FANDOM


Witam Wszystkich!

Oto mój pierwszy blog, więc mogą pojawić sie błedy itp. :P Prosiłabym o szczere komentarze. Wysłucham komplementów, spekulacji, a takze krytyki. Piszcie co chcecie :) Miłego czytania!

Ogólnie:
Logo
  • Akcja dzieje się po JWS2;
  • Czkawka i inni mają po 20 lat;
  • Jest Valka;
  • Stoick nie żyje;
  • Sączysmark jest z Heather;
  • Śledzik jest ze Szpadką;
  • Jest Hiccstrid;
  • Będą nowe smoki;
  • Narracja jest trzecioosobowa;
  • Czas dodawania rozdziałów nie jest określony, ale postaram się wrzucać jeden co mniej więcej tydzień ;)

UWAGA!

Niektóre z wydarzeń, czy zachowań i umiejętności smoków i ludzi mogą być niezgodne z prawdą! Proszę mi tego nienapominać :)


Rozdział I - "Zanim padnie strzał"

Słońce już dawno zniknęło za horyzontem. Niebo okryło się czarną barwą. Zapanowała ciemna, zimna noc. Mimo to wyspę rozświetlała pomarańczowa poświata. Ogień. Wszystko otaczały języki czerwonego ognia. Pożerał domy, lasy, farmy… oraz ciała ludzi, którzy polegli w walce. Panowała cisza. Złowroga cisza przerywana tylko stękaniem palącego się drewna i rykiem wiatru. Piekielna cisza. Między szczątkami wioski przenikały ciemne sylwetki, szukające ocalałych. Lecz nie po to, aby im pomóc.

-Znaleźliście kogoś? – zawołał jakiś mężczyzna, po czym zakaszlał. Drażniący dym dostał mu się do gardła.

-Nikogo! – odkrzyknął drugi, zasłaniając usta i nos dłonią. – Chyba wybiliśmy wszystkich.

-Nie bądź tego taki pewien. – odezwał się trzeci. – Ci wikingowie są jak wszy-wystarczy jeden, aby powstać na nowo. Przeszukać wyspę jeszcze raz! – rozkazał. – Zabijać bez wahania. I postarajcie się znaleźć naszych. Każda para rąk się przyda…

Po czym grupa najeźdźców zniknęła za ścianą ognia. W tej chwili nieznaczny szelest zakołysał pobliskimi krzewami- jedynymi, które nie zajęły się ogniem. To nie był ruch wywołany przez wiatr. Z pomiędzy liści wyłonił się młody wiking. Mógł mieć najwyżej dwadzieścia dwa lata. Wystawił głowę ponad umierający krzew. Kilka liści opadło na ziemię. Wstał, rozglądając się dookoła. Gdy upewnił się, że w okolicy nie ma wrogów, wyszedł ze swojej kryjówki. Był to dobrze zbudowany, barczysty chłopak, co nietypowe, o łagodnych rysach twarzy. Poprawił hełm, z którego spływały kruczoczarne włosy, miejscami spalone. Na brodzie wyrastała mu niewielka bródka. W dłoniach trzymał łuk i lekko naciągniętą na cięciwę strzale, w każdej chwili gotowej do ataku. Nie był ranny. Może tylko usmarowany ziemią i sadzą. Ubrania miał rozprute, jakby ktoś napierał na niego toporem. Bo tak właściwie było. Przygarbiony zaczął się skradać w stronę jednego z płonących domów. Starał się iść niezauważony, lecz to nie było łatwe, zwarzywszy na jego tępą posturę i dość wysoki wzrost. Oczy w kolorze morza zaczęły łzawić, gdy tylko ostry dym otarł mu się o twarz. Próbował uspokoić oddech, lecz niewiele to dało. Słyszał w uszach jak serce obija się o jego żebra. Całe jego ciało nakazywało uciekać, skryć się i przeczekać tę piekielną wojnę. Ostatkiem siły woli odrzucił od siebie chęć ucieczki, mimo to wiedział, że byłoby najlepsze wyjście. Starał się oddychać spokojnie, mimo to drażniący dym dostał się do gardła chłopaka. Zachrypiał, naciągając na nos nadpaloną koszulę. Niewiele to pomogło. Szedł ścieżką, bacząc na każdy krok, gdy kilka metrów przed sobą usłyszał trzask łamanej deski. W pierwszej chwili zupełnie zesztywniał, wbijając przerażony wzrok w pagórek, za którym rozległ się dźwięk. Od uszu odbiły się tupot kroków o kamienną dróżkę. Wybudził się ze stanu zdrętwienia i naciągnął cięciwę mocniej, do samej twarzy, celują w tamtym kierunku. Sztywnym krokiem ruszył pod górę. Gdy postawił nogę na szczycie, strzałę trzymał już tylko opuszkami palców. Cały drżał. Starał się opanować ciało, aby precyzyjnie trafić w majaczącą w dymie postać. Nagle sylwetka zwróciła się do niego przodem. Uniosła ręce, pokazując, że nie sięga po broń.

-Spokojnie, braciszku. – odezwała się postać. – To ja.

Chłopak opuścił łuk. W pierwszej chwili zupełnie zamarł. Postać przedarła się przez dym, zatrzymując się jakieś dziesięć metrów przed nim. Był to mężczyzna powyżej dwudziestu pięciu lat. Był dobrze zbudowany, trochę wyższy on chłopaka. Miał te same czarne włosy i łagodny wyraz twarzy. Przyjacielski uśmiech tonął pod ciemna brodą. Na plecy miał zarzucone białe, lekko spalone futro. Rozłożył ręce, jakby chciał go przytulić.

-F-Festus… - wyjąkał młodszy wiking. – Ty żyjesz…

W jego głosie rozbłysnęły zdziwienie, ale i radość.

-Udało nam się, Nicuś – wyszczerzył zęby. Miał rozcięty łuk brwiowy. Stróżka krwi spływała na jego oko brązowej barwy. Kilka ran widniało także na jego rękach, ale nie szczególnie się tym przejmował. –Naprawdę jesteś taki zaskoczony?

Oczy Nica zabłysnęły w świetle ognia. Czuł łzy spływające po policzku. Kąciki ust mimowolnie rozciągnęły się. Udało się. Naprawdę się udało! Otworzył usta, chcąc coś powiedzieć, ale głos ugrzązł mu w gardle, gdy zobaczył inną postać stojącą za Festusem. Cień, zmywający się z czernią dymu, sięgnął ręką za plecy. Obraz był tak zniekształcony, przez ogień i sadzę, że przez chwilę Nicolas nie mógł odczytać ruchów tajemniczego mężczyzny. Zmrużył oczy. Gdy widok nabrał ostrości postać naciągnęła na cięciwę strzałę, mierząc w plecy Festusa.

-FESTUS! – ryknął rozpaczliwie, rzucając się w stronę brata.

Starszy chłopak zareagował zbyt wolno, aby cokolwiek zrobić. Obrócił się zaniepokojony w chwili, gdy wróg puścił cięciwę. Grot strzały gładko zatopiły się w ciele Festusa. Zatoczył się do tyłu, padając bezwładnie na ziemię.

-NIE! – krzyknął Nico, czując jakby milion cieniutkich nici wżynało mu się w serce.

Czas zwolnił. Zatrzymał się przy rannym bracie, podczas gdy wróg szykował się do następnego strzału. Zacisnął zęby. Napiął cięciwę. Niebieskie pióra musnęły jego policzek, kiedy puścił strzałę. Grot przebił metalowy hełm przeciwnika, który padł bez życia na ziemię. Nałożył kolejny bełt, szukając wzrokiem innych ludzi z wrogiego plemienia. Nikogo więcej nie zobaczył. Wtedy czas powrócił do swojego normalnego tempa. Rozluźnił zaciśnięte na cięciwie palce, spoglądając w dół-na swojego brata. Ten widok wstrząsnął jego światem, wstrzymał oddech, skrępował każdy ruch. Zdawać by się mogło, że tylko serce chłopaka nadal jest w stanie biec. Choć nie był pewien, czy na długo. Widok krwi ściekającej z przebitej krtani Festusa pozbawił go jakiekolwiek władzy nad ciałem. Padł na kolana, pochylony nad ciałem chłopaka. Rozchylił usta. Chciał wrzeszczeć, wyć, krzyczeć, jaki ten świat jest niesprawiedliwy. Lecz ze ściśniętego gardła wydobył się tylko żałosny jęk. Przepełniony bólem jęk. Podniósł drżącą dłoń, ujmując policzek brata.

-D… D-dlaczego…? – wydukał.

-Nie pytaj… - odpowiedział słabym, niemal niesłyszalnym głosem.

Otworzył lekko oczy, patrząc na młodszego brata. Uśmiechnął się, co było absurdalne w tej sytuacji. Z kącika ust spłynęła stróżka krwi. Nicolas zacisnął zęby.

-Nie śmiej się… - wysyczał, chcąc, aby jego głos brzmiał chodzić trochę groźnie. – Jak… jak możesz się teraz śmiać?

-W porcie jest łódź… jest tam kompas, jedzenie… możesz uciec…

-Możemy uciec! – poprawił go z iskrami nadziei w oczach. Przez jedną chwilę się uśmiechnął. Festus jednak pokręcił przecząco głową.

-Nie braciszku… - wydusił.

-Ale… jestem silny! Zaniosę cie tam… - zaczął chlipać. – Wyzdrowiejesz… na pewno…

-Nie, braciszku… - powtórzył. – To twoja droga…

-Nasza droga…

-Twoja… - upierał się. – Uciekniesz stąd i będziesz szczęśliwy…

-Nie będę szczęśliwy. – warknął, nie mogą już znieść uśmiechającego się brata, który na jego oczach umierał. – Będę sam, rozumiesz!

-Nie będziesz. – zachrypiał, co zapewne miało oznaczać śmiech.

Uniósł ciężko ręce, odwiązując z szyi białe futro. Wyciągnął je ku Nico.

-Pamiętaj o mnie, dobrze? Wszystko jest okey… wszystko jest okey…

Mówił to tak pewnie, że przez chwilę byłby w stanie mu uwierzyć. Wyciągnął drżącą rękę i odebrał od brata materiał. Zarzucił futro na plecy i zawiązał. W jego oczach malowała się rezygnacja. Dolna warga mu drżała, jakby chciał coś powiedzieć. Po chwili wydusił:

-Bardzo cie boli…?

-Jak cholera… - parsknął śmiech, przez co miał ochotę strzelić go w twarz. Zachrypiał, wypluwając szkarłatny płyn z ust.

Nico zadrżał. W oddali słychać przybliżające się kroki.

-Mam do ciebie prośbę… - odezwał się Festus tak cicho, że zagłuszała go bryza. -… Tak właściwie… to dwie…

Nicolas wsłuchał się w każde jego słowo.

-Po pierwsze… nie trać nadziei… Dobrze? – gdy odpowiedział skinięciem głowy, kontynuował. – A… a teraz będzie trudniej… - westchnął, patrząc prosto w jego seledynowe oczy. – Tak bardzo cierpię… i nie chcę zginąć z ręki któregoś z tych szczurów… Nico… braciszku…

Nie dokończył. Nie musiał. Nico ścisnął dłonią jego dłoń i wstał. Nogi mu drżały, serce dudniło o żebra. Festus uśmiechnął się po raz kolejny. Patrzył jak młodszy brat nakłada strzałę na cięciwę. Naciągnął ją, mierząc mu w głowę. Wahał się, z oczu spływały mu łzy.

-Kocham cię, braciszku… - wyszeptał Festus, zamykając oczy.

-Ja też cie kocham… - powiedział Nico w myślach.

Zacisnął powieki i puścił cięciwę.

Lodowata pokrywa rzuciła mu się na twarz. Piekące zimno ugryzło go w policzki, uszczypało w nos. Zerwał się, zaciągając powietrze do płuc. Niemal krzyknął. Usiadł, skrywając w dłoniach zmarzniętą głowę. Trwał tak w bez ruchu, jedynie drgał. Po chwili głębokich wdechów rozumiał, co się stało.

-Woda… - prychnął drżącymi ustami. – To tylko woda…

Czuł na języku słody smak, zapach morza i nieprzyjemną, lodowatą wodę, spływającą po czole. Wytarł się grzbietem dłoni i odsłonił twarz. Wziął głęboki wdech. Oczy nadal trzymał zamknięte. Skierował ręce w dół, na kolana. Czując miękkie, ciepłe futro odważył się rozluźnić powieki. Odetchnął ciężko:

-To był tylko sen. – zacisnął pięści na materiale i przybliżył do twarzy. – Tylko sen…

Księżyc rzucał na niewielką, dwuosobową łódź delikatną poświatę. Gwiazdy błyszczały na niebie. Nad oceanem noc strzegła nieba. Słychać było tylko szum fali, popędzanych przez wiatr. Nie były duże, choć najwyraźniej jeden z mocniejszych podmuchów wrzucił nieco wody na pokład. Nico podniósł wzrok z futra na horyzont. Zamrugał oczami, chcąc odpędzić resztki snu. Ścisnął futro mocniej. Zapiekło go pod oczami. Ten obraz, to wspomnienie wydawało się takie odległe, mgliste, a wydarzyło się zaledwie wczoraj. Właśnie wczoraj stracił wszystko. Bez powrotnie. Szybko potrząsnął głową, odsuwając od myśli ten feralny dzień. Sięgnął do torby i wyciągnął kompas.

-Dobra… - spoglądał wyczekująco na narzędzie. – Stały kierunek… prosto przed siebie…

Znów skierował wzrok na połączenie nieba i morza. Woda była tak ciemna, że jedynym, co odróżniało ją od nieba, było falujące światło Księżyca, odbijające się od tafli wody. Schował kompas. Skupił się na jakimś martwym punkcie w oddali. Może czekał aż pojawi się tam jakaś wyspa? Owinął się futrem, podarowanym przez brata jak kocem. Sięgnął po swój hełm i nałożył go na głowę. Przebiegł łódź spojrzeniem, upewniając się, że wszystko jest na swoim miejscu. Łuk i kołczan pełen strzał, skrzynia z jedzeniem… już mu zbrzydły te dorsze. Skrzywił się, wpatrując w kufer pełen ryb, jakby w obawie, że zaraz wyskoczą. Upewniony w myślę, iż jednak tego nie zrobią, przyciągnął do siebie łuk i kołczan. Z nimi zawsze czuł się bezpiecznie. Westchnął, przecierając błyszczące w srebrnym świetle groty strzał. Opadł powoli na drewnianą podłogę. Wpatrzył się w gwiazdy. Małe, błyszczące punkciki migotały do niego przyjaźnie. Złożył dłonie za głowę. Niebo powoli zaczęło się rozjaśniać, gwiazdy bledły. Niedługo nastanie świt.

-Kolejny dzień na morzu… - mruknął smętnie, obracając się na bok. – Kolejny samotny dzień, dryfowania bez celu…

Jeszcze nie wiedział, jak bardzo się myli…

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

To narazie tyle! Mam nadzieję, że wam się spodobał. Nie zanudziliście się? Chciałam, aby w pierwszym rozdziale działa się jakaś akcja. Myślę, że chyba całkiem dobrze mi to wyszło :P

---------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Rozdział II - "Na plaży ze Straszliwcem"

-Wygrywają Czkawka i Szczerbatek z wynikiem 20 punktów! – ogłosił z ekscytacją Pyskacz. – Po raz piętnasty z rzędu!

-Słyszysz mordko? – Czkawka poklepał smoka do karku. – Znowu wygraliśmy!

Nocna Furia zamruczała radości. Wyszczerzył zęby w uśmiechu i nagle zerwał się w górę, okręcając wokół własnej osi. Czkawka mocno chwycił się siodła.

-Łoooo! Kolego, zwolnij!

Smok wykonywał piruety w powietrzu jeszcze przez chwilę, po czym powrócił do spokojnego szybowania nad torem. Chłopak potrząsnął głową, chcąc przywrócić wirujący świat do stanu spoczynku.

-Się znalazł chwalipięta! – skarcił Szczerbatka, który zrobił skruszoną minkę, kryjącą pod sobą chęć ponownego dokuczenia jeźdźcowi. – Wredne gadzisko!

Po wyścigach smoki i ich właściciele spotkali się w twierdzy, aby uczcić udaną zabawę.

-Gdyby nie bliźniaki, mówię wam, wygrałbym z palcem w nosie! – chwalił się Sączysmark, unosząc dumnie kufel.

Hakokieł przewrócił oczami i parsknął na swojego jeźdźca, zapewne coś, co miałoby go urazić, po czym położył się zajadając kopiastą stertę dorszy.

-Zapewne byś wygrał. – skomentowała Heather. – A w czym skarbie, tak ci przeszkadzali?

Chłopak wydął usta, posyłając swojej dziewczynie zniecierpliwione spojrzenie. Opuścił przed chwilą dumnie uniesiony kufel pełen napoju. Żelazne dno uderzyło z metalicznym brzdękiem o stół, ukazując jego zdenerwowanie. Kilka kropel czerwonego trunku wyskoczyło z kufla. Czarnowłosa dziewczyna zaśmiała się cicho, widząc nieprzyjemny grymas na twarzy ukochanego.

-Po prostu przeszkadzali… - wysyczał.

Jednak nie potrafił się na nią długo gniewać i za chwilę siedzieli tuż przy sobie. Sączysmark objął dziewczynę ramieniem i wziął łuk napoju.

-Dobra, ja będę się zbierać. – oznajmił Eret, wstając od stołu. – Czaszkochrup!

Rumblehorn podniósł głowę. Mężczyzna ponaglił smoka gestem ręki. Gdy gad wstał, wziął resztki kurczaka i pokazał pupilowi. Czaszkochrup zamruczał ochoczo, idąc pośpiesznym krokiem ku swojemu jeźdźcowi. Ten podrzucił nad łeb smoka udka, które zaraz zniknęło w naszpikowanej ostrymi zębami paszczy.

-Dobry smoczek. – położył dłoń na łuskowatym pysku. Smok w odpowiedzi trącił go nosem.

Pożegnali się i Erek, w towarzystwie Czaszkochrupa wyszedł z twierdzy. Bramy budynku uderzyły o siebie z głuchym jękiem. Gdy ucichły wewnątrz znów zapanował gwar. Smoki jeźdźców beztrosko bawiły się w polowanie, pozorując pościg i chwytanie zdobyczy albo zajadały ryby lub resztki „przypadkiem” upadające na ziemię. Sączysmark nagadywał jak to by spektakularnie wygrał, a Heather kiwała zgodnie głową. Mimo to przewracała oczami z lekkim uśmiechem, jakby mówiła „ta, jasne…”. Chyba nikt oprócz niej nie słuchał chłopaka. Czkawka i Astrid zajmowali się sobą. Jasnowłosa narzekała na zwycięstwo swojego chłopaka, twierdząc, iż znów ulepszał ogon Szczerbatka, dzięki czemu na lepszą aerodynamikę, zwiększoną szybkość i tak dalej. Wódz jednak unosił ręce i zaprzeczał, za co dziewczyna uderzała w śrubę, która aktywowała żagiel na jego plecach.

-Ha. Ha. Ha… - prychnął. – Bardzo śmieszne.

Śledzik tymczasem chwalił się Szpadce, że znalazł sposób na ujeżdżanie Zębiroga samotnie. Pokazywał jej projekt siodła, umieszczonego na grzbiecie smoka. Dziewczyna z zainteresowaniem przyglądała się schematom i potakiwała, gdy wyjaśniał kolejne etapy lotu. Wkrótce i Czkawka zerknął na plany, a w ślad za nim poszli Astrid, Sączysmark i Heather. Mieczyk nałożył sobie widelec na górną wargę i balansował nim. W jego oczach wydawało się to świetną zabawą.

-Mieczyk!

-Huh?!

Wyprostował się, a sztuciec upadł z łoskotem na stół. Zamrugał powiekami. Przez chwilę na twarzy miał wyraźnego zeza. Przetarł oczy i świat przestał był rozdwojony, a źrenice już nie były skierowane naprzeciw siebie.

-O, co chodzi? – zapytał, widząc, że wszystkie oczy skierowane były w jego stronę.

-Omawiamy technikę lotu na Zębirogu w pojedynkę. – wyjaśnił z lekką irytacją Śledzik.

-Po, co? – wyciągnął ręce ku górze, wzdychając rozkosznie. – Przecież i tak ani ja ani Szpadka nie wybierzemy sobie nowego smoka. Przynajmniej nie ja.

Szpadka posłała mu krzywe spojrzenie.

-Ja też nie będę szukać nowego smoka.

Wym zamruczał ze wdzięcznością i przytulił się do swojej pani. Tak samo postąpił Jot, słysząc, że nie jego jeździec nie chce się go pozbyć.

-W taki razie, po co nam ta wiedza? – pomasował Zębiroga po nosie.

-Uwierz, że może wam się przydać. – odparł Czkawka.

-Właśnie. – poparł go Sączysmark, co nie często się zdarza. – Na przykład, gdy jedno z was się zgubi…

-Albo zostanie porwane. – dopowiedziała Heather.

-A to jest bardzo prawdopodobnie. – podsumował Śledzik, co nie spodobało się Szpadce. Widząc jej nieprzyjazny wyraz twarzy dodał pośpieszne. – Albo, kiedy jedno z was będzie chciało gdzieś polecieć… a drugie nie…

-Właśnie. – dziewczyna jeszcze przez chwilę piłowała go niezadowolonym spojrzeniem, po czym pozwoliła się objąć. – Jak widzisz może na się przydać, braciszku.

Śledzik wysłał ciche podziękowania do bogów, iż udało mu się udobruchać dziewczyną.

-To ja się może pójdę przejść? – zapytał, składając ręce na karku. – Wiecie rozprostuje kości… pozwiedzam…

Widząc brak zainteresowania ze strony przyjaciół poczuł lekki smutek. Od kiedy na Berk zamieszkała Heather, Sączysmark postał owczego rozumu. Latał wokół niej, popisując się i komplementując, w ogóle nie mając czasu na męskie rozrywki z nim. A gdy zgodziła się być jego dziewczyną to już zupełnie podporządkował swój czas jej. Może i lubił Heather, ale zabranie mu przyjaciela było już przesadą. Podobnie w przypadku Szpadki i Śledzika-zakochani w sobie po uszy nie widzą świata, poza swoim związkiem, smokami i wspólnym spędzaniem czasu. Można by powiedzieć, że potraktowali go gorzej niż smoka. Hakokieł, Sztukamięs, oni przynajmniej spędzali z nimi czas.

-No, przynajmniej mam ciebie. – zwrócił się do Jota, którego jednak przy nim nie było.

Podobnie jak Wym zainteresował się możliwością latania tylko z jednym jeźdźcem. Zapewne wynika to z faktu, że wraz z Mieczykiem i Szpadką często się kłócą, co wzbudza konflikty między smoczymi głowami. Najwidoczniej miło by było polatać w ciszy, lecz w towarzystwie człowieka. Mieczyk skrzyżował ręce na piersi.

-To ja się przyjdę! – oznajmił głośno, wstając.

Mruknęli zgodnie w odpowiedzi, nawet nie zaszczyciwszy go spojrzeniem.

-Może znajdę w lesie jakieś Tajfumerangi? – ciągnął z urazą. – Albo Hotburple na skalnych klifach. Kto wie, może nawet Nocną Furię?

Słysząc ostatni wymieniony gatunek Szczerbatek mruknął z goryczą. Wstrzymał pogoń za Wichurą. Wbił żałosny wzrok w Mieczyka, który pogłaskał smoka po głowie.

-Wybacz mały, nie chciałem…

Smok rozciągnął kąciki ust, pokazując mu nagie dziąsła, na znak, że wszystko w porządku, po czym wrócił do zabawy ze smoczymi przyjaciółmi. Chłopak podążał za nim wzrokiem, aż w końcu „upolował” Sztukamięs i rzucił się do ucieczki. Uśmiechnął się nieznacznie, kierując głowę w stronę przyjaciół. W jego oczach rozbłysła uraza, ale i smutek.

-Idę. – powiedział beznamiętnie.

Tym razem nawet nie zamruczeli w odpowiedzi. Zacisnął pięści i wyszedł.

Niepewność. Niepewność i trochę strach… może nutka ulgi i ciekawości. Ale przede wszystkim niepewność. Kiedy na horyzoncie pojawiła się ciemna smuga w pierwszej chwili Nicolas pomyślał, że to wzrok płata mu figle. Ale gdy podpływał coraz bliżej, zrozumiał, że to nie wytwór zmęczonych oczu. To była wyspa. Zacisnął pięść na łuku, układając w głowie jakikolwiek plan. Co go tam spotka? Kogo tam spotka? Może wioskę pełną wikingów? Choć równie dobrze może to był dziewicza wyspa pełna dzików, wilków… smoków… starał się odpędzić te myśli. Miał nadzieje zastać tam jakieś plemię. Przyjazne plemię, które nie potraktuje go jak zepsutą jagnięcinę. Bał się. Bardzo się bał postawić krok na plaży obcej wyspy. A jednak coś go tam ciągnęło. Często ulegał ciekawości, co miało niekiedy fatalne skutki. Wbił wzrok w drewnianą podłogę, rozmyślając nad wszystkimi za i przeciw. Gdy już miał podjąć decyzję, aby wstrzymać się z zwiedzaniem, los podjąć decyzję za niego-dziób łodzi uderzył o brzeg.

-Co do…?! – wydusił, gdy zderzenie z plażą wstrząsnęło pokładem. – Och… jestem na miejscu…

Przełknął głośno ślinę. Wstrząsnął nim zimny dreszcz. Wstał. Zdrętwiałe nogi zatrzęsły się, mało, co nie upadł. Zarzucił kołczan pełen strzał na plecy i ujął łuk w dłonie. Resztę wyposażenia pozostawił na łodzi.

-Okey… będzie dobrze… - starał się dodać sobie otuchy, lecz nie wyszło mu. – Tylko się rozejrzę.

Postawił stopy na białym, ciepłym piachu. Poczuł przyjemne uczucie, rozchodzące się po jego ciele. Miło było w końcu stanąć na twardym lądzie. Rozejrzał się. Aż poza zasięg jego wzroku sięgały białe, piaszczyste brzegi. W wysokich na kilka metrów klifach widniało kilka jaskiń, których na razie postanowił nie zwiedzać. Ponad urwiskami wznosiły się czubki wysokich sosem. W powietrzu rozbrzmiewały szum fal, świergot ptaków i świst wiatru. Przyjemne miejsce na odpoczynek, co długiej wędrówce. Wyciągnął się, rozprostowując zdrętwiałe kości. Przetarł oczy. Patrząc na pomarańczowe klify nadeszła go pewna myśl.

-Pora trochę umilić sobie czas… - stwierdzi i po raz pierwszy od wczorajszej feralnej nocy się uśmiechnął. Był to nikły, prawie niewidoczny uśmiech. Ale był. -… może by tak..

Sięgnął za plecy po strzałę. Nałożył amunicje na cięciwę i przyciągnął aż do policzka. Wycelował w niewidzialną tarczę na chropowatych skałach. Puścił. Pióra zaświstały na wietrze. Grot gładko wbił się w środek tarczy. Skała chrupnęła głośno. Strzała stanęła dopiero, gdy czerwony pasek przywiązany kilka centymetrów pod grotem zetknęła się z klifem.

-Od razu lepiej…

Już miał wystrzelić kolejną strzałę, gdy pobiegło go przenikliwe mruczenie. Rozluźnił cięciwę i rozejrzał się. Wokół nikogo nie było. Spojrzał w górę. Na jednej z wystających gałęzi siedział mały smok. Przyglądał się jego poczynaniom z lekkim zainteresowaniem w zezowatych oczach. Zaparskał niby w śmiechu, lecz ten już nie brzmiał tak przyjaźnie-przypominał drwinę.

-Straszliwiec Straszliwy. – rozpoznał gada. – Czyli jednak to nie jest bezludna wyspa.

Smoki dość rzadko zaglądały na ich wyspę. Pamiętał, że jedyne, jakie widział to Gronkiel, Straszliwce, kilka Śmiertników i Gromogrzmoty. Mógł przysiąc, że w młodości widział także Koszmara Ponocnika. Festus opowiadał mu nie raz, że podczas połowu ryb spotykał również Wrzeńce. Bolesne ukłucie dźgnęło go w serce.

-Festus… - zacisnął dłoń na futrzanym suple, zawiązanym na szyi.

Obserwujący go Straszliwiec zachrapał. Podniósł na niego wzrok. Nie różnił się zbytnio od innych. Miał seledynową barwę i jaśniejszym brzuszkiem i kilkoma elementami, jasnoniebieską pręgę biegnącą od czoła po sam ogon, morsko-błękitne skrzydła, czerwone szpikulce i brązowe rogi oraz pazury. Nic nadzwyczajnego. Jednak coś było nie tak. Ten mały smok znajdował się może trzy metry od niego. To dużo, nawet jak na tak wścibski gatunek. Na rodzinnej wyspie Nica smoki zazwyczaj utrzymywały dystans miedzy ludźmi w wysokości trzydziestu metrów. A ten jeszcze spoglądał na niego tak… Przyjaźnie? Oczywiście nie licząc tego drwiącego chrapania. Postanowił go zignorować. Wymierzył strzała w drugą stworzoną w głowie tarcze i strzelił. Gdy grot zatopił się w skale Straszliwiec wydał pełen podziwu pomruk. Nico uśmiechnął się do gada i kontynuował.

Strzelał tak długo, aż zdrętwiały mu palce i zapiekły opuszki. Kiedy sięgał do kołczanu, aby po raz kolejny trafić w naszpikowaną strzałami ścianę, okazało się, iż zabrakło amunicji. Nieco zaskoczony zdjął kołczan z pleców, aby upewnić się, co do braku strzał. Westchnął i podszedł do klifu. Zaczął wyciągać ze skały bełty, aby móc wykorzystać je jeszcze raz. Skały były podziurawione niczym ser szwajcarski. Seledynowy Straszliwiec, który przez ten czas drzemał, otworzył jedno oko. Przyglądał się poczynaniom chłopaka. Prychnął nagle. Nico zwrócił na niego wzrok, a machnął nieznacznie skrzydłami. Chłopak zaprzestał wyrywania strzał z klifu i podrapał się po głowie.

-Słuchaj… - zaczął. – To może głupie pytanie, ale czy są tu jacyś ludzie?

Straszliwiec przechylił główkę pytająco, po czym skinął.

-Naprawdę? – w oczach Nica rozbłysła nadzieja, ale i niepokój.

Smok potwierdził ruchem głowy.

-A… zaprowadziłbyś mnie tam? – czuł się trochę głupio, prosząc, co coś smoka, ale raczej nie miał wyboru.

Latający gad zmrużył oczy. Patrzały badawczo na chłopaka, niczym na układankę, której nie może ułożyć. Wtem źrenice smoka się zwędziły. Zamiast odpowiedzieć obnażył zęby, aż do samych dziąseł i wydał z siebie syczący dźwięk. Nicolas nie znał się zbytnio na smoka, ale znaczenia tego odgłosu nie musiał rozszyfrowywać. Odskoczył, gdy strumień małego, ale piekielnie gorącego ognia musnął jego przedramię. Straszliwiec zasyczał znów, zwracając się ku niemu. Stanął na gałęzi podnosząc się na tylnych łapach. W rozwartej szczęce zamigotały iskry.

-Przestań! – rozkazał Nico, mając nadzieję, że jego głos brzmi, choć trochę groźnie.

Smok usłuchał. Zamknął pysk i spojrzał na chłopaka zmrużonym wzrokiem. Nagle jego źrenice rozszerzyły się i zachrząkał, jakby w śmiechu. Odleciał. Nico śledził go wzrokiem, aż zniknął na szczycie klifu, po czym zajął się wyciąganiem strzał.

-O, co mu chodziło? – zapytał sam siebie, lecz nie otrzymał żadnej odpowiedzi.


Koniec rozdziału II Nasz Nico spotkał piewszego mieszkańca Berk, bardzo sympatycznego Straszliwca :P A poza tym Mieczyk czuje się odtrącyny i wyruszył na spacer. Jak myślicie co z tego wyniknie? :D Chyba już każdy wie ^^


Rozdział III - "Tajemnicza postać"

Mieczyk tymczasem samotnie kroczył brzegiem plaży. Wędrówka trwała już dość długo. Przez ten czas ominął grupę Gromogrzmotów wygrzewających się na skałach, kilka Ognioglist, wijących gniazdo w jednej z pomniejszych jaskiń w klifach… Mimo to nie wpadł mu do głowy żaden pomysł na jakąś niebezpieczną rozrywkę. Zawsze tak miał, gdy był w podłym nastroju. Zamiast szaleńczych zabaw zainteresował się swoimi włosami. Okręcał w palcach dredy, wiążąc je ze sobą i robiąc kokardki. Tylko, co jakieś dziesięć metrów podnosił wzrok, aby upewnić się, czy aby nie zmierza ku urwisku, czy nie zagłębia się w morze. Westchnął ciężko i nagle coś przykuło jego uwagę-piskliwe chrapnięcia. Rozejrzał się dookoła, poszukując źródła hałasu. Nad jego głową beztrosko latał młody Straszliwiec.

-Wybacz mały, ale nie mam ryb. – odparł.

Smok zachrząkał jeszcze kilka razy i zanurkował. Chwycił w łapki hełm Mieczyk i zaczął lecieć wzdłuż linii wody.

-Ej! – zaprotestował chłopak, rzucając się w pogoń! – Oddaj to!

Smok rechotał przez jakieś pięćdziesiąt metrów drogi, aż w końcu rzucił okrycie głowy na piach, a sam wylądował na wyrastającym z klifu konarze. Mieczyk podniósł hełm, otrzepał z piachu i założył na głowę. Pochylił się, opierając dłońmi o kolana, cicho posapując. Straszliwiec parsknął obraźliwie.

-Ty mały, wredny gadzie! – rzucił Mieczyk w gniewie. – Niech cię dorwę…

Zamilkł. To samo uczynił smok. Skierował głowę w dół, spoglądając w mniej więcej to samo miejsce, co Mieczyk. Jednak w odróżnieniu od chłopaka, zdawał się zachwycony widokiem. Parskał ciekawsko, kiedy ten zbliżył się do skały.

-Co na Odyna…?

Dotknął obuszkami palców wyszczerbione w klifie dziury. Kilka większych fragmentów czerwonej skały odłamało się od urwiska, gdy tylko musnął je dłonią. Podniósł zaskoczony i nieco przerażony wzrok na Straszliwca. Smok zachrypiał z zadowoleniem, wypuszczając z nozdrzy dym. Mieczy obiegł spojrzeniem pobliskie części klifu. Na nich także znajdowały się głębokie dziury i wychodzące od nich pęknięcia. Chwilę później odkrył, co przedziurawiło skałę. Znalazł długi, zakończony błękitnymi piórami patyk. Przez pierwszą chwilę tylko się na niego gapił. Z rozmyśleń nad pytaniami, „Kto?” „Kiedy?” „Jak?” wyrwał go Straszliwiec. Smok cały czas z uśmiech przeglądał się poczynaniom chłopaka i gdy ten nagle zamarł w bezruchu zaczął się niecierpliwić. Zakołysał się na gałęzi; zebrał w pyszczku iskry. Syczenie dobiegło do uszu Mieczyka w samą porę wybudzając go ze stanu głębokiego zamyślenia, (co nie zdarza się dość często). Chłopak uskoczył przed strumieniem gorącego ognia. Czerwona smuga przeleciała mu tuż koło twarzy. Upadł na piachem z stłumionym krzykiem. Zacisnął zęby, nerwowo obracając głowę. Straszliwiec rozłożył błękitne skrzydła, zawarczał z pretensją, po czym oblizał wargi i położył się. Mieczyk sięgnął po hełm, który w trakcie upadku zleciał mu z głowy. Uważnie przyglądał się smokowi przez cały czas. Mały gad pogrążył się w drzemce, lecz pozostał czujny. Odruchowo chwycił w dłonie swoją broń-włócznie, na wypadek gdyby bestia znów chciała zaatakować. Jednego mógł być jednak pewien-nie zamierza go zabić. Gdyby tak było zapewne tarzałby się teraz w piachu z płonącą twarzą. Straszliwce nie mają w zwyczaju chybiać. Zadygotał na całym ciele przy myśli, iż staje się ludzką pochodnią. Rzucił ostatnie czujne spojrzenie na smoka i wrócił do tajemniczych pęknięć. Założył włócznie na plecy; niepewnie wyciągnął ręce do strzały, jakby ta miała go ugryźć. Nic nie wskazywało na jakikolwiek atak ze strony strzały, więc mocno zacisnął na niej dłoń i pociągnął. Bełt z lekkim oporem wyszedł ze skały. Czerwona ściana jęknęła cicho. Kilka szczelin złączyło się ze sobą. Mieczyk cofnął się nieco, gdy skory kawał głazu upadł u jego stóp.

-Okey… - jego głos lekko drżał. Widząc centymetry dzielące go od zmiażdżenia palców, postanowił zrobić jeszcze kilka kroków w tył. – Coś tu zdecydowanie jest nie tak…

Przyjrzał się skałobójczej strzale. Ostry grot zdawał się nienaruszony. Próbował zgiąć drewniany promień, lecz ten nie uległ. Wspomógł się nogą, napierając z całej siły, lecz nic z tego. Straszliwiec prychnął pogardliwie. Mieczyk zatrząsł się. Prawie zapomniał, że smok był tuż za nim. Spojrzał na gada przez ramię. Ten rzucał mu dumne spojrzenie z góry, mówiące: „Naprawdę? Złamałbym tą gałązkę ogonem!”. Mimo tej pewności w ślepiach raczej nie zamierzał udowadniać swoich racji. Chłopak w końcu zdjął nogę ze strzały, widząc, iż jest w stanie zaledwie ją zgiąć.

-Kto to zrobił…? – zapytał sam siebie.

Gdy usłyszał syczenie, w pierwszym odruchu wyciągnął włócznie i skierował grot w stronę Straszliwca. Smok, tym razem, nie celował w niego. Skierował łeb do góry i wystrzelił strumień ognia ponad urwisko. Płomień wzniósł się na kilka metrów. Młody gad zamruczał zadowolony z siebie. Skierował jedno z zezowatych ślepi na Mieczyka i musnął je językiem. Chłopak skrzywił się z obrzydzeniem na widok oblizywanej gałki ocznej, toteż zwrócił wzrok na opadający płomień. Czerwona kula gładko przedzierała się przez niebo, a ciągnącą się za nią smugę dymu rozmywał wiatr. W końcu pocisk wylądował gdzieś na polanie, na szczycie urwiska.

-OOOODYNIE!

Mieczyk zamarł w bez ruchu. Zacisnął ręce na swej broni. Powoli skierował wzrok ku górze. Krzyk dochodził właśnie stamtąd. Przełknął ślinę. Głos odezwał się znowu:

-Na jasne pioruny Thora! – syknął z bólu. – AAAAAAUU!

Straszliwiec zaskrzeczał dumnie. Skierował wyłupiaste ślepia na Mieczyka. Posłał mu wymowne spojrzenie, wzbił się w górę i zniknął na szczycie klifu. Niewiele myśląc, chłopak wspiął się na górę.

Pokonanie sześciu metrowego urwiska okazało się trudniejsze niż Mieczyk myślał. Chropowate skały kaleczyły jego dłonie. Kruche odłamki łamały się pod naporem jego stóp, przez co kilka razy niemal spadł. Próbował wspierać się włócznią, lecz pęknięcia od jej grotu jeszcze bardziej zwiększały niestabilność skały. Po dłuższej chwili w końcu dotarł na szczyt. Wyciągnąwszy rękę chwycił kępki trawy i podciągnął się na nich. W chwili, gdy wzrok prawie sięgnął krawędzi usłyszał oddalający się szelest. Napiął mięście i znalazł się na górze. Przetarł piekące od ran dłonie. Objął wzrokiem okolice. Jedyne, co zobaczył to niewielką polanę, porośniętą szarawą trawą oraz gęsty las pełen świerków i sosen. Na środku polany siedział seledynowy Straszliwiec Straszliwy. Mieczyk podrapał się po głowie.

-Mógłbym przysiąc… - rozejrzał się jeszcze raz. -… że ktoś tu był.

Mały smok prychnął w jego stronę. Zaczął krążyć w niewielkie kółko. Okrążył jakiś punkt na trawie kilka razy, usiadł, po czym parsknął porozumiewawczo. Coś chciał mu pokazać. Chłopak, trochę niepewnie, zbliżył się do gada. Gdy był jakieś półtora metra od niego, smok odleciał na bezpieczną dla siebie odległość. Rozciągnął usta, aż do samych dziąseł, lecz nie była to oznaka agresji. Uśmiechał się. Mieczyk rzucił mu jeszcze jedno, czujne spojrzenie i zwrócił oczy do ziemi. We wskazanym przez smoka miejscu widniał niewielki skrawek spalonej trawy. Płomień Straszliwca przebił się przez gęste kępy trawy, wżerając się w ziemię. Kilka czerwonych kropek żaru majaczyło na czarnych źdźbłach. Niby nic nadzwyczajnego. Mieczyk ukląkł przed wypalonym punktem. Unosił się z niego stróżki dymu. Lecz coś tu było nie tak. Chłopak nachyliwszy się nad dziurą wziął głęboki wdech. Zakaszlał natychmiast. Nos podrażnił mu nieprzyjemny zapach; swąd spalonego ubrania. Rozdeptał spaloną ziemię stopą, powstrzymując tlący się żar. Wstał. Rozejrzał się uważnie dookoła. Ktoś tu musiał być. Na pewno. Przetarł nos, wbijając oczy w trawę. Na podłożu spostrzegł niewielkie wgłębienie, oddalone od siebie w odległości około półmetka.

-Kroki… - pomyślał.

Poczuł na plecach przenikliwy dreszcz. W pierwszej chwili pomyślał o najeźdźcach. Odruchowo chwycił włócznie. Przygarbił się nieco, jakby próbując być niezauważonym. Ostrożnie stawiając każdy krok, ruszył za śladami. W głowie kłębiły mu się myśli. Trochę bolały go od tego skronie-dość rzadko wpada w taki stan. Zwykle zostawia myślenie Czkawce, albo Śledzikowi. Teraz był sam. Musiał polegać na sobie. Przez głowę przelatywał mu obraz przedziurawionego klifu i strzały, która zapewne z łatwością przebije jego hełm. Nie był dobry w umykaniu strzałom. Wizja zatapiającym się w jego ciele grocie wywołała mieszane uczucia. Walka, ból, niebezpieczeństwo-to jest to, co zawsze lubił. Ale wizja śmierci… to już nie jest takie atrakcyjne… Straszliwiec dostrzegł, iż chłopak się oddala. Machnąwszy skrzydłami wzleciał w górę, nad głowę Mieczyka. Zaskrzeczał. Młody Wandal zatrzymał się nagle. Zadrżał. Rozmyślenia nad prawdopodobnym atakiem wroga wytrącił mu z głowy obecność gada. Tak wiec, gdy ten się odezwał, był nieźle zaskoczony. Podniósł na niego nieco zirytowany wzrok. Straszliwiec wylądował. Stali na krawędzi lasu. Gęste korony drzew, niby zielony dach rzucały cień, przez który ledwie przemykały wąskie promyczki światła.

-Mały, nie wiem, o co ci chodzi – zwrócił się szeptem do smoka. – i nie mam teraz czasu na to, okey?

Po tych słowach wbiegł do lasu. Straszliwiec, jak na sznurku, poleciał za nim.

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Przepraszam, że tak długo nie było rozdziału. Dużo miałam roboty. A w dodatku ten jest taki krótki i nudny *ziew*. Ale mam nadzieję, że nie jest tam mizerny jak mi się wydaje :/


Rozdział IV - "Walka"

Leśna ściółka szeleściła w rytm kroków Mieczyka. Chłopak wytężał wzrok, aby cokolwiek ujrzeć w ścianie ciemności okrywającej las. Niewiele to jednak dało. Trzymał włócznie przed sobą, na wypadek nagłego ataku… no, może też, aby wiedzieć, czy nie wpada na jakieś drzewo. Tuż za nim rozlegało się ciche trzepotanie skrzydeł. Straszliwiec leciał z tyłu w bezpiecznej odległości. W odróżnianiu od wikinga świetnie wszystko widział. Sprawnie omijał wszelkie przeszkody-drzewa, krzewy, głazy. Podczas gdy smok z łatwością unikał blokad, włócznia Mieczyka już kilka razy zdążyła obić się o pnie. Tułaczka trwała przez dłuższą chwilę, aż w końcu, chłopak się zatrzymał. Mimo grubych spodni, (które już były poszarpane) nogi miał całe w zadrapaniach od ostrych zarośli. Kilka z nich krwawiło. Piekły go kolana, a ignorowanie bólu niewiele dawało. Zawzięcie dawał o sobie znać. Pochylił się, łapiąc cichy oddech, aż w końcu opadł ciężko na ziemię. Zatopił się w grubej ściółce, przez co leśny dywan niemal patrzył mu całe nogi. Odgarnął stare igiełki z kolan. Zaczął oceniać rany. Nie były głębokie, lecz ciągnęły się długimi sznurami, niektóre od kolana, po same kostki. W licznych z nich tkwiły kawałki cierni, poza tym były brudne. Nieciekawie to wyglądało. Zacisnął zęby, wyciągając z ran dokuczliwe ostrza krzewów. Straszliwiec przysiadł tuż obok. Przyglądał się chłopakowi z zainteresowaniem. Oblizał wargi; Mieczyk przez chwilę pomyślał, że metaliczny płyn, sączący się z jego nóg zdaje się być atrakcyjnym widokiem do smoka.

-Nie! – skarcił się w myślach. – Smoki to nie są krwiożercze bestie… no, może niektóre… - spojrzał na Straszliwca. Mały gad pokręcił łebkiem, wodząc wzrokiem za przelatującym nieopodal motylem. Gdy owad zniknął za sosnowym pniem, smok zamruczał i wystawił jęzor. Skierował nieobecny wzrok w górę, jakby myśląc, czy sam nie jest motylem. -… ale z pewnością nie ten…

Po wyciągnięciu większych kolców z ran, Mieczyk powoli podniósł się z ziemi. Straszliwiec wyszedł ze stanu głębokiego rozmyślania. Zwrócił wyczekujący wzrok na wikinga, czekając na jego kolejne posunięcie. Chłopak z lekkim trudem wstał. Nogi się mu trzęsły, bolały i piekły nie mając zamiaru przestać. Zgiął je lekko, gdyż pomniejsze ciernie nadal tkwiły w jego ciele.

-Auć… - mruknął, lecz na jego twarzy pojawił się uśmiech. – Trochę boli…

Zrobił kilka kroków, starając się przywyknąć do bólu, który w jego oczach wydawał się nadzwyczaj przyjemny. Straszliwiec przechylił pytająco łeb. Gęsta ściółka sięgała mu ponad brzuch, tak, więc wydawał się pływać w zgniłych i suchych wodach leśnych. Zaskrzeczał w sposób, który mógł oznaczać dosłownie wszystko. Mieczyk odwrócił się, skupiając na nim wzrok.

-Ciągle za mną łazisz… - powiedział. – o co ci chodzi?

Nie uzyskał odpowiedzi. Smok przystał, łypiąc na niego żółtymi ślepiami. Chłopak pokręcił głową zniecierpliwiony. Przetarł zadrapane kolana, starając się wyczuć jeszcze jakieś ciernie. Opuszki jego palców przybrały czerwoną od krwi barwę. Albo kolce są za małe, aby mógł je złapać, albo tkwią za głęboko. Tak czy siak sprawiały ból i mimo iż całkiem przyjemny (przynajmniej dla niego) mógł znacznie utrudnić ewentualną walkę z najeźdźcami. Potrzebuje czegoś, co złagodzi pieczenie i kłucie.

-Słuchaj… - zwrócił się do małego smoka. – twoja ślina nie ma właściwości leczniczych, co nie?

Z nozdrzy Straszliwca buchnął dym. Zaburczał z odrazą, siadając na ściółce, zmrużył z niezadowolenia ślepia:

-Stary, nie będę ci lizał kolan! – mówiły jego oczy.

Rzucił w jego stronę jeszcze kilka obraźliwych burknięć, następnie wzleciał na nisko rosnącą gałąź, jakby w obawie, że zaraz zostanie do tego zmuszony.

-Mogłem się tego spodziewać. – twierdził Mieczyk. – Powierz mi wreszcie, o co ci chodzi?

Smok wydał z siebie serię burknięć, chrząknięć, parsknięć i innych przenikliwy dźwięków. Chłopak pokręcił głową.

-Ale nie w taki sposób! Nie rozumiem TWOJEJ mowy! Możesz… powiedzieć trochę inaczej?

Straszliwiec zawarczał z frustracją. Czego tu nie rozumieć?- niby mówił. Nagle jego źrenice się zwędziły. Skierował ślepia na wikinga. Ten ponownie sięgnął po włócznie. Znał ten wyraz smoczych oczu-albo się boi, albo chce zaatakować, albo targają nim emocje. Teraz ciężko to wyczytać, woli jednak mieć broń w ręku. Zaraz jednak mały gad podniósł lekko głowę, spoglądając gdzieś za Mieczyka. Jego źrenice lekko, wręcz minimalne się rozszerzyły. Chłopak wziął wdech. Zmusił nogi, aby pozwolił mu się obrócić. Spojrzał w miejsce spoczynku wzroku smoka. Przez ułamek sekundy dostrzegł ciemną sylwetkę pomiędzy pniami drzew. Cień skrzyżował z nim spojrzenie, którego kolor odbijał się od bladych promieni słońca, które zdołały przedrzeć się przez gęste korony drzew. Mieczyk zadrżał. Czuł się tak jakby spoglądał w głęboką toń wody-czysta seledynowa barwa. Rozbrzmiał cichy szelest-i cień zniknął. Straszliwiec zamruczał jakby… przyjaźnie? I poszybował ze postacią. Mieczyk zacisnął ręce na włóczni. Zignorował cały ból i pobiegł w ślad za nim.

Pogoń trwała, nieprzerwanie, aż w końcu seledynowa smuga, jaką był mały smok zatrzymała się. Nagły blask oślepił chłopaka. Stłumił krzyk, zakrywając oczy dłońmi. Przetarł je i dopiero po dłuższej chwili odważył się otworzyć. Przed im tańczyły jeszcze kolorowe plamki, a obraz zdawał się rozmazany. Rozchylił powieki bardziej. Świt nabrał ostrości i dopiero teraz dostrzegł, że drzewa się rozstąpiły, półmetrowa ściółka ustąpiła miejsca gęstej trawie, a słońce swobodnie oświetla dużą połać ziemi.

-Łąka… - pomyślał, rozejrzawszy się dokoła.

Polna była, otoczonym ze wszystkich stron sosnami, okręgiem. Rosła na niej soczyście, wręcz nienaturalnie zielona trawa. Kilka gatunków kwiatów, przyzwyczajonych do chłodu Berk, właśnie zdążyło zakwitnąć. Łąka była płaska i żadne krzewy, ani drzewa na niej nie rosły. Widniały tu zaledwie dwa-trzy duże głazy. Na jednym z nich siedział Seledynowy Straszliwiec Straszliwy. Patrzył na Mieczyka, tymi swoimi żółtymi, zagadkowymi ślepiami. Plamki sprzed oczu chłopaka wreszcie zniknęły. Wziął głęboki oddech. Chwycił pewnie włócznie, krzycząc wyzywająco:

-No pokaż się! Wkroczyłeś na MÓJ teren! Chcesz walczyć?! To, choć tu!

Powoli stawiał kroki, wypatrując niebezpieczeństwa na skraju drzew. Wtem stanął jak wryty. Mógł przysiądź, że przez chwilę dostrzegł jakąś sylwetkę.

-NO, CHOĆ! – ryknął w tamtą stronę. – Nie boje się ciebie! Wychodź i walcz tchórzu! – zamilkł na chwilę, wyczekując odpowiedzi. Nic nie usłyszał. – Dobra… skoro ty nie podejdziesz, to ja to zrobię!!

Wydał z siebie dziki okrzyk wojenny, po czym ruszył w tamtym kierunku. Zdążył wykonać zaledwie dwa kroki szarży. Przenikliwy świst wstrzymał jego chód. Nim zdążył się zorientować w sytuacji, ujrzał jaśniejący w słońcu grot, sunący gładko w jego stronę.

-ŁIIIII!!! – pisnął, gdy strzała przeleciała tuż obok jego policzka.

Odskoczył w bok omal nie tracąc równowagi. Strzała poszybowała dalej, zatrzymując się dopiero na jednym z głazów. Wbija swe ostrze tuż pod łapami Straszliwca. Smok wrzasnął przerażony, odskakując jak spłoszony kot. Upadł na trawę, warcząc wściekle w stronę lasu. Mieczyk zawył, gdy kolejna strzała musnęła jego rękę. Bełt ponownie zatrzymał się przy Straszliwcu, który zawył równie głośno, co chłopak i skrył się za głazem; nieśmiało wystawił głowę, obserwując całą walkę. Młody wiking ruszył w stronę lasu, z wyciągniętą przed siebie włócznią. Pomysł ten wydawał się czystym samobójstwem, ale w tej chwili nic lepszego nie wpadło mu do głowy. Widział na skraju drzew niewielkie światełko-zapewne promień słońca odbijającego się od jakiejś metalowej części jego zbroi. Natarł. Gdy był już w odległości pchnięcia włócznią, cień uskoczył, wkraczając na oświetlony obszar. Błyskawicznie napiął cięciwę i wystrzelił strzałę. Bogowie czuwali na Mieczykiem, gdyż zdołał tak zamachnąć się włócznią, że groty obydwu broni się zderzyły. Głośny zgrzyt metalu rozdarł skupienie obydwu chłopaków. Byli tak zaskoczeni blokadą swych ataków, że przez chwilę stali nieruchomo. Mieczyk spojrzał na ostrze swej broni. Przez całą jego długość ciągnęła się głęboka blizna. Skierował wzrok na leżącą na trawię strzałę. Była dokładnie taka sama, jaką znalazł przy klifach-ostra, twarda i zapewne zdolna przebić jego głowę na wylot. Ta właśnie myśl go otrzeźwiła. Jako pierwszy odzyskał orientacje i nim przeciwnik zdołał chwycić kolejną strzałę, zamachnął się włócznią. Łucznik zdołał zrobić unik, przed lecącym na niego pierś grotem. Jednak Mieczyk wykorzystał jego pozycję i wbił ostrą szablę w jakiś wyróżniający się na jego ramieniu punkt-czerwony pas. Przycisnął grot i szarpnąwszy włócznią rozerwał go. Kołczan pełen strzał runął na ziemię. Intruz stał nieruchomo trzymając w dłoniach łuk. Spojrzał na rozsypane strzały, na łuk i w końcu na Mieczyka. Wtedy stało się coś, czego wiking się nie spodziewał. Nim zdążył przyłożyć koniec włóczni do gardła wroga, ten zamachnął się swym łukiem i twardym łęczyskiem uderzył go w twarz. Uderzenie w lico było na tyle solidne, że przed oczami zatańczyły mu czarne plamki. Zatoczył się do tyłu i upadł na pośladki. Przyłożył dłoń do piekącej smugi na twarzy, jęcząc cicho. Przeczesał wzrokiem okolicę, szukając swej włóczni. Jak się okazało, Straszliwiec pierwszy ją odnalazł i zaczął rzuć drewniany koniec.

-Super… - pomysłach. – Moja broń, jako gryzak dla smoka.

Zamrugał oczami, chcąc odgonić natrętne cienie, kręcące się wokół obrazu. Spróbował wstać. Intruz, widząc to, jednym, płynnym ruchem podniósł jedną ze strzał, skoczył w stronę Mieczyka i wycelował wprost w niego. Młody wiking zamarł.

-N-nie waż się, ch-choćby ruszyć! – przemówił napastnik niskim, choć drżącym, wręcz strachliwym głosem. – Choćby r-ruszyć!

Ton jego głosu wskazywał na dorosłego chłopaka, choć sposób, w jaki go używał przywodził na myśl przerażone dziecko. Mieczyk z tej pozycji nie widział jego twarz, mimo to mógł przysiądź, że był przerażony. Usłuchał jednak rozkazu wroga i ani się ruszył. Ostry grot, wycelowany wprost w jego głowę przekonywał bardziej niż słowa. Trwali tak obydwaj w bezruchu i milczeniu, tylko drżąc ze strachu przed czasem, który nakazywał im podjąć dalsze kroki, które dla żadnego z nich nie były rozwiązaniem.


  ----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Czy ten żałosny opis walki nie wyżarł wam oczu? Mam nadzieję, że nie :P Osobiści uważam iż rozdział mi nie wyszedł :( ale to wy już stwierdźcie sami.... Tylko proszę o szczere opinnie! Zniosę wszystko :/


Rozdział V - "Maruda wysadza wszystko w powietrze"

-Następnym razem potrenujcie pojedynczy lot nad wodą, albo czymś innym, co zamortyzuje upadek. – zganiła jeźdźców Valka. – To mogło skończyć się o wiele gorzej!

-Przepraszamy… - odparli ze skruchą Śledzik i Szpadka, nisko pochylając głowy.

-Co prawda Jot ma złamany jeden ząb – odezwał się Pyskacz. – a Wym będzie miał pokaźnego guza, ale nic poza tym. – starał się mówić pocieszająco, ale surowy wyraz twarzy Valki, jak i wypieki zawstydzenia jeźdźców nie zniknęły. Pogroził młodym wikingom pilnikiem. – Ale Valka ma rację. Powinniście bardziej uważać.

Wsunął narzędzie do paszczy Zębiroga. Smok mruknął cicho z niezadowoleniem.

-Ząb da się wyleczyć. – dodał, przerywając zaległą nad nimi ciszę. – Na guz pomoże okład z lodu. Ale czasami nieodpowiedzialność jest trudniejsza do wyleczenia. Pamiętajcie o tym.

-To był mój pomysł… - jęknął nieśmiało Śledzik. – i to ja powinienem zadbać o bezpieczeństwo Wyma i Jota. A gdyby coś stało się jeszcze tobie, Szpadka…

Dziewczyna dotknęła koniuszkami palców zdartego łokcia. Rana, pod wpływem ciepłego dotyku zapiekła nieprzyjemnie. Zastanawiała się, co odpowiedzieć swojemu chłopakowi, aby go pocieszyć. Ciągle pocierała zdartą skórę, coraz to mocniej i szybciej, zła na siebie, że nie może wymyślić żadnych słów otuchy. Spojrzała ukradkiem na Śledzika, nadal zawstydzonego, niezdolnego spojrzeć ani na nią, ani na Valkę, ani na Zębiroga. Stał z pochyloną głową, uparcie wpatrując się w swoje futrzane kozaki, które nagle stały się bardzo interesujące. Cisza trwała za długo; chwila prysła. Dopiero donośne chrapnięcie Marudy, dochodzące spod pieca, otrzeźwiło Szpadkę. Podniosła wzrok na pupila Pyskacza. Smok poruszył się nieznacznie.

-Nie obwiniaj się. – wyszeptała w końcu, czując, iż za długo zwleka. – Ja też mogłam pomyśleć o bezpieczeństwie, ale nie jestem od myślenia… - próbowała zażartować, lecz nikt się nie zaśmiał. – Nie mogłeś tego przewidzieć, kochanie.

W pewnym momencie rana pokazała swoje niezadowolenie intensywnym dotykiem. Twarzy Szpadki wygięła się w grymas. Odsunęła palce od szczypiącego i piekącego łokcia. Dyskretnie spojrzała na opuszki, które wydawały się dziwnie ciepłe. Widniały na nich czerwone smugi. Krew. Szybko wyciągnęła z kieszeni kawałek materiału i wytarła o niego ubrudzone szkarłatem palce. Ostrożnie owinęła zdarty łokieć. Nie chciała jeszcze bardziej martwić Śledzika.

-Może odpuścimy sobie ten pojedynczy lot? – spojrzał na nią w chwili, gdy zawiązywała supeł. – Nie chcę jeszcze bardziej ryzykować…

-Myślałam, że jesteś bardziej uparty, w kwestii swoich pomysłów…

Musnęła grzbietem dłoni jego dłoń. Złączyli ze sobą palce. Śledzik uśmiechnął się, unosząc splecione ręce do swoich ust; delikatnie pocałował kciuk dziewczyny. Wyraz twarzy Valki nieco złagodniał.

-Następnym razem będzie lepiej. – pocieszyła go. Napotkała spojrzenie matki wodza. – Tylko trzeba wziąć pod uwagę kwestię bezpieczeństwa.

Kobieta skinęła głową, a jej gest zatwierdził cichym mruknięciem Chmuroskok.

-Jak tam nasi poszkodowani? – do środka zajrzał Czkawka. – Dużo rannych?

Śledzik jęknął z goryczą, słysząc jego słowa. Pod pachą wodza przeskoczyła Sztukamięs, tym samym wyrzuciwszy jego rękę wysoko w górę. Opadła wprost na łeb Szczerbatka, lecz alfa zdawał się tego nie poczuć. Smoczyca zamerdała maczugowatym ogonem, strącając przy tym sporą część narzędzi ze stołu. Pyskacz postanowił to zignorować. Valka przywarła do ściany, pozwalając Gronkielowi przedostać się do swojego pana. Zaśmiała się cicho. Chmuroskok natomiast parsknął niecierpliwie na Sztukamięs, cofając się w głąb kuźni. Wpadł na śpiącego Marudę, zachwiał się, a odzyskawszy równowagę zaryczał z oburzeniem pod nosem. Wyskoczył na zewnątrz. Wsadził łeb w okno, tuż koło wciśniętej w ścianę Valki. Koło Czkawki pojawiła się Astrid, a nad jej głową wisiała Wichura. Tuż za nimi stali Szączysmark i Heather w towarzystwie swoich podopiecznych. Hakokieł wraz ze Strumieniem-młodym, turkusowym samcem  Submaripper’a, którego dziewczyna oswoiła po zamieszkaniu na Berk, obserwowali wszystko z zewnątrz. Sztukamięs podeszła do swojego pana. Wyczuła jego smutek. Intensywne pchnięcie nosem rzuciło Śledzika na ścianę. Wiking jęknął ogłuszony, ale czując ciepły, wilgotny język muskający jego twarz, uśmiechnął się.

-Sztusia, przestań! – nalegał, śmiejąc się.

Wódz Wandali zdołał przejść bez odniesienia obrażeń, obok ogona ucieszonej bestii. Szczerbatek szedł w ślad za nim.

-Jak tam? – zapytał, gdy znalazł się koło Pyskacza.

-Złamany ząb i dość duży, choć nie groźny guz. – podsumował. – Będą żyć.

-To dobrze. – odparł.

Nowy alfa zdecydował obejrzeń i sam zdecydować o stanie zdrowia Zębiroga. Przecisnął się między ścianą, a swoim przyjacielem, tym samym dość niezręcznie przyciskając Czkawkę do Szpadki. Wódz, pchany przez smocze cielsko zawzięcie odpychał się rękoma, pośrodku którym znajdowała się dziewczyna.

-Wybaczy. – wysyczał, walcząc o więcej miejsca. – Szczerbatek!

-Nie szkodzi! – wyciągnęła przed siebie dłonie, jak miał zaraz polecieć do przodu. – Coś wykombinuje…

Zanurkowała w dół, znikając Czkawce z oczu. Chłopak poczuł, jak futrzana kamizelka ociera się o jego nogi. Gdy Śledzik zdołał już uspokoić Sztukamięs, smoczyca cofnęła się, strącając kolejny zestaw narzędzi z półki. Pyskaczowi drgnęła żyłka. Pod ramię młodego wikinga, błyszczącego się od gadziej śliny, wskoczyła Szpadka. Widząc, że dziewczyna jest już bezpieczna, Czkawka poddał się naporowi łusek; rozpłaszczył się na ścianie. Szczerbatek zamruczał dumny z wygranej przepychanki; podszedł do Wyma i Jota. Pyskacz nadal piłował złamany ząb jednej z głów, która chrapała z dyskomfortu. Ostrożnie, aby żyłka kowalowi nie pękła, Nocna Furia przeszła obok, jednym bokiem szorując po ścianie kuźni, a drugim delikatnie ocierając się o króla tego miejsca. Stanął przed Wymem. Zielone ślepia Furii zapadły na wielkiej, fioletowej wypukłości, zdobiącej smoczy łeb. Głowa miała zamknięte oczy. Czyżby spał? Może uda się pobawić tą dziwną, błyszczącą kulką, tak, aby nie obudzić jej właściciela? Szczerbatek uniósł łapę. Ostrożnie przybliżył pazurki do guza. „Co to takiego?”-błyszczało w kocich oczach.- „Czyżby się poruszyło?”. I pacnął łapą fioletową wypukłość. Oczy Wyma natychmiast rozwarły się na całą szerokość. Smok uniósł łeb, rycząc boleśnie. Z pyska wystrzeliła rzeka zielonego gazu, który natychmiast rozpierzchł się po całej kuźni. Przyłapany Szczerbatek podskoczył w przestrachu, pędząc do wyjścia. Podczas ucieczki przeskoczył nad Sztukamięs, oraz trącił ogonem Czkawkę.

-Szczerbatek! – zawołał chłopak, po czym zachwiał się, wpadłszy na Szpadkę i Śledzika. Razem upadli jak domino. – Szczerbatek!

Ale smok już przeleciał pod Astrid i między nogami Wichury. Wielkim susem pokonał Heather i Strumienia. Schował się za ścianą. Wymowi chwilę zajęło wyrażanie swojego cierpienie. W końcu smocza paszcza zamknęła się pod prośbą Szpadki.

-Spokojnie, już nie boli, widzisz? – mówiła pieszczotliwie. – Już nie boli.

Wikingowie zasłonili twarze rękami. Sączysmark, Heather i Astrid, wraz ze swoimi smokami wycofali się z pomieszczenia. Wichura, chroniąc swoją panią, machała skrzydłami, odganiając zębirogowe wyziewy. Cała kuźnia zdawała się widnieć w kolorach zieleni. Gęsta chmura gazu powoli ulatniała się przez okna. Szczerbatek zajrzał do środka, mrucząc cicho z zawstydzenia.

-Nic się nie stało. – odparli wszyscy w jego stronę, co zdziwiło całe grono.

-Dobrze, że piec wcześniej zgasł… - westchnął z ulgą Pyskacz.

Jego słowa wywołały niewielkie poruszenie koło paleniska. Maruda podrapał się łapą po brzuchu. Zachrapał ożywczo, czołgając się w stronę pieca.

-Maruda, nie… - jęknął kowal.

Źrenice Chmuroskoka zwęziły się natychmiast. Wsunął łeb do środka, delikatnie, choć bez możliwości protestu chwytając Valkę za tył futrzanego kołnierza. Szarpnął, wyciągając kobietę przez okno. Zniknęli, skryci za ścianą. Hotburple doczołgał się do pieca. Rozwarł paszczę, w której pojawiły się stróżki dymu.

-NIE! – po wiosce poniósł się chór przerażonych głosów.

A następnie zagłuszył je wybuch. Grzyby dymu i ognia wystrzeliły z okien. Pięły się w górę, a ich kapelusze przybierały coraz to bardziej szpiczasty kształt, by w końcu stopić się z niebem. Hotburple zamruczał z dumą. Zdawał się nie usłyszeć huku, nie poczuć piekielnego gorąca oraz swądu sadzy, która pokryła czernią ściany, stoły i narzędzia. Zapadł w sen równie szybko jak szybko udało mu się wysadzić to miejsce. Szczerbatek podniósł głowę, upewniając się, czy już jest bezpiecznie. Zachrapał w stronę reszty smoków. Opuścił skrzydła, odkrywając Czkawkę, Pyskacza oraz łby Wyma i Jota. Sztukamięs, słysząc sygnał alfy, opadła na cztery łapy. Szpadka i Śledzik, których chroniła własnym ciałem, byli nienaruszeni. Wichura, wraz, z Hakokłem i Strumieniem zajrzeli do środka. Tuż przy gadach stali ich właściciele. Valka wcisnęła głowę przez okno. Chmuroskok rozejrzał się po pomieszczeniu. Spostrzegł mały stolik, który bez ochrony Szczerbatka i Sztukamięs okrył się sadzą i zajął czerwonym płomieniem. Nocna Furia także go dostrzegła. Alfa ryknął znacząco w stronę Submaripper’a.

-Strumek, gaś. – poleciła Heather.

Smok, duży i masywny przecisnął się przez pomieszczenie. Splunął strumieniem wody, starając się, aby jej ciśnienie nie rozcięło stolika na pół. Płomień zasyczał z przerażeniem, gdy śmiercionośna ciesz musnęła jego ciało. Zgasł. Strumień rozejrzał się. Opryskał wodą jeszcze kilka ledwie tlących się płomyczków i wrócił do swojej pani.

-Dobry smoczek! – pochwaliła bestię.

-Dobra… - odezwał się Pyskacz i zamilkł. Wziął głęboki wdech. Jego głos sprawiał wrażenie spokojnego, lecz znający go jeźdźcy wiedzą, że był to bulgot; jeden z tych bulgotów, które zwiastują wybuch wulkanu. – Naprawdę doceniam waszą troskę o przyjaciół, ale to jest kuźnia, a nie smoczy hangar. – mówiąc to niepokojąco wbił wzrok w alfę i Sztukamięs. – Tak, więc poproszę o pozostanie tutaj tylko właściciela mojego pacjenta. – wskazał na Zębiroga. Za chwilę jednak spojrzał na śpiącego Marudę. – Czy ktoś jest ranny?

Szpadka dotknęła dłonią kawałka tkaniny, który zdążył już przesiąknąć purpurą. Zaczęła rozwiązywać supeł.

-Ja jestem…

Szczerbatek i Wym wydali z siebie pełen winy i wstydu jęk.

-Nie od tego wybuchu. – wyjaśniła szybko. – Gdy wpadłam na skałę, z Wymem i Jotem, to otarłam się o nią łokciem…

Teraz to Śledzik wydał z siebie pełen winy i wstydy jęk.

-To nic groźnego! – próbowała go przekonać.

Pyskacz ostrożnie złapał dziewczynę za nadgarstek i uniósł jej rękę.

-Nic groźnego. – przytaknął kowal. – Przyda się czysty bandaż i…

Szczerbatek polizał Szpadkę po zdartej skórze. Rana zapiekła mocniej.

-I ślina Nocnej Furii. – dokończył.

Twarz dziewczyny wygięła się w grymas bólu.

-Zaraz przestanie. – powiedział troskliwie Śledzik. – Zaraz poczujesz się lepiej.

Pyskacz założył na rękę Szpadki bandaż. Rana z chwili na chwilę piekła coraz mniej. Alfa delikatnie szturchnął nosem łokieć poszkodowanej. Spojrzał na Wyma, lecz smok nie wyglądał, jakby chciał wypróbować magiczną ślinę. Szczerbatek posłał mruknięcie do reszty gadzich towarzyszy, a ci zaczęli opuszczać kuźnie. Szpadka sięgnęła po przygotowany dla jednej z głów opatrunek z lodem, który pod wpływem wybuchu zaczął się topić. Materiał ociekał lodowatą wodą. Uklękła obok Wyma. Smok rozchylił powieki, patrząc na nią złotymi oczyma, niepokojąco pozbawionymi blasku, pełnymi nieszczęścia i niechęci.

-Ja wiem, że boli… - szepnęła, kładąc dłoń na smoczym nosie. – Ale to pomoże. Musisz tylko chwilkę wytrzymać, dobrze?

W mętnych, zmęczonych oczach gada rozbłysła iskierka zaufania. Ostrożnie, bardzo powoli, położyła lód owinięty tkaniną do już niemal purpurowej wypukłości, szpecącej głowę bestii. Wym zwarł mocno powieki, gdy lodowaty opatrunek spoczął na obrzmiałych łuskach. Ból przyjął z zaciśniętymi zębami, ufny w słowach swojej opiekunki. Tylko ciche parsknięcie przeniknęło przez ściśnięte gardło smoka. Jot zamruczał z żalem, spoglądając na swojego brata. Musnął jego szyję nosem, starając się dodać mu otuchy. Jedna kropla zdołała przecisnął się przez ciasne oczka materiału. Zimna ociupinka wody spłynęła po zielonym licu, przybierając butelkowy kolor. Wąska stróżka zaznaczała trasę jej wędrówki. Wym mruknął cicho, a wyraz jego pyszczka rozluźnił się. Poczuł ulgę.

-Już lepiej… - szepnęła Szpadka z uśmiechem. – Już lepiej…

Oddech Zębiroga stał się głęboki i regularny. Zasnął. Dziewczyna pozostawiła okład na smoczej głowie, delikatnie, masując go po nosie. Jot nadal pieścił szyję brata, pełnymi troski i bliskości pociągnięciami smoczego pyska. Gdy był już pewien, że Wyma ukoił sen, spojrzał na Szpadkę. Wyciągnął kark w jej stronę. Do nozdrzy gada dostał się niepokojący zapach. Trącił czubkiem rogu łokieć dziewczyny. Ta delikatnie odepchnęła go dłonią. Jot parsknął zaniepokojony.

-Spokojnie… - uspokoiła go. – To tylko niewielka rana, Jot. Raz-dwa się zagoi. Poza tym, z Mieczykiem cały czas nabijamy sobie guzy, siniaki… rozcięcia… wybite palce… - zamilkła.

Smocza głowa parsknęła ponownie. Wyczuł to-tą dziwną emocję, która u Mieczyka i Szpadki pojawiała się tak rzadko. Nie była ona silna, właściwie ledwo wyczuwalna, ale jednak obecna. Niepokojący dreszcz przebiegł po karku smoka, gdy tylko Szpadka oparła dłoń na jego skroni. To niewątpliwie ono, uczucie, które zdawało się tak obce dla tej dwójki, a jednak zaistniało. Smutek. Zamruczał nieszczęśliwie, patrząc żałośnie na dziewczynę.

-Znaczy… nabijaliśmy… - dokończyła, gdy smutny mruk wyciągnął ją z rozmyśleń.

Wbiła wzrok w podłogę. Jot znów parsknął, opierając ciężki, gadzi łeb o rękę swojej współwłaścicielki. Szpadka wysunęła dłoń spod smoczej paszczy, tak nagle, że bestia niemal uderzyła szczęką o ziemie. Stwór zachrapał niepocieszony kładąc głowę tuż przy bracie. Dziewczyna dotknęła palcami bandażu. Ból nadal promieniował w świeżej ranie… Choć nie… to nie był ból, lecz jego echo, którego wspomnienie nadal krąży gdzieś wokół rany. Nie ma go, lecz jakby nadal istniał. Ostre pieczenie, buńczuczne szczypanie, które nie ma zamiaru odpuścić, ciepło jeszcze świeżej krwi. Ból, który zawsze kojarzył się z czymś przyjemnym stał się nagle obcy, jakby pierwszy raz w życiu miała z nim styczność. Dlaczego? Dlaczego teraz świeża rana nie wywołuje uśmiechu na jej twarzy, nie przynosi szczęścia? Spojrzała pytająco na bandaż, lecz nie uzyskała odpowiedzi. Czego zabrakło, aby tak pospolite, przynoszące radość skaleczenie teraz przywołało tylko ból? Co się zmieniło? Czuła, że w najbliższej myśli kłębią się słowa wyjaśnienia, jednak nie potrafiła ich sięgnąć. Czemu teraz nie sprawia to przyjemności? Czyżby zabawy z Mieczykiem, dziecince zabawy, robienie sobie krzywdy dla rozrywki uległy, rozegnane przez dojrzały i spostrzegawczy umysł młodej kobiety? Czy lekkomyślne, młodzieńcze zachowanie zastąpił zdrowy rozsądek, który jednak nakazał jej skoczyć z klifu samej, na dwugłowym smoku? Być może dorosły umysł odtrącił stare przyzwyczajenia, rzeczy, które wydawały się najważniejsze, zamieniając je na te, które faktycznie mają jakąś wartość. Lecz czuła, że to nie to. Czuła, że coś się zmieniło, się nie wiedziała, co. Sfrustrowana brakiem jakichkolwiek wyjaśnień, chwyciła dłonią za bandaż. Twarz Szpadki wygiął się w grymas, lecz nie puściła. Rozsądek kazał jej przestać, ale chciała koniecznie wiedzieć, czemu cierpienie przestało przynosić szczęście. Wbiła paznokcie w gruby opatrunek. Czuła wybrzuszenia, drażniące jej ranę, lecz nie przestała. Zaciskała pięść coraz mocniej i mocniej, aż wstrzymała się w momencie, gdy nie mogła zewrzeć ręki bardziej. Palce dziewczyny oplatały łokieć niczym zadzierzgnięty sznur. Jot syknął zaniepokojony. Przez jedna, krótką chwilę spojrzała w żółte ślepia gada. W końcu puściła. Wgłębienie w bandażu powoli zaczęło się podnosić. Wzięła głęboki oddech, po czym zwróciła się do przyjaciół; nie podniosła jednak wzroku-cały cza patrzyła na Jota.

-Mieczyk… - wyszeptała sama do siebie i powiedziała głośniej. – Nie widzieliście Mieczyka?

Jeźdźcy zatrzymali się u wyjścia.

-Był za nami na wyścigach. – powiedział Czkawka.

-Ale później. – nadal nie podniosła wzroku.

-Był z nami w Twierdzy. – przypomniała sobie Astrid. – i wyszedł. Nawet nie pożegnał się z Eretem…

-A zawsze jest, gdy odpływa. – dodał Sączysmark. – Stoi tak w porcie, przez kilka godzin, aż jego łódź zniknie za horyzontem. A potem długo, długo jęczy za swoim przyjacielem. – powiedział z lekką irytacją. – To denerwujące.

-Poszukajcie go, dobrze? – słowa Szpadki brzmiały raczej jak rozkaz, a nie prośba. – Ostatnio często znika. Martwię się o niego…

Ostatnie zdanie wypowiedziała tak cicho, że wątpiła, iż przyjaciele ją usłyszeli.

-Poszukamy. – odparł wódz.

Nikt się nie sprzeciwił. Kuźnia nagle opustoszała; pozostali w niej tylko Szpadka, Pyskacz i ich smoki. Szum gadzich skrzydeł, obwieścił rozpoczęcie poszukiwań. Przyjaciele coraz bardziej oddalali się od ziemi, w końcu stając się małymi, ledwie dostrzegalnymi plankami na delikatnym lazurze nieba. Pyskacz spojrzał na zapatrzoną gdzieś daleko za oknem dziewczynę, po czym zaczął ścierać ze ścian czarną sadzę. Milczenie trwało długo.

-Nie martw się. – rzucił nagle kowal, starając się mówić pewnie i pocieszająco. Szpadka drgnęła i oderwała wzrok od dalekiego punktu za oknem; nie zwróciła jednak oczu na mężczyznę-patrzyła na Jota. Pyskacz mówił dalej. – To prawda, że Mieczyk dość często ostatnio znika i nie wiadomo, co i gdzie robi. Ale to… może nie jest zbyt bystry… ale… - Szpadka podniosła na niego niebieskie oczy. Wyczekiwała odpowiedzi, potrzebowała jej.  – Ale potrafi sobie sam poradzić…

-Tak… Mam taką nadzieję…

Pogładziła czubek głowy Jota. Smok otworzył ślepia. W ich szafranowej barwie rozbłysła tęsknota-tęsknota za swoim panem. „Dlaczego go tutaj nie ma?” – jakby pytał. Dziewczyna poczuła bezsilność, smutek i złość, spowodowaną tym, że sama nie zna odpowiedzi. Odczuł je także Jot, gdy przez delikatny dotyk opiekunki wzburzone myśli przeskoczyły na jego skórę, rozchodząc się po całym ciele. Cofnął głowę, wyciągając łeb spod dłoni Szpadki. Jego złocista ślepia już o nic więcej nie pytały. Ułożył głowę, tuż przy śpiącym bracie, sam starając się usnąć, lecz ogarnięty pełnymi obaw myślami, nie był pewny czy mu się uda. Szpadka uniosła rękę, która jeszcze przed chwilą spoczywała na gadziej łusce.

-Myślisz, że coś złego może się z nim dziać? Czy ma jakiś problem, zmartwienie, którego nie zauważyliśmy?

-Nie umiem czytać w myślach, Szpadka. – odparł kowal, zaprzestając sprzątania. – Może i ma, ale nie chce powiedzieć. Mieczyk, w odróżnieniu od ciebie, niewiele się zmienił; nie spoważniał za bardzo, nie myśli o jakimś poważnym związku, nie w głowie mu rodzina, dom… myślę, że on po prostu chcę, by wszystko było tak, jak było kiedyś.

-Nie potrafi dorosnąć.

-Nie tyle nie potrafi, co nie chce, Szpadka. Czasem ludziom ciężko przychodzą zmiany. Nie umieją się dostosować, mimo, że dla wikingów zmiany mogą przyjść w każdej, najmniej oczekiwanej chwili… - zamilkł nagle. Wydawało się, że przez krótką chwilę jego wzrok powędrował w stronę góry, gdzie wykuto postać wielkiego wodza, Stocka.

-Myślisz, że da radę się przyzwyczaić?

-Oh, nie wiem, dziecko, naprawdę nie wiem… - uklęknął obok. – Ale nie zamartwiaj się tym tak bardzo. Mieczykowi nie raz udawało się wydostać z niesamowitych, naprawdę niesamowitych tarapatów. Myślę, że z tym też sobie poradzi. Potrzebuje tylko czasu.

-A, jeśli nie? – już nawet nie pamiętała, kiedy z taką troską odnosiła się do brata.

-Cóż… od czego ma ciebie?

I tu pojawiała się przeszkoda. Jak daleko Szpadka sięgała pamięcią, nawet w wspomnieniach zapamiętanych przez słabą, dziecięcą świadomość, nigdy, nawet raz nie była w stanie rozmawiać z bratem. Nie poruszali żadnych, ważnych tematów. Teraz, gdy o tym myślała, spostrzegła w jednym, wątłym wspomnieniu, że Mieczyk nie zawsze mówił jej o wszystkim. Gdy byli mali, zawsze pytała chłopaka o dzień, jak się czuje, lub czy coś się stało. A on zawsze odpowiadał: „Tak, wszystko dobrze.”. Z biegiem czasu zaprzestała tych pytań, gdyż odpowiedź zawsze była taka sama: „Tak, wszystko dobrze.”. Teraz dostrzegła, w tych słowach kłamstwo. Uboga jeszcze w doświadczenie pamięć zdołała utrwalić w odległej myśli smutek jego głosu i bolesny błysk w delikatnie lazurytowych tęczówkach, gdy wypowiadał monotonne zdanie: „Tak, wszystko dobrze”.

-Szpadka? – Pyskacz zaniepokoił się jej nagłą zadumą. – Szpadka, w porządku?

-Naprawdę się o niego martwię… - powiedziała to, jakby chciała przekonać samą siebie, że w ogóle jest do tego zdolna.

-Myśl pozytywnie! – kowal położył dużą, spękana od pracy dłoń na ramieniu dziewczyny. – Mieczyk to silny, zwinny, odporny na ból wiking. – błękitne oczy spoczęły na barkach mężczyzny, błagając, aby jego słowa okazały się prawdą. – Spokojnie, Szpadka. Ten huncwot nie raz w życiu narobił bałaganu i wyszedł z niego cało. Teraz jest w trudnej sytuacji, ale pewnie nie trudniejszej niż dwudniowe wyczekiwanie na pomoc, gdy utknął na skalnej półce, trzydzieści metrów nad oceanem, pamiętasz? Da sobie radę, Szpadka. Pewnie teraz drażni dziki, lub skacze po drzewach, a znając życie to już wpadł w tarapaty. – wargi dziewczyny rozciągnęły się lekkim, nieśmiałym uśmiechu. – i zapewnie świetnie się przy tym bawi…

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

W końcu, wreszcie i nareszcie jest Rozdział V! Podoba się tytuł? :D Wybrałam taki, aby nie zdradzał za wiele :P A poza tym: przepraszam, że tak długo nie było, ale jak już wcześniej wspominałam 1. Zepsuty komputer -_- 2. Dużo, dużo kartkówek, sprawdzianów i nauki T_T  3. Brak weny, spowodowany przeziębieniem D: Ale już jest! Mam nadzieję, że nie będzie dużo hejtów :d

Rozdział VI - "A ty? Jak masz na imię?"

Czas płynął jakby powoli, niby pełznąca ku swej nieświadomej ofierze kobra. Bez pośpiechu, majestatycznie kołysząc złotą łuska na boki, sunęła bezszelestnie po spieczonych piaskach pustyni, pewna swego śmiercionośnego jadu, który wyciągnie życie z małej bezbronnej myszy. Mieczyk był tą bezbronną myszką. Leżał wpatrzony w bezkres błyszczącego grotu, a kobra czasu zuchwale muskała go językiem. Wystarczy, że lśniąca, metalowa toksyna zatopi się w jego skórze. Wbił paznokcie w ziemię, nerwowo w niej grzebiąc. Nie miał ochoty zniknąć w paszczy śmierci. Nie teraz. Zmrużył oczy, spoglądając ukradkiem na Straszliwca. Gad rzucał włócznią na wszystkie strony-gdyby tak mógł rzucić do niego. Zamruczał podniecony, gdy ujrzał jaśniejący w słońcu grot. Powoli, szorując brzuchem po trawie, zbliżył się do światełka.

-„Hej, mały!” – Mieczyk skupiał na nim całą siłę swojej woli, próbując złapać telepatyczny kontakt ze smokiem. Ale niewiele to dało: Straszliwiec zdawał się nie odbierać telefonu. –„Proszę, podaj mi tą włócznie! Proszę!”

Kłap!

Grot zniknął w gadziej paszczy. Smok zawarczał z satysfakcją i zaczął międlić metal zębami. Mieczyk skrzywił się na dźwięk stali pocieranej przez ostre kły. Sekundę później bestyjka przycisnęła drzewca do ziemi, wyginając kark ku niebu.

TRZASK!

Wypluł porysowany grot. Szpicak potoczył się kilka metrów, po czym spoczął przy jednej ze skał. Mieczyk rył palcami coraz zacieklej, aż w końcu ziemia sięgnęła jego knykci. Straszliwiec parsknął dumnie. Pchnąwszy pozostałości po włóczni w stronę wikinga, wzniósł się niezgrabnie i przysiadł na jednym z kamulców. Spoglądał na chłopaków wyczekująco. Mieczyk wbił posępny wzrok w zniszczoną broń.

-Świetnie! – pomyślał, gorzko się uśmiechając. – Teraz mam nadgryziony badyl…

-To gdzie lecimy? – zapytała Astrid wodza.

Czkawka objął teren wzrokiem.

-Ja z Sączysmarkiem i Śledzikiem przejrzymy plaże. – odparł po chwili. – A ty i Heather, wy poszukacie w głębi lądu. Mamo…

-Razem z Chmuroskokiem przejrzymy jaskinie i lodowce. – odparła kobieta.

-Dobrze. Spotkamy się w zatoczce. Jeśli go nie znajdziemy, pozostaje nam sprawdzenie pobliskich wysp…

-Myślisz, że uciekłby tak daleko? – powątpiewał Jorgenson.

-On wcale nie uciekł.

-Czkawka – gładko wtrącił się Śledzik. – jeśli ktoś nagle znika i nikt nie wie gdzie i co robi, to JEST ucieczka.

-Ale ludzie nie uciekając od inny, od tak, bo mam humorek.

-Może ma jakiś powód…? – palnął Sączysmark

Przez chwilę panowała cisza.

-A może nie? – dodał, widząc zmartwienie przyjaciół. – W końcu nie wiemy, co mu w głowie siedzi…

-Jeśli coś w ogóle siedzi… - westchnął wódz.

Wziął wdech, otwierając usta, lecz zaraz je zamknął. Odwrócił wzrok.

-O, co chodzi? – Heather pośpieszyła Strumienia, zrównując lot z Czkawką.

Milczał przez chwilę.

-My naprawdę nie wiem, co mu siedzi w głowie! – rzucił zły z powodu tej niewiedzy. Krótki moment później kontynuował, już spokojniej. – A jeśli… będzie chciał zrobić coś naprawdę głupiego?

-Nie mów tak! – ostrzegła blond włosa. – Mieczyk może jest nieco porywczy, ale z pewnością nie głup… nie zrobiłby czegoś takiego!

Między przyjaciółmi wytworzyła się cicha dyskusja. Czkawka milczał. Szybowali ponad lasem dłuższy moment. Za długi.

-Dobra, koniec! – skwitowała nagle Valka. Jeźdźcy zadrżeli. – Skupmy się na tym, co ważne: na tym gdzie jest Mieczyk.

-Racja. – skinął matce wiking. – Głupio zrobiłem, sugerując takie rzeczy. Mam za dużo pracy na głowie, stąd te pomysły! – wziął kilka głębokich oddechów. – Zapomnijmy o tym, dobrze? Mieczyk NIE zrobiłby czegoś takiego, nawet, jeśli ma powód. – mówił pewnie i twardo, lecz zdawał się przekonywać samego siebie do tej myśli. – Musimy go teraz znaleźć… a potem dowiemy się, czy rzeczywiście coś jest nie tak.

Stormcutter ryknął czysto i dumnie, po czym zmienił kierunek. Sunął gładko przez chmury ku lodowym górom. Dziewczyny skinęły do siebie porozumiewawczo. Obniżyły lot, lustrując teren wzrokiem, tuż nad koronami drzew. Chłopacy ruszyli w stronę morza. Czkawka obejrzał się za siebie. Astrid i Heather były już tylko ciemnymi, spowolnionymi przez dzielącą ich odległość punktami. Valka i Chmuroskok zniknęli pomiędzy gęstymi obłokami. Zacisnął ręce na siodle. Szczerbatek odczuł bijące od niego, złe emocje. Zamruczał smutno.

-Czkawka – zagaił Śledzik. – ty naprawdę tak myślisz?

-O, czym? – zapytał, choć doskonale znał temat.

-Czkawka…

– Nie… tak mi się tylko… powiedziało…

-Nie wyciągajmy pochopnych wniosków. – odezwał się Sączysmark. Najwyraźniej chciał coś dodać, lecz nie umiał tego ubrać w słowa. Położył dłonie za oczami Hakokła. Smok parsknął, lekko rozpalając w tym miejscu łuski. Wiking poczuł przyjemne ciepło pod skórą. Westchnął. – Uciekł. To prawda, ale… Ty, Czkawka, gdy byłeś młodszy, też bez przerwy wymykałeś się z domu! – zaczął nerwowo gestykulować rękami. – A Gustav? On też znikał, nie raz na całe dnie, pamiętacie? Trenował Kiełohaka…

-Martwiłeś się o niego. – rzucił złośliwie Śledzik.

-Zamknij się…

-Dobrze kombinujesz. – skinął z uznaniem głową. – Może być tak, że czegoś szuka, albo… kimś się opiekuje. – chłopaki uśmiechnęli się do siebie znacząco. – Albo po prostu chce pobyć sam. Tak też może być.

-Nie martw się, Czkawka. – mówił spokojnie Śledzik. – Bądź dobrej myśli! Nic mu nie będzie. Od chwili samotności jeszcze nikt nie umarł.

-Zaraz umrę… - powtarzał żałośnie w myślach. – A chciałem mieć tylko chwilę samotności…

Wokół jego rąk uformował się niewielki kopiec. Czuł, że ziemia sięga mu powyżej nadgarstka.

-Kim jesteś? – ciszę rozerwało pytanie nieznajomego; jego głos przestał drżeć, najwyraźniej zauważył swoją przewagę.

-Mieczyk. – odparł bez zastanowienia. Zdziwił się tonem swojego głosu: był spokojny, opanowany, niemal beztroski, choć w głowie miał tysiąc negatywnych emocji. Czuł się, jakby rozmawiał z nim o pogodzie. – A ty?

-Nie twoja s-sprawa. – syknął. Jednak głos mu zadrżał.

-Ej, to tak nie działa! – obruszył się. Bardzo by chciał okazać trochę strachu, uległości, czegoś, co nie przyśpieszyłoby jego śmierci. Ale nie potrafił. – Zapytałeś mnie o imię, to sam też musisz się przedstawić!

Nieznajomy prychnął w sposób, który mógł oznaczać wszystko. Mieczyk odebrał to, jako sygnał, uprzedzający strzał. Obcy wiking zaczął przestępować z nogi na nogę. Thorston zacisnął powieki, przekręcając lekko głowę. Zwarł mocno pieści. Poczuł jak wilgotna gleba przelewa mu się między palcami. Ciężko przełknął ślinę. Nagle moduł strachu i bezsilności uruchomił się ponownie. Próbował coś wymyślić, jednak wszelkie pomysły na uratowanie sytuacji zawzięcie walczyły o pierwsze miejsce w jego umyśle, przez co zlały się w jedną, niezrozumiała całość.

-Doigrałeś się, kretynie. – wyzywał się w myślach. – Nie było kiedy zrozumieć powagi tej sytuacji, tylko teraz, hę?

Strzała potarła o cięciwę, która za każdą chwilą napinała się coraz bardziej i bardziej. Straszliwiec zaskrzeczał w dziwny, przepełniony jakimś uczuciem sposób, którego żadne z nich nie było w stanie odczytać. Mieczyk zacisnął zęby. Minimalnie rozchylił powieki, spoglądając na drżący grot, który rozmazała ograniczona widoczność. Zaraz… Drżący? Zadziwiająco łatwo przyszło mu znalezienie odwagi, aby otworzyć oczy szerzej. Obraz się wyostrzył. Strzała drgała nieznacznie, podobnie jak obcy wiking.  Szybki i nie równy oddech Wandala ustał, gdy cięciwa napięła się mocniej, mierząc prosto w jego czaszkę, po czym… niespodziewanie się rozluźniła.

-Nicolas. – głos wikinga, który rozbrzmiał bez uprzedzenia, wprawił Mieczyka w osłupienie. – Nazywam się Nicolas.

Powoli, jakby w każdej chwili mógł się rozmyślić, opuścił uzbrojony łuk ku ziemi. Młody wiking dłuższą chwilę trwał wpatrzony w twarz nieznajomego, lecz nie potrafił się skupić na żadnym z jej szczegółów. Obaj przypominali posągi-nieruchome, milczące. Straszliwiec położył się na skale, krzyżując przednie kończyny. Pokręcił głową i parsknął rozczarowany; usadowił łebek na splecionych łapach. To właśnie jego sarknięcie wybudziło chłopaków ze stanu osłupienia. Przybysz przeniósł ciężar swojego ciała z jednej nogi na drugą, lekko się przy tym garbiąc, jakby w zmęczeniu. Dygotał nieznacznie. Mieczyk z kolei przypomniał sobie, że trzeba oddychać. Chwile zajęło, aż przypomniał sobie, jak to się robi. Pozbawione tlenu płuca obudziły się gwałtownie, nakazując mu zaczerpnąć ogromny wdech. Pierś chłopaka uniosła się w nagłym oddech, zanim zarejestrował, że faktycznie zaczerpnął powietrza. Nico cofnął się przezornie, gdy ostry kaszel buchnął z ust Mieczyka. Wandal rzucił się do przodu, krztusząc się niby życiodajnym tlenem. Kasłał dłuższy moment, aż zabolała go pierś. W końcu odruch ustąpił. Odchrząknął kilka razy, masując obolałe gardło. Przełknął ślinę. Podniósł załzawione oczy. Cała twarz miał w kolorze dojrzałej wiśni. Przez rozmazujące obraz łzy dostrzegł nieznajomego wikinga. Ten spoglądał na niego niepewnie, nie wiedząc, czy pomóc czy może iść i zostawić go w spokoju. I to było najdziwniejsze-widział w jego oczach chęć wsparcia.

-Zadławiłem się powietrzem… - oświadczył zdławionym głosem, chcąc sprawdzić jak bardzo uszkodził sobie gardło. Nie było tak źle jak myślał.

Obcy młodzieniec uśmiechnął się nieznacznie. Łuk zakołysał się w jego dłoni. Przeniósł ciężar ciała na drugą nogę. Mieczyk przygarbił się, z udawanym zainteresowaniem patrząc na swoje buty.  Przetarł grzbietem dłoni opuchnięte oczy. Odetchnął chrapliwie.

-Co cię tu sprowadza, łuczniku nieczysty? – zapytał cicho.


Uniósł wzrok, nie podnosząc głowy-ale jego już tam nie było.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

W końcu jest. Wow! Ale bardzo krótki. Smuteł... Autorce się nie podoba. Placz. Twierdzi, że słabo napisane. Lol. Ale to już czytelniki ocenią. <3. Tylko niech będą szczere. Plis.--------------------->O_o D:

Rozdział VII - "Gra w toku"

Minęła dłuższa chwila nim Mieczyk zdobył się na odwagę by wykonać jakikolwiek ruch. Nie oderwawszy wzroku od skrawka ziemi, na której stał nieznajomy, sięgnął po włócznie (a raczej jej resztki). Błądził palcami po trawie, aż w końcu wymacał lepki od gadziej śliny badyl. Zignorował kleistą substancję. Zacisnął pięść na jednym z końców broni. Wyczuł jej poszarpaną powierzchnie, ślady do smoczych kłach, obfite i głębokie. Ostrożnie przyciągnął włócznie do siebie, jakby nadal w obawie, iż srebrny grot strzały zadrży przed jego twarzą. Minęła jeszcze dłuższa chwila nim zdecydował się oderwać oczy od miejsca, gdzie stał Nicolas. Rozejrzał się wokół, lustrując spojrzeniem całą polanę. Straszliwiec wypuścił z nosa kłębki dymu, gdy tylko błękit jego oczu skrzyżował się ze złotą barwą ślepi smoka. Gad zmrużył powieki, jego wargi uniosły się nieznacznie. Po chwili do uszu Mieczyka dobiegło złowrogie, wręcz nienawistne drżące buczenie, o zaskakująco niskiej skali jak na ten gatunek. To było ostrzeżenie, którego nie należy ignorować. Szybko skierował wzrok na coś innego-na oderwany grot włóczni, porysowany przez zęby bestii. Długa szrama odbijała światło przez cała swą długość. Dawało to efekt błyszczącego pioruna, zaklętego w stalowym szpikulcu. Mało brakowało, aby taka właśnie blizna zdobiła policzek chłopaka. Wyobrażenie wąskiej strugi ciepłej purpury, spływającej mu po twarzy nakazało natychmiast zmienić obserwowany obiekt. Szarpnął głową w stronę lasu tuż przed sobą. Przycisnął pożuty badyl do piersi. Przełknął ślinę.

-„Co tu się stało?” – myślał intensywnie.

Bał się? Gdy to pytanie pojawiło się w jego głowie, od razu chciał zadeklarować, że: tak, oczywiście! Jednak ta odpowiedź była zbyt szybka, zbyt automatyczna, aby mógł w nią uwierzyć. Więc nie bał się?

-Nie, nie bałem się… - wypowiedział na głos, lecz także nie brzmiało przekonująco.

Rzucił się wprost na łucznika nieczystego, został zdzielony łęczyskiem po twarzy, stracił ukochaną włócznie i zginąłby bez wątpliwości, gdyby przeciwnikowi się nie odmieniło i nie postanowił zniknąć, uprzednio się przedstawiając-co ma, więc czuć? Próbował przywołać emocje, które nim targały, od początku całej tej cholernej przygody: złość-na Straszliwca-złodzieja, zdziwienie, złość-bo las gęsty, niepokój, walka, ból, złość-bo broń stracił, strach, nagła absurdalna otwartość i szczerość, potem skrucha i złość-na swoją głupotę, następnie szok, drugi szok i złość-po raz piąty-bo stracił ukochaną włócznie. I coś jeszcze, przeplecione pomiędzy to wszystko. W jednaj chwili, gdy wszystkie doznania zawrzały w jego żyłach, wyczuł w gardle niewypowiedziane dotychczas słowa, które cały czas tak bardzo pragnęły być wolne. Pozwolił im płynąc w górę; chciał usłyszeć, co targało nim i targa do teraz. Przemilczał tą emocję. Teraz jej nie stłumi.

-„Niech idzie…” - szeptał sobie w myślach. –„Co to będzie? Płacz? Krzyk?”

Słowa dotarły do gardła chłopaka, powoli, jakby w każdej chwili mogły się rozmyślić. Wstrzymały swój chód tuż przed wyjściem na wolność. Nieśmiało, bojaźliwie, jak dziecko stawiające pierwszy krok, pełzło dalej i dalej. Mieczyk czuł wibracje jeszcze niesłyszalnych słów, a ich znaczenie pozostało dla niego tajemnicą. Tak cicho, bez pośpiechu sunęły wolno; zamierzały się zatrzymywać. Wprawiały język w drganie, łaskotały podniebienie, delikatnie ocierając się o dziąsła. Kazały falować całemu ciału. Płuca mimowolnie wypełniły się powietrzem, wiedząc, że teraz ciężko będzie złapać oddech. Emocja zaczęła muskać wargi Mieczyka, coraz to zuchwalej i figlarniej pewna tego, że się jej nie oprze. Usta chłopaka rozciągnęły się. To nie były słowa. To był śmiech.

Jeden, zdecydowany ruch nosem wystarczył, aby wyrzucić bulwy w powietrze. Kłącze przeturlało się po ziemi. Dzik zachrumkał wrogo, gdy któryś z młodszych osobników zbliżył się do jego posiłku. Osiłek pokręcił niezadowolony łbem, prezentując młodzikowi swoje szable. Przeorał ziemię racicą, rzuciwszy się na nieustępliwego wieprza. Ten chrząknął niechętnie, ale odsunął się od smakowitych bulw. Knur ryknął dumnie, pochłaniając korzeń rośliny. Wieprzek parsknął urażony. Z opuszczoną głową węszył po ziemi, szukając podobnych przysmaków. Wtem postawił uszy. Jakiś niepokojący szelest zakłócił spokój stada. Ryjki poruszały się zawzięcie wychwytując każdy zapach. Szmer zmienił się w mocne uderzenia skrzydeł. Nad drzewami sunęły dwa kształty. Smoki. Wieprze rozpierzchły się w popłochu.

-Widzisz coś? – zawołała Heather, próbując przekrzyczeć wiatr.

Astrid rozejrzała się uważnie, lecz jedyne, co dostrzegła to uciekającą i kwiczącą grupę szorstkiej szczeciny. Wichura warknęła ni to wrogo ni to z satysfakcją na widok umykających dzików. Strumień natomiast obserwował zwierzęta z nijaką ciekawością.

-Nic! - odparła blondwłosa. – Gdzie teraz lecimy?

-A ja wiem… Wichura nic nie wyczuła?

Smoczyca chrząknęła niepewnie.

-Niby tak… - przetłumaczyła Astrid. – Ale z góry ciężko wyczuć zapachy z ziemi. A ten las jest za gęsty dla smoków…

-W takim razie…? – spojrzała na towarzyszkę jakby to ona miała wiedzieć.

-W takim razie… - Astrid jeździła placem po kolcach Śmiertnika, w górę i w dół.

-Zdamy się na smoki. – dokończyła Heather, widząc, że dziewczyna nic nie wykombinuje.

Tamta westchnęła. Strumień wymienił z Wichurą serię warknięć i prychnięć, zrozumiałych tylko dla nich. Zębacz rozłożył skrzydła, zawracając, kierowany nikłą wonią zaginionego. Submaripper podążył za nim.

Nico wiele już w życiu widział- dziwny dziadek, który próbował mu sprzedać smoczą skórę, świecące robaczki, które okazały się stworzone z ognia (za ich sprawą odcinek skóry między jego ramieniem a łokciem jest poprzecinany licznymi bliznami po oparzeniach wąskich, wijących się ciał-efekt nieśmiesznego żartu), niebieskie choinki, kolorowe smugi światła sunące po niebie i towarzyszące mu widmo smoka. Ale pierwszy raz w życiu widział coś takiego. Mieczyk-tak mu się przedstawił-tarzał się po ziemi z tępym rechotem wypływającym z gardła. Szarpany przez niewiadomo, jakie siły, rzucał swym ciałem w każdą stronę. Łzy spływały mu po policzkach, gdy twarz przybrała kolor dojrzałego pomidora. Czy on w ogóle oddychał? Wymachiwał rękoma, grzmocąc badylem o ziemię, nie raz z taką siłą, że wbijał się w grunt i unosił wyrzuciwszy w powietrze spore kępy trawy. Nic nie mówiło, że miał zamiar przestać. Prawdziwa, dzika euforia. Nico nigdy by nie pomyślał, że po walce (przegranej w dodatku) i groźbie śmierci człowiek może zachować się w ten sposób.

-Heeeeej, Nicolasnicolasnicolas! – wył jednym tchem. – Chodźjużtu! – i znowu zajął się morderczym śmiechem.

To było zabawne-wzywać imię kogoś, kto prawie cię zabił. Usta Nica rozciągnęły się w lekkim uśmiechu. Chętnie zaśmiałby się z wygłupów wikinga, lecz nie mógł się zdradzić. Trwał ukryty w mroku drzew niemal na granicy lasu. Umiał się chować i to całkiem dobrze, ale teraz nie był pewien czy Mieczyka coś opętało, czy też szykuje jakąś pułapkę. Pozostał, więc w ukryciu i milczeniu, czekając aż zrobi się bezpieczniej. Starał się oddychać spokojnie, równo i cicho. Trwał na kuckach, tylko śledząc wzrokiem oszalałego chłopaka i kępy trawy wyrzucane w kosmos. W pewnym momencie zauważył Straszliwca, przyjacielsko-wrogiego smoka, który strzela w ciebie ogniem, a zaraz podąża niczym najlepszy przyjaciel. Gad patrzył na miotającego się Mieczyka, z taką miną, jakby ten właśnie obraził jego mamę.

Już drugi raz tego dnia zapomniał jak się oddycha. Gdy poczuł rwący ból w klatce piersiowej, zrozumiał, że musi się uspokoić. Machnął nogami gwałtownie, natychmiast ustawiając swoje ciało w pozycji siedzącej. W głowie mu zawirowało od nagłego podniesienia się.

-Ooo… dynie… Odynie… - przycisnął palce do skroni.

Między słowa wkradał się swawolny chichot. Prychnął śmiechem teraz jednak mniej gwałtownym, lecz chrapliwym i przerywanym, niby kaszlem wyczerpanego gardła. Pochylił się do przodu, ostrożnie łapiąc powietrze. Wdech. Wydech. Wdech. Wydech. Spokojnie, bez pośpiechu, zaczął kontrolować emocję. Z twarzy powoli schodziła czerwień. Gdy wiry tańczące wewnątrz jego czaszki zaprzestały harców, przeniósł drżące dłonie na policzki. Dopiero, gdy badyl stuknął o jego hełm, zorientował się, iż ciągle dzierży do w ręce. Odłożył broń na ziemię, pocierając opuszkami po ciepłej, czerwonawej twarzy, wyczuwając piekące miejsce, gdzie Nicolas trafił go łęczyskiem. Skóra była lepka od potu i łez wyciśniętych przez niepohamowany rechot. Kilka strużek znaczących drogę łez błyszczała delikatnie w promieniach słońca, jeszcze nie zdążywszy wyschnąć.

-T-tak dw… - zaśmiał się cicho. – tak dawno… się nie śmiałem… w ten sposób… tak… dawno…

Przypomniał sobie, jak kiedyś właśnie takie wydarzenia wprowadzały w niego stan najwyższej euforii. Gdy pogoń, za czym sprawiała przyjemność, gdy walka z niebezpieczeństwem była rozrywką, gdy zagrożenie śmiercią wywoływała śmiech, gdy wszelaki ból był powodem do radości. To wszystko przestało cieszyć, gdy został sam. Gdy już nikt nie zwracał na niego uwagi. Westchnął nad tą myślą. Powoli wstał, otrzepując spodnie z ziemi i źdźbeł. Uśmiechał się gdzieś w czerń lasu, lecz ten uśmiech zdawał się sztuczny. Ogarnął polanę wzrokiem. Wokół leżały kępy trawy, a miejsca gdzie powinny być świeciły gołą ziemią. Kołczan i strzały zniknęły wraz z nieznajomym. Pod i w skale nadal trwało kilka niebieskopiórych strzał-ostrych, szybkich, zabójczych. U stóp kamulca spoczywał porysowany grot od jego włóczni. Podniósł lekko spojrzeniem. Straszliwiec raz po raz pacał łapą wbity w skałę bełt. Nie minęło długo, gdy i on uniósł głowę, spotykając wzrok Mieczyka spoczywający na jego seledynowej łusce. Zawarczał groźnie i nisko, lecz chłopak nie przestał się w niego wpatrywać. Poderwał podbródek do góry, dumny i gotowy do walki. Smok mruknął wypranym z emocji mruknięciem, na jego chełpliwy gest. Splunął ogniem w kamulec niczym przekleństwem, układając się bokiem do wikinga, jakby nie chcąc na niego patrzeć. Mieczyk podniósł swój badyl. Ostatni raz rozejrzał się wokoło, szukając tajemniczego łucznika. Ruszył przez las w stronę wioski.

Dopiero, gdy słychać było tylko szum wiatru, baraszkującego pomiędzy gałęziami, odległy szmer strumyka i zniecierpliwione parsknięcia Straszliwca, Nico pozwolił sobie na głęboki oddech. Opadł ciężko na miejscu gdzie plecy tracą swoja szlachetna nazwę. Zeschłe igiełki tworzące runo zachrzęściły pod ciężarem jego ciała. Spoglądał przez chwilę spod pół otwartych powiek na słoneczną polanę. Mały smok zeskoczył na trawę. Bezczelnym parsknięciem przywoływał chłopaka jak psa. Wiking skrzywił się na ten chamski dźwięk, ani myśląc spełniać rozkazów podłej jaszczurki. Straszliwiec mruknął zadowolony z jego niechęci. Splunął pomarańczową kulką w tkwiącą w ziemi strzałę. Pióra zajęły się ogniem, a za chwilę całość pożarły wygłodniałe płomienie. Pozostał tylko grot, zaraz jednak wciśnięty w glebę przez bezlitosna gadzinę. Nico zacisnął pięści, ale nie zareagował. Skupił się na pasie kołczanu, rozerwanym przez włócznie Mieczyka. Związał poszarpane końce w mocny supeł. Szarpnął kilka razy, upewniając się, co do jego wytrzymałości. Pas naprężył się, wydając przeciągły, drżący dźwięk, lecz nie puścił. Zarzucił kołczan na plecy, wkładając do niego upuszczone strzały. Podniósł się z ziemi. Straszliwiec podszedł bliżej do chłopaka, choć na bezpieczna dal siebie odległość kilku metrów. Wlepił w niego swoje szafranowe ślepia. Wydał charakterystyczne dla swojego gatunku „szczekanie”. Wystarczyło, by Nico zwrócił na niego wzrok.

-Wynoszę się stąd. – orzekł. Zacisnął pięść na białym suple, trzymającym futro na plecach. – Koniec zabawy!

Kąciki ust Straszliwca rozciągnęły się, uniosły, ukazując białe kły. Wyraz jego pyska ułożył się w uśmiech, przepełniony nerwami, niepokojem. Chwilę potem przez niebo przetoczyły się potężne uderzenia skrzydeł. W pozłacanych ślepiach rozbłysła iskra przepełniona jakaś emocją, a towarzyszące jej warczenie, wcale nie napalało Nica optymizmem.


Zabawa dopiero się zaczyna…

-----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Nie mam pomysłu na komentarz końcowy, więc po prostu napiszę, że przepraszam, iż tak zwlekałam z tym rozdziałem D: Mam nadzieję, że, choć krótki, jest dość dobry...

Rozdział VIII (JUŻ WKRÓTCE!

Treści społeczności są dostępne na podstawie licencji CC-BY-SA , o ile nie zaznaczono inaczej.