo cię kocham.

Wstaję i wybiegam z chaty szamanki. Szczerbatek cały ten czas leżał przed wejściem do środka. Zauważając mnie od razu się podrywa i pomrukuje pytająco.

– Musimy znaleźć moich rodziców. – Siadam w siodle. Szczerbek odbija się od tarasu szybując w górę, a następnie aplikując w dół.

Narrator

Niepewnie zaciska palce na jego ramionach, kiedy dostrzega bezkresny ocean pod sobą. Z trudem łapie oddech czując jak lodowate powietrze zamraża ją od środka. Zaciska mocno powieki uderzając głową w jego plecy tak jakby przez to miała się znaleźć na stabilnej ziemi.

– To jakieś szaleństwo. Na co ja się zgodziłam? – mamrocze w jego futrzaną kamizelkę.

– To był twój pomysł. – przypomina jej, ale ona fuka z oburzeniem. Nie może uwierzyć, że naprawdę to zaproponowała.

~*~

Od chwili, gdy w twierdzy wybuchła awantura dwóch wodzów miała ochotę wybiec z tłumu i ukryć przyjaciółkę w uścisku. Z zaciśniętym żołądkiem obserwowała tą straszną scenę i nic nie zrobiła. Tylko patrzyła na to jak prawda wychodzi na jaw przy wszystkich. Wiedziała, że teraz wszystko się zepsuje albo naprawi. I niestety wszystko co się tam wydarzyło wskazywało na to pierwsze.

Kiedy blond wojowniczka zebrała suknię i ruszyła biegiem do wyjścia, brązowooka chciała pobiec za nią. Powstrzymała ją dłoń tego, którego kilkanaście minut temu odrzuciła. Później zobaczyła tylko jak Nocna Furia znika za drzwiami od twierdzy. Nie minęła długa chwila, gdy Stoick Ważki ogłosił by goście wrócili do świętowania, a gwar znów zrobił się ogłuszający. Szepty zdumionych wikingów rozniosły się po całej sali i to właśnie wtedy zielonooki ją wyprowadził na zewnątrz.

Chciała jej poszukać. Znów ją powstrzymał mówiąc, że Czkawka zrobi to szybciej z pomocą smoka i zajmie się nią. Ona wciąż nie była przekonana. Martwiła się o blondynkę jak o młodszą siostrę, która zaplątała się w nić szczęścia nie dbając o to czy to szczęście zostanie zmiażdżone przez jeden błąd. A ona jej nie pomogła. Nie powstrzymała jej zanim całkiem się zamotała. Nie miała sumienia odbierać jej tego, co tak bardzo ją cieszyło. Odżyła odkąd go poznała. W jej oczach dostrzegła prawdziwy błysk radości. Tak trudno było w niej to obudzić. Tylko dzięki jednemu znów się otworzyła. Brnęła w to by Astrid nie traciła tego szczęścia. Tak długo trwała z nią w tajemnicy, tak wiele razy ją kryła, pchała ją w ramiona jeźdźca Nocnej Furii, zamiast ją zatrzymać. I odkąd pierwszy raz go zobaczyła, spojrzała mu w oczy i wiedziała doskonale, że Czkawka to dobry człowiek. Wiedziała lepiej to, że kocha Astrid prawdziwie i jej nie skrzywdzi. Obawiała się tylko jednego, że to co ich złączyło prędzej czy później zostanie zerwane.

Widząc jak Loren i Edgar wchodzą do domu wodza, wciąż kłócąc się i spierając o to co stało się sprzed lat, zapragnęła pójść za nimi i zaparcie bronić zakochanych.

On jej nie pozwolił. Pamiętał, jaka potrafi być kiedy się przy czymś upierała. Pamiętał mimo tak wielkiego upływu czasu.

Co ty chcesz zrobić? – rzucił w jej stronę pytanie, kiedy ruszyła po kamiennych schodach do wioski. Ona już miała plan. – Brietto, nie wtrącaj się w to!

Chciała wrzasnąć na niego, ale powstrzymała się zauważając śpiącego smoka nieopodal. Nie wiedziała co to za gatunek, ani tym bardziej jak do niego podejść, aby się na nią nie rzucił, lecz się nie zatrzymała.

Widząc co zamierza ruszył biegiem w jej stronę. Zawołał jej imię. Odwróciła się patrząc na niego w zaskoczeniu i wtedy smok się obudził. Ryknął groźnie otwierając paszczę gotów do strzału w dwudziestopięciolatkę. W ostatniej chwili odepchnął ją na bok. Potem jednak smok znów próbował ich zaatakować.

Stała oniemiała wpatrzona w to jak były łowca próbuje uspokoić ziejącego ogniem gada. Czuła jakby właśnie przeżywała déjà vu.

Czyś ty oszalała? Nie zakradaj się do smoka, kiedy śpi. Zabije cię bez żadnych oporów.

Nic nie powiedziała. Gapiła się na niego jakby pierwszy raz go widziała. Ocalił jej życie. Znowu.

Co ty chciałaś zrobić? – zapytał nie patrząc na dziewczynę. Wciąż oswajał smoka, aż gad przybliżył pysk do jego dłoni i pozwolił się dotknąć. – Już chyba jest okej.

Ocknęła się podchodząc do obojga. Dotknęła nosa smoczyska uśmiechając tak szczerze, że wryło go w ziemie.

Dzięki, Eret. Znowu. – Skrzyżowała swoje ciepłe brązowe oczy z jego oliwkowym spojrzeniem. Odebrało mu to powietrze, gdy się do niego uśmiechnęła. Zatkało go całkiem i odebrało na moment zdolność mówienia.

Z trudem wdrapała się na grzbiet smoka i zajęła miejsce w siodle.

Brietta, co ty wyprawiasz? – szepnął nie wierząc w to co widzi.

Zabierz mnie na Sollar. Zabierzemy ze sobą Wichurę.

Po co ci smok przyjaciółki? Chcesz ją ukraść?

Ojciec zabierze Astrid do domu. Nie pozwoli jej być z Czkawką. Jeśli wrócą na Sollar zabije Wichurę i tym razem, Astrid go nie powstrzyma. Utknie na Sollar bez smoka, którego wytresowała, przygarnęła i obdarzyła przyjaźnią. Mnie wygnają z wyspy, a Astrid już nigdy nie zobaczy Czkawki. Zostanie całkiem sama.

Czekaj, żebym zrozumiał. Mamy zabrać Wichurę tu na Berk i tym samym pomóc Astrid, tak?

Kiwnęła głową.

Nadal nie wiem jak to ma im pomóc.

Eret, użyj głowy. Ocalimy więcej żyć.

Zmarszczył czoło nie rozumiejąc jej już całkiem. Wydawało mu się, że nie rozumie języka którego używa.

Pomóż mi. Sama nie dam rady.

~*~

Uśmiecha się czując jak delikatne dłonie Brietty zaciskają się na jego ramionach. Wiedział, że nigdy wcześniej nie latała. Za to on miał za sobą już dwa loty. Jeden na Sollar i jeden na Berk. Ten jest trzeci. Czuje się nieco pewniej, mimo tego, że dosiadł smoka samego Stoicka Ważkiego.

– Gdzie pójdziesz, jeśli rzeczywiście Edgar każe ci zniknąć z Sollar?

– Nie wiem. Mam nadzieję, że tego nie zrobi. – Wzdycha. – Astrid sama na Sollar... Bez przyjaciół... wsparcia... Ona się wykończy. Już widziałam jak traci wszelkie chęci do życia.

– Co masz na myśli? – Spogląda na nią przez ramię.

Zastanawia się czy powiedzieć mu o przeszłości przyjaciółki. Chociażby o jednym incydencie, które wywołało u Brietty przerażenie mrożące ją na wskroś.

Ostatecznie decyduje się podzielić z nim troski.

– Pierwszy raz, gdy poznałam Astrid... cóż myślałam, że to nasze spotkanie odbędzie się w lepszych okolicznościach.

Marszczy brwi ciekaw, ale nie pyta. Po prostu słucha.

– Najpierw poznałam Edgara i Loren. Przedstawiłam się. Powiedziałam, że przypłynęłam z daleka, że jestem bardzo dobrze obeznana w czytaniu i pisaniu, że świetnie sobie radzę z nauką i w ogóle. Dosyć długo się zastanawiali, ale po namyśle się zgodzili, żebym została na Sollar. Chcieli abym poznała ich córkę, ale Astrid nie było w domu. Powiedziałam, że mogę jej poszukać. Nie wiedziałam na jaki widok się wystawiam.

– Poszłaś jej poszukać? – Przytakuje krótko. – I co?

– Znalazłam ją. Siedziała na plaży. Siedziała z toporem, a ja stałam za drzewem. Stałam i patrzyłam, stałam i słyszałam jak płacze przeklinając na swoje życie, na ojca, na matkę, na wuja. Była taka zła na wszystkich i wszystko. Zastanawiałam się co zrobić, czy do niej podejść, czy może poczekać, aż sama wróci do domu i wtedy się poznamy.

– Odeszłaś?

– Miałam taki zamiar, ale kiedy już spojrzałam na nią ostatni raz jej już nie było na lądzie. Spojrzałam na wodę i zobaczyłam jak znika w falach oceanu. Topór wyślizgnął jej się z ręki, a ona nawet nie próbowała wracać.

Jego mięśnie napinają się słysząc o czym mówi Brietta. W jej głosie słyszy smutek, powagę i troskliwość.

– Rzuciłam się biegiem w jej stronę, wskoczyłam do wody wołałam ją. Zachłysnęła się wodą. Niemal utonęła, ale zdążyłam ją wyciągnąć na powierzchnię i zabrać na ląd. Thorze, to było straszne.

– Chciała się zabić?

Westchnęła potwierdzając to o co zapytał.

– Kiedy się ocknęła była wściekła, że ją wyciągnęłam. Żebyś ty widział jak się na nią wydarłam. Zaczęłam jej tłumaczyć jakie życie jest cenne. Że nie ma prawa robić tego nigdy więcej. Że to było nieodpowiedzialne. Rany jaka ja byłam wtedy wzburzona, a ona tak na mnie patrzyła... jakby się mnie bała. Zrobiłam jej taki wykład o targaniu się na własne życie...

Uśmiecha się mimo tego strasznego wspomnienia.

– Byłam świetna.

Śmieje się słysząc jej niedowierzanie i dumę w głosie.

– Potrafisz być przekonująca. – Przyznaje, a ona potwierdza jego słowa.

– Zdarza mi się.

Na horyzoncie pojawia się wyspa. Mija chwila zanim Gruchotnik dolatuje na miejsce i ląduje na plaży. Brunet opuszcza siodło jako pierwszy, następnie pomaga zejść brązowookiej. Dziewczyna staje na piasku blisko młodego mężczyzny. Ich oczy się spotykają i na moment całkowicie zapominają gdzie są i w jakim celu.

Odwraca swoje ciepłe brązowe oczy od oliwkowego, spuszczając na usta, których od lat nie całowała. Przez myśl przebiega jej ciekawość czy nadal są takie miękkie i zdolne przekazać emocje jakie do niej żywił.

Pochyla się nieznacznie, ale ona się orientuje, kiedy widzi jak przymyka powieki. Kładzie swój drobny palec na ustach byłego łowcy. Otwiera natychmiast oczy, czując jej delikatną skórę na wargach.

– Zaczekaj tutaj. Pójdę tylko po Wichurę. To potrwa tylko chwilę.

Zgadza się nic nie mówiąc. Pozwala jej się odsunąć, chodź wcale tego nie chce. Odchodzi w stronę lasu ponownie czując ukłucie w piersi. Jakby coś chciało jej powiedzieć, że popełnia błąd, ale się nie zatrzymuje.

Idzie.

Niepewnie, ale idzie.

Czkawka

W zasadzie nie wiem gdzie mogą być rodzice. Od kilkunastu minut ich szukam i nikogo nie mogę znaleźć.

Zawracam Szczerbatka w stronę wioski. Jeśli ich tam nie będzie zwijam jeźdźców i proszę by mi pomogli. Najlepiej będzie jeśli poradzimy sobie z Mordką sami, ale zwyczajnie nie mam czasu. I za cholerę nie mam pojęcia jak przeprowadzić rozmowę ze swoimi i Astrid rodzicami.

W oddali zauważam Heather i Śledzika. Wyszli z twierdzy. Zawzięcie o czymś dyskutują.

– Dawaj, Szczerbek. Zapytamy ich czy nam pomogą.

Mordka pomrukuje zgadzając się ze mną. Kilka sekund później ląduje kawałek przed dwójką jeźdźców. Ich kamienne zaskoczone miny zwracają się ku nam, a ja nie mam siły ruszyć się z siodła.

– Potrzebuję pomocy – mówię od razu. Gapią się na mnie jakby nie zrozumieli. – Szukam matki i ojca. Widzieliście ich?

Śledzik już chce coś powiedzieć, ale Hearher go wyprzedza maszerując w moją stronę. Minę ma jakby chciała mnie poćwiartować.

– Pomóc? Tobie? A może najpierw jakieś wyjaśnienia?

Wciska mnie w siedzenie, a Szczerbek jest o dziwo spokojny. Heather potrafi być straszna, lepiej z nią nie zadzierać. Jest zdenerwowana. Na mnie?!

– Ale jakie wyjaśnienia? – pytam przez zaciśnięte gardło.

– Żartujesz sobie? O co chodzi z tobą i Astrid, i z tą całą Eugenią?! I twoimi rodzicami, i z tymi drugimi?

– Chwila, nie uważam, że powinnaś się w to mieszać. Ta sytuacja jest zbyt bardzo pogmatwana i nie tyczy się nikogo spoza Berk, więc... – mówię spokojnie nie patrząc jej w oczy.

Ciągnie mnie za sprzążkę na pasku kamizelki. Niemal przyciska swoje czoło do mojego. Gula uniemożliwia mi mówienie.

– Posłuchaj mnie, cwaniaczku. – cedzi z powagą i gniewem troskliwej przyjaciółki. – Nie jestem ślepa, ani głucha, ani głupia i doskonale wiem, kiedy coś jest nie tak. Jeźdźcy streścili mi wszystko od początku do końca. W coś ty się wplątał, Czkawka?!

Wciągam powietrze i z zastygam. Wypuszczam powietrze, a serce łomocze mi piersi jak szalone. Żeby ona wiedziała jak bardzo się zaplątałem.

– Heather, proszę... – szepczę, ale ją to nie rusza. Nie rusza jej mój ton, ani moje przerażone oczy tym co się wyprawia teraz w moim życiu.

– Znam cię zbyt dobrze, Czkawka, i wiem kiedy masz kłopoty. A teraz jesteś w totalnym bagnie. Coś ty zrobił?!

Zamykam oczy. Luzuje uścisk. Pozwala mi się wyprostować w siodle i tylko na mnie patrzy. Czuję to.

– Nie mogę wam powiedzieć. Nie teraz. – szepczę tak by ona i Śledzik mnie usłyszeli.

– Jesteś dla mnie jak brat. Oczywiście, że chcę ci pomóc, ale nie mogę zrozumieć o co chodzi.

– A możesz mi zaufać? Ten jeden raz nie pytać i pomóc bez chęci czegoś w zamian, jak siostra?

Wzdycha. Krzyżuje ramiona i wymienia spojrzenia z Ingermanem jakby telepatycznie mieli zdecydować co zrobią.

A później kiwają głową zgadzając.

Nie czuję ulgi. W ich oczach widzę troskę i współczucie. Wiem, że Heather chce wiedzieć, ale po tym co powiedziała, co powiedzieli jej jeźdźcy wie wystarczająco za dużo.

– Poszukajcie na plaży Thora. Szczerbatek i ja zajmiemy się lasem.

Jeszcze raz musimy przejrzeć każdy zakamarek. Przecież nie rozpłynęli się w powietrzu.

*

– Tam są! – Szczerbatek pomrukuje. Też ich widzi. Leci w ich kierunku i ląduje silnie na śniegu zostawiając za sobą pył śniegu. Rodzice stają wryci.

– Czkawka – Opuszczam siodło, ruszam do mamy i ojca. – Co ty tu robisz?

– Muszę z wami porozmawiać. Gdzie Hoffersonowie?

– Nie wypowiadaj ich nazwiska. – Ojciec syczy przez zęby. Na jego twarzy maluje się gniew.

– Serio jesteś zły? To ja powinienem mieć pretensje, że nigdy mi nie powiedzieliście.

– A co mieliśmy ci powiedzieć i kiedy? To co się stało, wydarzyło się bardzo dawno temu. Odeszło w niepamięć.

Aż do dzisiaj.

Ja naprawdę nie mam ochoty się z nim kłócić. Nie mam na to siły i nie po to spędziłem ponad godzinę na szukaniu ich, zamiast siedzieć przy Astrid i modlić do bogów o zdrowie dla niej i pomysły na rozwiązanie tego supła problemów.

– Tato, to była decyzja Edgara. Chciał chronić brata. Może nie tyle od śmierci, ale cierpienia. – Moje spojrzenie spada na Szczerbatka. Tylko patrzenie w zielone ślepia Nocnej Furii pozwala mi być nieco spokojniejszym. – Ja sam nie mógłbym znieść widoku... Astrid z kimś innym.

Serce by mi pękło.

Może widząc ją szczęśliwą przy boku innego mężczyzny, byłoby mi łatwiej, ale bolałoby nadal. Chyba nie potrafię wyobrazić sobie takiego obrotu spraw. Mogę tylko się zastanawiać co by było gdyby. Tyle, że jestem tutaj, ja i ona. Ja i nasi rodzice. My z czymś, z czym nie łatwo sobie poradzić.

– Postaw się na jego miejscu.

Podnoszę wzrok na ojca. Stoi do mnie plecami. Nie ważne. Wiem, że myśli nad tym co mówię. Wiem, że on podświadomie wie, że mam rację.

Mija bardzo długa chwila, aż można usłyszeć niski ciepły głos mojego ojca. Słyszę smutek, ale także radość. To taka mieszanka złych i dobrych emocji wylewających się z głębi serca. Tego wielkiego, kochającego, przywódczego serca, które jest bębnem wszystkich pozostałych idących za nim.

– Przepraszam. Może rzeczywiście za mało skupiałem się na istotnych sprawach. Może kiedy to wszystko się zaczęło przechodziło mi koło nosa, a ja nigdy tego nie zauważyłem. A jeśli nawet... Jaki ja byłem głupi.

– Stoick... – Mama obejmuje twarz ojca swoimi dłońmi, a następnie całuje z utęsknieniem. Odrywają się od siebie chwilę później wtapiając zielone spojrzenia.

– Chyba byłem zazdrosny i zbyt zadufany w sobie. Bywam też denerwujący i wybuchowy. Wybaczcie mi.

Uśmiecham się słysząc przeprosiny taty. Jednak nie słowa są najważniejsze, lecz ich ton, który zapewnia, że osoba zaje sobie sprawę z popełnionych błędów. A ta chęć naprawienia wszystkiego w głosie, umacnia mnie w przekonaniu o nadciągającej poprawie.

– Jakoś wszystko się ułoży. – Tata obejmuje ramieniem żonę, a mama kładzie mi dłoń na barku.

Wierzę im. Z dnia na dzień będzie coraz lepiej, ale ja mam co najwyżej godziny.

Narrator

Z trudem udaje jej się zwrócić uwagę śpiącej smoczycy. Śmiertnik Zębacz zwinięty w kłębek nie przejmuje się niczym szczególnym. Mieszkańcy spędzają czas w swoich domach ciesząc rodziną i bogatym posiłkiem, które nie często pojawia się na stołach w takiej liczbie. Słychać jak z sąsiednich domów rozbrzmiewają głosy wikingów i śmiechy.

Wstrzymuje na chwilę powietrze zagapiając się w jedno okno za którym widzi pięcioosobową rodzinę. Mały chłopiec zostaje porwany w ramiona ojca i krzyczy szczęśliwy, kiedy ten podrzuca go w górę.

Od kiedy pojawiła się na Sollar każde święta spędzała z Hoffersonami. Tegoroczne obchody Snoggletoga nie są takie same. Są złe i smutne.

Wraca do rzeczywistości. Cicho i ostrożnie wchodzi do domu Hoffersonów, a następnie kieruje się do spiżarni. Wyciąga kosz udek kurczaka i wychodzi z nim na zewnątrz. Wichura wyczuwa smakowitości i przebudza się natychmiast. Skrzeczy radosna, że ktoś w końcu ją nakarmi.

Brietta przygląda się jak smoczyca łapczywie pochłania wszystkie kawałki kurczaka w błyskawicznym tempie. Zakrywa usta dłonią śmiejąc cicho, staje w cieniu. Przez myśl przebiega jej pytanie, czy możliwością jest to, że od tygodnia nikt nie nakarmił smoka córki wodza. Każdy na Sollar od lat jest przyzwyczajony do latającego stworzenia, które zostało wytresowane przez najlepszą wojowniczkę na tej wyspie. Dzieci z wielką ochotą lgnęły do smoka, a chociażby go dosiąść. Astrid rzadko kiedy się na to zgadzała, ale mimo wszystko sadzała dzieciaki w siodle, a uśmiech na ich twarzach ją rozczulał. Co z tego, że rodzice później karcili blondynkę i potomstwo? Przynajmniej przez chwile można było popatrzeć na uśmiechy.

– Chodź, Wichura. – szepcze do latającego gada zabierając wiklinowy kosz, w który smoczyca wpycha nos. – Musimy się stąd wynosić. Nie mamy czau.

Skrzeczy zaciekawiona, ale nie powstrzymuje Brietty, gdy rusza w jej stronę z siodłem.

Nakłada siodło na Wichurę. Pochyla się chcąc zapiąć pasy razem przeciskając je przez klamrę. Nie zwracała uwagi jak Astrid siodła swojego smoka, zwyczajnie uważając iż nigdy jej się to nie przyda do wiedzy, więc nie do końca potrafi sobie z tym poradzić.

Przeklina cicho pod nosem, kiedy kolejny raz wyślizguje jej się z ręki klamra. Klęka niemal pod brzuchem Wichury. Smoczyca nie czuje się już tak spokojna jak na początku, budzi się w niej nie komfort, ale się nie rusza. Postanawia jedynie zachować czujność.

– Spokojnie, nic się nie dzieje. Polecimy do Astrid.

Wydaje z siebie szczęśliwe skrzeczenie.

Uśmiecha się słysząc zainteresowanie smoka.

Wreszcie jej się udaje zapiąć pasy tak by się trzymały i nie uwierały skóry Wichury. Staje, kładzie dłoń na nosie smoczycy i uśmiecha troskliwie.

– Nie ważne co się stanie, Astrid nie pozwoli, żeby ktokolwiek cię skrzywdził. Ktoś się tobą zajmie, chociaż mam nadzieję, że to nie będzie konieczne. Na razie musisz być bezpieczna.

~*~

Tak jak zostali o to poproszeni udali się na plażę Thora. Przeszukali każdy zakamarek. Nawet się rozdzielili, ale nikogo nie znaleźli. Udali się drogą powrotną do wioski całkowicie rozczarowani i zmartwieni. Jako jedyni orientowali się całkiem nieźle w tym co się wydarzyło w twierdzy.

Właśnie docierali do wioski, kiedy usłyszeli głośne krzyki mężczyzny. Chyba się z kimś kłócił. Tak przynajmniej im się wydawało. Przyspieszyli zatem kroku idąc w tamtym kierunku.

I wtedy zobaczyli tego samego mężczyznę, który rzucał oskarżeniami na Stoicka i Valkę, a także na własną żonę i córę, w Wielkiej sali. Zastygli słysząc ich ostrą wymianę zdań.

– Edgar, odpuść. Zapomnij o tym co było. Błagam, tak się nie da żyć.

– Zabrał nam dom, wolność, spokój. Pozbawił nas normalnego życia. Nie proś mnie bym przebaczył Valce po tym jak zraniła mojego brata, albo Stoicka który nas wygnał.

– Ale to ty chciałeś opuścić Berk.

– Przez Valkę. W końcu by się wydało, a Stoick by go wysłał na banicję. Nie przeżyłbym tego.

– Nie mogę tego słuchać. – Syczy kobieta krzyżując ramiona na piersiach. Odwraca wzrok. W błyszczących oczach lśni furia i zmartwienie. – Nie zmienisz przeszłości. Pogódź się z tym. Skup się na tym co jest tu i teraz.

– Racja. Tu i teraz. Gdzie nasza córka, Loren? Gdzie ona u licha pobiegła?

– Uciekła. Przed tobą.

– Przede mną?! – Mierzy w nią zagniewane spojrzenie, ale ją to nie rusza. – Jak możesz mi coś takiego mówić?!

– Edgar, ona ci uwierzyła, przebaczyła te wszystkie lata, przez które ją odrzucałeś. A ty co zrobiłeś?! Nawrzeszczałeś na nią przy wszystkich. Wyglądałeś jakbyś chciał ją uderzyć.

Skupia na niej czujne spojrzenie. Nie jest wstanie pojąć tego co słyszy z ust ukochanej żony.

– Nienawiść do tego co się stało zniszczyła cię doszczętnie. Nie poznaję cię. Kiedy za ciebie wychodziłam byłeś innym człowiekiem, Edgar.

Czuje jakby grunt usuwał mu się spod nóg. Czy ona właśnie chce mu powiedzieć, że się na nim zawiodła? Że już go nie będzie wspierała? Że rezygnuje z dążenia do wiecznego izolowania się od wszystkich, którzy są wstanie im zaszkodzić?

– Co chcesz zrobić? – szepcze ze strachem w głębi duszy, ale nie chce dać po sobie tego poznać.

Wtem na placu ląduje Nocna Furia z jeźdźcem na grzbiecie. Czkawka mierzy niepewne spojrzenie na rodziców swojej ukochanej, a zaraz później z lasu wychodzi małżeństwo Haddocków.

Heather przyciska złączone dłonie do ust wypowiadając krótką modlitwę do bogów, aby nic złego się nie stało. Pulchna dłoń Ingermana dotyka dłoni brunetki zwracając jej uwagę na sobie. Spogląda mu w oczy.

– Modlisz się o pokój?

– O dobre zakończenie. Chciałabym im pomóc.

– Lepiej się w to nie mieszać. Nie w tej chwili.

– A kiedy? Jak dojdzie do rozlewu krwi?

Blondyn wzdryga się słysząc jej lodowaty głos i widząc oburzone spojrzenie.

– Nie. Jasne, że nie, ale...

Ich dyskusja się kończy, bo głośny krzyk Hoffersona znów słychać, aż na kilometr.

– Gdzie jest moja córka? Gdzie jest Astrid?! Gadaj!

Szarpie jeźdźca za fraki ściągając z siodła. Szczerbatek reaguje gwałtownie chcąc wystrzelić plazmą w wodza Sollar. Tylko dłoń chłopaka powstrzymuje rozwścieczonego gada od strzału.

– Jest u naszej szamanki, Gothi. Coś jej zaszkodziło.

Powiedział prawdę, choć nie całą. Ale nie skłamał. A mimo to nie czuje żadnej ulgi.

– Coś jej zrobił?!

– Edgar, na miłość Odyna, puść go! – Loren interweniuje. Edgar stawia go na ziemi, ale nie puszcza młodego Haddocka. – Coś nie tak z Astrid?

– Zaraz z nim coś będzie nie tak. Jak śmiałeś się do niej zbliżyć?!

Rośnie mu klucha w gardle, a w oczach błyska obawa. Wie, że nie może milczeć.

– Proszę Pana, ja nie miałem pojęcia...

– Bredzisz! Mnie nie okłamiesz!

– On nie kłamie! – Krzyczy, ze spokojem w głosie, żona wodza Berk.

– Edgar, puść mojego syna. – dodaje jej mąż. Idą wolnym krokiem w ich kierunku.

Nad wyraz są spokojni. Jakby wcale się nie obawiali, że mężczyzna jest wstanie udusić ich syna gołymi rękami.

– Pomówmy na spokojnie, jeszcze raz – proponuje z nadzieją Ważki.

Hofferson mierzy wzrokiem od góry do dołu wodza wandali jakby właśnie zapraszał go do twierdzy, aby wspólnie świętować.

– Nie mam o czym z wami rozmawiać. Oddajcie mi córkę.

– Chcę zawrzeć rozejm.

Nastaje grobowa cisza.

Trwa chyba z ponad minutę.

Aż Edgar wybucha szaleńczym śmiechem i puszcza Czkawkę tak, że zatacza się do tyłu i wpada na Szczerbatka. Smok stawia przyjaciela na równe nogi i obaj obserwują jak ojciec Astrid wymachuje rękami wrzeszcząc na Wodza Berk.

– Chcesz pokoju?! Ze mną? Po tym wszystkim?! Co cię naszło? Sumienie cię drażni?! A może ona nie może znieść tego co nawyczyniała i na co skazały nas jej gierki. – macha niedbale ręką na szatynkę stojącą przy boku męża.

Oboje są spokojni. Nie ruszają ich słowa mężczyzny. Wiedzą, że Edgar jest zdenerwowany i lepiej nie włączać własnych krzyków. Nie potrzebują kolejnej awantury.

– Nie chcemy wojny.

Spojrzenia zielonookiego jeźdźca z blado niebieskim odcieniem wodza Sollar krzyżują się. Patrzy na chłopaka jakby chciał się na niego rzucić i rozszarpać na kawałki. Lecz nie zrobi tego. Na ramieniu młodego Haddocka spoczywa dłoń Loreny. Jego żona gotowa objąć młodzieńca, który jej własne życie i niejednokrotnie pomógł Astrid.

– Doprawdy? – Kpiący uśmiech Edgara niepokoi wszystkich. – Wojnę będziecie mieli wszyscy jeśli do świtu nie odzyskam córki.

Rusza w stronę Haddocka.

Staje naprzeciw chłopaka, ale Loren zaciska palce na jego ramieniu. Jakby matczyny instynkt do córki właśnie przelewał się na szatyna, który obdarzył miłością jej jedyne dziecko.

– Jesteś taki sam jak twoi rodzice.

– Dziękuję. To miły komplement. – odpowiada, jakby w ogóle się nie przejmował nienawiścią ojca swej ukochanej.

– Bezczelny. – syczy przez zęby i zaciska pięści. – Zadufany. Głupi i bezmyślny. Egoistyczny...

– Przestań wreszcie! – krzyczy Loren obejmując zielonookiego ciaśniej.

– Ja wiedziałem, że zawsze chciałaś mieć syna, ale żeby takie coś... toż to jakiś rybi szkielet. – śmieje się szturchając szatyna, aż dłoń kobiety zostaje strząśnienia.

Zamiera w bezruchu patrząc z bólem na męża.

– A Astrid, naprawdę, nie wiem co w tobie widzi. Poznała kogoś spoza Sollar, kogoś nowego. Poznała chłopaka. Zakochała się pierwszy raz w swoim życiu i namieszało jej się w głowie. – Śmieje się patrząc w oczy Czkawki. – Jesteś niczym. Nie jesteś godzien mojej Astrid. Nie jesteś wstanie zapewnić jej tego na co zasługuje. I jesteś Haddockiem. A moja córka po moim trupie będzie z kimś takim jak ty.

W tej chwili w Czkawce coś pęka. Jakby lata młodości kiedy go poniżano i wątpiono wracały. Jakby po tym wszystkim co zrobił dla ludu Berk, Szczerbatka i przyjaciół, nic nie znaczyło.

Wyrywa się z objęcia matki Astrid. Mruga kilkakrotnie, aby pozbyć się nadmiaru emocji, które chcą znaleźć upust przez łzy. Nie będzie płakał. Nie przez niego.

– Jesteś tchórzem!

– Dość! – Loren łapie męża za ramię, ale on się wyrywa.

Czkawka wsiada na grzbiet Szczerbatka. Smok pomrukuje pocieszająco, a kiedy Edgar chce znów zbliżyć się do chłopaka cisnąc w niego oskarżenia i podłe docinki Szczerbatek warczy, a następnie strzela plazmą pod nogi wojownika. Nie pozwoli skrzywdzić swojego przyjaciela. Nie pozwoli się na nim wyżywać. Nigdy, nikomu, nie w ten sposób.

Zabiera swojego jeźdźca daleko w niebo, aby smutki i żale zabrał wiatr, a dusza odnalazłby choć na parę minut wolności od przyziemnych problemów.

Czarnowłosa wzdycha widząc jak podmiot burzy znika w ciemnościach. Zaciska ręce w pięści. Ledwo co powstrzymuje się od podbiegnięcia i nawrzeszczenia na pewnego mężczyznę.

– Czkawka mówił, że ojciec Astrid jest nadopiekuńczy i dosyć specyficzny, ale że do takiego stopnia... to... lekka przesada.

Czkawka zawsze próbuje znaleźć dobro nawet w najgorszych ludziach. Zawsze próbuje dojrzeć pozytywną stronę u każdego i to go pewnego dnia zgubi. – myśli Heather.

– Powiedz to tak jak widzisz. – syczy przez zęby Heather.

– Nie powinienem. Nie mogę. Co ja...?

– A ja mogę. Ojciec Astrid jest potworem. Dagur jest szalony, ale ON?! To... jest...

– Zawistny człowiek. Takim jak on nie przemówisz do rozsądku.

Podnosi na blondyna zaskoczone spojrzenie.

– No co?

– No w końcu szczerze i mądrze. Podoba mi się to. Jeśli usłyszę jak z twoich ust pada przekleństwo uznam, że podmienili Śledzika.

Śmieje się lekko, kiedy dumny uśmiech rozrasta się na twarzy zielonookiej.

– Gdzie jest Sztukamięs? – pyta.

– W stajni z pisklętami. – Na twarzy jeźdźca buduje się duma i radość.

– Super. Zajmiesz się dzieciakami, a ja pożyczę sobie Sztukamięs.

Rusza żwawym krokiem w stronę stajen. Biegnie za nią nie do końca rozumiejąc co miała na myśli.

– Ale co chcesz przez to powiedzieć? Po co ci mój smok? Chyba nie polecisz za Czkawką?

– Nie. A zresztą nawet gdybym chciała to i tak bym ich nie dokoniła. Pewnie już dawno zniknęli z Berk.

– To po co ci Sztusia?

Nadal nie ma pojęcia co zamierza brunetka.

Odpowiada mu dopiero, kiedy wrota się otwierają i obje wchodzą do stajen.

Niby nie ma żadnego wikinga, za to jest mnóstwo smoków. Skrzekot, warczenie i pomruki latających gadów słychać dosyć wyraźnie. Widok jest wzruszający, kiedy młode bawią się z rodzeństwem, a smoczyce próbują okiełznać swoje potomstwo.

Sztukamięs leży w swojej otwartej stajni przyglądając się swoim dzieciom bawiącym się w najlepsze. Zauważając jednak swojego jeźdźca wybiega z wygodnego siedliska i pędzi przed siebie przewracając Śledzika na ziemię. Śmieje się przytulając jak tylko może swoją smoczycę.

– Och, Księznisia, hej! No już, też się cieszę, że cię widzę. Jak ty beze mnie wytrzymałaś tyle godzin?

Heather się śmieje widząc jeźdźca i szczęśliwą Sztukamięs. Wtedy coś w jej buta uderza. Patrzy w dół. Chropowata kulka podnosi oczy do góry, a wojowniczka schyla się by wziąć na ręce małego smoka.

– Cześć, mały. Jakiś ty słodziutki. – Śmieje się, a smoczek wierci się na jej delikatnych dłoniach. – No powiem ci, Śledzik, że powinieneś być dumny ze Sztukamięs.

– Jestem. – Głaszcze swoją smoczycę pod brodą, a pisklę wyskakuje z rąk brunetki i pędzi za swoim rodzeństwem w podskokach. – Dobra, a teraz po co my tu przyszliśmy?

Nie odpowiada. Wsiada na Sztukamięs, przed tym głaszcząc ją po twardych łuskach.

– Heather... co ty chcesz zrobić?

– Porozmawiam z Astrid. Może się czegoś dowiem i wtedy...

– O, nie! Nie, Heather, to zły pomysł. Co jej powiesz? Że jej ojciec naubliżał Czkawce? Albo, że między Hoffersonami i Haddockami nigdy nie dojdzie do zawarcia pokoju?

– Przecież między nimi coś jest. Widziałam.

– Ja też. I co z tego? Widziałaś jak na to zareagował Edgar.

Wzdycha, spuszcza wzrok, a myśli szumią jej w głowie.

– Przecież trzeba im jakoś pomóc.

Rozdział 30

-◽-

Czasem trzeba podjąć kroki,

których serce nie jest wstanie zrozumieć.

Czasem musimy zrobić coś wbrew sobie tylko po to,

aby ci których kochamy byli bezpieczni.

Czasem trzeba zakończyć coś na co tak długo czekaliśmy,

żeby nie stracić tego całkowicie.

Życie zmusza nas do podejmowania trudnych decyzji,

które zmieniają wszystko dokoła.

-◽-

Astrid

Pamiętam jak się przebudziłam. Pamiętam, że kiedy zaczęłam wracać do rzeczywistości odbiegając od krainy snów, mój nos wyczuł zapach ziół wszelkiego rodzaju. Pamiętam, że zebrało mi się na wymioty, ale nie mogłam nic z siebie wyrzucić. Nic nie jadłam. Gothi chciała bym coś zjadła. Przygotowała mi świeży kawałek chleba i gorące mleko, ale nie byłam wstanie nic przełknąć, więc byłam zmuszona odmówić. Nie spodobało jej się to. Pokazała palcem na mój brzuch. W jej bladoniebieskich oczach dostrzegłam zdenerwowanie i troskę. Wiedziała, że jestem w ciąży. Czkawka jej powiedział.

Podziękowałam jej za pomoc. Podziękowałam za opiekę. Zapytałam jeszcze czy z dzieckiem wszystko w porządku. Przytaknęła. Wcale nie poczułam się spokojniejsza.

Pamiętam, że wyszłam z domu siwej szamanki wczesnym rankiem, kiedy było jeszcze ciemno. Niebo przybrało wtedy odcień granatowy, a bliżej ziemi pojawił się fiolet. Świtało. Czkawka nie przyleciał. Musiałam sama jakimś sposobem zejść z stromej góry. Nie tyle co się bałam o upadek i zabicia się przez nieostrożność, lecz co mnie spotka, kiedy stanę na stabilnej ziemi.

Jakoś jednak udało mi się zejść. Wróciłam żywa do wioski. Nic mi nie było. W zasadzie nie wiedziałam gdzie pójść. Chciałam udać się do domu Czkawki, możliwe, że tam był i rozmawiał z rodzicami, ale ja nie chciałam się z nimi widzieć. Byłam strasznie głodna. Burczało mi w brzuchu. Zaczęłam żałować, że nie skorzystałam z posiłku, którym chciała mnie nakarmić staruszka, tylko ja naprawdę nic bym nie przełknęła w jej domu. Zapachy dusiły mnie i wywoływały u mnie mdłości.

Wtedy ktoś mnie zawołał. To był Śledzik. Wracał skądś, a obok niego kroczyła jakaś dziewczyna. Dopiero kiedy byli bliżej ich obraz się wyostrzył, a ona już wiedziała. To była Heather. Czarnowłosa dziewczyna z uczty, która nazwała ją dziewczyną Czkawki.

Astrid, dzięki ci Thorze, jesteś cała.

Przytaknęłam, ale nic nie powiedziałam.

Ciemnowłosa podeszła bliżej i objęła mnie niepewnie. Nie znam jej dobrze. Nic o niej nie wiem. Tylko tyle, że jest przyjaciółką jeźdźców, że ma czarne jak smoła włosy i oliwkowe zielone oczy. A mimo tak małej wiedzy o dziewczynie wtuliłam się w nią jak w najlepszą przyjaciółkę. Chciało mi się płakać. Naprawdę nie miałam siły na nic. I potwornie się bałam co będzie dalej.

Widzieliście Czkawkę? – zapytałam z nadzieją. Przede mną stał Śledzik, a ja nadal tkwiłam w ramionach brunetki. Śledzik zaprzeczył ruchem głowy, a na jego twarzy zawitał smutek.

Bądź spokojna, niedługo wróci. – rzuciła mi do ucha dziewczyna. Kiwnęłam głową na znak, że usłyszałam, ale mimo tego poczułam jak łzy cisną mi się do oczu. – Cała się trzęsiesz. Dobrze się czujesz?

Tak. Jest w porządku. To tylko zdenerwowanie. – Odsunęłam się nieco, ale wciąż trzymała mnie za ręce i nie pozwoliła całkiem odejść. – Jestem trochę głodna. Mogłabym coś u was zjeść? Nie chcę iść do twierdzy. Tam są wszyscy i...

Jasne, chodź. Zjesz u mnie. – Śledzik wyminął nas i ruszył pospiesznie do swojej chaty. Heather objęła mnie ramieniem i razem udałyśmy się za blondynem.

Dziękuję wam.

~*~

Zimny wiatr wprawia w taniec moje włosy. Bawi się nimi jakby chciał coś utkać z cienkich pasm, lecz wszystko mu się plącze, a we włosach robią się kołtuny. Wciągam morskie powietrze do płuc. Woda jest lodowata, a gdzieniegdzie na tafli suną kry. Ciekawe jak wszyscy wrócą na swoje wyspy, jak przecisną się przez zamarznięty ocean.

Zamykam oczy, aby przywołać do siebie jakieś pozytywne wspomnienia. Jakiekolwiek byle silne.

Uśmiecham się widząc oczami wyobraźni uśmiechniętą twarz Czkawki. Te piękne oczy. Niemal czuję jak obejmuje mnie ramionami, jak szepcze piękne szczere słowa, płynące z głębi serca. Moje zlęknione serce czuje miłość. Wielką miłość. I to szczęście, które mój świat wypełnia dookoła.

A później wracam do szarej rzeczywistości.

Przede mną ludzie zmierzający do swoich łodzi. Stoick żegna ciepło przybyszy i życzy im bezpiecznej drogi do domu. Patrzę na gwar w porcie. Ojciec tkwi na naszym statku z ponurą miną, obserwuje wszystkich z gniewem i wyrzutem, ale oni nie zwracają na niego uwagi. Zaciskam palce na ramionach, lecz od razu je luzuję.

Moim oczom rzuca się czarnowłosa Heather, która żegna się ciepło z jeźdźcami. Śmieją się. Jej oczy wędrują w górę i uśmiech znika, kiedy mnie zauważa. Ruchem ręki przywołuje mnie bym zeszła do nich. Pewnie, że chcę się z nimi pożegnać. Tylko, jeśli tata mnie zauważy, zaciągnie mnie na statek i nie wypuści. A ja muszę jeszcze porozmawiać z Czkawką.

Odwracam się i najwolniejszym krokiem ruszam drogą do portu. Spacerkiem, tak aby mieć wystarczająco dużo czasu, aby pogodzić się z decyzją, którą podjęłam podczas śniadania u Ingermana. Trudną, lecz najlepszą decyzję. Decyzję, która rozrywa mnie na strzępy, ale nie mogę zrobić nic innego.

Heather opowiedziała mi czego ona i Śledzik byli świadkiem. Blondyn tylko przytakiwał albo dzielił się swoim zdaniem na temat. A ja siedziałam i słuchałam jaki to mój ojciec jest podły i bez serca. Jaki z niego okropny człowiek. Jakim prawem tak źle potraktował Czkawkę i jego rodziców.

Spytali mnie co zamierzam z tym zrobić.

Co im powiedziałam?

Nic.

Przyznałam, że mój ojciec to zawistny człowiek, niezwykle pamiętliwy, i że nie istnieje taka siła, która może to zmienić. Ja przynajmniej takiej nie znam i wątpię, bym szybko weszła w posiadanie tej wiedzy.

Pytali, a ja milczałam, bo nie wiedziałam jak zareagować i nie miałam pojęcia co z tym począć. Więc podziękowałam za gościnę, przeprosiłam za kłopot i wyszłam z chaty. Musiałam uciekać od tych spojrzeń. Od litości, która błyszczała im w oczach od kiedy wybuchła awantura.

Zwalniam jeszcze bardziej tępo, kiedy słyszę głos Stoicka, który pozdrawia rudo włosego wikinga i blond kobietę u jego boku. Heather przytula się do niego, a następnie do kobiety.

– Mam nadzieję, że niedługo nas odwiedzisz siostra. – mówi z radością w głosie.

– Niedługo, Dagur. Niedługo. – odpowiada ze śmiechem. – Mam nadzieję, że traktuje cię z należytym szacunkiem, Mala.

– Gdyby było inaczej już dawno skończyłby w wulkanie.

Wybuchają śmiechem, ale ja się tylko uśmiecham. Zbieram w sobie resztki siły i ruszam w ich stronę. Nie zdążam niestety pożegnać brata brunetki, ani jego wybranki, ale mam szansę pożegnać Heather, która również szykuje się do odpłynięcia.

– Będę tęskniła – wyciąga ramiona do Śledzika. Chowa ją w swoich silnych ramionach, a później kręci się z nią. Śmieją się. Stawia ją na pomoście. – Dzięki.

– Nie ma za co.

Wznosi wzrok ku górze, a następnie ściska się krótko z bliźniakami.

– Jak będziesz miała coś do wysadzenia daj znać. – Mieczyk puszcza jej oczko, a dziewczyna przewraca oczami.

Widać jak z niechęcią obejmuje Sączysmarka. Chyba wypił najwięcej z jeźdźców i nadal nie wytrzeźwiał.

A później zielone oczy podnoszą się na mnie. Robię krok w jej stronę, ale ona robi dwa kroki i przyciąga mnie do siebie. Ściska mnie jakbyśmy się miały już nigdy nie zobaczyć. Istnieje takie prawdopodobieństwo. Jest tak wielkie, że aż za prawdziwe.

– Miło było cię poznać. – szepczę. – Znam cię zaledwie jeden dzień, ale...

– Przyjaciółki. – odszeptuje mi. Oczy mnie pieką. Nie będę płakać! – Czkawka to twardy zawodnik. Nic go nie złamie.

– Wiem. – kiwam głową.

Tyle, że Czkawka to Czkawka. A ja to ja. Nie jesteśmy tacy sami. Nie jesteśmy tak samo silni.

– Muszę iść. Ale pisz do mnie jakbyś potrzebowała się wygadać.

Nie będę mogła pisać już z nikim.

– Dobrze.

Nagle słychać w powietrzu świst wiatru. Jakby coś przecięło powietrze, a później kawałek od nas ląduje Nocna Furia, a na niej jeździec. Odsuwam się od Heather. Nie powstrzymuje mnie. Idzie w naszą stronę. Jeźdźcy robią mu przejście. Patrzy tylko na mnie.

Staje naprzeciw mnie. Podnoszę na niego swoje spojrzenie. Patrzy na mnie z smutkiem wypisanym na twarzy. Z bólem. Jakby chciał mi powiedzieć, że coś go rozrywa od środka i potrzebuje natychmiastowej pomocy i tylko w moich oczach odnajduje ulgę. Czuję to samo.

– Zdążyłem.

Zdążył. Zawsze jest na czas.

Uśmiecham się, kiwam głową, spuszczam wzrok aby nie pokazać jak mi ciężko.

– Gdzie twój ojciec? Chciałbym z nim porozmawiać. – zagląda za moje ramię patrząc na statki, szykujące się do odpłynięcia.

Kręcę głową. Kładę mu dłoń na ramieniu, a drugą łączę z jego. Skupia na mnie swoje leśne tęczówki.

Zmuszam się do uśmiechania. Chcę, żeby pamiętał mnie uśmiechniętą. Nie zapłakaną i nieszczęśliwą. Przy nim zawsze byłam szczęśliwa. Szkoda, że to trwało tak krótko.

– Nie idź do niego. Nie ma takiej potrzeby.

Patrzy na mnie nie rozumiejąc tego o co go proszę, ale zostaje.

– Hej, pamiętasz jak mówiłam ci, że jesteś moim całym światem? Jesteś moim wszystkim. I zawsze będziesz w moim sercu.

Składam mu przysięgę wiecznej pamięci.

– Astrid?

Kładę mu dłoń na karku i przyciągam go do siebie. Z początku jest zaskoczony, ale szybko obejmuje mnie i trzyma.

– Wichura? – niedowierzanie w głosie Mieczyka zwraca moją uwagę. Odrywam się minimalnie i spoglądam w górę.

Smok. Dwa smoki. Wichura!

Zakrywam usta rękoma. Jestem w szoku. Jakim cudem?

Moja smoczyca ląduje niedaleko, gdzie wylądował wcześniej Szczerbatek. Na grzbiecie mojej smoczycy siedzi Brietta. Oszalała.

– Wichura, maleńka – Obejmuję jej wielki pysk ramionami. Ciepłe łuski smoczycy wywołują u mnie dreszcze. – Brietta, jesteś szalona. Nie poznaję cię.

Brązowooka opuszcza siodło i staje na deskach. Przytulam ją mocno.

– Dziekuję ci, Berietto. Dziękuję, że ją stamtąd zabrałaś.

– Ćśśś, Astrid, spokojnie. Jest już okej.

Kiwam głową, choć wcale się z nią nie zgadzam. Pozwala mi podejść do mojej smoczej przyjaciółki. Przytulam ją mocno. Ona wie jak bardzo jest dla mnie ważna, jak bardzo ją kocham.

– Dziękuję ci Wichurko, za każdy lot, za każdą chwilę. Dziękuję, że zostałaś mimo tak wielu ludzi dokoła. Nie byłaś przyzwyczajona.

Wichura wyczuwa, że coś jest nie tak. Wie jaki wulkan emocji we mnie siedzi. Długo nie wytrzymam. Spoglądam w żółte ślepia smoka.

– Moja dzielna. – Skrzeczy jakby chciała mi podziękować, że ocaliłam jej życie. Ona ocaliła moje.

Patrzę na Szczerbatka, który stoi blisko Czkawki. Patrzę na chłopaka, to na jego smoka, a później skupiam się na tym by spojrzeć w oczy Wichury.

– Będzie dobrze. Masz tutaj przyjaciół, tak? Szczerbatek się będzie z tobą bawił. Na pewno wszystko się jakoś ułoży. – mówię cicho, a ona mnie słyszy. Skrzeczy przeciwna mojej decyzji. – Chcę, żebyś była bezpieczna, a tutaj nic ci nie grozi. – Całuję nos smoczycy. – Zostań, Wichura. Zostań.

Posłuszna nie idzie za mną, kiedy postanawiam się oddalić. Ruszyć tam, gdzie czułam się spokojnie i bezpiecznie. Do ramion mężczyzny, który patrzy na mnie w tej chwili z strachem i błaganiem.

Zastygam w miejscu, kiedy słyszę wołanie ojca. Zauważa mnie. Widzi mnie. Wychodzi na pomost, ale ja nie idę na łódź. Patrzę na jeźdźców, na Briettę, na rodziców Czkawki.

– Astrid, wracamy! Chodź tutaj!

Nie chcę. Thorze, jak ja nie chcę tam wracać.

Po raz ostatni sprzeciwiam się ojcu.

– Astrid, co jest grane? – Biorę go za ręce. Ściskam. Niech mnie czuje. Niech pamięta jak mocno go chciałam zatrzymać przy sobie.

– Powiedziałeś, że jeśli będę kiedyś czegoś potrzebować, jesteś. – Skina głową tak lekko, że prawie nie wykonuje ruchu. Nie odrywa ode mnie zielonych jak trawa oczu. – Teraz bardzo czegoś potrzebuję. – Wciąga sztywno powietrze. Otwieram usta i z trudem wylewam z siebie prośbę. – Za-zaopiekuj się Wichurą, dobrze? A jeśli Brietta nie chce wracać na Sollar, wpuść ją na wyspę. Może uczyć dzieciaki, albo pomagać w jakiś zajęciach. Na pewno coś sobie znajdzie. I ma tutaj odzyskane szczęście. – Spoglądam na przyjaciółkę, przy której staje Eret. Uśmiecham się. Przynajmniej jedna z nas będzie szczęśliwa.

– Hej, Astrid – Obejmuje moje policzki. – O czym ty do mnie teraz mówisz?

– Pro-proszę cię, że-żebyś dał ochronę Briettcie i Wichurze.

Nie wytrzymuję. Słone łzy uwalniają się i płyną po mojej twarzy. Kciuki Czkawki natychmiast je ścierają.

Spuszczam spojrzenie. Zabiera ręce. Wyciągam spod sukni najcenniejszą rzecz jaką kiedykolwiek dostałam. Zielone oczy robią się wielkie jak monety. Uśmiecham się patrząc na przedmiot obracany w palcach.

– Czkawka i Astrid, zawsze razem. Chciałam, żebyśmy mieli szansę.

Zdejmuję naszyjnik. Biorę jego rękę i kładę medalion na wnętrzu jego dłoni. Patrzy na mnie. Wciąż nie rozumie co robię, albo nie chce w to uwierzyć. Też nie chcę, ale to niestety się dzieje.

– Naszyjnik powinna dostać kobieta, z którą przejdziesz przez życie. Do pewnego czasu wierzyłam, miałam nadzieję, że chodzi o mnie.

Pociągam nosem.

Uśmiecham się przywołując do siebie wspomnienie jak całuje mnie bez pamięci, a ja odwzajemniam czuły gest.

– Chodziło o ciebie. Zawsze chodziło tylko o ciebie. – szepcze. Zapewnia mnie.

Przeczę ruchem głowy.

Podnoszę zapłakane oczy, odnajduję szklane zielone spojrzenie. Dosięgam jego policzka. Głaszczę go. Chciałabym zapamiętać tą ciepłą skórę i niewidoczny zarost, które delikatnie drażni moją dłoń.

– Wiesz, że to nieprawda. Gdyby nie tamten dzień i miejsce, prawdopodobnie nigdy byśmy się nie spotkali. – Kręci głową. Nie zgadza się ze mną.

Wołanie ojca, każe mi się pospieszyć.

– Astrid, co ty mi chcesz powiedzieć? – Jego usta drżą, czuję jak kolana się pode mną uginają.

Otwieram usta.

Powinnam powiedzieć to krótko. Nie przedłużając. Im dłużej to trwa ból staje się nie do zniesienia.

Powinnam powiedzieć, że to koniec. Że nigdy więcej się nie zobaczymy. Że nie możemy być razem. Że nie mamy żadnych szans.

Ale mówię to w inny sposób. Łagodniej, a mimo to boli tak samo.

Rzucam mu się na szyję. Przyciska mnie do siebie. Łzy płyną nam po policzkach, a my tylko stoimy i trwamy. Po raz ostatni.

– Kocham cię, Czkawka. Kocham cię najbardziej na świecie i zawsze będę kochać. – szepczę, aby tylko on zrozumiał, ale wokół jest tak cicho, że chyba każdy słyszy.

On płacze. Ja płaczę. Pociąga nosem.

– Nie szukaj mnie. Nie leć za mną. Spróbuj zapomnieć. Pomyśl, że to był piękny sen.

– Nie proś mnie o to. Nie ma takiej możliwości. Nie dam rady.

– Spróbuj.

Ojciec mnie woła.

Czkawka mnie przytula, trzyma w uścisku, nie chce mnie puścić. A ja nie chcę go zostawiać.

– Astrid, proszę cię. Będziemy mieli...

– Nie mów tego głośno. – proszę go cicho. Zamyka usta. – Będę uważać. Postaram się.

– Nie chcę się z tobą żegnać. Zostań.

Krzyk ojca jest już pełen gniewu.

Próbuję go tylko chronić. Dlaczego Czkawka nie rozumie?

Odrywam się od Czkawki na tyle, aby spojrzeć mu w oczy.

– Astrid, błagam. Nie rób nam tego.

Przypominają mi się słowa mojego wuja, skierowane do Valki, jakie zacytował ojciec.

Jeśli między mną, a Czkawką coś było, co powinnam powiedzieć?

Przyciskam swoje usta do jego. Łączę się w pocałunku. Ostatnim pocałunku, który coś znaczy. To jest pożegnanie. Naprawdę. Nie tak jak wtedy, gdy następnego dnia prosiłam by przyleciał na Sollar, aby pomóc mojej mamie. Tym razem nie przyleci.

W tym pocałunku czuć wszystko. Ból, złość, błaganie, pragnienie, tęsknotę, miłość. Wszystko.

Odrywamy się od siebie, kiedy brakuje nam powietrza. Stykam się z nim czołem. Obejmuję jego policzki dłońmi. Odnajdujemy swoje spojrzenia. Płacze. Razem płaczemy.

Muskam jego policzek ustami i odchodzę.

– Kiedyś mi wybaczysz. – mówię ostatnie słowa, ale do siebie. – Ja sobie tego nigdy nie wybaczę.

Rzuca się za mną, ale ktoś go łapie. Woła moje imię. Serce pęka mi na kawałki, a ja wybucham niepohamowanym płaczem. Wchodzę na statek. Ojciec patrzy na mnie z gniewem, a mama próbuje mnie objąć. Idę do kajuty. Czkawka mnie nadal woła.

Ze złamanym sercem spoglądam ostatni raz na Czkawkę. Stoick go trzyma. Patrzy na mnie. Szatyn szepcze coś w moją stronę. Prosi bym została. Wypowiadam słowa przepraszam. Zaciskam powieki. Odwracam się szybko i znikam za drzwiczkami, ruszam do kabiny kapitana.

Straciłam w tym momencie wszystko.

Przyjaciół, smoka, miłość.

Co mi zostało?

Nic.

Czkawka

Każda cząstka mnie w jednej chwili się kruszy. Łzy płyną mi po twarzy. Chyba nie jestem wstanie ich powstrzymać. Mówi do mnie słowa, z którymi absolutnie się nie zgadzam. Są nieprawdą. Nie mówi tego na poważnie.

Odsuwa się ode mnie. Chcę ją powstrzymać, przytrzymać przy sobie, ale ona mi się wymyka. Odchodzi. Zostawia mnie. Tak po prostu.

Wyrywam się do biegu, ale wtem czyjeś ramiona mnie zatrzymują.

– Eret, puść mnie do cholery – syczę przez zęby. Odpycham go z całej siły i biegnę dalej przez most. – Astrid! Astrid, stój, nie rób tego!

Patrzę na nią jak wchodzi na pokład. Prawie dobiegam na statek. I w momencie gdy chowają kładkę, dzięki której z łatwością wchodzi się na statek jest chowana, a silne ramiona znów mnie zatrzymują. To mój ojciec.

Szarpię się i krzyczę jej imię. Przekrzykuję mewy, szum fal, wiatr. Słyszy mnie. Niech na mnie spojrzy, na Thora! Błagam!

– Astrid!

Otwiera drzwiczki prowadzące pod pokład. Moje serce przestaje bić na moment szaleńczo, a ona się odwraca.

– Astrid, proszę. – szepczę, ale wiem, że rozumie słowa wypowiedziane tak cicho.

Odpowiada tak samo cicho jak ja.

– Przepraszam, Czkawka.

Znika mi z oczu.

– Odbijamy! – krzyczy ojciec Astrid.

Łódź zostaje odepchnięta od brzegu, uwolniona na głęboką wodę. Patrzę jak żagle chwytają się zimnego powietrza. Statek odpływa. Moje oczy niespecjalnie odnajdują oczy wodza Sollar. Patrzy na mnie spod zmarszczonych brwi, tym pełnym niechęci i nienawiści spojrzeniem. Czuję jak ogarnia mnie furia.

Tam jest moja dziewczyna, która nosi moje dziecko pod sercem. Zostawiła swojego smoka. Brietta nie płynie z nimi. Astrid jest sama z ojcem, który znów zamknie ją na cztery spusty w domu.

– Astrid – szepczę. Jej imię świszczy mi w uszach.

Słyszę głos taty, który zmniejsza uścisk na moich ramionach.

– Nic ci to nie da. Ona podjęła już decyzję.

Patrzę na ojca jakby mówił do mnie z daleka. W jego oczach lśni współczucie.

– Szczerbatek – Wyrywam się ojcu. Mój smok podchodzi do mnie wydając z siebie pomruk smutku. Chcę na niego wsiąść, ale mama zagradza mi drogę.

– Nie polecisz po nią.

Prycham z kpiną. Patrzę na rodziców. Zwariowali, tak? Oni serio myślą, że pozwolę by tak to się wszystko skończyło?

– Czkawka. – mówi spokojnie i poważnie. Patrzy mi prosto w oczy i twardo mówi jedno słowo. – NIE.

Wycieram mokre policzki. Pociągam nosem i znów ruszam w stronę Szczerbatka. Mama mnie odpycha do tyłu.

– Nie zabronisz mi.

Otwiera usta, chce coś powiedzieć, ale jej wzrok podnosi się na mojego ojca jakby szukała u niego wsparcia.

– Poprosiła cię o coś. Uszanuj jej wolę.

Thorze, to nie sprawiedliwe.

– Kiedy wy nic nie rozumiecie!

Odpycham się od rodziców. Nie wsiadam na Szczerbatka.

Idę przed siebie. Sam.

Tylko ja i moje łzy bezsilności.

Bez niej.

Bez mojej Astrid.

Rozdział 31

Kilkanaście dni później

Narrator

Zapiął ostatni pas, naostrzył sztylet i wsunął go w pochwę na karwaszu. Pochwycił za sakiewkę. Sprawdził jej zawartość i przyczepił do paska. Przeczesał włosy rozglądając się za czymś po pokoju. Znalazł małe pudełeczko na półce nad biurkiem. Otworzył, aby sprawdzić czy dana rzecz rzeczywiście wciąż tam jest. Odetchnął z ulgą.

Szczerbatek siedząc na środku pokoju przyglądał się z zainteresowaniem poczynaniom swojego jeźdźca. Kręcił się po sypialni od godziny. Najpierw przygotowując strój sprawdzając czy wszystko jest tak jak być powinno. Studiował mapę zaznaczając na niej miejsca, w które mieli polecieć. Pakował dodatkowe narzędzia, które przydałby by się w razie kłopotów z lotką Nocnej Furii. I oczywiście milczał jak grób byle nikt go nie usłyszał. Co kwadrans podchodził do krańca podłogi, aby sprawdzić czy rodzice jeszcze nie wstali.

Rozejrzał się po pokoju, miał nadzieję ostatni raz i przerzucił sobie przez ramię torbę.

Nagle drzwi zaskrzypiały, a ziewnięcie wodza dotarło aż na piętro. Czkawka podszedł do krawędzi po cichu, choć metalowa noga nadal wydawała dźwięk, i spojrzał na dół.

Valka wyciągnęła ręce w górę przeciągając się i mamrocząc jakieś słowo pod nosem, którego nie zrozumiał. Stoick przetarł twarz, aby następnie przejść do części kuchennej. Czkawka stracił ich widoczność, a mimo to nadal słyszał ich radosną pogawędkę stłumionym głosem zaspanego małżeństwa.

Westchnął. Wycofał się ostrożnie, wpadając na Szczerbatka. Smok mruknął kiedy plecy Haddocka uderzyły go w nos. Położył palec na ustach w celu uciszenia gada. Niechętnie usłchał i pozwolił się dosiąść.

W sekundę wyskoczyli przez okno na zewnątrz. Szczerbatek odbił się od małego tarasu pędząc pełną parą w kierunku jasnego nieba.

Spojrzał za siebie czując ulgę. Wreszcie mu się udało. Po tylu próbach wreszcie mógł zrobić to czego próbował od ponad tygodnia. Westchnął głęboko zamykając oczy.

– Brawo, w końcu nam się... – westchnął uradowany i spokojny.

Szczerbatek nagle zatrzymał się odlatując w tył rycząc z zaskoczeniem. Czkawka pochwycił mocniej uchwyt siodła otwierając oczy.

Nie udało się. Znowu.

– Czkawka – westchnął Thorston.

– Haddock – dodała Szpadka.

Oboje patrzyli na niego znudzonym wzrokiem. Tak jakby dzień w dzień od tygodnia byli świadkami tego samego wydarzenia, o tej samej porze, z tym samym smokiem i jeźdźcem.

– Nie, no, wy chyba żartujecie. – wymamrotał zakrywając oczy dłonią.

– Codziennie – potwierdził chłopak z dredami uśmiechając leniwie.

– Ale nie kiedy chodzi o to, o co chodzi. – dodała blondynka.

Czkawka westchnął. Spojrzał w górę przeklinając szczęście, które ponownie go opuściło.

– Szpadka, Mieczyk, proszę was. Wy nic nie rozumiecie. – rzucił do nich z załamaniem.

Nie miał ochoty się z nimi sprzeczać. Nadal znajdowali się niedaleko wioski. Wikingowie powoli opuszczali swoje chaty idąc pracować, a i jego ojciec pewnie niedługo opuści dom w tym samym celu, a mama wybierze z Chmuroskokiem polatać. Wtedy w ogóle nie będzie miał szans na ucieczkę.

– Rozumiemy więcej niż ci się wydaje.

– Właśnie. Wiemy wszystko. – potwierdził brat Szpadki.

Pokręcił głową z niechęcią patrząc na rodzeństwo Thorstonów.

– Chcesz lecieć na wyspę, gdzie znajduje się twoja utracona miłość.

– Wciąż upierając przy tym, że musisz porozmawiać z Nią, bo nikt nic nie wie. Jakby każdy kto was widział był ślepy i nie wiedział o co chodzi.

– Mieczyk, bo wy naprawdę nie wiecie o co chodzi.

– Czkawka, to łatwe. Tu o zakazaną miłość chodzi.

Przewrócił oczami. Nie miał do nich siły. Jasne, że chodziło o blond wojowniczkę, z którą nie mógł być blisko jak dawniej. Jasne, że chodziło o to, że odeszła zostawiając go samego. Jasne, że zraniła go od razu rezygnując z walki o własne szczęście.

Ale to on dźwigał tajemnicę, która chroniła jego głowę od ścięcia. To on wiedział coś, co wstrząsnęło jego życiem i życiem Hofferson. I nie mógł o niczym nikomu powiedzieć dopóty rodzina Hoffersonów i Haddocków nie zawrze pokoju.

A on się bał, potwornie się martwił o Nią. Bo była tam sama. Mógł się tylko domyślać ile nocy przepłakała, albo co przeżywała słuchając krzyków ojca. A on nie mógł jej obronić i ukryć przed tym gniewem. Bo go odepchnęła. Bo nie dała mu szansy obronić się. Bo wolała odejść.

– Przepuśćcie mnie – rzucił tak jakby rzeczywiście mieli to zrobić. Ani drgnęli. Skręcił w prawo, ale oni zagrodzili u drogę. Spróbował z lewej, nie puścili go. – Ej, błagam...!

– Czkawka, zrozum wreszcie, że ona nie chce, żebyś do niej leciał. Powiedziała ci to głośno i wyraźnie.

– Szpadka, ona nie mówiła tego serio.

– Mówiła. Pogódź się z faktem. Zejdź na ziemię, dosłownie i w przenośni.

Zacisnął usta. Popchnął Szczerbatka w dół. Ale nim wleciał pod Zębiroga, smok zrobił salto w tył i dwie głowy uderzyły w głowę Szczerbatka. Smok mruknął, pokręcił głową oszołomiony przez sekundę.

– Kazała ci zapomnieć. Zrób to o co prosiła.

– Nie mogę! Nie potrafię! – tracił nerwy do bliźniaków. – Nie będę z wami o tym gadał. Nikt z was nie był w związku. Nic nie wiecie w tym temacie. Mogę kłócić się o to z Sączysmarkiem albo Śledzikiem, ale nie z wami, matołki!

Wzdrygnęli się w siodle słysząc wściekłość i zimne słowa padające z ust szatyna. Zawrócił smoka, chciał polecieć w innym kierunku, może od strony Smoczej Akademii. Znowu natknął się na kogoś.

– Sączysmark? Co wy zmówiliście się, czy jak?!

Uśmiechnął się brunet oglądając swoje paznokcie.

– Usłyszałem swoje imię, więc jestem.

– Smark! – Szpadka pomachała do Smarka. Popaatrzył na nią zainteresowany tym co ma mu do przekazania. – Czkawka, znowu planuje polecieć do sam wiesz kogo.

– Do Astrid? A czy ona ci nie powiedziała, abyś o niej zapomniał i nie leciał na Sollar?

Chciał przeklnąć. Tak porządnie. Głośno. Tak żeby ich wryło w siodła ze zdumienia.

Nie zrobił tego.

– Muszę z nią porozmawiać.

– A my musimy cię pilnować.

– Wcale nie musicie! Jestem dorosły.

– A dyskutujesz jak dziecko. – zwraca uwagę blond jeźdźczyni Zębiroga.

– Ja wiem co mogę, a czego nie mogę. Wiem co powinienem, a czego nie. Możecie dać mi w końcu święty...?

Usłyszeli gwizd. Wszystkie pary oczu skierowały się na dół.

W progu drzwi stał wódz z kubkiem w ręku i obserwował to jak przyjaciele jego syna na smokach otoczyli Szczerbatka. Mina Stoicka wyrażała znudzenie i zmartwienie. Czkawka rzucał w ojca wściekłe spojrzenie, ale ten nic nie powiedział.

– Wylądujcie i nie róbcie zamieszania od rana. – rozkazał z machnięciem ręki.

– Kiedy wodzu, on chce...

– Ja wiem, czego on chce. Już dajcie mu spokój. – uciszył bliźnięta, które z niezadowoleniem spojrzeli na szatyna. – Idźcie zająć się tym czymś co macie w planach i koniec.

Odlecieli mamrocząc pod nosem coś czego Czkawka i Sączsmark nie usłyszeli. Jeździec westchnął głaszcząc Nocną Furię po głowie, gdy mruknął pocieszająco do przyjaciela.

– Czkawka, na ziemię. – ponowił przywódca klanu Wandali. Przeklął pod nosem, ale wykonał rozkaz ojca. Szczerbatek wylądował na ziemi, ale Czkawka nie opuścił siodła.

Stoick zmierzył syna troskliwym spojrzeniem. Chłopak męczył się dobre kilkanaście dni i ani na chwilę nie mógł zapomnieć o blond wojowniczce. Pozwalał synowi latać ze Szczerbatkiem, ponieważ tylko dzięki swojemu smoczemu przyjacielowi Czkawka do reszty się nie rozbił na kawałki, lecz ktoś musiał być w pobliżu, aby odwieźć zielonookiego od ruszenia w stronę, gdzie znajdowała się wyspa Hoffersonów.

– Porozmawiaj z nim. – rzuciła żona wodza odbierając mu kubek z gorącym mlekiem. Westchnął nie do końca pewien pomysłem szatynki. – Stoick, nasz syn ma złamane serce. Weź coś zrób.

– Kochanie, ale co ja mogę?

– Porozmawiaj z nim. Powiedz mu dlaczego stało się tak, a nie inaczej. Że potrzebuje trochę więcej czasu. I przede wszystkim, nie może uciekać.

Westchnął. Spojrzał ponownie na syna, który rozglądał się po wiosce sumiennie nad czymś myśląc. Myślał o drodze ucieczki. Kolejny raz. Widział to po jego minie.

– Znajdę mu jakieś zajęcie.

Opuścił stopnie ruszając w stronę dwudziestolatka. Valka przewróciła oczami.

– Świetnie. Zrób to co zwykle od dwóch tygodni.

Wróciła do środka nie mając zamiaru patrzeć jak jej mąż ponownie odwleka rozmowę o rozbitym związku ich syna. A to był ważny temat. Może gdyby porozmawiali jak ojciec z synem o tej sprawie, a Stoick miał całkiem spore doświadczenie o utraconej miłości, Czkawce byłoby łatwiej pogodzić się z cierpieniem.

Kilkanaście dni temu

Nie zdążyła spokojnie opuścić łodzi, kiedy ojciec złapał ją za nadgarstek i siłą pociągnął w stronę domu. Próbowała się wyrwać niepewna czy nie potknie się o własne nogi i nie przewróci. Czuła się okropnie. Nie tylko psychicznie, ale też fizycznie. Podróż się przedłużyła ze względu na utrudnienia zamarzniętego morza, a morskie powietrze wywoływało u niej gorsze samopoczucie. Modliła się, aby jak najszybciej znaleźć się na lądzie i odetchnąć, a jednak nie było jej to dane jak się później okazało.

Mieszkańcy Sollar patrzyli zdumieni na wodza prowadzącego swoją córkę przez wioskę. Loren krzyczała za nim by ją puścił, kiedy Astrid niemal się przewróciła przez spory kamień. Edgar nie posłuchał. Rzucił tylko zagniewane spojrzenie na blond wojowniczkę i przyspieszył kroku.

– Nie wiem co mam z tobą robić, Astrid! – krzyknął wrzucając blondynkę do domu. Prawie uderzyła o stół. Serce podskoczyło jej do gardła z przerażenia.

– Nie krzycz... – poprosiła zlękniona.

– Przez twoje lekceważące zachowanie naraziłaś nas na niebezpieczeństwo! – krzyczał wściekły jak nigdy wcześniej. Tyle razy robił córce awantury, ale taka jak teraz zdarza się pierwszy raz. – Uważam się za rozsądnego ojca. Ustaliłem jasne zasady i wszyscy moi poddani wiedzą, że żądam by je przestrzegano.

– Tato...

– To prawda, że znikałaś potajemnie z Sollar, kiedy miałaś mieć zajęcia z Briettą? – zadał ciszej pytanie, ale ton budził grozę.

– Ja musiałam... – poczuła, że coraz trudniej utrzymać jej siłę. Bała się. Naprawdę się bała, że ojciec coś jej zrobi. Był jak w transie.

– Musieć, to ty musiałaś przestrzegać zasad! Ile razy ci mówiłem, że kontakt ze światem zewnętrznym jest zabroniony? Wiedziałaś o tym od urodzenia! Wszyscy to wiedzą!

– Proszę, przestań... – głos jej się załamał.

– Lepiej byłoby dla nas, gdybym go zamknął w celi i zabił, od razu gdy zobaczyłem go przy tobie.

– Nawet go nie znasz.

Nie tak jak ja – pomyślała wojowniczka.

– Jest taki jak jego ojciec. A ty nic o nim nie wiesz, głupia. Wiem jacy są Haddockowie. Dumni, bezwzględni, dzicy. Nie zdolni do żadnych uczuć!

Nie mogła tego słuchać. Haddockowie? Dumni? Czkawka nigdy nie czuł się wyższy od kogokolwiek. Bezwzględni? Jak ktoś z usposobieniem Czkawki mógł być właśnie taki? Z taką dobrocią? Nie. Dziki? Owszem, szatyn lubił szaleć ze swoim smokiem na niebie i cieszyć wolnością, ale nie tak jak widział to Edgar.

– Tato, ja go kocham! – krzyknęła z żałością i rozpaczą. Pierwsze łzy popłynęły po rumianych policzkach dziewczyny.

Wryło go w podłogę. Jakby oblano go zimną wodą. Źrenice mu się rozszerzyły, a każdy mięsień w ciele napiął do granic. Spojrzał na nią z potęgą szaleńczego gniewu, jakiego myślała, że nie zobaczy.

– Nie... Kompletnie oszalałaś, dziecko! To syn mojego wroga, ty jesteś moją córką, na miłość Odyna!

– I co z tego? To tylko z twojej perspektywy tak wygląda... – mówiła spokojnie, jakby z nadzieją, że jakoś mężczyzna się trochę uspokoi.

– Oni są groźni...

– Groźni?! Czkawka ocalił mi życie i to nie raz! Jest dobrym człowiekiem. Nie to co ty... – zakryła usta dłonią. Nie panowała nad słowami. Drżała z przerażenia sytuacją. Była sama. Musiała się hamować.

– Nie waż się mówić do mnie tym tonem, córko! Dopóty mieszkasz pod moim dachem, stosuj się do moich wymagań!

Stanął bliżej. Zrobiła krok do tyłu, ale wpadła plecami na rzeźbioną kolumnę. Wymachiwał rękami, groził jej palcem, chciała się skulić na ziemi i płakać, tak jak wtedy w więzieniu u Krwawdonia.

– W takim razie nie chcę już z tobą mieszkać. Wypuść mnie. – wyszeptała, ale ją usłyszał.

– Nigdy więcej! Żebyś do niego poleciała? Absolutnie!

Odwrócił się, aby ruszyć po schodach do sypialni córki. Odsunęła się od stołu, lecz poczuła kłucie w brzuchu. Złapała się dłonią za brzuch. Chciała jakoś uspokoić siebie, że to nic. Że zaraz wszystko będzie dobrze, ale złe emocje robiły swoje.

Ruszyła schodami na piętro za ojcem, złapała się barierki, aby oprzeć się i jakoś dostać na górę. Serce waliło jej jak dzwon.

– Tato, proszę – Dotarła dopiero na korytarz, a i tak usłyszała szelest w jej pokoju. Zagryzła wargę i zmusiła się do ruszenia do sypialni.

Zobaczyła go jak przegląda jej rzeczy. Szukał czegoś co mogła dostać od Brietty, lub też Czkawki. Chciał jej to zabrać. Zabrać wszystko, żeby już nigdy nie pomyślała o tych, którzy narobili w ich życiu bałaganu.

Znalazł coś. Jedyna pamiątka, którą Astrid zostawiła sobie pod łóżkiem, którą czasami przeglądała, aby uśmiechnąć się do własnych myśli.

W ręku trzymał dziennik. Czytał go. Czytał dziennik Finna, swojego brata, a wuja Astrid. Chciała coś powiedzieć wkraczając do pomieszczenia. On ją wyprzedził wtapiając swoje oczy w własność jego zmarłego brata.

– Nie weszłabyś do naszej sypialni. Ktoś ci to przyniósł, prawda?

Zamiera. Kręci głową.

Będzie kłamać. Będzie chronić przyjaciółkę.

– Nie.

– Nie kłam! To Brietta ci to podrzuciła! A ja jej zaufałem. Byłem naiwny.

Kręci głową. Robi krok do przodu. Jej ojciec ciągle wbija szaleńcze spojrzenie w dziennik wertując strony po kolei w amoku. Chce odebrać przedmiot, ale zanim wąskie palce blondynki pochwyciły pamiątkę on zatrzasnął dziennik i tym samym znalazł przerażone spojrzenie córki. Cofnęła się o krok.

– Czym ja sobie zasłużyłem?! Tyle lat? Kim ja dla ciebie jestem, dziecko?! Oszukiwać własnego ojca, uciekać, zachowywać w ten sposób?! Kiedy ty się nauczysz?!

Złapał ją za nadgarstek. Przycisnął do ściany wbijając w nią swoje oczy jak dwa gwoździe. Zadrżała, a łzy spłynęły gwałtownie po policzkach.

– Nie płacz! Wojowniczki nie płaczą! Przestań wyć, do cholery!

Usłyszała krzyk męża. Nie zatrzasnęła nawet drzwi, tylko od razu pobiegła na piętro. Słyszała płacz swojej córki, jedynego dziecka i wrzaski Edgara.

Było źle. Fatalnie. To nie była zwyczajna kłótnia ojca z córką. Edgar był w furii.

– Edgar, ani się waż! Puść ją! Słyszysz?!

Uderzył jej nadgarstkiem o ścianę. Znów. Dłoń blond dwudziestolatki znalazła się na brzuchu. Dygotała, bała się. Nie tylko o siebie, lecz o maleństwo noszące pod sercem.

Obiecała mu, że będzie na siebie uważać.

Obiecała mu, że będzie uważać na siebie i dziecko.

Obiecała sobie.

– Nie jesteś dzieckiem. Zachowuj się!

– Edgar, puść ją! Puść, mówię!

Trzymając jej nadgarstek, oderwał od ściany. Szarpała się. Płakała. Loren mówiła, prosiła, kazała ją puścić, ale on nie miał takiego zamiaru.

– Starczy tego dobrego. Będziesz siedzieć w domu. Postawię straże przed i koło domu. Będą cię pilnować. Miesiąc posiedzisz sobie w domu, a później wypuszczę cię do wioski. Będziesz się przemieszczać poza domem z eskortą. Nie spróbujesz uciec. Chyba, że chcesz abym zamknął cię w więzieniu.

– To twoja córka! O czym ty mówisz?!

– Mam już dosyć. Znajdę ci kandydata na męża. O ile ktokolwiek zechce zdrajczynię Sollar za żonę.

Zaśmiał jej się w twarz, ale z takim podłym tonem, że aż Loren się wzdrygnęła.

– Koniec ze wszystkim co dotychczas miało miejsce. Koniec! Nie pozwolę, by coś podobnego wydarzyło się ponownie. Słyszałaś?

Zapłakała.

– Nie wyj! Słyszałaś?!

Zluzował uścisk, wyrwała się, poleciała do tyłu. Uderzyła o szafkę, zachwiała się i upadła na ziemię. Uderzyła całym ciałem o drewniane deski, a potworny ból przeszył ją na wylot. Zapiszczała. Załkała. Poczuła jak wszystkie wnętrzności podskakują jej do gardła przygniatając. Nie potrafiła się podnieść. Nie miała siły. Płakała coraz bardziej. Nie tylko z przerażenia, ale i z bólu.

Zacisnęła zęby, a później rozchyliła usta, aby jakoś złapać powietrze i usiąść. Ciężko było jej odetchnąć. Położyła dłoń na podbrzuszu, a usta zadrżały jakby chciały wypowiedzieć słowa wyrywające się z piersi wojowniczki.

– Astrid, córeczko... – Loren przykucnęła przy blond dziewczynie. Posłała mężowi piorunujące spojrzenie, które odebrało mu zdolność mówienia. – Wyjdź stąd. – powiedziała pewnie i twardo.

– Ja nie chciałem...

– Wyjdź stąd, albo pożałujesz, że za ciebie wyszłam. Natychmiast stąd wyjdź!

Z lękiem opuścił pomieszczenie. Popatrzył ostatni raz na Astrid, która drżała na ziemi dotykając brzucha i płacząc. Zanosiła się łzami, krztusiła się nimi i nie wiedziała co robić.

– Chodź.

Chwyciła ją pod ramię. Pomogła wstać, ale blondynka zgięła się w pół czując ostry ból w dole brzucha. Jej oczy zrobiły się większe. Zatrzymała się w połowie drogi do łóżka. Nie dała rady zrobić już ani kroku. Skurcz rozsadzał ją zewsząd.

Aż w pewnym momencie na drewnianej posadzce ujrzała czerwone plamy. Loren zastygła w bez ruchu patrząc na to zjawisko. Spojrzała w oczy córki i natychmiast pociągnęła ją na łóżko delikatnie, aczkolwiek szybko pomagając jej się położyć.

– Nie ruszaj się stąd. Zaraz wrócę.

– Nie mów tacie, mamo. Błagam nic mu nie mów.

– Uspokój się, nic nie powiem. Uspokój się. Nie denerwuj.

Pobiegła po pomoc nic więcej nie mówiąc.

Zapłakała zakrywając usta dłonią i podwinęła sukienkę do góry. Krwawiła. Dotknęła dłonią podbrzusza.

– Tylko nie to. Nie. Błagam. – szeptała.

Zacisnęła swoje palce na materiale od sukni jakby chciała złapać za dziecko wewnątrz siebie i przytrzymać na miejscu, gdzie miało być bezpieczne.

Teraz

Czkawki

– Muszę się z nią spotkać. Muszę wiedzieć co u niej. Muszę...

Urywam, bo Eret mi przerywa w pół zdania.

– Musisz siedzieć na tyłku i czekać.

Podpieram policzek na łokciu wzdychając znudzony. Przymykam oczy, kiedy ciemnowłosy zaczyna swój monolog o tym co wyprawiam i do czego to prowadzi. Znam tą regułkę od początku do końca.

– Czkawka, Edgar nie wpuści cię na Sollar. Prawdopodobnie postawił straży dookoła wyspy. Zestrzelą cię. – Wzdycham. Chcę zaprotestować, że nie ma takiej opcji, ale on nie pozwala mi się odezwać. – Astrid ci nie pomoże. Zamknął ją pod kloszem. Póki nie minie trochę czasu, musisz czekać. Musisz być cierpliwy.

– O cię Thorze – Ukrywam twarz w ramionach położonych na stole.

Jęczę znudzony i całkiem zmęczony słuchaniem ich rad. Nie wiedzą co jest grane. Gdyby nie chodziło o to o co chodzi, może bym trochę odpuścił, ale sprawa jest poważna.

– Tu chodzi o życie. Sprawa wagi ciężkiej. Jak mam ci to przetłumaczyć by dotarło? – patrzę na niego spod zmrużonych brwi.

Przewraca oczami jęcząc głośno. Odpycha się od stołu i podchodzi do Brietty, która właśnie wyciera regał z książkami i kolejno układa je alfabetycznie na półkach.

Ojciec kazał mieć Eretowi oko na mnie, a biorąc pod uwagę, że miał w planach pomóc Briettcie co zaznaczył dość dogłębnie, więc przyprowadził mnie do biblioteki Berk.

Tak. Siedzę w bibliotece w towarzystwie Ereta i Brietty. A Szczerbatek drzemie sobie obok korzystając z ciszy.

– Powiedz mu coś.

– Ale co ja mam mu powiedzieć? To co wszyscy? Że ma czekać, zapomnieć albo odpuścić? Ani nie posłucha, ani nie weźmie pod uwagę.

– Brietta, ja muszę do niej lecieć. Ona jest tam sama.

Przewraca oczami. Wpycha cztery książki na ręce Ereta i rusza do mnie. Siada naprzeciw mnie i mrozi mnie spojrzeniem. Jej ciepłe oczy nie są spokojne, lecz zdenerwowane.

– Możesz mi powiedzieć, po cholerę, chcesz się tak narażać?

Bo Astrid jest w ciąży i musi być bezpieczna, nie może się denerwować, potrzebuje kogoś przy kim będzie czuć się spokojna. A tak się składa, że nie ma przy sobie Wichury, ani ciebie, ani mnie. Jest sama. Boję się o nią i o dziecko.

– Nie mogę. Zrozum mnie. Mi na niej strasznie zależy.

– Ale ja to wiem. – przyciska palce do skroni. – Ona też to wie. Astrid próbuje cię tylko chronić.

Wstaję. Zaczynam krążyć po pomieszczeniu myśląc nad argumentami, które by trafiły do Brietty i Ereta. Muszę ich przekonać.

– A ja chcę chronić ją.

– Gadaj do ściany. – mamrocze brunet układając książki.

– Czkawka, ja chcę wam pomóc. Kocham Astrid jak siostrę, chcę dla niej jak najlepiej. Wiem, że się o nią martwisz, ale...

Wzdycham. Chciałbym w to wierzyć. Serio. Tyle, że to niemożliwe.

– Dobra. Co chcesz usłyszeć? Leć do niej. Możesz. Zabij się na własne życzenie, a Astrid na pewno poczuje się lepiej.

Opieram się o stół krzyżując ramiona na klatce piersiowej.

Pomijam fakt, że chcę zobaczyć Astrid. Albo nawet to, że chcę ją uściskać, ucałować i zamienić kilka słów. Serio. Ja po prostu się o nią potwornie boję.

– Dobra! Wiecie co? – Eret podchodzi do nas i uderza pięścią o stół. – Ja z nim polecę.

– Co?! – ja i Brietta wykrzykujemy jednocześnie zaskoczeni pytanie.

– Tak. Nie ma problemu. Zawsze to dodatkowe ręce do obrony, co nie?

Mrugam nie dowierzając własnym uszom.

– Wyście obaj powariowali. – Zrywa się z miejsca i równa twarzą w twarz. Jest oburzona pomysłem Ereta. Ja za to... jestem w nie małym szoku. – Wasza dwójka przeciwko setkom wojowników Edgara. Pogłupieliście do reszty.

– No to zabierzemy się z jeźdźcami. Większej grupie nic nie grozi. – proponuję.

Śmieje się, wznosi ręce w górę, a następnie podpiera się o boki.

– I co jeszcze? Poszczujecie ich smokami? Tak, rzeczywiście bardzo mądrze.

– Brietta, ja muszę coś zrobić. – mówię. Pochylam się w jej stronę przyciskając pięść do serca. – Nie usiedzę na Berk ani dnia dłużej z wiedzą, że coś może grozić Astrid.

Wzdycha. Odwraca się na pięcie krzyżując ramiona na piersiach.

Prostuję się wymieniając spojrzenia z Eretem.

Mija dłuższa chwila zanim się odwraca i mówi:

– Zgoda.

Kamień spada mi z serca, kiedy słyszę słowa wypowiedziane z ust brązowookiej. Uśmiecham się lekko.

– Polecicie razem, ale w nocy. Teraz i tak ktoś może was zauważyć.

Wymija nas kierując się do stołu, gdzie znajdują się nietknięte czyste pergaminy. Bierze jeden z nich, bierze ołówek i podchodzi z powrotem do nas do stołu. Rozkłada papier.

– Wytłumaczę wam co zrobicie i w jaki sposób. Macie tylko jedną szansę. Jeśli ktoś was zauważy już po was. – Kiwamy głowami. Brietta wzdycha. – Słuchajcie uważnie...

Rozdział 32

Czkawka

Siadam przy palenisku w domu Brietty. Szpera w kufrze wyjmując ciepłe futra. Gdyby nie ogień tlący się naprzeciw mnie w chacie byłoby ciemno i chłodno. Eret przejmuje okrycia na swoje ramiona. Jedno mi podaje, a ja muszę założyć futro na plecy przypinając klamrą ze zdobieniem Nocnej Furii, którą wykonałem dziś po południu. Eret ma podobną, ale klamra przedstawia głowę Gruchotnika.

Cóż, miałem się czymś zająć po tym jak Brietta przedstawiła plan dostania się na Sollar. Żeby nie szwendać się po Berk postanowiłem zrobić coś użytecznego. Brietta powiedziała, że noc będzie zimna i nie wypuści nas bez ciepłego okrycia, zatem radziła mi zrobić coś co nie wzbudzi podejrzeń u Pyskacza czy nawet rodziców. Zrobiłem klamry. Tylko godzina roboty z hakiem przy jednej. Pomnożyć razy dwa to ponad dwie godziny. Zajmujące, a efekt jest świetny. Można chwalić.

- Skierujecie się do północnej jaskini. - przypomina. - Astrid miała tam swoją małą kryjówkę, kiedy była młodsza. Na pewno nikt tam już nie zagląda. A co najlepsze, jest stamtąd świetny widok na wioskę.

Podaje nam po bochenku chleba i butelce wody. Smoki dostały porcję kolacji chwilę temu, pewnie właśnie kończą swój rybny posiłek. My nie mamy czasu. Godzinę temu zapadł całkowity zmrok, więc tylko teraz mamy szansę wymknąć się z Berk niepostrzeżenie.

- Żaden z was nie może pójść wioski, co ważniejsze do domu Hoffersonów. To Astrid musi przyjść do was. I lepiej, żeby nikt nie wiedział, że się wymknęła. Wtedy wy zginiecie i jej się oberwie.

Przełykam ślinę, czując obawę.

Nie. Nie ma znaczenia czy ten plan jest szalony czy też niebezpieczny. Muszę się dostać na Sollar bez względu na ryzyko. Muszę się dostać do Astrid.

- Ale skąd będzie wiedziała, że jesteśmy na wyspie? Co, ptaszki jej wyćwierkają?

Eret się śmieje. Nie ja. Brietta ma poważną minę.

- To nie są żarty. - Jej wzrok gdzieś ucieka w zamyśleniu. - Chwilka. Rzeczywiście. O tym nie pomyślałam. Całkiem mi wypadło z głowy.

Biegnie na chwilę do góry do sypialni. Deski skrzypią pod jej skokami z stopnia na stopień. Spoglądam na bruneta. On też nie wie co brązowooka miała na myśli. Nie czekamy na nią długo. Po chwili wraca z piętra niosąc drewniane pudełko.

- Potrzebny wam ktoś kto nie wzbudzi podejrzeń Edgara, zostanie wpuszczony na Sollar i jest godny zaufania.

- Po tym co się stało, Edgar nie zaufa nikomu spoza wyspy. - cedzi Eret przez zęby.

- Jest jedna taka osoba.

Brietta otwiera pudełko unosząc kącik ust w górę. Eret się wzdryga patrząc na to co wyprawia. Uśmiecham się krzyżując ramiona na klatce piersiowej.

Nie jestem ślepy. Gołym okiem widać, że między tą dwójką coś się dzieje.

Brązowooka zamyka na moment oczy i wciąga głęboko powietrze. Wzdycha, spogląda do wnętrza skrzyni i wyjmuje z niej piękny złoty diadem. Trzyma go w dłoniach wpatrując się w niego z utęsknieniem w oczach.

- Co to jest?

Podnosi wzrok na nas obu, aby z powrotem spojrzeć na bogaty przedmiot.

- Cacuszko. Nie ma co. - Szturcham Ereta w ramię. Ma wyczucie. - Co? - szepcze pytanie. Przewracam oczami.

- To moja jedyna pamiątka, którą zabrałam ze sobą z domu. Z Vollgraver. Przypomina mi kim byłam, skąd jestem i dokąd już nie wrócę. - Uśmiecha się łagodnie, choć w jej oczach kryje się smutek. - Nigdy nie mówiłam nikomu gdzie wcześniej mieszkałam. Ani tobie Eret, ani Astrid. Uznałam, że nie ma co wracać do przeszłości. Opuszczając swój kraj i rodzinę, zrzekłam się korony.

Uśmiecha się, wyciera łzę, która uwolniła się na zewnątrz. Podnosi na nas wzrok. I ja i mój nowy przyjaciel jesteśmy w szoku.

Brietta nie jest wojowniczką.

Nie jest też wieszczką.

Znam ją pod tytułem przyjaciółki i nauczycielki Astrid.

Czy Brietta właśnie wyjawiła kim tak naprawdę jest?

- Jesteś... księżniczką? - pytam tak cicho, jakbym obawiał się odpowiedzi.

Śmieje się kręcąc przy tym głową.

- Raczej byłam. Długa i mało ciekawa historia. Wracając do tematu...- odwraca się i chowa własność do skrzynki. Zamyka na kłódkę. Podaje mi skrzynkę, a Eretowi klucz. - Poszperałam trochę w bibliotece, sprawdziłam kronikę Berk i dowiedziałam się paru przydatnych rzeczy.

- A konkretnie? - pytam nadal lekko zaskoczony.

- Czekaj - Eret mnie ucisza. - Powoli. Po co nam twoja... jak to się nazywa? - unosi skrzynkę rzucając na nią spojrzeniem. - Korona?

- Diadem - poprawia go Brietta z uśmiechem na ustach. Nie odpowiada od razu na pytanie bruneta. - Najpierw musicie znaleźć kupca Fredrika. Powinien siedzieć w jakieś karczmie na wyspie. Poszukajcie. Porozmawiajcie z nim. Odwiedza Sollar i Berk.

- A co to ma wspólnego z...?

Kładzie dłoń na ustach Ereta. Ucisza go.

- Nie przerywaj mi. - Potrafi być straszna. Przypominam sobie jak Sączysmark oberwał od Szpadki. Powiedział mi, że lepiej z kobietami nie zadzierać. Mądrze powiedział, chociaż raz. - Znajdziecie Fredrika i przekonacie, aby wam pomógł. Faceta trzeba przekupić. Ma wielce wartościowy towar na swoim statku. Będziecie go musieli przekonać. Pamiętajcie, że ta wyprawa to ryzyko życia.

Eret odskakuje do tyłu kiedy orientuje się co dziewczyna wygaduje.

- Chcesz oddać coś tak drogocennego w łapska jakiegoś starego handlowca?

- Brietto, nie. Nie oddaje się takich rzeczy na sprzedaż. - dodaję.

Odwraca się do nas plecami.

- Nie mamy wyjścia. Poza tym, nie potrzebuję tego.

- Załatwimy to w inny sposób. - mówię.

Eret stawia skrzynkę na ławie wywołując huk. Brietta niemal podskakuje. Patrzy na Ereta z niepewnością w oczach.

- Dobrze gada. - Wyrywa mi z ręki klucz i podchodzi do brązowookiej. - Czkawka jest synem wodza, a takiemu się nie odmawia. - Bierze jej dłoń, ładzie metalowy klucz na wnętrzu otwartej ręki. - Jeżeli myślisz, że oddałbym twoją własność, i to jeszcze taką, człowiekowi którego nie znam, masz mnie chyba za głupca.

- To tylko rzecz. Ludzie są ważniejsi. Astrid jest ważniejsza.

- A dla mnie Ty jesteś ważna. - Podnosi na niego swoje brązowe oczy i uśmiecha delikatnie.

Dłoń Brietty się zamyka z kluczem do skrzynki. Może ten klucz otwiera coś innego. Czegoś takiego jak na przykład serce?

Uśmiecham się na tą myśl i widok.

- To ja może sprawdzę jak Szczerbatek i Wichura. - mówię, ale są tak pochłonięci patrzeniem na siebie, że chyba mnie nie słyszą.

Już mam otworzyć drzwi i wyjść, kiedy głos Brietty mnie zatrzymuje.

- Ta cała wojna nie zaczęła się przez Valkę i Finna. Haddockowie i Hoffersonowie od pokoleń nie żyli w zgodzie. Zawsze jedno miało coś do drugiego. Twoja mama i wuj Astrid, dolali tylko oliwy do ognia.

Trawię słowa wypowiedziane przez brązowooką.

Czyli ta cała afera sięga głębiej w przeszłość.

- Poza tym, nawet kiedy ta wojna się zaczęła, kiedy doszło do bitwy o Berk... Bez względu na to, czy wygrałby Edgar czy Stoick. Twój ojciec jest prawowitym dziedzicem tronu. Gdyby Stoick zginął, a twój dziadek nie miał kolejnego potomka musiałby oddać pieczę nad wyspą krewnemu. Jeżeli Stoick postanowi zrzec się tronu, ty przejmujesz tytuł wodza. Rozumiesz?

Przełykam ślinę z trudem, kiedy czuję gulę w gardle.

- Ta cała sprawa o przejęcie władzy była bezsensowna. Edgar miał świadomość, że nie zostanie wodzem. Odszedł z Berk, aby zerwać kontakt swojego brata z Valką.

- Co nie zmienia faktu, że wasze rodziny żywą do siebie nienawiść. - cedzi przez zęby Eret.

Wciągam głęboko powietrze. Skupiam spojrzenie na stole gdzie pozostał bałagan.

Musi być jakieś rozwiązanie tego sporu. Nie mogę sobie wyobrazić dalszego tkwienia w czymś co nie jest pewne stabilności. To co robię, jest jak balansowanie na linie zawieszonej nad przepaścią. A wokół czarna mgła. Jedna wielka niewiadoma w którą stronę iść, jak się ruszyć, żeby nie spaść.

Mija chwila nim otrząsam się z myśli. Słyszę jak słowa wypowiedziane damskim głosem. Spoglądam na bruneta i brązowooką nieobecnym wzrokiem.

- Uważajcie na siebie.

Były łowca kiwa głową na potwierdzenie.

Widzę jak Eret szykuje się do odejścia, ale Brietta chwyta go za sprzączkę od futra i przyciska swoje wargi do bruneta. Uśmiecham się odwracając wzrok. Czy to właśnie tak czuli się jeźdźcy patrząc jak ja i Astrid się całowaliśmy? Czy to jest to uczucie? Zawstydzenie?

Odsuwają się od siebie po chwili czułości. Patrzą sobie w oczy uśmiechając z zaufaniem wypisanym na twarzach.

Wychodzę z chaty Brietty pozwalając im jeszcze na chwilę pocałunku. Przebaczenie co prawda nie zmieni przeszłości, ale może uczynić Twoją i Kogoś lepszą przyszłością. Otwiera start na nowy początek, bo każdy zasługuje na drugą szansę.

Astrid

Kiedyś myślałam, że wszystko da się naprawić. Że zawsze jest jakieś wyjście. Że nawet w najciemniejszych chwilach, znajdzie się iskierka nadziei. Że moje światło wciąż świeci.

Kiedyś myślałam... Kiedyś uważano mnie za nieustraszoną wojowniczkę.

Uważali mnie. Każdy tak uważał. Chyba.

A jak to wygląda teraz?

Jest pusto. Dosłownie pusto.

Może nie dokoła, bo ludzie wciąż przemieszczają się po wiosce. Wciąż tacy sami. Patrzę na nich przez swoje okno sypialni w dzień. Patrzę na widok nocy, kiedy nie mogę spać. I do dziś zadaję sobie pytanie dlaczego.

Dlaczego to wszystko? Zawsze odpowiada mi cisza.

Nie znam odpowiedzi. Nikt nie potrafi wyjaśnić. Bo nikogo nie ma. Ja nikogo już nie mam. Nie tutaj.

Człowiek - mój ojciec - nie wie, że stracił wnuka. Nie wie, że nosiłam pod sercem dziecię, którego na statku poczułam. Pierwsze ruchy. Nie wie, że płakałam ze szczęścia czując maleństwo. Wie, że płakałam, bo zostawiałam swoich przyjaciół i miłość w miejscu w którym chciałam zostać.

Moja mama. Nie powiedziałam jej. Sama spostrzegła co się stało. Co straciłam. Utraciłam moją ostatnią iskierkę nadziei. Nie powiedziała mężowi. Stało się coś innego. Utraciłam w jej oczach. Dostrzegłam zawód. A mimo to w tamtej chwili objęła mnie matczynymi ramionami. Otoczyła mnie opieką. Wrzeszczała na małżonka, kiedy chciał wejść do mojej sypialni. Nie pozwoliła mu się zbliżyć. Już nie pozwala mu się zbliżyć.

Powinnam czuć się lepiej z wiedzą, że ojciec już mnie nie dręczy. Że się nie odzywa. Że mam mamę po swojej stronie.

Nie czuję się lepiej. Czuję się źle.

Czuję pustkę. Zewsząd osacza mnie pustka. Samotność.

Nie niczego.

Jakie to uczucie, gdy nic nie czujesz?

Jakie to uczucie, kiedy płaczesz nie wiedząc po co?

Po co płakać za czymś co nie wróci?

Zamykam oczy, aby przywołać wszystkie obrazy. Spokojna, rozdarta, tylko ja. Tutaj u siebie w pokoju.

*puśćcie sobie teraz piosenkę Soy Luna - La Vida es un Sueño*

<Jestem tutaj, całkiem sama.>

Tylko ja.

<Nie wiem dlaczego,>

<Ale tak mi przykro.>

<Wydaje mi się,że to życie nie jest prawdziwe.>

To nie jest życie. To koszmar senny, z którego nie mogę się wybudzić.

<Błyskawice, wspomnienia,>

<Ogień, który mnie oddziela.>

Błysk na niebie, przecięcie powietrza. To ja to Wichura. To Szczerbatek i smoczy jeździec. To tylko wspomnienie.

Ogień. Bariera. Śmierć. Obudziłam się. Był przy mnie. Czkawka był pierwszym, co ujrzałam po przebudzeniu w domu Brietty.

<Chcą, abym znalazła swoją prawdę.>

Prawda. Poznałam prawdę. Chciałam ją poznać. Odkryłam przeszłość. Przyszłość przepadła.

<Lecz wokół jest tyle Miłości,>

<i motyli w moich włosach.>

Wiem, co jest pewną prawdą. Uśmiechy. Momenty. Dłoń w dłoni. Pocałunki. Po prostu trwanie. Ozy, które są zwierciadłem duszy. Skrzydła. Lot w przestworzach. Przyjaźń. Przyszywana siostra. Nauczycielka. Oparcie.

Miłość to obrona. Siła.

<Sny wiszą w powietrzu.>

<Sny wiszą w powietrzu.>

Sny. Spełnione sny. W tak krótkim czasie poczułam smak wszystkiego czego nie znałam.

<I klucz, który otwiera nam niebo.>

Klucz. Szansa. Nadzieja. Stracona. Nieodwracalna. Odebrana przez los.

<Chcę sobie przypomnieć, że życie jest snem>

<I to będzie prawda jeśli spróbuję.>

<Wciąż jest wiele do zrobienia.>

Przypominam sobie każdej nocy. Każdej kiedy potrafię zasnąć. Mam przed oczami wszystkie dobre momenty z życia.

Wujka jak sadzał mnie na kolanie i opowiadał historie.

Brietttę jak próbowała wkuć mi do głowy wiedzę, którą powinnam opanować do przejęcia tronu Sollar, albo jak droczyła się ze mną, jak mnie wspierała i ganiła.

Wichurę, która zawsze potrafiła mnie pocieszyć. Która domagała się kurczaka, lotu, sztuczek lotniczych. Jej skrzeku, którym witała mnie codziennie na dzień dobry.

Szczerbatka. Pieszczocha. Pędzącą z prędkością światła Nocną Furię. Oddany, wierny przyjaciel Czkawki.

Mojego Czkawkę. To jak pierwszy raz się na niego rzuciłam. Jak urządziliśmy sobie piknik. Nasze rozmowy, wszelkie. Zwykłe, zabawne, trudne momenty. Te romantyczne. Te, które pozostaną mi na zawsze w pamięci. Te droczenie się, żarty. Spojrzenia. Objęcia. Ciepło. Bezpieczeństwo.

<Chcę sobie przypomnieć, że życie to sen,>

<i zawsze będzie gdzieś w moim sercu jeśli kiedykolwiek>

<Znajdę cię po przebudzeniu.>

Myślę o Czkawce. Myślę o Wichurce. Myślę o Briettcie. Chciałabym ucałować naszyjnik, lecz oddałam go Czkawce. Chciałabym otworzyć dziennik wuja, ale ojciec go spalił.

Ale mam jeszcze serce, które bije, które zatrzymało każdą ważną osobę w moim życiu. I nigdy o nich nie zapomnę.

<Wyobraź sobie szczęście.>

<Drogi do przejścia,>

<Aby być coraz bliżej.>

Tak wiele razy wyobrażałam sobie szczęście. Na każdy sposób. Co może mi je dać. Starałam się, robiłam wszystko, aby mnie znalazło. Przeszłam tyle dróg. Jeden stopień dalej i spadło.

<Pamiętam piosenki,>

<historie, które poznałem.>

Pamiętam kołysanki mamy. Pamiętam kołysanki wuja Finna. Pamiętam dźwięki muzyki, przy których tańczyłam z Czkawką.

Pamiętam kłamstwa wbijane mi do głowy. Pamiętam prawdę, z którą trudno było się pogodzić.

<W moim śnie>

<Znalazłam prawdę.>

Miałam go chronić. Prosił bym chroniła jego serce. Jak miałam postąpić inaczej, nie usuwając się z jego życia. Chciałam go chronić.

<Lecz wokół jest tyle Miłości,>

<i motyli w moich włosach.>

<Sny wiszą w powietrzu.>

<Sny wiszą w powietrzu.>

<I klucz, który otwiera nam niebo.>


<Chcę sobie przypomnieć, że życie jest snem>

<I to będzie prawda jeśli spróbuję.>

<Wciąż jest wiele do zrobienia.>

<Chcę sobie przypomnieć, że życie to sen,>

<i zawsze będzie gdzieś w moim sercu jeśli kiedykolwiek>

<Znajdę cię po przebudzeniu.>

Zamykam oczy. Szukam naszych postaci.

Znów to miejsce to ze snu. Jest jakoś cieplej i milej. Jakby senny świat stworzył nam warunki do ponownego pożegnania.

<Zawsze będzie świt, gdziekolwiek jesteś.>

<Możesz iść tam, gdzie jestem.>

<I Wierzyć, że znajdę>

<To czego potrzebuję dla własnej wolności.>

Rzucam mu się na szyję, ale rozpryskuje się w powietrzu na drobne kawałeczki. Wiatr zabiera go ze sobą. Znika.

<Chcę sobie przypomnieć, że życie jest snem>

<I to będzie prawda jeśli spróbuję.>

<Wciąż jest wiele do zrobienia.>

<Chcę sobie przypomnieć, że życie to sen,>

<i zawsze będzie gdzieś w moim sercu jeśli kiedykolwiek>

<Znajdę cię po przebudzeniu.>

Rozdział 33

~*~

To nie klęska przegrać jedną z bitew,

Klęską jest przestać walczyć i przegrać całe życie.

~*~

Czkawka

Jest środek nocy, kiedy docieramy z Eretem na Północne rynki. Podczas lotu sprawdziłem wszystkie możliwe wyspy, gdzie są karczmy, lub gdzie mógł się zatrzymać Fredrik. Wody są zamarznięte. Z trudem można przepłynąć przez ocean, więc facet musiał gdzieś osiąść na dłużej.

Zatem, pierwsza wyspa odhaczona. Północne rynki.

– Zawitałeś na tą wyspę kiedykolwiek? – pytam przyjaciela, kiedy smoki lądują na zimnej ścieżce na środku wioski.

Opuszczamy siodła i ruszamy do pierwszej lepszej karczmy.

– Może raz w życiu. – odpowiada mi gorzkim tonem. Błądzi dyskretnym spojrzeniem za kilkoma wikingami, którzy przyglądają się nam z zainteresowaniem. – Jesteś pewien, że dobrze robimy? Wiesz, my sami. Ty i ja. W środku nocy na niepewnym terenie, gdzie ludzie gapią się na nas krzywo. Jeszcze ktoś nas złapie i...

Kręcę z uśmiechem głową.

– Eret, Ty się cykasz? – mrużę oczy by lepiej widzieć bruneta.

– Nie. Absolutnie. Jestem... byłem najlepszym łowcą smoków na świecie. Jestem świetnym wojownikiem.

Dochodzimy do drzwi. Łapię za klamkę.

– Skoro jesteś taki świetny, to czym się martwisz. Poza tym smoki nam pomogą w razie kłopotów. – Szczerbatek mruczy na potwierdzenie. Uśmiecham się do mordki. – Proszę cię, kto się odważy rzucić na jeźdźców Nocnej Furii i Śmiertnika Zębacza.

Ogląda się za siebie. Krzyżuje ramiona na klatce przelatując uważnym spojrzeniem okolicę. Ostatecznie spogląda na smoki, które z odwagą czekają aż wejdziemy do budynku.

– Nie podobają mi się ci ludzie. Jakby coś knuli.

– Wyluzuj. Wchodzimy, szukamy Fredrika, nie znajdziemy pytamy, jeśli nikt go nie widział wychodzimy i lecimy dalej.

Otwieram drzwi i wchodzę do środka. Eret wzdycha, ale rusza za mną.

Uderza w nas ciepło karczmy. Woń alkoholu w powietrzu oraz jedzenia nakłania do zajęcia miejsc przy stole i skosztowania tego co miejsce ma do zaoferowania. Ja jednak nie mogę usiąść i cieszyć udanym wieczorem mocząc wargi w trunku.

Szukam wzrokiem kupca. Namalowałem sobie w głowie jego obraz, od kiedy Brietta powiedziała, że musimy go znaleźć. Pamiętam jak wygląda, co sprzedaje, ale za cholerę nie mam pojęcia czy jest akurat tutaj.

Tym czasem do mojego uszu dobiega damski głos. Ktoś staje za mną i czyjaś dłoń dotyka mojego ramienia, a palce zjeżdżają na plecy. Słyszę śmiech.

Co u licha?!

– Witaj, wyglądasz dostojnie. Dlaczego boskie ciało jest ukryte pod przykryciem? – odwracam się, gwałtownie. – No no, twarz niczego sobie. Wyglądasz jak dorodne jabłko.

Dorodny? C-co?

Dziewczyna o włosach spiętego w niedbale ułożonego koka i koszulką odpiętą tak, by dało się bez problemu na czym zawiesić oko stoi przede mną i obserwuje w sposób, od którego mężczyźni myślą tylko o jednym. O dziwo nie ja.

– Spieszy mi się. – mówię i już zamierzam odejść, kiedy dłoń szatynki łapie mnie za ramię i odwraca mnie w swoją stronę.

– Ale dokąd to? Nawet się nie przedstawisz?

Przełykam ślinę. Zgrabny palec skąpo ubranej kobiety błądzi po moim kombinezonie, a oczy błądzą po mojej twarzy. Taaak, faceci na moim miejscu na pewno by nie narzekali.

– Mam już kogoś. Nie szukam... – nie daje mi dokończyć. Palec bawiący się moim paskiem trzymającym zbroje dobiega moich ust. Ucisza mnie.

– A jednak coś cię tu przywiodło.

Coś. Sprawa. Nie mam czasu.

– Może, masz ochotę na małe co nieco.

Czy ona właśnie mi składa niemoralną propozycję?

Czy to naprawdę jest karczma, gdzie Heather szukała swojego zmarłego już ojca i prawie została złapana przez łowców? Chyba pomyliłem miejscówki, a może nawet wyspy.

– Nie jestem zainteresowany. Mam już kogoś.

Czy ja to powiedziałem?

Gdzie jest Eret?!

– A ja nikogo tu nie widzę. Chodź ze mną.

Eret, do cholery jasnej, gdzie on polazł?!

Dłonie dziewczyny błądzą po mojej klatce piersiowej. Oblizuje wargi i nie pozwala mi się odsunąć. Próbuję znów odejść, ale ona staje przede mną i próbuje objąć.

Łapię ją za nadgarstki i ściągam jej chude dłonie ze swojej szyi. Czuję od niej alkohol. Przesadziła z dobrym trunkiem i chyba straciła kontrolę nad myśleniem. Jest oburzona moją reakcją. Chyba spodziewała się, że zrobię coś innego.

– Nie wieszaj się na mnie z łaski swojej. Mam tu coś do załatwienia i nie mam w planie krótkich przygód z kobietami, które się nie szanują.

Jej spojrzenie robi się jakieś wyraźniejsze, jakby do niej w końcu docierało. Pozwalam jej uwolnić ręce, a ona krzyżuje ramiona na piersiach. Patrzy na mnie z niezadowoleniem i obrazą.

– Nixie! – ktoś woła, znów kobiecy głos. – Wracaj do roboty!

Wyrywa ręce. Podchodzi do stołu i zabiera drewnianą tacę stawiając na niej puste kufle po alkoholu. Wymija mnie posyłając mi wkurzone spojrzenie.

Podchodzę do lady za którą stoi tęga kobieta w ubrudzonym fartuchu. I ona ma koszulkę odsłaniającą nieco biust. Wygląda na ostrą kobietę, która lubi mieć porządek w pracy. Właśnie nawrzeszczała na szatynkę, która próbowała mnie przekonać do czegoś na co ona z pewnością miała ochotę.

– Powinna zbierać zamówienia, a nie wdzięczyć się przed mężczyznami. Całkiem pozbawia się szacunku. – wyciera ścierką blat. Odwraca wzrok od dziewczyny i spogląda na mnie. W jej oczach widzę buchający ogień zagniewania. – A ciebie co przywiodło do tego miejsca?

Opieram dłonie na ladzie spoglądając na karczmarkę.

– Poszukuję kupca Fredrika. Widziałaś go?

Marszczy brwi, przestaje na chwilę czyścić blat.

– Fredrika? Nie zagląda tutaj odkąd okradł mnie ze złota. – prycha kręcąc głową z fałszywym uśmiechem.

– Okradł cię?

– Żeby tylko mnie, to bym pomyślała, że czymś mu zawiniłam. Podły szubrawiec. Prawie każdemu w tej karczmie jest winny pieniądze. Prosi o pożyczki, a później znika.

Moje palce wystukują jakiś rytm w drewnianą ladę. Kobieta się śmieje.

– Po co go szukasz? Tobie też czymś zawinił?

– Nie. Mam do niego sprawę, jest mi potrzebny do wykonania pewnej misji, że tak powiem i po prostu...

– Ha, a jaka to misja jeśli można wiedzieć?

Uśmiecham się miło.

– Wolałbym zachować tą sprawę dla siebie.

Wzdycha. Odkłada brudną szmatkę pod blat i opiera na nim dłonie.

– Te sekrety. Teraz tak rzadko znaleźć ludzi godnych zaufania. – Kręci głową z zaciśniętymi ustami. Do lady podchodzi szatynka z tacą pełną pustych kufli i półmisków. Rzuca na mnie spojrzeniem. Znów tym uwodzicielskim spojrzeniem i uśmiechem. – Nixie, to nie wieczór towarzyski. Weź się do pracy, albo się stąd zmywaj.

– Och, spokojnie ciociu, nic złego nie robię. Poza tym, należy mi się coś z życia, prawda? A mężczyźni są zachwyceni. Popatrz ile dostałam napiwku. – Sięga do kieszeni, a następnie otwiera dłoń przed kobietą. Pięć złotych monet. – Jestem twoim asem w rękawie.

Śmieje się i odchodzi kiwając biodrami na boki. Puszcza do mnie oko, ale ja jestem tylko bardziej zaskoczony. Postanawiam wbić spojrzenie w kobietę za ladą.

– Gdyby nie tyle ludzi, wysłałabym ją do ojca. Dziewczyna nie ma wstydu. Podać ci coś? – rzuca do mnie pytanie.

– Nie dzięki.

Mężczyźni sączący słodki miód z kufli, obserwują szatynkę, która wygina się przy każdej możliwej okazji, aby pochwalić się atutami. Muszą naprawdę nie mieć szczęścia skoro się upijają i wbijają ślepia w kobiety, które zniżają się do flirtowania z nieznajomymi.

To po prostu niesmaczne.

– Wiesz, gdzie mogę znaleźć Fredrika? Dokąd mógł się udać?

Wzrusza ramionami jakby w ogóle ją to nie obchodziło.

– Nie mam pojęcia i jeśli mam być szczera, nie zbytnio mnie to interesuje.

Wzdycham. Mimo, że się niczego nie dowiedziałem uśmiecham się do kobiety i dziękuję za nic. Żegnam się z nią i udaję do wyjścia. Jeżeli Ereta nie będzie na zewnątrz, będę miał na głowie nie tylko poszukiwania kupca z długami na karku.

Wychodzę na zewnątrz. Trzaskam za sobą lekko drzwiami i pokonuję kamienne stopnie, aby następnie stanąć na ziemi. Smoków nie ma. To jakiś żart?

– Szczerbatek! Wichura! – rozglądam się wokoło. Jest ciemno. Pewnie jest któraś nad ranem i za parę godzin zacznie świtać. – Gdzie wy jesteście? Eret?

Nagle słyszę stukot metalu. Dźwięk jest tak głuchy, że przez moment mam wątpliwości czy aby na pewno dobrze słyszę. Jednak dźwięk wciąż przebija się przez nocną ciszę. Ruszam przed siebie zdając się jedynie na instynkt i zmysł słuchu.

Odgłos staje się coraz to głośniejszy.

I wreszcie wybiegam nad klify, gdzie dostrzegam Ereta z mieczem w ręku, oraz mężczyznę, przed którym próbował mnie ostrzec brunet. Z facetem jest kolega. Niestety nigdzie nie widzę Szczerbatka i Wichury. Podbiegam do dwójki. Wyjmuję piekło i odpalam stając w posycji obronnej.

– No wreszcie. Co ty robiłeś w tej tawernie tak długo?

Odpieram atak jednego z wojowników. Nie kojarzę twarzy.

– Pytałem o Fredrika. Dowiedziałem się ciekawych rzeczy.

Mężczyzna bierze zamach z zamiarem podcięcia mi nóg. Robię unik skacząc w górę i kopiąc go protezą, że aż leci do tyłu jęcząc z bólu.

– Takich jak na przykład?

Facet się podnosi i postanawia ponownie na mnie pobiec. Schylam się. Stukot metalu walącego o siebie dudni w uszach.

– Potem ci powiem. – Eret i ja stajemy plecami do siebie. – Czego oni chcą?

– Nie wiem, ale mówiłem, że źle im patrzy z oczu. Czy ty zawsze musisz być taki uparty?

W odbiciu miecza Ereta dostrzegam osobnika pędzącego w naszą stronę. Odpycham bruneta od siebie. Przerzucam cała siłę na piekło ścierające się z mieczem wojownika. Ostatecznie upada do tyłu, a jego broń wypada mu z ręki.

– Ilu ich jest? – syczę przez zęby. Przejmuję walkę z nowym przeciwnikiem. Eret powala na ziemię swojego, lecz tymczasem z ziemi podnosi się ten z którym ja walczyłem.

– Nie pytaj, tylko ich załatwmy. Mam dosyć ryzyka jak na jedną noc.

Narrator

Kilka godzin wcześniej

Zaczynało świtać, kiedy Briettę obudziło pukanie w okno. Podniosła głowę ze stołu przecierając palcami oczy i ziewając. Ponownie usłyszała stukot. Spojrzała przed siebie, utkwiła oczy w konie, za którym ktoś stał. Wstała od stołu, gdzie pozostał bałagan od papierów, ksiąg oraz skrzyni z kluczem.

Otworzyła drzwi. W progu stał jeździec Koszmara Ponocnika, z miną, która wyraźnie mówiła, że wie o czymś o czym nie powinien.

– Sączybark?

– Sączysmark – poprawił ją oburzony brunet mijając brązowooką dziewczynę. Zmierzyła go wzrokiem nie do końca przytomna. – Stoick postawił jeźdźców na nogi. Mam dość łażenia po Berk. Jestem zmęczony, Hakokieł również.

Wciągnęła słabo powietrze patrząc na chłopaka, który zaczął się rozglądać po pomieszczeniu.

– To może pójdź do domu i się... zdrzemnij? – zaproponowała z nerwowym uśmiechem.

– Nie da rady. Wódz nie pozwala ani na moment odpocząć, póki nie znajdziemy Czkawki. Sam z Pyskaczem obrali łażenie po wiosce i pytania wszystkich czy kto go nie widział. Szczerbatek też gdzieś przepadł. A wiadome, że jeśli nie ma Nocnej Furii to Czkawki też nie.

Zaczęła zbierać papiery na kupkę biegając wzrokiem po stole i co chwila zerkając na Jorgensona, który oparł się o jeden z regałów i przypatrywał jej poczynaniom.

– Od kiedy na Berk jest biblioteka?

– Nie wiem. To ty jesteś Wandalem, powinieneś znać początki budowy wyspy, na której się urodziłeś, wychowałeś i do teraz pracujesz.

– Dokładnie. Pracuję. I to bardzo ciężko. W końcu ktoś to zauważył. Dzięki, Berto.

– Brietto. – poprawiła go z uśmiechem na ustach. Nie odwzajemnił gestu, wciąż obserwując wnętrze budynku. – Chyba nie jestem wstanie ci pomóc, jeśli chodzi o Czkawkę.

– Ereta też o dziwo nie możemy znaleźć. – dodał odnajdując spojrzenie brązowookiej. Uśmiechnął się cwaniacko patrząc na jej twarz. – Stoick zauważył wyraźnie, że wysłał Czkawkę by pomógł Eretowi, który pomagał tobie tutaj w bibliotece. Wczoraj po południu.

Westchnęła zbierając w sobie reszti spokoju i powagi. Odłożyła kupkę papieru na bok. Zebrała trzy książki i odstawiła na półki, gdzie ich miejsce.

– Nie wiem gdzie są, więc ci nie pomogę. A teraz jeśli pozwolisz pójdę się przespać.

Zmrużył powieki patrząc na dziewczynę. Jej postawa powagi nie zmalała, aż powiedział:

– Czkawki i Ereta nie ma na Berk. Śledzik i bliźniaki sprawdzili stajnie. Szczerbatka i Wichury też nie ma. A ty coś wiesz.

– Niczego nie wiem. Jeśli się czegoś dowiem, powiadomię wodza. Coś jeszcze?

Odwrócił się napięcie ruszając do wyjścia. Odetchnęła głęboko, kiedy zniknął na zewnątrz zamykając spokojnie drzwi. Oparła się o stół zamykając na chwilę oczy.

– Znów powtórka z rozrywki. Najpierw kryłam Astrid, a teraz Czkawkę. Bogowie, miejcie ich w opiece.

Czkawka

Teraz

– Czy ja mówię nie wyraźnie? Kto was tu przysłał?! – Eret trzyma jednego z facetów za fraki przyciskając go do drzewa. Jest wściekły. Wojownik nic nie odpowiada.

Pokonaliśmy piątkę mężczyzn, ale smoków nadal nie znaleźliśmy. A teraz Eret pełen furii próbuje się czegoś dowiedzieć od poturbowanego faceta.

– Gdzie są smoki? Od kogo jesteście?!

– Myślisz, że ci powiem? – prycha ze śmiechem wojownik.

Popycha mężczyznę. Ląduje na czworaka pod moimi nogami. Podnosi na mnie wzrok, ale ja mam jedynie ochotę przywalić mu pięścią w twarz. Ma zadrapany polik, krwawi z nosa. To nic w porównaniu do jego kolegów.

Jeżeli pytania skierowane do gościa tonem Ereta nie działają, może powinniśmy użyć czegoś co z pewnością przekona człowieka, aby nie zadzierał z niewłaściwymi osobami.

Wyjmuję z pochwy piekło. Zapalam i kucam przed mężczyzną.

– Albo powiesz nam teraz gdzie są nasze smoki, albo wbiję ci to ostrze w ciało. Mówię poważnie, nie żartuję. Decyduj. Liczę do trzech...

Mężczyzna biega spojrzeniem po mnie, po piekle, po Erecie.

– Jeden...

– Nie stać cię na coś takiego.

Unoszę brwi w zdziwieniu.

– Żebyś nie był zaskoczony. – śmieje się oschle Eret.

W oczach mężczyzny widzę strach.

– Dwa...

Szykuję się do ciosu.

– Powiem! – unosi ręce w obronnym geście. – Powiem wszystko co chcecie.

Eret kiwa na mnie głową z uznaniem.

Patrzę na faceta z góry.

– Gdzie są smoki? – pytam ostro. Mężczyzna bije się z myślami, ale w końcu odpowiada.

– Nie wiem. Szef je złapał i zabrał na statki.

Wymieniam spojrzenia z brunetem.

– Kto jest twoim szefem? – Zaciska usta w wąską linię. Ciągnę gościa do pionu. Przybijam go do drzewa. Zaciskam pięść na jego płaszczu. – Gadaj!

– Zabije mnie jeśli zdradzę prawdę.

– Tak? A my zabijemy ciebie, tu i teraz jak nie zaczniesz gadać. Mów, do Thora ciężkiego!

Puszczam mężczyznę. Kieruję wzrok na Ereta.

– Trzymaj go. Ja idę po smoki.

– Sam?! Stój!

Wołanie Ereta mnie nie powstrzymuje. Biegnę ile sił w nogach do portu. Kawał drogi jest, lecz adrenalina i strach o Szczerbatka niesie mnie pędem przed siebie. Obym się nie spóźnił.

Mijają minuty, kiedy w końcu dobiegam na miejsce. Nie mogę uwierzyć własnym oczom.

– Łowcy smoków? Jak...? – szepczę myśli na głos. Szukam wzrokiem mordki.

W porcie znajduje się kilka łodzi. Że też cały sprzęt znajduje się przy siodle Szczerbatka. Mrużę oczy, aby lepiej się przyjrzeć żaglom. Niemal wszystkie są białe, bez żadnych znaków. Moim oczom rzuca się wreszcie jeden żagiel z rysunkiem. Znam ten rysunek. Przywołuję do siebie dzień, kiedy z jeźdźcami odkryliśmy kryjówkę Drago. Roiło się tam od statków z identycznym żaglem. W pamięci rysuje mi się obraz dwójki mężczyzn, których miałem ochotę zabić po tym co uczyniono Astrid. Gdyby nie jeźdźcy zabiłbym te potwory. A teraz coś takiego? Jeszcze im mało? Porywają mi smoka? Niedoczekanie.

Chcę już ruszyć dalej, ale coś mnie ciągnie do tyłu.

– Czkawka, na Odyna, czyś ty zwariował? – Wstaję z ziemi otrzepując spodnie. Eret mierzy mnie wzrokiem. – Nie rób czegoś takiego. Zostawiasz mnie samego i...

– Łowcy dobili do wyspy. Złapali Szczerbatka i Wichurę.

Podchodzę do krawędzi. Eret staje obok mnie i przygląda się łodziom.

– Twoi jeźdźcy opróżnili zapasy Krwawdonia. Nie dziw się, że polują na nowy towar. Taka ich robota.

Schodzę z pagórka, a raczej zjeżdżam, i idę szybkim krokiem w stronę portu. Eret rusza za mną.

– Co zrobiłeś z tamtym kolesiem?

– Trzepnąłem go porządnie w łeb. Obudzi się za parę godzin.

Pilnuję by z widoku nie zniknął mi port i klatki wnoszone na pokład statku.

– Mówiłem ci, że wyczuwam zagrożenie. Po cholerę, wchodziłeś do tej karczmy? I tak niczego się nie dowiedziałeś.

– Fredrik, ten kupiec, ma długi. Całkiem spore. Okradł ludzi i od jakiegoś czasu nie zagląda na tą wyspę. Trochę mnie to dziwi. To bogaty kupiec. Jego łódź wypełniona jest po brzegi drogimi rzeczami. Po co miałby kraść, skoro zarabia krocie? To trochę nielogiczne.

– A co jeśli ten cały towar jaki sprzedaje, tak naprawdę jest skradziony?

Zbliżamy się do celu.

– Nie podoba mi się to. Żeby robić takie rzeczy człowiek musi mieć powody, tak czy nie?

Kiwa głową zgadzając się ze mną, choć mina Ereta wskazuje wyraźnie, że się zastanawia.

– Serio niczego nie zauważyłeś? Odwiedza waszą wyspę od ponad roku.

Marszczę czoło.

– Skąd wiesz?

– Brietta mi powiedziała. Śledzik jej powiedział. – Wzrusza ramionami. – Nie wszystko widać na pierwszy rzut oka. Czasami, ktoś kto jest miły okazuje się fałszywy.

– Wiem coś o tym. – odpowiadam całkiem szczerze.

Podobna sprawa wydarzyła się sprzed dwóch lat. Berk miało zaufanego kupca Johana. Okazało się, że przynależy do Łowców Smoków. Zginął zamieniając się w wielką kostkę lodu.

Już miałem nadzieję, że czasy Łowców się skończyły. A jednak.

Zatrzymujemy się. Kilku łowców łazi w te i we wte, marudząc coś pod nosem albo gwiżdżąc. Ja skupiam oczy na klatkach. Widzę Szczerbatka. Nie próbuje się w ogóle wydostać. Nie warczy, nie pomrukuje, nie ukazuje zębów. Nie broni się.

– Co oni mu zrobili? – szepczę całkiem zdenerwowany widokiem.

– A pamiętasz jak oberwałeś od łowców i zemdlałeś?

– Aha... – kiwam głową.

– I jak majaczyłeś i się wierciłeś, a Brietta zszywała ci ranę?

Przytakuję.

– Zmierzchowy Tojad. Najpierw pozbawia cię przytomności, potem dręczy, kiedy odzyskujesz kontakt z rzeczywistością... Zanim dolecieliśmy na Sollar minęło kilka godzin, później leżałeś godzinę dochodząc do siebie. Ty sobie pomyśl, ile zajmie Nocnej Furii oprzytomnienie, skoro niecałą godzinę temu go złapali.

– Cholera!

Zrywam się do biegu. Eret szarpie mnie w dół. Nienawidzę, gdy ktoś robi coś takiego.

– Wpierw strategia. Nie ocalisz swojego smoka, jeśli sam zostaniesz złapany.

Racja. Jestem w gorącej wodzie kompany, ale jak mam myśleć spokojnie, kiedy wszystko mi się wali na głowę. To miała być prosta droga. Znalezienie Fredrika, dotarcie na Sollar i spotkanie z Astrid. Tym czasem okazuje się, że poszukiwany ma kłopoty, smoki zostały złapane przez łowców, a podróż przedłuża się coraz bardziej. I nie chcę panikować, ale widok Szczerbatka w łapskach Łowców nie działa na mnie uspokajająco.

Liczę klatki. Wnoszą jeszcze cztery. Dwie z Koszmarem Ponocnikem, Wichurą i Szczerbatkiem.

– Musimy jakoś się tam dostać.

– Z miłą chęcią. Jak chcesz to zrobić?

Klatki, jeden statek, widzę sześciu wikingów chodzących tam i z powrotem. Eret.

– Chyba coś wymyśliłem.

– Super. – kieruję wzrok na bruneta. – Co? Co tak na mnie patrzysz?

*

Stoję w miejscu. Patrzę na Ereta dając mu znak, aby się ruszył. Nie podoba mu się mój pomysł. Ta, mi też się nie podoba, ale nie mamy czasu i wątpię, byśmy sami dal radę biorąc pod uwagę, że przeciwników jest dziesięć razy więcej.

Rusza się z miejsca. Rozkłada ramiona i maszeruje wolnym krokiem przed siebie z uśmiechem na twarzy.

– Cześć, chłopcy! Tak dawno was nie widziałem!

Zwracają na niego uwagę. Przylegam do drzewa.

– Eret syn Ereta. – syczy który przez zęby. Nie patrzę kto.

– Tak to ja. Jak miło wiedzieć, że o mnie nie zapomnieliście.

Eret, nie zepsuj tego. – proszę go w myślach. Ukradkiem spoglądam, czy zmusił wszystkich do odwrócenia spojrzenia od klatek.

– Ty zdrajco – mierzą w niego broń. – Opuściłeś fort, przeszedłeś na stronę tych zapchlonych jeźdźców smoków! Drago cię zabije.

Śmieją się podle. Eret nad wyraz jest spokojny. Gra na czas, nie daje po sobie nic poznać.

– Być może, być może, ale czy nie lepiej będzie jeśli przekażemy mu świetne nowiny?

– Jakie nowiny?

– Tak! Zniknąłeś dwa miesiące temu. Gdzieś był?

– Powoli, po co ten pośpiech? – stają do mnie tyłem wpatrzeni w Ereta. Mruga do mnie dając mi znać, żebym wyszedł z ukrycia i dopadł klatki. Robię co radzi.

– Zdradziłeś swojego wodza. Nie ufamy ci.

Śmieje się lekko, ale wiem, że tak naprawdę czuje strach.

Z trudem udaje mi się otworzyć kłódkę i otworzyć klatkę w której znajduje się Wichura. Natychmiast ją uciszam.

– Jak tak możecie? Po tym wszystkim co dla was zrobiłem? Przyjaciele...

– Jacy przyjaciele?!

– Gadaj lepiej czego chcesz.

Wichura stroszy ogon, staje w gotowości do ataku u mojego boku.

– Ja powiem. – odzywam się. Odwracają się w moją stronę. Zapalam piekło. – Wichura, wiesz co robić.

Skrzeczy. Biegnie na łowców z gotowością do obrony. Chcą ją zestrzelić, ale Eret reaguje od razu uderzając przeciwnika, że aż upada.

Odpycham dwójkę łowców. Spadają do morza nieprzytomni. Wichura bierze ostatnią trójkę wojowników pokonując ich machnięciem ogona, strzałem kolców i strzałem ognia aż pod nogi wikinga, który skacze do wody.

– Załatwione. – mruczę cicho. Otwieram, klatkę Szczerbatka. Leży ledwo przytomny. Podchodzę do niego. Mruczy widząc mnie. – Hej, mordko. Długo czekałeś?

Kładzie swój łeb na moim kolanie. Głaszczę jego ciemne łuski.

– Wiem, Szczerbek, ale wyjdziesz z tego. Musisz tylko trochę odpocząć.

– Wypuściłem Koszmary Ponocniki. Co z nim?

Kręcę głową. Nie podoba mi się Szczerbatek. Przypominam sobie czasy, kiedy oberwaliśmy od łowców strzałą. Gdyby nie Dagur, nie chcę sobie wyobrażać co by się stało. Pamiętam jak się wtedy potwornie bałem o Szczerbatka. Naprawdę było z nim źle. Teraz mam to samo.

– A jeśli ta trucizna działa silniej na smoki? Popatrz na niego.

– Czkawka, ty też tak wyglądałeś. Uspokój się. Prześpi się trochę i wróci do siebie. Nie panikuj. – Po prostu się boję. – Postaraj się go trochę ocucić. Musimy się stąd zabierać. Nie wiem czy nie ma tutaj, więcej łowców. Lepiej bądźmy ostrożni.

*

Szczerbatek pomrukuje, kiedy docieramy pod karczmę. Wciąż jest słaby, ale przynajmniej odzyskał przytomność. Głaszczę jego ciemne łuski. Jego łeb spoczywa na moich kolanach, a ja czuwam przy nim.

– Jak z nim? – pyta mnie Eret. Podaje mi kubek z wodą. Siedzimy przed karczmą. Siada na schodach.

– Powoli wraca do siebie. Co nie, mordko? – spoglądam w jego zielone ślepia. Pomrukuje w odpowiedzi. – Nic ci nie będzie.

Drzwi się otwierają skrzypiąc i na zewnątrz wychodzi wcześniej poznana przeze mnie szatynka. Mierzy wzrokiem Ereta, a następnie jej spojrzenie spada na mnie i Szczerbatka. Wygląda jakby paręnaście minut temu spędziła upojne chwilę z mężczyzną. Jej fryzura jest w nieładzie, a ubranie całkiem wygniecione. Na ramionach zarzucony ciemny płaszcz.

– Miałam nadzieję, że wrócisz.

Bogowie, co ona taka uszczypliwa?

Przewracam oczami. Skupiam uwagę na Szczerbatku.

– Po co przyszłaś? – pytam nie podnosząc na nią wzroku.

– Przyszłam zaczerpnąć trochę powietrza. W środku jest straszna duchota. A temu, co się stało?

– Łowcy go dorwali i czymś otruli. Musi dojść do siebie. – odpowiada jej Eret. Pytała o Szczerbatka. – Wiesz, może coś o Fredriku?

– Chodzi o tego złodzieja? – Prycha jakby rzeczywiście ją to śmieszyło. – Węszył zawsze, kiedy tu przypływał. Moja ciotka została ograbiona do ostatniej monety. Gdyby nie ja już dawno musiałaby się wynieść.

Co za dobroduszna z niej osóbka. Przewracam oczami.

– Co masz na myśli? – ciągnie z zaciekawieniem mój przyjaciel.

– Pomagam jej, nie ważne w jaki sposób. – Podnoszę na nich wzrok, ale się nie odzywam. – Jakoś wychodzimy na prostą. A tak w ogóle, po jakiego czorta, szukacie Fredrika?

– Mamy do niego sprawę.

– Co, też was okradł?

Eret robi krok w jej stronę. Krzyżuje ramiona na klatce piersiowej. Wbija w nią swoje piwne oczy. Dziewczyna sztywnieje. Staje prosto jakby połknęła patyk.

– Wiesz, gdzie możemy go znaleźć?

Nie wiem co on kombinuje, ale zdaje się, że szatynka powoli pęka i jest gotowa odpowiedzieć. Patrzę to na jedno to na drugie i myślę, do czego posunie się Eret, aby wyciągnąć od niej wszelkie informacje, o ile takie posiada.

– Możliwe. – cedzi z niepewnością.

Niby ma się ten urok osobisty. Nie przeczę. Można z niego korzystać. Fakt.

– Nixie, on ma już kogoś. – mówię. Spoglądają na mnie. Dziewczyna jest jakaś nieobecna. Na twarzy Ereta śmiało można ujrzeć dumę.

– I co z tego? Mnie to nie przeszkadza.

– Dziewczyno, szanuj się trochę. Podrywasz każdego napotkanego mężczyznę, pchasz się w jego ramiona nawet go nie znając, opamiętaj się.

– Zamknij się, świętoszku! – warczy na mnie wściekła. Milknę. Nie mam zamiaru się z nią kłócić, ale ręce opadają. – Nic nie wiesz o mnie, ani o moim życiu, więc się nie odzywaj na temat, który się ciebie nie tyczy.

Przełykam ślinę z trudem. Spuszczam wzrok na mojego przyjaciela. Wygląda lepiej.

– Nixie, tak? – odzywa się Eret. Przysiągłbym, że jej zagniewane oczy skupiają się na nim. – Dogadajmy się. Zapłacimy ci, a ty nam powiesz gdzie jest Fredrik.

– Ile mi dacie? – Wymieniam spojrzenia z Eretem.

Nie wzięliśmy dużo pieniędzy. Co on chce jej dać? Całą sakiewkę złota?

– Wszystko.

– Zgoda. Zanim wam powiem, najpierw chcę zobaczyć pieniądze.

Wstaję. Szczerbatek pomrukuje i wznosi ślepia na mnie. Widzę, że trucizna ciągle mu dokucza, ale przynajmniej wraca mu świadomość tego co się dzieje.

– Pieniądze dostaniesz później. Najpierw mów gdzie Fredrik. – odzywam się.

W oczach szatynki błyszczy zdenerwowanie, oraz rozbawienie. Tracę powoli cierpliwość.

– Skąd mam pewność, że mi zapłacicie?

Wyrywam Eretowi sakiewkę z ręki.

– Bo Jeźdźcy Smoków są godni zaufania i nigdy nie rzucają słów na wiatr. My sobie poradzimy, znajdziemy sami kupca, ale wydaje mi się, że pieniądze ci się przydadzą. Współpracujesz, albo odchodzisz.

Przez chwilę na mnie patrzy z zaskoczeniem. W jej oczach dostrzegam zwątpienie. Wzdycha, krzyżuje ramiona na piersiach. Mierzy mnie od góry do dołu i z powrotem, a później otwiera usta i mówi z niechęcią.

– Fredrik nigdy nie mówi dokąd się udaje. Jeden z żeglarzy wspomniał raz, że ma swoją małą kryjówkę nieopodal Cmentarzyska Statków. Nikt z żeglarzy nie zapuszcza się w tamte rejony, ale dla złodzieja może się ono okazać niezłym miejscem na zamieszkanie.

Zastanawiam się nad tym co mówi. Czy jej wierzę? Ani trochę. Ale zawsze to jakiś punkt zaczepienia.

– Pieniądze. – wyciąga w moją stronę rękę. Domaga się zapłaty.

– Niech stracę. – oddaję jej sakiewkę.

Uśmiecha się z tryumfem. Zabiera pieniądze ze sobą.

– Miło było poznać. Udanej wycieczki. – posyła Eretowi to jeno ze swoich uwodzicielskich spojrzeń, po czym znika za drzwiami tawerny.

Szturcham bruneta w ramię.

– No co? – posyłam mu wymowne spojrzenie. On serio nie wie jak na nią patrzył?

– Wybałuszasz te gały jakbyś nigdy nie widział kobiety. Ogarnij się.

Pochylam się nad swoim smokiem. Szczerbek pomrukuje spoglądając na mnie. Głaszczę go po głowie.

– Przyniosę ci wody i trochę ryb. Odpocznij. Niedługo wyruszymy. – Odwracam oczy na Ereta. – Poczekaj tutaj, przypilnuj smoków. Za niedługo wrócę.

Astrid

Przytulam głowę do poduszki. Chciałabym zasnąć. Próbuję. Całą noc się przewracałam z boku na bok. Nie śniły mi się koszmary od trzech dni. Jestem wdzięczna bogom za chociaż trochę spokoju, ale Morfeusz nie odwiedził mnie tej nocy. Myśli mnie wykańczają. Ciągłe zastanawianie się jak jest na Berk mnie dobija.

Czy Brietta jakoś odnalazła się w nowym miejscu?

Czy Wichura oswoiła się z innymi smokami?

Czy Czkawka, zapomniał i jakoś żyje do przodu? Czy Stoick sprowadził Valerię na Berk i szykuje ślub?

A moje serce jest rozerwane na strzępy, nie mam siły i powodów, aby je poskładać z powrotem w całość. Poza tym kilka kawałków zostawiłam daleko na Berk. Bez tych części nie ma szans na ułożenie układanki.

Moja ręka bezwładnie spada z biodra na brzuch.

Za wcześnie, abym mogła się pogodzić ze stratą, ale wiem, że nie wróci. Samotna łza spływa mi po policzku. Wycieram ją i zamykam oczy. Próbuję zanucić kołysankę, ale nie pamiętam. A może nie chcę pamiętać? Nie wiem. Chciałabym się do kogoś przytulić, uciec daleko, ale nie mam dokąd.

Słyszę pukanie do drzwi, zaraz później ktoś z zewnątrz naciska klamkę i wchodzi do mojego pokoju.

Mój wzrok się podnosi. W progu staje ciemnowłosy mężczyzna. Ma na sobie brązową tunikę, którą oplata gruby czarny pas ze złotą klamrą, przy której znajduje się miecz. Czarne spodnie i wysokie buty, a na plecach brązowy płaszcz z futra niedźwiedzia. Na przedramionach założone dwa karwasze. Wygląda... dostojnie?

– Kim jesteś i co robisz w moim pokoju? – siadam na łóżku, wbijając w niego swoje groźne spojrzenie. Stoi i się na mnie gapi. Zaraz mu coś zrobię. – Odpowiadaj!

– Z szacunkiem, dziewczyno, mówisz do wodza Dorel.

Do kogo? Kto go wpuścił do domu?!

– Miło wreszcie poznać narzeczoną.

Narzeczoną? Chwila, co się tu wyprawia?!

Wstaję z łóżka i kieruję się prosto w jego stronę. Bezczelny, śmie nazywać mnie swoją...

– Moment, dokąd to? – łapie mnie za ramiona i odciąga od wyjścia. Strącam jego łapska z siebie.

– Nie twoja sprawa. Nie waż się mnie więcej dotykać, zrozumiałeś? – Uśmiecha się z drwiną. – Co cię tak bawi?

– Przypominasz mi moją siostrę, też ma charakterek, ale jest dobrze wychowana. Nie to co ty, lecz nie przejmuj się. Na Dorel nauczysz się dyscypliny i kultury. Już ja jako twój mąż dopilnuję byś zachowywała się należycie.

Cofam się. Uderzam łydkami o łóżko i opadam na pościel. Czuję jak serce uderza coraz szybciej. Robi krok w moją stronę patrząc na mnie z wysokości. Uśmiecha się z żałością i drwiną wypisaną na twarzy.

Zrywam się z łóżka i biegnę na dół. Wołam mamę, ale się nie odzywa. W końcu, kiedy docieram na parter zdaję sobie sprawę, że nie ma jej w domu. Przy stole siedzi tylko pan domu, spisując coś na papierze, jego wzrok podnosi się na mnie kiedy opieram dłonie o stół i mierzę w niego niebieskie spojrzenie.

– Gdzie moja matka? – pytam cała roztrzęsiona.

– Poszła do Atmy po jakieś zioła.

Jest taki obojętny. Z wzajemnością, tyle że ja go dodatkowo nienawidzę.

– Kiedy wróci? – Wzrusza ramionami. – Kogo wpuściłeś do domu?

Przekłada kartki. Ignoruje mnie. Strącam papier na podłogę. Łapie mnie za nadgarstek. Wbija mi paznokcie w skórę. Kolana mi miękną.

– Mówiłem, że znajdę ci małżonka. Ostrzegałem, że to zrobię i proszę bardzo. Chciałaś się uwolnić z Sollar, czyż nie? Za dwa dni płyniesz na Dorel. Przed tym poślubisz Harrisa.

Serce staje mi w piersi, a po chwili uderza ze zdwojoną siłą jakby miało zaraz wyskoczyć. Ogarnia mnie niedowierzanie, a co gorsza strach.

Nie godzę się na to. Nie!

– Mama ci na to nie pozwoli. – mówię twardo.

– Nawet się o tym nie dowie.

Wyrywam nadgarstek. Biegnę do drzwi. Otwieram je, ale przede mną stoi dwóch wikingów. Zagradzają mi drogę ucieczki. W dłoniach trzymają topór i miecz, oraz po tarczy.

Bogowie chyba się na mnie uwzięli. Frejo, czyżbyś mnie opuściła? Gdzie twoja opieka nad moją duszą?

Odwracam się za siebie, kiedy słyszę kroki. Ktoś opuścił piętro.

Harris znam skądś to imię.

Harris to brat Valeri, narzeczonej Czkawki. To nie ma prawa się dziać. To się nie zacznie. Nie pozwolę na to.

– Harris, oddaję ci z pełną świadomością swoją córkę. Nie pozwól by włos jej z głowy spadł. Za dwa dni będziesz mógł ją zabrać ze sobą. Macie moje błogosławieństwo.

– Dziękuję, wodzu...

– Nie! Nie zgadzam się. Nie ma mowy! – protestuję.

Bierze mnie za rękę. Ściska mnie. Z całą pewnością widać w moich oczach panikę.

Patrzę błagalnie na ojca. W jego spojrzeniu widzę tylko obojętność. Nie obchodzi go co się ze mną stanie, albo co czuję.

– Możesz iść się spakować. – Zbiera kartki z podłogi i siada przy stole kontynuując pracę. – Przed kolacją przymierzysz suknię ślubną. Jutro o zachodzie słońca weźmiecie ślub.

Kręcę głową. Nie ma takiej opcji. Nie zrobię tego.

Kieruję spojrzenie na Harrisa. Uśmiecha się z triumfem. Patrzy na mnie tak jakby chciał powiedzieć: To kara za zbliżanie się do narzeczonego mojej siostry.

Czkawka

Po południu udało nam się opuścić Północne rynki. Szczerbatek czuje się nieco lepiej, może już latać. Całe szczęście, że wrócił do siebie.

Przed nami rozpościera się mgła. Na niebie jeszcze widać słońce wyłaniające się zza chmur, a mimo to jest mrocznie. Czuć w powietrzu, że miejsce, do którego trafiliśmy jest pełne złych wspomnień. Wszystko wygląda tak jakby wczoraj odbyła się tu wojna wyniszczająca każdą łódź. Brakuje tylko smrodu trupów.

– Gdzie jest jego statek?

Rozglądam się.

– Sam nie wiem. – odpowiadam przyjacielowi. – Szukajmy statku wypełnionego po brzegi drogimi rzeczami.

Rozdzielamy się. Szczerbatek węszy, wytęża zmysł wzroku i słuchu. Robię to samo.

Mija kilka minut, kiedy w końcu udaje mi się dostrzec jedyną łódź na tle tych zniszczonych. Pokazuję swojemu przyjacielowi, aby tam leciał. Sekundę później ląduje na dziobie statku. Zeskakuję z grzbietu smoka. Jeży się gotowy do strzału.

– Spokojnie, Szczerbek, nie dajmy się zwariować. Bądź czujny. – Kładę dłoń na jego nosie. Uspokaja się. – Fredrik! Wyłaź, wiem, że tu jesteś!

Jest cicho. Aż nadto za cicho.

Rozglądam się. Patrzę tu i tam. Drogie przedmioty rzucają się w oczy, gdziekolwiek nie spojrzę. A tu haftowane okrycia, pozłacane sukno. Beczki wypełnione bronią, którą zachwycałby się Pyskacz. Różne figurki, mniejsze większe, zabawki dla dzieci, zestaw kuchenny leży na stole przykryty płachtą. Żyć nie umierać. Ciekawe komu zwinął t wszystkie rzeczy.

– A może...?

Nie udaje mi się dokończyć zdania. Słyszę skrzypienie pokładu. Wyciągam piekło i zapalam miecz. Szczerbatek szykuje się do strzału pomrukując ostrzegawczo.

Widzę go. Stoi centralnie przede mną celując we mnie kuszą. Jeszcze ośmiela się mierzyć we mnie z broni. Niedoczekanie.

– Rzuć tą broń! – mówię raz. Ręce mu się trzęsą. – Rzuć mówię!

Szczerbek strzela. Broń zostaje wyrzucona w powietrze, a następnie kolejnym strzałem rozpryskuje się na kawałki.

Ruszam w jego stronę stanowczym krokiem. Cofa się, aż upada na krzesło stojące pod burtą.

– Czy ty się nie zapomniałeś? – pytam takim tonem, że aż sam się sobie dziwię. Patrzy na mnie przerażonymi oczami.

– Och, toż to szlachetny Czkawka Haddock. Co za niespodzianka. Nie poznałem cię. Nowy strój? Tak tak. Pasuje ci.

Ja go chyba zaraz złapie za fraki wrzucę do wody, wyłowię i znów posadzę na tym krześle. Będzie gadał głupoty, że mnie nie poznał.

– Nie kombinuj, człowieku. Mamy do pogadania.

Wybałusza na mnie oczy. Czyżby podejrzewał o co chce go pytać? Widzę, że się boi.

– Tak. Naturalnie. Oczywiście. A o czym to?

Opieram dłonie o stół rozglądam się wokoło, a później zaczynam wywiad.

– A o tym, skąd masz te wszystkie rzeczy?

Patrzy to na swój towar, to na mnie, a później otwiera usta i wypływają z jego gardła kłamstwa.

– Z różnych zakątków świata. A to z królestwa Kabaletty. Tysiące kilometrów na południe stąd. Piękne miejsce. Musisz się tam kiedyś wybrać.

Zaczyna się. To samo było z Johanem, też karmił mnie bajeczkami, o dziwo nigdy w nie nie zdołałem uwierzyć.

– Przestań wymyślać. Nie jestem głupi. Wiem, że wszystko ukradłeś, albo kupiłeś za pieniądze ludzi, którzy ci ufali. Przerabiałem to już kilka razy. Nie wkręcisz mnie.

Otwiera usta, chce się wybronić, ale widzi, że już mnie nie przekona.

– Wybacz, ale nie mogę powiedzieć skąd to wszystko. Poprzysiągłem milczenie.

– Komu? Dla kogo rabujesz? Dla łowców, siebie, dla kogo?

– Ależ skąd. Lepiej nie zadzierać z łowcami. Skądże. Ja sam...

– Jesteś winien ludziom pieniądze. Zabierasz rzeczy, które nie należą do ciebie i sprzedajesz. W jakim celu, co?

Kręci palcami wbijając we mnie swoje zdenerwowane spojrzenie. Tracę cierpliwość.

– Fredrik, gadaj! Ja nie mam czasu na gierki! – Uderzam pięścią w stół. Podskakuje na siedzeniu.

– Szlachetny Czkawko Haddocku, ja musiałem. To dla kogoś bardzo mi bliskiego.

– Kolejne kłamstwa. – Przeczesuję włosy.

– Nie, nie, przysięgam. Okrutny człowiek więzi mojego wnuka. Obiecał, że jeśli przyniosę mu kwotę, za którą uda mu się wykupić coś na czym bardzo mu zależy, wypuści dzieciaka. Ja musiałem.

O cię, Thorze. Opieram się o blat.

– Kto? Jaki okrutny człowiek? O kim mówisz?

– Jest potężny. Włada smokami. Ukrywa się w miejscu, do którego strach się zapuścić samemu, a nawet z kimś. Jego ludzie złapali mnie rok temu. Zabrali dzieciaka i kazali zdobyć sporą sumę pieniędzy. Nie miałem wyboru.

Dalej nie wiem o kim gada.

– Władca smoków, jak on wygląda?

– O ciemniejszej cerze niż zwykle się spotyka, potężny, silny, ciemno-brody. Strach wypowiedzieć jego nazwisko.

– Drago Krwawdoń?

Wzdryga się. Czyli jednak.

– Znasz go? – Odpycham się od stołu. Prąd furii przepływa po mnie potężną falą.

– Nie osobiście, ale widziałem na co skazuje swoich więźniów.

– Jak to? – w głosie kupca wyczuwalne jest zmartwienie i ciekawość.

– Porwał Astrid Hofferson. Skazał na tortury, a później ledwo udało nam się uciec z jeźdźcami.

Podrywa się do pionu. Łapie mnie za pasy na klatce piersiowej.

– Astrid Hofferson? Tą z Sollar? Córkę Edgara i Loren?

W głębi ducha czuję lekką radość, że ktoś poza mną boi się o blondynkę.

– Co z nią?

Wzruszam ramionami. Pozwala mi się cofnąć. Stoi naprzeciw mnie.

– Nie mam pojęcia. Mam do niej lecieć, ale bez ciebie nie ma mowy, aby udało mi się z nią spotkać.

Patrzy na mnie w zdziwieniu, ale nic nie mówi.

Moje spojrzenie i kupca się krzyżują.

– Pomogę ci, jeśli ty pomożesz mi. Uratuję twojego wnuka, jeśli pomożesz mi uratować Astrid.

Chwilę się zastanawia, a później wyciąga do mnie rękę. Ściskam ją z niepewnością.

– Mamy umowę? – pytam.

– Kiedy Astrid była mała widziałem jak płacze. Serce mnie ściskało w piersi, kiedy wyrywała się ojcu, a on na nią krzyczał. Jeśli mam szansę pomóc dziewczynie, której chciałem pomóc już dawno temu, zrobię to. Obiecaj mi tylko, że ocalisz mojego wnuka.

– Masz moje słowo.

Astrid

W dłoni trzymam ołówek, przed sobą mam czystą kartkę papieru leżącą na biurku. W rogu stoi do połowy wypalona świeca. Na ramionach mam narzucony koc. Dłoń mi drży. Nie bardzo wiem, co zrobić. Co napisać? Jak napisać? I czy to w ogóle ma sens.

Chciałabym usłyszeć kołysankę. Przynajmniej melodię.

– Astrid, co chcesz zrobić? – nie odwracam się. Słyszę głos za plecami, lecz wiem, że to się dzieje w mojej głowie.

Chciałabym stąd uciec. Być wolna. Być szczęśliwa. Nie być już sama.

– Jesteś odważna. Jesteś wojowniczą. Walczysz do końca.

Poddałam się. Poddałam w chwili gdy weszłam na statek zostawiając Cię za sobą, wołającego moje imię z rozpaczą.

– Nie możesz sobie tego zrobić. Nie możesz zrobić tego nam.

A co jeśli nie mam wyboru? Nie mam jak uciec. Nie mam szans z nimi. Będę się wyrywać, krzyczeć, ale ich nie będzie obchodziło moje zdanie.

– Nie rezygnuj ze mnie teraz. Nie rezygnuj z nas.

Kartka moknie. Kilka kropel spada na papier zostawiając ślady.

– Zaczekaj na mnie.

Zgniatam kartkę papieru. Rzucam nią przez pokój. Odbija się od ściany i upada na drewnianą posadzkę. Chowam twarz w dłoniach kładąc głowę na biurku. Wstrząsa mną fala płaczu.

Mija kilka minut, kiedy słychać pukanie. Spoglądam na drzwi. Nie chcę by ktoś teraz wchodził. Nie chcę widzieć nikogo oprócz Czkawki, Brietty, albo Wichury. Wiem, że ich tu nie ma i nie będzie.

– Mogę wejść? – To męski głos. Budzi się we gniew. Mam ochotę otworzyć drzwi i zrzucić gościa ze schodów, ale nie czuję nóg. Tak jakbym została przyklejona do krzesła.

– Odejdź.

– Przyniosłem suknię ślubną.

Szlak mnie zaraz trafi!

– Wynoś się! Nie pozwalam ci wchodzić, słyszysz?!

Drzwi się otwierają. Za nic ma moje rozkazy. Wchodzi do środka z drewnianym pudłem z kokardą. Możliwe, że zaraz rzucę się na Harrisa z pięściami.

– Powiedziałam coś! Jesteś taki tępy, że nie rozumiesz co się do ciebie mówi?!

Biorę w dłoń topór. Jeśli trzeba to odetnę mu łeb. Valeria mi wybaczy, prawda?

– Uważaj na słowa i odłóż tą siekierę. Na Dorel kobiety nie walczą.

Kobiety nie walczą. Kobieta jest od rodzenia dzieci, zajmowania się domem, byciem posłuszną i nie stanowiącą oporu. No musi mi wybaczyć, bo ja taka nie jestem. W życiu taka nie będę.

– Zostałam wychowana na wojowniczkę. Walczę o honor i sprawiedliwość.

Uśmiecha się drwiąco.

– Walkę o honor i sprawiedliwość zostaw mężczyznom. To ich rola, nie kobiety.

Otwiera pudło. Mierzę w jego stronę topór.

Jeśli myśli, że nie stać mnie na wbicie mu ostrza w skórę, bardzo się zdziwi.

– Widziałem jak wygrywasz zawody dzięki pewnemu jeźdźcowi. Złapał cię, zdobył dla ciebie punkty. Widok jak moja siostra musi na was patrzeć... Obiecałem sobie, że nie pozwolę by stała na niepewnym miejscu. Nie musiałem nic robić. Sama skazałaś to coś na straty.

Jego słowa uderzają mnie z całej siły. W serce. Czuję jak usuwa mi się grunt spod nóg. Nagle tracę siłę, aby wciąż utrzymać broń, niemal uderza o podłogę.

– Valeria będzie miała w końcu wolne pole do popisu.

– Oni się tylko przyjaźnią. Czkawka kocha mnie.

Wybucha śmiechem. Patrzy na mnie rozbawiony. Patrzy na mnie z kpiną wypisaną na twarzy.

– Kocha?! Dziewczyno, na jakim ty świecie żyjesz? Ocknij się. Nie przeczę, z taką urodą jak twoja można stracić głowę. – Łapie mnie za szczękę, zmusza mnie bym na niego spojrzała. Ta jego mina jest obrzydliwa. Dupek. – Ty naprawdę myślisz, że to coś, że ta wielka miłość, w którą tak bardzo wierzysz przetrwa?

Moja wiara jest krucha, ale kiedy się rozsypie w jej miejscu staje nadzieja. Nadzieja zawsze jest. Nadzieja jest niezniszczalna. Może być pobita, podeptana, rzucona w odmęty ciemności, ale to dzięki niej zawsze pojawia się światełko. Ta mała szansa gdzieś jest.

Zamykam oczy. Nie dam się sprowokować. Nie wybuchnę.

– Odeszłaś. Zostawiłaś go. Chłopak jest załamany. Valeria przypłynie na Berk i zajmie się jego złamanym sercem. Wezmą ślub. Urodzi mu dziedzica. Będzie miała wszystko czego zapragnie.

Nie.

Nie dam się złamać.

– A ty? – Otwieram oczy. Patrzę w bok. Brakuje mi powietrza, w gardle rośnie mi klucha. Pociągam nosem. – Popłyniesz ze mną. Będziesz moją żoną. Podejmiesz się takiego samego stanowiska jak moja siostra. Powinnaś się cieszyć. Po tym co zrobiłaś, powinnaś mi dziękować.

Dziękować?

Na policzkach czuję coś mokrego. Nie wytrzymałam.

– Ulitowałem się nad tobą.

Patrzę mu w oczy.

– Nie płacz i lepiej się połóż. Jutro wesele.

Puszcza mnie. Upadam na łóżko. Kątem oka widzę jak znika za drzwiami i wychodzi z mojej sypialni. Łzy spływają po moich policzkach.

Spoglądam do pudła wycierając twarz. W środku znajduje się piękna biała suknia. Mój wyrok.

Rozdział 34

~*~

Daj mi tą pewność, że to wszystko jest tego warte.

Daj mi pewność, że będziemy walczyć razem,

ramię w ramię, ręka w rękę.

Spraw bym uwierzył/a, że wygramy,

Że ta Wojna Serc nie skaże nas na śmierć.

~*~

Narrator

Do portu dobił statek. Dziewczyna opuściła pokład. Stanęła na pomoście podziwiając piękno wyspy, która za każdym razem robiła wrażenie. Zawołał do niej nie kto inny jak Śledzik Ingerman lecący w jej stronę na Sztukamięs. Pomachała mu, chwilę później wylądował przed nią. Uśmiechnęła się w jego stronę, lecz blondyn nie odwzajemnił gestu.

– Witaj, Valerio – Stanął na deskach głaszcząc swoją smoczycę po głowie.

– Cześć, Śledziku. Miło cię widzieć. Co ty taki nie w humorze? – zaśmiała się mając nadzieję, że u niego wywoła radosny wyraz twarzy.

– Mamy kłopoty z Czkawką.

Zdziwiła się słysząc słowa jeźdźca.

– Coś się stało?

Kiwnął głową.

– Sporo cię ominęło. – Podał jej rękę by pomóc jej wsiąść na smoka. – Wszystko ci opowiem.

Wzbijają się lecąc z spokojem w górę wyspy. Dziewczyna obejmuje ciaśniej chłopaka spoglądając w dół. Czuje zachwyt widokiem, choć jej płuca wypełniają się zimnym powietrzem. Nigdy wcześniej nie latała na smoku.

Zaczyna opowiadać co się wydarzyło w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, kiedy Valeri nie było na Berk. Słucha go z uwagą, coraz to bardziej będąc zaskoczoną.

Wspomina o tym jak przypadkiem odkryli fort Łowców smoków, którzy porwali blond wojowniczkę. O tym jak wrócili do domu, jak Czkawka pokłócił się z ojcem, oraz jak zniknął na kilka tygodni z wyspy. O tym, że Valka – żona Stoicka wróciła do domu. Aż doszedł do momentu, gdzie Astrid razem z rodzicami przypłynęła na Berk i wybuchła wielka awantura. Skończył opowiadać na tym jak Astrid zostawiła Czkawkę.

Śledzik pociąga nosem przywołując do siebie scenę, na którą każdy obecny w porcie patrzył z smutkiem. Każdy poza Edgarem Hoffersonem.

Lądują w centrum wioski. Pomaga zejść ciemnowłosej z smoka za co krótko podziękowała. Rozgląda się. Wyspa wciąż tętni życiem. Zupełnie tak jak wtedy, gdy przypłynęła na nią po raz pierwszy.

– Gdzie jest teraz Czkawka? – pyta, kierując na blondyna swoje oczy.

– Nie wiem. Nikt nie wie. Prawdopodobnie uciekł.

Wzdycha.

Słyszą wołanie. Odwracają się. W ich stronę zmierzają Sączysmark oraz rodzeństwo Thorstonów.

– Cześć – wita się cała trójka.

– Hej – Uśmiecha się lekko. – Miło was widzieć.

Odwzajemniają uśmiechy.

– Co nowego? – pyta Śledzik. Bliźniaki wzruszają ramionami.

– Nie ma go. Poleciał do Astrid. – cedzi z nerwami Sączysmark.

Krzyżuje ramiona na klatce piersiowej. Kieruje spojrzenie na Hakokła, który zatrzymuje się obok niego.

– Z Eretem. Dobrze, że nie jest sam. – dodaje Szpadka tonem, jakby wcale ją to nie obchodziło.

– Może powinniśmy polecieć za nimi? – rzuca zmartwiony Ingerman.

– Też o tym pomyślałem. – odzywa się zdenerwowany Sączysmark. Z pewnością przyłożyłby Czkawce, za jego zwariowany pomysł, gdyby był w pobliżu.

Stojąc ciągle z grupą jeźdźców i słuchając tego co się dzieje, wzrok Valeri kieruje się na dom wodza. Bije się z myślami, czy aby na pewno chce się skonfrontować z Stoickiem i Valką. Nie poznała matki Czkawki, nigdy o niej nie opowiadał. Coś czuje, że podzielił się tęsknotą z blond dziewczyną i tylko ona ukoiła jego cierpiące serce. A mimo to się uśmiecha.

– Zbierajcie się, zaraz wyruszamy. – oznajmia Jorgenson z kamienną miną.

– Co? Teraz? Że wszyscy? – dopytuje zaskoczony Mieczyk.

– A mówię nie wyraźnie?! Przecież jak Edgar go zabije, to będzie nasza wina, bo wiedzieliśmy o wszystkim i nic nie zrobiliśmy.

– Lubię kiedy jest taki stanowczy. – Szpadka się uśmiecha przygryzając wargę. Brunet jednak tego nie zauważa. Odwraca się na pięcie, wsiada na swojego smoka i kieruje go w stronę biblioteki.

– Od kiedy jest dowodzącym? – nie rozumie Mieczyk.

– Od kiedy Czkawka oddał mu pałeczkę kontroli. – odpowiada Śledzik z niechęcią w głosie.

– Ale, że całkiem? – dopytuje Szpadka.

– Kiedy nie ma Czkawki. Błagam, ludzie!

Śledzik wskakuje na Sztukamięs i odlatuje. Mieczyk wciąż nad czymś duma, aż w końcu rzuca pytanie do siostry.

– Co to pałeczka kontroli?

Przewraca oczami. Odchodzi, ale Thorston uparcie nie daje jej spokoju.

*

Stoi przed drzwiami wahając się czy zapukać. Zastanawia się dłużej, niż się wydaje.

Ostatecznie z słabą odwagą puka. Już ma ochotę się wycofać, ale drzwi się otwierają i w progu staje kobieta o brązowych włosach spiętych w dwa długie warkocze. Na jej twarzy gości łagodny uśmiech. Mierzy dziewczynę od góry do dołu.

– Dzień dobry – odwzajemnia uśmiech. Serce podskakuje jej do gardła. – Mam na imię Valeria. Pani to pewnie Valka, mama Czkawki.

– Zgadza się. Proszę, wejdź do środka.

– Dziękuję.

Szatynka robi przejście, aby ciemnowłosa mogła wejść do domu. Zamyka drzwi, a następnie woła męża.

– Stoick, mamy gościa! – wchodzi głębiej do pomieszczenia od razu kierując się do części kuchennej. Bierze w dłoń kubek i nalewa herbaty, którą wcześniej zaparzyła. – Siadaj. Napijesz się herbaty?

– Poproszę. – posyła uśmiech do zielonookiej.

Z piętra schodzi wódz. Na jego twarzy błąka się zmartwienie. Przeciera twarz dłonią pokonując ostatnie stopnie. Zatrzymuje się jednak, kiedy krzesło się odsuwa i staje przed nim ciemno włosa dziewczyna.

– Valeria? – Z zaskoczeniem skupia na niej spojrzenie. Wydaje mu się, że tylko ma zwidy, lecz ona naprawdę stoi przy stole w jego domu.

– Miło widzieć wodza. – Uśmiecha się lekko. Mija chwila zanim Stoick to odwzajemnia i podaje dłoń dziewczynie.

– Tak, tak. Ciebie też Valerio. Całkiem zapomniałem, że dzisiaj przypływasz.

– Nic nie szkodzi. – Siada przy stole. Valka stawia przed nią herbatę oraz zajmuje miejsce naprzeciwko córki zmarłego wodza Dorel. – Słyszałam, że Czkawka uciekł z Berk. Wiem jaki jest powód.

– Przepraszam za niego, Valerio. On po prostu...

– Zakochał się. – kończy za Ważkiego. Na jej usta wstępuje smutny uśmiech. – Proszę za niego nie przepraszać. Czkawka nic złego nie zrobił. Nie mam mu za złe, że wybrał tą którą kocha. Nie mogłabym żyć z myślą, że nie mogę dać mu szczęścia, które odnalazł w innej.

Małżeństwo wymienia spojrzenia całkiem zdumieni słowami dziewczyny. Usta wyginają się w delikatny uśmiech, choć w oczach błyszczy smutek.

– Nie poznałam zbyt dobrze Astrid. Za to wiem, że Czkawka bardzo dobrze ją zna. A on jej ufa i... widziałam jak oczy mu się błyszczą, kiedy o niej mówił. Cieszę się, że mogłam go poznać, ale to nie ja powinnam stanąć z nim na ślubnym kobiercu.

Wstaje od stołu. Zamierza wyjść z domu wodza, ale jeszcze na moment się odwraca. Uśmiecha się ponownie, i w jej oczach widać iskierkę radości.

Wychodzi z domu Haddocków.

Myśli nad tym co właśnie zrobiła. Delikatnie mówiąc zerwała zaręczyny. Jasno i wyraźnie dała im do zrozumienia, że nie poślubi ich syna. Jakaś część niej wypomina jej, że porzuciła szansę na wspaniałe życie u boku sławnego na całym archipelagu Jeźdźca Nocnej Furii. Syna wodza cudowniej Berk. Wie jednak, że sumienie nie dałoby jej w końcu spokoju z wiedzą, że on nadal wspomina swoją pierwszą wielką miłość. Że Czkawka wciąż ma blond wojowniczkę w swojej pamięci. Żadne z nich nie byłoby szczęśliwe.

Postąpiła dobrze. Wie o tym. Czuje ulgę i dumę z podjętej decyzji.

Podchodzi do grupy jeźdźców, którzy przytakują na każde pytanie Jorgensona. Brunet obraca smoka z zamiarem wystartowania, lecz Hakokieł się cofa. Na jego drodze stoi Valeria.

– Lecę z wami. – mówi z odwagą w głosie.

– Ty z nami? – Sączysmark kręci głową mamrocząc coś pod nosem. – Nie ma mowy.

– Mogę się przydać.

– Valerio, lecimy na wyspę człowieka, który przy pierwszej lepszej okazji zechce nas zestrzelić. – uświadamia ją Śledzik. Dziewczyna zagryza warkę. – Lepiej będzie jak zostaniesz tu na Berk.

– Lecę z wami. – powtarza uparta. Podchodzi do Sztukamięs, aby usiąść za blondynem.

– Powiedziałem, że nie. Nie mam zamiaru mieć na sumieniu dziewczyny, która nie wie jak walczyć.

Odwraca się w stronę Sączysmarka. Wkurzyła się. W jej oczach da się dostrzec złość. Pewnie, gdyby nie siedział teraz na smoku z łatwością oberwałby w szczękę, brzuch, i ramię.

– Każda kobieta to wojowniczka. Licz się ze słowami, Smarku.

Patrzy na nią piorunująco, ale ona jedynie wsiada przy pomocy Śledzika na smoka. Nie protestują. Po prostu odlatują na smokach w kierunku wyspy Sollar.

Astrid

Stoję przed lustrem. W białej sukni. Włosach mam upięte w luźnego koka. Gdyby tylko nie moje puste spojrzenie. Gdyby nie czerwone policzki i wyschnięte łzy, które otarłam. Gdybym tylko się uśmiechnęła, było by pięknie.

Stoję przed lustrem. Sama. Bez Brietty i jej docinków z komplementami. Bez ojca, który patrzył na mnie z uśmiechem, kiedy wypływaliśmy na Berk, na święta. Mama nie przyszła do domu na noc. Nie mogę nawet pójść do Atmy, żeby sprawdzić czy moja matka tam jest. Nie mam prawa wyjść z domu. Wyjdę dopiero w godzinę zawarcia związku małżeńskiego. Z tego co udało mi się usłyszeć ślub ma się odbyć w wiosce, na środku rynku.

Powiem NIE.

Powiem stanowcze NIE.

Zabiorę ręce. Nie wykonam rozkazu. Nie takiego.

Będę dzisiaj silna. Nie pokażę jak bardzo cierpię. Nie dam się znów zdeptać. Rzucę się z klifu, ale nie poślubię kogoś kogo nie kocham, kogoś kto nie kocha mnie. Nie skażę siebie na wieczne nieszczęście.

Słyszę skrzypienie drzwi. Do mojego pokoju zagląda Harris. Mierzy mnie od góry do dołu wzrokiem, a na jego twarzy maluje się zachwyt, od którego skręca mnie w żołądku. Zamyka drzwi i bezczelnie wchodzi do środka. Już nawet nie rzucam w nim rzeczami, ani obelgami. Strzępię sobie język, a on ma moje uwagi za nic.

– Wiem, że oglądanie panny młodej przed ślubem ponoć przynosi pecha, ale nie mogłem się powstrzymać.

To to drobnostka. Szkoda, że nie mógł się powstrzymać od podlejszych czynów.

Staje za mną. Przygląda mi się w lustrze powoli przebiegając wzrokiem na moją głowę. Spada spojrzeniem niżej na ramię. Podnosi swoją rękę i dotyka mojego ramienia palcami. Czuję wstręt.

Jego druga ręka obejmuje mnie w talii. Wzdrygam się. Czuję jak przepływa po mnie zimna fala szoku. Nie mogę zamknąć oczu, bo zobaczę obrazy łowców jak mnie torturują. Te ich obślizgłe łapska na moich nogach, rękach...

Nie zamykaj oczu. Nie zamykaj oczu...

– Nie mogę się doczekać, aż będę mógł cię... – Zbliża swoje usta do mojej szyi.

Dosyć. Nie zniosę tego, ani chwili dłużej.

Obracam się w jego stronę i mierzę z otwartej dłoni w jego policzek. Tak. Zrobiłam to. Spoliczkowałam Harrisa.

– Nigdy więcej, nie waż się mnie dotykać. Zrozumiałeś?!

Patrzy na mnie oniemiały. Jakbym go obudziła z jakiegoś transu. Stoi naprzeciw mnie, dotykając swojego czerwonego policzka i się gapi.

– Nie wyjdę za ciebie. Wybij to sobie z głowy.

– Pożałujesz tego, niewdzięcznico. – Zmierza w moją stronę z furią. Biorę do ręki topór, który leży przy łóżku. – Odłóż tą broń, bo się skaleczysz.

– Nie zbliżaj się do mnie! Nie boję się ciebie, ani mojego ojca...

– Żałosne. Słyszałem o uciekającej pannie młodej, ale o takiej z siekierą? Zabawna jesteś.

Staje przede mną jakby w ogóle nie bał się, że odrąbię mu ręce i nogi. Przystawiam mu ostrze do szyi. Zastyga w bez ruchu.

– Jestem śmiertelnie poważna. Nikt bez mojej zgody nie będzie mnie dotykał! Jesteś głupcem, jeśli myślisz, że wejście w intrygę mojego ojca coś ci da. Mój ojciec jest bezwzględnym, zawistnym i egoistycznym człowiekiem. Nie dba o niczyje szczęście. Jeżeli chcesz być taki jak on rób dalej to co robisz. Wątpię, by twoja siostra cieszyła się z tego co wyczyniasz. A ja mówię to po raz kolejny i niech to trafi do twojego zakutego łba: Ja Cię nie poślubię!

Kopię go w kroczę. Jęczy z bólu zginając się w pół. Korzystam z szansy i wybiegam z sypialni. W ręku trzymam siekierę. Zbiegam po schodach. Spoglądam na parter. W palenisku tli się ogień. W chacie panuje porządek. Nie widzę ojca, ani matki. Ruszam do drzwi, otwieram je i mam zamiar wyjść. Drogę tarasuje mi dwoje wikingów z bronią. Mierzą mnie wzrokiem od góry do dołu.

– Zejść mi z drogi. – mówię głośno i wyraźnie.

– Mamy rozkaz pilnować ciebie, Pani. – odpowiadają wspólnie.

– Słuchanie mojego ojca to błąd. – Popycham jednego i drugiego kopniakiem. Próbują mnie złapać, ale jestem szybsza.

Biegnę ile sił w nogach. Widzę jak ludzie dekorują wioskę. Wieszają girlandy, zdobią domy kwiatami, a jednak na ich twarzach widnieje niechęć i smutek. Nie zatrzymuję się. Mijam studnię, domy, wpadam na dwie osoby i wytrącam kosz z jabłkami. Dziewczyna i mężczyzna patrzą na mnie z zaskoczeniem. Wypowiadają moje imię, mierzą mnie wzrokiem, a ja uciekam. Uciekam do lasu.

Czkawka

Nocą dotarliśmy na Sollar. Udało się. Całe szczęście, że nikt nas nie zauważył. Na brzegu wyspy stali łucznicy. Oczywiście, przecież najłatwiej pozbyć się jeźdźca wystrzelając strzałę niż zmierzyć się z nim na ziemi. Zostawię to bez komentarza. Najważniejsze, że dotarliśmy na Sollar niezauważeni. Wtopiliśmy się w noc.

Teraz siedzimy w jaskini. Od razu po wylądowaniu miałem ochotę ruszyć do Astrid, ale nie mogłem. Musiał pójść Fredrik, ale nie poszedł. Był wykończony podróżą. Cóż, mówi się trudno. Tej nocy dostaniemy się do Astrid.

Jest popołudnie. Wiem, że głupio będzie opuścić kryjówkę w biały dzień, więc czekamy na noc. Aktualnie siedzimy przy ognisku z Eretem i Fredrikiem. Smoki odpoczywają. Szczerbatek doszedł do siebie co mnie nieco uspokaja.

Fredrik uciął sobie drzemkę. Eret trzymał wartę pół nocy, ja pilnowałem nas kilka godzin wcześniej. Szczerze, trudno było mi spać, ale przynajmniej zdrzemnąłem się trzy godzinki.

Opuszczam siedzenie przy palenisku i ruszam do wyjścia z jaskini. Opieram się o skalną ścianę bokiem i patrzę przed siebie. Niebo, las, ocean. Tylko to. I cisza przerywana świstem wiatru.

– O czym myślisz? – Eret przystaje obok mnie. Chowa ręce za plecami skupiając swoje piwne oczy na widoku.

– O niczym takim. – odpowiadam wzruszając ramionami.

– Ta obojętność w twoim głosie jest dobijająca. Zwątpiłeś, że plan się powiedzie?

Kręcę głową. Uśmiecham się pod nosem.

– Uda się. Wiem to. Tylko, że...

– Obawiasz się zakończenia. Myślisz, że się spotkacie i nagle znów zostaniecie rozłączeni.

– Nie tego się boję. – wzdycham. Czuję na sobie jego spojrzenie domagające się szerszej wypowiedzi. – Nie chcę wojny. Nie chcę rozlewu krwi. Dałbym sobie spokój, jeśli ona rzeczywiście by tego chciała, ale wiem, że jest inaczej.

Moje spojrzenie krzyżuje się z piwnymi oczami przyjaciela.

– Czuję się za nią odpowiedzialny. Tak samo odpowiedzialny jak za Szczerbatka, jeźdźców, albo Berk. Jeśli coś by się im stało, nigdy bym sobie nie wybaczył.

Zamykam oczy.

Każdy targa na swych barkach jakiś bagaż. Wspomnienia, obowiązki, cierpienie, przeszłość. Cokolwiek mnie w życiu spotkało dało mi jakąś lekcję. Wyciągam wnioski, próbuję rozwiązywać problemy, staram się, ale... Czasami tak trudno w to brnąć. Czasami mam ochotę wszystko rzucić choć wiem, że nie mogę. Że muszę wrócić i z tym walczyć. Bez względu na ryzyko.

– Nie wiem jak się zaczęło z tobą i Astrid, ale jestem pewien, że wszystko dzieje się po coś. Najwyraźniej waszym przeznaczeniem było się spotkać.

Uśmiecham się. Może Eret ma rację. Może wszechświat ma plan wobec każdego z nas. Na pewno. Może od samego początku wszystko było zaplanowane, tylko żadne z nas nie miało o tym pojęcia, a tym bardziej wpływu na to co się wydarzy.

– Chyba masz rację.

Śmieje się na moją odpowiedź, po czym jego usta pozostają wygięte w miłym uśmiechu.

Nagle słyszymy z zewnątrz czyjeś kroki. Ktoś biegnie. To pewne. Eret wyjmuje miecz, a ja piekło. Przylegamy do ściany jaskini. Ktoś nas na pewno zauważył. Cholera.

– Znaleźli nas? – szepcze brunet. Szturcham go w ramię. Milknie natychmiast.

Ktoś się zatrzymuje. Słyszę sapanie. Ktoś dotarł na górę. Wciągam głęboko powietrze. Wyjść, nie wyjść?

Eret chce się wychylić. Powstrzymuję go dłonią.

Ktoś z zewnątrz chyba nas słyszy. Podchodzi bliżej, widzę jak cień postaci rysuje się na ziemi.

Raz kozie śmierć!

Wybiegam z piekłem na zewnątrz. Postać odskakuje do tyłu niemal potykając się o własne nogi.

Znowu kobieta. Nie byle jaka.

Imię nie przechodzi mi przez gardło. Tracę czucie w ręce, lecz wciąż trzymam miecz. Lustruję ją wzrokiem. Brakuje mi tchu.

Jej oczy spoglądają w moje. Prostuje się. Wyrzuca broń, odbija się od skały i ląduje na ziemi z hukiem metalu. Nie wiem czy się cieszę. Jestem w szoku. Ona też.

Nie jestem wstanie się ruszyć. Patrzymy na siebie jakbyśmy rzeczywiście nie byli zdolni uwierzyć w to, że naprawdę stoimy naprzeciw siebie.

Jest w białej sukni. Wygląda pięknie. Jest ubrana w ślubną suknię...

Robi krok w moją stronę. Wydaje mi się, że to dzieje się w zwolnionym tempie, kiedy biegnie wprost na mnie i rzuca mi się na szyje. Obejmuję ją przyciskając do siebie. Wypuszczam piekło z ręki.

– Prosiłam, żebyś tu nie przylatywał. Dlaczego mnie nie posłuchałeś?

– Bo ten gość nie słucha nikogo. – Z ukrycia wychodzi Eret. Chowa miecz do pochwy i podchodzi do nas. – Cześć, wojowniczko.

Posyła mu krótki uśmiech, a później wraca do mnie.

– Martwiłem się. – Styka swoje czoło z moim. – Nie mogłem nie przylecieć.

– W porządku. Cieszę się, że jesteś.

Uśmiecham się, całuję ją w czoło.

– Słuchajcie, ja wiem, że długo się nie widzieliście i to urocze widzieć was razem, ale... Astrid co ty tu robisz? Nikt cię nie pilnuje? I co ty masz na sobie?

Odsuwa się ode mnie skupiając spojrzenie na piwnookim. Podnosi w rękach dół sukienki i opuszcza. W jej oczach dostrzegam złość, waleczność i odwagę. Ostatni raz widziałem coś podobnego, gdy zacząłem ją dopiero poznawać.

– Harris pewnie już powiadomił mojego ojca. Chyba zaczęli mnie szukać.

– Czekaj – Kieruje na mnie spojrzenie. – Powiedziałaś Harris?

– Dobrze słyszałeś. Brat Valeri.

Wryło mnie w ziemię. Nie mogę się ruszyć.

– Chodźcie, nie będziemy rozmawiać na widoku.

Astrid się zgadza. Idzie do jaskini pozostawia mnie wrytego w ziemię.

C-co? Harris tutaj? Dlaczego? Po co? Jak?

Astrid wchodzi do jaskini. Słyszę jak woła Wichurę z wielką radością w głosie i jak biegnie się z nią przywitać. Z szokiem wracam do kryjówki i zajmuję miejsce przy Szczerbatku.

Narrator

Od kiedy Valeria opuściła dom Haddocków, małżeństwo nie potrafiło do końca pojąć co zaszło. Na pewno zrozumieli, że dziewczyna nie zamierza poślubić ich syna, ponieważ wie, że jego serce należy do innej. Nie zrobiła o to wielkiej awantury, nie miała żadnych pretensji. Ona go rozumiała i przez to Stoick Ważki, siedzi siedzi teraz w fotelu wściekając się na samego siebie.

– Nie słuchałem go. To moja wina.

Kobieta o kasztanowych włosach spogląda na męża uśmiechając się kojąco. Słyszy z jaką goryczą w głosie mówi o sobie.

– Pyskacz to widział, mówił mi, że Czkawka się zakochał w tej Astrid, a ja nie chciałem się z tym pogodzić. Po co ja pchałem go w ramiona Valeri?

– Chciałeś dobrze. Nie wyszło. Trudno. – próbuje go uspokoić małżonka.

– Poleciał do niej. Na pewno poleciał. A teraz... Bogowie, to się źle skończy.

Podpiera się na łokciu zakrywając usta dłonią. Jego zmartwione oczy biegną do paleniska i podziwiają tańczące płomienie.

Drzwi się nagle otwierają z hukiem. Valka i Stoick odwracają wzrok na wejście do domu. W progu stoi otyły blond wąsaty kowal. Jego mina wyraża zmartwienie i jednocześnie radość.

– Nie uwierzysz Stoick czego się właśnie dowiedziałem. – rzuca uradowany. Wchodzi głębiej do chaty, kiedy wódz prostuje się w fotelu.

– Czkawka wrócił?

– A gdzie, co ty! – śmieje się gestykulując ręką z hakiem. – Jeźdźcy polecieli za nimi.

Wstaje z swojego tronu zdenerwowany.

– Jak to polecieli? Wszyscy? Co się dzieje na tej wsypie, do Thora ciężkiego?!

– Och, uspokój się, Stoick. Ciesz się lepiej, że polecieli. Z większą grupą mają jakieś szanse. Nie panikuj.

Obaj dziwią się szatynce. Wydaje się bardziej spokojniejsza niż oni. W głębi duszy drży o bezpieczeństwo jedynego syna. Ufa mu, wierzy w niego, ale troska matki o własne dziecko nigdy nie ustaje.

Czkawka

– Od kiedy wróciłam na Sollar siedzę zamknięta w domu. Straże stoją pod drzwiami i pilnują, żebym nie wyszła z chaty. I nikt poza matką i ojcem nie ma prawa mnie odwiedzić. Od wczoraj nie widziałam mamy. Ojciec mówił, że poszła do zielarki, ale do dziś by wróciła. Nie wiem gdzie jest. Co do Harrisa, ojciec go zaprosił. Powiedział, że dziś o zachodzie słońca go poślubię i popłynę na Dorel. Powiedział, że jeśli tak bardzo marzy mi się wolność, to teraz będę wolna na innej wyspie z mężem przy boku i...

Siedzę i gapię się w ogień. Jestem delikatnie mówiąc wściekły, wkurzony i ledwo co powstrzymuję się od wybuchnięcia gniewem.

– Nie zgodziłaś się. – wypowiadam te słowa tak cicho na ile pozwalają mi nerwy. Sam czuję, że mój głos jest przesiąknięty nienawiścią.

– Oczywiście, że nie. – przysięga blondynka. Słyszę jak wstaje i siada obok mnie. Odwraca moją twarz ku sobie.

Uśmiecha się w ten swój czuły sposób. Zapewnia mnie, a ja mimo to czuję ukłucie w sercu. Wierzę jej. Mam żal do siebie o to, że pomyślałem, iż mogłaby postąpić inaczej.

– Co było dalej? – Eret domaga się więcej wiadomości.

– Wróciłam do pokoju. Za mną przyszedł Harris, ja się z nim pokłóciłam i oberwało mi się ostrymi słowami.

Jak może mówić takie rzeczy z takim spokojem?!

– Dał mi pudło z tą sukienką. – wskazuje ręką na ubranie. – Miałam się przyszykować. Mówiłam sobie przed lustrem, że się nie zgodzę, że jakoś z tego wybrnę i wtedy wszedł. Zaczął gadać bzdury o nocy poślubnej i wyprowadził mnie z równowagi. Oberwał. Oberwali strażnicy przed domem. Uciekłam i... teraz jestem tu.

Wciągam powietrze. Zaciskam pięści. Jestem wkurzony. Bardzo.

Szczerbatek pomrukuje. Wpycha łeb między nas, Astrid opiera się do tyłu o brzuch Wichury. Oba smoki cieszą się, że ją widzą.

– Zabierzemy cię na Berk. – mówię wstając. Otrzepuję spodnie.

– Czkawka, nie. Nie teraz. Nie możemy...

– Eret, nie wkurzaj mnie. Słyszałeś co powiedziała?!

– Tak. I dlatego mówię ci, że nie możemy jej ze sobą zabrać.

Nie no ja chyba śnię!

– Astrid... – Kieruję na nią wzrok. Patrzy na mnie ze smutkiem.

– Eret ma rację.

Okej. Czyli tylko ja jestem na skraju załamania nerwowego. Przysięgam, że jak tylko dorwę Harrisa w swoje ręce to go rozszarpię.

– Porwanie to nie jest dobry ruch.

– Źle to nazywasz. To ratunek.

– Ratunkiem, możesz nazwać wydostanie jej z więzienia Drago. Sollar to jej dom.

– Więzienie. – poprawia go Astrid. Przewraca oczami na słowa blondynki.

– Twoim zdaniem. Z punktu widzenia Edgara to twój dom. – rzuca do Hofferson. Wzdycham.

– To co mam robić? Czekać, aż Edgar zaciągnie ją pod ołtarz i połączy węzłem małżeńskim z Harrisem? Dzięki, ale nie zamierzam się na to iść.

Eret łapie mnie za ramiona. Potrząsa mną.

– Czy ty nic nie rozumiesz? Prawo wyraźnie mówi, że to rodzice decydują za kogo i kiedy ich dzieci wchodzą w związek małżeński. Jeśli ją zabierzesz bez zgody Edgara, to będzie porwanie. Przestępstwo i będziesz musiał zostać ukarany. Chcesz umrzeć?

Podnoszę wzrok. Jego poważne spojrzenie krzyżuje się z moim.

Nagle w jaskini roznosi się głos kupca Fredrika. Nie odezwał się od chwili, gdy przyszła Astrid witając się z nim ciepło. Przysłuchiwał się tylko naszej dyskusji nie odzywając ani razu.

– Dajcie sobie lepiej spokój. Edgar to człowiek, który bez końca wraca do przeszłości. Przesiąknął nienawiścią do losu jaki spotkał jego rodzinę. Nic i nikt nie naprawi jego spojrzenia na świat.

– Nic i nikt. – odzywa się Astrid.

Patrzę na nią. W jej oczach nagle widać pustkę. Obojętność. Patrzy w jeden punt z miną, która nie wyraża nic.

Czuję, że stało się coś złego. Coś o czym jeszcze nie wiem i na pewno się dowiem. Astrid zawsze jakoś próbowała powiedzieć coś dobrego o tacie, bronić, coś co jakimś sposobem czyniło z niego człowieka. A teraz mówi o nim jak o czymś nic nie znaczącym.

Nagle zapada cisza. W jaskini słychać tylko trzeszczący ogień. Szczerbatek przystaje obok mnie trącają moją rękę. Dotykam jego czarnych łusek. Niestety to nie pomaga. Nie potrafię się uspokoić.

Na zewnątrz słychać głuche krzyki i rozkazy. Daję znak wszystkim, aby nikt się nie odzywał.

– Szukajcie jej! Nie mogła uciec daleko!

Znam ten oschły szorstki głos. To Edgar. Znów czuję jak rozpiera mnie furia.

– Wie Wódz, na mojej wyspie kobiety znają swoje miejsce. Pańska córka to niewychowana i bezczelna...

Przystaję pod ścianą wychylając głowę. Widzę jak Edgar łapie Harrisa za fraki i miażdży wzrokiem. Wkurzył się.

– Mówisz o mojej córce i swojej narzeczonej. Jeszcze jedno złe słowo o niej powiesz, to wbiję ci topór w czaszkę, zrozumiałeś?! Astrid to moje jedyne dziecko, moja krew, dziedziczka tronu Sollar.

Popycha Harrisa i rusza dalej w naszą stronę. Przywieram do ściany. Astrid stoi zaraz obok mnie. W ręku trzyma topór.

– Szlak mnie zaraz trafi. – szepczę.

Odwraca moją twarz do siebie. Całuje mnie krótko, a moje serce robi salto.

– Nie rób niczego głupiego.

– Co?

Wymija mnie. Wychodzi z ukrycia. Chcę ją zatrzymać, przyciągnąć z powrotem, krzyknąć za nią, ale Eret zakrywa mi usta i ciągnie do tyłu.

Astrid

Pierwsze uczucie, kiedy ujrzałam Czkawkę? Szok, radość, ulgę. Mieszanka, która wzbudziła moje serce do mocniejszego bicia. Nie śniłam, to działo się naprawdę. Trzymał mnie, przytulał, mówił do mnie, a ja w końcu przez tą krótką chwilę poczułam się bezpiecznie.

Nie wiem jak tu dotarli, w zasadzie nie zdążyłam o to zapytać, ponieważ sama zaczęłam opowiadać co się wydarzyło na Sollar. Czkawka jest wściekły. Jego gniew w oczach i targające nim złe emocje odbierają mu łagodność. I samo spojrzenie na mnie go nie uspokaja. Tak jakby się bał, że go zostawię. Znowu.

Muszę wyjść z ukrycia. Jeśli podejdą do wejścia zobaczą Czkawkę i Ereta, i smoki, i rozpęta się piekło. Złapią ich i nie uda mi się ich zatrzymać.

Całuję Czkawkę krótko i wychodzę z jaskini. Staję przed nimi gotowa strącić i ojca i Harrisa z krawędzi. Nie będzie mi żal żadnego z nich.

– Popatrz! – Zauważają mnie.

Ruszam w ich stronę. Nienawidzę ich. Nienawidzę z całego serca.

– Mówiłem, że masz zakaz wychodzenia z domu!

Ojciec chce mnie złapać, ale mu się nie udaje. Odchylam się do tyłu zasłaniając się bronią. Mierzy mnie spojrzeniem.

– Idziemy do domu!

Łapie mnie za rękę. Wyrywam ją.

– Nie! Nie pójdę do domu. Już nigdzie z tobą nie pójdę! I nie waż się mnie więcej dotykać, bo odetnę ci łapska.

Wkurzyłam go jeszcze bardziej. Mam to gdzieś. Nich mówi co chce, może sobie wrzeszczeć i prawić mi kazania. Mam go gdzieś.

– Jak ty się odzywasz do ojca?!

– Tak jak sobie na to zasługuje! A ty Harris, zamknij tą jadaczkę, bo zaraz nie wytrzymam i odetnę ci język. Raz już oberwałeś w jaja, chcesz dostać drugi?

Patrzy to na mnie to na przystawione ostrze do swojej szyi. Kątem oka zauważam jak ojciec próbuje mnie złapać, ale popycham Harrisa i odskakuję na bok. Upada na ziemię.

– Nie wyprowadzaj mnie z równowagi! Dosyć! Dosyć tego wszystkiego!

Uśmiecham się. Traci nerwy. Przyzwyczaiłam się. Pokrzyczy, pogrozi, po raz kolejny zrani innych i nie weźmie sobie nic do serca.

– Zrobisz co karzę! Jestem wodzem! Ja wydaję rozkazy i wszyscy mają mnie słuchać!

Czkawka

Słyszę awanturę. Słyszę ton Edgara, jest w kompletnym szale. Słyszę zdeterminowaną odważną Astrid. Nie jest taka sama. Nie boi się go. Nie podda się bez walki.

Ale ja się boję. Poznałem się na Edgarze, wiem, że gdy wpada w gniew nie umie się hamować. Użyje siły, a Astrid nie potrafi zabijać. Nie zabije go. Nie zabije ojca, ani Harrisa, nikogo.

Eret mnie ciągle trzyma, mówi mi cicho, żebym się uspokoił. Mówi, że Astrid sobie poradzi. Być może. Tyle, że ja nie poradzę sobie jak jej się coś stanie. A do tragedii może dość niebawem.

– Nie pomożesz jej jako trup.

Wyszarpuję się. Przylegam do ściany. Słyszę co się dzieje na zewnątrz. Serce podskakuje mi do gardła.

– Nigdzie nie idę! Zostawcie mnie!

– Przestań się opierać! Ile można?!

– Póki starczy mi sił, do końca moich dni będę z tobą walczyć!

Ktoś zarzuca łańcuchy, Astrid piszczy, a później stukot metalu wywołuje u mnie ciarki. Harris się śmieje.

– Jeżeli nie da się po dobroci, trzeba użyć siły. – Zaciskam ręce w pięści. Zamykam oczy. – Szkoda sukienki. Nie przejmuj się. Nawet w płaszczu możesz stanąć przed ołtarzem.

Nie wytrzymam.

– Nie słuchaj go, Czkawka. – Eret kładzie mi dłoń na ramieniu. Czuję jak pieką mnie oczy. – Nie możesz wyjść. Złapią cię i już jej nie uratujesz.

Wyszarpuję ramię. Posyłam przyjacielowi oschłe spojrzenie. Nie mogę tak stać.

Stukot metalu dudni mi w uszach. Słyszę krzyki i protesty Astrid. Śmiech Harrisa. I do tego świadomość, że rodzony ojciec jej to robi...

Zabierają ją. Wiem, że powinienem ruszyć za nią. Wiem, że tak należy, ale...

Odeszli. Nie słychać ich. Zabrali moją Astrid.

Osuwam się po ścianie. Przyciągam do siebie kolana i chowam twarz w dłoniach. Co ze mnie za facet, skoro nie potrafię ochronić ukochanej kobiety? Jestem beznadziejny. Szczerbatek mnie trąca, ale nie mam ochoty na pocieszanie. Zachowałem się okropnie.

– Dobra, jest źle.

– No co ty! Serio? Skąd te wnioski? – rzucam rozgoryczony. Eret wzdycha.

Nie wie co to znaczy oddać kogoś ukochanego dobrowolnie w łapska ludzi, których nienawidzi. Nie zrobiłby tego Briettcie.

– Czkawka, nie możemy panikować. Nie możemy działać pod impulsem.

– Czyli mamy działać z planem, który w żaden sposób nie wypalił. Po cholerę, zabieraliśmy go ze sobą? – macham ręką na Fredrika. – Nie pomógł w żaden sposób.

– Uspokój się.

– Nie! Nie uspokoję się! – wstaję z kamiennej posadzki i podchodzę do Szczerbatka. Pomrukuje zmartwiony. Odsuwa się ode mnie. – Szczerbek? Co ty robisz? – próbuję go dosiąść, ale mi nie pozwala. – Nie żartuj sobie.

– Nie jesteś sobą. Przemyśl kolejny ruch. Od tego może zależeć życie.

– Czyje? – Eret już mnie denerwuje. Inteligent się znalazł.

– Twoje. Astrid. Szczerbatka i Wichury. Wszystkich. – Wstrzymuję oddech. Nie przywalę mu. – Jeźdźcy mówili, że zawsze masz jakiś plan. Cokolwiek się nie działo, zawsze znalazłeś wyjście z kłopotów. Udowodnij, że to prawda.

Pod powiekami czuję łzy. Nie płaczę. Mrugam, aby pozbyć się łez. Wzdycham ciężko.

– Od kiedy pamiętam ja i Jeźdźcy walczymy z Łowcami smoków. Dbamy o ich bezpieczeństwo i ludzi. Dbamy o Berk i siebie nawzajem. Ale w życiu nie spotkałem się z walką o miłość. Nigdy. Zawsze byłem ja i Szczerbatek. Zawsze byli jeźdźcy. Zawsze ojciec, Pyskacz. I zawsze byłem ja. Ja z przemyśleniami, ja z dokonywaniem decyzji. I nagle... pojawiła się Astrid. Spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Znienacka. I wystarczyła sekunda, aby stała się kimś ważnym w moim świecie. I po tym jak się pojawiła wszystko zaczęło być trudniejsze.

– Nikt nie powiedział, że miłość jest łatwa. – odzywa się Fredrik. Nie spoglądam na niego. W dłoniach trzymam pysk Szczerbatka i głaszczę jego łuski. Są takie ciepłe. – Nikt nie powiedział, że życie jest usłane różami. Świat to okrutne miejsce. Każdy dzień to zmierzenie się z rzeczywistością.

– O co ci chodzi? – Nadal jestem zdenerwowany.

Mężczyzna się uśmiecha łagodnie. Podchodzi do mnie i głaszcze Szczerbatka po łbie.

– Niektórym ludziom jest pisane się spotkać. Nie zależnie od tego, gdzie się znajdują, czy dokąd się wybierają, któregoś dnia na siebie wpadną.

Uśmiecham się. Przypominam sobie jak blondynka przycisnęła mnie do ziemi grożąc śmiercią. Pamiętam jak ją przewróciłem i zdałem sobie sprawę, że to nie facet, lecz dziewczyna.

I wszystko wraca. Każda rozmowa, każda chwila, każde spojrzenie, dotyk. I może rzeczywiście Fredrik ma rację. Może to nie przypadek, a przeznaczenie.

– Jaki mamy plan? – rzuca Eret. Przeczesuje swoje włosy spoglądając to na mnie to na kupca.

Nie dopuszczę do ceremonii zaślubin. Nie pozwolę. Astrid jednak ma rację. Nie mogę robić nic głupiego. Dlatego muszę poczekać. Muszę być pewien, że sobie poradzi.

– Chyba coś wymyśliłem. – Skupiają na mnie uwagę. – Łatwe to nie będzie. Trzeba będzie się sprężyć, podejść do tego ze sprytem i uważać.

– Będzie niebezpiecznie?

Uśmiecham się.

– Całkowicie.

– Więc, co proponujesz?

Narrator

Szarpała się całą drogę. Próbowała wyrwać, uciec, lecz nie była wstanie. Słudzy jej ojca z uporem trzymali łańcuchy ciągnąc blondynkę do wioski. Nie płakała. Serce próbował wyrwać się z jej piersi, ale nie uroniła ani jednej łzy. Dziękowała bogom, że nikt nie spostrzegł jej przyjaciół. Dziękowała, za to, że szatyn usłuchał jej prośby i się nie wychylił. A mimo to, bała się. Bała się o życie swoje i bliskich.

Dotarli na miejsce. Została popchnięta. Upadła na ziemię wydając z siebie jęk bólu. Podparła się na łokciach i spojrzała w górę. Nienawidziła go. Nienawidziła z całego serca. I wiedziała, że już nigdy mu nie wybaczy.

– Kiedy do ciebie dotrze, że stąd nie ma ucieczki?

Zagryzła wargę powstrzymując się od splunięcia mu w twarz. Był jej obcy. Już nie znała tego człowieka. Tak naprawdę nigdy go nie znała. Starała się zapamiętać szczery uśmiech, objęcia ojca, słowa przeprosin, ale po tym co zrobił i nadal robi nie potrafi mu wybaczyć.

– Jesteś zły. Bardzo, bardzo zły.

Wymierza w jej policzek. Sekundę później dziewczyna czuje pieczenie na skórze. Leży na ziemi. Samotna łza spływa jej po policzku, a ona ani myśli jej wytrzeć.

– Pozwalasz sobie na zbyt wiele. Jak śmiesz mówić do mnie takim tonem?!

Pewnie nie na miejscu jest się śmiać, lecz ona nie ukrywa rozbawienia. Zbiera się w sobie, aby powstać. Dźwięk metalu obijającego się o siebie potwierdza ruchy. A ona staje na nogach. Nie chwieje się. Utrzymuje się w stabilnym pionie.

– Przegrasz tą wojnę. Zło zawsze przegrywa. Zostaniesz sam jak palec. Nikt za tobą nie zatęskni.

Kolejny raz wymierza w jej policzek.

Odwraca ponownie spojrzenie w jego stronę. I widzi. W oczach Wodza nie dostrzega niczego poza żądzą tego czego pragnie. Nie dostrzega miłości, ani dobra. Nienawiść do przeszłości omotała jego serce. Nie jest już tym samym człowiekiem co kiedyś. Przepadł nieodwracalnie.

– Precz mi z oczu. Zabrać ją do więzienia.

Czworo wojowników wymienia ze sobą spojrzenia. Nie dowierzają. Ojciec chce zamknąć jedyną córkę za kratkami. Oni? Ci sami ludzie, którym blondynka od dziecka posyłała uśmiech i rzucała miłe słowa powitania lub pożegnania. Do tych, którzy patrzyli jak z małej dziewczynki wyrasta piękna i mądra kobieta?

– Wodzu, przecież... – odezwał się jeden z mężczyzn. Od razu został obrzucony lodowatym spojrzeniem.

– Czy ty mi się sprzeciwiasz?! Chcesz zawisnąć?

Przełyka ślinę, oczy niemal nie wypadają mu z orbit.

– Spokojnie, Otto, rób co musisz. To tylko więzienie. I tak wieczorem wyciągną mnie z niego siłą pod ołtarz.

Nie są pewni tego co mają uczynić. Dziewczyna jednak uśmiecha się smutno do mężczyzn. Już ma z nimi odejść, kiedy czyjaś dłoń łapie ją za ramię i odwraca ku sobie.

Patrzy na Harrisa z obrzydzeniem. W jego oczach widzi jedno proste zdanie, którego nie musi wypowiadać. Zamienię twoje życie w piekło.

– Od zawsze takie jest, więc nie będziesz musiał się wysilać. – Odwraca się powoli, ale z powrotem na rzuca mu spojrzeniem. – A, no tak. Nie będziesz miał na to szans.

Rusza do miejsca gdzie ma spędzić najbliższe jej godziny. Wznosi spojrzenie do niebios. Uśmiecha się krótko, kiedy na jej policzek spada zimna kropla deszczu. Niebo płacze nad jej losem. Ona jednak wie, że po każdej burzy wychodzi słońce.

*

Od ponad pół godziny idą przez las. Szczerbatek niechętnie pozwolił oddalić się przyjacielowi. Czkawka obiecał mu jednak, że w razie kłopotów da mu znać, aby przyleciał. Smok bowiem zawsze wyczuwał, kiedy jego jeździec jest w niebezpieczeństwie. Wystarczyło, że dłuższy czas go nie widział, a wiedza, że udał się gdzieś gdzie czeka wróg wywoływała u niego zmartwienie. Poza tym Nocna Furia ma bardziej wyczulony słuch i węch, co jest niezmiernie przydatne w takich sytuacjach.

Fredrik niekoniecznie był zachwycony pomysłem syna wodza Berk. Uważał plan za kompletne szaleństwo i był pewien, że zginą. Jednak poszedł z dwójką jeźdźców. W końcu Czkawka obiecał, że mu się odwdzięczy pomocą.

– Ogłuszacie dwóch strażników. Przebieracie się i...

– I przywiązujemy drani do drzewa. – kończy Eret. Czkawka skina głową. – Serio myślisz, że to wypali?

– Nie wiem.

Zatrzymują się na środku ścieżki. Patrzą na Haddocka z niedowierzaniem.

– Nigdy nie ma stu procentowej pewności, nie? O, i musicie zakryć twarz.

– Mamy paradować w chustach? Pogięło cię? Żaden z strażników nie nosi chusty.

– Zapoczątkujecie nowy trend. – odpowiada i odwraca się by ruszyć dalej ścieżką.

Nie kłócą się z dwudziestolatkiem. Idą dalej razem z nim.

Mija kolejny kwadrans, kiedy wreszcie natrafiają na dwóch wojowników. Z łatwością pozbawiają ich przytomności i zaciągają w środek lasu z zamiarem przebrania się w ich strój. Tylko Czkawka nie zdejmuje stroju do latania.

– A ty? Czemu się nie przebierasz? – pyta zdziwiony kupiec.

Krzyżuje ramiona na klatce piersiowej. Wciąż myśli, czy jego pomysł wypali. Jeszcze mają szansę zmienić taktykę.

– Nie muszę.

Wybałuszają oczy na zielonookiego.

– Rozpoznają cię.

– Niekoniecznie. Nic się złego nie wydarzy.

– Zwariowałeś. – stwierdza Eret. Zapina pas i zawiązuje czarną chustę przykrywając nią usta oraz nos.

– Teraz musicie pójść do wioski. Zachowujcie się swobodnie, tak żeby nikt was o nic nie podejrzewał. Spróbujcie znaleźć Loren. A co najważniejsze, nie dajcie się złapać.

Zgadzają się. Niepewnie, ale wracają na ścieżkę, by ruszyć do wioski. Czkawka stoi w miejscu bijąc się z myślami. Powoli zaczyna wątpić, by cokolwiek się udało.

*

Metalowe drzwi zaskrzypiały, kiedy mężczyzna je otworzył. Astrid rozejrzała się po pomieszczeniu, które było zimne i ponure. Tylko jedna pochodnia oświetlała więzienie. W każdej celi znajdowało się małe okienko, przez które wpadało nieco światła słonecznego.

W prawdzie nigdy nie była w środku. Nigdy nie odwiedziła tego miejsca. Więzienie Sollar znajdowało się na wzgórzu trochę na uboczu wioski. Nikt tam nie zaglądał. Nikt kto nie musiał.

– Wybacz panienko. – przeprasza wojownik.

Dziewczyna uśmiecha się smutno, kiedy ściągają jej kajdany. Łańcuchy opadają na spróchniałe deski wywołując huk.

– Nie przejmuj się. Nie jest tutaj aż tak źle. Bywałam w gorszych miejscach.

Wchodzi do celi. Mężczyzna wydaje się jakby chciał ją powstrzymać, lecz tego nie robi. Mogłaby uciec, a jednak siada pod ścianą. Stoi chwilę w wejściu przyglądając się blondynce w ubrudzonej białej sukni. Żal mu widzieć ją w tym stanie. Ona jednak uśmiecha się krzepko jakby chcąc pocieszyć sługę jej ojca. Rozumie, że mężczyzna musi czynić co czyni. To jego praca. Okrutna praca, ale jednak pozwalająca zarobić na chleb.

– Nie przejmuj się, Otto. Nie mam ci nic za złe.

Zamknął drzwi z kratą. Rzuca ostatnie spojrzenie na blond wojowniczkę, a następnie wychodzi z więzienia. Dopiero kiedy drzwi od budynku się zamykają z trzaskiem ona pozwala sobie na smutek. Kładzie głowę na kolanach i zaczyna nucić cicho kołysankę. Łza spływa po jej policzku, a za nią następna.

Dni, słońca dni Wrócą tu, wierzę w to.

Te dni, słońca dni

Jeszcze wrócą, tu.

*

Eret i Fredrik wyszli z ukrycia zmierzając prosto przed siebie, jakby byli na swojej wyspie. Czkawka przywarł do drzewa ukryty w lesie obserwując życie w wiosce. Kupiec i były łowca udali się na przechadzkę po wyspie dyskretnie rozglądając się za pozostałymi sługami Edgara, lub Astrid. Nie mieli bladego pojęcia gdzie została zabrana.

W centrum wioski trwają ostatnie przygotowania do ceremonii zaślubin. Między domami zawieszono girlandy z kwiatów, a także lampiony. Widać, że mieszkańcy się postarali, aby dzień ślubu wojowniczki został w jej pamięci na długo. Doskonale wiedzieli jak dziewczyna cierpi z tego pomysłu. Od tygodni nie widzieli blondynki, którą zamknięto w domu. Nie było takiej osoby na wyspie, która nie słyszałaby awantury w chacie wodza. Niestety nikt nie mógł nic zrobić. Dzisiaj jednak każdy się postarał, aby niebieskooka, chociaż na widok otoczenia się uśmiechnęła.

Jego wzrok zatrzymuje się na łuku weselnym, pod którym stoi mała dziewczynka z koszyczkiem w ręku i podaje kobiecie kwiatki, które ta wpina w gałązki.

– Astrid nie jest szczęśliwa prawda, mamo? – pyta dziewczynka w dwóch kucykach.

Kobieta wzdycha i przyjmuje kolejny kwiat.

– Niestety, ale na to wygląda. – Dziewczynka spuszcza wzrok do koszyczka. Bawi się kwiatuszkiem, który w jej dłoni wydaje się za duży. – Podaj mi kolejny kwiat, skarbie. – prosi kobieta. Mała od razu wykonuje polecenie.

Czkawka widząc i słysząc co się dzieje, jego serce kolejny raz pragnie wyrwać się z jego piersi. Otrząsa się jednak i wraca wzrokiem do poszukiwań Harrisa.

Próbuje go wypatrzeć przez następne dziesięć minut, aż wreszcie z domu Hoffersonów wychodzi, ten którego Czkawka ma ochotę rozszarpać. Czeka na odpowiedni moment, aż chłopak odejdzie kawałek od centrum, by nikt nie mógł zobaczyć tego co ma się zaraz wydarzyć.

Rusza za nim między drzewami najciszej jak potrafi. Ciągle ma go na widoku. Wizi, że zmierza na jakieś wzgórze. Przyspiesza, aby nie stracić go z oczu. Biegnie. Wreszcie się zatrzymuje.

Harris stoi przed wejściem do jakiegoś prostokątnego budynku. Wyglądem przypomina chatę, lecz wcale nią nie jest. Rozgląda się dokoła sprawdzając czy nikt go nie widzi, a następnie otwiera drzwi i wchodzi do środka.

Jeździec gwiżdże. Mija kilka sekund, kiedy obok szatyna pojawia się